Deszcz padał od świtu.
Nie był gwałtowny. Nie walił o dachy, nie rwał liści z drzew, nie zmieniał dróg w rzeki. Był gorszy. Cichy, uparty, drobny jak igły. Taki deszcz nie robił widowiska. Po prostu wsiąkał w płaszcz, w buty, w skórę, w kości. Po kilku godzinach człowiek miał wrażenie, że nie tyle moknie, co powoli gnije od środka.
Karczma pod Suchym Dębem stała przy trakcie od tak dawna, że nikt rozsądny nie pytał już, czy dąb, od którego wzięła nazwę, kiedykolwiek naprawdę istniał. Jeśli istniał, musiał paść dawno temu. Może od pioruna. Może od siekiery. Może z nudów.
Budynek był niski, przysadzisty i krzywy, jakby przez lata próbował opierać się wiatrom wiejącym od mokradeł, aż w końcu postanowił ustąpić im odrobinę dla świętego spokoju. Dach miał łatany w trzech miejscach, okiennice ciemne od wilgoci, a szyld nad wejściem skrzypiał tak żałośnie, jakby każdego wieczoru obiecywał sobie, że to już ostatni.
W środku było ciepło. Nieprzyjemnie ciepło. Tak, jak bywa w miejscach, gdzie ogień, ludzie, mokra wełna i kwaśne piwo oddychają tym samym powietrzem.
Za ladą stał Barek.
Był szeroki, ciężki i nieco pochylony, ale nie w sposób właściwy starym ludziom. Raczej jak człowiek, który przez całe życie coś dźwigał i nigdy nie zdecydował, czy powinien to w końcu odłożyć. Miał podwinięte rękawy, dłonie grube od pracy i nos złamany tak dawno temu, że zdążył już stać się częścią jego charakteru. Włosy przerzedziły mu się na czubku głowy, ale broda, przycięta krótko i nierówno, wciąż trzymała się uparcie.
Wycierał kufel.
Robił to od dobrego kwadransa.
Kufel był czysty od dziesięciu minut, ale Barek nie był człowiekiem, który przerywał czynność tylko dlatego, że straciła sens. W karczmie zawsze lepiej było wyglądać na zajętego. Ludzie mniej wtedy pytali.
Przy palenisku siedział Morn, stary bywalec o plecach zgiętych jak mokry łuk i twarzy człowieka, który widział zbyt wiele, ale większość zapomniał w zamian za tanie piwo. Przed nim stała miska gulaszu. Morn patrzył na nią z podejrzliwością, jakby spodziewał się, że w końcu przemówi.
Sella krążyła między stołami z tacą w ręku. Była szczupła, szybka i miała spojrzenie dziewczyny, która nauczyła się, że w karczmie trzeba słyszeć wszystko i reagować tylko na połowę. Nosiła ciemną spódnicę, za duży fartuch i nóż wsunięty pod pasek. Nie dla ozdoby. Pod Suchym Dębem mało co służyło ozdobie.
Drzwi otworzyły się bez pośpiechu.
Nie z hukiem. Nie teatralnie. Tyle tylko, ile trzeba było, by człowiek mógł wejść do środka, zanim deszcz zrobi to za nim.
Barek podniósł wzrok znad kufla.
Przez moment nie powiedział nic.
Potem uśmiechnął się krzywo.
– No proszę – mruknął. – Myślałem, że już cię zakopali.
Lerr strząsnął wodę z płaszcza.
– Próbowali. Ziemia miała inne zdanie.
Kilku ludzi przy najbliższym stole spojrzało w jego stronę, ale szybko wrócili do własnych kufli. Nie wyglądał jak ktoś, kto szuka zwady. I może właśnie dlatego nikt rozsądny nie chciał sprawdzać, czy jej nie znajdzie.
Był wysoki, choć nie potężny. Raczej suchy, twardy, z tym rodzajem szczupłości, która nie brała się z głodu, lecz z lat noszenia na sobie więcej, niż człowiek powinien. Ciemny płaszcz podróżny zwisał z niego ciężko, nasiąknięty deszczem i błotem z drogi. Pod nim widać było skórzany kaftan, prostą koszulę z grubego materiału i pas obciążony sakwami, rzemykami oraz drobnymi narzędziami.
Niektóre pasowały do wędrowca.
Niektóre do rzemieślnika.
Kilka do człowieka, który potrafił wejść tam, gdzie go nie proszono.
Głowę miał ogoloną krótko, prawie do skóry. Tylko ciemny, kilkudniowy cień zdradzał, że brzytwa nie odwiedziła go tego ranka. Twarz była pociągła, zmęczona, poorana liniami przy ustach i czole. Nos nosił ślad dawnego złamania, źle złożonego albo złożonego w pośpiechu. Przy szczęce biegła cienka blizna, tak zwyczajna, że mogła pochodzić od noża, kufla albo czyjejś obrączki.
Oczy miał piwno-złote.
Nie jasne, nie piękne, nie baśniowe. Ciężkie. Spokojne. Takie, które nie pytały człowieka, czy kłamie. Raczej czekały, aż sam poczuje potrzebę się usprawiedliwić.
Najbardziej rzucał się jednak w oczy zarost.
Długi, ciemny, przetykany siwizną, stylizowany z dziwną jak na niego starannością. Nie był ozdobą próżniaka. Bardziej pamiątką po czymś, czego przez lata mu odmawiano. Barek pamiętał go jeszcze z czasów, kiedy Lerr nosił twarz ogoloną według regulaminu. Teraz broda była jak ciche bluźnierstwo przeciw dawnym rozkazom.
Lerr przesunął wzrokiem po izbie.
Najpierw drzwi na zaplecze.
Potem okna.
Potem ludzi.
Dopiero na końcu wolne miejsca.
Usiadł przy końcu lady.
Nie plecami do wejścia.
Nigdy plecami do wejścia.
Barek parsknął.
– Dalej to robisz?
– Co?
– Siadasz tak, żeby widzieć drzwi.
– Drzwi bywają szczere. Ludzie rzadziej.
Barek nalał mu piwa.
Lerr nie sięgnął po kufel od razu. Najpierw zdjął rękawicę z prawej dłoni, potem zsunął z nosa małe, okrągłe okulary w cienkiej metalowej oprawie, które wisiały na rzemyku przy jego szyi. Przetarł szkła skrawkiem materiału, obejrzał pęknięcie na brzegu kufla i dopiero wtedy wypił.
– Dalej rozcieńczasz – powiedział.
– Dalej umiesz psuć powitania.
Lerr odstawił naczynie.
Przy pasie, częściowo ukryty pod płaszczem, wisiał krótki miecz. Nie wyglądał na broń paradną. Był zbyt prosty, zbyt używany i zbyt dobrze dopasowany do dłoni człowieka, który nie lubił długich pojedynków. Tylko przy jelcu i na fragmencie głowni biegły delikatne runy, stare i przytarte, jakby przez pokolenia dotykały ich palce ludzi, którzy nie do końca pamiętali, co znaczą, ale wiedzieli, że nie wolno ich ścierać.
Po drugiej stronie pasa miał nóż.
Stary strażniczy nóż. Standardowy model sprzed lat. Nic cennego. Nic pięknego. Ostrze do pracy, nie do legend. A jednak Lerr nosił go bliżej ciała niż miecz.
Sella zatrzymała się na moment przy ladzie.
– To ten? – zapytała Barka, nie siląc się na szept.
– Ten.
– Wygląda starzej, niż mówiłeś.
Lerr spojrzał na nią spokojnie.
– Też jestem rozczarowany.
Dziewczyna prychnęła pod nosem i ruszyła dalej z tacą.
Barek oparł się łokciami o ladę.
– Nie pytałeś, jak się mam.
– Stoisz. Nalewasz. Kłamiesz o piwie. Wnioskuję, że bez zmian.
– A ty?
Lerr przez chwilę patrzył w kufel.
– Siedzę.
– To twoja odpowiedź?
– Najpełniejsza, jaką mam.
Barek pokiwał głową. Uśmiech powoli zszedł mu z twarzy.
Lerr zauważył to od razu.
Nie zapytał.
Czekał.
To była jedna z rzeczy, które denerwowały w nim ludzi najbardziej. Milczał tak długo, aż rozmówca zaczynał mówić tylko po to, żeby czymś wypełnić ciszę.
Barek znał go zbyt długo, by nie wiedzieć, że robi to celowo.
– Dziewczyna zniknęła – powiedział w końcu.
Lerr nie poruszył się.
Tylko palce jego lewej dłoni, tej sztywniejszej, tej trzymanej trochę bliżej ciała, przesunęły się nieznacznie po krawędzi pasa.
– Czyja?
– Młynarza. Herdana.
– Imię.
– Alna.
Morn przy palenisku uniósł głowę.
– Dobre dziecko – burknął. – Za dobre dla tej wsi.
Sella, która właśnie stawiała miskę przed jednym z gości, rzuciła mu krótkie spojrzenie.
– Nie jesteś poetą, Morn.
– Właśnie dlatego mówię prawdę.
Lerr spojrzał na Bareka.
– Kiedy?
– Wczoraj wieczorem. Poszła po wodę. Nie wróciła.
– Straż była?
– Rano.
– I?
Barek przez chwilę obracał kufel w dłoniach.
– Powiedzieli, że uciekła.
Lerr podniósł wzrok.
– Dlaczego?
– Bo miała powód.
– Każdy ma powód, żeby uciec.
– Ona miała konkretny.
– Jaki?
Barek zawahał się.
Za krótko, żeby nazwać to kłamstwem.
Wystarczająco długo, by Lerr to zauważył.
– Ojciec trzymał ją krótko – powiedział karczmarz. – Za krótko. Matka nie żyje od trzech lat. Dziewczyna chciała iść do miasta. Do ciotki, może do służby. Herdan nie chciał słyszeć.
– Bił ją?
Barek nie odpowiedział od razu.
Sella podeszła bliżej, jakby przypadkiem.
– Wszyscy słyszeliśmy, jak krzyczał – powiedziała. – To nie to samo, co widzieć.
Lerr spojrzał na nią.
– A widziałaś?
Sella zacisnęła usta.
– Raz miała ślad na policzku. Powiedziała, że spadła ze schodów.
– W młynie?
– W młynie nie ma schodów – mruknął Barek.
Przez chwilę słychać było tylko deszcz i trzask drewna w palenisku.
Lerr sięgnął po kufel, ale nie wypił.
– Czemu mnie pytasz?
Barek uniósł brwi.
– Bo jesteś tutaj.
– To nie powód.
– Bo straż zamknęła sprawę przed obiadem.
– To też nie powód.
– Bo jej rzeczy zostały w domu.
Lerr spojrzał na niego uważniej.
– Jakie rzeczy?
– Płaszcz. Drugi komplet butów. Mała sakwa, którą podobno chowała pod siennikiem.
– Podobno?
Barek zerknął na Sellę.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Widziałam. Nie powinnam była, ale widziałam. Przyniosłam im kiedyś chleb. Leżała przy łóżku. Gdyby chciała uciec, wzięłaby ją.
Lerr milczał.
Jego palce dotknęły rękojeści starego noża.
Nie był to ruch groźny. Nie teatralny. Barek znał ten gest. Lerr robił tak, kiedy coś przestawało mu pasować i zaczynało układać się w brzydszy kształt.
– Kto znalazł wiadro? – zapytał.
Barek zmrużył oczy.
– Skąd wiesz o wiadrze?
– Poszła po wodę. Gdyby go nie znaleźli, mówiłbyś inaczej.
Sella uśmiechnęła się niechętnie.
– Przy studni. Puste. Lina była mokra.
– Od deszczu?
– Deszcz zaczął padać dopiero nad ranem – powiedział Barek.
Lerr założył okulary z powrotem na nos.
– Kto ją ostatni widział?
– Tavik.
Jakby usłyszał swoje imię, chłopak od stajni wsunął głowę przez uchylone drzwi zaplecza. Miał może piętnaście lat, mokre włosy przyklejone do czoła i minę kogoś, kto bardzo chciał wiedzieć wszystko, ale nie chciał zostać przyłapany na słuchaniu.
– Ja tylko widziałem, jak szła – powiedział szybko.
– Nikt cię jeszcze o nic nie spytał – zauważył Lerr.
Tavik zamilkł.
Barek westchnął.
– Wejdź, skoro już stoisz jak złodziej.
Chłopak wszedł do izby, wycierając dłonie o spodnie.
Lerr obrócił się lekko na stołku. Nie gwałtownie. Wystarczyło, by Tavik poczuł, że jest przesłuchiwany, choć nikt nie podniósł głosu.
– Kiedy ją widziałeś?
– Po zmroku. Jeszcze nie całkiem ciemno było. Szła od domu w stronę studni.
– Sama?
– Tak.
– Niosła wiadro?
– Tak.
– Szła szybko?
Tavik zmarszczył brwi.
– Normalnie.
– Normalnie, czyli jak?
– No… nie biegła. Nie płakała. Nie wyglądała, jakby się bała.
– Widziała cię?
– Chyba tak.
– Powiedziała coś?
Chłopak zawahał się.
Lerr czekał.
Barek też.
Sella przestała udawać, że układa kubki.
– Powiedziała, żebym nie siedział przy stajni, bo się przeziębię – mruknął Tavik.
Morn parsknął przy palenisku.
– Dobre dziecko – powtórzył ciszej.
Lerr nie skomentował.
– Widziałeś kogoś jeszcze?
– Nie.
– Słyszałeś coś?
– Później?
– Później.
Tavik przełknął ślinę.
– Krzyk. Ale krótki.
W karczmie zrobiło się ciszej.
Nie całkiem cicho. Karczmy nigdy nie milkną od razu. Najpierw rozmowy tracą ostrość, potem śmiech gaśnie, potem ktoś przesuwa kufel zbyt głośno i wszyscy udają, że niczego nie słuchali.
– Powiedziałeś to straży? – zapytał Lerr.
Tavik spojrzał na Bareka.
Barek spojrzał w bok.
– Nie pytali – powiedział chłopak.
Lerr powoli zdjął okulary.
– Nie pytali, czy ktoś słyszał krzyk?
– Pytali ojca – wtrąciła Sella. – Nie jego.
– Ojciec co powiedział?
– Że Alna od dawna chciała uciec – odpowiedział Barek. – I że pewnie w końcu to zrobiła.
Lerr przez chwilę siedział bez ruchu.
Potem dopił piwo.
– Nie szukam zaginionych córek – powiedział.
Sella prychnęła.
– A czego szukasz?
Lerr wstał.
Płaszcz opadł ciężko na jego ramiona. Przez moment wyglądał starzej niż wcześniej. Potem poprawił pas, sprawdził położenie noża i wsunął okulary do małego futerału przy piersi.
– Źle zamkniętych spraw.
Barek sięgnął po płaszcz wiszący za ladą.
– Idę z tobą.
– Nie.
– To nie było pytanie.
Lerr spojrzał na niego.
– Będziesz przeszkadzał.
– Pewnie.
– Będziesz mówił za dużo.
– Na pewno.
– I znasz ludzi.
– Właśnie dlatego idę.
Lerr przez chwilę patrzył na niego tym swoim ciężkim, piwno-złotym spojrzeniem.
Potem ruszył do drzwi.
– Tavik – powiedział.
Chłopak aż drgnął.
– Tak?
– Pokażesz nam, gdzie ją ostatnio widziałeś.
Tavik zbladł.
– Teraz?
– Nie. Za trzy dni, jak deszcz zmyje wszystko, co zostało.
Barek mruknął coś pod nosem i zarzucił płaszcz na ramiona.
Sella podeszła do drzwi i podała Tavikowi kaptur.
– Jak wrócisz przeziębiony, to powiem wszystkim, że płakałeś po drodze.
– Nie będę płakał.
– Właśnie dlatego będzie śmieszniej.
Morn przy palenisku uniósł miskę w stronę Lerra, jakby wznosił toast.
– Jak ją znajdziesz – powiedział cicho – nazwij to prawdą. Nie ucieczką.
Lerr zatrzymał się na progu.
Deszcz zacinał pod kątem. Na zewnątrz wieczór zgęstniał, a droga przed karczmą błyszczała od błota i wody.
Nie odpowiedział Mornowi.
Nie obiecał nic Barekowi.
Nie spojrzał nawet na Sellę.
Tylko dotknął rękojeści starego strażniczego noża, jakby upewniał się, że nadal tam jest.
Potem wyszedł w deszcz.
A za nim poszli Barek i chłopak, który usłyszał krzyk, ale którego nikt nie zapytał, czy słyszał cokolwiek.
Deszcz nie zelżał.
Przeciwnie. Na zewnątrz wydawał się gęstszy, bardziej uparty, jakby czekał tylko, aż człowiek opuści ciepło izby, żeby przypomnieć mu, gdzie naprawdę mieszka. Droga przed Suchym Dębem była już nie drogą, lecz długą raną w błocie, rozjechaną przez wozy, końskie kopyta i ludzi, którzy od dawna przestali patrzeć pod nogi.
Tavik szedł pierwszy.
Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że Lerr kazał.
Barek ruszył obok niego, ciężko, z płaszczem naciągniętym na ramiona i miną człowieka, który znał tę wieś zbyt dobrze, by wierzyć w jej niewinność. Lerr szedł kilka kroków z tyłu. Nie spieszył się. Patrzył.
Na płoty.
Na okna.
Na ślady w błocie.
Na ludzi, którzy udawali, że nie wyglądają zza okiennic.
Wieś nie była duża. Kilkanaście domów, młyn przy strumieniu, studnia, stodoły, chlewy i wąska droga prowadząca dalej ku mokradłom. Za ostatnimi zabudowaniami zaczynały się niskie łąki, teraz ciemne od deszczu. Rosły tam krzywe wierzby, ich gałęzie zwisały nisko, jakby drzewa od lat próbowały czegoś posłuchać pod ziemią. W rowach stała czarna woda. Coś poruszyło się w trzcinach i ucichło.
– Tu zawsze tak ponuro? – zapytał Lerr.
Barek prychnął.
– Latem śmierdzi bardziej.
Tavik obejrzał się przez ramię.
– Alna szła tędy.
Lerr zatrzymał się.
– Pokaż.
Chłopak wskazał drogę między dwoma domami.
– Od młyna. Do studni. Ja stałem przy stajni. Tam.
– Sama?
– Tak mówiłem.
– Mów jeszcze raz.
Tavik przełknął ślinę.
– Szła sama. Miała wiadro. Nie spieszyła się. Powiedziała, żebym nie siedział przy stajni, bo się przeziębię.
– A potem?
– Potem poszła dalej.
– Kto był na drodze?
– Nikt.
Lerr patrzył na niego spokojnie.
Tavik spuścił wzrok.
– Prawie nikt.
Barek odwrócił głowę.
– Tavik.
Chłopak skulił się lekko.
– Smoła był przy płocie.
Barek zaklął cicho.
Lerr spojrzał na niego.
– Kto?
– Smoła – powiedział Barek. – Naprawdę nazywa się Kord Veyran, ale nikt tak nie mówi. Drobny zbir. Długi język, szybki nóż, pusta głowa.
– Brzmi jak połowa ludzi, których znałeś.
– Druga połowa nie łazi za dziewczynami po zmroku.
Lerr przeniósł wzrok na Tavika.
– Rozmawiał z nią?
– Nie wiem.
– Widziałeś czy nie?
– Stał. Patrzył. Potem poszedł.
– Dokąd?
Tavik wskazał brodą w stronę młyna.
– Tam.
Barek zacisnął pięści.
– Mówiłem Herdanowi, że kiedyś przez niego będą kłopoty.
– Przez Smołę?
– Przez Smołę, przez jego długi, przez jego łapy, przez wszystko.
Lerr ruszył dalej.
– Nie zaczynaj sprawy od człowieka, którego chcesz obwinić.
– A od czego mam zacząć?
– Od tego, co wiesz.
– Wiem, że to gnida.
– To charakter, nie dowód.
Barek spojrzał na niego spode łba.
– Zawsze byłeś taki męczący?
– Nie. Kiedyś miałem mundur, więc ludzie udawali, że to zaleta.
Doszli do studni.
Stała między domem młynarza a drogą, pod daszkiem z ciemnego, starego drewna. Lina zwisała luźno, mokra i ciężka. Wiadro leżało obok, przewrócone na bok. Nikt go nie podniósł.
Lerr przykucnął.
Nie dotknął niczego od razu.
Najpierw patrzył.
Na błoto.
Na kamienie wokół cembrowiny.
Na ślady butów, które deszcz zdążył już częściowo zjeść.
Potem na wiadro.
– Straż je ruszała?
Barek spojrzał na Tavika.
Chłopak pokręcił głową.
– Nie wiem.
– Pięknie – mruknął Lerr. – Sprawa zamknięta przed obiadem, ślady otwarte dla całej wsi.
Za nimi skrzypnęły drzwi.
Z domu młynarza wyszedł mężczyzna w grubym, rozpiętym kaftanie. Był chudy, ale twardy, z twarzą poszarzałą od niewyspania albo gniewu. W ręku trzymał siekierę.
Nie unosił jej.
Jeszcze.
– Czego tu szukacie? – zapytał.
Barek zrobił krok naprzód.
– Herdan.
– Pytałem, czego szukacie.
Lerr powoli wstał.
Jego lewa ręka została blisko ciała. Prawa nie poszła do miecza. Tylko do pasa, tam gdzie wisiał stary strażniczy nóż.
– Tego, czego straż nie znalazła – powiedział.
Młynarz spojrzał na niego z niechęcią.
– Moja córka uciekła.
– Możliwe.
Barek odwrócił głowę w stronę Lerra, jakby chciał coś powiedzieć, ale Lerr mówił dalej.
– Tylko najpierw chcę wiedzieć, czemu zostawiła wiadro.
Herdan zacisnął palce na trzonku siekiery.
Za płotem, przy cieniu starej szopy, ktoś się poruszył.
Lerr zobaczył go kątem oka.
Mężczyzna w ciemnej kapocie, z twarzą w połowie ukrytą pod kapturem. Stał nieruchomo, ale zbyt pewnie jak na przypadkowego gapia.
Barek też go zauważył.
– Smoła – syknął.
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.
– Barek. Dalej nalewasz wodę i nazywasz ją piwem?
– Dalej chodzisz za dziewczynami i nazywasz to spacerem?
Smoła przesunął spojrzenie na Lerra.
– A to kto?
Lerr popatrzył na niego spokojnie.
– Ktoś, kto jeszcze nie zdecydował, czy jesteś ważny.
Uśmiech Smoły zniknął.
I wtedy Lerr wiedział już jedno.
Ten człowiek był niebezpieczny.
Ale to nie znaczyło, że był winny.
Herdan splunął w błoto.
– To jego pytajcie. Kręcił się tu wczoraj. Widzieli go.
Smoła rozłożył ręce.
– Kręcę się w wielu miejscach. To jeszcze nie grzech.
– Przy mojej córce?
– Twoja córka była bardziej rozsądna niż ty.
Barek zrobił krok w jego stronę, ale Lerr uniósł dłoń.
– Wystarczy.
Smoła popatrzył na niego spod kaptura.
– Ty tu rozkazujesz?
– Nie. Pytam.
– To pytaj.
Lerr wskazał studnię.
– Widziałeś ją wczoraj?
– Widziałem.
Herdan ruszył gwałtownie.
– Ty psie–
Barek złapał go za ramię.
– Spokojnie.
Młynarz szarpnął się, ale Barek był cięższy, silniejszy i miał ręce człowieka, który kiedyś zarabiał nimi na więcej niż piwo.
Lerr nie spuszczał wzroku ze Smoły.
– Rozmawiałeś z nią?
Smoła milczał chwilę.
– Nie.
– Kłamiesz słabo.
Smoła uśmiechnął się bez wesołości.
– Rozmawiałem.
– O czym?
– O drodze do Kess.
Herdan zamarł.
– Co?
Smoła spojrzał na niego z niechęcią.
– Chciała wiedzieć, ile kosztuje miejsce na wozie. Tyle.
– Chciała uciec – powiedział Herdan. – Mówiłem.
– Chciała wyjechać – poprawił Lerr. – To nie zawsze to samo.
Młynarz odwrócił się ku niemu.
– Kim ty jesteś, żeby mi mówić, czym jest moja córka?
– Kimś, kto zauważył, że mówisz o niej tak, jakby już nie miała nic do powiedzenia.
Przez chwilę deszcz był jedynym dźwiękiem.
Lerr przykucnął przy wiadrze.
Przechylił je lekko, nie podnosząc z ziemi.
W środku było niemal suche.
Tylko przy krawędzi przykleiło się trochę błota i szary osad.
Lerr założył okulary.
– Nie nabrała wody – powiedział.
– Bo uciekła – warknął Herdan.
– Nie. Bo ktoś przewrócił wiadro, zanim zdążyła je opuścić.
Dotknął palcem szarego osadu i roztarł go między opuszkami.
Popiół.
Nie błoto. Nie pył z drogi.
Popiół.
Barek pochylił się.
– Skąd popiół przy studni?
Lerr spojrzał na dom.
– To dobre pytanie.
Herdan pobladł, ale tylko trochę. Gdyby Lerr nie patrzył na niego od początku, mógłby tego nie zauważyć.
– Palimy w piecu – powiedział młynarz. – Jak każdy.
– Przy studni?
– Wiatr nosi.
– Wczoraj nie było wiatru.
Smoła parsknął.
– Może popiół uciekł.
Lerr nawet na niego nie spojrzał.
– Tavik.
Chłopak drgnął.
– Tak?
– Krzyk. Skąd dokładnie?
Tavik spojrzał na studnię. Potem na dom. Potem na młyn.
– Stąd. Chyba stąd.
– Chyba?
– Było ciemno.
– Jeden krzyk?
– Tak.
– Kobiecy?
Tavik skinął głową.
Herdan odwrócił się gwałtownie.
– On jest dzieckiem. Usłyszał kota, sowę, cokolwiek. A wy robicie z tego–
– Prawdę? – zapytał Lerr.
Młynarz zacisnął usta.
Barek puścił jego ramię, ale nie odsunął się daleko.
Lerr podszedł do drzwi domu.
– Mogę wejść?
– Nie.
– Dobrze.
Odwrócił się do Bareka.
– Wejdź.
Barek westchnął.
– Lerr.
– Powiedział, że ja nie mogę.
– To tak działa?
– Czasem.
Herdan uniósł siekierę nieco wyżej.
– Nikt nie wejdzie do mojego domu.
Smoła gwizdnął cicho.
– Jak na niewinnego, bardzo dbasz o podłogę.
Herdan ruszył ku niemu.
Za szybko.
Barek chwycił go z boku, ale młynarz wyrwał się częściowo i zamachnął siekierą. Nie szeroko, nie jak człowiek gotowy zabić, bardziej jak ktoś, kto chce odstraszyć świat od własnego progu.
Ostrze przecięło powietrze przed twarzą Smoły.
Smoła cofnął się, poślizgnął w błocie i zaklął.
Lerr ruszył dopiero wtedy.
Nie do miecza.
Nie do przodu.
W bok.
Wszedł pod martwy kąt zamachu, chwycił nadgarstek Herdana prawą ręką i uderzył go barkiem w pierś. Lewa ręka odpowiedziała bólem i sztywnością, za wcześnie, zbyt ostro. Lerr syknął, ale nie puścił.
Herdan był silny od mąki, worków i gniewu.
Lerr był starszy od jego gniewu.
Pociągnął go za rękę, podciął nogę i wbił młynarza bokiem w mokre deski płotu. Siekiera wypadła w błoto.
Barek dopadł do nich sekundę później i przycisnął Herdana do ogrodzenia.
– Leż – warknął.
– Moja córka uciekła! – krzyknął Herdan, ale głos mu pękł.
Lerr wyprostował się powoli. Poruszył lewą dłonią. Palce nie chciały zgiąć się od razu.
Deszcz spływał mu po ogolonej głowie, po brodzie, po kołnierzu.
Spojrzał na siekierę.
Potem na drzwi.
– Teraz już wejdę – powiedział.
W domu pachniało mąką, starym drewnem i dymem.
Za mocno dymem.
Izba była uporządkowana w sposób, który zawsze wzbudzał w Lerrze nieufność. Ludzie w rozpaczy nie układają krzeseł równo. Ludzie po stracie nie zamiatają dokładnie pod piecem. Chyba że sprzątają nie po stracie, tylko po czymś innym.
Sella miała rację.
W młynie nie było schodów.
Były za to dwie izby, ciasna komora i przejście do właściwego młyna. Kamienie młyńskie milczały, a w powietrzu wisiał drobny biały pył. Osadzał się na wszystkim: na belkach, na workach, na twarzach ludzi, którzy tu mieszkali zbyt długo.
Lerr wszedł do małej izby.
Łóżko było zasłane.
Zbyt starannie.
Pod siennikiem znalazł sakwę.
Kilka monet. Drewniany grzebień. Skrawek papieru z nieporadnie zapisanym imieniem kogoś w Kess. Może ciotki. Może nikogo. Do tego suchy kawałek chleba zawinięty w płótno.
Lerr zamknął sakwę.
– Nie uciekła – powiedział Barek z progu.
– Chciała – odpowiedział Lerr. – Ale nie wczoraj.
Podszedł do pieca.
Popiół był świeży.
Nie gorący, ale nie stary. Zbyt jasny miejscami, z ciemnymi grudkami czegoś, co nie chciało spalić się do końca.
Lerr wziął pogrzebacz i rozsunął warstwę popiołu.
Znalazł mały metalowy haczyk.
Potem drugi.
Potem zwęglony fragment materiału. Ciemna wełna. Przy krawędzi zachował się kawałek haftu. Prosty, niezdarny, wykonany przez kogoś, kto miał więcej cierpliwości niż umiejętności.
Barek spojrzał na to i twarz mu stwardniała.
– To jej płaszcz.
W drzwiach za nimi rozległ się głos Smoły.
– Miała go wczoraj.
Lerr odwrócił głowę.
– Skąd wiesz?
Smoła stał w progu, już bez uśmiechu.
– Bo widziałem.
– Przy studni?
– Wcześniej. Koło starej szopy.
– Mówiłeś, że rozmawiałeś z nią o drodze do Kess.
– Bo rozmawiałem.
– Kiedy?
Smoła oblizał wargi.
– Dwa dni temu.
– A wczoraj?
Milczał.
Barek ruszył ku niemu.
– Mów.
Smoła spojrzał na Lerrra, nie na Bareka.
– Wczoraj przyszła powiedzieć, że nie pojedzie. Że ojciec znalazł sakwę. Że musi poczekać.
– Sakwę znaleźliśmy pod siennikiem – powiedział Lerr.
– To znaczy, że skłamała. Albo się bała. Nie wiem.
– Dlaczego nie powiedziałeś straży?
Smoła roześmiał się krótko.
– Bo gdybym powiedział straży, że widziałem zaginioną dziewczynę po zmroku, pierwszy głupi z pałką uznałby mnie za odpowiedź.
– Nie bez racji – mruknął Barek.
Lerr spojrzał na zwęglony materiał.
– Co widziałeś naprawdę?
Smoła długo nie odpowiadał.
Za długo.
Lerr odłożył pogrzebacz.
– Nie pytam, czy jesteś dobrym człowiekiem. Już wiem, że nie. Pytam, czy chcesz być głupszym, niż jesteś.
Smoła zacisnął szczękę.
– Słyszałem krzyk. Widziałem Herdana przy studni. Stał nad nią. Sam.
Barek znieruchomiał.
– Nad Alną?
– Nie widziałem jej. Tylko jego.
– I poszedłeś? – Barek zrobił krok bliżej. – Zostawiłeś ją?
– Nie wiedziałem, co się stało.
– Kłamiesz.
– Bałem się! – warknął Smoła. – Zadowolony? Bałem się. Herdan miał siekierę, ja miałem nóż i dość rozumu, żeby wiedzieć, że jak w tej wsi ktoś ma pójść do lochu, to nie młynarz.
Cisza.
Nie przyjemna.
Ale prawdziwa.
Lerr wyszedł z izby i wrócił przed dom.
Herdan siedział pod płotem, pilnowany przez Tavika, który trzymał siekierę obiema rękami, jakby była za ciężka nie fizycznie, lecz moralnie.
Młynarz spojrzał na Lerrra.
– Nie macie prawa.
– Zwykle to słyszę, kiedy zaczynam mieć rację.
Lerr podszedł do studni.
Założył okulary.
Przy cembrowinie, od strony domu, kamienie były obtarte. Nie mocno. Wystarczyło jednak, żeby mokry mech został zdarty w dwóch miejscach. Jakby coś ciężkiego oparto o krawędź i przesunięto.
Lina była mokra nie tylko od deszczu. Była ubrudzona popiołem na odcinku, który nie powinien dotykać ziemi.
Lerr pochylił się i zajrzał w ciemność.
– Jest woda? – zapytał.
Barek stanął obok.
– Mało. Studnia wysycha od dwóch lat.
– Kto o tym wie?
– Wszyscy.
– Wygodne.
Tavik pobladł.
– Ona jest tam?
Lerr nie odpowiedział od razu.
Wyjął z sakwy mały zwój sznurka, przywiązał do niego metalowy haczyk i opuścił w dół. Sznurek zniknął w czerni. Przez chwilę słyszeli tylko kapanie wody i deszcz uderzający w daszek.
Haczyk zahaczył o coś miękkiego.
Lerr nie pociągnął mocno.
Tylko tyle, by poczuć opór.
Potem zamknął oczy na jeden oddech.
– Barek.
Karczmarz zrozumiał bez słów.
Podszedł do Tavika i zabrał mu siekierę.
– Idź do Selli – powiedział.
– Ale–
– Idź.
Chłopak chciał zaprotestować, ale spojrzał na twarz Lerrra i zrezygnował. Pobiegł w stronę karczmy, ślizgając się w błocie.
Herdan zaczął się śmiać.
Cicho.
Nie jak człowiek rozbawiony.
Jak człowiek, któremu wreszcie zabrakło miejsca, żeby dalej kłamać.
– Ona chciała odejść – powiedział.
Barek odwrócił się powoli.
– Co zrobiłeś?
– Chciała odejść – powtórzył Herdan. – Jak matka. Jak wszyscy. Zawsze ktoś odchodzi, a ty zostajesz z kamieniem, z mąką, z długami, z pustym domem.
Smoła splunął w błoto.
– Więc ją wrzuciłeś?
Herdan spojrzał na niego z nienawiścią.
– Ty jej mieszałeś w głowie.
– Ona miała własną.
Te słowa uderzyły mocniej, niż Smoła chyba zamierzał.
Młynarz zamilkł.
Lerr podszedł bliżej.
– Przy studni się pokłóciliście.
Herdan patrzył w ziemię.
– Pchnąłeś ją.
Deszcz kapał z daszku studni.
– Uderzyła głową o kamień.
Barek zacisnął pięści.
– Żyła jeszcze?
Herdan nie odpowiedział.
Lerr nie naciskał od razu.
Cisza zrobiła to za niego.
– Nie wiem – wyszeptał w końcu młynarz.
Barek ruszył gwałtownie, ale Lerr wszedł mu w drogę.
– Nie.
– Lerr…
– Nie teraz.
– Ona mogła żyć.
– Wiem.
Barek oddychał ciężko. Przez chwilę wyglądał, jakby sam nie wiedział, czy bardziej nienawidzi Herdana, czy Lerra za to, że stoi między nimi.
Lerr odwrócił się do młynarza.
– Spaliłeś płaszcz.
Herdan skinął głową.
– Sakwy nie znalazłeś. Dlatego została.
Znów skinął głową.
– Popiół wyrzuciłeś do studni, żeby spłynął.
– Nie spłynął – powiedział Herdan.
– Nie.
Młynarz zaśmiał się znowu, ciszej.
– Nawet popiół nie chciał odejść.
Nikt nic nie powiedział.
Potem Barek poszedł po ludzi.
Nie po straż. Jeszcze nie. Najpierw po linę, haki i dwóch mężczyzn, którzy mieli wystarczająco mocne ramiona, żeby wydobyć z wysychającej studni to, co wieś tak chętnie nazwała ucieczką.
Smoła został przy płocie.
Nie uciekł.
Może dlatego, że nie miał dokąd. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna nikt nie patrzył na niego jak na najgorszego człowieka w okolicy.
Lerr stał przy studni i patrzył na mokre kamienie.
Herdan siedział w błocie, cichy już zupełnie.
Kiedy przyszli ludzie, nikt nie mówił dużo.
Praca była powolna.
Ciężka.
Brudna.
Taka, po której człowiek długo myje ręce, choć wie, że nie o brud chodzi.
Alnę wydobyto przed świtem.
Barek zdjął płaszcz i przykrył ją nim, zanim ktokolwiek zdążył zacząć szeptać.
Lerr odwrócił się do Herdana.
– Teraz możesz powiedzieć, że uciekła.
Młynarz podniósł na niego wzrok.
Lerr mówił spokojnie.
– Ale nikt ci już nie uwierzy.
Straż przyjechała dopiero, gdy niebo zaczęło jaśnieć nad mokradłami.
Dwóch ludzi z sennego posterunku, źli, zziębnięci i obrażeni na świat za to, że nie pozwolił im przespać poranka. Jeden próbował zadawać pytania, ale Barek odpowiedział za wszystkich, że pytania były potrzebne wczoraj.
Herdana zabrali bez większego oporu.
Nie wyglądał już jak młynarz. Nie wyglądał nawet jak ojciec. Wyglądał jak człowiek, który przez kilka godzin był zmuszony siedzieć obok prawdy i nie znalazł żadnego sposobu, żeby ją nazwać inaczej.
Smoła zniknął, zanim straż zdążyła przypomnieć sobie, że jego też mogliby o coś oskarżyć.
Lerr mu na to pozwolił.
Barek zauważył.
Oczywiście, że zauważył.
Wracali do karczmy w milczeniu. Deszcz wreszcie osłabł, ale świat nie wyglądał przez to lepiej. Tylko wyraźniej.
Przed Suchym Dębem Tavik siedział na progu, owinięty w koc. Sella stała nad nim z miską gorącej polewki i miną kogoś, kto nie zamierzał przyznać, że się martwił.
– Znaleźliście? – zapytał chłopak.
Barek zatrzymał się.
Lerr wszedł pod okap i zdjął mokre rękawice.
– Tak.
Tavik spuścił głowę.
– Powiedziałem za późno.
Lerr spojrzał na niego.
– Powiedziałeś pierwszy.
Chłopak podniósł wzrok.
– To wystarczyło?
Lerr przez chwilę nie odpowiadał.
Potem powiedział:
– Dzisiaj musiało.
Sella odwróciła twarz, udając, że poprawia fartuch.
W środku karczmy Morn siedział przy palenisku dokładnie tam, gdzie wcześniej. Jakby nie ruszył się przez całą noc. Może nie ruszył.
Kiedy Lerr wszedł, stary bywalec uniósł głowę.
– Uciekła? – zapytał.
Barek spojrzał na niego ostro.
Ale Lerr odpowiedział pierwszy.
– Nie.
Morn skinął głową.
– Dobrze.
Nie dlatego, że było dobrze.
Dlatego, że przynajmniej jedno słowo wróciło na swoje miejsce.
Lerr usiadł przy końcu lady.
Nie plecami do drzwi.
Nigdy plecami do drzwi.
Barek nalał mu piwa. Tym razem bez żartu.
Lerr spojrzał na kufel.
– Dalej rozcieńczasz.
Barek oparł dłonie o ladę.
– Dalej żyjesz.
– Jedno z nas musiało kłamać.
Przez chwilę prawie się uśmiechnęli.
Prawie.
Barek usiadł po drugiej stronie lady, czego zwykle nie robił. Karczmarze nie siadają w godzinach pracy, bo wtedy ludzie przypominają sobie, że też są zmęczeni.
– Wrócisz do tego? – zapytał.
Lerr przetarł okulary skrawkiem materiału.
– Do czego?
– Do spraw.
– To nie była sprawa.
– A co?
Lerr spojrzał na piwo.
Na swoje dłonie.
Na stary nóż przy pasie.
– Błąd.
Barek westchnął.
– Dziewczyna nie żyje, ojciec ją zabił, straż zamknęła to jako ucieczkę, a ty mówisz "błąd".
– Bo tak łatwiej pamiętać.
– Komu?
Lerr założył okulary z powrotem na nos.
– Mnie.
Barek długo patrzył na niego w milczeniu.
– Ludzie będą przychodzić.
– Do ciebie.
– Z początku.
– Nie przyjmuję próśb.
– Nie. Ty tylko siadasz tak, żeby widzieć drzwi, i czekasz, aż ktoś źle nazwie cudze nieszczęście.
Lerr wypił łyk piwa.
– Brzmi męcząco.
– Pasuje ci.
Za oknem deszcz zmienił się w cienką mgłę. Światło poranka wpełzało między domy, brudne i blade. Gdzieś daleko zapiał kogut, jakby nie wiedział, że noc zostawiła po sobie coś, czego nie da się odpędzić hałasem.
Lerr nie odpowiedział Barkowi.
Nie musiał.
Dotknął tylko rękojeści starego strażniczego noża.
Tym razem nie dlatego, że ktoś kłamał.
Dlatego, że wiedział, iż to nie będzie ostatni raz.