- Opowiadanie: Kainjer - Popiół w studni

Popiół w studni

CZEŚĆ! Jestem Piotrek i miło mi tutaj zagościć.
“Popiół w studni” to pierwsze opowiadanie z cyklu „Źle zamknięte sprawy” — historii o Lerrze, byłym strażniku, który zajmuje się sprawami zbyt łatwo uznanymi za rozwiązane.

To niskomagiczna, dość przyziemna fantasy detektywistyczna: mniej tu wielkich przepowiedni i potworów, więcej błota, ludzkich kłamstw, biedy, strachu i pytań, których ktoś wolał nie zadawać.

Będę wdzięczny za każdą opinię — szczególnie dotyczącą klimatu, prowadzenia śledztwa i tego, czy Lerr oraz jego świat zachęcają do kolejnych spraw.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Popiół w studni

Deszcz padał od świtu.

Nie był gwałtowny. Nie walił o dachy, nie rwał liści z drzew, nie zmieniał dróg w rzeki. Był gorszy. Cichy, uparty, drobny jak igły. Taki deszcz nie robił widowiska. Po prostu wsiąkał w płaszcz, w buty, w skórę, w kości. Po kilku godzinach człowiek miał wrażenie, że nie tyle moknie, co powoli gnije od środka.

Karczma pod Suchym Dębem stała przy trakcie od tak dawna, że nikt rozsądny nie pytał już, czy dąb, od którego wzięła nazwę, kiedykolwiek naprawdę istniał. Jeśli istniał, musiał paść dawno temu. Może od pioruna. Może od siekiery. Może z nudów.

Budynek był niski, przysadzisty i krzywy, jakby przez lata próbował opierać się wiatrom wiejącym od mokradeł, aż w końcu postanowił ustąpić im odrobinę dla świętego spokoju. Dach miał łatany w trzech miejscach, okiennice ciemne od wilgoci, a szyld nad wejściem skrzypiał tak żałośnie, jakby każdego wieczoru obiecywał sobie, że to już ostatni.

W środku było ciepło. Nieprzyjemnie ciepło. Tak, jak bywa w miejscach, gdzie ogień, ludzie, mokra wełna i kwaśne piwo oddychają tym samym powietrzem.

Za ladą stał Barek.

Był szeroki, ciężki i nieco pochylony, ale nie w sposób właściwy starym ludziom. Raczej jak człowiek, który przez całe życie coś dźwigał i nigdy nie zdecydował, czy powinien to w końcu odłożyć. Miał podwinięte rękawy, dłonie grube od pracy i nos złamany tak dawno temu, że zdążył już stać się częścią jego charakteru. Włosy przerzedziły mu się na czubku głowy, ale broda, przycięta krótko i nierówno, wciąż trzymała się uparcie.

Wycierał kufel.

Robił to od dobrego kwadransa.

Kufel był czysty od dziesięciu minut, ale Barek nie był człowiekiem, który przerywał czynność tylko dlatego, że straciła sens. W karczmie zawsze lepiej było wyglądać na zajętego. Ludzie mniej wtedy pytali.

Przy palenisku siedział Morn, stary bywalec o plecach zgiętych jak mokry łuk i twarzy człowieka, który widział zbyt wiele, ale większość zapomniał w zamian za tanie piwo. Przed nim stała miska gulaszu. Morn patrzył na nią z podejrzliwością, jakby spodziewał się, że w końcu przemówi.

Sella krążyła między stołami z tacą w ręku. Była szczupła, szybka i miała spojrzenie dziewczyny, która nauczyła się, że w karczmie trzeba słyszeć wszystko i reagować tylko na połowę. Nosiła ciemną spódnicę, za duży fartuch i nóż wsunięty pod pasek. Nie dla ozdoby. Pod Suchym Dębem mało co służyło ozdobie.

Drzwi otworzyły się bez pośpiechu.

Nie z hukiem. Nie teatralnie. Tyle tylko, ile trzeba było, by człowiek mógł wejść do środka, zanim deszcz zrobi to za nim.

Barek podniósł wzrok znad kufla.

Przez moment nie powiedział nic.

Potem uśmiechnął się krzywo.

– No proszę – mruknął. – Myślałem, że już cię zakopali.

Lerr strząsnął wodę z płaszcza.

– Próbowali. Ziemia miała inne zdanie.

Kilku ludzi przy najbliższym stole spojrzało w jego stronę, ale szybko wrócili do własnych kufli. Nie wyglądał jak ktoś, kto szuka zwady. I może właśnie dlatego nikt rozsądny nie chciał sprawdzać, czy jej nie znajdzie.

Był wysoki, choć nie potężny. Raczej suchy, twardy, z tym rodzajem szczupłości, która nie brała się z głodu, lecz z lat noszenia na sobie więcej, niż człowiek powinien. Ciemny płaszcz podróżny zwisał z niego ciężko, nasiąknięty deszczem i błotem z drogi. Pod nim widać było skórzany kaftan, prostą koszulę z grubego materiału i pas obciążony sakwami, rzemykami oraz drobnymi narzędziami.

Niektóre pasowały do wędrowca.

Niektóre do rzemieślnika.

Kilka do człowieka, który potrafił wejść tam, gdzie go nie proszono.

Głowę miał ogoloną krótko, prawie do skóry. Tylko ciemny, kilkudniowy cień zdradzał, że brzytwa nie odwiedziła go tego ranka. Twarz była pociągła, zmęczona, poorana liniami przy ustach i czole. Nos nosił ślad dawnego złamania, źle złożonego albo złożonego w pośpiechu. Przy szczęce biegła cienka blizna, tak zwyczajna, że mogła pochodzić od noża, kufla albo czyjejś obrączki.

Oczy miał piwno-złote.

Nie jasne, nie piękne, nie baśniowe. Ciężkie. Spokojne. Takie, które nie pytały człowieka, czy kłamie. Raczej czekały, aż sam poczuje potrzebę się usprawiedliwić.

Najbardziej rzucał się jednak w oczy zarost.

Długi, ciemny, przetykany siwizną, stylizowany z dziwną jak na niego starannością. Nie był ozdobą próżniaka. Bardziej pamiątką po czymś, czego przez lata mu odmawiano. Barek pamiętał go jeszcze z czasów, kiedy Lerr nosił twarz ogoloną według regulaminu. Teraz broda była jak ciche bluźnierstwo przeciw dawnym rozkazom.

Lerr przesunął wzrokiem po izbie.

Najpierw drzwi na zaplecze.

Potem okna.

Potem ludzi.

Dopiero na końcu wolne miejsca.

Usiadł przy końcu lady.

Nie plecami do wejścia.

Nigdy plecami do wejścia.

Barek parsknął.

– Dalej to robisz?

– Co?

– Siadasz tak, żeby widzieć drzwi.

– Drzwi bywają szczere. Ludzie rzadziej.

Barek nalał mu piwa.

Lerr nie sięgnął po kufel od razu. Najpierw zdjął rękawicę z prawej dłoni, potem zsunął z nosa małe, okrągłe okulary w cienkiej metalowej oprawie, które wisiały na rzemyku przy jego szyi. Przetarł szkła skrawkiem materiału, obejrzał pęknięcie na brzegu kufla i dopiero wtedy wypił.

– Dalej rozcieńczasz – powiedział.

– Dalej umiesz psuć powitania.

Lerr odstawił naczynie.

Przy pasie, częściowo ukryty pod płaszczem, wisiał krótki miecz. Nie wyglądał na broń paradną. Był zbyt prosty, zbyt używany i zbyt dobrze dopasowany do dłoni człowieka, który nie lubił długich pojedynków. Tylko przy jelcu i na fragmencie głowni biegły delikatne runy, stare i przytarte, jakby przez pokolenia dotykały ich palce ludzi, którzy nie do końca pamiętali, co znaczą, ale wiedzieli, że nie wolno ich ścierać.

Po drugiej stronie pasa miał nóż.

Stary strażniczy nóż. Standardowy model sprzed lat. Nic cennego. Nic pięknego. Ostrze do pracy, nie do legend. A jednak Lerr nosił go bliżej ciała niż miecz.

Sella zatrzymała się na moment przy ladzie.

– To ten? – zapytała Barka, nie siląc się na szept.

– Ten.

– Wygląda starzej, niż mówiłeś.

Lerr spojrzał na nią spokojnie.

– Też jestem rozczarowany.

Dziewczyna prychnęła pod nosem i ruszyła dalej z tacą.

Barek oparł się łokciami o ladę.

– Nie pytałeś, jak się mam.

– Stoisz. Nalewasz. Kłamiesz o piwie. Wnioskuję, że bez zmian.

– A ty?

Lerr przez chwilę patrzył w kufel.

– Siedzę.

– To twoja odpowiedź?

– Najpełniejsza, jaką mam.

Barek pokiwał głową. Uśmiech powoli zszedł mu z twarzy.

Lerr zauważył to od razu.

Nie zapytał.

Czekał.

To była jedna z rzeczy, które denerwowały w nim ludzi najbardziej. Milczał tak długo, aż rozmówca zaczynał mówić tylko po to, żeby czymś wypełnić ciszę.

Barek znał go zbyt długo, by nie wiedzieć, że robi to celowo.

– Dziewczyna zniknęła – powiedział w końcu.

Lerr nie poruszył się.

Tylko palce jego lewej dłoni, tej sztywniejszej, tej trzymanej trochę bliżej ciała, przesunęły się nieznacznie po krawędzi pasa.

– Czyja?

– Młynarza. Herdana.

– Imię.

– Alna.

Morn przy palenisku uniósł głowę.

– Dobre dziecko – burknął. – Za dobre dla tej wsi.

Sella, która właśnie stawiała miskę przed jednym z gości, rzuciła mu krótkie spojrzenie.

– Nie jesteś poetą, Morn.

– Właśnie dlatego mówię prawdę.

Lerr spojrzał na Bareka.

– Kiedy?

– Wczoraj wieczorem. Poszła po wodę. Nie wróciła.

– Straż była?

– Rano.

– I?

Barek przez chwilę obracał kufel w dłoniach.

– Powiedzieli, że uciekła.

Lerr podniósł wzrok.

– Dlaczego?

– Bo miała powód.

– Każdy ma powód, żeby uciec.

– Ona miała konkretny.

– Jaki?

Barek zawahał się.

Za krótko, żeby nazwać to kłamstwem.

Wystarczająco długo, by Lerr to zauważył.

– Ojciec trzymał ją krótko – powiedział karczmarz. – Za krótko. Matka nie żyje od trzech lat. Dziewczyna chciała iść do miasta. Do ciotki, może do służby. Herdan nie chciał słyszeć.

– Bił ją?

