- Opowiadanie: L.Keller - Tkając pająki

Tkając pająki

Na wy­pa­dek, gdyby ktoś wolał uni­kać ta­kich mo­ty­wów – ostrze­gam, że opo­wia­da­nie za­wie­ra scenę prze­mo­cy wobec ma­łe­go dziec­ka. Po­ja­wia­ją się też wul­ga­ry­zmy. Czytanie może też nie być zalecane, jeśli ktoś ma poważną arachnofobię.

Go­rą­co dzię­ku­ję @He­sket za nie­oce­nio­ną pomoc przy do­pro­wa­dza­niu opo­wia­da­nia do po­rząd­ku.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Tkając pająki

Po­miesz­cze­nie wy­peł­niał gry­zą­cy smród ka­dzi­de­łek, co chwi­lę wy­wo­łu­ją­cy u mnie ka­szel. Pufa była zbyt mięk­ka, za­pa­da­łam się w niej, jakby chcia­ła mnie wcią­gnąć i tak oca­lić przed grze­chem, który za­mie­rza­łam po­peł­nić.

– Jak już wspo­mi­na­łam w ma­ilach, nie cho­dzi o pie­nią­dze – wiedź­ma mó­wi­ła spo­koj­nie, ale czu­łam, że nasza roz­mo­wa ją iry­tu­je. – Magia nie lubi być nie­do­ce­nia­na. Musi być pani ab­so­lut­nie pewna.

– Je­stem ab­so­lut­nie pewna – za­pew­ni­łam, po­wstrzy­mu­jąc wes­tchnie­nie.

– Klą­twy są bar­dzo eks­tre­mal­ną formą ze­msty…

– Nie zna pani mojej sy­tu­acji.

– No do­brze… – po­wie­dzia­ła bez prze­ko­na­nia. – Rzu­ca­nie za­klęć to długi i wy­ma­ga­ją­cy pro­ces.

Za­czę­łam wy­kła­dać przy­nie­sio­ne rze­czy. Sta­ra­łam się nie na­ru­szyć dziw­nych wzo­rów usy­pa­nych na stole z soli, skoro nie mia­łam po­ję­cia, po co tam były. Kiedy skoń­czy­łam, przed moją roz­mów­czy­nią le­ża­ła szczot­ka do wło­sów Ma­rian­ny, majt­ki, pil­ni­czek do pa­znok­ci i prze­siąk­nię­ta krwią chu­s­tecz­ka.

– Któ­raś z tych rze­czy po­win­na wy­star­czyć – po­wie­dzia­łam dumna z sie­bie.

– Któ­raś zde­cy­do­wa­nie – kiedy to mó­wi­ła, jej twarz wy­gię­ła się w gry­ma­sie zdra­dza­ją­cym znie­sma­cze­nie.

– Ta osoba miewa krwo­to­ki z nosa – za­pew­ni­łam szyb­ko.

W rze­czy­wi­sto­ści się ska­le­czy­ła, ale krwo­to­ki z nosa wy­da­wa­ły mi się mniej po­dej­rza­ne. Nie chcia­łam, aby po­my­śla­ła, że za­mie­rzam prze­kląć kogoś, kogo już dźgnę­łam.

– Jest pani bli­sko z tą osobą?

– Je­stem zmu­szo­na czę­sto prze­by­wać w jej oto­cze­niu.

***

Po prze­kro­cze­niu progu, do­bie­gły mnie śmie­chy. Nie ro­zu­mia­łam czemu, w tym pie­kiel­nym domu za­wsze było tak gło­śno. Sta­ra­łam się wie­rzyć, że obec­ność gości po­zwo­li mi nie­po­strze­że­nie znik­nąć w ga­bi­ne­cie, który chwi­lo­wo peł­nił rolę mojej sy­pial­ni. Zanim się tam za­kra­dłam, śmie­chy w kuch­ni uci­chły, prze­rwa­ne od­gło­sem prze­wra­ca­ne­go krze­sła.

Ma­rian­na prze­mknę­ła obok, chyba nie­świa­do­ma mojej obec­no­ści i za­mknę­ła się w ła­zien­ce. Gdy sta­łam odrę­twia­ła, ona za­czę­ła wy­mio­to­wać. Nim za­de­cy­do­wa­łam co dalej, z kuch­ni wy­szli moja matka i brat. Emil spra­wiał wra­że­nie zmar­twio­ne­go, co jesz­cze bar­dziej mnie roz­draż­ni­ło.

Czemu nie wy­glą­dał rów­nie szcze­rze, kiedy moje życie za­wa­li­ło się po raz ko­lej­ny?

– Mó­wi­łam, że nie po­win­ni­ście go­to­wać tak mocno pach­ną­ce­go je­dze­nia – matka spró­bo­wa­ła roz­po­cząć ty­ra­dę.

– Mó­wi­łaś też, że cię­żar­nej nie od­ma­wia się za­chcia­nek – wes­tchnął Emil, po czym ru­szył w stro­nę ła­zien­ki.

Matka na­rze­ka­ła na coś pod nosem, ale nie sły­sza­łam, co do­kład­nie mó­wi­ła. Mnie też za­czy­na­ło się chcieć wy­mio­to­wać, ale Ma­rian­na była w trak­cie wy­rzu­ca­nia wnętrz­no­ści do je­dy­nej to­a­le­ty w domu.

– Misia, wró­ci­łaś w końcu! Jak spa­cer, ko­cha­nie? – za­py­ta­ła matka obrzy­dli­wie prze­sło­dzo­nym tonem.

Wi­docz­nie to, że nikt nie zwra­cał na nią uwagi, wy­star­czy­ło, abym stała się jej nowym punk­tem za­in­te­re­so­wa­nia.

– Cu­dow­ne wie­ści ko­cha­nie. – Nie ro­zu­mia­łam, czego miał do­ty­czyć taki ko­men­tarz, bo nie dała mi czasu na od­po­wiedź.

Po­cią­gnę­ła mnie za rękę do kuch­ni. Przy stole sie­dzia­ły dwie ko­bie­ty i męż­czy­zna. Jak zwy­kle w przy­pad­ku przy­ja­ciół mo­je­go brata i szwa­gier­ki – twa­rze gości wy­glą­da­ły zna­jo­mo, ale nie pa­mię­ta­łam, gdzie mo­głam ich po­znać.

– To jest Misia, moja star­sza córka – przed­sta­wi­ła mnie matka, choć byłam nie­mal pewna, że tamci wie­dzie­li, kim je­stem.

Nie ro­zu­mia­łam, czemu nie użyła mo­je­go imie­nia.

Roz­mo­wy szyb­ko za­czę­ły to­czyć się dalej, jakby nikt nie pa­mię­tał o sta­nie cię­żar­nej go­spo­dy­ni.

– A co u two­je­go na­rze­czo­ne­go? – za­py­ta­ła jedna z ko­biet, kiedy na­kła­da­łam sobie je­dze­nie.

– Nie wiem, ro­ze­szli­śmy się jakiś czas temu – od­po­wie­dzia­łam, siląc się na spo­kój.

– Ojoj, a tak do sie­bie pa­so­wa­li­ście! Co się stało?

– Od razu po roz­sta­niu za­czął się spo­ty­kać z ko­le­żan­ką z pracy, więc chyba się do­my­śla­cie, co mogło się stać.

– To dla­te­go Misia po­miesz­ku­je teraz z nami – wtrą­cił Emil.

Wró­cił do kuch­ni lek­kim kro­kiem, jak­by­śmy nie sły­sze­li, że jego żona wciąż rzyga w kiblu. Nie mo­głam się po­cie­szać myślą, że to klą­twa trawi ko­bie­tę od środ­ka, bo we­dług wiedź­my pierw­sze ob­ja­wy nie po­win­ny po­ja­wić się wcze­śniej niż naj­bliż­szej nocy.

– Do­brze, że się od niego wy­nio­słaś, sio­strzycz­ko. Okrop­nie się za­cho­wał – mó­wiąc, objął mnie jedną ręką i przy­cią­gnął do swo­je­go boku.

Taki gest za­sko­czył mnie na tyle, że ledwo skoń­czy­łam na­kła­dać sobie po­traw­kę bez roz­la­nia jej.

– Ale cóż, dupek nie za­słu­gu­je, żeby o nim tyle mówić.

Póź­niej Emil za­czął opo­wia­dać o tym, co pla­no­wa­li do­ku­pić do po­ko­ju dzie­cię­ce­go, a ja mia­łam na­dzie­ję, że matka nie do­my­śli się, że ce­lo­wo za­ję­łam ulu­bio­ne miej­sce Ma­rian­ny. Taka drob­na zło­śli­wość nieco po­pra­wi­ła mi humor.

***

Długo cze­ka­łam na sen, bo mał­żeń­stwo nie prze­sta­wa­ło ha­ła­so­wać. Prze­cho­dzi­li mię­dzy po­miesz­cze­nia­mi, za­pa­la­li świa­tło i raz za razem par­ska­li śmie­chem.

Moje myśli ucie­ka­ły w stro­nę po­przed­nich związ­ków. W żad­nym nie śmia­łam się aż tyle i nie­mal każdy się szyb­ko roz­padł. Byli part­ne­rzy rzad­ko po­da­wa­li po­wo­dy – je­że­li pró­bo­wa­li się zdo­być na szcze­rość, mó­wi­li o moim cięż­kim cha­rak­te­rze.

Tylko jeden zo­stał na dłu­żej, my­śla­łam, że na stałe. Dał mi pier­ścio­nek, sta­ra­li­śmy się o dziec­ko, bo ma­rzył o zdję­ciach ślub­nych z nie­mow­lę­ciem. Zgo­dzi­łam się, choć uwa­ża­łam to za okrop­ny po­mysł, a on i tak od­szedł.

Udało mi się za­snąć, do­pie­ro kiedy tamci szczę­śli­wi kre­ty­ni też to zro­bi­li. Na­wie­dza­ły mnie dziw­ne sny. W jed­nym z nich sta­łam się czymś, co gnało opu­sto­sza­ły­mi uli­ca­mi. Nie­licz­ni lu­dzie, któ­rych mi­ja­łam, nie do­strze­ga­li mojej obec­no­ści. Za to zwie­rzę­ta sza­la­ły z prze­ra­że­nia. Po­zna­łam oko­li­cę, do­pie­ro kiedy zna­la­złam się bli­sko domu Emila i Ma­rian­ny.

Prze­sko­czy­łam przez bramę, jak­bym nic nie wa­ży­ła. Obce mi ciało do­pa­dło do ścia­ny bu­dyn­ku i za­czę­ło się po niej wspi­nać, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ro­sną­ce­go okna. Spo­dzie­wa­łam się, że stwo­rze­nie wy­bi­je szybę, ale prze­nik­nę­ło przez nią. Wi­dzia­łam, że szkło nie zo­sta­ło stłu­czo­ne, ale czu­łam, jak odłam­ki wbi­ja­ją się we wspól­ne ciało.

Syl­wet­ka ru­nę­ła na śpią­cą ko­bie­tę po tym, jak sta­nę­ła nad łóż­kiem. Po­czu­łam ude­rze­nie go­rą­ce­go płynu.

Obu­dził mnie krzyk Ma­rian­ny, tak prze­szy­wa­ją­cy, że nie­mal spa­dłam z łóżka. Po­cząt­ko­wo chcia­łam to zi­gno­ro­wać i spró­bo­wać za­snąć, ale oba­wia­łam się, że brat ro­bił­by mi wy­rzu­ty.

Otwie­ra­jąc drzwi do ich sy­pial­ni sły­sza­łam, jak Emil pyta o coś wy­stra­szo­ny. Kiedy za­pa­li­łam świa­tło, on rów­nież za­czął krzy­czeć. Ma­rian­na pła­ka­ła, oboje pró­bo­wa­li wy­plą­tać się z koł­dry i po­de­rwać z łóżka, jakby przed czymś ucie­ka­li.

Po po­ście­li cho­dził ogrom­ny pająk. Jeden z naj­więk­szych, jakie wi­dzia­łam na żywo, ale wciąż – tylko pająk.

– Za­cho­wu­je­cie się, jak dzie­ci – po­wie­dzia­łam.

Nie mia­łam pew­no­ści, czy ich krzy­ki mnie cał­ko­wi­cie nie za­głu­szą. Wzię­łam chu­s­tecz­kę z opa­ko­wa­nia na szaf­ce i po de­li­kat­nym uję­ciu pa­ją­ka, wy­sta­wi­łam go za okno. Wtedy, za­pa­no­wa­ła cisza, prze­rwa­na w końcu przez śmiech mo­je­go brata.

– Ra­tu­jesz nam życie – za­żar­to­wał.

– Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łam – za­czę­ła Ma­rian­na. – Naj­pierw mia­łam kosz­mar, a po tym po­czu­łam, jak coś po mnie cho­dzi.

– Nie ugryzł cię? – za­py­tał Emil.

Za­pew­nia­ła, że nie, ale on pa­ni­ko­wał jesz­cze chwi­lę, nim udało mi się wejść w słowo.

– Co ci się śniło? – za­py­ta­łam.

– Że ktoś się wła­mał.

***

Je­dząc śnia­da­nie, prze­ko­na­łam się, że chyba po raz pierw­szy kie­dy­kol­wiek, Ma­rian­na wy­glą­da­ła zna­cze­nie go­rzej, niż ja. Jej skóra zsza­rza­ła, a po­licz­ki po­kry­ła wy­syp­ka. Usta ko­bie­ty po­pę­ka­ły, kiedy pa­trzy­łam, jak je, nie­mal spo­dzie­wa­łam się zo­ba­czyć mie­sza­ją­cą się z mle­kiem krew.

Je­dząc, ga­pi­ła się w te­le­fon, więc tylko ja za­uwa­ży­łam, co wy­ło­wi­ła z miski płat­ków. Na łyżce był pająk. Ogrom­ny, przy­naj­mniej tak duży, jak ten w nocy. Nie ru­szał się, mu­siał uto­nąć w mleku, ale nie mia­łam po­ję­cia, jak się do niego do­stał.

Nie ostrze­głam jej, nim wło­ży­ła pa­ją­ka do ust. Wy­da­wa­ło mi się, że usły­sza­łam chrup­nię­cie, z jakim prze­gry­zła pan­ce­rzyk.

Po tym po­now­nie były wrza­ski i wy­mio­ty, a ja od­po­wia­da­łam na ogło­sze­nia o pracę.

***

– Bied­na Ma­rian­na – wes­tchnę­ła moja matka.

Takie słowa spra­wi­ły, że po­ża­ło­wa­łam de­cy­zji o wspól­nym go­to­wa­niu.

Od kiedy Emil i jego żonka ogło­si­li, że spo­dzie­wa­ją się ludz­kie­go pa­so­ży­ta, nie­mal nie roz­ma­wia­li­śmy o mnie. Je­dy­ny wy­ją­tek miał miej­sce, kiedy stra­ci­łam pracę i po­rzu­cił mnie part­ner. Nie­ste­ty te te­ma­ty szyb­ko wszyst­kich znu­dzi­ły.

– Czemu bied­na? – za­py­ta­łam, choć nie­ko­niecz­nie chcia­łam usły­szeć od­po­wiedź.

– Nie wy­obra­żam sobie spo­dzie­wać się dziec­ka bez matki. Jesz­cze cała ta tra­ge­dia z jej ro­dzi­ca­mi i bra­tem, to nie takie dawne dzie­je.

Nie była bli­sko z ro­dzi­ca­mi, z bra­tem się nie­na­wi­dzi­li. ­­­– Ledwo się po­wstrzy­ma­łam przed po­wie­dze­niem tego na głos. Chyba nie chcia­łam wie­dzieć, jak matka by za­re­ago­wa­ła.

Ma­rian­na nie miała kon­tak­tu z ro­dzi­ną – ci lu­dzie pew­nie by ją wy­dzie­dzi­czy­li, gdyby śmierć nie za­bra­ła ich tak nagle. Oprócz domu uda­wa­na tra­ge­dia ku­pi­ła jej mi­łość i po­par­cie te­ścio­wej, która wcze­śniej za nią nie prze­pa­da­ła.

***

We śnie sta­łam w sy­pial­ni Emila i Ma­rian­ny, po­chy­lo­na, aby zmie­ścić się w prze­strze­ni mię­dzy pod­ło­gą a su­fi­tem.

W rę­kach trzy­ma­łam za­krwa­wio­ne, ma­leń­kie ciało, które po­wo­li prze­sta­wa­ło się ru­szać. Twarz miało tak ob­le­pio­ną ślu­zem, że z dzie­cię­ce­go gar­dła nie mógł się wy­rwać pierw­szy płacz. Po zbyt wcze­śnie wy­dar­tym ciele cho­dzi­ły pa­ją­ki. Dzie­siąt­ki pa­ją­ków, które po­że­ra­ły nie­mow­lę.

Pę­po­wi­na wciąż łą­czy­ła dziec­ko z matką. Ma­rian­na nie była w lep­szym sta­nie – cały jej tors zo­stał ro­ze­rwa­ny. Wnętrz­no­ści wy­wle­czo­no, a spo­mię­dzy nich wy­grze­by­wa­ły się ko­lej­ne pa­ją­ki. Mimo wszyst­ko, serce wi­docz­ne mię­dzy wy­ła­ma­ny­mi że­bra­mi wciąż biło.

Płuca zwi­sa­ły po bo­kach ciała. Ich po­wierzch­nia po­ru­sza­ła się, ale nie w spo­sób wska­zu­ją­cy na od­dech. Ra­czej jakby coś ma­łe­go cho­dzi­ło tuż pod cien­ką błoną.

Po­mi­mo ma­sa­kry u jego boku, mój brat spał spo­koj­nie.

Obu­dzi­ła mnie po­trze­ba sko­rzy­sta­nia z to­a­le­ty. Szłam tam po ciem­ku, aby nie ry­zy­ko­wać prze­bu­dze­niem współ­lo­ka­to­rów, ale kiedy za­pa­li­łam świa­tło w ła­zien­ce, nie­mal wy­rwał mi się krzyk.

Na pod­ło­dze sie­dzia­ła Ma­rian­na. Za­pła­ka­na, z za­pad­nię­ty­mi po­licz­ka­mi i krwa­wią­cy­mi z pęk­nięć war­ga­mi.

Kiedy pierw­szy szok minął, mu­sia­łam wal­czyć ze sobą, by nie za­cząć się uśmie­chać.

– Źle się czu­jesz? – za­py­ta­łam, uda­jąc tro­skę.

– Po­wiedz­my… – szep­ta­ła ła­mią­cym się gło­sem.

– Ko­lej­ny kosz­mar?

Wzdry­gnę­ła się, jak­bym spró­bo­wa­ła ją ude­rzyć.

– Co dokładnie ci się śniło?

– Nie chcę o tym my­śleć, boję się o tym my­śleć…

– Mogę coś dla cie­bie zro­bić? – za­py­ta­łam, choć wo­la­łam, aby nie ko­rzy­sta­ła z mojej pro­po­zy­cji.

– Nie trze­ba, po pro­stu muszę ochło­nąć, jakoś to mną wstrzą­snę­ło.

Po tym chwi­lę mil­cza­ły­śmy, a ona wciąż tkwi­ła na pod­ło­dze mię­dzy mną, a se­de­sem.

– Mo­żesz wyjść? Muszę siku.

***

– Prze­cież to strasz­ne, jak Ma­rian­na zmar­nia­ła – po­wie­dzia­ła matka, kiedy znowu razem go­to­wa­ły­śmy. – I to prak­tycz­nie z dnia na dzień! Wiesz coś się z nią dzie­je?

– Nie wy­sy­pia się, męczą ją ja­kieś kosz­ma­ry.

– Wiesz co się jej śni?

– Nie chce o tym mówić, po­dej­rze­wam, że coś zwią­za­ne­go z ciążą.

– Moż­li­we… coraz bli­żej po­ro­du pew­nie jest ze­stre­so­wa­na.

Ledwo zdą­ży­łam spró­bo­wać zmie­nić temat, do kuch­ni wpa­dła roz­trzę­sio­na Ma­rian­na. Blada i z obłę­dem w oczach.

– Czemu je­ste­ście takie spo­koj­ne?! We­zwa­ły­ście już po­li­cję?! – szep­ta­ła, ale w jej tonie dało się sły­szeć pa­nicz­ną na­głość.

– Po­li­cję? Po co? Dziec­ko, co się dzie­je? – Matka sta­ra­ła się nie pod­no­sić głosu, ale nie dało się po­wie­dzieć, by mó­wi­ła cicho.

Ma­rian­na sze­rzej otwo­rzy­ła oczy i spró­bo­wa­ła za­sło­nić usta star­szej ko­bie­ty dłoń­mi. Syk­nę­ła, aby ta mó­wi­ła ci­szej. Matka cof­nę­ła się wy­stra­szo­na.

– Nie sły­sza­ły­ście tego?!

– Czego? – rów­nież szep­ta­łam, żeby nie wpa­dła na po­mysł, aby mnie do­ty­kać.

– Okna! – Brzmia­ła, jak­by­śmy były nie­po­waż­ny­mi w swoim upo­rze dzieć­mi. – Ktoś wybił okno i cho­dzi po pię­trze!

Kiedy szep­ta­ła, matka zer­ka­ła na mnie ner­wo­wo, jakby są­dzi­ła, że znam od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia.

– Słoń­ce, ni­ko­go tu nie ma – matka mó­wi­ła po­wo­li, nie­udol­nie pró­bu­jąc uspo­ko­ić młod­szą ko­bie­tę. – Nie sły­sza­ły­śmy nic ta­kie­go, a prze­cież…

Nie zdą­ży­ła do­koń­czyć, nim z gar­dła Ma­rian­ny dobył się nie­mal zwie­rzę­cy pisk.

Nie mam pew­no­ści, czy w ogóle słu­cha­ła, co mó­wi­ła te­ścio­wa. Jej wzrok wę­dro­wał ner­wo­wo mię­dzy na­chy­la­ją­cą się do niej ko­bie­tą a wej­ściem do kuch­ni. Po krzy­ku osu­nę­ła się na pod­ło­gę. Nie, jakby za­sła­bła, ra­czej – jakby cof­nę­ła się na tyle gwał­tow­nie, by stra­cić rów­no­wa­gę. Cała drża­ła, aż nie mogła się pod­nieść.

– Nie! Nie pod­chodź! – krzy­cza­ła.

Matka pró­bo­wa­ła ją uspo­ko­ić, wi­docz­nie nie mniej prze­ra­żo­na niż Ma­rian­na. Ja na­to­miast pa­trzy­łam na wej­ście do kuch­ni, w któ­rym nikt nie stał.

***

– Misia… – za­czął Emil, wcho­dząc do po­ko­ju.

Wszedł bez pu­ka­nia, za­wsze wcho­dził bez pu­ka­nia, a ja nie wie­dzia­łam, czy mo­głam mu zwró­cić uwagę w jego domu.

– Co tam? – za­py­ta­łam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ekra­nu.

Po­mi­mo na­głe­go to­wa­rzy­stwa, sta­ra­łam się sku­pić na czy­ta­nym ogło­sze­niu.

– To praw­da, co mó­wi­ły mama i Ma­rian­na?

– A co mó­wi­ły?

– Że Ma­rian­na miała ko­lej­ny kosz­mar i wy­da­wa­ła się bar­dzo zdez­o­rien­to­wa­na po obu­dze­niu.

– Za­sko­czy­ła mnie na tyle, że nie­zbyt wie­dzia­łam, co się dzie­je. Z tego co zro­zu­mia­łam, miała bar­dzo re­ali­stycz­ny sen o wła­ma­niu i po obu­dze­niu na­praw­dę my­śla­ła, że ktoś jest w domu.

Pró­bo­wa­łam go uspo­ko­ić, ale nie przez tro­skę. Nie chcia­łam, aby kto­kol­wiek tak szyb­ko wpadł na po­mysł po­ma­ga­nia Ma­rian­nie. Tak, aby nie za­zna­ła nawet odro­bi­ny kom­for­tu.

– I po tym ze­mdla­ła?

– To nie do końca wy­glą­da­ło, jak omdle­nie – od­po­wie­dzia­łam szcze­rze. – Miała otwar­te oczy. Myślę, że to był mo­ment otrzeź­wie­nia. Do­tar­ło do niej, co się dzie­je i nie wie­dzia­ła, co dalej.

W lu­ster­ku sto­ją­cym na biur­ku zo­ba­czy­łam, jak Emil kiwa po­wo­li głową. Nie pa­trzył na mnie, tylko w pod­ło­gę. Za­ci­skał zęby tak mocno, że wi­dzia­łam mię­sień prze­ska­ku­ją­cy mu w szczę­ce.

– Ostat­nio ma dużo kosz­ma­rów. Mó­wi­ła coś o nich?

Coraz moc­niej za­ci­ska­łam palce na mysz­ce, żeby po­wstrzy­mać się przed ude­rze­niem ręką o blat. Wal­czy­łam, aby stłu­mić w gar­dle krzyk:

To twoja żona do kurwy, nędzy! Czemu bym miała wie­dzieć o two­jej żonie coś wię­cej, niż ty?!

– Myślę, że jest bar­dzo ze­stre­so­wa­na i tak to się prze­ja­wia – zapewniałam po­wo­li, aby przy­pad­kiem nie pod­nieść głosu.

Jesz­cze chwi­lę stał w milczeniu. Wy­cho­dząc, za­mknął drzwi.

***

We śnie sta­łam w po­ko­ju Emila i Ma­rian­ny. Tym razem ko­bie­ta nie spała, a sie­dzia­ła na skra­ju łóżka i kasz­la­ła. Rwący ka­szel brzmiał, jakby ledwo po­zwa­lał jej od­dy­chać. Cięż­ko mi było zro­zu­mieć, jakim cudem nie obu­dzi­ła mo­je­go brata.

Po­de­szłam bli­żej i na­chy­li­łam się do ko­bie­ty. Do­pie­ro wtedy zo­ba­czy­łam, że coś po­ru­sza­ło się pod jej skórą. Kasz­la­ła coraz moc­niej, jej cia­łem wstrzą­sa­ły tor­sje. W końcu za­czę­ła pluć. Mu­sia­łam kuc­nąć, przy łóżku, żeby do­strzec, co zna­la­zło się w jej drżą­cych dło­niach.

Po­skle­ja­ny fleg­mą pająk.

Rano obu­dzi­ły mnie krzy­ki.  Emil bie­gał po domu, chyba cze­goś szu­ka­jąc, usły­sza­łam z jego ust słowo szpi­tal, przez co, po­mi­mo za­spa­nia, za­czę­łam się uśmie­chać. Li­czy­łam na to, że Ma­rian­nie stało się coś złego. Coś na tyle złego, by znik­nę­ła z mo­je­go życia i już nikt nie mógł nas po­rów­ny­wać.

Uśmiech znik­nął mi z twa­rzy, kiedy do­tar­ło do mnie, że w tonie głosu mo­je­go brata oprócz pa­ni­ki była ra­dość.

Kiedy otwo­rzy­łam drzwi, zro­zu­mia­łam, że wołał coś do te­le­fo­nu. Pew­nie za­dzwo­nił do matki, mówił, że muszą je­chać do szpi­ta­la, bo Ma­rian­na chyba ro­dzi­ła.

Po tym, jak opu­ści­li dom, cie­szy­łam się nie­mal całym dniem ciszy, póź­niej za­dzwo­nił mój te­le­fon. Ka­za­li mi je­chać do szpi­ta­la, a na miej­scu trzy­mać dziec­ko. Emil znowu pytał, czy zo­sta­nę chrzest­ną, jakby przy­po­mniał sobie, że po­przed­nio nie od­po­wie­dzia­łam. Ilość emo­cji po­zwa­la­ła mi daw­ko­wać re­ak­cje – wy­star­czy­ło uda­wa­nie szoku. Moja ro­dzi­na za­wsze uwa­ża­ła mnie za mało wy­lew­ną.

Łatwo było mi ob­ser­wo­wać re­ak­cje Ma­rian­ny. Wy­glą­da­ła źle, jak pier­do­lo­na mę­czen­ni­ca. Uśmie­cha­ła się tylko, kiedy inni na nią pa­trzy­li. Przy­bie­ra­ła ten jej ty­po­wy, ła­god­ny uśmiech, któ­re­go od za­wsze nie­na­wi­dzi­łam. Im dłu­żej inni nie sku­pia­li się na niej, tym głę­biej od­dy­cha­ła, jakby za wszel­ką cenę sta­ra­ła się za­pa­no­wać nad czymś, co ro­dzi­ło się w jej wnę­trzu. Kiedy pa­trzy­ła na dziec­ko, w jej oczach dało się do­strzec lęk.

***

Wró­ci­li szyb­ciej, niż mia­łam na­dzie­ję. Kiedy Ma­rian­na była w szpi­ta­lu, a Emil jeź­dził do niej w każ­dej wol­nej chwi­li – mia­łam spo­kój. Nie mu­sia­łam zno­sić ich obec­no­ści i prze­sta­ły mnie mę­czyć kosz­ma­ry. Nie sądzę za to, żeby Ma­rian­na w tym cza­sie od­po­czy­wa­ła. Po­dob­no coś dziw­ne­go dzia­ło się z nią i jej naj­bliż­szy­mi są­siad­ka­mi. Każda z cię­żar­nych ko­biet i no­wych matek wie­lo­krot­nie bu­dzi­ła się w nocy z krzy­kiem.

Kiedy wró­ci­li, Ma­rian­na wy­glą­da­ła na chorą. Stała się ner­wo­wa, draż­li­wa, bała się robić co­kol­wiek przy dziec­ku. Emil zda­wał się cał­ko­wi­cie tego nie wi­dzieć. Matkę ten lęk bawił, jakby uwa­ża­ła go za ko­lej­ny uro­czy etap ro­dzi­ciel­stwa.

Są­dzi­łam, że dziec­ko bę­dzie za­wo­dzić w nocy, ale było tak ciche, że dało się za­po­mnieć o jego obec­no­ści. Emila to za­chwy­ca­ło, a matka żar­to­wa­ła, że mło­dzi ro­dzi­ce po­win­ni się cie­szyć, póki mogą, bo taki spo­kój mógł być wy­łącz­nie fazą. Ma­rian­na nie dzie­li­ła ich en­tu­zja­zmu. Spi­na­ła się, kiedy mó­wi­li o tym, jak grzecz­ne jest ich dziec­ko.

Dziwne sny powróciły już pierw­szej nocy po ich po­wro­cie. Sta­łam w sy­pial­ni, po­chy­la­jąc obcą głowę. Tym razem nie nad łóż­kiem pary, a usta­wio­ną w sy­pial­ni ko­ły­ską. Dziec­ko nie spało. Pa­trzy­ło na mnie i uśmie­cha­ło się znacz­nie sze­rzej, niż po­wi­nien na to po­zwa­lać wiek. Małe oczy lśni­ły w ciem­no­ściach, jak dwie la­tar­ki.

Nie mo­głam nic zro­bić, nawet od­wró­cić wzro­ku od ba­cho­ra, któ­re­go mia­łam dość jesz­cze przed tym, jak się uro­dził.

Ma­te­riał pi­żam­ki po­ru­szał się in­ten­syw­nie. Coś ma­łe­go cho­dzi­ło po dziec­ku. Razem z tym spo­strze­że­niem do­tarł do mnie po­cząt­ko­wo cichy, ale z cza­sem coraz do­no­śniej­szy dźwięk. Coś po­mię­dzy skrze­kiem a kli­ka­niem. Mokry i wy­so­ki, w końcu po­łą­czy­łam go z od­gło­sem, jaki w fil­mach cza­sem przy­pi­sy­wa­no ro­bac­twu.

Nagle roz­le­gło się skrzyp­nię­cie łóżka, jakby ktoś gwał­tow­nie na nim usiadł.

– Czym ty do cho­le­ry je­steś?! – szept Ma­rian­ny szyb­ko prze­szedł w syk.

Zna­łam ją nie­mal całe życie, ale nigdy nie sły­sza­łam, by przy­bra­ła po­dob­ny ton. Nie brzmia­ła na prze­ra­żo­ną. Emo­cje w jej gło­sie bar­dziej niż strach przy­po­mi­na­ły złość. Ten bar­dzo kon­kret­ny ro­dzaj zło­ści, kiedy coś męczy na tyle długo, by nie zo­sta­wić w czło­wie­ku nic poza fru­stra­cją.

Brzmia­ła, jakby już nie po­tra­fi­ła bać się tego, z czym dzie­li­łam ciało.

– Przy­cho­dzi­my po dzie­ci. – Roz­le­gły się słowa, któ­rych nie wy­po­wia­da­łam. – Mu­si­my zająć czy­jeś miej­sce, by się uro­dzić.

Mó­wie­nie wbrew woli bo­la­ło, jakby przez gar­dło prze­cho­dzi­ło mi nie cie­płe po­wie­trze, a odłam­ki szkła.

Obu­dzi­łam się na tyle wcze­śnie, że z pewną ra­do­ścią skie­ro­wa­łam kroki w stro­nę kuch­ni. Spo­dzie­wa­łam się być tam sama i móc zjeść śnia­da­nie bez to­wa­rzy­stwa tych idio­tów.

Na pod­ło­dze opar­ta ple­ca­mi o lo­dów­kę sie­dzia­ła Ma­rian­na. Miała pusty wzrok, wpa­try­wa­ła się w prze­strzeń przed sobą, tuląc nogi do klat­ki pier­sio­wej.

Pod­ło­ga wokół niej była czar­na od pa­ją­ków. Du­żych i wło­cha­tych, wy­bie­ga­ją­cych spod lo­dów­ki. Jedne z nich wspi­na­ły się na ciało Ma­rian­ny, a inne roz­bie­ga­ły po kuch­ni. Ko­bie­ta nie re­ago­wa­ła, nawet kiedy stwo­rze­nia wcho­dzi­ły jej na twarz. Za­sko­czo­na wi­do­kiem za­trzy­ma­łam się w bez­ru­chu na tyle długo, że kilka z ucie­ka­ją­cych pa­ją­ków zdą­ży­ło prze­biec mi po sto­pie.

Nie wie­dzia­łam, co zro­bić, więc zre­zy­gno­wa­łam ze śnia­da­nia i po­szłam za­mknąć się w ga­bi­ne­cie. Spo­dzie­wa­łam się, że kiedy Emil zo­ba­czy w kuch­ni to, co ja, osza­le­je. Mia­łam na­dzie­ję, że nie uczy­ni stanu Ma­rian­ny moim pro­ble­mem. Jesz­cze więk­szą, że uzna ją za wa­riat­kę i się z nią roz­wie­dzie.

Kiedy wresz­cie wstał, w kuch­ni dało się sły­szeć spo­koj­ną roz­mo­wę. Jed­no­stron­ną, bo nie sły­sza­łam głosu Ma­rian­ny.

Czym­kol­wiek była nę­ka­ją­ca ko­bie­tę siła, po­sta­no­wi­ła za­osz­czę­dzić trau­ma­tycz­nych wi­do­ków mo­je­mu bratu. A ja nie mo­głam w pełni cie­szyć się cier­pie­niem tej suki, bo coś po­sta­no­wi­ło zro­bić z jej męki rów­nież mój pro­blem.

Po raz pierw­szy od dawna wy­szłam z domu na dłu­żej, tylko po to, by nie mu­sieć zno­sić obec­no­ści Ma­rian­ny.

***

Po wej­ściu do domu pierw­szy raz usły­sza­łam płacz cho­ler­ne­go ba­cho­ra. Za­sko­czył mnie na tyle, bym przez chwi­lę bra­ła pod uwagę, że ktoś je­dy­nie zbyt gło­śno oglą­dał te­le­wi­zję. Z ta­kie­go prze­ko­na­nia wy­trą­cił mnie frag­ment roz­mo­wy, pod­słu­cha­ny, kiedy szłam w głąb domu.

– …po pro­stu za­snę­łam! – Ma­rian­na brzmia­ła na roz­draż­nio­ną. Jakby zdą­ży­ła się zmę­czyć tłu­ma­cze­niem cze­goś, komuś nie­do­rzecz­ne­mu. – Nie moja wina, że za­wsze jest tak cicho!

– Prze­cież to wy­glą­da, jakby przez cały dzień nikt… – Emil mu­siał wal­czyć ze sobą, by nie pod­no­sić głosu.

Nie usły­sza­łam końca ich roz­mo­wy, bo do­strze­gli mnie przez otwar­te drzwi do po­miesz­cze­nia i za­mil­kli.

– Coś się stało? – za­py­ta­łam.

– Nic ta­kie­go. Mo­gła­byś przy­go­to­wać bu­tel­kę?

Mój brat nie po­tra­fił kła­mać, ale nie po­cią­gnę­łam te­ma­tu. Kiedy znik­nę­łam w kuch­ni, oni za­czę­li kłó­cić się dalej. Tym razem ści­sza­li głos na tyle, bym nie sły­sza­ła, co do­kład­nie mó­wi­li. Kiedy wró­ci­łam do nich z bu­tel­ką, za­mil­kli.

Nie pa­trzy­li na mnie. Ma­rian­na wy­glą­da­ła na wście­kłą, a Emil na zmar­twio­ne­go. Zo­sta­wi­łam ich sa­mych w na­dziei, że bez świad­ków roz­szar­pią się słow­nie.

Na resztę dnia zamknęłam się w gabinecie Emila. Po­cząt­ko­wo sku­pi­łam się na prze­glą­da­niu ofert pracy, ale ich treść szyb­ko za­czę­ła mi się zle­wać, jak­bym cią­gle czy­ta­ła kilka tych sa­mych ogło­szeń. Wszyst­kie zda­wa­ły się rów­nie bez­na­dziej­ne, więc nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, czemu nie­mal nie do­sta­wa­łam in­for­ma­cji zwrot­nych.

Po­czu­cie bez­sil­no­ści zmę­czy­ło mnie na tyle, bym wró­ci­ła do prze­rwa­nej wcze­śniej lek­tu­ry o klą­twach.

Nie­ła­two było mi zna­leźć spe­cja­list­kę, któ­rej bym mogła za­ufać. Wy­ma­ga­ło to ode mnie wy­ko­rzy­sta­nia kilku przy­pad­ko­wych zna­jo­mo­ści, które kie­dyś nie­mal ze­rwa­łam.

Przed umó­wio­ną wi­zy­tą wiedź­ma prze­sła­ła mi ar­ty­kuł swo­je­go au­tor­stwa. Na­ma­wia­ła, żebym prze­czy­ta­ła go uważ­nie, bo nie bez po­wo­du sta­ra­ła się ogra­ni­czać świad­cze­nie tego ro­dza­ju usług. Pi­sa­ła, że muszę skoń­czyć go za wszel­ką cenę i coś może mi pró­bo­wać w tym prze­szka­dzać. Ostrze­że­nia roz­ba­wi­ły mnie do tego stop­nia, że za­czę­łam nieco wąt­pić w jej wia­ry­god­ność. Po­mi­mo lek­kie­go nie­do­wie­rza­nia pla­no­wa­łam prze­czy­tać ar­ty­kuł. Nie był długi i oka­zał się sta­no­wić przy­jem­ną lek­tu­rę.

Twier­dzi­ła, że co­kol­wiek spo­ty­ka prze­klę­tych, nie ma źró­dła wy­łącz­nie w za­pro­jek­to­wa­nych za­klę­ciach. Rola rzu­ca­ją­ce­go klą­twę miała ogra­ni­czać się do stwo­rze­nia po­łą­cze­nia mię­dzy ofia­rą a czymś, czego w ar­ty­ku­le nie za­mie­rza­ła na­zwać. Takie po­łą­cze­nie miało spra­wić, by do czło­wie­ka przy­kle­iła się nie­ludz­ka isto­ta. Do­my­śla­łam się, że dla­te­go wiedź­ma po­wta­rza­ła, że nie bę­dzie w sta­nie od­wo­łać rzu­co­nej klą­twy.

Pod­kre­śla­ła, że prak­tycz­nie nie bę­dzie mieć kon­tro­li nad przy­zwa­nym stwo­rze­niem. Klien­ci mu­sie­li sami za­dbać o to, aby nie sku­pić na sobie uwagi przy­zwa­nych be­stii. Nie do­wie­dzia­łam się jed­nak, na czym miały po­le­gać tego ro­dza­ju za­bez­pie­cze­nia.

Nie pa­mię­tam, co od­ry­wa­ło mnie od lek­tu­ry, ale przed wi­zy­tą nie udało mi się do­czy­tać ar­ty­ku­łu dalej niż do po­ło­wy.

Tym razem czy­ta­łam ledwo chwi­lę, nim usły­sza­łam głos Emila. Roz­ma­wiał przez te­le­fon tuż pod oknem, które otwo­rzy­łam, by prze­wie­trzyć w po­miesz­cze­niu. Nie mia­łam po­ję­cia, czy ten debil za­po­mniał o mojej obec­no­ści, czy po pro­stu nie wie­dział, jak bar­dzo niósł się jego głos.

Emil sądził, że Ma­rian­na – pomimo swoich zapewnień, że zasnęła tylko na chwilę – zostawiła dzie­cia­ka sa­me­go na cały dzień. Mówił, że nie ro­zu­miał, co się z nią dzia­ło, że prze­stał po­zna­wać wła­sną żonę. Po­wie­dział nawet, że za­czął czy­tać o de­pre­sji po­po­ro­do­wej, ale tylko w pracy, bo nie wie­dział, jak za­re­ago­wa­ła­by Ma­rian­na, gdyby go przy­ła­pa­ła. Mówił też, że chciał­by ją za­cią­gnąć na te­ra­pię, ale nie miał po­ję­cia, jak za­cząć temat.

***

Znik­nę­ły prze­śla­du­ją­ce mnie roz­mo­wy i głu­pie śmie­chy. Wresz­cie mo­głam się cie­szyć błogą ciszą i słod­ką świa­do­mo­ścią, że re­la­cja za­ko­cha­nych go­łąb­ków za­czę­ła się po­gar­szać.

Szy­ku­jąc się do łóżka, usły­sza­łam, że tej nocy nie za­mie­rza­li spać razem. Emil po­szedł z ich ba­cho­rem do po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Chyba pla­no­wał spać na dmu­cha­nym ma­te­ra­cu. Twier­dził, że tylko po to, aby po­zwo­lić Ma­rian­nie le­piej się wy­spać.

Ona nawet nie spró­bo­wa­ła go po­wstrzy­mać.

Po­mi­mo obaw, że znowu zo­ba­czę coś skraj­nie obrzy­dli­we­go, tej nocy za­snę­łam z uśmie­chem na ustach.

Kiedy otwo­rzy­łam oczy, sta­łam po­chy­lo­na nad ko­ły­ską w po­ko­ju dzie­cię­cym. Sły­sza­łam chra­pa­nie brata i pa­trzy­łam na nie­mow­lę, któ­re­go oczy świe­ci­ły nie­ludz­ko. Znowu wy­glą­da­ło na uszczę­śli­wio­ne moim wi­do­kiem, ale tym razem nie tylko się uśmie­cha­ło.

Ten mały czort śmiał się na widok cze­go­kol­wiek, z czym dzie­li­łam ciało. Mia­łam wąt­pli­wo­ści co do uśmie­cha­nia, ale byłam pewna, że no­wo­rod­ki się nie śmie­ją. Zwłasz­cza że nie brzmia­ło jak dziec­ko. Ma­leń­kie usta opusz­czał od­głos pa­su­ją­cy do do­ro­słej osoby.

Coś, z czym dzie­li­łam ciało, wy­cią­gnę­ło ręce w stro­nę dziec­ka. O ile to w ogóle miało ręce. Po obu­dze­niu nie mo­głam przy­po­mnieć sobie, jak wy­glą­da­ły koń­czy­ny isto­ty. Pa­mię­ta­łam tylko, że zbie­ra­ło mnie na wy­mio­ty, kiedy na nie pa­trzy­łam. Nim stwo­rze­nie do­tknę­ło dziec­ka, roz­legł się wrzask. To coś cof­nę­ło ręce, przez to nie mu­sia­łam już na nie pa­trzyć i wy­pro­sto­wa­ło się, na ile mogło.

W drzwiach stała Ma­rian­na. Roz­trzę­sio­na, z roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi, mo­kry­mi po­licz­ka­mi i sza­leń­stwem w oczach.

– Nie waż się do­ty­kać mo­je­go dziec­ka! – Chyba sta­ra­ła się brzmieć pew­nie, ale jej głos łamał się ża­ło­śnie.

– Za późno. Już tu je­ste­śmy i nie odej­dzie­my bez tego, czego po­żą­da­my.

Ma­rian­na rzu­ci­ła się w moją stro­nę, ale zdą­ży­ła przejść ledwo kilka kro­ków, nim padła na ko­la­na. My­śla­łam, że się po­tknę­ła, ale do chra­pa­nia Emila do­łą­czył od­głos dła­wie­nia się. Tor­sje aż rzu­ca­ły cia­łem ko­bie­ty po pod­ło­dze. Nie mu­sia­łam pa­trzyć na nią długo, nim z jej ust wy­pa­dać za­czę­ły po­skle­ja­ne, ale wciąż żywe pa­ją­ki.

Emil spał, jego żona się du­si­ła, a to, z czym dzie­li­łam ciało, wzię­ło dziec­ko na ręce.

***

Rano wy­szłam z domu, zanim Emil skoń­czył szy­ko­wać się do pracy. Nie po­da­łam mu po­wo­du. Po­wie­dzia­łam, tylko że mogę wró­cić późno. Sta­nę­łam przed drzwia­mi wej­ścio­wy­mi w porze, kiedy za­zwy­czaj wra­cał do domu.

Spo­tka­łam się z nim na po­dwór­ku. Przez otwar­te okna do­bie­gał nas ryk dziec­ka. Dużo bar­dziej prze­szy­wa­ją­cy niż po­przed­nie­go dnia.

– Mama nie miała z nimi sie­dzieć? – za­py­ta­łam, choć ob­cho­dzi­ło mnie to znacz­nie mniej, niż pew­nie są­dził.

Ma­muś­ka kie­dyś nie lu­bi­ła Ma­rian­ny. Li­czy­łam, że wy­da­rze­nia ostat­nich dni po­zwo­lą mi na od­zy­ska­nie w niej so­jusz­ni­ka.

– Miała, ale ma dzi­siaj wi­zy­tę u le­ka­rza. Wy­szła pew­nie go­dzi­nę temu – od­po­wie­dział, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc klu­czy.

Po­biegł do po­ko­ju, nie zdej­mu­jąc butów. Ru­szy­łam za nim w na­dziei, że tym razem będę mogła zo­stać świad­kiem kłót­ni mał­żeń­stwa. To, co zo­ba­czy­li­śmy przez otwar­te drzwi sy­pial­ni, spra­wi­ło, że oboje za­mar­li­śmy. Ma­rian­na na­chy­la­ła się nad uło­żo­nym na prze­wi­ja­ku dziec­kiem z ob­cę­ga­mi.

Wy­ry­wa­ła mu pa­znok­cie.

To dla­te­go tak wrzesz­cza­ło. Wy­glą­da­ło, jakby pró­bo­wa­ło przed nią uciec, ale nie po­tra­fi­ło się jesz­cze szcze­gól­nie spraw­nie tur­lać. Dla­te­go je­dy­nie ma­cha­ło rącz­ka­mi i nóż­ka­mi, roz­bry­zgu­jąc krew we wszyst­kie stro­ny.

Pierw­szy od­głos, jaki wy­darł się z ust mo­je­go brata, nie brzmiał ludz­ko.

Ma­rian­na pod­nio­sła na nas wzrok za­pła­ka­na.

– Mó­wi­ło, że ze­rwie sobie skórę, żeby wy­pu­ścić wię­cej pa­ją­ków. Może to coś nas zo­sta­wi, jeśli nie bę­dzie tutaj żad­nych… – Jej dal­sze tłu­ma­cze­nie prze­rwa­ły krzy­ki Emila.

Chaos na długo za­kłó­cił mój spo­kój, ale Ma­rian­na znik­nę­ła. Skoń­czy­ła na od­dzia­le za­mknię­tym, bo nikt nie za­mie­rzał słu­chać wy­ja­śnień, jak to niby oka­le­cze­nie dziec­ka miało oca­lić wszyst­kich przed dia­błem. Mało kto na­praw­dę wie­rzył w magię. To, że naj­gło­śniej­szy­mi spe­cja­li­sta­mi byli oszu­ści, nie po­ma­ga­ło. Za­sta­na­wia­łam się, czy praw­dzi­we wiedź­my nie re­kla­mo­wa­ły się gło­śno, by uni­kać kon­se­kwen­cji rzu­ca­nych klątw.

W domu za­pa­no­wa­ła cisza. Nie­mal ab­so­lut­na, bo przez stan Emila matka po­sta­no­wi­ła na jakiś czas za­brać dzie­cia­ka do sie­bie. Brat oddał mi sy­pial­nię, bo twier­dził, że nie mógł w niej prze­by­wać. Sam pra­wie prze­stał wy­cho­dzić z ga­bi­ne­tu. Nie mia­łam pew­no­ści, czy za­czął wtedy pra­co­wać zdal­nie, czy wziął urlop. Mia­łam tylko na­dzie­ję, że nie za­po­mni o pła­ce­niu ra­chun­ków.

A moja sie­lan­ka dalej nie nad­cho­dzi­ła.

Po­szu­ki­wa­nie pracy szło mi, jak krew z nosa, co zaczynało mnie niepokoić, bo moje oszczędności się kończyły. Ciszę mą­ci­ły te­le­fo­ny, wia­do­mo­ści oraz nie­za­po­wie­dzia­ne od­wie­dzi­ny. Py­ta­nia i roz­mo­wy pro­wa­dzo­ne szep­tem, nawet jeśli nie miał ich kto usły­szeć, nie usta­wa­ły, bo każdy chciał szcze­gó­ło­wo po­znać hi­sto­rię o tym, jak po­pie­przy­ło ide­al­ną Ma­rian­nę.

Moje kosz­ma­ry stały się znacz­nie rzad­sze, ale cał­ko­wi­cie nie usta­ły. Cza­sem wciąż sta­łam no­ca­mi nad dziec­kiem albo nad szar­pią­cą się z pa­sa­mi Ma­rian­ną. Któ­re­goś dnia, kiedy obu­dzi­łam się szcze­gól­nie nie­wy­spa­na, za­dzwo­ni­łam do wiedź­my.

– Mam na­dzie­ję, że jest pani za­do­wo­lo­na? – za­py­ta­ła po tym, jak się przed­sta­wi­łam.

– Nie­spe­cjal­nie… – za­czę­łam, nieco za­sko­czo­na jej bez­po­śred­nio­ścią.

Nie zdą­ży­łam wy­ja­śnić.

– Prze­cież ostrze­ga­łam…! – To, że pod­nio­sła głos, za­sko­czy­ło mnie na tyle, że za­nie­mó­wi­łam. – Radzę zmie­nić na­sta­wie­nie, bo tego ro­dza­ju siły bar­dzo nie lubią być nie­do­ce­nia­ne – do­da­ła spo­koj­niej.

Roz­łą­czy­ła się od razu po tym. Kiedy szok minął na tyle, bym zdo­ła­ła za­dzwo­nić do niej po­now­nie, prze­ko­na­łam się, że za­blo­ko­wa­ła mój numer.

***

W ciągu na­stęp­nych kilku dni za­czął mnie mę­czyć du­szą­cy ka­szel. Leki, które bra­łam, nie po­ma­ga­ły. Ran­ka­mi od­czu­wa­łam dziw­ne mro­wie­nie w klat­ce pier­sio­wej. Cza­sem czu­łam się, jakby coś po­ru­sza­ło się w moich płu­cach.

Aż nad­szedł dzień, kiedy wy­kasz­la­łam w chu­s­tecz­kę po­skle­ja­ne­go fleg­mą pa­ją­ka.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Dziękuję za uprzedzenie w Przedmowie. :) Sprawa małego dziecka i wulgaryzmy, wspomniane przez Ciebie, to jedno, ale i arachnofobia odgrywa podczas lektury Twojego tekstu niebagatelną rolę… :)

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (do przemyślenia):

– Dobrze, że się od niego wyniosłaś (przecinek przy Wołaczu?) siostrzyczko, okropnie się zachował – mówiąc, objął mnie jedną ręką i przyciągnął do swojego boku.

W śnie stałam w sypialni Emila i Marianny, pochylona, aby zmieścić się w przestrzeni między podłogą a sufitem. – we?

W śnie stałam w pokoju Emila i Marianny. – i znowu?

Kiedy pierwszy szok minął, musiałam walczyć z sobą, by nie zacząć się uśmiechać. – ze?

– Powiedzmy… – szeptała, łamiącym się głosem. – zbędny przecinek?

– Chcesz powiedzieć, o czym był? – dziwnie nienaturalnie brzmi mi to pytanie (?)

Po tym chwilę milczałyśmy, a ona wciąż tkwiła na podłodze, między mną, a sedesem. – zbędny ostatni przecinek?

Wiesz (przecinek?) coś się z nią dzieje?

 

Tu nie do końca jedno pasuje logicznie do drugiego:

Złapała za ręce mnie i matkę.

– Czemu jesteście takie spokojne?! Wezwałyście już policję?! – szeptała, ale w jej tonie dało się słyszeć paniczną nagłość.

– Policję? Po co? Dziecko, co się dzieje? – Matka starała się nie podnosić głosu, ale nie dało się powiedzieć, by mówiła cicho.

Marianna szerzej otworzyła oczy i spróbowała zasłonić usta starszej kobiety dłońmi. Syknęła, aby ta mówiła ciszej. Matka cofnęła się wystraszona.

– Nie słyszałyście tego?!

– Czego? – również szeptałam, żeby nie wpadła na pomysł, aby mnie dotykać.

 

Jej wzrok wędrował nerwowo między nachylającą się do niej kobietą, (zbędny przecinek?) a wejściem do kuchni. Po krzyku osunęła się na podłogę. Nie (przecinek?) jakby zasłabła, raczej (myślnik albo przecinek?) jakby cofnęła się na tyle gwałtownie, by stracić równowagę. Cała drżała, aż nie mogła się podnieść z podłogi. – powtórzenie?

– To prawda (przecinek?) co mówiły mama i Marianna?

Coraz mocniej zaciskałam palce na myszce, żeby powstrzymać się, przed uderzeniem ręką o blat. – zbędny ostatni przecinek?

To twoja żona do kurwy nędzy. – przecinek przy przekleństwie?; czy to nie jest zdanie wykrzyknikowe?

– Myślę, że jest bardzo zestresowana i tak to się przejawia – mówiłam powoli, aby przypadkiem nie podnieść głosu.

Jeszcze chwilę stał i nic nie mówił. – powtórzenie? – ogólnie w całym tekście jest dość dużo form wyrazu „mówić”, nieraz stojących blisko siebie

Emil biegał po domu, chyba czegoś szukając, usłyszałam z jego ust słowo szpital, przez co (przecinek?) pomimo zaspania (i tu?) zaczęłam się uśmiechać.

Kiedy wrócili, Marianna wyglądała gorzej, niż kiedy widziałam ją w szpitalu. – składniowy? – błędnie zbudowane zdanie?

Emila to zachwycało, a matka żartowałam, że młodzi rodzice powinni się cieszyć, póki mogą, bo taki spokój mógł być wyłącznie fazą. – literówka?

 

Czy tu nie powinno być dopisane, że chodzi o kolejny sen?:

Pierwszej nocy po ich powrocie stałam w sypialni, pochylając obcą głowę. Tym razem nie nad łóżkiem pary, a ustawioną w sypialni kołyską. Dziecko nie spało. Patrzyło na mnie i uśmiechało się znacznie szerzej, niż powinien na to pozwalać wiek. Małe oczy lśniły w ciemnościach, jak dwie latarki.

Podłoga wokół niej była czarna od pająków. Dużych i włochatych, wybiegający spod lodówki. – literówki?

Zaskoczył mnie na tyle, bym przez chwilę brałam pod uwagę, że ktoś jedynie zbyt głośno oglądał telewizję. – literówka?

– Przecież to wygląda, jakby przez cały dzień nikt… – Emil musiał walczyć z sobą, by nie podnosić głosu. – ze?

Kiedy wróciłam do nich z butelką (przecinek?) zamilkli.

Resztę dnia spędziłam zamkniętej w gabinecie Emila. – tu znowu posypała się składnia zdania?

Przed umówioną wizytą, wiedźma przesłała mi artykuł swojego autorstwa. – zbędny przecinek?

Emil wierzył, że Marianna mogła zostawić dzieciaka samego na cały dzień. Mówił, że nie rozumiał (przecinek?) co się z nią działo, że przestał poznawać własną żonę. – z tego kontekstu wynika, że w pierwszym zdaniu powinno być chyba: „NIE wierzył”?

– Nie wasz się dotykać mojego dziecka! – hmmm… ortograficzny rażący?

Nie musiałam patrzyć na nią długo nim, (ten przecinek o wyraz wcześniej?) z jej ust wypadać zaczęły posklejane, ale wciąż żywe pająki.

Emil spał, jego żona się dusiła, a to (przecinek?) z czym dzieliłam ciało, wzięło dziecko na ręce.

Pierwszy odgłos, jaki wydarł się z ust mojego brata (przecinek?) nie brzmiał ludzko.

To, że najgłośniejszymi specjalistami byli oszuści (przecinek?) nie pomagało.

Zastanawiałam się, czy prawdziwe wiedźmy nie reklamowały się głośno (i tu?) by unikać konsekwencji rzucanych klątw.

– Mam nadzieję, że jest pani zadowolona? – zapytała, (zbędny przecinek?) po tym, jak się przedstawiłam.

 

Klimat horroru znakomity, męczący, trzymający do końca w napięciu, nieprzewidywalny. :) Złość oraz zazdrość bohaterki pokazujesz tak mocno i realistycznie, że jesteśmy w stanie faktycznie zrozumieć, iż szczerze nienawidzi i bratowej, i jej dziecka. Nie do końca rozumiem, skąd Misia brała pieniądze (choćby na wiedźmę – niby mówi, że „nie chodzi o pieniądze”, ale – faktycznie nic od niej nie brała?) i za co żyła, skoro ciągle tylko szukała bezskutecznie pracy.

 

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Witaj, Bruce.

Sprawa małego dziecka i wulgaryzmy, wspomniane przez Ciebie, to jedno, ale i arachnofobia odgrywa podczas lektury Twojego tekstu niebagatelną rolę… :)

Trochę uznałam, że jako ostrzeżenie przed arachnofobią działa tytuł, ale pozostałe muszę zapowiedzieć.

skąd Misia brała pieniądze

Pisząc, zakładałam, że między tym jak straciła pracę i rozstała się z narzeczonym a początkiem opowiadania nie minęło dużo czasu (co łączy się z jedną z możliwych moim zdaniem interpretacji zakończenia). Mogła mieć jeszcze oszczędności, zwłaszcza jeśli by się założyło, że brat nie przyjmował od niej pieniędzy i np. płaciła tylko za jedzenie.

Dziękuję za wytknięcia i ciepłe słowa.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Trochę uznałam, że jako ostrzeżenie przed arachnofobią działa tytuł, ale pozostałe muszę zapowiedzieć.

Tak, to bardzo słuszna uwaga. :) Przyznam jednak, że ja tytułu wcale nie pamiętam podczas czytania danego opowiadania; samą mnie to dziwi, ale tak jest, że dopiero potem, klikając, dostrzegam go i odkrywam niejasko “na nowo”. :) 

 

Pisząc, zakładałam, że między tym jak straciła pracę i rozstała się z narzeczonym a początkiem opowiadania nie minęło dużo czasu (co łączy się z jedną z możliwych moim zdaniem interpretacji zakończenia). Mogła mieć jeszcze oszczędności, zwłaszcza jeśli by się założyło, że brat nie przyjmował od niej pieniędzy i np. płaciła tylko za jedzenie.

 

Ok, rozumiem. :) To może np. gdzieś napomknąć, że: “…a zgromadzonych oszczędności błyskawicznie ubywało”, czy coś w tym rodzaju? Bo o poszukiwaniu pracy wspominasz tak często, że mimowolnie nasuwa się pytanie, z czego ona żyje. :)

 

Pozdrawiam serdecznie i również dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Przyznam jednak, że ja tytułu wcale nie pamiętam podczas czytania danego opowiadania; samą mnie to dziwi, ale tak jest, że dopiero potem, klikając, dostrzegam go i odkrywam niejasko “na nowo”. :) 

Oj, o tym nie pomyślałam. Ostrzeżenie dopisane.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Cześć, L.Keller

Pobetowo:

Jest to bardzo mroczne opowiadanie, klaustrofobiczne i niełatwe. 

Również dziękuję za współpracę. Polecam się na przyszłość.

Klik!

Pozdrawiam

Oj, o tym nie pomyślałam. Ostrzeżenie dopisane.

Pozdrawiam.

 

Dziękuję, choć to napisałam bardziej jako naganę dla samej siebie, bo tytuł powinien zawsze świtać w głowie. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka