Jest to brutalna opowieść osadzona w autorskim uniwersum Kronik Ybris. Zderzenie naiwnych młodzieńczych marzeń z bezlitosnym szlakiem i magią, która zawsze żąda zapłaty we krwi.
Jest to brutalna opowieść osadzona w autorskim uniwersum Kronik Ybris. Zderzenie naiwnych młodzieńczych marzeń z bezlitosnym szlakiem i magią, która zawsze żąda zapłaty we krwi.
Czas w mojej rodzinnej wiosce nie płynął. On po prostu gnił, niczym woda w zamkniętej, drewnianej beczce. Od dziecka wbijano mi do głowy, że magia to mrzonka, wymysł dla panów z wielkich miast, a moim przeznaczeniem jest wyjść za mąż za chłopa o spracowanych dłoniach, rodzić dzieci i umrzeć z wycieńczenia, zanim zdążę osiwieć. Ludzie wokół mnie nosili na twarzach maski tępego, potulnego zadowolenia. Gardziłam tym. Gardziłam ich uległością.
Kiedy więc do naszej mieściny dotarł strzęp plotki, że słynny Zakon w Alfrain znów otwiera bramy dla nowicjuszy, poczułam w piersi żar, którego nie dało się już ugasić. Miałam szesnaście lat. Byłam pyskata, arogancka i święcie przekonana, że mój spryt to tarcza, której nie przebije żadna stal. Ucieczka pod osłoną nocy wydawała się nie tyle wyborem, co koniecznością. Zabrałam mały tobołek, wymknęłam się przez okno i nie obejrzałam za siebie ani razu. Pisane mi były rzeczy wielkie. Czułam to w każdej kości.
Złapałam kupiecki wóz zmierzający do Salmer. Kolejne dni upływały w rytmie miarowego turkotu kół i skrzypienia osi. Z każdym kilometrem mój strach topniał, ustępując miejsca dzikiej, niemal euforycznej radości. Wyobrażałam sobie potężne mury Alfrainu, zapach starych ksiąg i potęgę, która wkrótce miała spłynąć z moich dłoni. Byłam gotowa zapłacić każdą cenę – nawet własnym ciałem – byle tylko wyrwać się z przeciętności.
A potem dotarliśmy na skraj Ciemnej Puszczy.
Kupcy zatrzymali wóz ze zgrzytem hamulców. Patrzyli na ścianę prastarych, czarnych jodeł tak, jakby przed nimi otwierała się paszcza ogromnego potwora. Zatrzymali się, rozpalili małe, ostrożne ognisko i ugotowali wodnistą zupę, mrucząc pod nosami, że w tę gęstwinę nie wjeżdża się po zmroku. Siedziałam na wozie, przeżuwając chleb i patrzyłam w las. Widziałam tylko drzewa. Mnóstwo okropnych, wysokich drzew. Śmiałam się w duchu z ich tchórzostwa.
Okno Stwórcy
Ruszyliśmy o blady świcie. Wjeżdżaliśmy w las, a ja czułam, że wjeżdżam w swoje nowe życie. Z początku puszcza oszałamiała zmysły. Grube, iglaste gałęzie splatały się wysoko nad naszymi głowami, tworząc potężne sklepienie, przez które z rzadka przebijały się ostre, złote promienie słońca. Powietrze pachniało ciężko – żywicą, wilgotnym mchem i rozkładającym się drewnem. Każdy szelest w gęstwinie przyprawiał kupców o drżenie rąk, choć najczęściej z zarośli wyskakiwał tylko przerażony zając. Chciałam zeskoczyć z wozu, by zerwać garść leśnych borówek, którymi uginały się pobocza, ale mężczyźni surowo mi tego zabronili. Nawet na chwilę nie zwalniali tempa.
Wtedy wjechaliśmy w Okno Stwórcy.
Las nagle jakby rozstąpił się przed nami, oddając cześć temu miejscu. Ponure jodły ustąpiły majestatycznym dębom i strzelistym bukom, których liście lśniły w słońcu. W samym sercu tej leśnej wyrwy rozlewał się krystalicznie czysty staw. Promienie słoneczne uderzały w taflę wody, wydobywając z niej blask płynnego złota. Pomiędzy gęstymi pałkami wodnymi przemykały kaczki, a w przejrzystej płyciźnie migotały srebrne łuski zwinnych ryb. Woda uciekała dalej radosnym, szemrzącym strumykiem, przez który wiódł stary bród z kamieni, ułożonych w misterne wieżyczki. Wszędzie wokół rosły grzyby z krwistoczerwonymi kapeluszami.
Zaparło mi dech w piersiach. To wyglądało jak kadr wycięty prosto z baśni, które matka opowiadała mi przy kominku. To był mój świat. Piękny, nieskalany i gotowy, bym go podbiła. Przez moment wierzyłam, że stąd do Alfrainu czeka mnie już tylko spacer w stronę chwały.
Złudzenie prysło, gdy Okno Stwórcy zniknęło za naszymi plecami, a puszcza ponownie zacisnęła wokół nas swoje zimne, smoliste palce.
Krew i Stal
Zbliżał się wieczór. Dzień chylił się ku upadkowi, a powietrze stawało się lepkie i ciężkie. Byliśmy ledwie dzień drogi od wyjścia z lasu. Zmęczenie zamykało mi oczy. Kupcy od kilku godzin jechali w grobowym milczeniu, pociągając gorzałę z bukłaków. Drogę oświetlała zaledwie jedna, nędzna latarnia. Na każdy huku sowy reagowali nerwowym zakrywaniem szkła dłonią. Zaczynałam mieć dość tej ich paranoi.
Nagle potężne pchnięcie wyrwało mnie z półsnu.
– Wstawaj! – syknął jeden z nich, szarpiąc mnie za ramię z brutalną siłą. Jego oczy były szerokie z przerażenia. – Zaatakowali nas. Jeśli zdołają nas zatrzymać, spieprzaj do lasu, rozumiesz?!
Nie zdążyłam nawet zapytać, co się dzieje. Odchyliłam płachtę wozu. W gęstym, atramentowym mroku dostrzegłam cienie. Ludzkie cienie, biegnące za wozem z przerażającą, bezszelestną prędkością.
A potem powietrze rozdarł świst.
To nie był dźwięk z baśni. To był ostry, drapieżny gwizd śmierci. Usłyszałam głuchy, mokry trzask, jakby ktoś uderzył tasakiem w surowe mięso, a po nim przeraźliwy wrzask. Z przerażeniem odwróciłam głowę. Kupiec, który jeszcze przed chwilą pociągał z bukłaka, miał w prawym barku wbitą grubą lotkę bełtu. Jego jasna koszula w ułamku sekundy nasiąkła gorącym, smolistym karmazynem.
Drugi z kupców nawet na niego nie spojrzał. Z wykrzywioną w strachu twarzą wepchnął mi do rąk latarnię, wyrwał lejce rannemu towarzyszowi i drugą ręką złapał za potężną kuszę. Z mroku wyleciał kolejny świst. I następny.
Jeden z bełtów trafił rannego kupca prosto w pierś, kończąc jego krzyki głośnym, bulgoczącym charkotem. Mężczyzna bezwładnie zsunął się z kozła. Zniknął pod kołami, a ja nawet nie usłyszałam chrupnięcia jego kości, zagłuszonego tętentem przerażonych koni.
– Powieś lampę! – ryknął ocalały kupiec, plując śliną. – Strzelaj, do kurwy nędzy! Strzelaj! – Jak?! – wrzasnęłam, czując, jak panika dławi mi gardło. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwie trzymałam ciężką broń.
– Celujesz! Naciskasz spust! Naciągasz, kładziesz bełt w rynienkę i od nowa!
Zaparłam się o deski. Wycelowałam w wirującą ciemność. Nacisnęłam spust. Kuszę szarpnęło, bełt pomknął w mrok, nie trafiając w absolutnie nic. Zanim zdążyłam sięgnąć po kolejny, by załadować broń, usłyszałam dźwięk gorszy niż ludzki krzyk.
Rżenie konia. Dzikie, przepełnione niewyobrażalnym bólem. Zwierzę pociągowe dostało prosto w zad. Wpadło w szał, rwąc się w bok z całą potęgą swoich mięśni. Wóz szarpnął gwałtownie. Prawe koło z impetem uderzyło w wystający z ziemi, żelazny korzeń dębu. Oś pękła z trzaskiem przypominającym wystrzał z armaty. Wóz przechylił się, trąc poszyciem o pnie drzew, które dosłownie zrywały z niego płócienny dach jak skórę z trupa.
Siła uderzenia rzuciła mną na podłogę.
– Doganiają nas! – pisnęłam, desperacko próbując wstać na połamanych deskach.
– Wiem! – warknął kupiec. Był blady jak wosk, a w jego oczach widziałam już tylko zrezygnowanie.
– Ranny koń… rozwalone koło… To koniec. To nasz wyrok.
Nie zdążył uciąć lejc. Z mroku wyłoniły się postacie. Poruszali się z drapieżną, wilczą gracją. Otoczyli nas w kilka uderzeń serca.
– Stój i zachowaj życie albo pędź i zgiń! – rozległ się potężny, chrapliwy głos.
Kupiec opuścił kuszę. Było ich kilkunastu. Z piętnastu, może szesnastu zbirów o twarzach wykrzywionych zwierzęcą ekscytacją. Wywlekli nas z roztrzaskanego wozu jak bezradne szczenięta, rzucając prosto na mokrą, zimną ziemię.
Zapłonęły pochodnie. Ich żółte, drżące światło oblało naszą porażkę.
– O, kurwa… – zarechotał wysoki bandyta, podchodząc bliżej. Śmierdział starą krwią i wódką.
– Patrzcie chłopaki. Dziewka. I to świeżutka. Twoja córka, stary?
– Nie. nie, panie – wydukał kupiec. Jego zęby dzwoniły o siebie. Wciskał twarz w błoto, bojąc się spojrzeć im w oczy. – Mieliśmy ją tylko podwieźć do miasta…
– Ooo. Czyli nie będziesz miał nam za złe, jeśli sobie na niej trochę poużywamy, zanim cię ograbimy?
Zapadła cisza, w której słyszałam tylko własne, galopujące serce.
– Nie, panie. – Szept kupca był cichy, ale uderzył we mnie z siłą kowalskiego młota.
Ten tchórz. Ten żałosny śmieć właśnie przehandlował moje życie i moje ciało, licząc na to, że kupi sobie tym oddech. Moja dziecięca naiwność umarła w tej samej sekundzie. Zamiast paraliżującego strachu, poczułam czystą, pierwotną nienawiść.
– Spierdalać ode mnie, nędzne chamy! – ryknęłam, próbując wyrwać się z łap bandyty, który już zaciskał dłonie na moich ramionach.
– Zabiję was! Przysięgam na bogów, zajebię każdego, kto mnie tknie!
Bandyta tylko odchylił głowę i wybuchnął gardłowym śmiechem.
– Taka młoda, a tak kurewsko brzydko mówi. Młodziutka… my cię tu zaraz nauczymy, do czego służą te twoje usta. A potem, jak już będziesz potulna, znajdziemy dobrą pracę dla takiej wygadanej suki. Burdel w Soii zawsze przyjmie nowy towar.
Odarcie z Iluzji
Wtedy z cienia wyszedł on. Ich dowódca.
Zamarłam. Jego twarz wyglądała, jakby ktoś kiedyś próbował rozedrzeć mu czaszkę tępym hakiem. Potworna blizna ciągnęła się przez całą długość policzka, ściągając jego lewe oko nienaturalnie w dół, tworząc upiorny, wiecznie drwiący grymas. Podszedł powoli. Nachylił się nade mną z pochodnią, mierząc mnie wzrokiem, w którym nie było cienia litości. Była w nim tylko ocena. Jak na targu bydeł. Odwrócił się do swoich z obrzydzeniem.
– Na kurwę to ona się może nie nadawać. Popatrzcie na nią. Chuda. Nawet nie ma cycków.
– Może by tak szef sprawdził dokładniej? – rzucił ktoś z tłumu, wywołując falę obleśnego rechotu.
Bliznowaty odwrócił się z powrotem do mnie. Zanim zdążyłam zareagować, jego ciężka, brudna łapa zacisnęła się na materiale mojej koszuli na wysokości dekoltu. Szarpnął z brutalną siłą. Tkanina pękła z głośnym trzaskiem, obnażając moją pierś w chłodnym, nocnym powietrzu.
Krzyknęłam z bezsilności, odruchowo zasłaniając się skrzyżowanymi ramionami, ale on był szybszy. Przysunął płonącą pochodnię do mojej skóry. Tak blisko, że poczułam smród palących się włosków, a na moim przedramieniu natychmiast wykwitł pęcherz oparzenia. Ból przeszył mnie jak igła.
– Pokaż towar, suko albo spalę cię tu żywcem! – wycharczał. Jego zdrowe oko zapłonęło wściekłością.
Trzęsłam się z bólu i poniżenia, opuszczając ręce. Przyjrzał mi się w milczeniu, z tym samym, kupieckim chłodem.
– No. w sumie może być – rzucił w końcu. Wyprostował się.
– Chłopaki, zająć się kupcem i wybebeszyć wóz. A potem wszystko spalić.
Nachylił się nad bandytą, który mnie trzymał, i szepnął mu coś do ucha. Ułamek sekundy później żelazny chwyt na moich włosach pociągnął mnie w tył. Szarpałam się, kopałam, gryzłam powietrze, ale on tylko śmiał się, ciągnąc mnie głęboko w mrok puszczy. Za grube drzewa, gdzie światło ogniska już nie docierało.
To tam zgwałcił mnie po raz pierwszy. A potem drugi. I trzeci. Czułam zapach mokrej ziemi, jego śmierdzącego potu i własnej, kapiącej krwi. A kiedy w końcu ze mnie zszedł, gdy myślałam, że zabił we mnie już wszystko, co ludzkie, pochylił się nad moim uchem.
– Nie opadaj z sił, krzykaczko – szepnął, zapinając spodnie.
– Piętnastu moich chłopców wciąż czeka w kolejce.
Świat skurczył się do rozmiarów zardzewiałej klatki i zapachu zepsutej krwi.
Nie wiem, jak długo leżałam nieprzytomna po tym,jak pierwszy z nich uderzył mnie w tył głowy, kończąc mój żałosny, desperacki opór. Gdy w końcu otworzyłam oczy, przywitał mnie chłód żelaznych prętów wbijających się w plecy i odór starego moczu. Obok mnie, w półmroku, kuliły się trzy inne dziewczyny. Ich twarze przypominały woskowe maski. Patrzyły na mnie pustym, martwym wzrokiem, w którym odbijało się to samo echo zniszczenia. Nie musiałyśmy zamienić ani słowa. Znałam ten wzrok. Wiedziały doskonale, przez jakie piekło właśnie przeszłam w mroku puszczy i równie dobrze wiedziały, co przyniesie kolejna noc.
A potem nadeszła kolejna. I następna. Metodycznie, dzień po dniu, wyrywano mi duszę. Zabierali mnie do wilgotnej, cuchnącej jaskini, gdzie pojęcie człowieczeństwa po prostu nie istniało. Przeszło przeze mnie szesnastu oprawców. Szesnaście dyszących, pijanych zwierząt, które z każdą chwilą upewniały mnie w przekonaniu, że bogowie już dawno opuścili ten świat.
Ciało pękało, ale umysł w końcu wyostrzył się do granic możliwości. Ból zamienił się w zimną, wyrachowaną determinację. Nie mogłam tego dłużej znieść. Wczorajszej nocy, gdy jeden z nich ciężko sapał nade mną, usłyszałam, jak rozmawiają o planach. Za dwa dni mieli zwinąć obóz. Zabierali nas do Soii, by sprzedać handlarzom żywym towarem – prosto do burdeli, gdzie resztki naszego życia miały zostać wycenione na miedziaki.
Postanowiłam, że do tego nie dojdzie. Dzisiaj ukradnę nóż. Dzisiaj zakończę ten koszmar na własnych warunkach.
Siedziałam w kącie klatki, wpatrując się w nocne niebo. Księżyc świecił nienaturalnie jasno, oblewając korony drzew chłodnym, srebrnym blaskiem. W oddali monotonnie pohukiwała sowa. Noc była zjawiskowo, wręcz ironicznie piękna – stanowiła brutalny kontrast dla zgnilizny, w której tkwiłam. Ile bym w tamtej chwili dała, by znów usiąść na progu mojej nudnej, rodzinnej chaty. Myślałam, że pogoń za wielkim marzeniem była odważna, ale teraz czułam, że była po prostu głupia. Postawiłam wszystko na jedną kartę i los brutalnie zgarnął pulę.
Ten skurwiel z wykrzywioną mordą – ich dowódca – zabrał dzisiaj dziesięciu chłopa i ruszył do miasta. Reszta kręciła się po obozie, przygotowując do wyjazdu. Dzień uciekał, a noc gęstniała. Wiedziałam, że za chwilę któryś z pozostałych w obozie drani przyjdzie po mnie, by "sobie ulżyć". Czekałam. Miałam tylko jedną szansę, by w ułamku sekundy wyrwać mu ostrze zza pasa i wbić je sobie w gardło.
Nagle usłyszałam dźwięk. Był tak cichy, że w pierwszej chwili wzięłam go za wiatr. Szelest, jakby coś wyjątkowo lekko, z kocią gracją przeskoczyło między gałęziami. Podniosłam głowę. Nad obozem górował potężny, stary dąb. W jego rozłożystych, pogrążonych w cieniu konarach coś się poruszyło. Wytężyłam wzrok. To nie było zwierzę. Tam w górze byli ludzie. Widziałam ruch, widziałam kształty stapiające się z mrokiem. Zamarłam. Obserwowali nas. Ktoś patrzył prosto na mnie.
Z tego hipnotycznego transu wyrwał mnie odór przetrawionego alkoholu i kwaśnego potu.
– Chodź tu, mała – usłyszałam obleśny szept. Bandyta stał tuż za kratami, szarpiąc za kłódkę.
– Idziemy się pobawić.
Otworzył klatkę, chwycił mnie za nadgarstek i szarpnął z brutalną siłą.
Nie zdążył mnie wyciągnąć.
Jego twarz nagle zamarła. Wykrzywiony w pożądaniu uśmiech zgasł, a oczy wywróciły się białkami ku górze, jakby nagle zobaczył boga. Z jego otwartych, łapiących powietrze ust z mokrym chrupnięciem wysunął się zakrwawiony, trójkątny szpic miecza. Uniosłam głowę, dygocąc. Za plecami dławiącego się własną krwią zbirowiska stał mężczyzna. Był na wpół zgięty, a jego wolna ręka była wyciągnięta do przodu. W dłoni trzymał ciężki nóż, którego ostrze spoczywało głęboko w potylicy bandyty. Nieznajomy płynnym, bezszelestnym ruchem przytrzymał osuwające się ciało, zsuwając je na ziemię tak delikatnie, by nie wydało absolutnie żadnego dźwięku.
Z konarów wielkiego dębu, cicho jak opadające liście, zeskoczyło jeszcze trzech wojowników. Od razu widziałam, że to nie są zwykli najemnicy. Poruszali się z drapieżną, nieludzką precyzją. Minęli mnie, od razu kierując się w stronę wejścia do jaskini. Ten, który mnie ocalił, przyłożył palec do ust, nakazując absolutną ciszę. Następnie powolnym gestem kazał mi zostać na miejscu. Zanim ruszył za swoimi, położył zakrwawiony nóż tuż przy moich kolanach. Zadrżałam, przymykając cicho kratę klatki. Spojrzałam na leżące w błocie ostrze. Cóż za upiorna ironia losu. Chciałam zdobyć nóż, by odebrać sobie życie, a noc zesłała mi kogoś, kto po prostu mi go podarował – jako szansę.
Z głębi jaskini nie dobiegł żaden szczęk stali. Słyszałam tylko stłumione charczenie, trzask pękających kości i krótkie, urywane jęki. Chwilę później na zewnątrz wywleczono ocalałych bandytów.
Już miałam wyskoczyć z klatki, ale za klęczącymi na ziemi oprawcami stanęli oni. W świetle dogasających pochodni wreszcie mogłam im się przyjrzeć. To była jedna kobieta i trzech mężczyzn. Każdy dzierżył inną broń, ale wszyscy nosili identyczne, wzmocnione ćwiekami skórzane pancerze. Ich twarze przypominały rzeźby wykute w granicie – były harde, ostre i całkowicie, przerażająco pozbawione emocji. Jeden z nich spojrzał w moją stronę.
– Wyjdź. Już nic ci nie grozi – rzekł głosem, który nie znosił sprzeciwu.
Pchnęłam kratę. Nogi drżały pode mną, gdy stawiałam kroki w błocie.
– Czy… czy mogę uwolnić resztę? – zapytałam, wskazując na skamieniałe ze strachu towarzyszki niedoli. – Lepiej będzie ich tu nie zostawiać – odpowiedziała chłodno kobieta-wojowniczka. Otworzyłam szerzej wrota. Dziewczyny powoli, na trzęsących się nogach, wyszły na zewnątrz.
Wojownicy odwrócili uwagę od nas, skupiając się na klęczących bandytach. – Gdzie jest Skotty? – zapytał ten, który otworzył do mnie klatkę.
– Wy… wyruszył dzisiaj! – wybełkotał jeden z oprawców, dławiąc się łzami i strachem.
– Pojechał spotkać się z Filiopem. Nie wróci prędko! – Gdzie to spotkanie? – drążyła kobieta, zbliżając do twarzy bandyty ociekające krwią ostrze.
– Gdzieś na Polach Bilzockich! Przysięgam na bogów, nie wiemy, gdzie dokładnie! On zawsze trzyma przy sobie list z miejscem spotkania! Kobieta zmrużyła oczy, przyglądając się im z jawną pogardą.
– Hmm. Czyli w sumie gówno wiecie. Nie jesteście nam potrzebni.
– Zaczekaj! Zaczekaj, na miłość boską! – zaczął wrzeszczeć jeden z nich, czołgając się w błocie. – Zostaw nas przy życiu! Weźcie, co chcecie z obozu, tylko darujcie nam życie! Kobieta spojrzała na niego z góry.
– Tak, jak wy darowaliście kupcom? – Ale to był rozkaz szefa! Nie nasz! On kazał ich zabić, my tylko…
Kobieta przestała go słuchać. Odwróciła głowę w naszą stronę. Jej wzrok spoczął na naszych poszarpanych koszulach, siniakach i brudzie.
– Czy te świnie was dotykały? Albo…
– TE KURWIE SYNY ROBIŁY Z NAMI WSZYSTKO, CO CHCIAŁY! – wrzasnęła nagle jedna z dziewczyn. Jej głos pękł, przechodząc w dziki, histeryczny szloch, który skrywał w sobie niewyobrażalny ogrom bólu.
Wojowniczka nie zadała więcej pytań. Jej twarz pozostała kamienna, ale w oczach błysnęło coś niebezpiecznego. Podeszła do nas wolnym krokiem. Płynnym ruchem wyciągnęła nóż i podała go dziewczynie, która przed chwilą krzyczała. Jeden z mężczyzn podszedł tuż za nią, wyciągając z pochwy swój własny sztylet.
Wsunęli nam broń w dłonie.
– Proszę – powiedziała cicho kobieta, odsuwając się na krok.
– Bydlaki są wasze.
Pakt we Krwi
Kiedy było już po wszystkim, staliśmy w ciszy przerywanej jedynie naszym urywanym oddechem. Byłyśmy całe umazane we krwi naszych oprawców. Ich ostatnie, żałosne jęki i przedśmiertne charczenie, gdy ostrza zatapiały się w ich ciałach, o dziwo, nie napawały mnie obrzydzeniem. Nasyciły moje uszy. Przyniosły chore, ale konieczne katharsis. W końcu, po tylu dniach duszenia się we własnym strachu, poczułam ulgę. Złapałam oddech pełną piersią. Nóż, który wciąż ściskałam w dłoni, wydawał się przedłużeniem mojego ramienia.
Wytarłam twarz wierzchem dłoni, rozmazując szkarłat.
– Kim jesteście? – zapytałam, patrząc na oświetlonych blaskiem księżyca wybawców.
– Nikim – odparł krótko jeden z mężczyzn.
– Proszę. Zdradźcie cokolwiek. Chcę wiedzieć, kim są ludzie, którzy zawrócili mnie zza grobu. Kobieta westchnęła ciężko, wymieniając spojrzenia ze swoimi towarzyszami.
– To Argon, Zeryt, Kilf. A ja jestem Olian. Dokąd zmierzałyście, dziewczyny?
– Do miasta na wschód – odpowiedziałam, wciąż nie puszczając noża.
– By dotrzeć do Alfrainu.
– Ja też – szepnęła jedna z dziewczyn.
– I ja – dodała kolejna. Olian uniosła brew.
– Wszystkie zmierzacie do Zakonu?
– Widocznie tak. Widać tylko desperaci i wariaci szukają tam swojego miejsca – odpowiedziałam gorzko.
– Ale o mały włos skończyłybyśmy jako dziwki w Soii. A wy? Gdzie wy zmierzacie? – Za bandytami – odpowiedziała Olian, patrząc w stronę głuszy.
– Szukamy ich zleceniodawcy. Jest naszym starym wrogiem. Tropimy go już od pięciu lat.
– Skąd go znacie? Olian uśmiechnęła się krzywo. W tym uśmiechu było więcej zmęczenia niż radości.
– Właściwie to już chyba nawet nie pamiętam. Ale teraz tak myślę… możemy wam pomóc wyjść z tej puszczy. Idziemy w podobną stronę. Chyba że nie dacie rady nadążyć, ale powiem wprost: zostanie tutaj to dla was pewna śmierć.
Ruszyłyśmy z nimi.
Podróż przez Ciemną Puszczę trwała cztery dni. Kiedy my opadałyśmy z sił, oni bez słowa brali nas na plecy, niosąc z lekkością, jakbyśmy były utkane z piór. Kiedy brakowało jedzenia, jeden z nich znikał w gąszczu i zawsze wracał z upolowaną sarną, z której oprawianiem uwinął się w kilka minut. Zaczęłam ich obserwować. Szli cztery dni bez chwili snu. W marszu, w trakcie polowań, nie zwalniali tempa. Byli maszynkami, drapieżnikami w ludzkiej skórze.
Gdy w końcu dotarliśmy na skraj puszczy, gdzie światło dnia nareszcie przebiło się przez gęstwę koron, podbiegłam do Olian.
– Proszę – zaczęłam, patrząc jej prosto w oczy.
– Zdradź nam swoje prawdziwe intencje. Gdy dotrzemy do Zakonu…, gdy zostaniemy potężnymi magami, odwdzięczymy się z nawiązką. Ale muszę wiedzieć, kim naprawdę jesteście. Zauważyłam to. Jesteście sprawniejsi niż ludzie. Potraficie iść cztery dni bez odpoczynku. W międzyczasie polujecie, zwiadowczo zabezpieczacie teren, nie śpicie. Wy nie jesteście zwykłymi najemnikami.
Olian zatrzymała się. Spojrzała na mnie, potem na swoje towarzyszki. Jej twarz znów stała się kamienna, jak wtedy w obozie.
– Rozetnijcie dłonie – rozkazała twardo. Zawahałyśmy się tylko przez sekundę. Ostrza, którymi wymierzyłyśmy sprawiedliwość, poszły w ruch. Nasze dłonie spłynęły gorącą krwią. Wojownicy postąpili tak samo, nie krzywiąc się przy tym nawet na milimetr. Podeszli do nas, przykładając swoje otwarte, krwawiące rany do naszych, tak by krew spłynęła i wymieszała się w jedno. Czułam, jak dziwne, parzące ciepło przepływa przez moje żyły.
– Przysięgacie – głos kobiety stał się głęboki, niemal nieludzki, wibrujący w powietrzu – że nie wyjawicie naszej tajemnicy nikomu. Pod groźbą tortur, na łożu śmierci, a nawet w pijanym szumie. Jeśli choć cień tych informacji wypłynie poza ten krąg… znajdziemy was, wytropimy i zabijemy. Zrozumiano? Kiwnełam głową. Pozostałe dziewczyny również.
– A więc słuchajcie. Ja nazywam się Jofelia. To jest Birg. To Czad, a to Algil. Pochodzimy z odległej wioski Eden w Górach Bren. Jesteśmy Łowcami z ludu Ybris. I polujemy na Rzeźnika, który zleca zadania bandytom, którzy was uprowadzili.
Zaniemówiłam. Opowieści o ludzie Ybris, o ich mutacjach i wiecznej wojnie z Rzeźnikami, były na traktach szeptane jako mroczne legendy. A ja właśnie zmieszałam z nimi krew.
– Nie wiem, co powiedzieć…
– Najlepiej nic nie mów – ucięła Jofelia.
– Odprowadzimy was do miasta, a później znikniemy. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy za kilka lat, kiedy już będziecie magami. Zostaniecie naszymi informatorami w tych krainach. W Alfrain zawsze warto mieć sojuszników. Pamiętaj. Teraz pakt obowiązuje. Złamanie go od razu wyczujemy, gdyż wasza krew złączyła się z częścią naszej.
Podróż do miasta minęła w całkowitym milczeniu. Zanim zniknęli w tłumie, Jofelia wcisnęła w moją dłoń piękny, błyszczący kamień, byśmy miały czym opłacić barkę na wschód.
Domena Tkaczek (Lata później)
– …i to wszystko, młody łowco, co ci opowiem. Więcej szczegółów tamtych nocy wolałabym ci oszczędzić – mój głos, teraz głęboki, podszyty syczącym pogłosem, rozszedł się echem po kamiennych ścianach komnaty.
Siedziałam w cieniu, przypatrując się chłopakowi o bystrym, chłodnym spojrzeniu, w którym widziałam znajome rysy. Vithom. Wnuk wielkiego Olwiga, krew z krwi tych samych Łowców, którzy kiedyś wyrwali mnie z objęć śmierci. Młodzieniec z Gór Bren poprawił pas z bronią i wpatrywał się we mnie bez strachu, choć wiedziałam, że mój wygląd musiał budzić w nim odrazę.
– Ale jak to się stało, że zostałyście… Wiedźmami? – zapytał w końcu.
– Vithomie, Siostrami Wiedźmami – poprawiłam go miękko.
Z cienia wysunęła się moja dłoń. Skóra pokryta była drobną, iryzującą łuską, a zza warg co rusz wysuwał się mimowolnie rozwidlony, wężowy język. Moje oczy – a właściwie dodatkowa para, która otworzyła się na skroniach podczas trzeciego roku nauki w Zakonie – obserwowały jego każdy, najdrobniejszy ruch.
– Cóż… miałyśmy nieco inne podejście do magii niż konserwatywni starcy z Alfrainu
– zaśmiałam się, a dźwięk ten przypominał grzechot suchych kości.
– Myślę, że twój druh, Relik, z łatwością ci to wyjaśni. Zna się na alchemii, na przepływie mocy. Widzisz, magia ma swoją cenę. Nie jest darmowym cudem, jak sądzą w wiejskich karczmach. Im potężniejszego życia chcesz dotknąć, tym głębiej musisz za to zapłacić z własnego istnienia.
Wychyliłam się z mroku, pozwalając, by pełgające światło świec w całości oświetliło moje zmienione, nieludzkie już ciało.
– Domena, którą wymyśliłyśmy i zgłębiłyśmy w Zakonie, bardzo nie pasowała do mentorów, którzy nas uczyli. Kształtowanie ciała, splatanie materii… to ryzykowna gra. Bo widzisz, mój drogi Vithomie, gdy szepniesz komuś do ucha potężne zaklęcie, by zamienił się w żmiję, to siła zwrotna tego aktu sprawia, że czasem to ty sama możesz pokryć się łuską i zamienić w gada…
– Parsknęłam śmiechem, który zgasł tak szybko, jak się pojawił.
Odsunęłam się od stołu. Powietrze wokół mnie zaczęło gęstnieć, nasycając się ozonem i zapachem krwi.
– A teraz wybacz. Dług spłacony, wspomnienia przywołane. Ale muszę wracać do pracy. Trzeba prząść. Nici same się nie zwiążą, a zaklęcie, które szykujemy dla Rzeźników, musi być silne… i bezwzględnie wiążące.
Hej, faktycznie mroczna historia, ale na szczęście bez zbędnych okrutnych opisów, które nic by nie wnosiły. Przyjemnie się czytało, nawet pomimo mrocznej fabuły :)
Parę błędów, które gdzieś tam rzuciły mi się w oczy, potraktuj je oczywiście jako sugestie!
– Taka młoda, a tak kurwewsko brzydko mówi.
bład w przekleństwie? swoją drogą jedno z najbardziej zbędnych (subiektywnie).
– Stój i zachowaj życie, albo pędź i zgiń! – rozległ się potężny, chrapliwy głos.
Zbędny przecinek przy albo? Tutaj jest albo w znaczeniu “to lub to”, co nie sugeruje przecinka. Teoretycznie doczytując to moje przeczucie by się zgadzało, ale to nie jest moja mocna strona.
Nie wiem, jak długo leżałam nieprzytomna, po tym jak pierwszy z nich uderzył mnie w tył głowy,
Przecinek powinien być przed “jak”, nie przed “po tym. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/po-tym-jak;1812.html
Szelest, jakby coś bezszelestnie
Wkradło się masło maślane potencjalnie.
To tyle, dzięki za podzielenie się tekstem :)
Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.
Oo, dopiero wszedłem w twój profil, witaj na portalu. Samemu też jestem tutaj nowicjuszem. Nie bierz moich słów za cokolwiek więcej niż działanie w dobrej wierze ;)
Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.
Cześć Prestidigitator!
Bardzo dziękuję za powitanie i za to, że poświęciłeś czas na przeczytanie mojego tekstu. To faktycznie mój debiut na portalu, więc tym bardziej cieszę się, że mroczny klimat "Kronik Ybris" przypadł Ci do gustu. Zależało mi na budowaniu napięcia bez epatowania zbędnym okrucieństwem, więc super, że to doceniłeś! :)
Co do uwag – przyjmuję je w 100% z wdzięcznością! Wyłapałeś trafne potknięcia. Przecinki przy "albo" i "po tym jak" to moje niedopatrzenia, a "bezszelestny szelest" to już w ogóle urocze masło maślane, z którego sam się uśmiałem. :D Mój problem polega na tym, że zazwyczaj przez cały tydzień spisuję masę tekstu na żywioł, a dopiero po tygodniu siadam i próbuję to wszystko zredagować. Przy takiej ilości materiału siłą rzeczy zawsze wpadnie mi tam parę takich byków :P Tym bardziej dziękuję za czujne oko!
Literówkę przy przekleństwie oczywiście poprawię, a co do jego zasadności w tym miejscu – jeszcze to przemyślę. Zdanie z szelestem też już zresztą przebudowałem.
Super, że można tu liczyć na tak konstruktywny i rzetelny feedback od innych użytkowników. Pozdrawiam i jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc przy szlifowaniu tekstu!