Barek nie odpowiedział od razu.

Sella podeszła bliżej, jakby przypadkiem.

– Wszyscy słyszeliśmy, jak krzyczał – powiedziała. – To nie to samo, co widzieć.

Lerr spojrzał na nią.

– A widziałaś?

Sella zacisnęła usta.

– Raz miała ślad na policzku. Powiedziała, że spadła ze schodów.

– W młynie?

– W młynie nie ma schodów – mruknął Barek.

Przez chwilę słychać było tylko deszcz i trzask drewna w palenisku.

Lerr sięgnął po kufel, ale nie wypił.

– Czemu mnie pytasz?

Barek uniósł brwi.

– Bo jesteś tutaj.

– To nie powód.

– Bo straż zamknęła sprawę przed obiadem.

– To też nie powód.

– Bo jej rzeczy zostały w domu.

Lerr spojrzał na niego uważniej.

– Jakie rzeczy?

– Płaszcz. Drugi komplet butów. Mała sakwa, którą podobno chowała pod siennikiem.

– Podobno?

Barek zerknął na Sellę.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Widziałam. Nie powinnam była, ale widziałam. Przyniosłam im kiedyś chleb. Leżała przy łóżku. Gdyby chciała uciec, wzięłaby ją.

Lerr milczał.

Jego palce dotknęły rękojeści starego noża.

Nie był to ruch groźny. Nie teatralny. Barek znał ten gest. Lerr robił tak, kiedy coś przestawało mu pasować i zaczynało układać się w brzydszy kształt.

– Kto znalazł wiadro? – zapytał.

Barek zmrużył oczy.

– Skąd wiesz o wiadrze?

– Poszła po wodę. Gdyby go nie znaleźli, mówiłbyś inaczej.

Sella uśmiechnęła się niechętnie.

– Przy studni. Puste. Lina była mokra.

– Od deszczu?

– Deszcz zaczął padać dopiero nad ranem – powiedział Barek.

Lerr założył okulary z powrotem na nos.

– Kto ją ostatni widział?

– Tavik.

Jakby usłyszał swoje imię, chłopak od stajni wsunął głowę przez uchylone drzwi zaplecza. Miał może piętnaście lat, mokre włosy przyklejone do czoła i minę kogoś, kto bardzo chciał wiedzieć wszystko, ale nie chciał zostać przyłapany na słuchaniu.

– Ja tylko widziałem, jak szła – powiedział szybko.

– Nikt cię jeszcze o nic nie spytał – zauważył Lerr.

Tavik zamilkł.

Barek westchnął.

– Wejdź, skoro już stoisz jak złodziej.

Chłopak wszedł do izby, wycierając dłonie o spodnie.

Lerr obrócił się lekko na stołku. Nie gwałtownie. Wystarczyło, by Tavik poczuł, że jest przesłuchiwany, choć nikt nie podniósł głosu.

– Kiedy ją widziałeś?

– Po zmroku. Jeszcze nie całkiem ciemno było. Szła od domu w stronę studni.

– Sama?

– Tak.

– Niosła wiadro?

– Tak.

– Szła szybko?

Tavik zmarszczył brwi.

– Normalnie.

– Normalnie, czyli jak?

– No… nie biegła. Nie płakała. Nie wyglądała, jakby się bała.

– Widziała cię?

– Chyba tak.

– Powiedziała coś?

Chłopak zawahał się.

Lerr czekał.

Barek też.

Sella przestała udawać, że układa kubki.

– Powiedziała, żebym nie siedział przy stajni, bo się przeziębię – mruknął Tavik.

Morn parsknął przy palenisku.

– Dobre dziecko – powtórzył ciszej.

Lerr nie skomentował.

– Widziałeś kogoś jeszcze?

– Nie.

– Słyszałeś coś?

– Później?

– Później.

Tavik przełknął ślinę.

– Krzyk. Ale krótki.

W karczmie zrobiło się ciszej.

Nie całkiem cicho. Karczmy nigdy nie milkną od razu. Najpierw rozmowy tracą ostrość, potem śmiech gaśnie, potem ktoś przesuwa kufel zbyt głośno i wszyscy udają, że niczego nie słuchali.

– Powiedziałeś to straży? – zapytał Lerr.

Tavik spojrzał na Bareka.

Barek spojrzał w bok.

– Nie pytali – powiedział chłopak.

Lerr powoli zdjął okulary.

– Nie pytali, czy ktoś słyszał krzyk?

– Pytali ojca – wtrąciła Sella. – Nie jego.

– Ojciec co powiedział?

– Że Alna od dawna chciała uciec – odpowiedział Barek. – I że pewnie w końcu to zrobiła.

Lerr przez chwilę siedział bez ruchu.

Potem dopił piwo.

– Nie szukam zaginionych córek – powiedział.

Sella prychnęła.

– A czego szukasz?

Lerr wstał.

Płaszcz opadł ciężko na jego ramiona. Przez moment wyglądał starzej niż wcześniej. Potem poprawił pas, sprawdził położenie noża i wsunął okulary do małego futerału przy piersi.

– Źle zamkniętych spraw.

Barek sięgnął po płaszcz wiszący za ladą.

– Idę z tobą.

– Nie.

– To nie było pytanie.

Lerr spojrzał na niego.

– Będziesz przeszkadzał.

– Pewnie.

– Będziesz mówił za dużo.

– Na pewno.

– I znasz ludzi.

– Właśnie dlatego idę.

Lerr przez chwilę patrzył na niego tym swoim ciężkim, piwno-złotym spojrzeniem.

Potem ruszył do drzwi.

– Tavik – powiedział.

Chłopak aż drgnął.

– Tak?

– Pokażesz nam, gdzie ją ostatnio widziałeś.

Tavik zbladł.

– Teraz?

– Nie. Za trzy dni, jak deszcz zmyje wszystko, co zostało.

Barek mruknął coś pod nosem i zarzucił płaszcz na ramiona.

Sella podeszła do drzwi i podała Tavikowi kaptur.

– Jak wrócisz przeziębiony, to powiem wszystkim, że płakałeś po drodze.

– Nie będę płakał.

– Właśnie dlatego będzie śmieszniej.

Morn przy palenisku uniósł miskę w stronę Lerra, jakby wznosił toast.

– Jak ją znajdziesz – powiedział cicho – nazwij to prawdą. Nie ucieczką.

Lerr zatrzymał się na progu.

Deszcz zacinał pod kątem. Na zewnątrz wieczór zgęstniał, a droga przed karczmą błyszczała od błota i wody.

Nie odpowiedział Mornowi.

Nie obiecał nic Barekowi.

Nie spojrzał nawet na Sellę.

Tylko dotknął rękojeści starego strażniczego noża, jakby upewniał się, że nadal tam jest.

Potem wyszedł w deszcz.

A za nim poszli Barek i chłopak, który usłyszał krzyk, ale którego nikt nie zapytał, czy słyszał cokolwiek.

Deszcz nie zelżał.

Przeciwnie. Na zewnątrz wydawał się gęstszy, bardziej uparty, jakby czekał tylko, aż człowiek opuści ciepło izby, żeby przypomnieć mu, gdzie naprawdę mieszka. Droga przed Suchym Dębem była już nie drogą, lecz długą raną w błocie, rozjechaną przez wozy, końskie kopyta i ludzi, którzy od dawna przestali patrzeć pod nogi.

Tavik szedł pierwszy.

Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że Lerr kazał.

Barek ruszył obok niego, ciężko, z płaszczem naciągniętym na ramiona i miną człowieka, który znał tę wieś zbyt dobrze, by wierzyć w jej niewinność. Lerr szedł kilka kroków z tyłu. Nie spieszył się. Patrzył.

Na płoty.

Na okna.

Na ślady w błocie.

Na ludzi, którzy udawali, że nie wyglądają zza okiennic.

Wieś nie była duża. Kilkanaście domów, młyn przy strumieniu, studnia, stodoły, chlewy i wąska droga prowadząca dalej ku mokradłom. Za ostatnimi zabudowaniami zaczynały się niskie łąki, teraz ciemne od deszczu. Rosły tam krzywe wierzby, ich gałęzie zwisały nisko, jakby drzewa od lat próbowały czegoś posłuchać pod ziemią. W rowach stała czarna woda. Coś poruszyło się w trzcinach i ucichło.

– Tu zawsze tak ponuro? – zapytał Lerr.

Barek prychnął.

– Latem śmierdzi bardziej.

Tavik obejrzał się przez ramię.

– Alna szła tędy.

Lerr zatrzymał się.

– Pokaż.

Chłopak wskazał drogę między dwoma domami.

– Od młyna. Do studni. Ja stałem przy stajni. Tam.

– Sama?

– Tak mówiłem.

– Mów jeszcze raz.

Tavik przełknął ślinę.

– Szła sama. Miała wiadro. Nie spieszyła się. Powiedziała, żebym nie siedział przy stajni, bo się przeziębię.

– A potem?

– Potem poszła dalej.

– Kto był na drodze?

– Nikt.

Lerr patrzył na niego spokojnie.

Tavik spuścił wzrok.

– Prawie nikt.

Barek odwrócił głowę.

– Tavik.

Chłopak skulił się lekko.

– Smoła był przy płocie.

Barek zaklął cicho.

Lerr spojrzał na niego.

– Kto?

– Smoła – powiedział Barek. – Naprawdę nazywa się Kord Veyran, ale nikt tak nie mówi. Drobny zbir. Długi język, szybki nóż, pusta głowa.

– Brzmi jak połowa ludzi, których znałeś.

– Druga połowa nie łazi za dziewczynami po zmroku.

Lerr przeniósł wzrok na Tavika.

– Rozmawiał z nią?

– Nie wiem.

– Widziałeś czy nie?

– Stał. Patrzył. Potem poszedł.

– Dokąd?

Tavik wskazał brodą w stronę młyna.

– Tam.

Barek zacisnął pięści.

– Mówiłem Herdanowi, że kiedyś przez niego będą kłopoty.

– Przez Smołę?

– Przez Smołę, przez jego długi, przez jego łapy, przez wszystko.

Lerr ruszył dalej.

– Nie zaczynaj sprawy od człowieka, którego chcesz obwinić.

– A od czego mam zacząć?

– Od tego, co wiesz.

– Wiem, że to gnida.

– To charakter, nie dowód.

Barek spojrzał na niego spode łba.

– Zawsze byłeś taki męczący?

– Nie. Kiedyś miałem mundur, więc ludzie udawali, że to zaleta.

Doszli do studni.

Stała między domem młynarza a drogą, pod daszkiem z ciemnego, starego drewna. Lina zwisała luźno, mokra i ciężka. Wiadro leżało obok, przewrócone na bok. Nikt go nie podniósł.

