- Opowiadanie: melendur88 - Ostatni Gryf | Upiór z Velen - Potwór czy wybawiciel?

Ostatni Gryf | Upiór z Velen - Potwór czy wybawiciel?

Fragment podchodzi z mojego długiego, opowiadania z mojej fanowskiej serii o własnym wiedźminie w swiecie stworzonym przez  Sapkowskiego. Opowiadanie było już publikowane i zdjęte. Było zdecydowanie za długie.

Postanowiłem, je wrzucić w całości na wattpad a tu zostawić najciekawsze fragmenty.  

Jak zawuażę w miarę odzew to wrzucę całość, narazie nie czuje potrzeby wrzucania kloca po 100k, którego przeczytają góra trzy osoby.

 

Na tym portalu, dla tych co nie wiedzą, są też inne opowiadania:


Chronologia:

 

Ostatni Gryf | Pięć Stosów

Ostatni Gryf | Upiór z Velen(fragmenty i być moze walnę całość)

Ostatni Gryf | Materia Prima

Ostatni Gryf | Skrzyniarz

Ostatni Gryf | Koenrad z Mirtu

 

Tak się kończy historia mojego wiedźmina przynajmniej na tym portalu.

 

Dziękuje też Robertowi Raksowi i reg, za to nie zmasakrowali mnie za pierwszym razem czytając pierwszą wersję.(powtarzam się setny raz, ale ja nie zapominam takich rzeczy).

I w sumie wszystkim którzy mnie supportowali w pisaniu wiedzmina. Czarnej, OlGuard i wielu innym którzy mimo, że to żałosny fanfic, to jednak coś w tych historiach widzieli.

 

Prompt użyty do korekty w Google Docs (asysent google gemini).

“Popraw mi literówki i błędy”. 

 

Historia jest moja i nikogo więcej. I niestety nie mam jak podać bibliografii, idąc za ideą Marzana.

 

No chyba, że podam ze swojego fandomu gdzie jestem moderatorem i edytorem do wiki.

 

https://wiedzmin.fandom.com

 

Dodam, że ta historia ma najwięcej treści dodanych przeze mnie. Wydarzenia i postacie w tym opowiadaniu są w całości moje. Jedynie świat nie należy do mnie.

 

Przy okazji “Wiedźmin” w tym roku ma 40 lecie wydania w “Fantastyce”. Tak samo 20 lecie wiki, z którego sam Sapkowski przyzanł się, że korzysta, bo nie pamięta już sam jakie postacie i wydarzenia stworzył w swojej sadze.


Wrzuciłem, bo w sumie beeecki ostatnio coś pytał o sceny walki. To pokazuję moją wizję – może się komuś spodoba.

 

Będzie miło usłyszeć recenzję całości fragmentu, ale najbardziej zapisu potyczki, poszedłem w bardziej pulpowy, wręcz komiksowy styl, celem było zwiększenie dynamizmu. Jestem ciekaw waszej opinii.

Oceny

Ostatni Gryf | Upiór z Velen - Potwór czy wybawiciel?

Zbrojownię odnaleźli bez trudu, po drodze mijając ledwie jednego kultystę, który wartę pełnił nader niedbale, a którego ominęli bez przeszkód. Reszta straży zbiegła się na majdan, skąd dobiegała mieszanina wrzasków i pijackich śpiewów.

Koenrad dociągnął klamry pasów. Znajomy ciężar mieczy na plecach osiadł pewnie. Wiedźmin wypuścił głośno powietrze z płuc, czując, jak napięcie nieco lżeje, a w miejsce niepewności wkrada się spokój. Odzyskał wszystko – eliksiry już były w bezpiecznych przegrodach, kuszę, pancerz. Pankratz, pośpiesznie zapinając klamry swojego napierśnika, zagadnął wiedźmina.

– Mamy chyba wszystko. Za stojakiem, powiadasz? – szepnął kondotier, kuśtykając w stronę wskazanego miejsca.

Za starym, spróchniałym stojakiem w ścianie zobaczyli ambrazurę, niegdyś służącą łucznikom, teraz wyszczerbiona, z odpadłym tynkiem i wykruszoną cegłą. Pankratz wyjrzał ostrożnie przez nią na zewnątrz.

