- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #54 Strach się bać [18+]
Wyzwanie #54 Strach się bać [18+]
Wiem, że wielu z Was już przygotowuje się do “śmiertelnego” konkursu – zatem czy wezwanie kreatywne nie wydaje się szalone?
Nie, bo pewnie macie sporo nie wykorzystanych pomysłów. A jeśli nie macie, może to wyzwanie Wam podpowie?
Nie ograniczajcie się oczywiście do śmierci i nie sugerujcie zbytnio obrazkiem!
Pomysłodawczynią jest OldGuard.
Limit 6000 znaków, jeśli komuś wyjdzie więcej będziemy jęczeć i jakoś przeczytamy (w mękach oczywiście). Więcej nie oznacza straszniej – twórcy drabbli też są mile widziani (w końcu drabbla da się wykrzyczeć, a spróbujcie 6000 znaków, zapalenie gardła murowane).
Termin: do niedzieli 28 czerwca włącznie.
Oceny
Wyzwanie #54 Strach się bać [18+]
Wszyscy (a przynajmniej prawie wszyscy) znają najsłynniejszy mikrohorror świata: “Ostatni człowiek na Ziemi siedział samotnie w pokoju. Rozległo się pukanie do drzwi”.
A że dobry horror jest jak dobrze opowiedziany żart – wymaga wyczucia, precyzji i odpowiedniego momentu – to czas na nowe wyzwanie. Tym razem mierzymy się z krótką formą grozy. Ma być strasznie, ma być gęsto od napięcia i ma być… krótko.
Potwory? Duchy? Zło w ludzkiej postaci? A może jakieś niewypowiedziane zagrożenie?
Zróbmy tak, żeby nocne przeglądanie komentarzy było naprawdę strasznym pomysłem ;)
Koniec
Komentarze
Czerwone światło nie razi. Za to zniekształca mieszkanie. Meble zlewają się z cieniami. Dlatego zawsze idę środkiem pomieszczenia, by ominąć ciemne zakamarki. Chodzę głównie do drzwi sypialni. Uchylam je i patrzę – nadal tam jest. Sterczy. Nieruchoma, ale tylko pozornie. Wczoraj kościste palce wskazywały na okno. Dziś skierowane są ku sufitowi. Długie paznokcie mają rdzawą barwę od gliny. Między keratynową powierzchnią a naskórkiem zalega czarna ziemia. Wał paznokcia – eponychium – jest czerwono-zielony przy każdym palcu, kostki sine, prawie bordowe. Nadgarstek wychodzi spod podłogi, a szara i napuchnięta skóra odchodzi coraz bardziej, za każdym razem, gdy dłoń się obraca.
Chyba wie, że siedzę w sypialni. Wczoraj obserwowałem poczerniałe kłykcie, gdy palec wskazujący zgiął się i wyprostował – wiedziała, że patrzę. Przywarł do środkowego, następnie serdeczny, a do niego mały. Gdy już wszystkie sterczały w rzędzie, wyprostowane niczym gwardziści, kciuk opadł na podłogę, a wtedy dłoń zaczęła powoli się obracać. Stałem oniemiały, nie mogłem oderwać oczu od gościa, który przybył nieproszony z… no skąd? Z dołu. A dłoń patrzyła, nie oczami, ale brudnymi paluchami o długich, połamanych paznokciach… Każdy z pięciu przybyszy wyrastających z jednego ciała widział, jak czaję się w ciemności, między drzwiami a framugą sypialni.
Dzwonek. Tak długo oczekiwany. Wyszedłem z ukrycia, jak gdyby nigdy nic. Ruszyłem przy ścianie. Zerkałem, dławiony ciekawością – a ona obracała się pomału. Odebrałem paczkę i pożegnałem kuriera, którego mina była pełna dezaprobaty dla mieszkania tonącego w czerwonym świetle. Drżałem z podniecenia, niosąc pakunek do kuchni, ale trzymałem fason do chwili, gdy nóż rozciął taśmę. Wtedy palce zabębniły o podłogę. Niecierpliwiła się. Wyciągnąłem czarną, aksamitną rękawiczkę i wsunąłem w nią dłoń. Byłem gotowy uścisnąć gościowi rękę.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
(OK, ale ten ZUS… to już przesada, trzeba dać napis, że dozwolone od lat 18, bo się młodzież straumatyzuje XD)
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ostrzegam, jest ostro.
– Xello, kochana, a jak te twoje dwunogi? Wiesz, wciąż nie mogę uwierzyć, że ktoś porzucił tak pocieszne zwierzątka, wsadził do metalowej puszki i rzucił w przestrzeń. Bestialstwo!
– One są po prostu rozkoszne! Wiesz, wczoraj robiły liny z kory drzew, które im posadziłam na wybiegu. A teraz obwiązały się nimi w tym przewężeniu pod kulką, i dyndają sobie na gałęziach, uwierzysz? Zupełnie jak my w święto Arbnaka, wtedy, jak skończyłyśmy szkołę! No i znów zmieniły kolor, teraz są sine, mają nawet takie marmurkowe wzorki. Wysyłam ci zdjęcie!
– Oo, cudne! I widzę, że już je trochę podtuczyłaś! Jak je znalazłaś, były takie chudziutkie! Dobrze o nie dbasz!
– Wiesz, przyznam, że w zeszłym ephiku miałam chwile zwątpienia. Ten mniejszy dwunóg złapał pasożyta.
– No co ty?
– Na początku byłam zadowolona, że mu brzuszek rośnie. Ale potem zrobił się za wielki, aż się biedne stworzonko chwiało na tych dwóch nóżkach. No i oba były jakieś takie pobudzone… pamiętasz, jak przykładałyśmy macki do szyby, żeby poczuć drgania powietrza, które one wytwarzają?
– Tak, to było niesamowite, jak koncert…
– Też je uwielbiałam, a nagle zrobiły się jakieś takie gwałtowne, mocne, ale bez rytmu. Przeczuwałam, że coś jest nie tak. I wyobraź sobie, ledwie przedwczoraj, patrzę na tego z wybrzuszeniem, a mu się coś w środku rusza. I wtedy wszystko zrozumiałam: musiał się zakazić już dawno, bo przecież nie na wybiegu. Larwa często zmienia zachowanie żywiciela, zanim go rozerwie od środka, nieraz to oglądałyśmy…
– Kochana, nie przypominaj mi tego, niby projekcje przyrodnicze, a prawdziwy horror! I co zrobiłaś, poleciałaś do weterynarza?
– Wiesz, one kiepsko znoszą podróże, a bałam się, że to draństwo z niego wyjdzie. Odłowiłam dwunoga i sama wyjęłam macką.
– No co ty, nie brzydziłaś się?
– Żebyś wiedziała jak! To coś przyrosło do żywiciela taką długą wicią, czerpało z niego pokarm… okropne. Od razu spuściłam do kanalizacji. A dwunóg jeszcze trochę chorował, ale potem oba się uspokoiły, znów zaczęły ten swój koncert. A teraz sprawiły mi taką radość ze zmianą barw!
– Gdzie je znalazłaś? Zaraz pod mgławicą? Wiesz, może sama się tam wybiorę?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
trzeba dać napis, że dozwolone od lat 18
Dałem, ale z innych powodów, a do ZUS-u nawet nie doszliśmy. Aż strach zaglądać do wątku :P
Bardzie, twist z rękawiczką jest naprawdę satysfakcjonujący. Dawno nie czytałem tak wdzięcznego horroru, który wciąga czytelnika, a nie tylko go straszy. Jest tajemniczo, uroczo i klimatycznie!
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Marzan
Dobre. Rozmowa koleżanek uroczo kontrastuje z cierpiącym czlowiekiem sprowadzonym do roli chomika:). Grozy nie było ale w body horror możesz uderzajać:). W mojej ocenie groza lepiej wypada jak jest blisko i nie jest abstrakcyjna. U ciebie nie ma do tego warunków – co nie zmienia faktu, że mamy tu horror. No i szorcik wyszedł bardzo dobrze :)
U Ciebie uroczo u mnie uroczo – mogę zatem uścisnąć Ci mackę, tylko skoczę po rękawiczkę;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Wracam do uniwersum.
Chyba wcisnę to opowiadanie w usta Jagny w jakiś zimowy wieczór.
NIEDOLA
Bogdanowi zawsze było mało.
Pod strzechą wisiały pęta wędzonego mięsa, w komorze piętrzyły się worki żyta, w oborze stało tyle bydła, że jego oddechy topiły śnieg. Miał więcej niż wszyscy razem.
Bogdan nie mówił „dość”.
Od świtu do zmroku był przy robocie. Synów budził, zanim kogut zapiał. Córkom nie pozwalał siadać przy ogniu, dopóki krosna nie wypełniły się suknem. Bogumiła słyszała częściej zgrzyt żaren niż własne myśli.
– Kropla potu w polu wraca w łyżce sadła – mawiał.
Zimą śnieg leżał wysoko nad płotami, mróz rozsadzał pnie z głośnym trzaskiem.
Zasiedli do wieczerzy.
Bogumiła postawiła miskę kaszy okraszonej skwarkami. Obok bochen i pieczone mięso.
Jedli długo. Bez pośpiechu. Zadowolenie było w mlaskaniu, w cieple izby, w ciężkości brzuchów.
Ktoś zapukał.
Cicho. Jakby nie chciał wejść.
Jedli dalej.
Pukanie powtórzyło się. Mocniejsze.
Bogdan skinął na syna.
Otworzył drzwi.
Do izby wpadł mróz. Wicher nawiał śnieg.
W progu stała niewielka postać. Zgarbiona, w łachmanach ciężkich od śniegu. Twarz zasłaniał kaptur.
– Dajcie strawy – powiedziała. – Kęs chleba. Miejsce przy ogniu.
Bogdan spojrzał na stół. Potem na nią.
– Dwie ręce masz – powiedział. – Kto zimą po świecie się tuła, ten sam niech się karmi.
Nie ruszyła się. Nie odpowiedziała. Stała. Mróz zaczął osiadać na odrzwiach.
Bogdan wstał. Podszedł. Trzasnął drzwiami. Śnieg spadł ze strzechy, zasypując wejście.
Wieczerza dobiegła końca.
Misy były puste. Nie czuli sytości. Najmłodszy ssał łyżkę.
– Jeszcze – uśmiechnął się Bogdan. – Coś mało dziś naszykowałaś.
Bogumiła wstała. Przyniosła chleb, mięso.
Zjedli wszystko. Czekali. Głód nie odszedł.
Nie spali spokojnie. Budziło ich ciche mlaskanie, burczenie w trzewiach.
Bydło ryczało wcześniej niż zwykle.
Bogdan poszedł do obory. Narzucił siana w żłoby.
Jadły łapczywie. Wszystko, co było pod pyskiem. Nie przestawały ryczeć.
Dosypywał paszy. Z dnia na dzień siana szybko ubywało, a bydło chudło.
Nikt już nie mówił o sytości. Jedli i byli głodni. Pracowali, byli słabi.
Bogumiła mełła ziarno od świtu do nocy.
Synowie rąbali drewno, coraz częściej stawali w pół ruchu. Patrzyli w stronę komory. Nie mówili nic.
Zwierzęta jadły bez końca.
Bogdan zastał krowę stojącą nad cielęciem. Żuła jego krwawe ucho. Słabe cielę patrzyło tępo.
Dojrzał ślady bosych stóp w obejściu.
Padało, a one nie znikały.
Dzieci coraz częściej patrzyły w stronę lasu.
– Jest tam – powiedział najmłodszy.
Mięso nie syciło. Kasza nie miała smaku. Gumno szybko pustoszało.
Bogumiła zaczęła chować jedzenie. Dzieci nie pracowały, szukały i znajdowały niedojedzone resztki.
Zaczęli wydzierać sobie z rąk. Najmłodszy ukradł siostrze kawałek chleba. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wgryzł się w jej rękę. Jak w jedzenie.
Bogdan uderzył go. Bez przekonania.
Podniósł z klepiska kawałek chleba.
Zjadł go powoli, żując razem z piaskiem
Ręce miał słabe. Przestał nosić siano.
– Niech same w gumnie jedzą – powiedział.
Otworzył wrota. Zwierzęta wyszły. Niepewnie. Potem szybciej, biegiem. Śnieg był głęboki. Zniknęły w nim. Nie poszedł za nimi. Wiatr przyniósł z lasu wycie wilków.
Dzieci zaczęły mówić o szukaniu jedzenia w opolu. Nie patrzyły na Bogdana. Wyszły.
Nie zatrzymał ich.
Bogumiła została chwilę dłużej. – Nie jesteś już gospodarzem – powiedziała i wyszła.
Został sam.
Nie wychodził. Nie było po co. Ogień gasł wolno. Czas nie miał znaczenia. Głód został. Stały, tępy.
Znalazł na dnie dzieży garść mąki. Upiekł podpłomyk.
Mały.
Cienki.
Ktoś zapukał. Jak wcześniej.
Wstał.
Otworzył drzwi.
W progu stała niewielka postać. Zgarbiona, w łachmanach ciężkich od śniegu. Twarz zasłaniał kaptur.
– Daj strawy – powiedziała. – Kęs chleba. Miejsce przy ogniu.
Spojrzał na pustą izbę. Na siebie.
Cofnął rękę od ust.
Oddał jej nadgryziony podpłomyk.
Weszła. Usiadła przy ogniu.
Rano jej nie było. Na ławie leżały łachmany.
Wstał.
Założył je.
Narzucił kaptur.
Otworzył drzwi.
Wyszedł.
Noc w ośrodku wczasowym „Domki na Plaży” w Jastarni pachniała sosnowym igliwiem i wilgocią. W lipcu nawet nie dało się zamknąć okien – powietrze było za ciężkie. Za domkami łagodnie szumiała zatoka, a księżyc blado oświetlał całą okolicę.
Wieczory miały tu swój ustalony porządek.
Najpierw dzieciom kazano iść spać. Potem gasły rozmowy i światła w domkach. Jeszcze przez chwilę słychać było szczęk naczyń, zamykanie drzwi i pojedyncze śmiechy.
O dwudziestej drugiej zaczynała się cisza nocna.
Tylko mieszkańcy domku stojącego w centrum mieli regulamin za nic i bawili się głośno i radośnie do późnej nocy.
Pierwszej nocy myślałam, że to jednorazowy wybryk. Może ktoś świętował swoje urodziny. Może spotykali się raz w roku podczas urlopu – starzy znajomi, którzy mieli sobie dużo do opowiedzienia.
Drugiej nocy irytacja zaczęła jednak krążyć po całym ośrodku. Ktoś kilka razy chrząknął znacząco. Ktoś zamknął okno z przesadnym stuknięciem. Jakaś kobieta powiedziała głośno, że to skandal. Nic to nie dało.
Trzeciej nocy byliśmy już tak zmęczeni, że nawet nie próbowaliśmy zasnąć. Graliśmy w naszym domku w jakąś grę karcianą. Chyba w Makao.
Przez cienką ścianę i otwarte okno dobiegała radosna rozmowa okraszona głośnym śmiechem. Dowiedzieliśmy się z niej, co sądzić o politykach. Poznaliśmy imiona dzieci i wnuków oraz okoliczności ich przyjścia na świat. Wysłuchaliśmy analizy meczów podczas Mundialu, historii o szefie, jego kochance i miłosnych perypetiach.
Zrobiliśmy sobie ziołowe herbatki.
Nagle na kilka sekund ucichło. Spojrzałam na zegarek – 23:30. Już mieliśmy nadzieję, że to koniec imprezy. Że wreszcie dotarło do nich, że ludzie na urlopie chcą się czasem wyspać.
Wtedy rozległo się pukanie. Takie dostojne pukanie. Trzy głośne uderzenia, przerwa i znowu trzy.
W tamtym domku ktoś parsknął śmiechem. Rozbawiony głos zapytał:
– Kto tam?
Przez chwilę nie było odpowiedzi. Potem usłyszeliśmy chłodny, głęboki bas.
– Seryjny Morderca.
Zapadła cisza. Taka, powiedziałabym, teatralna cisza. Nawet wiatr zamiast szeleścić liśćmi zaczął nasłuchiwać. Gdzieś zaszczekał pies. Krótko, ostrzegawczo.
Zamarliśmy w bezruchu.
W imprezowym domku wreszcie ktoś zebrał się na odwagę i odpowiedział, cicho i bez przekonania.
– Dobra, dobra… bardzo śmieszne.
W tej ciszy usłyszeliśmy szczęk zamka u drzwi.
Od tego wydarzenia cisza nocna nie była już zakłócana.