Prolog
Nagły ból. W piersi, głowie, rękach, wszędzie… Nawet we włosach. Ustąpił. Co za ulga! Światło. Przede mną. Ruch. Lecę w stronę jasności, a może to ona w moją. Światło zewsząd. Nic nie widzę.
Kiedy odzyskałem wzrok, stałem w sali praktycznie pozbawionej sprzętów. Oprócz mnie znajdowała się tu świetlista istota. Siedziała na podwyższeniu, a może unosiła się w powietrzu. Nie wiem, była jaśniejsza od słońca, nie dało się na nią patrzeć. Przemówiła spiżowym głosem:
– Na początek ustalmy dwie rzeczy: już nie żyjesz i nie mam czasu na twoje zdziwienia i biadolenia. – Zaniemówiłem. – A teraz siedź cicho.
Postać coś robiła, mamrocząc do siebie. Do mnie dolatywały tylko strzępy:
– Wojciech… Kultura łacińska… Ergo superbia… – Seria niezrozumiałych pomruków. – Et acedia! Weź to. To twój przewodnik, nie wolno ci go zgubić.
Postać włożyła mi do ręki blaszkę. Mniej więcej wielkości paznokcia kciuka, podobną do zawieszek, które moja żona uwielbiała nosić za życia. Ciekawe, czy teraz spotkam Magdę…
Do blaszki przyczepiono pętlę z żyłki lub struny. Przełożyłem ją przez głowę. Po chwili żyłka skróciła się, ale nie zaczęła mnie dusić. Kurczyła się powoli, aż blaszka zawisła mniej więcej dziesięć centymetrów pod jabłkiem Adama. Już nie mogłem jej zgubić przypadkiem, ale pod naciskiem struna rozciągała się jak guma.
Nagle z blaszki wystrzelił zielony promień. Dopiero teraz zorientowałem się, że świetlista postać gdzieś zniknęła, a pomieszczenie nie ma ścian, tylko drzwi prowadzące we wszystkie strony. Nad każdymi widniały litery różnych alfabetów – łaciński, cyrylica, jakieś azjatyckie krzaczki… Drzwi wskazywane przez promień również miały swoje napisy. Rozumiałem tylko S1. Czyli tak działa ten przewodnik. Poszedłem za jego radą i przekroczyłem próg.
1. Pycha
Na zewnątrz siąpiło. Stałem przed murem ciągnącym się w obie strony aż po zamglony horyzont. Promień przewodnika wskazywał półkoliście sklepiony tunel w murze. Zbliżyłem się i z niesmakiem zauważyłem, że od wlotu odgradza mnie olbrzymia kałuża gęstego i lekko śmierdzącego błota. Miałem na nogach eleganckie półbuty, więc postanowiłem poszukać innego przejścia.
Niestety, przeszedłem chyba z kilometr w każdą stronę wzdłuż muru i nie znalazłem nawet malutkiej szczelinki. Tylko szare głazy ściśle spasowane i zbyt śliskie, by choćby myśleć o wspinaczce.
Kiedy znowu stanąłem w pobliżu wlotu tunelu, zauważyłem, że zmniejszył się, a za to kałuża błota urosła. Deszcz wciąż padał i poziom wody nieustępliwie pełzł w górę. A buty i tak doszczętnie przemokły podczas spacerów.
Powiadają, że droga do nieba jest wąska. Okazuje się, że na domiar złego błotnista. Z ciężkim sercem postąpiłem krok w brunatną breję. Potem drugi. Zimna ciecz natychmiast wlała mi się do butów. Zanim dobrnąłem do wlotu, brudna woda sięgała do połowy łydek. Na szczęście spód tunelu okazał się brukowany, niezbyt śliski. Nawet wygodnie się po nim szło.
Przynajmniej przez pierwsze kilka minut. Potem zrobiło się całkiem ciemno. Od czasu do czasu prosiłem przewodnik o podpowiedź, a on usłużnie wyświetlał ginącą w oddali zieloną linię. Poziom wody ciągle rósł. Kiedy sięgał powyżej pasa, uznałem, że łatwiej będzie płynąć niż iść. Buty zrzuciłem – tylko przeszkadzały.
Marzłem, ale jeszcze nie telepały mną dreszcze. Zamknąłem oczy – w absolutnych ciemnościach ten zmysł i tak nie dostarczał żadnych informacji. W odróżnieniu od węchu… Smród błocka zdawał się potężnieć z każdym metrem.
Płynąłem żabką, niekiedy uderzałem jakieś drobne przedmioty. Coraz trudniej było wmówić sobie, że to porzucone buty płyną razem ze mną. Napotkane obiekty były zbyt miękkie. I oślizgłe, jeśli zahaczałem o coś dłońmi. Umysł uparcie podsuwał skojarzenia z kanałem. A jeśli kanał, to kanalizacja. A jeśli kanalizacja, to ścieki…
Kiedy nieświadomie skręcałem, wkrótce szorowałem ręką po ścianie. Nagle z przerażeniem uświadomiłem sobie, że dotykam obramowania i prawą, i lewą dłonią równocześnie. Spróbowałem zgruntować, ale nie zdołałem domacać się dna. Za to bez problemu sięgnąłem do sufitu. Czy można utopić się po śmierci? Brakowało miejsca na płynięcie szybkim kraulem, ale gorączkowo machałem kończynami w żabce. Adrenalina potęgowała siły.
W końcu musiałem odwrócić się na plecy. Rękoma odpychałem się od sufitu, a stopami młóciłem wodę. Przestało mi przeszkadzać, że wdycham skondensowany odór. Póki zawierał tlen, smakował jak wiosenny zefirek przepojony wonią jaśminu.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że widzę ręce. Światło! Wyjście musiało być niedaleko. Zdwoiłem wysiłki. Z każdą chwilą stawało się coraz jaśniej i wreszcie sufit nade mną się skończył, a zaraz potem zaryłem głową w piach niczym rozpędzony kajak. Udało się!
Odwróciłem się na brzuch i wyczołgałem na brzeg. Długo trwało, zanim zdołałem usiąść, a wtedy rozszlochałem się z ulgi i zmęczenia. Nieważne, nikt tego nie mógł zobaczyć.
Rozejrzałem się. Zobaczyłem jakąś skrzynię. Dźwignąłem wieko i okazało się, że to coś w rodzaju kosza na śmieci, a w środku leżą ubłocone łachy. Dorzuciłem tam marynarkę i skarpetki. Koszulę i spodnie postanowiłem sobie zostawić. Za plecami coś chlupnęło. Obejrzałem się – to prąd wody wyniósł z tunelu napuchnięte truchło szczura. A więc to z takimi przeszkodami zderzałem się w tunelu! Wymiociny trysnęły mi z ust.
Gdy torsje ustały, otarłem twarz koszulą, która zaraz wylądowała na marynarce.
Zielony promień wskazał kolejne drzwi, tym razem z napisem S2 nad futryną.
2. Głupota
Poczułem dziwne mrowienie na całym ciele.
Znalazłem się na końcu długiego korytarza bez sufitu. Po drugiej stronie drzwi panował upał, chociaż nie widziałem słońca, a przedmioty nie rzucały cienia. Przewodnik zwrócił moją uwagę na stolik z notatnikiem, ołówkiem i mniej więcej litrową butlą z wodą pitną. Z radością przepłukałem usta. Wprawdzie nie czułem już wymiocin, ale pamiętałem, że przed chwilą rzygałem jak kot.
Nad stolikiem wisiała tabliczka nakazująca „SZUKAJ NAJKRÓTSZEJ DROGI”.
Promień wskazał kolejną tabliczkę o treści: „POMNÓŻ 46907188 PRZEZ 7065611. DODAJ CYFRY ILOCZYNU. JEŚLI SUMA BĘDZIE WIĘKSZA OD 9, POWTARZAJ DODAWANIE AŻ DO UZYSKANIA JEDNOCYFROWEGO WYNIKU. WYBIERZ MĄDRZE”.
Nie bardzo wiedziałem, co dalej, ale zielony promień usłużnie pokazał szereg słabo widocznych w kamiennej ścianie drzwi. Nad pierwszymi widniało zero, nad drugimi jedynka i tak dalej. Skoro przewodnik zaczął od nich, wybrałem pierwsze lepsze czyli zerowe. Chwyciłem butelkę z resztą wody i wyruszyłem.
Za zerem ciągnął się długi i kręty korytarz. Zrozumiałem, że jestem w labiryncie. Niezbyt skomplikowanym, bo bez rozgałęzień. Wędrowałem i wędrowałem.
Z nudów zacząłem liczyć zakręty, ale pogubiłem się przy sześćdziesiątym którymś.
Skończyła mi się woda.
Liczyłem zakręty w lewo, ale znowu coś mi się pomieszało. Pewnie z pragnienia.
Język miałem równie suchy jak piach pod stopami. Na szczęście przynajmniej nie czułem zmęczenia i mogłem raźno przebierać nogami.
Wymyśliłem, żeby wydechy robić do flaszki. Może coś się w niej skropli.
Kilometr za kilometrem. I tak bez końca. Pot ściekał mi po twarzy, plecach i reszcie ciała.
Co za ironia i przewrotność losu – poprzednio o mało się nie utopiłem, a teraz groziła mi śmierć z odwodnienia, bo w butli zbierały się marne kropelki.
Wreszcie jakieś urozmaicenie! Przy ścianie stał toi toi, a przy nim – o cudzie! – umywalka. Dopadłem do niej biegiem. Piłem jak zwierzę – ustami prosto z miseczki z dłoni. Woda smakowała cudownie. Chłodna i słodka. Najwspanialszy płyn wszechświata! Umyłem twarz i ręce. Znowu się napiłem do syta. Skorzystałem z toi toia.
A potem zorientowałem się, że stoję w ślepym zaułku. Ten długaśny korytarz nie miał żadnego wyjścia! Widocznie źle wybrałem na samym początku.
Wyryczałem w niebo dziesiątki przekleństw. Kopałem w ścianę, ale tylko rozbolała mnie stopa. Wreszcie uspokoiłem się, napiłem na zapas, napełniłem butlę aż po korek – główka pracuje! – i ruszyłem w długą drogę powrotną.
W drugą stronę szło się o wiele szybciej. Bardzo oszczędnie wydzielałem sobie łyczki wody, więc do stolika dotarłem z flaszką w ponad trzech czwartych pełną.
Tym razem wybrałem drzwi z jedynką. Do toi toia na końcu ślepego korytarza dotarłem już po jakichś trzech kilometrach. I tak za późno, bo wcześniej dostałem strasznej biegunki. Widocznie tej kranówy jednak nie należało pić. Cóż, teraz było mi już wszystko jedno, a odwadniałem się jeszcze szybciej niż na początku.
Wracałem, można powiedzieć, po własnych śladach.
Przy stoliku coś mnie zastanowiło. Czy wcześniej liczba do przemnożenia zaczynała się od trzech ósemek? Raczej nie, zawsze lubiłem ósemkę, przynosiła mi szczęście i coś takiego chyba bym zauważył? Jeśli zadanie zmieniało się przy każdej próbie, to marne szanse, że przypadkiem trafię do właściwych drzwi.
Westchnąłem ciężko, wziąłem notes i przeprosiłem się z matematyką, której nie cierpiałem już od dziecka. Liczyłem, a coś w trzewiach złowieszczo bulgotało.
Ucieszyłem się, bo w końcu wyszło mi pięć, a nie jeden. Wolałem w najbliższym czasie nie przechodzić kolejny raz tym korytarzem.
Droga z piątką okazała się jeszcze krótsza. Już po kilkuset metrach trafiłem na kolejne skrzyżowanie. Wszystko podobnie jak poprzednio, nawet identyczna butla z wodą pitną. Tym razem tabliczka zawierała zagadkę: „NIE MA NÓG, A BIEGNIE. NIE MA SKRZYDEŁ, A LECI”. Wysiliłem się, obejrzałem symbole na drzwiach i odgadłem, że chodzi o czas.
Odnoga oznaczona klepsydrą szybko doprowadziła mnie do kolejnych rozstajów. Biegunka mniej dolegała, jakby pitna woda uspokoiła jelita.
Znowu zagadka, tym razem logiczna – o czworaczkach, z których jeden zawsze mówi prawdę i żywi trafne przekonania, drugi również jest prawdomówny, ale zawsze się myli i tak dalej. Dałem się podpuścić i wybrałem niepoprawną odpowiedź, ale szybko zorientowałem się, że korytarz jest zbyt długi. Wróciłem i po dłuższej analizie możliwości, podjąłem właściwą decyzję. Po kilku minutach zielony promień pokazał mi drzwi z oznaczeniem A1. Nareszcie!
3. Chciwość
Te drzwi zaprowadziły mnie na świeże powietrze. Pogoda idealna – ciepło, ale nie upalnie, lekki wietrzyk od szerokiej rzeki, na której brzegu stałem.
Poczułem, że coś obciąża mi talię z prawej strony. Okazało się, że to sakiewka dobrze wypchana monetami, z wyglądu złotymi, nieznanego mi rodzaju. Z jednej strony miały ośmiokątny wzorek, a z drugiej symbole różnych religii.
Strój dopasował się do epoki, w której używano podobnych kies. Zamiast dżinsów miałem na sobie haftowane spodnie za kolana, do tego kaftan z identycznego materiału i białą koszulę z żabotem czy innymi falbankami pod szyją. Uświadomiłem sobie, że i przed drzwiami nosiłem jakieś ubrania, chociaż większości pozbyłem się po wyjściu z zalanego tunelu. I jelita się uspokoiły, czułem się doskonale. Ciekawa sprawa.
Kiedy tak kontemplowałem swój wygląd, zauważyłem, że mój przewodnik urósł. Teraz rozmiarami przypominał żołnierski nieśmiertelnik, a po jednej stronie miał dwa wiersze liter przemieszanych z cyframi: S1 S2 A1 A3 F P I2 A2. Dwa pierwsze były ciemne, a pozostałe jasne. Przypomniałem sobie, że na ostatnich drzwiach zobaczyłem oznaczenie A1, i zrozumiałem, że to skrócony zapis mojej trasy przez ten labirynt. Czyli jedna czwarta drogi już za mną. Czas na kolejny poziom!
Zielony promień skwapliwie pokazał kierunek. Wędrowałem wzdłuż brzegu, aż dotarłem do mostu. Niestety przejście zagradzał szkaradny osobnik o wyglądzie trolla.
– Wejście na most kosztuje trzy oktodukaty! – warknął, potrząsając halabardą.
– Czyżbyś był właścicielem tego mostu?
– Cóż za pomysł! – Stwór zarechotał, aż z paszczy buchnęło mu odorem zepsutych zębów. Albo i gnijącego ostatniego posiłku… – Ja tylko pobieram myto.
Z doświadczenia wiedziałem, że oficjalny cennik nigdy nie jest tak wysoki, jak pierwsza oferta strażnika.
– Mogę ci dać jedną monetę.
– Teraz już opłata wynosi cztery oktodukaty.
– Co takiego?! Przed chwilą mówiłeś, że trzy!
– Doliczam koszt marnowania mojego czasu. Płacisz czy zawracasz?
Przewodnik pokazywał, że muszę przejść po moście, ale nie chciałem tak łatwo się poddawać.
– To straszne zdzierstwo. Tyle sztuk złota? Zgódźmy się na trzy…
– Pięć!
W końcu zapłaciłem, klnąc pod nosem i zgrzytając zębami.
Szybko przekonałem się, że to dopiero początek opłat. Musiałem jeszcze bulić za zejście z mostu, przespacerowanie łąką, skorzystanie ze schodów… I każdy kolejny strażnik stosował tę samą chorą metodę negocjacji, co chwilę podnosząc cenę. Zanim dobiegłem do drzwi oznaczonych A3, zdążyłem rozstać się nie tylko ze wszystkimi monetami, ale także z sakiewką, kaftanem i koszulą. Skoczyłem przez próg, by nie dopadł mnie kolejny poborca.
4. Hazard
Znowu mrowienie, już niezaskakujące, ale nadal nieprzyjemne. Znowu komplet ubrań, tym razem bardziej współczesnych, znowu sakiewka, ale większa, a lżejsza. Z ciekawością zajrzałem do środka. Monety podobne do tych wcześniejszych – wielkość, wzór, symbole – lecz wykonane z plastiku. Różnokolorowe. Całkiem jak żetony do kasyna.
No i przeczucie mnie nie zmyliło! Mój opiekuńczy promień wystrzelił w stronę budynku z wielkim kolorowym neonem nad wejściem.
Po raz pierwszy w zaświatach spotkałem normalnych ludzi. Ale ani ja nie miałem ochoty na pogawędki z nimi, ani oni nie wyglądali na zainteresowanych. Czego tu nie było!
Już w przedsionku przegrałem dwa sztony w trzy karty. Kolejne trzy poszły na jednorękiego bandytę. Nic nie wygrałem, ale i nie oczekiwałem tego. To tylko rozgrzewka, przywitanie z kasynem. Tu nic nie zależy od zdolności gracza.
Pokręciłem się między stolikami. Mieli absolutnie wszystko. Blackjacka, każdą odmianę pokera, o jakiej słyszałem, i kilka nowych… Wybrałem pokerka dobieranego, w który Newman grał w kultowym „Żądle”. Postanowiłem, że oddam się karcianemu hazardowi przez jakiś czas, a jak wygram większą sumkę albo zostanie mi tylko połowa żetonów, przesiądę się do ukochanej ruletki.
Udało się zrealizować plany tylko częściowo. Kilka razy coś tam wygrałem, ale drobiazgi. Kiedy sobie przypomniałem o ruletce, w trzosiku została już tylko nędzna garstka sztonów.
Po godzinie dysponowałem jedynie szarymi bokserkami i przewodnikiem na szyi. Kto to słyszał, żeby parzyste wyszło przez sześć razy z rzędu? Przecież każdy wie, że liczby pierwsze rządzą! Krupier proponował, żebym postawił lewą dłoń. Uciekłem przerażony. Zielony promień już od jakiegoś czasu pokazywał wyjście z kasyna oznaczone wielką literą F. Zdążyłem jeszcze pomarzyć, że oznacza ono najsłynniejsze na świecie słowo na F. Porządny seks zawsze pomagał mi odzyskać humor po przegranej w kartach.
5. Kłamanie
Czyżby w tym miejscu marzenia się spełniały? Dziwne, w ogóle nie przypominało raju. Wylądowałem na poboczu dość ruchliwej szosy. Nieopodal po lewej zaczynały się zabudowania, po prawej ciągnęły się łąki czy tam pola, a za nimi las. A o jakieś pięć metrów ode mnie, w cieniu lipy stała śliczna dziewczyna. Uśmiechała się zachęcająco. Nie, wcale nie wyglądała na tirówkę i nie próbowała skłonić mnie do szybkiego numerku. Przypominała naszą nauczycielkę historii w technikum, tylko była co najmniej o dwadzieścia lat od niej młodsza. Obstawiłem, że również lubi dzielić się wiedzą i zapytałem:
– Czy mogłaby pani opowiedzieć mi coś ciekawego o tym etapie? Dopiero co się tu znalazłem… – Zrobiłem minę zagubionego szczeniaczka.
– Mam nad panem raptem kilka minut przewagi…
– Wobec tego możemy poznawać to miejsce wspólnie i nawzajem się sobą opiekować.
– Taki pan opiekuńczy i troskliwy?
– Owszem! Zawsze chętnie przeprowadzałem staruszki przez jezdnię.
– No to ma pan okazję się wykazać! – Zaśmiała się i pokazała coś za moimi plecami.
Rzeczywiście. Znikąd na poboczu zjawiła się starsza kobieta z siatkami w rękach. Stała i bezradnie patrzyła to w lewo, to w prawo, ale samochody jechały szybko, a przerwy w obydwu sznurach trafiały się rzadko. No co za pech! Ale nie mogłem wyjść na kłamcę w oczach dziewczyny.
– Przyłączy się pani do przeprowadzania? – zapytałem. – Zapewniam, że poczucie dobrze spełnionego obowiązku jest bezcenne.
– Nie, nie chciałabym panu odbierać chwały. Ale poczekam na pana powrót. – Uśmiechnęła się przepięknie. Miała bardzo równe zęby.
– W takim razie za moment wracam!
Podbiegłem do staruszki, delikatnie zabrałem jej siatki. W końcu nie chciałem, aby pomyślała, że próbuję ją obrabować z włoszczyzny i makaronu. Zakupy do prawej ręki, drugą ująłem babcię pod łokieć. Dostrzegłem lukę w samochodach nadjeżdżających z lewej i poholowałem starowinkę. Pierwsze auto z prawej przyhamowało, dając mi szansę na ukończenie zadania. Po chwili byliśmy po drugiej stronie ulicy. Mission complete!
Już wyciągałem rękę, by oddać kobiecie zakupy, gdy ucho najbardziej wyładowanej reklamówki się urwało. Cholera! Ale nie mogłem tak zostawić staruszki. Mnie, silnemu facetowi, utrzymanie tych siatek sprawiało problem, a co dopiero jej… Przycisnąłem uszkodzoną torbę do piersi.
– Gdzie pani mieszka? – prawie warknąłem.
– Tu, niedaleko. – Wskazała domek wychylający się zza kępy krzaków. Jak mogłem go wcześniej nie zauważyć?
Wniosłem zakupy do środka, położyłem na stole kuchennym.
– Ojej! – krzyknęła nagle staruszka i zakryła dłonią usta.
– Co się stało?!
– Pana marynarka!
Spojrzałem. Noż, kurwa mać! Niosąc zakupy, rozmaśliłem sobie serek czy inny jogurcik na klacie. A żeby to… Kobieta zaczęła ścierać białą paćkę jakimś papierem.
– To trzeba od razu zaprać. Proszę zdjąć marynarkę.
– Ależ szkoda czasu…
– Nie pozwolę, żeby za swoje dobre serce pan ucierpiał. – Wyciągnęła rękę. – Piętnaście minut, góra pół godzinki i będzie jak nowa. A w międzyczasie napije się pan herbatki. Wczoraj upiekłam sernik…
Ustąpiłem. Podałem staruszce uświnioną marynarkę. Przestępowałem z nogi na nogę i gapiłem się bezmyślnie przez okno wychodzące na szosę. W przerwie między samochodami zobaczyłem, że dziewczyna się rozgląda, jakby zniecierpliwiona. Pal diabli marynarkę! I tak przy przejściu przez kolejne drzwi dostanę nową. Wyskoczyłem przez okno i pognałem z powrotem.
Właściwie chciałem pognać, ale auta ciągnęły się w nieskończoność. Kiedy wreszcie dotarłem pod lipę, dziewczyny już tam nie było.
Zakląłem szpetnie, podlałem drzewko, żeby potem nie dekoncentrować się pęcherzem i wpadłem na świetny pomysł.
– Przewodniku, w którą stronę poszła ta piękna dama?
Zielony promień wskazał zabudowania w oddali. Pomaszerowałem poboczem.
Światło doprowadziło mnie do furtki oznaczonej literą P. Wątpiłem, żeby dziewczyna przez nią przechodziła, ale zakończenie poziomu to też jakiś zysk.
6. Tchórzostwo
Na tym etapie panował mglisty półmrok. Chłodno, nieprzyjemnie, jak w listopadową noc. Z oddali dobiegały odgłosy ni to kapania, ni to mlaskania. Aż dreszcz przeszedł mi po plecach. Otuliłem się szczelniej świeżo odrodzoną marynarką. Przy okazji zauważyłem, że przewodnik znowu urósł i teraz już był wielkości karty kredytowej. Ciekawe, czy pod koniec tej dziwnej gry będę go używał jako tarczy?
Promień wskazał na kłęby mgły, posłusznie skierowałem się w tę stronę. Stukot butów o bruk ginął w oparach. Wsłuchiwałem się, żeby wyłapać jakiekolwiek echo. Błąd – usłyszałem wrzask, od którego o mało się nie posikałem. Przyspieszyłem kroku. Wydawało mi się, że tuż za mną coś sapie, po prawej wyje…
Maszerowałem za zielonym światełkiem już chyba z pół godziny, gdy nagle wiatr rozgonił opary i zobaczyłem, że promień celuje dokładnie między dwa gigantyczne pająki. O nie! Za nic w świecie tam nie podejdę!
Skręciłem w lewo i przez jakiś czas błąkałem się bez celu, dumając, co powinienem zrobić. Nie to, że boję się pająków. No, dobrze, trochę się boję. Ale pięciometrowe bestie? Nawet królik tej wielkości byłby straszny!
Usłyszałem szczekanie, lecz nie potrafiłem ustalić, z której strony dobiega. Miło byłoby mieć jakiegoś pieska dla ochrony. Tylko że potwór, który wyłonił się z mgły, w niczym nie przypominał poczciwego bernardyna. Żarzące się na czerwono ślepia, kły długości moich palców i praktycznie nieistniejący nos jak u czaszki. Z zębisk skapywała ślina, od której skwierczał bruk. Potężna klatka piersiowa, talia jak u charta. Pieprzony ogar piekielny! I bydlę polowało na mnie!
Rzuciłem się do ucieczki. W biegu zdarłem z siebie marynarkę. Może uda się zarzucić ją psu na łeb albo wepchnąć w gardziel. Nie miałem absolutnie nic innego nadającego się na broń.
Szybko mnie dogonił. Skoczył, przeturlaliśmy się razem. Ugryzł mnie w lewą rękę, wyrwał kawałek mięsa z przedramienia. Wepchnąłem mu do paszczy marynarkę, niech się udławi! Huknąłem pięścią w łeb. Chyba trochę go to oszołomiło. Wykorzystałem okazję, zerwałem się i pognałem dalej.
Uświadomiłem sobie, że ręka prawie mnie nie boli. Albo adrenalina, albo śmierć stłumiła to odczucie. Nieważne. Krwawiłem jak zarzynane prosię. Zawinąłbym koszulę dookoła rany, ale żal było czasu.
Kurwa! Przyplątał się drugi kundel! Skręciłem w stronę wskazywaną przez przewodnik. Trudno, pieprzyć pająki! Może ogary się nimi zajmą. Albo na odwrót. Byle dopaść drzwi!
Psy pędziły za mną. Od czasu do czasu któryś doskakiwał i wyrywał mi kawałek ciała. Waliłem wtedy pięściami albo kopałem agresora. O dziwo, ubytki mięśni nie przeszkadzały w biegu, zmęczenie też nie doskwierało, więc gnałem jak sprinter po złoty medal.
Zbliżyłem się do celu. No, tego się nie spodziewałem! Dałem się pogryźć piekielnym bestiom, bo przeraziłem się wyrzeźbionych pająków. Co za idiota ze mnie!
Przebiegłem przez zbawcze drzwi, nawet nie patrząc na oznaczenia.
7. Gniew
Ból zniknął całkowicie, ubytki w mięśniach też. Czyli w kasynie mogłem przegrać rękę i nic nieodwracalnego by się nie stało. Dziwne, ale teraz wcale nie miałem na to ochoty. I tak bym się nie odegrał.
Te wszystkie myśli przemknęły mi przez głowę w błyskawicznej konstatacji. Nie miałem czasu na rozważania – przed sobą widziałem ścianę ognia. A przewodnik wskazywał płomienie.
Trudno, skoro ciało mi się regeneruje po dotarciu do kolejnych drzwi, nie ma się czego bać. Owinąłem głowę marynarką, oczy – na ile się dało – osłoniłem chyba niezniszczalnym, ciągle rosnącym przewodnikiem. Dalsze odwlekanie nieuniknionego nie miało sensu. Biegiem naprzód marsz!
Nie da się ukryć – było gorąco. Z każdą sekundą dorabiałem się nowych oparzeń, ale nie cierpiałem zbytnio. Koncentrowałem się na trzymaniu zielonego promienia i jak najszybszym przebieraniu nogami. Starałem się nie myśleć o zapachu spalenizny ani o tym, że to moje własne tkanki właśnie się zwęglają.
Nie potrafiłbym określić, jak długo biegłem. Wydawało się, że przez całą wieczność, ale chyba jednak nie, bo nie spaliłem się aż do kości. Wreszcie dopadłem kolejnych drzwi.
Dla odmiany nie prowadziły do następnego etapu – znalazłem się w jakimś przedsionku. Na ścianie przede mną wisiało wielkie lustro. Cóż, nie przedstawiałem przyjemnego widoku. Włosy spłonęły całkowicie. Z ubrania został głównie pasek od spodni, częściowo wtopiony w ciało. Skóra przeważnie poczerniała, coś ze mnie kapało… Cud, że nie oślepłem. Nie wiem, jak wtedy znalazłbym drogę. Wyglądałem paskudnie, na szczęście ból nie dokuczał. Nie ma się na co gapić. Gdzie drzwi? Ach, to lustro się otwiera. A nad nim napis A2. Idę.
8. Lenistwo
Za drzwiami było gorąco, ale od upału, nie od pożaru. Kamienista dróżka, po bokach las. Wręcz przyjemnie. Na plecach coś ciążyło. Plecak, z napisem „NIE OTWIERAĆ” na klapie. Przewodnik kazał iść pod górkę. Trudno, ruszyłem.
Ścieżka ciągnęła się i ciągnęła. Niekiedy prosto, jak sierpem rzucił, niekiedy wiła się zakosami, ale cały czas pod górę. W upale. Po dziesięciu minutach cały byłem mokry od potu. Po piętnastu kapało ze mnie jak w saunie.
Ile można się wspinać tak bez przerwy? Zrobiłem postój, usiadłem na plecaku, wyciągnąłem przed siebie nogi i dyszałem. O wiele lepiej, ale pić chciało się straszliwie. Może w plecaku są jakieś butelki? Woda dużo waży, to by uzasadniało ten wpijający się w barki ciężar. Ile bym oddał za jeden łyk!
Najpierw próbowałem obmacać plecak, ale miał za grube ścianki. Zacząłem błądzić palcami po zapięciu. Kusiło metalowym chłodem. Przewodnik pisnął ostrzegawczo. Nie wiedziałem, że może wydawać dźwięki. Ale znowu urósł, był już prawie wielkości małego telefonu komórkowego, to może i nowe funkcje mu doszły. Nieważne, nie pozwolę się sterroryzować głupiemu urządzeniu!
Otworzyłem. Noż, żeby to jasna cholera wzięła! Targałem pod górę kostki brukowe! To chyba jakiś chory żart! Od razu wywaliłem dwie w krzaki. Teraz szło się o wiele lepiej, a może to nerwy mnie niosły. Co za porąbany pomysł, żeby skłaniać człowieka do noszenia kamieni na grzbiecie?!
Słuszny gniew napędzał mnie przez kilka kilometrów, ale wreszcie wygasł. Wróciło zmęczenie, więc zarządziłem następny postój. Z kostek zbudowałem dość wygodne siedzonko.
Odsapnąłem troszeczkę i powędrowałem dalej. Uświadomiłem sobie, że kamienie pozostały na poboczu. Mała strata, krótki żal. Teraz szło się już całkiem wygodnie i dość szybko dotarłem do drzwi umieszczonych dziwacznie na szczycie. Sterczały na czubku góry, całkiem pionowo, jak menhir. Najpierw obszedłem je dookoła, ale z obydwu stron wyglądały tak samo. Wreszcie nacisnąłem klamkę i przekroczyłem próg.
Epilog
Znalazłem się w innym świecie. W… raju? Przypominał ogród, wszędzie mnóstwo roślin. Gigantycznych roślin. Coś, co wyglądało jak stokrotka, sięgało mi prawie do pasa. Gdybym w tym Edenie chciał zjeść jabłko, zajęłoby mi to chyba z rok! Wielkie kwiaty pachniały oszałamiająco. Kwiaciarnia do kwadratu. Ale całkiem przyjemnie.
Nagle ziemia zadrżała. Rozejrzałem się, lekko przestraszony. W oddali kroczył olbrzym. Wylądowałem w jakichś nordyckich zaświatach? Zszedłem kolosowi z drogi. Nie bałem się, ale mógłby mnie rozdeptać przez nieuwagę.
– Co to za gigant? – zapytałem sam siebie.
Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział ktoś inny.
– Żaden gigant, jeno tak zwany porządny człowiek.
– Kto mówi?!
Zza kępy bratków wyłonił się ktoś mniej więcej mojego wzrostu.
– Ja, zwą mnie Jędrzej. Dawnoś tu przybył?
– Dopiero co przeszedłem przez ostatnie drzwi.
Jędrzej wyraźnie się ucieszył.
– Zatem pewnie masz mrowie pytań. Nie krępuj się.
– Dlaczego on – machnąłem ręką w stronę olbrzyma – jest taki wielki?
– Nie on jest wielki, jeno myśmy skarleli podczas wędrówki przez Czyściec.
– Więc to był Czyściec?
– Różnie zwą tę rzecz: Labiryntem Charona, Ośmioraką Ścieżką, w ostatnich czasach Oktagonem…
– I dlaczego my akurat zmaleliśmy?
– Jeśliś żył niecnotliwie, zostawiasz podczas wędrówki wiele materii cielesnej. Każdy zgubiony guzik od koszuli, każde splunięcie na ziemię oznacza, że do celu docierasz umniejszony. Mnie najwięcej ciała wyrwały kolce, między którymi musiałem się przedzierać za to, żem okrucieństwem grzeszył. Tobie pewnie też owe kolce boki poszarpały.
Wzdrygnąłem się. Brzmiało okropnie, jak coś, co mogła wykombinować hiszpańska inkwizycja.
– Nie, nie przechodziłem przez kolce.
– Pokaż swą nić Ariadny. – Jędrzej sięgnął po mój przewodnik, obejrzał go. – Jużci, nie przechodziłeś.
– Dlaczego nie?
– Każdy ponosi karę za osiem swych najgorszych przywar. Jedni najbardziej grzeszyli łakomstwem, inni pychą. Każdy ma własną drogę przez Labirynt. Tutaj przybywamy oczyszczeni.
– Przeszedłem przez Labirynt, więc jestem w środku. Dlaczego ten ogród jest tak wielki, nawet dla nie-olbrzymów? Chyba jest tu ich wielu?
– A i owszem. Opowiem ci dykteryjkę. Parobkowi, majstrowi budowniczemu i filozofowi dano pale na sto sążni częstokołu i polecono wygrodzić jak największą połać ziemi. Parobek wygrodził kwadrat o boku dwudziestu pięciu sążni. Majster zbudował koło i oznajmił, że nie sposób zrobić tego lepiej. A filozof powbijał pale byle jak, krzywo, grodząc połać nie większą od gumna. Stanął w środku i rzekł: „Jestem na zewnątrz”.
Jędrzej patrzył na mnie, jakby na coś czekał.
– Nie rozumiem – przyznałem.
– Ech, mniemałem, żeś przeszedł przez głupotę – burknął. – Przyrównaj Labirynt do portu. Po wpłynięciu, załatwieniu formalności, opłaceniu ceł et caetera, stoi przed tobą otworem miasto albo i cały kraj. To ten przypadek.
– Ach, teraz to ma sens. A zatem dotarłem do raju?
Jędrzej wzruszył ramionami.
– Jeśli za raj uznajesz kondycję, w której niemal wszyscy patrzą na ciebie z góry i każdy widzi, jak mikra jest miara twego człowieczeństwa…
– Jesteśmy najmniejsi?! – przeraziłem się. Wstyd na całą wieczność, nie ma co…
– Są dusze jeszcze nikczemniejszej postury. Wszak jam nie był za życia ostatnim łotrem, ty pewnikiem też nie. Niejeden ledwie zdoła podźwignąć swą nić Ariadny.
– I nic nie da się zrobić?
– Znam jeden sposób. – Westchnął, pogłaskał się po wąsach. – Powiadają, że każdy dobry uczynek dodaje krztynę materii.
– Czyli jesteśmy uratowani!
– Ba! Mniemasz, że tak łacno tu o cnotliwe czyny? Zaprawdę, lepiej było dokonywać ich za życia. Nie masz tu chłodu ni głodu, więc głodnego nie nakarmisz, spragnionego nie napoisz, nagiego nie przyodziejesz.
– No to co pozostaje?
– Wyszukiwać przybyszów jak ty i objaśniać im tutejsze porządki.
– I szybko się rośnie w ten sposób?
– A które stulecie trwa teraz na ziemi?
– Początek dwudziestego pierwszego wieku.
– Tom przez ostatnie dwieście lat urósł o szesnastą część cala. Ale wieczność przede mną.
Witaj. :)
Dziękuję za tag: „wulgaryzmy” – wiem, z czym się mierzę. :))
Sprawy techniczne, które zatrzymały mnie przy czytaniu (wszelkie sugestie i wątpliwości – zawsze tylko do przemyślenia):
Całkiem wygodnie się po nim szło. Przynajmniej przez pierwsze kilka minut. Potem zrobiło się całkiem ciemno. – powtórzenie?
Majster zbudował koło i oznajmił, że nie sposób zrobić to lepiej. – gramatyczny/składniowy?
– Znam jeden sposób. – Westchnął, pogłaskał się po wąsach. – Powiadają, że każdy dobry uczynek dodaje krztynę materii. – tu mam wątpliwość, czy to nie gębowe?
Niezwykły pomysł na historię konkursową. Zabawny morał, śmieszne sceny, sporo tu się dzieje, aż miejscami miałam wrażenie czytania nowej „Alicji w Krainie Czarów Labiryncie” albo też opisu przerażającej gry. :) Taka gra miałaby wiernych i zagorzałych fanów na całym świecie! :) Brawa za wyobraźnię!
Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)