– Nisko. Zeskoczymy, zanim się który zorientuje, że tego durnia przy celi brakuje.

Gdy najemnik mierzył wzrokiem odległość do ziemi, Koenrad wyszedł na korytarz. Spojrzał przez okno wychodzące na dziedziniec. Pankratz, widząc, że wiedźmin nie podąża za nim, podszedł do niego.

– Co jest, do cholery? – syknął.

Koenrad milczał. Jego twarz stężała w maskę. Najemnik wychylił się, by spojrzeć.

Na środku placu buchał w niebo wielki ogień, wokół którego tańczyło pijani i opętani fanatyzmem maruderzy. Ale to nie płomienie przykuwały wzrok. Nad stosem, na skleconej byle jak konstrukcji z bali, wisiało pięć ciał. Głowami w dół. Nagie. Pohańbione. Dwóch żołnierzy Braska. On sam. Haakon.

I Althin.

Półelfka wisiała bezwładnie, głową w dół, kołysząc się lekko na wietrze. W jej martwym, szeroko otwartym oku wciąż tkwił bełt, nadając jej wyraz makabrycznego zdziwienia. Usta miała rozchylone w niemym krzyku, który uwiązł w gardle na zawsze. Żołdacy obmacywali jej piersi, nagie ciało. Wysmarowane było jakąś czarną farbą w tajemnicze wzory.

Pankratz zerknął na wiedźmina i poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach. W oczach Koenrada coś zgasło. Ostatnia iskra tego młodego wiedźmina, z którym pił w karczmie, zniknęła, zdmuchnięta niczym świeca na wichrze. Została w nim chłodna, nieludzka pustka.

– Koenrad? – szarpnął go za ramię. – Idziemy! Nie ma czasu na sentymenty!

Wiedźmin odwrócił głowę.

– Ty weźmiesz Lizę – powiedział cicho. – I uciekniecie.

– Czyś ty kurwa zmysły postradał?! Idziesz z nami!

– Słuchaj, Pankratz – przerwał mu Koenrad, nie podnosząc głosu. – Wyprowadzisz małą. Ja tutaj zostanę. I dopilnuję, by nikt za wami nie szedł.

– Nie! – kondotier potrząsnął nim, choć czuł, że szarpie granitowy posąg. – Jesteś młodym chłopakiem, psiakrew! Całe życie przed tobą! Nie warto zdychać dla zemsty na bandzie obłąkanych kmieci! Nie warto ginąć za nieboszczyków. Oni nie żyją! My mamy szansę żyć.

Wiedźmin spojrzał mu w oczy.

– Są ludzie i są potwory, Pankratz. Sam to mówiłeś. Żaden człowiek nie skrzywdziłby dziecka. Oni to zrobili. A teraz… – wzrok mu uciekł ku wiszącym ciałom. – Nie zostawię ich tak. Swoich się nie zostawia.

– Ludzie krzywdzą dzieci codziennie, naiwny durniu! – warknął gorzko najemnik. – Taki jest ten parszywy świat! Nie dostałeś nigdy pasem po rzyci w twoim Kaer Seren?! Trupów zżeranych przez trupojady nie widziałeś nigdy!? Nie naprawisz tego mieczem! Ocal nas i tę małą!

– Za późno – odparł cicho wiedźmin. – Idź. Daj jej szansę, której Althin nie dano.

Pankratz patrzył na niego przez chwilę, walcząc z myślami, aż w końcu ramiona mu opadły. Znał ten wzrok. Widział go u straceńców.

– Upartyś jak osioł, skurwysynu – mruknął, a w głosie miał dziwną mieszaninę złości i szacunku.

Koenrad uśmiechnął się lekko, blado.

– Druh z ciebie, Pankratz. Poczciwy, choć szelma. Widzimy się w wiosce. Idźcie! Póki jest czas.

Zdjął medalion. Srebrny gryf zalśnił w półmroku; żółte kamienie w jego oczach zdawały się widzieć więcej, niż powinny, a Koenrad przez chwilę czuł na sobie osąd jego mistrza, Keldara. Gryf patrzył surowo. Jak zawsze bez emocji, jakby już wydał wyrok za czyn, którego jeszcze nawet nie dokonał.