Lerr przykucnął.

Nie dotknął niczego od razu.

Najpierw patrzył.

Na błoto.

Na kamienie wokół cembrowiny.

Na ślady butów, które deszcz zdążył już częściowo zjeść.

Potem na wiadro.

– Straż je ruszała?

Barek spojrzał na Tavika.

Chłopak pokręcił głową.

– Nie wiem.

– Pięknie – mruknął Lerr. – Sprawa zamknięta przed obiadem, ślady otwarte dla całej wsi.

Za nimi skrzypnęły drzwi.

Z domu młynarza wyszedł mężczyzna w grubym, rozpiętym kaftanie. Był chudy, ale twardy, z twarzą poszarzałą od niewyspania albo gniewu. W ręku trzymał siekierę.

Nie unosił jej.

Jeszcze.

– Czego tu szukacie? – zapytał.

Barek zrobił krok naprzód.

– Herdan.

– Pytałem, czego szukacie.

Lerr powoli wstał.

Jego lewa ręka została blisko ciała. Prawa nie poszła do miecza. Tylko do pasa, tam gdzie wisiał stary strażniczy nóż.

– Tego, czego straż nie znalazła – powiedział.

Młynarz spojrzał na niego z niechęcią.

– Moja córka uciekła.

– Możliwe.

Barek odwrócił głowę w stronę Lerra, jakby chciał coś powiedzieć, ale Lerr mówił dalej.

– Tylko najpierw chcę wiedzieć, czemu zostawiła wiadro.

Herdan zacisnął palce na trzonku siekiery.

Za płotem, przy cieniu starej szopy, ktoś się poruszył.

Lerr zobaczył go kątem oka.

Mężczyzna w ciemnej kapocie, z twarzą w połowie ukrytą pod kapturem. Stał nieruchomo, ale zbyt pewnie jak na przypadkowego gapia.

Barek też go zauważył.

– Smoła – syknął.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.

– Barek. Dalej nalewasz wodę i nazywasz ją piwem?

– Dalej chodzisz za dziewczynami i nazywasz to spacerem?

Smoła przesunął spojrzenie na Lerra.

– A to kto?

Lerr popatrzył na niego spokojnie.

– Ktoś, kto jeszcze nie zdecydował, czy jesteś ważny.

Uśmiech Smoły zniknął.

I wtedy Lerr wiedział już jedno.

Ten człowiek był niebezpieczny.

Ale to nie znaczyło, że był winny.

Herdan splunął w błoto.

– To jego pytajcie. Kręcił się tu wczoraj. Widzieli go.

Smoła rozłożył ręce.

– Kręcę się w wielu miejscach. To jeszcze nie grzech.

– Przy mojej córce?

– Twoja córka była bardziej rozsądna niż ty.

Barek zrobił krok w jego stronę, ale Lerr uniósł dłoń.

– Wystarczy.

Smoła popatrzył na niego spod kaptura.

– Ty tu rozkazujesz?

– Nie. Pytam.

– To pytaj.

Lerr wskazał studnię.

– Widziałeś ją wczoraj?

– Widziałem.

Herdan ruszył gwałtownie.

– Ty psie–

Barek złapał go za ramię.

– Spokojnie.

Młynarz szarpnął się, ale Barek był cięższy, silniejszy i miał ręce człowieka, który kiedyś zarabiał nimi na więcej niż piwo.

Lerr nie spuszczał wzroku ze Smoły.

– Rozmawiałeś z nią?

Smoła milczał chwilę.

– Nie.

– Kłamiesz słabo.

Smoła uśmiechnął się bez wesołości.

– Rozmawiałem.

– O czym?

– O drodze do Kess.

Herdan zamarł.

– Co?

Smoła spojrzał na niego z niechęcią.

– Chciała wiedzieć, ile kosztuje miejsce na wozie. Tyle.

– Chciała uciec – powiedział Herdan. – Mówiłem.

– Chciała wyjechać – poprawił Lerr. – To nie zawsze to samo.

Młynarz odwrócił się ku niemu.

– Kim ty jesteś, żeby mi mówić, czym jest moja córka?

– Kimś, kto zauważył, że mówisz o niej tak, jakby już nie miała nic do powiedzenia.

Przez chwilę deszcz był jedynym dźwiękiem.

Lerr przykucnął przy wiadrze.

Przechylił je lekko, nie podnosząc z ziemi.

W środku było niemal suche.

Tylko przy krawędzi przykleiło się trochę błota i szary osad.

Lerr założył okulary.

– Nie nabrała wody – powiedział.

– Bo uciekła – warknął Herdan.

– Nie. Bo ktoś przewrócił wiadro, zanim zdążyła je opuścić.

Dotknął palcem szarego osadu i roztarł go między opuszkami.

Popiół.

Nie błoto. Nie pył z drogi.

Popiół.

Barek pochylił się.

– Skąd popiół przy studni?

Lerr spojrzał na dom.

– To dobre pytanie.

Herdan pobladł, ale tylko trochę. Gdyby Lerr nie patrzył na niego od początku, mógłby tego nie zauważyć.

– Palimy w piecu – powiedział młynarz. – Jak każdy.

– Przy studni?

– Wiatr nosi.

– Wczoraj nie było wiatru.

Smoła parsknął.

– Może popiół uciekł.

Lerr nawet na niego nie spojrzał.

– Tavik.

Chłopak drgnął.

– Tak?

– Krzyk. Skąd dokładnie?

Tavik spojrzał na studnię. Potem na dom. Potem na młyn.

– Stąd. Chyba stąd.

– Chyba?

– Było ciemno.

– Jeden krzyk?

– Tak.

– Kobiecy?

Tavik skinął głową.

Herdan odwrócił się gwałtownie.

– On jest dzieckiem. Usłyszał kota, sowę, cokolwiek. A wy robicie z tego–

– Prawdę? – zapytał Lerr.

Młynarz zacisnął usta.

Barek puścił jego ramię, ale nie odsunął się daleko.

Lerr podszedł do drzwi domu.

– Mogę wejść?

– Nie.

– Dobrze.

Odwrócił się do Bareka.

– Wejdź.

Barek westchnął.

– Lerr.

– Powiedział, że ja nie mogę.

– To tak działa?

– Czasem.

Herdan uniósł siekierę nieco wyżej.

– Nikt nie wejdzie do mojego domu.

Smoła gwizdnął cicho.

– Jak na niewinnego, bardzo dbasz o podłogę.

Herdan ruszył ku niemu.

Za szybko.

Barek chwycił go z boku, ale młynarz wyrwał się częściowo i zamachnął siekierą. Nie szeroko, nie jak człowiek gotowy zabić, bardziej jak ktoś, kto chce odstraszyć świat od własnego progu.

Ostrze przecięło powietrze przed twarzą Smoły.

Smoła cofnął się, poślizgnął w błocie i zaklął.

Lerr ruszył dopiero wtedy.

Nie do miecza.

Nie do przodu.

W bok.

Wszedł pod martwy kąt zamachu, chwycił nadgarstek Herdana prawą ręką i uderzył go barkiem w pierś. Lewa ręka odpowiedziała bólem i sztywnością, za wcześnie, zbyt ostro. Lerr syknął, ale nie puścił.

Herdan był silny od mąki, worków i gniewu.

Lerr był starszy od jego gniewu.

Pociągnął go za rękę, podciął nogę i wbił młynarza bokiem w mokre deski płotu. Siekiera wypadła w błoto.

Barek dopadł do nich sekundę później i przycisnął Herdana do ogrodzenia.

– Leż – warknął.

– Moja córka uciekła! – krzyknął Herdan, ale głos mu pękł.

Lerr wyprostował się powoli. Poruszył lewą dłonią. Palce nie chciały zgiąć się od razu.

Deszcz spływał mu po ogolonej głowie, po brodzie, po kołnierzu.

Spojrzał na siekierę.

Potem na drzwi.

– Teraz już wejdę – powiedział.

W domu pachniało mąką, starym drewnem i dymem.

Za mocno dymem.

Izba była uporządkowana w sposób, który zawsze wzbudzał w Lerrze nieufność. Ludzie w rozpaczy nie układają krzeseł równo. Ludzie po stracie nie zamiatają dokładnie pod piecem. Chyba że sprzątają nie po stracie, tylko po czymś innym.

Sella miała rację.

W młynie nie było schodów.

Były za to dwie izby, ciasna komora i przejście do właściwego młyna. Kamienie młyńskie milczały, a w powietrzu wisiał drobny biały pył. Osadzał się na wszystkim: na belkach, na workach, na twarzach ludzi, którzy tu mieszkali zbyt długo.

Lerr wszedł do małej izby.

Łóżko było zasłane.

Zbyt starannie.

Pod siennikiem znalazł sakwę.

Kilka monet. Drewniany grzebień. Skrawek papieru z nieporadnie zapisanym imieniem kogoś w Kess. Może ciotki. Może nikogo. Do tego suchy kawałek chleba zawinięty w płótno.

Lerr zamknął sakwę.

– Nie uciekła – powiedział Barek z progu.

– Chciała – odpowiedział Lerr. – Ale nie wczoraj.

Podszedł do pieca.

Popiół był świeży.

Nie gorący, ale nie stary. Zbyt jasny miejscami, z ciemnymi grudkami czegoś, co nie chciało spalić się do końca.

Lerr wziął pogrzebacz i rozsunął warstwę popiołu.

Znalazł mały metalowy haczyk.

Potem drugi.

Potem zwęglony fragment materiału. Ciemna wełna. Przy krawędzi zachował się kawałek haftu. Prosty, niezdarny, wykonany przez kogoś, kto miał więcej cierpliwości niż umiejętności.

Barek spojrzał na to i twarz mu stwardniała.

– To jej płaszcz.

W drzwiach za nimi rozległ się głos Smoły.

– Miała go wczoraj.

Lerr odwrócił głowę.

– Skąd wiesz?

Smoła stał w progu, już bez uśmiechu.

– Bo widziałem.

– Przy studni?

– Wcześniej. Koło starej szopy.

– Mówiłeś, że rozmawiałeś z nią o drodze do Kess.

– Bo rozmawiałem.

– Kiedy?

Smoła oblizał wargi.

– Dwa dni temu.

– A wczoraj?

Milczał.

Barek ruszył ku niemu.

– Mów.

Smoła spojrzał na Lerrra, nie na Bareka.

– Wczoraj przyszła powiedzieć, że nie pojedzie. Że ojciec znalazł sakwę. Że musi poczekać.

– Sakwę znaleźliśmy pod siennikiem – powiedział Lerr.

– To znaczy, że skłamała. Albo się bała. Nie wiem.

– Dlaczego nie powiedziałeś straży?

Smoła roześmiał się krótko.

– Bo gdybym powiedział straży, że widziałem zaginioną dziewczynę po zmroku, pierwszy głupi z pałką uznałby mnie za odpowiedź.

– Nie bez racji – mruknął Barek.

Lerr spojrzał na zwęglony materiał.

– Co widziałeś naprawdę?

Smoła długo nie odpowiadał.

Za długo.

Lerr odłożył pogrzebacz.

– Nie pytam, czy jesteś dobrym człowiekiem. Już wiem, że nie. Pytam, czy chcesz być głupszym, niż jesteś.

Smoła zacisnął szczękę.

– Słyszałem krzyk. Widziałem Herdana przy studni. Stał nad nią. Sam.

Barek znieruchomiał.

– Nad Alną?

– Nie widziałem jej. Tylko jego.

– I poszedłeś? – Barek zrobił krok bliżej. – Zostawiłeś ją?

– Nie wiedziałem, co się stało.

– Kłamiesz.

– Bałem się! – warknął Smoła. – Zadowolony? Bałem się. Herdan miał siekierę, ja miałem nóż i dość rozumu, żeby wiedzieć, że jak w tej wsi ktoś ma pójść do lochu, to nie młynarz.

Cisza.

Nie przyjemna.

Ale prawdziwa.

Lerr wyszedł z izby i wrócił przed dom.

Herdan siedział pod płotem, pilnowany przez Tavika, który trzymał siekierę obiema rękami, jakby była za ciężka nie fizycznie, lecz moralnie.

Młynarz spojrzał na Lerrra.

– Nie macie prawa.

– Zwykle to słyszę, kiedy zaczynam mieć rację.

Lerr podszedł do studni.

Założył okulary.

Przy cembrowinie, od strony domu, kamienie były obtarte. Nie mocno. Wystarczyło jednak, żeby mokry mech został zdarty w dwóch miejscach. Jakby coś ciężkiego oparto o krawędź i przesunięto.

Lina była mokra nie tylko od deszczu. Była ubrudzona popiołem na odcinku, który nie powinien dotykać ziemi.

Lerr pochylił się i zajrzał w ciemność.

– Jest woda? – zapytał.

Barek stanął obok.

– Mało. Studnia wysycha od dwóch lat.

– Kto o tym wie?

– Wszyscy.

– Wygodne.

Tavik pobladł.

– Ona jest tam?

Lerr nie odpowiedział od razu.

Wyjął z sakwy mały zwój sznurka, przywiązał do niego metalowy haczyk i opuścił w dół. Sznurek zniknął w czerni. Przez chwilę słyszeli tylko kapanie wody i deszcz uderzający w daszek.

Haczyk zahaczył o coś miękkiego.

Lerr nie pociągnął mocno.

Tylko tyle, by poczuć opór.

Potem zamknął oczy na jeden oddech.

– Barek.

Karczmarz zrozumiał bez słów.

Podszedł do Tavika i zabrał mu siekierę.

– Idź do Selli – powiedział.

– Ale–

– Idź.

Chłopak chciał zaprotestować, ale spojrzał na twarz Lerrra i zrezygnował. Pobiegł w stronę karczmy, ślizgając się w błocie.

Herdan zaczął się śmiać.

Cicho.

Nie jak człowiek rozbawiony.

Jak człowiek, któremu wreszcie zabrakło miejsca, żeby dalej kłamać.

– Ona chciała odejść – powiedział.

Barek odwrócił się powoli.

– Co zrobiłeś?

– Chciała odejść – powtórzył Herdan. – Jak matka. Jak wszyscy. Zawsze ktoś odchodzi, a ty zostajesz z kamieniem, z mąką, z długami, z pustym domem.

Smoła splunął w błoto.

– Więc ją wrzuciłeś?

Herdan spojrzał na niego z nienawiścią.

– Ty jej mieszałeś w głowie.

– Ona miała własną.

Te słowa uderzyły mocniej, niż Smoła chyba zamierzał.

Młynarz zamilkł.

Lerr podszedł bliżej.

– Przy studni się pokłóciliście.

Herdan patrzył w ziemię.

– Pchnąłeś ją.

Deszcz kapał z daszku studni.

– Uderzyła głową o kamień.

Barek zacisnął pięści.

– Żyła jeszcze?

Herdan nie odpowiedział.

Lerr nie naciskał od razu.

Cisza zrobiła to za niego.

– Nie wiem – wyszeptał w końcu młynarz.

Barek ruszył gwałtownie, ale Lerr wszedł mu w drogę.

– Nie.

– Lerr…

– Nie teraz.

– Ona mogła żyć.

– Wiem.

Barek oddychał ciężko. Przez chwilę wyglądał, jakby sam nie wiedział, czy bardziej nienawidzi Herdana, czy Lerra za to, że stoi między nimi.

Lerr odwrócił się do młynarza.

– Spaliłeś płaszcz.

Herdan skinął głową.

– Sakwy nie znalazłeś. Dlatego została.

Znów skinął głową.

– Popiół wyrzuciłeś do studni, żeby spłynął.

– Nie spłynął – powiedział Herdan.

– Nie.

Młynarz zaśmiał się znowu, ciszej.

– Nawet popiół nie chciał odejść.

Nikt nic nie powiedział.

Potem Barek poszedł po ludzi.

Nie po straż. Jeszcze nie. Najpierw po linę, haki i dwóch mężczyzn, którzy mieli wystarczająco mocne ramiona, żeby wydobyć z wysychającej studni to, co wieś tak chętnie nazwała ucieczką.

Smoła został przy płocie.

Nie uciekł.

Może dlatego, że nie miał dokąd. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna nikt nie patrzył na niego jak na najgorszego człowieka w okolicy.

Lerr stał przy studni i patrzył na mokre kamienie.

Herdan siedział w błocie, cichy już zupełnie.

Kiedy przyszli ludzie, nikt nie mówił dużo.

Praca była powolna.

Ciężka.

Brudna.

Taka, po której człowiek długo myje ręce, choć wie, że nie o brud chodzi.

Alnę wydobyto przed świtem.

Barek zdjął płaszcz i przykrył ją nim, zanim ktokolwiek zdążył zacząć szeptać.

Lerr odwrócił się do Herdana.

– Teraz możesz powiedzieć, że uciekła.

Młynarz podniósł na niego wzrok.

Lerr mówił spokojnie.

– Ale nikt ci już nie uwierzy.

Straż przyjechała dopiero, gdy niebo zaczęło jaśnieć nad mokradłami.

Dwóch ludzi z sennego posterunku, źli, zziębnięci i obrażeni na świat za to, że nie pozwolił im przespać poranka. Jeden próbował zadawać pytania, ale Barek odpowiedział za wszystkich, że pytania były potrzebne wczoraj.

Herdana zabrali bez większego oporu.

Nie wyglądał już jak młynarz. Nie wyglądał nawet jak ojciec. Wyglądał jak człowiek, który przez kilka godzin był zmuszony siedzieć obok prawdy i nie znalazł żadnego sposobu, żeby ją nazwać inaczej.

Smoła zniknął, zanim straż zdążyła przypomnieć sobie, że jego też mogliby o coś oskarżyć.

Lerr mu na to pozwolił.

Barek zauważył.

Oczywiście, że zauważył.

Wracali do karczmy w milczeniu. Deszcz wreszcie osłabł, ale świat nie wyglądał przez to lepiej. Tylko wyraźniej.

Przed Suchym Dębem Tavik siedział na progu, owinięty w koc. Sella stała nad nim z miską gorącej polewki i miną kogoś, kto nie zamierzał przyznać, że się martwił.

– Znaleźliście? – zapytał chłopak.

Barek zatrzymał się.

Lerr wszedł pod okap i zdjął mokre rękawice.

– Tak.

Tavik spuścił głowę.

– Powiedziałem za późno.

Lerr spojrzał na niego.

– Powiedziałeś pierwszy.

Chłopak podniósł wzrok.

– To wystarczyło?

Lerr przez chwilę nie odpowiadał.

Potem powiedział:

– Dzisiaj musiało.

Sella odwróciła twarz, udając, że poprawia fartuch.

W środku karczmy Morn siedział przy palenisku dokładnie tam, gdzie wcześniej. Jakby nie ruszył się przez całą noc. Może nie ruszył.

Kiedy Lerr wszedł, stary bywalec uniósł głowę.

– Uciekła? – zapytał.

Barek spojrzał na niego ostro.

Ale Lerr odpowiedział pierwszy.

– Nie.

Morn skinął głową.

– Dobrze.

Nie dlatego, że było dobrze.

Dlatego, że przynajmniej jedno słowo wróciło na swoje miejsce.

Lerr usiadł przy końcu lady.

Nie plecami do drzwi.

Nigdy plecami do drzwi.

Barek nalał mu piwa. Tym razem bez żartu.

Lerr spojrzał na kufel.

– Dalej rozcieńczasz.

Barek oparł dłonie o ladę.

– Dalej żyjesz.

– Jedno z nas musiało kłamać.

Przez chwilę prawie się uśmiechnęli.

Prawie.

Barek usiadł po drugiej stronie lady, czego zwykle nie robił. Karczmarze nie siadają w godzinach pracy, bo wtedy ludzie przypominają sobie, że też są zmęczeni.

– Wrócisz do tego? – zapytał.

Lerr przetarł okulary skrawkiem materiału.

– Do czego?

– Do spraw.

– To nie była sprawa.

– A co?

Lerr spojrzał na piwo.

Na swoje dłonie.

Na stary nóż przy pasie.

– Błąd.

Barek westchnął.

– Dziewczyna nie żyje, ojciec ją zabił, straż zamknęła to jako ucieczkę, a ty mówisz "błąd".

– Bo tak łatwiej pamiętać.

– Komu?

Lerr założył okulary z powrotem na nos.

– Mnie.

Barek długo patrzył na niego w milczeniu.

– Ludzie będą przychodzić.

– Do ciebie.

– Z początku.

– Nie przyjmuję próśb.

– Nie. Ty tylko siadasz tak, żeby widzieć drzwi, i czekasz, aż ktoś źle nazwie cudze nieszczęście.

Lerr wypił łyk piwa.

– Brzmi męcząco.

– Pasuje ci.

Za oknem deszcz zmienił się w cienką mgłę. Światło poranka wpełzało między domy, brudne i blade. Gdzieś daleko zapiał kogut, jakby nie wiedział, że noc zostawiła po sobie coś, czego nie da się odpędzić hałasem.

Lerr nie odpowiedział Barkowi.

Nie musiał.

Dotknął tylko rękojeści starego strażniczego noża.

Tym razem nie dlatego, że ktoś kłamał.

Dlatego, że wiedział, iż to nie będzie ostatni raz.

Koniec

Komentarze

Cześć, Kainjer 

Na początek: wyjustuj proszę tekst. Będzie się lepiej czytać. 

Widzę, że to Twój debiut, dlatego z góry gratuluję. 

Doceniam to, że opublikowałeś pierwszą część, ale chyba nie przejrzałeś dokładnie opowiadania pod względem błędów? 

Postanowiłem nie robić łapanki – nie jestem w tym dobry i skupiłem się na fabule. Nie wiem dlaczego tak rozstrzeliłeś tekst, jedziesz linia pod linią, przez co robi się trochę wodospad. Pomysł na opowieść jest, tylko tak naprawdę można to było zawrzeć w o wiele mniejszej ilości znaków. 

Wprowadzenie jest trochę takie klasyczne: jakaś karczma, duży chłop, później ekspozycja ---> poszukiwania itd. Przyznam, że nie bardzo wiem, jak odnieść się do tych dialogów, ponieważ są to zwykle krótkie zwroty. 

Lerr trochę zajmuje się poszukiwaniami, jak Wiedźmin strzygami i innymi potworami :-) 

I właśnie: nie doszukałem się tutaj fantastyki, to dlaczego oznaczyłeś jako fantasy? Chyba że coś przeoczyłem. 

Pozdrawiam 

Hej ho! 

Bardzo klimatyczny wstęp, ale zapanował w nim jakiś… metaforyczny przesyt. Z kolei dalej opisy wyparowują i zderzamy się ze ścianą dialogu. Przydałby się większy balans. Przyznam, że w tej formie nie doczytałam do końca, chodź Lerr wydaje się intrygującą postacią. 

 

Kilka kwestii, które mnie zatrzymały i nie pozwoliły wciągnąć w historię. 

 

Jeśli istniał, musiał paść dawno temu. Może od pioruna. Może od siekiery. Może z nudów. 

Wydaje mi się, że to ostatnie nie pasuje. Z nudów, to można się rozebrać i ciuchów pilnować, ale jeszcze nie słyszałam, żeby tego powodu przewracały się drzewa.. :D

 

szyld nad wejściem skrzypiał tak żałośnie, jakby każdego wieczoru obiecywał sobie, że to już ostatni. 

Tu czegoś brakuje. Ostatni raz? A! Ostatni wieczór? Wydaje mi się, że sam skrzypiący szyld jest już wystarczająco klimatyczny, nie trzeba tu kolejnej metafory. 

 

Przed nim stała miska gulaszu. Morn patrzył na nią z podejrzliwością, jakby spodziewał się, że w końcu przemówi.

Też wydaje mi się nietrafne… Gadający gulasz? 

 

Drzwi otworzyły się bez pośpiechu.

Nie z hukiem. Nie teatralnie. Tyle tylko, ile trzeba było, by człowiek mógł wejść do środka, zanim deszcz zrobi to za nim.

A czy z hukiem to nie teatralnie? Co miałeś na myśli? Dalsza część też jest dla niezrozumiała…. Zanim deszcz zrobi to za niego? 

 

Przy szczęce biegła cienka blizna, tak zwyczajna, że mogła pochodzić od noża, kufla albo czyjejś obrączki. 

Blizna po obrączce na szczęce? 

 

Dużo czytaj, dużo pisz i na pewno warsztatowo będzie coraz lepiej! 

Pozdrawiam :) 

 

Podążaj za białym królikiem.

Hej, dziękuję Wam za opinie, to dla mnie naprawdę ważne douczać się i szlifować. Co do fantasy w opowiadaniu, to pracuję nad całą seria opowiadań, które osadzone są w świecie fantasy, więc chciałem to już zaznaczyć w pierwszym opowiadaniu. Być może metafor jest zbyt wiele, lecz taki był zamysł, uznałem to za unikatowe, jednak wezmę pod uwagę wszystkie komentarze. Popracuje jeszcze nad czytelnością tekstu, bo być może ściana jest jednak za duża. Dziękuję Wam jeszcze raz za wszystkie opinie ????

dłonie grube od pracy

Może zgrubiałe, bo grubych od pracy sobie nie wyobrażam. 

 

Zaczęło się super. Fajny klimat, nieco wtórnie, ale z przytupem. Tylko Przytupu wyszło Ci tyle, że słabo zmieściła się jakaś treść. I trochę mnie ten klimat znużył. 

Dialogi dziwne, szarpane, rzekłabym nieludzkie. 

Jest ziarenko na początek, trzeba sporo popracować, ale to dobrze, bo po to tu jesteśmy. 

teksty generowane komentuję z AI

Ambush Dziękuję za cenne uwagi i wyłapanie ziarenka. Z tymi „grubymi dłońmi” masz absolutną rację – „zgrubiałe” lub „stwardniałe” brzmi o niebo lepiej i zdecydowanie trafniej oddaje to, co miałem na myśli. Przy kolejnych opowiadaniach na pewno to poprawię. Z dialogami sprawa wygląda tak, że ich „szarpany” i momentami chłodny, wręcz nieludzki ton był moim świadomym zabiegiem. Chciałem w ten sposób oddać surowość tego świata oraz specyfikę samych bohaterów. To powolne śledztwo miało być surowym wstępem do świata Lerra. W kolejnych opowiadaniach z tej serii tempo przyspieszy, będzie więcej akcji i wyjścia poza brudne podwórko i okolice karczmy, mam nadzieję, że dacie szanse kolejnym opowiadaniom! Jeszcze raz dzięki za merytoryczny głos i pochylenie się nad tekstem!

Cześć,

 

Ciekawe opowiadanie. Fajny pomysł na zagadkę kryminalną, która mnie wciągnęła.

Jak zauważyła Marszawa, przydałby się jednak większy balans pomiędzy opisami a dialogami. W zasadzie niemal cała fabuła opiera się na krótkich wymianach zdań. Do tego część pozostałej treści również została rozbita na pojedyncze zdania rozpoczynane od nowej linijki.

Zastanowiłbym się też, czy potrzebny był tak szczegółowy i obszerny opis Lerra. Nie krytykuję tego rozwiązania, ale moim zdaniem niewiele wniósł do fabuły ani do budowania klimatu.

Mimo wszystko tekst mi się podobał, bo zamiast klasycznego fantasy (o ile to jest fantasy) z bieganiem z mieczem dostałem zagadkę kryminalną.

 

Będę wdzięczny za każdą opinię – szczególnie dotyczącą klimatu, prowadzenia śledztwa i tego, czy Lerr oraz jego świat zachęcają do kolejnych spraw

 

Jeśli chodzi o klimat, to nie odebrałem go jako szczególnie wyrazisty. Fantasy jest tu raczej niewiele, a akcja została przedstawiona głównie w dialogach.

Śledztwo jest OK.

Lerr jako bohater zachęca mnie do przeczytania kolejnych historii z jego udziałem.

 

Pozdrawiam

rr

Cześć! 

Ogromne dzięki za poświęcony czas i tak konstruktywną opinię. Niezmiernie cieszy mnie to, że sama intryga kryminalna Cię wciągnęła, a Lerr jako bohater przekonał do siebie na tyle, by chcieć poznać jego kolejne sprawy. O to dokładnie mi chodziło.

Uwagi dotyczące balansu między dialogami a opisami biorę w stu procentach na klatę. Widzę, że to rozbijanie tekstu na pojedyncze zdania od nowej linijki momentami za bardzo rwało narrację i osłabiało sam klimat. Przyjrzę się też uważniej opisom postaci – celna uwaga z tym, że szczegółowy opis Lerra na starcie mógł wybić z rytmu.

Co do samego gatunku: to celowo jest bardzo przyziemne low-fantasy/grimdark, gdzie magii jest jak na lekarstwo, a świat rządzony jest przez brudną logistykę i ludzkie kłamstwa. 

W kolejnych opowiadaniach z tej serii (nad którymi pracuje bardzo ciężko) akcja mocno przyspieszy, a opisy zyskają więcej przestrzeni obok dialogów. Mam nadzieję, że tamten balans podejdzie Ci jeszcze bardziej.

Jeszcze raz wielkie dzięki za merytoryczny głos i zielone światło dla Lerra!

Niezbyt skomplikowana historia zagadkowego zniknięcia młynarzówny, niezwykle szybko rozwiązana przez przybyłego do karczmy wędrowca i tylko szkoda, Kainjerze, że nie zadbałeś o choćby odrobinę fantastyki. Karczma i odległe czasy to dla mnie stanowczo za mało.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale skoro do dziś nie poprawiłeś palcem wskazanych usterek, zrezygnowałam z robienia łapanki, bo uznałam, że szkoda mojego czasu na coś, co Ci się do niczego nie przyda.

Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie był gwałtowny. Nie walił o dachy, nie rwał liści z drzew, nie zmieniał dróg w rzeki. Był gorszy. Cichy, uparty, drobny jak igły. Taki deszcz nie robił widowiska.

O ile rozumiem chęć odmalowania tła cyberpunkową mżawką, wychodzi to jednak cokolwiek purpurowo. Nawet jak na cyberpunka (czy tam fantasy noir) zbyt purpurowo. Ścięłabym mówienie o tym, jaki deszcz nie jest, a ostatnie zdanie – mało zgrabne – można w ogóle wyrzucić.

nie tyle moknie, co powoli gnije od środka

Konstrukcja: nie tyle moknie, ile powoli gnije.

stała przy trakcie od tak dawna, że nikt rozsądny nie pytał już, czy dąb, od którego wzięła nazwę, kiedykolwiek naprawdę istniał

Akurat dowcip o dębie jest niezły i tworzy atmosferę, ale czemu pytanie o ten dąb miałoby być dowodem nierozsądku? A nie, na przykład, nudy?

Budynek był niski, przysadzisty i krzywy, jakby przez lata próbował opierać się wiatrom wiejącym od mokradeł, aż w końcu postanowił ustąpić im odrobinę dla świętego spokoju

Hmmm. Nie ścinałabym za bardzo, bo na razie wyraźnie ma być powoli – ale troszkę jednak: Budynek był niski, przysadzisty i krzywy, jakby po latach opierania się wichrom od mokradeł w końcu postanowił odrobinę ustąpić, tak dla świętego spokoju.

jakby każdego wieczoru obiecywał sobie, że to już ostatni

Kapinkę niejasne.

W środku było ciepło. Nieprzyjemnie ciepło. Tak, jak bywa w miejscach

Hmmmm. Nie wiem, co mnie tu uwiera… Duże nie jest.

Był szeroki, ciężki i nieco pochylony, ale nie w sposób właściwy starym ludziom. Raczej jak człowiek, który przez całe życie coś dźwigał i nigdy nie zdecydował, czy powinien to w końcu odłożyć.

A dlaczego ten sposób nie jest właściwy starym ludziom?

dłonie grube od pracy 

Od pracy szorstkie, ewentualnie zgrubiałe, ale "grube" już dawno przestało oznaczać brak subtelności :)

nos złamany tak dawno temu, że zdążył już stać się częścią jego charakteru

Lepiej: zostać częścią. A poza tym – tak się robi koło pióra kategoriom bytowym :D

Włosy przerzedziły mu się na czubku głowy

Szyk się pokręcił i "się" można wyrzucić: Włosy na czubku głowy były przerzedzone.

Barek nie był człowiekiem, który przerywał czynność

C.t.: który przerywa. Może też być tryb przypuszczający (przynajmniej formalnie): który przerywałby.

W karczmie zawsze lepiej było wyglądać na zajętego.

"Było" można spokojnie zostawić w domyśle. A jeśli jest niezbędne, powinno być w czasie teraźniejszym, bo mowa o ogólnej prawdzie (czyż nie?).

Ludzie mniej wtedy pytali.

Tu też czas teraźniejszy.

stary bywalec o plecach zgiętych jak mokry łuk i twarzy człowieka, który widział zbyt wiele, ale większość zapomniał w zamian za tanie piwo

Mokry łuk zgina się jakoś inaczej? (Pewnie tak, ale czy każdy musi o tym wiedzieć?). "W zamian" sugeruje, że ktoś Morna przekupił (albo przekupował wielokrotnie) piwem – co ma sens, ale nie jestem pewna, że o to chodzi.

Morn patrzył na nią z podejrzliwością, jakby spodziewał się, że w końcu przemówi.

Patrzył na nią podejrzliwie. "Z podejrzliwością" używamy wtedy, kiedy trzeba tę podejrzliwość opatrzyć jakimiś przydawkami, a tu nie trzeba.

Była szczupła, szybka i miała spojrzenie dziewczyny, która nauczyła się

Już trzecią postać opisujesz w ten sam sposób – bezpośrednio. Nie należy tego nadużywać, bo szybko się wyciera.

Nosiła ciemną spódnicę, za duży fartuch i nóż wsunięty pod pasek.

"Nosić" jest habitualne, a zdanie można urozmaicić: Ciemną spódnicę ledwo było widać spod fartucha, którym była okręcona dwa razy, a za przytrzymujący go pasek zatknięty był nóż.

Tyle tylko, ile trzeba było, by człowiek mógł wejść do środka, zanim deszcz zrobi to za nim.

A może tak: Tyle tylko, ile potrzeba, by człowiek mógł wejść do środka bez towarzystwa deszczu. (Serio, urozmaić konstrukcje zdań, bo zaczynam się bać, że poprawiam po SI).

Przez moment nie powiedział nic.

Przez moment nie mówił nic.

I może właśnie dlatego nikt rozsądny nie chciał sprawdzać, czy jej nie znajdzie.

Znowu apelujesz do rozsądku bohaterów… ;)

Raczej suchy, twardy, z tym rodzajem szczupłości, która nie brała się z głodu, lecz z lat noszenia na sobie więcej, niż człowiek powinien. 

Mocno angielskie. Tym rodzajem szczupłości, ale "suchy" to właśnie chudy, kościsty ( https://wsjp.pl/haslo/podglad/26536/suchy/5201047/czlowiek ). Opis jest bezpośredni, ale niewiele mówiący – metafora przekalkowana z angielszczyzny.

Ciemny płaszcz podróżny zwisał z niego ciężko, nasiąknięty deszczem i błotem z drogi. 

Przecież się po tej drodze nie tarzał… i przed chwilą strzepywał z płaszcza wodę, czyli płaszcz jest albo hydrofobowy, albo bardziej już nie nasiąknie. W tym drugim wypadku powinno z niego kapać na podłogę i ktokolwiek tu sprząta, powinien się złościć :D

Pod nim widać było skórzany kaftan, prostą koszulę z grubego materiału i pas obciążony sakwami, rzemykami oraz drobnymi narzędziami.

Obciążony rzemykami? I jak tę koszulę widać spod kaftana?

Kilka do człowieka, który potrafił wejść tam, gdzie go nie proszono.

Potrafi. Tu mowa o prawdzie ogólnej (on potrafi nie tylko teraz, ale w ogóle), a poza tym w języku polskim nie ma consecutio temporum – nie cofamy w czasie orzeczenia zdania podrzędnego. Taka reguła obowiązuje w angielszczyźnie (z której się to nagminnie kalkuje) i w językach romańskich.

Głowę miał ogoloną krótko, prawie do skóry.

Hmmm, a to się nie rzuca w oczy? Bo opisujemy najpierw to, co najpierw widać. Może niech facet zrzuci kaptur, jeśli chcesz ten szczegół dać dopiero tu?

Tylko ciemny, kilkudniowy cień zdradzał, że brzytwa nie odwiedziła go tego ranka.

Albo od paru ranków, skoro kilkudniowy…

Nos nosił ślad dawnego złamania, źle złożonego albo złożonego w pośpiechu.

Czyli złożonego źle, albo złożonego źle, bo ktoś się spieszył. Wystarczy jedno z dwojga. Ilu jeszcze będzie ludzi z połamanymi nosami? XD 

Przy szczęce biegła cienka blizna, tak zwyczajna, że mogła pochodzić od noża, kufla albo czyjejś obrączki.

? Blizna od niczego nie pochodzi, jest śladem po ranie. A "zwyczajna" nie mówi absolutnie nic. Hmmm. Co powiesz na: Cienka biała blizna przecinała policzek równolegle do linii szczęki?

Oczy miał piwno-złote.

I to w ogóle nie zwraca uwagi? 

Ciężkie. 

? Ciężkie oczy?

Najbardziej rzucał się jednak w oczy zarost.

To od zarostu trzeba było zacząć.

Długi, ciemny, przetykany siwizną, stylizowany z dziwną jak na niego starannością. 

Ojoj. "Stylizowany" – nie. To nie Cosmopolitan. Nie wiemy, jaką starannością odznacza się Lerr, więc nie ma sensu się do tego odwoływać. Napisałabym tak: Broda ciemna z siwymi pasmami, starannie utrzymana i ułożona.

Bardziej pamiątką po czymś, czego przez lata mu odmawiano. 

Nie wiem, o co chodzi.

kiedy Lerr nosił twarz ogoloną według regulaminu.

Nie nosi się twarzy (sprawdzić, czy nie horror): kiedy Lerr golił się według regulaminu.

Teraz broda była jak ciche bluźnierstwo przeciw dawnym rozkazom.

Bluźni się przeciw bóstwom, przeciw rozkazom można się tylko buntować.

Nigdy plecami do wejścia.

Cała ta kolumna jest trochę… w stylu e. e. cummingsa. Nie, żeby nie robiła wrażenia, ale to wrażenie można zrobić tylko raz, a jesteśmy dopiero w karczmie i nawet nie dostaliśmy jeszcze questa.

Drzwi bywają szczere. Ludzie rzadziej.

…? Ja też dostaję kota, jak całymi dniami siedzę sama, ale do konwersacji z drzwiami jeszcze nie doszłam.

 małe, okrągłe okulary w cienkiej metalowej oprawie, które wisiały na rzemyku przy jego szyi

I o których dowiadujemy się dopiero teraz…: małe, okrągłe okulary w cienkiej metalowej oprawie, które zawisły na rzemyku na szyi.

dopiero wtedy wypił

Jednym haustem?

zbyt używany

Może: zbyt zużyty. I co ma broń Lerra do tej sytuacji?

Tylko przy jelcu i na fragmencie głowni biegły delikatne runy, stare i przytarte, jakby przez pokolenia dotykały ich palce ludzi, którzy nie do końca pamiętali, co znaczą, ale wiedzieli, że nie wolno ich ścierać.

Jeśli przy jelcu, to na części głowni (miecz nie jest złamany), a "delikatny" to nie to samo, co "nieznaczny". I jakim cudem widać ryty na klindze – przez pochwę? A jeśli pochwy nie ma, to jak ten miecz jest umocowany, na magnes?: Tylko przy jelcu głownię zdobiły ledwo widoczne runy, starte, jakby przez pokolenia dotykały ich palce ludzi, którzy nie do końca pamiętali, co znaczą, ale wiedzieli, że nie wolno ich ścierać.

Standardowy model sprzed lat. 

Halo, to fantasy, nie cyberpunk. Tu nie ma "standardów". Najwyżej uzbrojenie charakterystyczna dla jakiejś formacji wojskowej, a i to niekoniecznie.

A jednak Lerr nosił go bliżej ciała niż miecz.

? Nie wnikając w stosunki bohatera z nożem, o co chodzi? Czy próbujesz w ten dziwny sposób pokazać, że nóż jest dla niego cenną pamiątką?

– Najpełniejsza, jaką mam.

Angielska kategoryzacja świata: – Najpełniejsza, jakiej mogę udzielić.

Uśmiech powoli zszedł mu z twarzy. Lerr zauważył to od razu.

?

To była jedna z rzeczy, które denerwowały w nim ludzi najbardziej.

Angielskie zdanie z poplątanym szykiem: Między innymi właśnie tym denerwował ludzi.

Barek znał go zbyt długo, by nie wiedzieć, że robi to celowo.

Również angielskawe: Barek za dobrze go znał, żeby dać się na to złapać.

Za dobre dla tej wsi.

Hę? Angielsko to brzmi. Swoją drogą – questa dostajemy po 6,5 tysiącach znaków na 31, czyli około jednej piątej tekstu. Czy opis głównego bohatera był aż tak ważny, żeby zająć tyle miejsca?

Barek zawahał się. Za krótko, żeby nazwać to kłamstwem.

Wahanie kłamstwem nie jest, więc raczej: Za krótko, żeby go podejrzewać o kłamstwo.

Herdan nie chciał słyszeć.

Idiom: Nie chciał o tym słyszeć.

W młynie?

We młynie.

W młynie nie ma schodów

To jak się wchodzi na górę? Młyn wiatrowy musi mieć odpowiednią wysokość, żeby łopaty wiatraka mogły być dość duże (energia zależy od ich długości), p. http://oledry.pl/wp-content/uploads/2008/08/20_budowa_wiatr.jpg – młyny wodne też chyba raczej bywały wielopiętrowe.

słychać było tylko deszcz i trzask drewna 

Błąd kategorialny: słychać było tylko pluskanie deszczu i trzask drewna.

– Czemu mnie pytasz?

O nic go nie pyta, tylko daje mu questa. "Ask" po angielsku oznacza zarówno "pytać" jak "prosić", ale po polsku to rozróżniamy.

Jego palce dotknęły rękojeści starego noża.

Tak same z siebie?

Lerr robił tak, kiedy coś przestawało mu pasować i zaczynało układać się w brzydszy kształt.

Hmm? Zaczynało się układać, bo "się" nie powinno być akcentowane, ale przecież właśnie coś mu się dopasowało? Tylko w "brzydszy kształt".

Poszła po wodę. Gdyby go nie znaleźli, mówiłbyś inaczej.

Jakby usłyszał swoje imię, chłopak od stajni wsunął głowę przez uchylone drzwi zaplecza.

Chłopak stajenny. Ale – hmm.

minę kogoś, kto bardzo chciał wiedzieć wszystko, ale nie chciał zostać przyłapany na słuchaniu

Czwarta postać wprowadzona według tego samego schematu.

Tavik zamilkł.

Nic nie mówił. Nie może jakoś okazać zakłopotania?

Lerr obrócił się lekko na stołku. Nie gwałtownie. Wystarczyło, by Tavik poczuł, że jest przesłuchiwany, choć nikt nie podniósł głosu.

Dlaczego znów zaznaczasz, że coś nie było gwałtowne? Dwukrotnie? I nie ma sensu dawanie młodemu do zrozumienia, że jest przesłuchiwany, bo wtedy się właśnie zamknie. Zresztą podejrzany nie jest, to świadek.

Szła od domu w stronę studni.

Naturalniej: Szła od domu do studni.

Sella przestała udawać, że układa kubki.

Kubki raczej ustawia.

 rozmowy tracą ostrość

https://wsjp.pl/haslo/podglad/18435/ostrosc/5179187/dzwieku ? Czy to synestezja?

Lerr powoli zdjął okulary.

https://www.youtube.com/watch?v=3d54Ok6Uz_A 

Płaszcz opadł ciężko na jego ramiona.

…? Przecież go nie zdejmował?

Przez moment wyglądał starzej niż wcześniej. 

Hmm. A może: Przez chwilę wyglądał bardzo staro. 

Potem poprawił pas, sprawdził położenie noża i wsunął okulary do małego futerału przy piersi.

Hmm.

Lerr przez chwilę patrzył na niego tym swoim ciężkim, piwno-złotym spojrzeniem.

A można patrzyć czym innym niż spojrzeniem? Czemu nie użyć jakiegoś więcej mówiącego czasownika, na przykład: Lerr przez chwilę miażdżył go tym swoim piwno-złotym spojrzeniem.

Chłopak aż drgnął.

Czemu drgnięcie ma być aż takim wielkim czymś?

uniósł miskę w stronę Lerra

Hmm?

– Jak ją znajdziesz – powiedział cicho – nazwij to prawdą. Nie ucieczką.

Co on właściwie powiedział? W jaki sposób prawda jest porównywalna z ucieczką?

Deszcz zacinał pod kątem.

Na tym polega zacinanie: https://wsjp.pl/haslo/podglad/2627/zacinac/1719372/deszczem 

Na zewnątrz wieczór zgęstniał

Ciemności ewentualnie mogą gęstnieć, ale wieczór?

droga przed karczmą błyszczała od błota i wody

A nie było ciemno? A oni nie mieli jakiejś latarni, swoją drogą?

Nie odpowiedział Mornowi.

Deszcz, czy wieczór? Kto jest podmiotem tego zdania?

jakby upewniał się, że nadal tam jest

Bardzo angielska fraza: jakby się upewniał, że nadal go ma.

chłopak, który usłyszał krzyk, ale którego nikt nie zapytał, czy słyszał cokolwiek

Aż do naszego genialnego bohatera. Patetyczne to.

Deszcz nie zelżał. Przeciwnie.

A czemu miałby?

 Na zewnątrz wydawał się gęstszy, bardziej uparty, jakby czekał tylko, aż człowiek opuści ciepło izby, żeby przypomnieć mu, gdzie naprawdę mieszka

…? Co ma do tego mieszkanie? Chyba że pod mostem…

Droga przed Suchym Dębem była już nie drogą, lecz długą raną w błocie

Paaatos. Mam żałować błota?

Barek ruszył obok niego, ciężko, z płaszczem naciągniętym na ramiona i miną człowieka, który znał tę wieś zbyt dobrze, by wierzyć w jej niewinność.

O tym płaszczu to już trzeci raz. I bezpośredni opis udający pośredni też już zużyłeś.

Rosły tam krzywe wierzby, ich gałęzie zwisały nisko, jakby drzewa od lat próbowały czegoś posłuchać pod ziemią.

Albo: Rosły tam krzywe wierzby. Ich gałęzie zwisały nisko… albo: Rosły tam krzywe wierzby o zwisłych gałęziach. Nie wiem, o co chodzi z tym słuchaniem – w końcu drzewa nie mają uszu.

– Brzmi jak połowa ludzi, których znałeś.

Naturalniej: – Jak połowa twoich znajomych.

że kiedyś przez niego będą kłopoty

Szyk: że kiedyś będą przez niego kłopoty.

– Nie zaczynaj sprawy od człowieka, którego chcesz obwinić.

Hmm.

– Zawsze byłeś taki męczący?

– Nie. Kiedyś miałem mundur, więc ludzie udawali, że to zaleta.

To tak – czy nie? W sumie wypowiedź może być nielogiczna, bo chodzi w niej głównie o wkurzenie interlokutora, ale i tak.

Nikt go nie podniósł.

Inaczej nie byłoby przewrócone. Domyślamy się.

Nie dotknął niczego od razu.

Lepiej: Z początku nie dotykał niczego.

Na ślady butów, które deszcz zdążył już częściowo zjeść.

Zjeść?

ślady otwarte dla całej wsi

?

grubym, rozpiętym kaftanie

Zbędny przecinek.

Był chudy, ale twardy, z twarzą poszarzałą od niewyspania albo gniewu.

??? Jak się ma jedno do drugiego? Jak się wyklucza chudość z twardością? I jaką twardością w ogóle? https://wsjp.pl/haslo/podglad/9268/twardy 

Jego lewa ręka została blisko ciała. Prawa nie poszła do miecza.

Ręce nie chodzą. I są częścią ciała.

Za płotem, przy cieniu starej szopy, ktoś się poruszył.

W cieniu, albo na skraju cienia.

Stał nieruchomo, ale zbyt pewnie jak na przypadkowego gapia.

Dlaczego gapie mieliby się chwiać?

I wtedy Lerr wiedział już jedno.

Angielskawe.

Kręcę się w wielu miejscach.

Angielskawe.

bardziej rozsądna

Rozsądniejsza. https://wsjp.pl/haslo/podglad/352/rozsadny 

Herdan ruszył gwałtownie.

– Ty psie–

Dotąd myślałam, że jest ze Smołą w jakiejś tajemniczej zmowie (skoro ma gdzieś zaginięcie córki). Ale nie. Za to Barek przed chwilą był pewien winy Smoły, a teraz hamuje faceta, który chce Smole dowalić. Dlaczego? Bo zależy mu na odnalezieniu dziewczyny?

miał ręce człowieka, który kiedyś zarabiał nimi na więcej niż piwo

I co ma mi to powiedzieć? Że dawniej Barek pijał lepsze trunki?

– Kłamiesz słabo.

Bardziej po polsku: Marnie kłamiesz.

Smoła uśmiechnął się bez wesołości.

A może: Smoła uśmiechnął się niewesoło.

– Chciała wyjechać – poprawił Lerr. – To nie zawsze to samo.

Ale w tym kontekście chyba tak.

– Kim ty jesteś, żeby mi mówić, czym jest moja córka?

? Nie widzę łączności logicznej, jakby brakowało kluczowej informacji.

mówisz o niej tak, jakby już nie miała nic do powiedzenia

Albo tak, jakby go nie obchodziła. Podejrzenie, że to on zabił, jest sensowne, chociaż jakby słabo umotywowane. Wygląda to, zasadniczo, cokolwiek stereotypowo.

Przez chwilę deszcz był jedynym dźwiękiem.

Błąd kategorialny. Przez chwilę jedynym dźwiękiem był szum deszczu.

 Dotknął palcem szarego osadu i roztarł go między opuszkami.

Lepiej się parsuje: Dotknął palcem szarego osadu i roztarł go trochę między opuszkami.

Herdan pobladł, ale tylko trochę.

A było to widać w tym deszczu? I ciemności?

Wczoraj nie było wiatru.

A był deszcz, który by go zmył.

– Może popiół uciekł.

?

On jest dzieckiem.

A co powiesz na: To dzieciak?

– Prawdę? – zapytał Lerr.

Prawdę mogą wydobyć, ale nie zrobić.

Barek puścił jego ramię, ale nie odsunął się daleko.

Mniej angielsko: Barek puścił go, ale nadal stał obok.

Herdan uniósł siekierę nieco wyżej.

Nagle sobie o niej przypomniał?

– Jak na niewinnego, bardzo dbasz o podłogę.

? Rozumiem, że facet pije do błota, ale nie jest to specjalnie sensowne wnioskowanie, nawet jako żart.

młynarz wyrwał się częściowo

Jak się wyrwać tylko częściowo?

Nie szeroko, nie jak człowiek gotowy zabić, bardziej jak ktoś, kto chce odstraszyć świat od własnego progu.

?

Lerr ruszył dopiero wtedy.

"Dopiero wtedy" bym wycięła, bo tu akurat ma być dynamicznie. Co prawda zdania są krótkie przez większość tekstu, więc to nie wybrzmiewa.

Nie do miecza.

Miecz ma u boku, więc nie może do niego ruszyć. Najwyżej po niego sięgnąć.

Wszedł pod martwy kąt zamachu

Specjalistyczne. Nic mi nie mówi.

Lewa ręka odpowiedziała bólem i sztywnością, za wcześnie, zbyt ostro.

Bardzo nienaturalne.

Herdan był silny od mąki, worków i gniewu.

Lerr był starszy od jego gniewu.

??? Można być silnym od noszenia worków, ale ogólnie – o co chodzi?

wbił młynarza bokiem w mokre deski płotu

?

Barek dopadł do nich

Barek dopadł ich.

głos mu pękł

"Pęknięty głos" to głos głuchy, ale udosłownianie tej metafory daje efekt komiczny.

Deszcz spływał mu po ogolonej głowie, po brodzie, po kołnierzu.

Ale gdyby spływał na przykład na oczy i do ust, to by było bardziej obrazowe, nie?

Izba była uporządkowana w sposób, który zawsze wzbudzał w Lerrze nieufność. 

Mało naturalne: W izbie panował porządek, jaki zawsze wzbudzał w Lerrze nieufność.

Ludzie po stracie nie zamiatają dokładnie pod piecem.

Zdziwiłbyś się.

Kamienie młyńskie milczały, a w powietrzu wisiał drobny biały pył.

Jedno z drugim się nie łączy, nie powinno być w tym samym zdaniu. Zresztą w wilgotnym powietrzu pył by się zbrylił i opadł.

na twarzach ludzi, którzy tu mieszkali zbyt długo

Szyk podkreśla "mieszkali". Tak ma być?

powiedział Barek z progu

Od progu.

Zbyt jasny miejscami, z ciemnymi grudkami czegoś, co nie chciało spalić się do końca.

Miejscami zbyt jasny, z ciemnymi grudkami czegoś, co nie chciało się do końca spalić. Nie da się spalić trupa w domowym palenisku. Na pewno zostaną kawałki (białych) kości.

rozsunął warstwę popiołu

Bardziej rozgarnął.

zwęglony fragment materiału

Strzęp materiału. Fragment to odłamek. Wełna też słabo się pali.

Przy krawędzi zachował się kawałek haftu. 

Bardzo dramatyczne i patetyczne, ale mało przekonujące, patrz wyżej.

twarz mu stwardniała

Niepolska kategoryzacja – stwardniała twarz przywodzi na myśl gips. W ostateczności stwardnieć mogą rysy, ale z tym też lepiej uważać.

Wczoraj przyszła powiedzieć, że nie pojedzie. Że ojciec znalazł sakwę. Że musi poczekać.

Bardzo wygodnie. Czemu wcześniej o tym nie wspomniał?

Bo gdybym powiedział straży, że widziałem zaginioną dziewczynę po zmroku, pierwszy głupi z pałką uznałby mnie za odpowiedź.

Angielskawe.

– Nie bez racji – mruknął Barek.

Lepiej: – Nie bez powodu – mruknął Barek.

Pytam, czy chcesz być głupszym, niż jesteś.

?

Nie przyjemna.

Ale prawdziwa.

? Kto wątpi w prawdziwość ciszy?

 jakby była za ciężka nie fizycznie, lecz moralnie

Angielskawa kategoryzacja.

kamienie były obtarte

Może otarte? Albo od razu napisz, że mech był zdarty (czy miękki trup zdarłby mech?)?

Lina była mokra nie tylko od deszczu. Była ubrudzona popiołem na odcinku, który nie powinien dotykać ziemi.

Szyk sugeruje, że lina była mokra od popiołu. I co ma popiół do dotykania ziemi?

Studnia wysycha od dwóch lat.

– Kto o tym wie?

– Wszyscy.

To po co ofiara chodziła do tej studni?

Wyjął z sakwy mały zwój sznurka, przywiązał do niego metalowy haczyk i opuścił w dół. 

Nie można opuścić do góry: Wyjął z sakwy mały zwój sznurka, przywiązał do niego metalowy haczyk i spuścił do szybu. 

 deszcz uderzający w daszek

Bębnienie deszczu o daszek.

Haczyk zahaczył o coś miękkiego.

To co zostało spalone w kominku, skoro zwłoki są w studni? Płaszcz? Po co? Po co rozbierać dziewczynę, skoro i tak ma być wrzucona do studni? I w ogóle o co chodzi z tym popiołem? Przecież nie był narzędziem zbrodni?

Potem zamknął oczy na jeden oddech.

Lepiej: Potem, na jeden oddech, zamknął oczy.

Nie jak człowiek rozbawiony.

Jak człowiek, któremu wreszcie zabrakło miejsca, żeby dalej kłamać.

Czyli jak? Znowu ten sam chwyt, a powtarzam, że należy on do chwytów, z którymi łatwo przesadzić.

Ona miała własną.

Angielski nadmiar zaimków.

Te słowa uderzyły mocniej, niż Smoła chyba zamierzał.

Hmmm. Słowa chyba uderzyły mocniej, niż Smoła zamierzał.

Lerr nie naciskał od razu.

"Od razu" nie pasuje z aspektem dokonanym. Może być po prostu: Lerr nie naciskał.

Cisza zrobiła to za niego.

Hmm.

Barek ruszył gwałtownie

Angielskie to trochę.

Ona mogła żyć.

Bardziej po polsku: Może jeszcze żyła.

Popiół wyrzuciłeś do studni, żeby spłynął.

Bez sensu, chociaż wzburzony facet może działać bez sensu i truć sobie (wysychającą) studnię…

– Nawet popiół nie chciał odejść.

Przed chwilą lamentował, że wszyscy od niego odchodzą. 

którzy mieli wystarczająco mocne ramiona, żeby wydobyć z wysychającej studni to, co wieś tak chętnie nazwała ucieczką.

Wieś nie nazywała ucieczką dziewczyny: którzy mieli dość sił, żeby wydobyć z wysychającej studni to, co wieś tak chętnie nazwała uciekinierką.

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Końcówka:

Herdan siedział w błocie, cichy już zupełnie.

Mało zręczne. Herdan siedział w błocie, milcząc.

, choć wie, że nie o brud chodzi.

O brud, tylko niedosłowny. Ale wycięłabym tę frazę.

niebo zaczęło jaśnieć nad mokradłami

Hmm.

Dwóch ludzi z sennego posterunku, źli, zziębnięci i obrażeni na świat

Sennego posterunku? Związek zgody: Dwóch ludzi z sennego posterunku, złych, zziębniętych i obrażonych; albo: Dwaj ludzie z sennego posterunku, źli, zziębnięci i obrażeni…

Wyglądał jak człowiek, który przez kilka godzin był zmuszony siedzieć obok prawdy i nie znalazł żadnego sposobu, żeby ją nazwać inaczej.

Poezja noir wybrzmiałaby lepiej, gdyby "wyglądał jak człowiek, który" to nie był praktycznie jedyny środek stylistyczny w tym tekście.

straż zdążyła przypomnieć sobie, że jego też mogliby

Szyk i związek zgody: strażnicy zdążyli sobie przypomnieć, że jego też mogliby.

Deszcz wreszcie osłabł

Zaczął ustępować, albo zrzedł.

kto nie zamierzał przyznać

C.t.: nie zamierza.

Sella odwróciła twarz, udając, że poprawia fartuch.

Hmm?

Jakby nie ruszył się przez całą noc.

Lepiej: Jakby przez całą noc się nie ruszył.

Dlatego, że przynajmniej jedno słowo wróciło na swoje miejsce.

Hmmm.

 Tym razem bez żartu.

Hmm.

Jedno z nas musiało kłamać.

Mowa o dwóch facetach, więc: jeden z nas musiał.

Przez chwilę prawie się uśmiechnęli.

Aspekty i anglicyzmy: Przez chwilę uśmiechali się nieznacznie.

Ty tylko siadasz tak, żeby widzieć drzwi, i czekasz, aż ktoś źle nazwie cudze nieszczęście.

?

Brzmi męcząco

Bardzo angielskie zdanie. Wystarczy napisać: Męczące.

zmienił się w cienką mgłę

Cienką? https://wsjp.pl/haslo/podglad/34632/cienki 

Gdzieś daleko zapiał kogut, jakby nie wiedział, że noc zostawiła po sobie coś, czego nie da się odpędzić hałasem.

Paatos.

Dlatego, że wiedział, iż to nie będzie ostatni raz.

?

 

Atmosfera noir na granicy parodii, miejscami ją przekracza (barman imieniem Barek, twardzielskie krótkie zdania, patos i jeden środek stylistyczny w całym tekście). Mam wrażenie, że cała historia powinna się rozgrywać w Chicago albo Los Angeles lat dwudziestych, a nie w niesprecyzowanym świecie fantasy, bo ani młynarz, ani wioskowy bad boy nie są szczególnie, no, fantastyczni. A i takie elementy jak oficjalna policja czy wędrowny detektyw, albo chęć ucieczki do miasta, pasują bardziej do czarno-białego filmu.

 

Opis Lerra mógłby być lepiej zorganizowany, konstrukcja zdań bardziej urozmaicona. Rytm jest trochę dziwny: większość ludzi nadużywa długich zdań, Ty – krótkich. Długie są tylko w dość kwiecistym opisie na początku, a potem prawie wcale – niby większą część tekstu stanowi scena, w której napięcie ma aż iskrzyć, ale bez przesady. Napięcie męczy. Konstrukcja tekstu jako takiego wygląda nieźle, chociaż opis bohatera jest za długi, a innych opisów praktycznie brak – postacie są stereotypowe, bez indywidualnych rysów, i taka jest też zbrodnia. Dlaczego młynarz miałby być taki samotny i sfiksować od tego? Skąd reputacja Smoły? Dlaczego Barkowi tak zależy? Odpowiedzi na te pytania dodałyby tekstowi mięsa, a tak? Szkielet.

 

Ale przynajmniej bez widocznej skoliozy. To już coś.

Z nudów, to można się rozebrać i ciuchów pilnować, ale jeszcze nie słyszałam, żeby tego powodu przewracały się drzewa.. :D

To mógłby być żart, ale reszta tekstu jest taka śmiertelnie poważna… :D

Też wydaje mi się nietrafne… Gadający gulasz? 

Jak wyżej :D

Być może metafor jest zbyt wiele

Nie, ale musisz zdecydować, ile ma być w tekście czarnego humoru.

Z dialogami sprawa wygląda tak, że ich „szarpany” i momentami chłodny, wręcz nieludzki ton był moim świadomym zabiegiem. Chciałem w ten sposób oddać surowość tego świata oraz specyfikę samych bohaterów.

Hmmm. Sęk w tym, że oni wszyscy mówią tak samo – gdyby tylko Lerr i Barek porozumiewali się minimalistycznymi zdaniami, a reszta normalnie, to by ich wyróżniało na tle otoczenia i coś o nich mówiło. A tak nie mówi nic.

Do tego część pozostałej treści również została rozbita na pojedyncze zdania rozpoczynane od nowej linijki.

Tak, i to, jako się rzekło, w nadmiarze nuży. Krótkie zdania przyciągają uwagę, a uwaga nie może być cały czas przyciągnięta.

Widzę, że to rozbijanie tekstu na pojedyncze zdania od nowej linijki momentami za bardzo rwało narrację i osłabiało sam klimat

O, właśnie. Dobrze by było dodać troszkę opisów.

świat rządzony jest przez brudną logistykę i ludzkie kłamstwa

Ale właściwie po co facet zabił? Niechcący, w kłótni, dobra – ale w takim razie po co palić płaszcz? Zamiast na przykład porzucić ciało gdzieś w lesie razem z płaszczem? Czy panika powoduje takie dziwne zachowania? Nie wiem. W każdym razie nie miało to nic wspólnego z logistyką.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka