Jest to brutalna opowieść osadzona w autorskim uniwersum Kronik Ybris. Zderzenie naiwnych młodzieńczych marzeń z bezlitosnym szlakiem i magią, która zawsze żąda zapłaty we krwi.
Jest to brutalna opowieść osadzona w autorskim uniwersum Kronik Ybris. Zderzenie naiwnych młodzieńczych marzeń z bezlitosnym szlakiem i magią, która zawsze żąda zapłaty we krwi.
Czas w rodzinnej wiosce nie płynął. On po prostu gnił, niczym woda w zamkniętej, drewnianej beczce. Od dziecka wbijano mi do głowy, że magia to mrzonka, wymysł dla panów z wielkich miast, a przeznaczeniem dziewki jest wyjść za mąż za chłopa o spracowanych dłoniach, rodzić dzieci i umrzeć z wycieńczenia, zanim zdąży osiwieć. Ludzie wokół nosili na twarzach maski tępego, potulnego zadowolenia. Gardziłam tym. Gardziłam ich uległością.
Kiedy więc do naszej mieściny dotarł strzęp plotki, że słynny Zakon w Alfriandzie znów otwiera bramy dla nowicjuszy, poczułam w piersi żar, którego nie dało się już ugasić. Miałam szesnaście lat. Byłam pyskata, arogancka i święcie przekonana, że wrodzony spryt to tarcza, której nie przebije żadna stal. Ucieczka pod osłoną nocy wydawała się nie tyle wyborem, co koniecznością. Zabrałam mały tobołek, wymknęłam się przez okno i nie obejrzałam za siebie ani razu. Pisane mi były rzeczy wielkie. Czułam to w każdej kości.
Złapałam kupiecki wóz zmierzający do Salmer. Kolejne dni upływały w rytmie miarowego turkotu kół i skrzypienia osi. Z każdą milą strach topniał, ustępując miejsca dzikiej radości. Wyobrażałam sobie potężne mury Alfriandu, zapach starych ksiąg i potęgę, która wkrótce miała spłynąć z moich dłoni. Byłam gotowa zapłacić każdą cenę – nawet oddać ciało – byle tylko wyrwać się z przeciętności.
A potem dotarliśmy na skraj Ciemnej Puszczy.
Kupiec naparł na drąg hamulca, a wóz stanął ze zgrzytem żelaznych obręczy. Mężczyźni wpatrywali się w ścianę prastarych, czarnych jodeł tak, jakby przed nimi otwierała się paszcza gigantycznego potwora. Rozpalili małe, ostrożne ognisko i ugotowali wodnistą zupę, mrucząc pod nosami, że w tę gęstwinę nie wjeżdża się po zmroku. Siedziałam na deskach, przeżuwając chleb i patrzyłam w las. Widziałam tylko drzewa. Mnóstwo okropnych, wysokich drzew. Śmiałam się w duchu z ich tchórzostwa.
Okno Stwórcy
Ruszyliśmy o bladym świcie. Kiedy zagłębialiśmy się w las, czułam, że wkraczam w nowe życie. Z początku puszcza oszałamiała zmysły. Grube, iglaste gałęzie splatały się wysoko nad głowami, tworząc potężne sklepienie, przez które z rzadka przebijały się ostre, złote promienie słońca. Powietrze pachniało ciężko – żywicą, wilgotnym mchem i rozkładającym się drewnem. Każdy szelest w gęstwinie przyprawiał kupców o drżenie rąk, choć najczęściej z zarośli wyskakiwał tylko przerażony zając. Chciałam zeskoczyć z wozu, by zerwać garść leśnych borówek, obficie rosnących przy drodze, ale mężczyźni surowo tego zabronili. Nawet na chwilę nie zwalniali tempa.
Wtedy wjechaliśmy w Okno Stwórcy.
Las nagle jakby rozstąpił się przed nami, oddając cześć temu miejscu. Ponure jodły ustąpiły majestatycznym dębom i strzelistym bukom, których liście lśniły w słońcu. W samym sercu tej leśnej wyrwy rozlewał się krystalicznie czysty staw. Promienie słońca uderzały w taflę wody, wydobywając z niej blask płynnego złota. Pomiędzy gęstymi pałkami wodnymi przemykały kaczki, a w przejrzystej płyciźnie migotały srebrne łuski zwinnych ryb. Woda uciekała dalej radosnym, szemrzącym strumykiem, przez który wiódł stary bród z kamieni, ułożonych w misterne wieżyczki. Wszędzie wokół rosły grzyby z krwistoczerwonymi kapeluszami.
Zaparło mi dech. To wyglądało jak obraz wycięty prosto z baśni, które matka opowiadała przy kominku. To był mój świat. Piękny, nieskalany i gotowy, bym go podbiła. Przez moment wierzyłam, że stąd do Alfriandu czeka mnie już tylko spacer w stronę chwały.
Złudzenie prysło, gdy Okno Stwórcy zniknęło za plecami, a puszcza ponownie zacisnęła wokół nas zimne, smoliste palce.
Krew i Stal
Zbliżał się wieczór. Dzień chylił się ku zachodowi, a powietrze stawało się lepkie i ciężkie. Byliśmy ledwie dzień drogi od wyjścia z lasu. Zmęczenie zamykało mi oczy. Kupcy od kilku godzin jechali w grobowym milczeniu, pociągając gorzałę z bukłaków. Drogę oświetlała zaledwie jedna, nędzna latarnia. Na każdy huk sowy reagowali nerwowym zakrywaniem szkła dłonią. Zaczynałam mieć dość ich obłędu.
Nagle potężne pchnięcie wyrwało mnie z półsnu.
– Wstawaj! – syknął jeden z nich, szarpiąc mnie za ramię z brutalną siłą. Jego oczy były szeroko rozwarte z przerażenia.
– Zaatakowali nas. Jeśli zdołają nas zatrzymać, uciekaj do lasu, rozumiesz?!
Nie zdążyłam nawet zapytać, co się dzieje. Odchyliłam płachtę wozu. W gęstym, atramentowym mroku dostrzegłam cienie. Ludzkie sylwetki, które doganiały nasz wóz.
A potem powietrze rozdarł świst. To nie był dźwięk z baśni. To był ostry, drapieżny gwizd.Usłyszałam głuchy, mokry trzask, jakby ktoś uderzył tasakiem w surowe mięso, a po nim opętańczy wrzask. Obejrzałam się gwałtownie. Kupiec, który jeszcze przed chwilą pociągał z bukłaka, miał w prawy bark wbity gruby bełt. Jasna koszula w mgnieniu oka nasiąkła ciemną, gęstą krwią.
Drugi z kupców nawet na niego nie spojrzał. Z wykrzywioną strachem twarzą wepchnął mi do rąk latarnię, wyrwał lejce rannemu towarzyszowi i drugą ręką złapał za potężną kuszę. Z mroku przyleciał kolejny świst. I następny. Jeden z bełtów trafił rannego prosto w pierś, kończąc krzyki głośnym, bulgoczącym charkotem. Mężczyzna bezwładnie zsunął się z kozła. Zniknął pod kołami, a ja nawet nie usłyszałam chrupnięcia kości, zagłuszonego tętentem spłoszonych koni.
– Powieś lampę! – ryknął ocalały kupiec, plując śliną.
– Strzelaj, na bogów! Strzelaj!
– Jak?! – wrzasnęłam, czując, jak panika dławi gardło, a ręce trzęsą się tak bardzo, że ledwie trzymałam ciężką broń.
– Celuj w mrok i naciskaj spust!
Zaparłam się o deski. Wycelowałam w wirującą ciemność. Nacisnęłam. Kuszę szarpnęło, bełt pomknął w mrok, nie trafiając w absolutnie nic. Zanim zdołałam choćby pomyśleć o tym, by spróbować naciągnąć twardą cięciwę ponownie, usłyszałam dźwięk gorszy niż ludzki krzyk.
Rżenie konia. Dzikie, przepełnione niewyobrażalnym bólem. Zwierzę pociągowe dostało prosto w zad. Wpadło w szał, rwąc się w bok z całą potęgą mięśni. Wóz szarpnął gwałtownie. Prawe koło z impetem uderzyło w wystający z ziemi, potężny korzeń dębu. Oś pękła z trzaskiem łamanego kręgosłupa. Wóz przechylił się, trąc poszyciem o pnie drzew, które dosłownie zrywały z niego płócienny dach jak skórę z trupa. Siła uderzenia rzuciła mnie na podłogę.
– Doganiają nas! – pisnęłam, desperacko próbując wstać.
– Wiem! – warknął kupiec. Był blady jak wosk, a w oczach miał już tylko zrezygnowanie.
– Ranny koń… rozwalone koło… To koniec. To nasz wyrok.
Nie zdążył uciąć lejc. Z mroku wyłoniły się postacie. Wypadli z gęstwiny jak stado wściekłych psów. Wleczący wóz otoczyli w kilka uderzeń serca.
– Stój i zachowaj życie – rozległ się potężny, chrapliwy głos
Było ich kilkunastu. Z piętnastu, może szesnastu zbirów o twarzach wykrzywionych krwawym amokiem. Wywlekli nas z roztrzaskanego wozu jak bezradne szczenięta, rzucając prosto na mokrą, zimną ziemię. Zapłonęły pochodnie. Ich żółte, drżące światło oblało naszą porażkę.
– O, kurwa… – zarechotał wysoki bandyta, podchodząc bliżej. Śmierdział starą krwią i wódką.
– Patrzcie, chłopaki. Dziewka. I to świeżutka. Twoja córka, stary?
– Nie… nie, panie – wydukał kupiec, dzwoniąc zębami. Wciskał twarz w błoto, bojąc się spojrzeć im w oczy.
– Mieliśmy ją tylko podwieźć do miasta…
– Ooo. Czyli nie będziesz miał nam za złe, jeśli sobie na niej trochę poużywamy, zanim cię ograbimy?
Zapadła cisza, w której słyszałam tylko galopujące serce.
– Nie, panie.
Szept kupca był cichy, ale uderzył we mnie z siłą kowalskiego młota. Ten tchórz. Ten żałosny śmieć właśnie przehandlował moje życie i ciało, licząc na to, że kupi sobie tym oddech. Dziecięca naiwność umarła w tej samej sekundzie. Zamiast paraliżującego strachu, poczułam czystą, pierwotną nienawiść.
– Spierdalać ode mnie, nędzne chamy! – ryknęłam, próbując wyrwać się z łap bandyty, który już zaciskał dłonie na ramionach.
– Zabiję was! Przysięgam na bogów, zajebię każdego, kto mnie tknie! Bandyta tylko odchylił głowę i wybuchnął gardłowym śmiechem.
– Taka młoda, a tak kurewsko brzydko mówi. Młodziutka… my cię tu zaraz nauczymy, do czego służą te usta. A potem, jak już będziesz potulna, znajdziemy dobrą pracę dla takiej wygadanej suki. Burdel w Soii zawsze przyjmie świeże mięso.
Odarcie z Iluzji
Wtedy z cienia wyszedł on. Dowódca.
Zamarłam. Twarz mężczyzny wyglądała, jakby ktoś kiedyś próbował rozedrzeć mu czaszkę tępym hakiem. Potworna blizna ciągnęła się przez całą długość policzka, ściągając lewe oko nienaturalnie w dół i tworząc upiorny, wiecznie drwiący grymas. Podszedł powoli. Nachylił się nade mną z pochodnią, mierząc wzrokiem, w którym nie było cienia litości, tylko ocena. Jak na targu bydła. Odwrócił się do kompanów z obrzydzeniem.
– Na kurwę to ona się może nie nadawać. Popatrzcie na nią. Chuda. Nawet nie ma cycków.
– Może sprawdzisz dokładniej? – rzucił ktoś z tłumu, wywołując falę obleśnego rechotu.
Bliznowaty odwrócił się z powrotem. Zanim zdążyłam zareagować, brudna łapa zacisnęła się na gieźle na wysokości dekoltu. Szarpnął z brutalną siłą. Tkanina pękła z głośnym trzaskiem, obnażając pierś w chłodnym, nocnym powietrzu.
Krzyknęłam z bezsilności, odruchowo zasłaniając się skrzyżowanymi ramionami, ale on był szybszy. Przysunął płonącą pochodnię do skóry. Tak blisko, że poczułam smród palących się włosków, a na przedramieniu natychmiast wykwitł pęcherz oparzenia. Ból przeszył mnie jak igła.
– Pokaż towar, suko, albo spalę cię tu żywcem! – wycharczał. Zdrowe oko zapłonęło wściekłością.
Trzęsłam się z bólu i poniżenia, opuszczając ręce. Przyjrzał mi się w milczeniu, z tym samym kupieckim chłodem.
– No… w sumie może być – rzucił w końcu. Wyprostował się.
– Chłopaki, zająć się kupcem i wybebeszyć wóz. A potem wszystko spalić.
Nachylił się nad bandytą, który mnie trzymał, i szepnął mu coś do ucha. Mgnienie oka później poczułam, że żelaznym chwytem złapał mnie za włosy i pociągnął w tył. Szarpałam się, kopałam, gryzłam powietrze, ale on tylko śmiał się, ciągnąc głęboko w mrok puszczy. Za grube drzewa, gdzie światło ogniska już nie docierało.
To tam zgwałcił mnie po raz pierwszy. A potem drugi. I trzeci. Czułam zapach mokrej ziemi, cuchnącego potu i własnej, kapiącej krwi. A kiedy w końcu ze mnie zszedł, gdy myślałam, że zabił we mnie już wszystko, co ludzkie, pochylił się nad uchem.
– Nie opadaj z sił, krzykaczko – szepnął, zapinając spodnie.
– Piętnastu moich ludzi wciąż czeka w kolejce.
Świat skurczył się do rozmiarów zardzewiałej klatki i zapachu zepsutej krwi.
Nie wiem, jak długo leżałam nieprzytomna po tym, jak pierwszy z nich uderzył mnie w tył głowy, kończąc żałosny, desperacki opór. Gdy w końcu otworzyłam oczy, przywitał mnie chłód żelaznych prętów wbijających się w plecy i odór starego moczu. Obok w półmroku kuliły się trzy inne dziewczyny. Ich twarze przypominały woskowe maski. Patrzyły pustym, martwym wzrokiem, w którym odbijało się to samo echo zniszczenia. Nie musiałyśmy zamienić ani słowa. Znałam ten wzrok. Wiedziały doskonale, przez jakie piekło właśnie przeszłam i równie dobrze wiedziały, co przyniesie kolejna noc.
A potem nadeszła kolejna. I następna. Z zimną konsekwencją, dzień po dniu, wyrywano mi duszę. Zabierali mnie do wilgotnej, cuchnącej jaskini, gdzie litość nie miała wstępu. Przeszło przeze mnie szesnastu oprawców. Szesnaście dyszących, pijanych zwierząt, które z każdą chwilą upewniały mnie w przekonaniu, że bogowie już dawno opuścili ten świat.
Ciało pękało, ale umysł w końcu wyostrzył się do granic możliwości. Ból zamienił się w chłodną, wyrachowaną determinację. Nie mogłam tego dłużej znieść. Wczorajszej nocy, gdy jeden z nich ciężko sapał nade mną, usłyszałam, jak rozmawiają o planach. Za dwa dni mieli zwinąć obóz. Zabierali nas do Soii, by sprzedać handlarzom niewolników – prosto do burdeli, gdzie resztki naszego życia miały zostać wycenione na miedziaki.
Postanowiłam, że do tego nie dojdzie. Dzisiaj ukradnę nóż. Dzisiaj zakończę ten koszmar na własnych warunkach.
Siedziałam w kącie klatki, wpatrując się w nocne niebo. Księżyc świecił nienaturalnie jasno, oblewając korony drzew chłodnym, srebrnym blaskiem. W oddali monotonnie pohukiwała sowa. Noc była zjawiskowo piękna, stanowiąc brutalny kontrast dla zgnilizny, w której tkwiłam. Ile bym w tamtej chwili dała, by znów usiąść na progu nudnej, rodzinnej chaty. Myślałam, że pogoń za wielkim marzeniem była odważna, ale teraz czułam, że była po prostu głupia. Postawiłam wszystko na jedną kartę i los zgarnął pulę.
Ten skurwiel z wykrzywioną mordą – dowódca – zabrał dzisiaj dziesięciu chłopa i ruszył do miasta. Reszta kręciła się po obozie, przygotowując do wyjazdu. Dzień uciekał, a noc gęstniała. Wiedziałam, że za chwilę któryś z pozostałych w obozie drani przyjdzie po mnie, by "sobie ulżyć". Czekałam. Miałam tylko jedną szansę, by w odpowiedniej chwili wyrwać mu ostrze zza pasa i wbić je prosto w gardło.
Nagle usłyszałam dźwięk. Był tak cichy, że w pierwszej chwili wzięłam go za wiatr. Szelest, jakby coś niezwykle lekko, z drapieżną gracją przeskoczyło między gałęziami. Podniosłam głowę. Nad obozem górował potężny, stary dąb. W jego rozłożystych, pogrążonych w cieniu konarach coś się poruszyło. Wytężyłam wzrok. To nie było zwierzę. Tam w górze byli ludzie. Widziałam ruch, widziałam kształty stapiające się z mrokiem. Zamarłam. Obserwowali nas. Ktoś patrzył prosto na mnie.
Z otępienia wyrwał mnie odór przetrawionego alkoholu i kwaśnego potu.
– Chodź tu, mała – usłyszałam obleśny szept. Bandyta stał tuż za kratami, szarpiąc za żelazny łańcuch.
– Idziemy się pobawić.
Otworzył klatkę, chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął z brutalną siłą. Nie zdążył mnie wyciągnąć.
Jego twarz nagle zamarła. Wykrzywiony pożądaniem uśmiech zgasł, a oczy wywróciły się białkami ku górze, jakby nagle zobaczył boga. Z otwartych, łapiących powietrze ust z mokrym chrupnięciem wysunął się zakrwawiony, trójkątny szpic miecza. Uniosłam głowę, dygocąc. Za plecami dławiącego się własną krwią oprawcy stał mężczyzna. Był wpół zgięty, z wolną ręką wyciągniętą do przodu. W dłoni trzymał ciężki nóż, którego ostrze spoczywało głęboko w potylicy bandyty. Nieznajomy bezszelestnym ruchem przytrzymał osuwające się ciało, pozwalając mu opaść na ziemię tak delikatnie, by nie wydało najmniejszego dźwięku.
Z konarów wielkiego dębu, cicho jak opadające liście, zeskoczyło jeszcze trzech wojowników. Od razu wiedziałam, że to nie są zwykli najemnicy. Poruszali się z drapieżną, nieludzką precyzją. Minęli mnie, od razu kierując się w stronę wejścia do jaskini. Ten, który mnie ocalił, przyłożył palec do ust, nakazując absolutną ciszę. Następnie powolnym gestem kazał zostać na miejscu. Zanim ruszył za swoimi, położył zakrwawiony nóż tuż przy kratach. Zadrżałam, zamykając cicho drzwiczki klatki. Spojrzałam na leżące ostrze. Cóż za upiorna ironia losu. Chciałam zdobyć nóż, by odebrać sobie życie, a noc zesłała kogoś, kto po prostu mi go podarował – jako szansę.
Z głębi jaskini nie dobiegł żaden szczęk stali. Słyszałam tylko stłumione charczenie, trzask pękających kości i krótkie, urywane jęki. Chwilę później na zewnątrz wywleczono ocalałych bandytów.
Już miałam wyskoczyć, ale za klęczącymi na ziemi oprawcami stanęli oni. W świetle dogasających pochodni wreszcie mogłam im się przyjrzeć. To była jedna kobieta i trzech mężczyzn. Każdy dzierżył inną broń, ale wszyscy nosili identyczne, wzmocnione ćwiekami skórzane pancerze. Ich twarze przypominały rzeźby wykute w granicie – były harde, ostre i wyprane z wszelkich uczuć. Jeden z nich spojrzał w moją stronę.
– Wyjdź. Już nic ci nie grozi – rzekł głosem, który nie znosił sprzeciwu. Pchnęłam kratę. Nogi drżały pode mną, gdy stawiałam kroki w błocie.
– Czy… czy mogę uwolnić resztę? – zapytałam, wskazując skamieniałe ze strachu towarzyszki niedoli.
– Lepiej będzie ich tu nie zostawiać – odpowiedziała chłodno kobieta-wojowniczka.
Otworzyłam szerzej wrota. Dziewczyny powoli, na trzęsących się nogach, wyszły na zewnątrz. Wojownicy odwrócili uwagę od nas, skupiając się na klęczących bandytach.
– Gdzie jest Skotty? – zapytał ten, który ocalił mnie przed klatką.
– Wy… wyruszył dzisiaj! – wybełkotał jeden z oprawców, dławiąc się łzami i strachem.
– Pojechał spotkać się z Filiopem. Nie wróci prędko!
– Gdzie to spotkanie? – drążyła kobieta, zbliżając do twarzy bandyty ociekające krwią ostrze.
– Gdzieś na Polach Bilzockich! Przysięgam na bogów, nie wiemy, gdzie dokładnie! On zawsze trzyma przy sobie list z miejscem spotkania!
Kobieta zmrużyła oczy, przyglądając się im z jawną pogardą.
– Hmm. Czyli w sumie gówno wiecie. Nie jesteście nam potrzebni.
– Zaczekaj! Zaczekaj, na miłość boską! – zaczął wrzeszczeć jeden z nich, czołgając się w błocie.
– Zostaw nas przy życiu! Weźcie, co chcecie z obozu, tylko darujcie nam życie!
Kobieta spojrzała na niego z góry.
– Tak, jak wy darowaliście kupcom?
– Ale to był rozkaz dowódcy! Nie nasz! On kazał ich zabić, my tylko…
Kobieta przestała go słuchać. Odwróciła głowę w naszą stronę. Jej wzrok spoczął na poszarpanych koszulach, siniakach i brudzie.
– Czy te świnie was dotykały? Albo…
– Te kurwie syny robiły z nami wszystko, co chciały!!! – wrzasnęła nagle jedna z dziewczyn. Jej głos pękł, przechodząc w dziki, opętańczy szloch, który skrywał w sobie niewyobrażalny ogrom bólu.
Wojowniczka nie zadała więcej pytań. Jej twarz pozostała kamienna, ale w oczach błysnęło coś niebezpiecznego. Podeszła do nas wolnym krokiem. Płynnym ruchem wyciągnęła nóż i podała go dziewczynie, która przed chwilą krzyczała. Jeden z mężczyzn podszedł tuż za nią, wyciągając z pochwy potężny sztylet. Wsunęli nam broń w dłonie.
– Proszę – powiedziała cicho kobieta, odsuwając się na krok.
– Bydlaki są wasze.
Kiedy było już po wszystkim, stałyśmy w ciszy przerywanej jedynie urywanymi oddechami. Byłyśmy całe umazane krwią oprawców. Ostatnie, żałosne jęki i przedśmiertne charczenie, gdy ostrza zatapiały się w ciałach zbirów, o dziwo, nie napawały mnie obrzydzeniem. Nasyciły uszy. Przyniosły chore, ale konieczne oczyszczenie. W końcu, po tylu dniach duszenia się we własnym strachu, poczułam ulgę. Złapałam oddech pełną piersią. Nóż, który wciąż ściskałam w dłoni, wydawał się przedłużeniem ramienia.
Wytarłam twarz wierzchem dłoni, rozmazując szkarłat.
– Kim jesteście? – zapytałam, patrząc na oświetlonych blaskiem księżyca wybawców.
– Nikim – odparł krótko jeden z mężczyzn.
– Proszę. Zdradźcie cokolwiek. Chcę wiedzieć, kim są ludzie, którzy zawrócili mnie zza grobu.
Kobieta westchnęła ciężko, wymieniając spojrzenia z towarzyszami.
– To Argon, Zeryt, Kilf. A ja jestem Olian. Dokąd wy zmierzacie, dziewczyny?
– Do miasta na wschód – odpowiedziałam, wciąż nie puszczając noża.
– By dotrzeć do Alfriandu.
– Ja też – szepnęła jedna z dziewczyn.
– I ja – dodała kolejna.
Olian uniosła brew. – Wszystkie zmierzacie do Zakonu? – Widocznie tak. Widać tylko desperaci i wariaci szukają tam miejsca – odpowiedziałam gorzko.
– Ale o mały włos skończyłybyśmy jako dziwki w Soii. A wy? Dokąd wy zmierzacie?
– Za bandytami – odpowiedziała Olian, patrząc w stronę głuszy.
– Szukamy ich zleceniodawcy. Jest naszym starym wrogiem. Tropimy go już od pięciu lat.
– Skąd go znacie?
Olian uśmiechnęła się krzywo. W tym uśmiechu było więcej zmęczenia niż radości.
– Właściwie to już chyba nawet nie pamiętam. Ale teraz tak myślę… możemy wam pomóc wyjść z tej puszczy. Idziemy w podobną stronę. Chyba że nie dacie rady nadążyć, ale powiem wprost: zostanie tutaj to dla was pewna śmierć.
Ruszyłyśmy z nimi.
Podróż przez Ciemną Puszczę trwała cztery dni. Kiedy my opadałyśmy z sił, oni bez słowa brali nas na plecy, niosąc z lekkością, jakbyśmy były utkane z piór. Kiedy brakowało jedzenia, jeden z nich znikał w gąszczu i zawsze wracał z upolowaną sarną, z której oprawianiem uwinął się w kilka minut. Zaczęłam ich obserwować. Szli cztery dni bez chwili snu. W marszu, w trakcie polowań, nie zwalniali tempa. Byli niezmordowani jak golemy, byli drapieżnikami w ludzkiej skórze.
Gdy w końcu dotarliśmy na skraj puszczy, gdzie światło dnia nareszcie przebiło się przez gęstwę koron, podbiegłam do Olian.
– Proszę – zaczęłam, patrząc jej prosto w oczy.
– Zdradź nam prawdziwe intencje. Gdy dotrzemy do Zakonu… gdy zostaniemy potężnymi magami, odwdzięczymy się z nawiązką. Ale muszę wiedzieć, kim naprawdę jesteście. Zauważyłam to. Jesteście sprawniejsi niż ludzie. Potraficie iść cztery dni bez odpoczynku. W międzyczasie polujecie, badacie tropy, nie śpicie. Wy nie jesteście zwykłymi najemnikami.
Olian zatrzymała się. Spojrzała na mnie, potem na pozostałe dziewczyny. Jej twarz znów stała się kamienna, jak wtedy w obozie.
– Rozetnijcie dłonie – rozkazała twardo.
Zawahałyśmy się tylko przez sekundę. Ostrza, którymi wymierzyłyśmy sprawiedliwość, poszły w ruch. Nasze dłonie spłynęły gorącą krwią. Wojownicy postąpili tak samo, nie krzywiąc się przy tym nawet o włos. Podeszli do nas, przykładając otwarte, krwawiące rany do naszych, tak by krew spłynęła i wymieszała się w jedno. Czułam, jak dziwne, parzące ciepło przepływa przez moje żyły.
– Przysięgacie – głos kobiety stał się głęboki, niemal nieludzki, wibrujący w powietrzu – że nie wyjawicie naszej tajemnicy nikomu. Pod groźbą tortur, na łożu śmierci, a nawet w pijanym szumie. Jeśli choć cień tych informacji wypłynie poza ten krąg… znajdziemy was, wytropimy i zabijemy. Zrozumiano?
Kiwnęłam głową. Pozostałe dziewczyny również.
– A więc słuchajcie. Ja nazywam się Jofelia. To jest Birg. To Czad, a to Algil. Pochodzimy z odległej wioski Eden w Górach Brenn. Jesteśmy Łowcami z ludu Ybris. I polujemy na Rzeźnika, który zleca zadania bandytom, tym co was uprowadzili.
Zaniemówiłam. Opowieści o ludzie Ybris, o ich skazach krwi i wiecznej wojnie z Rzeźnikami, były na traktach szeptane jako mroczne legendy. A ja właśnie zmieszałam z nimi krew. – Nie wiem, co powiedzieć… – Najlepiej nic nie mów – ucięła Jofelia. – Odprowadzimy was do miasta, a później znikniemy. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy za kilka lat, kiedy już będziecie magami. Zostaniecie naszymi oczami i uszami w tych krainach. W Alfriandzie zawsze warto mieć sojuszników. Pamiętaj. Teraz pakt obowiązuje. Złamanie go od razu wyczujemy, gdyż wasza krew złączyła się z częścią naszej.
Podróż do miasta minęła w całkowitym milczeniu. Zanim zniknęli w tłumie, Jofelia wcisnęła w moją dłoń piękny, błyszczący kamień, byśmy miały czym opłacić barkę na wschód.
Domena Tkaczek
– I to wszystko, młody łowco, co ci opowiem. Więcej szczegółów tamtych nocy wolałabym ci oszczędzić – mój głos, teraz głęboki, podszyty syczącym pogłosem, rozszedł się echem po kamiennych ścianach komnaty.
Siedziałam w cieniu, przypatrując się chłopakowi o bystrym, chłodnym spojrzeniu, w którym widziałam znajome rysy. Vithom. Wnuk wielkiego Olwiga, krew z krwi tych samych Łowców, którzy kiedyś wyrwali mnie z objęć śmierci. Młodzieniec z Gór Brenn poprawił pas z bronią i wpatrywał się we mnie bez strachu, choć wiedziałam, że mój wygląd musiał budzić w nim odrazę.
– Ale jak to się stało, że zostałyście… Wiedźmami? – zapytał w końcu.
– Vithomie, Siostrami Wiedźmami – poprawiłam go miękko.
Z cienia wysunęła się moja dłoń. Skóra pokryta była drobną, mieniącą się łuską, a zza warg co rusz wysuwał się mimowolnie rozwidlony, wężowy język. Moje oczy – a właściwie dodatkowa para, która otworzyła się na skroniach podczas trzeciego roku nauki w Zakonie – obserwowały jego każdy, najdrobniejszy ruch.
– Cóż… miałyśmy nieco inne podejście do magii niż skostniali starcy z Alfriandu – zaśmiałam się, a dźwięk ten przypominał grzechot suchych kości.
– Myślę, że twój druh, Relik, z łatwością ci to wyjaśni. Zna się na alchemii, na przepływie mocy. Widzisz, magia ma swoją cenę. Nie jest darmowym cudem, jak sądzą w wiejskich karczmach. Im potężniejszego życia chcesz dotknąć, tym głębiej musisz za to zapłacić z własnego istnienia.
Wychyliłam się z mroku, pozwalając, by drżące płomyki świec w całości oświetliły zmienione, nieludzkie już ciało.
– Domena, którą wymyśliłyśmy i zgłębiłyśmy w Zakonie. Kształtowanie ciała, splatanie materii… to ryzykowna gra. Bo widzisz, mój drogi Vithomie, gdy szepniesz komuś do ucha potężne zaklęcie, by zamienił się w żmiję, to brzemię tego aktu sprawia, że czasem sama możesz pokryć się łuską i zamienić w gada.
Odsunęłam się od stołu. Powietrze wokół zaczęło gęstnieć, nasycając się zapachem nadciągającej burzy i krwi.
– Kiedy uciekałam z wioski, rzekłam sobie, że zapłacę każdą cenę za wyrwanie się z przeciętności. Że oddam za to nawet ciało – kontynuowałam cicho, wbijając we wnuka Olwiga wszystkie czworo oczu.
– Los odebrał tę zapłatę z okrutną, bestialską dosłownością. Ale tamtej nocy, tuż przed tym, jak bliznowaty dowódca zaciągnął mnie w mrok puszczy, wykrzyczałam mu w twarz, że zabiję każdego, kto mnie tknie.
Z uśmiechem obnażyłam ostre, gadzie zęby.
– Magia uczy, że słowa rzucone w mrok mają potężną moc, a długi zawsze muszą zostać wyrównane. Ja zapłaciłam ciałem za potęgę. Oni zapłacili życiem za moje ciało. Co do jednego.
Odwróciłam się w stronę cieni, z których dobiegał cichy syk moich Sióstr.
– A teraz wybacz. Dług spłacony, wspomnienia przywołane. Ale muszę wracać do pracy. Trzeba prząść. Nici same się nie zwiążą, a zaklęcie, które szykujemy dla Rzeźników, musi być silne… i bezwzględnie wiążące.
 (1).png)
Hej, faktycznie mroczna historia, ale na szczęście bez zbędnych okrutnych opisów, które nic by nie wnosiły. Przyjemnie się czytało, nawet pomimo mrocznej fabuły :)
Parę błędów, które gdzieś tam rzuciły mi się w oczy, potraktuj je oczywiście jako sugestie!
– Taka młoda, a tak kurwewsko brzydko mówi.
bład w przekleństwie? swoją drogą jedno z najbardziej zbędnych (subiektywnie).
– Stój i zachowaj życie, albo pędź i zgiń! – rozległ się potężny, chrapliwy głos.
Zbędny przecinek przy albo? Tutaj jest albo w znaczeniu “to lub to”, co nie sugeruje przecinka. Teoretycznie doczytując to moje przeczucie by się zgadzało, ale to nie jest moja mocna strona.
Nie wiem, jak długo leżałam nieprzytomna, po tym jak pierwszy z nich uderzył mnie w tył głowy,
Przecinek powinien być przed “jak”, nie przed “po tym. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/po-tym-jak;1812.html
Szelest, jakby coś bezszelestnie
Wkradło się masło maślane potencjalnie.
To tyle, dzięki za podzielenie się tekstem :)
Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.
Oo, dopiero wszedłem w twój profil, witaj na portalu. Samemu też jestem tutaj nowicjuszem. Nie bierz moich słów za cokolwiek więcej niż działanie w dobrej wierze ;)
Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.
Cześć Prestidigitator!
Bardzo dziękuję za powitanie i za to, że poświęciłeś czas na przeczytanie mojego tekstu. To faktycznie mój debiut na portalu, więc tym bardziej cieszę się, że mroczny klimat "Kronik Ybris" przypadł Ci do gustu. Zależało mi na budowaniu napięcia bez epatowania zbędnym okrucieństwem, więc super, że to doceniłeś! :)
Co do uwag – przyjmuję je w 100% z wdzięcznością! Wyłapałeś trafne potknięcia. Przecinki przy "albo" i "po tym jak" to moje niedopatrzenia, a "bezszelestny szelest" to już w ogóle urocze masło maślane, z którego sam się uśmiałem. :D Mój problem polega na tym, że zazwyczaj przez cały tydzień spisuję masę tekstu na żywioł, a dopiero po tygodniu siadam i próbuję to wszystko zredagować. Przy takiej ilości materiału siłą rzeczy zawsze wpadnie mi tam parę takich byków :P Tym bardziej dziękuję za czujne oko!
Literówkę przy przekleństwie oczywiście poprawię, a co do jego zasadności w tym miejscu – jeszcze to przemyślę. Zdanie z szelestem też już zresztą przebudowałem.
Super, że można tu liczyć na tak konstruktywny i rzetelny feedback od innych użytkowników. Pozdrawiam i jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc przy szlifowaniu tekstu!
Witaj. :)
Opowiadanie trzeba zdecydowanie poprawić. Zdarzają się literówki, np.:
Ruszyliśmy o blady świcie.
Do generalnej poprawy są wszystkie dialogi. Ja w ogóle nie mam pojęcia, kto i co mówi, bo w jednym wersie masz często didaskalia oraz wypowiedzi dwójki bohaterów; np.:
– Pojechał spotkać się z Filiopem. Nie wróci prędko! – Gdzie to spotkanie? – drążyła kobieta, zbliżając do twarzy bandyty ociekające krwią ostrze.
– Gdzieś na Polach Bilzockich! Przysięgam na bogów, nie wiemy, gdzie dokładnie! On zawsze trzyma przy sobie list z miejscem spotkania! Kobieta zmrużyła oczy, przyglądając się im z jawną pogardą. (…)
– Zaczekaj! Zaczekaj, na miłość boską! – zaczął wrzeszczeć jeden z nich, czołgając się w błocie. – Zostaw nas przy życiu! Weźcie, co chcecie z obozu, tylko darujcie nam życie! Kobieta spojrzała na niego z góry.
– Tak, jak wy darowaliście kupcom? – Ale to był rozkaz szefa! Nie nasz! On kazał ich zabić, my tylko… (…)
– Proszę. Zdradźcie cokolwiek. Chcę wiedzieć, kim są ludzie, którzy zawrócili mnie zza grobu. Kobieta westchnęła ciężko, wymieniając spojrzenia ze swoimi towarzyszami.
– To Argon, Zeryt, Kilf. A ja jestem Olian. Dokąd zmierzałyście, dziewczyny? (…)
– Ale o mały włos skończyłybyśmy jako dziwki w Soii. A wy? Gdzie wy zmierzacie? – Za bandytami – odpowiedziała Olian, patrząc w stronę głuszy. (…)
– Skąd go znacie? Olian uśmiechnęła się krzywo. W tym uśmiechu było więcej zmęczenia niż radości. (…)
Gdy w końcu dotarliśmy na skraj puszczy, gdzie światło dnia nareszcie przebiło się przez gęstwę koron, podbiegłam do Olian.
– Proszę – zaczęłam, patrząc jej prosto w oczy.
– Zdradź nam swoje prawdziwe intencje. Gdy dotrzemy do Zakonu…, gdy zostaniemy potężnymi magami, odwdzięczymy się z nawiązką. Ale muszę wiedzieć, kim naprawdę jesteście. Zauważyłam to. Jesteście sprawniejsi niż ludzie. Potraficie iść cztery dni bez odpoczynku. W międzyczasie polujecie, zwiadowczo zabezpieczacie teren, nie śpicie. Wy nie jesteście zwykłymi najemnikami.
Kiedy było już po wszystkim, staliśmy w ciszy przerywanej jedynie naszym urywanym oddechem. Byłyśmy całe umazane we krwi naszych oprawców. – czy tu nie miało być: „stałyśmy”?
Ich ostatnie, żałosne jęki i przedśmiertne charczenie, gdy ostrza zatapiały się w ich ciałach, o dziwo, nie napawały mnie obrzydzeniem. – a tu np. jest powtórzenie
Rzeczywiście sporo drastycznych scen i opisów; sam świat bardzo ciekawy, podobnie jak rządzące nim prawa. Opowiadanie jawi mi się jako fragment większej całości, do której napisania gorąco namawiam, bo zapowiada się arcyciekawie. :)
Czytaj teksty innych Portalowiczów, wówczas Oni chętniej zajrzą do Twoich. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Cześć!
Bardzo dziękuję za poświęcony czas, świetną analizę i wyłapanie tych technicznych byków!
Prawda jest taka, że dopiero raczkuję w świecie pisania od tej technicznej, rzemieślniczej strony. Za to głowę mam tak pełną pomysłów, że po prostu muszę je z siebie wyrzucić na papier. Przez to ten tekst padł ofiarą mojego specyficznego stylu – piszę szybko, w przypływie weny, a potem przy redakcji umyka mi prawidłowe formatowanie. Stąd ten chaos i sklejone dialogi. W kolejnym opowiadaniu, które wczoraj wrzuciłem, starałem się już dużo mocniej pilnować tych nieszczęsnych enterów! Literówki i płeć („stałyśmy”) też już poprawiłem w edycji.
Niesamowicie mnie jednak cieszy, że mimo tych potknięć klimat, drastyczność scen i zasady rządzące światem przypadły Ci do gustu. Masz świetnego nosa – to opowiadanie faktycznie jest wycinkiem znacznie większej całości, nad którą pracuję, czyli „Kronik Ybris”. Będę wrzucał kolejne historie z tego uniwersum i uczył się na błędach.
Dzięki za radę o czytaniu tekstów innych autorów, na pewno będę nadrabiał portalowe zaległości. Pozdrawiam serdecznie!
Na spokojnie, każdy z nas popełnia błędy przy pisaniu, ja np. – zapewniam – dużo poważniejsze i liczniejsze. :)
Masz świetnego nosa – to opowiadanie faktycznie jest wycinkiem znacznie większej całości, nad którą pracuję, czyli „Kronik Ybris”. Będę wrzucał kolejne historie z tego uniwersum i uczył się na błędach.
No tak, ok, tylko jedna sprawa – skoro to są części, a nie – pełnoprawne opowiadania, trzeba by je wszystkie zaznaczyć jako “fragmenty”, a te nie wchodzą do grafika Dyżurnych, nie mogą być klikane do Biblioteki ani nominowane do Piórek (więcej – w Poradniku Drakainy dla Nowicjuszy – czy już go przestudiowałeś?). Z góry też musisz liczyć się z tym, że wówczas będą do Ciebie zaglądać zazwyczaj pasjonaci Twoich utworów. :)
Dzięki za radę o czytaniu tekstów innych autorów, na pewno będę nadrabiał portalowe zaległości. Pozdrawiam serdecznie!
Znakomicie, pozdrawiam również i dziękuję. :)
Pecunia non olet
O rany, ogromnie dziękuję za to ostrzeżenie! Użyłem złego słowa i niechcący sam wprowadziłem Cię w błąd. Pisząc „wycinek większej całości”, miałem na myśli rozległe uniwersum, a nie jedną, pociętą powieść. Zarówno „Wiedźmy…”, jak i „Wodospad”, to w pełni samodzielne, zamknięte opowiadania. Niektóre z nich opowiadają historie, które działy się setki lat wcześniej (jak losy krasnoludzkiej Centurii), a inne pokazują genezę postaci, o których bohaterowie z mojej głównej, wciąż pisanej linii fabularnej będą tylko słyszeć w legendach. Bałem się dodawać daty i adnotacje pod tekstami, żeby na starcie nie wprowadzić chaosu, stąd to nieporozumienie. Traktuję te opowiadania jako narzędzie do rozbudowy świata i – szczerze mówiąc – jako taki poligon doświadczalny. Chciałem po prostu sprawdzić, czy ten ciężki, brutalny klimat w ogóle „chwyci” i spodoba się czytelnikom, zanim wypłynę na głębsze wody. Emocje związane z publikacją trochę przejęły stery, dlatego „Poradnika dla Nowicjuszy” nie przeczytałem jeszcze od deski do deski. Biję się w pierś i idę nadrabiać portalową lekturę! Jeszcze raz wielkie dzięki za czujność i wzięcie pod skrzydła! Pozdrawiam
Wszystko ok, jasne; rozumiem zatem, że to nie są fragmenty. :)
Poradnik Drakainy jest obszerny, ale to prawdziwa skarbnica wiedzy o Portalu. :)
Powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Nie kryję rozczarowania – spodziewałam się opowieści o tytułowych wiedźmach, a otrzymałam relacje z nad wyraz dramatycznych, wręcz tragicznych wydarzeń w podróży bohaterki do miasta, a na koniec krótką i mało satysfakcjonująca wzmiankę o losie wiedźm.
Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Raziło mnie używanie słów i zwrotów, które w tym świecie nie powinny być znane.
Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17
Wjeżdżaliśmy w las, a ja czułam, że wjeżdżam w swoje nowe życie. → Czy to celowe powtórzenie?
Proponuję: Wjeżdżaliśmy w las, a ja czułam, że wkraczam w swoje nowe życie.
…by zerwać garść leśnych borówek, którymi uginały się pobocza… → Obawiam się, że pobocza nie mogły uginać się borówkami, zwłaszcza że na puszczańskiej drodze nie mogło być poboczy. Od owoców mogły uginać się krzaczki.
Proponuję: …by zerwać garść leśnych borówek, obficie rosnących przy drodze.
To wyglądało jak kadr wycięty prosto z baśni… → Dziewczyna nie mogła znać słowa kadr.
…a puszcza ponownie zacisnęła wokół nas swoje zimne, smoliste palce. → Zbędny zaimek – czy puszcza mogła zacisnąć cudze palce?
Zbliżał się wieczór. Dzień chylił się ku upadkowi… → Czy to celowe powtórzenie informacji? Jak wygląda upadek dnia?
Zaczynałam mieć dość tej ich paranoi. → To słowa nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.
Jego oczy były szerokie z przerażenia. → A może: Jego oczy były szeroko rozwarte z przerażenia.
Jeśli zdołają nas zatrzymać, spieprzaj do lasu, rozumiesz?! → Raczej: Jeśli zdołają nas zatrzymać, uciekaj do lasu, rozumiesz?!
Z przerażeniem odwróciłam głowę. → Czy przerażenie też odwróciło głowę?
Proponuję: Przerażona odwróciłam głowę.
…miał w prawym barku wbitą grubą lotkę bełtu. → …w prawy bark miał wbity gruby bełt.
Obawiam się, że lotka, nawet gruba, nie oderwałaby się od bełtu i w nic by się nie wbiła.
…koszula w ułamku sekundy nasiąkła gorącym, smolistym karmazynem. → Karmazyn nie jest smolisty, nie ma też temperatury.
– Strzelaj, do kurwy nędzy! Strzelaj! → Przekleństwo, moim zdaniem, nazbyt współczesne.
– Jak?! – wrzasnęłam, czując, jak panika dławi mi gardło. Ręce trzęsły mi się tak bardzo… → Czy oba zaimki są konieczne?
Proponuję: – Jak?! – wrzasnęłam, czując, jak panika dławi mi gardło, a ręce trzęsą się tak bardzo…
Wpadło w szał, rwąc się w bok z całą potęgą swoich mięśni. → Wpadło w szał, rwąc się w bok całą potęgą swoich mięśni.
Prawe koło z impetem uderzyło w wystający z ziemi, żelazny korzeń dębu. → Jaki korzeń???
Siła uderzenia rzuciła mną na podłogę. → Siła uderzenia rzuciła mnie na podłogę.
– Nie, panie – wydukał kupiec. Jego zęby dzwoniły o siebie. → A może: – Nie, panie – wydukał kupiec, dzwoniąc zębami.
…ściągając jego lewe oko nienaturalnie w dół… → Zbędny zaimek.
Nachylił się nade mną z pochodnią, mierząc mnie wzrokiem, w którym nie było cienia litości. Była w nim tylko ocena. Jak na targu bydeł. → Proponuję: Nachylił się nade mną z pochodnią, mierząc wzrokiem, w którym nie było cienia litości, tylko ocena. Jak na targu bydła.
Tu znajdziesz odmianę rzeczownika bydło.
– Może by tak szef sprawdził dokładniej? → To słowo zbyt współczesne, by miało rację bytu w tym opowiadaniu.
…brudna łapa zacisnęła się na materiale mojej koszuli na wysokości dekoltu. → Raczej: …brudna łapa zacisnęła się na gieźle na wysokości dekoltu.
Ułamek sekundy później żelazny chwyt na moich włosach pociągnął mnie w tył. → Pierwszy zaimek jest zbędny.
Proponuję: Ułamek sekundy później poczułam, że żelaznym chwytem złapał mnie za włosy i pociągnął w tył.
…ciągnąc mnie głęboko w mrok puszczy. → Zbędny zaimek.
Zabierali nas do Soii, by sprzedać handlarzom żywym towarem… → Obawiam się, że w czasach tego opowiadania nie znano pojęcia handel żywym towarem.
Z tego hipnotycznego transu wyrwał mnie… → Obawiam się, że w czasach tego opowiadania nie znano pojęcia hipnotycznego transu.
Za plecami dławiącego się własną krwią zbirowiska stał mężczyzna. → Zbirowisko???
Proponuję: Za plecami dławiącego się własną krwią draba/ łotra/ złoczyńcy/ oprawcy stał mężczyzna.
Był na wpół zgięty, a jego wolna ręka była wyciągnięta do przodu. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Był wpół zgięty, z wolną ręką wyciągniętą do przodu.
…bezszelestnym ruchem przytrzymał osuwające się ciało, zsuwając je na ziemię… → Nie brzmi to najlepiej:
Proponuję: …bezszelestnym ruchem przytrzymał osuwające się ciało, pozwalając mu opaść na ziemię…
…zapytałam, wskazując na skamieniałe ze strachu towarzyszki niedoli. → …zapytałam, wskazując skamieniałe ze strachu towarzyszki niedoli.
Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.
…zapytał ten, który otworzył do mnie klatkę. → …zapytał ten, który otworzył klatkę.
– TE KURWIE SYNY ROBIŁY Z NAMI WSZYSTKO, CO CHCIAŁY! – wrzasnęła nagle jedna z dziewczyn. → Umiała mówić wielkimi literami??? Wielkie litery nie sprawią, że wypowiedź będzie głośniejsza, ale trzy wykrzykniki już tak. Proponuję:
– Te kurwie syny robiły z nami wszystko, co chciały!!! – wrzasnęła nagle jedna z dziewczyn.
Jeden z mężczyzn podszedł tuż za nią, wyciągając z pochwy swój własny sztylet. → Zbędne zaimki.
…stałyśmy w ciszy przerywanej jedynie naszym urywanym oddechem. → Jednym oddechem?
Pewnie miało być: …stałyśmy w ciszy przerywanej jedynie naszymi urywanymi oddechami.
Byłyśmy całe umazane we krwi naszych oprawców. → Byłyśmy całe umazane krwią naszych oprawców.
Przyniosły chore, ale konieczne katharsis. → Obawiam się, że dziewczyna nie mogła znać tego słowa.
Gdzie wy zmierzacie? → Dokąd wy zmierzacie?
Gdy dotrzemy do Zakonu…, gdy zostaniemy… → Zbędny przecinek po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się przecinka.
…nie krzywiąc się przy tym nawet na milimetr. → Dziewczyna nie mogą wiedzieć, co to milimetr.
…by pełgające światło świec w całości oświetliło moje… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: …by drżące płomyki świec w całości oświetliły moje…
[…] i zamienić w gada… – Parsknęłam śmiechem… → […] i zamienić w gada… – parsknęłam śmiechem…
Powietrze wokół mnie zaczęło gęstnieć, nasycając się ozonem… → Skąd wiedziała, co to ozon?
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Bardzo dziękuję za kolejne tak szczegółowe i wnikliwe pochylenie się nad moim tekstem. Przyznaję bez bicia – znów wpadłem w pułapkę zbyt współczesnego słownictwa. Słowa takie jak „ozon”, „katharsis”, „kadr” czy „milimetr” to moje ewidentne przeoczenia, które psują immersję w świecie dark fantasy.
Dziękuję również za cenną lekcję mechaniki broni (lotka bełtu w barku to faktycznie fizyczny absurd) oraz poprawę gramatyki przy „targu bydła”. To dokładnie te detale, które decydują o autentyczności wykreowanego świata.
Zabieram się za poprawki. Usunę CAPS LOCK, wyrzucę nowoczesne wtrącenia i wygładzę zaimki. Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas i pozdrawiam serdecznie!
Bardzo proszę, DreadyVibe. Jest mi niezmiernie miło, że uznałeś uwagi za przydatne. Cieszę się też, że dostrzegasz gorszą jakość opowiadania, jeśli zostanie napisane niewłaściwymi słowami. Jestem przekonana, że z czasem będziesz pisać coraz lepiej. Powodzenia! :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Zmiana tytułu? A one faktycznie były siostrami? 
Pozdrawiam. :)
Pecunia non olet
Zostały siostrami wiedźmami 
Ahaaa… zostały siostrami. :) Ok. :)
Pecunia non olet
Historia mroczna, ale brak w niej powietrza. Akcja pędzi i miałam wrażenie, jakbym oglądała ją z okien TJV. Niby wiem, co mi mignęło, ale mało poczułam, bo leciałam dalej.
Często mówię autorom, że powinni wywalić 20-30% opowiadania, u Ciebie chciałabym -20-30 % więcej. Oczekiwałabym przestrzeni, zatrzymania się, poczucia tego, o czym czytam.
teksty generowane komentuję z AI
Cześć! Bardzo dziękuję za ten komentarz. Muszę przyznać, że to niezwykle odświeżające usłyszeć na portalu, że powinienem tekst wydłużyć, a nie ciąć. Rzeczywiście, zależało mi tu na bardzo mocnym tempie, brutalności i poczuciu zaszczucia, stąd prawdopodobnie ten efekt . Biorę jednak Twoją radę mocno do serca na przyszłość. Przy kolejnych opowiadaniach postaram się lepiej balansować dynamikę z "przestrzenią" na złapanie oddechu. Pozdrawiam serdecznie!