– Masz. Jak będzie drżeć, znaczy, że źle idziesz. Kieruj się tam, gdzie milczy. W stronę południa. A jak nie wrócę… odeślij do Kaer Morhen. Do Kear Seren, nie wiesz jak trafić. Vesemir… będzie wiedział co z nim zrobić.

Podszedł do Lizy, która kuliła się w kącie zbrojowni, mała i przerażona. Ukląkł.

– Ten człowiek – wskazał na najemnika – wyprowadzi cię. Słuchaj go, a wrócisz do domu.

Pankratz pomógł dziewczynce przecisnąć się przez ambrazurę. Zanim zniknął w mroku nocy, rzucił przez ramię:

– Nie daj się, wiedźminie.

Koenrad nie odpowiedział. Patrzył, aż czerń lasu ich połknęła. Został sam.

Wyłuskał z juków trzy fiolki. Pierwszą, czarną jak smoła, wychylił jednym haustem. Eliksir Kota. Świat natychmiast wyzbył się barw, oblekał w monochromatyczną, nienaturalnie ostrą poświatę, w której ciemność przestawała być grozą, a stawała się sprzymierzeńcem. Potem Las Mariborski. Serce uderzyło o żebra niczym oszalały młot, a krew runęła przez żyły gęstą, rwącą rzeką, pompując do ciała eksplozję adrenaliny. Wreszcie Filtr Petriego. Cierpki, o metalicznym posmaku, niczym krew. Czuł, jak moc pulsuje w opuszkach palców, a żyły na przedramionach nabrzmiewają, jarząc się pod skórą bladym błękitem.

Toksyczny wstrząs wykrzywił mu twarz. Zawsze tak było. Błękitne żyły wykwitały na skórze, ilekroć sięgał po Znaki w sposób tak ekspansywny, czerpiąc z Mocy głębiej, niż pozwalał rozsądek. Filtr Petriego kumulował to dodatkowo.

Żaden wiedźmin którego znał, nie miał takich skutków ubocznych mutacji.

Wiedział, że może utrzymać to natężenie magii dłużej niż inni, że jego potencjał magiczny jest większy niż znanych mu wiedźminów, ale wszystko miało swoją cenę. Z każdym takim impulsem, z każdą chwilą, gdy jego ciało stawało się przewodnikiem czystej energii, czuł wyraźnie, jak bezpowrotnie traci cząstkę siebie i że pewnego dnia może to go zabić.

Wziął głęboki oddech i zamknął oczy.

Wiszące ciało Althin. Spojrzenie przerażonej Lizy. Martwy dezerter, który próbował go zabić, mimo że Koenrad chciał mu ocalić życie.

"Ludzie to skurwysyny" – słowa Pankratza Nachta nadal dudniały mu uszach.

Markwald mówiący mu, że moralność to słabość.

"Obudź w sobie potwora" – powtarzał.

Ponownie wciągnął głęboko powietrze. Przypomniał sobie Kaer Seren. Tam każdy chłopiec, który Prób nie przeszedł, jego ciało było honorowane. Palono ich na stosach, wyprawiając honorowy pogrzeb. Każdy, kto oddał ofiarę w imię obrony ludzi przed potworami, jeśli nawet zginął w pierwszych próbach, grzebany był u nich z honorem.

– Ochrona ludzi przed potworami– wyszeptał do zimnego muru.

Stalowa klinga syknęła, opuszczając pochwę.

Stal też była na potwory.

***

Pierwszego z siepaczy, na którego natknął się na korytarzu, zdjął bełtem z kuszy. Grot wszedł gładko w krtań, dławiąc krzyk w zarodku. Przed samymi drzwiami komnaty, na ławie, chrapał kolejny strażnik. Pijany. Koenrad uciszył go jednym pchnięciem sztyletu w ucho. Drzwi były uchylone. Król Bagien siedział przy stole. Gdy wiedźmin wszedł, uniósł wzrok.

– A więc jednak – szepnął, jakby na to czekał.

Uśmiechnął się, a był to uśmiech kogoś, kto zajrzał za zasłonę rzeczywistości i to, co tam zobaczył, odebrało mu rozum.

– Zrób to. Stań się nim.

– Jestem wiedźminem – powiedział cicho – A ty jesteś zwykłym skurwysynem.

Markwald otworzył usta, by wygłosić kolejną tyradę, ale Koenrad nie miał nastroju na debaty. Chwycił samozwańczego króla za włosy, odchylił głowę i ciął. Płasko, szeroko, od ucha do ucha. Krew chlusnęła na otwarte księgi. Wiedźmin nie skończył. Uderzył jeszcze dwa razy, póki kręgi nie trzasnęły.

Ruszył na majdan.

Podniósł głowę, chwytając ją za włosy. Pijacka pieśń zamarła w pół nuty, gdy cisnął głową Markwalda. Łeb potoczył się po kamiennym bruku, stukając głucho o kamienie, aż zatrzymał się u stóp zgromadzonych. Bezwiedny wzrok martwego króla Bagien spoczął na wyznawcach, którzy przed chwilą bili mu pokłony.

Zapadła cisza.

– Hector von Markwald nie żyje – oznajmił, a głos jego poniósł się echem na majdanie – Odejdźcie. Wróćcie do domów. Albo zginiecie.

Przez chwilę milczeli. A potem jeden z nich zarechotał.

– Zabić nas? Sam jeden? – krzyknął, dobywając korda. – Zabić chuja, to tylko jeden odmieniec!

Ruszyli. Tłumem, bez ładu i składu, pewni swej liczebności.

Koenrad westchnął.

– Dokonaliście wyboru.

Złożył palce w Aard.

ŁUP!

Uderzenie telekinetycznej energii huknęło, powalajac wszystkich z nóg.

Jego oczy – nie tylko źrenice, ale całe gałki oczne – zapłonęły zimnym, niebieskim światłem. Wpadł między leżących, a jego miecz zaśpiewał w ciemności. Nie było w tym finezji. To była chirurgiczna precyzja.

Pierwszy!

Drugi!

Trzeci!

Ginęli kolejno z mieczem w oku, ustach i sercu, wbijał ostrze, raz po raz, następnym, tym którzy byli na tyle pijani, że mieli problem wstać.

Ci, co patrzyli, dostrzegli wnet, że wiedźmin stał się czymś innym. Czymś gorszym.

Drapieżnikiem.

Jeden z kultystów, nim płomienny wiedźmiński znak Igni oplótł jego ciało, zamieniając w żywą pochodnię, zdołał jeszcze ciąć Koenrada toporem z zamachu.

BRZDĘK!

Ostrze spłynęło po naramienniku, szarpnęło ogniwa kolczugi na łokciu, znacząc krwawą, choć płytką bruzdę. Koenrad nawet nie drgnął. Adrenalina, wzmocniona jadem eliksirów, uderzyła do głowy tak mocno, że ból stał się ledwie odległym wspomnieniem.

Świat skurczył się do jednego celu: wymierzyć sprawiedliwość.

Mając przed oczami martwą Althin i przerażoną dziewczynkę, czuł, jak gniew wzbiera w nim falą przy każdym ciosie, i pozwolił, by ta fala go porwała.

Skupił ponownie moc.

ŁUP!

Uderzył pięścią w ziemię, a fala Aard, niczym krąg na wzburzonej wodzie, runęła, powalając kolejnych. Skoczył do następnych trzech, jak drapieżnik do upolowanego zwierza. Machnął ostrzem, raz, drugi, trzeci, dobijając ich jak leżeli. Nie mieli żadnych szans.

Zostało sześciu. Wyglądali na najtrzeźwiejszych. Otoczyli go półkolem, dysząc ciężko. Trójka z nich, widząc, wiedźmina z jaśniejącymi żyłami i spływającą krwią z jego miecza, rzuciło broń i pognało do koni. Pozostali, olbrzym z toporem Haakona, drugi z mieczem i następny z nasadzanym kolcami morgenszternem. Rzucili się jednocześnie. Olbrzym wziął zamach znad głowy – cios, który rozłupałby wołu. Koenrad nie blokował. Błyskawicznie zrobił krok w przód i w skos, wchodząc w martwe pole.

ZGRZYT!

Topór rąbnął w bruk, krzesząc iskry. Wiedźmin, zróbił kolejny zwód, był już przy drugim, tym z morgenszternem. Uchylił się pod świszczącą kolczastą kulą, piruetem skrócił dystans i ciął krótko, w gardło, nim tamten zdołał szarpnąć drzewcem. Olbrzym szarpał się z toporem, który ugrzązł między kocimi łbami. Koenrad, będąc za jego plecami, ciął szeroko, nisko. Ścięgna podkolanowe pękły. Wielkolud runął na kolana. Stal świsnęła, odrąbując głowę, która poturlała się głucho po kamiennym bruku. Ostatni kultysta upuścił miecz. Ostrze brzdęknęło.

– Litości! – skamlał, padając na twarz.

Koenrad zatrzymał się przed nim. Jego ślepia płonęły w ciemności niebieskim, potwornym blaskiem, zaś miecz ociekał ciemnoczerwoną, ciepłą jeszcze krwią, z której unosiła się para. Wiedźmin przechylił głowę. Coś w nim krzyczało, by ciąć. By dokończyć dzieła. Dokonać ostatecznej pomsty. Już zacisnął rękojeść i zbierał się do zamachu.

Ale obraz bezbronnej, przerażonej Lizy…

Zmrużył oczy, wybudzając się, jakby z koszmaru.

– Wypierdalaj – wychrypiał, bryzgając krwawą śliną. – I żebym cię więcej nie widział.

Kultysta nie czekał. Zerwał się i w noc, potykając się o trupy towarzyszy.

Adrenalina opadła. Schował miecz. Spojrzał na ręce, ociekające krwią zabitych. Drżały.

Nagłe, gwałtowne tąpnięcie. Świat zawirował. Serce, zmuszone wcześniej do nieludzkiego wysiłku, zgubiło rytm. Złapał się za pierś.

Zachwiał się, runął na kolana, a potem zanurzył się ciemności.

Wydawało mu się potem, że to był sen, majaki. Widział matkę. Sigrid, przyjaciółkę z dzieciństwa. Filippę o ciemnych, oceniających go oczach. I trzy postacie wyłaniające się z mgły. Wyglądały jak stare, ohydne, pachnące zgnilizną i bagnem kobiety, lecz wyglądały na wielkie i wręcz nienaturalne.

Dziękujemy ci, Młody Gryfie.

W uszach poczuł swąd. Odezwały się jednocześnie głosy trzech starych kobiet, których barwa brzmiała jakby ktoś skrobał stalą lub pazurami po kamiennej ścianie, co zawsze było dla niego nieprzyjemnym dźwiękiem.

Dar był… sycący. Tyle krwi. Tyle strachu. Jesteś nasz. Taki młody… taki smaczny… – zachichotała druga.

– Zabiję was – pomyślał, bo usta odmówiły posłuszeństwa. – Wrócę i zabiję.

Nie sądzimy.

Ocknął się. Noc wciąż trwała, cicha i zimna. Wiatr hulał po pobojowisku, szarpiąc ubraniami trupów. Z trudem dźwignął się na nogi. Mięśnie nadal lekko drżały, a żyły nadal świeciły. Podszedł do drewnianej konstrukcji, na której wisieli jego druhowie. Odciął sznury. Ciała upadły głucho na bruk. Zniósł ich w jedno miejsce. Ułożył Althin, Haakona, Braska i dwóch jego ludzi. Z drewna, które pozbierał, ułożył stos.

Wyciągnął dłoń przed siebie, składając palce w wiedźmiński znak Igni.

Ogień buchnął, łapczywie zajmując suche drewno i ciała. Płomienie strzeliły w niebo, zabierając dusze tam, gdzie – miał nadzieję – nie ma bagien ani kultystów.

Patrzył na kopcące się stosy pogrzebowe. Pięć stosów…

Wspomnienie z dzieciństwa wróciło. Też już tak stał, patrząc na taką samą liczbę trupów. Patrzył na najdrobniejsze ciało, które obłożył jakimś znalezionym, brudnym płaszczem. Nie chciał palić jej bez niczego. Nie zasłużyła na taki los.

Tak samo jak Sigrid – pomyślał.

Przy majdanie była mała stajnia. Odnalazł konia. Karego, spokojnego wałacha. Przy siodle przytroczył obciętą głowę Markwalda, owiniętą kawałek szmaty który zdarł z jakiegoś proporca. Spojrzał ostatni raz na płonące stosy. Na dzieło zniszczenia, którego tej nocy dokonał.

Potwór czy wybawiciel? – pomyślał.

Granica zatarła się tej nocy do tego stopnia, że nie umiał na to pytanie sobie odpowiedzieć.

Spiął konia i ruszył w las, nie oglądając się za siebie.

 

Koniec

Komentarze

Pankratz, pośpiesznie zapinając klamry swojego napierśnika, zagadnął wiedźmina.

 

 

– Mamy chyba wszystko. Za stojakiem, powiadasz? – szepnął kondotier, kuśtykając w stronę wskazanego miejsca.

 

Ten dialog jest zbędny za chwilę i tak opisujesz co robi za stojakiem 

 

 

Zbrojownię odnaleźli bez trudu, po drodze mijając ledwie jednego kultystę, który wartę pełnił nader niedbale, a którego ominęli bez przeszkód. Reszta straży zbiegła się na majdan, skąd dobiegała mieszanina wrzasków i pijackich śpiewów.

Ten cały fragment też, można zostawić to co jest do pierwszego przecinka. Te śmierci są tłum, nie ma w nich nic prób chcecie napisania, że są. A skoro ominęli strażnika, to też można o nim nie pisać:)

 

 

Pankratz, widząc, że wiedźmin nie podąża za nim, podszedł do niego.

– Co jest, do cholery? – syknął.

 

Ja bym to zdanie wyrzucił i dodał do dialogu

 

– Co jest, do cholery? – syknął do Widzimna. – Czemu nie idziesz?

 

 

Półelfka wisiała bezwładnie, głową w dół, kołysząc się lekko na wietrze. 

Wcześniej już napisałeś, że wisielec głowami w dół 

 

 

Żołdacy obmacywali jej piersi, nagie ciało. Wysmarowane było jakąś czarną farbą w tajemnicze wzory.

 

A tu chyba kropka po piersi i z dużej od nagie.

 

– Nie! – kondotier potrząsnął nim, choć czuł, że szarpie granitowy posąg. – Jesteś mło

Z dużej kondotier

 

 

 

Są ludzie i są potwory, Pankratz. Sam to mówiłeś. Żaden człowiek nie skrzywdziłby dziecka. Oni to zrobili. A teraz… – wzrok mu uciekł ku wiszącym ciałom. – Nie zostawię ich tak. Swoich się nie zostawia.

 

To to samo – wzrok.

 

Ten człowiek – wskazał na najemnika – wyprowadzi cię. Słuchaj go, a wrócisz do domu.

I tu wskazał z dużej i kropka po człowiek 

 

 

Ochrona ludzi przed potworami– wyszeptał do zimnego muru.

Stalowa klinga syknęła, opuszczając pochwę.

Stal też była na potwory.

 

No to już mieliśmy w pierwszym wiedzmienie ;P

 

 

Pierwszego z siepaczy, na którego natknął się na korytarzu, zdjął bełtem z kuszy. Grot wszedł gładko w krtań, dławiąc krzyk w zarodku. Przed samymi drzwiami komnaty, na ławie, chrapał kolejny strażnik. Pijany. Koenrad uciszył go jednym pchnięciem sztyletu w ucho.

 

Tu też wyliczasz – ją bym skorcił.

 

"Złożył palce w Aard.

ŁUP!

Uderzenie telekinetycznej energii huknęło, powalajac wszystkich z nóg.

Jego oczy – nie tylko źrenice, ale całe gałki oczne – zapłonęły zimnym, niebieskim światłem. Wpadł między leżących, a jego miecz zaśpiewał w ciemności. Nie było w tym finezji. To była chirurgiczna precyzja.

Pierwszy!

Drugi!

Trzeci!

Ginęli kolejno z mieczem w oku, ustach i sercu, wbijał ostrze, raz po raz, następnym, tym którzy byli na tyle pijani, że mieli problem wstać.

 

Tu fajnie rozwiązana walka – pokonał ich sprytem i magią fajne – ŁUP, brzdęk itp jest trochę zbyt komiksowe :).

 

Fany fragment. Reszta na priv ;)

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka