- Opowiadanie: Prestidigitator - Mino, Zabójca

Mino, Zabójca

Opo­wia­da­nie osa­dzo­ne w świe­cie Ver­dis.

Tym razem to pierw­szy wy­my­ślo­ny aka­pit skło­nił mnie do roz­wa­że­nia losów za­bój­cy, który nie­na­wi­dzi za­bi­jać, ale to je­dy­ne co zna. Czy to nie sy­no­nim wszyst­kich tych, któ­rzy pra­cu­ją, cho­ciaż nie­na­wi­dzą tego co robią? Ale nie mają al­ter­na­tyw. 

 

EDIT: ooo, dzi­siaj sta­łem się ‘peł­no­let­ni’ na por­ta­lu! Równo 3 mie­sią­ce, równo 50 ko­men­ta­rzy. Happy Jo­in­day to me! 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Mino, Zabójca

 

Pro­log

 

Znowu to zro­bił, znowu był zmu­szo­ny. Sto­jąc nad mar­twym cia­łem, Mino pła­kał. Łzy ka­pa­ły na pod­ło­gę, a on, nie mogąc ich po­wstrzy­mać, po pro­stu oddał się chwi­li ża­ło­ści.

Gdy tro­chę ochło­nął, otarł nos skra­jem czer­wo­ne­go rę­ka­wa. Mu­siał otwo­rzyć sejf. A potem za­trzeć wszel­kie ślady, że kie­dy­kol­wiek tu był. Lista zadań go tro­chę uspo­ko­iła. Stę­ka­jąc, pod­niósł ciało z ziemi i za­cią­gnął je do ga­bi­ne­tu. Szyb­ko uchy­lił po­wie­kę by­łe­go, tym­cza­so­we­go przy­ja­cie­la i bez prze­szkód do­stał się do taj­ne­go po­miesz­cze­nia.

Miał jasne in­struk­cje, czego po­trze­bu­je, więc od razu wkroczył głę­biej do skryt­ki. Były tu przede wszyst­kim do­ku­men­ty, do­brze po­sor­to­wa­ne. Widać, że ofia­ra dbała o po­rzą­dek. Szyb­ko zna­lazł in­te­re­su­ją­ce go pa­pie­ry i wy­szedł.

Usa­dził ciało męż­czy­zny przy biur­ku, przez przy­pa­dek do­ty­ka­jąc od­sło­nię­te­go brzu­cha nie­bosz­czy­ka. Mózg Mino otrzy­mał na­tych­miast sy­gnał. Wy­sy­ła­jąc od­po­wied­ni im­puls, jesz­cze mógł­by pomóc, po­now­nie ak­ty­wo­wać serce ofia­ry.

Nie­ste­ty, miał od­bie­rać życie.

Nalał whi­sky z ka­raf­ki do zdo­bio­nej szklan­ki i po­sta­wił obok trupa, który teraz leżał z roz­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, głową na bla­cie. Cmok­nął nie­za­do­wo­lo­ny, odlał tro­chę płynu z po­wro­tem do na­czy­nia i prze­wró­cił szklan­kę obok dłoni zmar­łe­go.

Bru­nat­na ciecz po­pły­nę­ła na wszyst­kie stro­ny, wsią­ka­jąc w pa­pie­ry do­oko­ła.

Tak. To było to.

Mino ro­zej­rzał się jesz­cze i ru­szył sprzą­tać miej­sce, gdzie uści­snę­li sobie dło­nie. Naj­pierw oczy­wi­sto­ści. Wy­gła­dzić dywan, ze­brać po­je­dyn­cze włosy, ślady butów. Lista w gło­wie uła­twia­ła po­sta­wie­nie na­stęp­ne­go kroku. Do­pó­ki miał listę, nie podda się.

Na szczę­ście nie mu­siał się przej­mo­wać od­ci­ska­mi pal­ców, za­wsze nosił rę­ka­wicz­ki. Poza naj­waż­niej­szy­mi dla misji trzy­dzie­sto­ma se­kun­da­mi, po­my­ślał z go­ry­czą.

Prze­niósł się do kuch­ni i zmył jeden z dwóch kom­ple­tów sto­ło­wych, któ­rych użyli pod­czas ko­la­cji. Ro­zej­rzał się mi­mo­cho­dem i coś przy­ku­ło jego uwagę. Nie był pe­wien co.

Za­mknął oczy, wi­zu­ali­zu­jąc po­miesz­cze­nie.

Za­pach.

Czuł wła­sny pot, efekt spę­dze­nia ca­łe­go dnia w po­dró­ży.

Ru­szył do ga­bi­ne­tu i za­czął szpe­rać w szu­fla­dach. Na­tra­fił w końcu na drew­nia­ną skrzy­necz­kę, obok któ­rej leżał pi­sto­let. Od­ru­cho­wo cof­nął rękę i się skrzy­wił. Broń była wy­bo­rem za­bój­ców. On był inny. On nie miał wy­bo­ru.

Się­gnął po cy­ga­ro ze szka­tuł­ki i je za­pa­lił. Cho­dził po po­ko­jach, me­to­dycz­nie wy­dmu­chu­jąc dym na fo­te­le i w stro­nę miejsc, w któ­rych prze­by­wał.

W końcu sta­nął przy drzwiach fron­to­wych, gotów do wyj­ścia. Tak, teraz po­my­ślał o wszyst­kim.

W tacy na klu­cze, przy wej­ściu po­ło­żył małe pu­deł­ko za­pa­łek, które można do­stać tylko w klu­bie noc­nym. Tam nie ma kamer, będą mieli wy­ja­śnie­nie, czemu nie mogli go zna­leźć na na­gra­niach cały dzień.

Za­wa­hał się, wpa­trzo­ny w ciem­ność. To był dobry czło­wiek. Nie pa­so­wał do opisu bu­rzy­cie­la po­rząd­ku, ale za­bra­ne do­ku­men­ty opo­wia­da­ły inną hi­sto­rię. Tak mu po­wie­dzia­no. A Mino miał za­bi­jać, nie za­da­wać pytań.

W końcu ścią­gnął przez głowę czer­wo­ny swe­ter, od­sła­nia­jąc sza­rość pod­ko­szul­ka. Spod rdza­wo­brą­zo­wych spodni wy­ło­ni­ła się druga, szara para. Na­ci­snął cicho klam­kę i wy­mknął się na ulicę.

1. Spra­woz­da­nie

 

Twarz czło­wie­ka, przed któ­rym stał Mino, była cał­ko­wi­cie czer­wo­na. Wy­róż­nia­ły się tylko białe wąsy, które kon­tra­sto­wa­ły z ko­lo­rem skóry i hip­no­ty­zo­wa­ły spo­so­bem, w jaki po­zo­sta­wa­ły nie­ru­cho­me nad cią­gle otwie­ra­ją­cą się dolną szczę­ką.

– …i on nigdy by sobie nie po­zwo­lił na picie przy biur­ku? Czy ty w ogóle czy­ta­łeś akta?

Po chwi­li Mino zdał sobie spra­wę, że py­ta­nie nie było re­to­rycz­ne. Zmu­sił się, żeby od­wró­cić wzrok i z po­wro­tem sku­pić się na bie­żą­cej chwi­li. Za­la­ła go fala cie­pła, spły­wa­ją­ca po po­licz­kach na kark i resz­tę ciała. Wstyd, który do tej pory sku­tecz­nie tłu­mił.

– Tak jest! – od­parł tylko. Wie­dział, że to py­ta­nie pu­łap­ka.

– Co „tak jest”!? – wrza­snął. – Je­steś jakiś nie­peł­no­spryt­ny? Upa­dłeś na głowę w dzie­ciń­stwie?

– Nie, sir!

– Jesz­cze raz mi od­po­wiesz jedną sy­la­bą, a ześlę cię na Wyspę, tam, gdzie po­wi­nie­neś gnić już od dawna. Ro­zu­mie­my się?

– Tak jest, mamy pełne zro­zu­mie­nie, sir! – od­krzyk­nął Mino, cho­ciaż miał ocho­tę wresz­cie wy­gar­nąć na­pu­szo­ne­mu urzę­da­so­wi. To nie był nawet nikt ważny, tylko ro­dzaj ucznia lub se­kre­tar­ki.

Wą­sacz za­czął roz­chy­lać usta, szy­ku­jąc za­pew­ne na­stęp­ną ty­ra­dę, ale przez drzwi ga­bi­ne­tu wy­chy­lił się Chris.

– Bi­tram, wy­star­czy. Mino, po­zwól do mnie.

– Tak jest! – Bi­tram na­prę­żył się i przy­ło­żył dłoń do czoła. Zaraz potem wró­cił do pi­sa­nia w do­ku­men­tach, jakby nigdy nie prze­rwał. Jego twarz mo­men­tal­nie wró­ci­ła do na­tu­ral­nych ko­lo­rów.

Mino przy­glą­dał się na­tych­mia­sto­wej trans­for­ma­cji z unie­sio­ny­mi brwia­mi, po­wstrzy­mał się jed­nak od ko­men­ta­rzy.

– Twoja ostat­nia misja miała wady w eg­ze­ku­cji – oświad­czył Chris, gdy już usie­dli. – Co się stało?

– Sir, nie mogę się zgo­dzić, że po­sa­dze­nie go na fo­te­lu miało zna­cze­nie. Zdą­ży­łem go po­znać, mu­sia­łem go po­znać, żeby się zbli­żyć – głos mu za­drżał. Prze­łknął gło­śno ślinę, zanim kon­ty­nu­ował: – Biur­ko było ra­cjo­nal­niej­szym wy­bo­rem, rzad­ko uży­wał fo­te­la, bo przy­po­mi­nał mu żonę.

Prze­ło­żo­ny po­pa­trzył na niego uważ­nie, zimno i bez wy­ra­zu, jakby był nie­za­do­wo­lo­ny z usły­sza­nych słów. Mino uni­kał kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Czuł, że za każ­dym razem, gdy pa­trzył pro­sto w oczy Chri­sa, traci część sie­bie.

– Do­brze, spo­dzie­wam się szcze­gó­ło­we­go ra­por­tu. W tym prze­bieg two­je­go ro­zu­mo­wa­nia – rzekł w końcu, wy­cią­ga­jąc z szu­fla­dy tecz­kę. – Mamy na­stęp­ną misję.

– Czy…

Mino się za­wa­hał. Nie po­wi­nien tego robić, nie po­wi­nien oka­zy­wać uczuć, zwłasz­cza przed tym czło­wie­kiem. Ale z dru­giej stro­ny, nie miał ni­ko­go in­ne­go. Wszy­scy, któ­rych po­zna­wał, mu­sie­li umrzeć. Po­czuł ści­śnię­cie w żo­łąd­ku na tę myśl.

– Mów, Za­bój­co – po­na­glił prze­ło­żo­ny.

– Bła­gam, sir, nie na­zy­waj mnie tak – wy­pa­lił i na­tych­miast skur­czył się w sobie.

To była bła­host­ka, zwłasz­cza przy tym, o co chciał pro­sić. Po co ruj­no­wać mu jesz­cze bar­dziej humor? Za­uwa­żył lekki gry­mas na twa­rzy roz­mów­cy, ale po­sta­no­wił kon­ty­nu­ować.

– Nie mogę już za­bi­jać, nie chcę. Pro­szę, po­zwól­cie mi iść na eme­ry­tu­rę. Będę grzecz­ny, będę ra­por­to­wać, będę sta­wiać się w punk­tach kon­tro­l­nych, co­kol­wiek. Tylko po­zwól­cie mi już nie za­bi­jać – wy­re­cy­to­wał na jed­nym tchu, zgod­nie z ćwi­cze­nia­mi z ostat­nich paru dni.

Udało mu się za­sko­czyć Chri­sa, bo pa­trzył na niego z ka­mien­ną twa­rzą i się nie od­zy­wał.

Cisza prze­dłu­ża­ła się, a z każdą se­kun­dą Mino czuł pot spły­wa­ją­cy po czole i ple­cach. W końcu po­sta­no­wił, że po­wi­nien się jed­nak uspo­ko­ić. Za­czął ana­li­zo­wać dło­nie szefa. Dłu­gie palce, za­dba­ne pa­znok­cie, brak od­ci­sków. Gdyby nie to, że sie­dzą w urzę­dzie woj­sko­wym, to te ręce z całą pew­no­ścią po­wie­dzia­ły­by, że czło­wiek przed nim nie para się pracą fi­zycz­ną. Po­czuł, że bicie jego serca wraca do nor­mal­ne­go rytmu. Do­brze.

– Zo­ba­czy­my, co da się zro­bić – od­po­wie­dział w końcu Chris, gdy cisza się prze­dłu­ża­ła. Scho­wał przy tym tecz­kę, którą wy­cią­gnął wcze­śniej i po­ło­żył na bla­cie inną, wy­bra­ną z szu­fla­dy na samym dole biur­ka. – A teraz misja. Ta bę­dzie nie­ty­po­wa, cho­ciaż to ko­lej­ny opo­zy­cjo­ni­sta do wy­eli­mi­no­wa­nia.

Za­bój­cy chcia­ło się ska­kać z ra­do­ści. Z ust Chri­sa takie pro­ste słowa ozna­cza­ły obiet­ni­cę, że po­roz­ma­wia z prze­ło­żo­ny­mi o jego eme­ry­tu­rze.

Przy­naj­mniej tak się wy­da­wa­ło.

Mino się tego nie spo­dzie­wał, pod­da­nie się bez prób za­trzy­ma­nia go? Ści­snął kra­wę­dzie krze­sła, po­wstrzy­mał ci­sną­cy się na twarz uśmiech i całą siłą woli sku­pił się na trwa­ją­cej wła­śnie od­pra­wie.

 

2. Opo­zy­cjo­nist­ka

 

Eva zer­k­nę­ła za sie­bie. Na ulicy nie było ni­ko­go, ale wy­da­wa­ło się, że cie­nie po­dą­ża­ją, gdzie­kol­wiek się udała. Po­trzą­snę­ła głową i ru­szy­ła dalej, w nie­uczęsz­cza­ną część mia­sta.

Sama zgo­to­wa­ła sobie taki los, upo­mi­na­ła się w duchu. Chcia­ła do­łą­czyć do opo­zy­cji, zro­bić coś do­bre­go dla świa­ta. Daw­niej była po pro­stu agent­ką, jedną z osób, które mu­sia­ły wy­słu­chi­wać ra­por­tów i nie zdra­dzać się, że czyta tak na­praw­dę mię­dzy zda­nia­mi. A potem do­no­sić swoim prze­ło­żo­nym na wszel­kie ozna­ki nie­sub­or­dy­na­cji. Nie­na­wi­dzi­ła tego. Nie­ste­ty, albo do­no­si­ła, albo sama zo­sta­ła­by za­bi­ta.

Teraz ofi­cjal­nie prze­cho­dzi za­ła­ma­nie ner­wo­we, a nie­ofi­cjal­nie skra­da się i ma kogoś śle­dzić, być może nawet wy­eli­mi­no­wać.

Sta­nę­ła przed za­cie­nio­ny­mi drzwia­mi klubu noc­ne­go, do któ­re­go zmie­rza­ła. Zapukała i zaraz zgrzytnęła zasuwa. W szpa­rze po­ka­za­ły się oczy.

– Tak? – za­py­tał męski głos, za­ska­ku­jąc uprzej­mo­ścią.

– Man­dra­go­ra – rzu­ci­ła hasło, roz­glą­da­jąc się do­oko­ła.

Skrzyp­nę­ły za­wia­sy i drzwi się uchy­li­ły. Prze­kro­czy­ła próg i ski­nę­ła głową ochro­nia­rzo­wi.

– Pierw­szy raz u nas, sło­necz­ko? – za­py­tał mięk­kim gło­sem.

Uważ­nie przyj­rza­ła się męż­czyź­nie. Duży, umię­śnio­ny. Biała ko­szul­ka z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi od­kry­wa­ła owło­sio­ne ra­mio­na a kre­mo­we, ele­ganc­kie spodnie, opi­na­ły mu­sku­lar­ne uda. Uśmie­chał się do niej non­sza­lanc­ko, jed­nak bez pew­nej pro­stac­kiej ener­gii, którą Eva aż za do­brze znała z in­nych miejsc.

Bio­rąc pod uwagę, w jakim klu­bie się zna­la­zła, była skłon­na uwie­rzyć, że py­ta­nie było szcze­re. Nie­śmia­ło unio­sła ką­ci­ki ust i po­ki­wa­ła głową.

– O! To wspa­nia­le! Emil, po­zwól no!

W głębi ko­ry­ta­rza po­ja­wił się drob­ny, bar­dzo chudy na­sto­la­tek. Rów­nież miał na sobie białą ko­szul­kę i kre­mo­we spodnie. Eva za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci, że taki strój naj­praw­do­po­dob­niej ozna­cza kogoś z ob­słu­gi. Zdała sobie też spra­wę, że nie sły­szy mu­zy­ki. Po­czu­ła ukłu­cie stra­chu, ale zanim zdą­ży­ła za­py­tać, Emil wziął ją pod rękę i za­czął opo­wia­dać:

– Cu­dow­nie, że do nas tra­fi­łaś. Nic się nie bój, tutaj bę­dziesz mogła po­tań­czyć, po­sza­leć, być sobą, z dala od złego oka agen­tów na­sze­go ko­cha­ne­go pań­stwa. Ostat­nio…

Ko­bie­ta z tru­dem za­cho­wa­ła ka­mien­ną twarz. Słu­cha­jąc cią­głe­go sło­wo­to­ku, nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że chło­pak nie zdaje sobie spra­wy ze skali za­gro­że­nia, mó­wiąc tak swo­bod­nie o ta­jem­ni­cach klubu. Rząd ofi­cjal­nie po­tę­piał wszel­ką in­dy­wi­du­al­ność, w tym nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ność. Ale z dru­giej stro­ny nigdy z tym nic nie robił, tak długo, jak wszyst­ko dzia­ło się nie­ofi­cjal­nie.

– …wła­sne?

Py­ta­nie Emila za­wi­sło w po­wie­trzu, wy­raź­nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. Eva nie miała po­ję­cia, o co wła­ści­wie zo­sta­ła za­py­ta­na. Czuła ru­mie­niec, wy­pły­wa­ją­cy na po­licz­ki.

– Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się, tro­chę się stre­su­ję – wy­bą­ka­ła.

– Ależ nic się nie martw, nic się nie stało! Py­ta­łem tylko, czy chcesz wy­po­ży­czyć stro­je, czy masz wła­sne?

– Wła­sne.

– Cu­dow­nie! Tam jest szat­nia, a jak bę­dziesz go­to­wa, to tędy wej­dziesz pro­sto na par­kiet.

Za­stu­kał w duże, dę­bo­we drzwi, przy któ­rych wła­śnie sta­nę­li. Z tego miej­sca sły­chać już było przy­tłu­mio­ną mu­zy­kę, do­bie­ga­ją­cą zza prze­szko­dy.

Po­dzię­ko­wa­ła za od­pro­wa­dze­nie i ru­szy­ła ku szat­ni, gdzie ścią­gnę­ła szare ubra­nie, wrzu­ci­ła je do jed­nej z sza­fek i ubra­ła się w ko­lo­ro­wy strój. Czuła się przy tym jak klaun, nigdy nie no­si­ła ofi­cjal­nie nic in­ne­go niż sza­ro­ści. Lub gra­nat, gdy była na służ­bie.

Cią­gle po­pra­wia­jąc tur­ku­so­wy t-shirt, wci­śnię­ty w sztruk­so­we, la­wen­do­we spodnie, otwo­rzy­ła wresz­cie drzwi pro­wa­dzą­ce na głów­ny par­kiet.

 

3. Cel

 

Evę za­la­ła fala mu­zy­ki. Dziw­nej, elek­tro­nicz­nej. Ko­ja­rzy­ła, że chyba na­zy­wa się rave, albo tech­no. Za­tka­ła uszy, nie mogąc ze­brać myśli. Nie tego się spo­dzie­wa­ła, przy pierw­szej wi­zy­cie w klu­bie. Nie wie­dzia­ła czego się spo­dzie­wać, ale na pewno nie tego.

Za­mknę­ła drzwi i z dłoń­mi nadal przy­ło­żo­ny­mi do uszu, ru­szy­ła do baru. Sufit był dosyć niski, na­to­miast prze­strzeń sa­me­go klubu ogrom­na. Mi­nę­ła wła­śnie wy­sta­ją­cy frag­ment ce­gieł w ścia­nie i zdała sobie spra­wę, że to mu­sia­ły być nie­za­leż­ne miesz­ka­nia, które ktoś po­łą­czył w jedno, two­rząc par­kiet.

Od razu zro­bi­ło jej się dusz­no. Wy­obraź­nia po­ka­zy­wa­ła ob­ra­zy za­wa­la­ją­ce­go się skle­pie­nia. Brak pod­pór w klu­czo­wych miej­scach, znisz­czo­ne za­pew­ne też ścia­ny nośne. Jak mogli być tak nie­od­po­wie­dzial­ni? Prze­cież to za­gro­że­nie dla życia! Czemu nikt z tym nic nie robił?

Gdy ostat­nia myśl po­ja­wi­ła się w gło­wie, aż się za­trzy­ma­ła. Prze­cież to jest nie­ofi­cjal­ne. Nie­le­gal­ne. Muszą sobie ra­dzić, jak mogą. A rząd by się ucie­szył na taką ka­ta­stro­fę. Ro­zej­rza­ła się ze wsty­dem, upew­nia­jąc się, że nikt nie usły­szał przy­pad­kiem jej myśli i skar­ci­ła się za urzęd­ni­cze po­dej­ście, po czym ru­szy­ła dalej do baru.

Po pew­nym cza­sie, gdy zdą­ży­ła wypić drin­ka i od­rzu­cić parę za­lo­tów ad­o­ra­to­rek, nadal nie do­strze­ga­ła celu wi­zy­ty. Pa­trzy­ła na ko­lo­ro­wy tłum i nie do­wie­rza­ła, że ist­nie­je aż tyle barw. Na po­wierzch­ni ro­bot­ni­cy no­si­li zwy­kle sza­rość, bo ten kolor ma­te­ria­łu był naj­tań­szy, do­to­wa­ny. Bo­gat­si po­zwa­la­li sobie na eks­tra­wa­gan­cje ko­lo­rów, ale ukry­wa­li się w wy­dzie­lo­nych dziel­ni­cach, byle tylko nie do­ty­kać bie­do­ty.

Pod­czas gdy się za­my­śli­ła, na skra­ju par­kie­tu po­ja­wi­ła się nowa para tań­czą­cych. W jed­nym z nich roz­po­zna­ła cel. Niski męż­czy­zna z bujną, brą­zo­wą czu­pry­ną. Dosyć umię­śnio­ny i chyba można było go na­zwać przy­stoj­nym, cho­ciaż nie po­do­bał się Evie. Praw­do­po­dob­nie przez oczy, wą­skie, nie­rów­no roz­sta­wio­ne, zbyt głę­bo­ko osa­dzo­ne w czasz­ce.

Obaj męż­czyź­ni byli spo­ce­ni. Gdy mi­nę­ła pio­sen­ka, skie­ro­wa­li się w stro­nę baru i usie­dli nie­opo­dal. Naj­bar­dziej non­sza­lanc­ko, jak tylko po­tra­fi­ła, zer­k­nę­ła w ich stro­nę. Gdy za­uwa­ży­ła, że byli za­pa­trze­ni w sie­bie na­wza­jem, przy­glą­da­ła się już bez dal­sze­go skrę­po­wa­nia.

To był on. Mino, Za­bój­ca. Miała go ob­ser­wo­wać. Wie­dzie­li, że za­bi­ja z bli­ska, do­ty­ka­jąc dru­giej osoby. Mógł ste­ro­wać sy­gna­łem serca. Strasz­na mo­dy­fi­ka­cja ge­ne­tycz­na, zwłasz­cza dla osób, które tego do­świad­cza­ły.

Po paru mi­nu­tach od­po­czyn­ku męż­czyź­ni ru­szy­li z po­wro­tem na par­kiet. Przy­tu­la­li się, mimo iż żywa mu­zy­ka do tego ra­czej nie skła­nia­ła.

Nagle to­wa­rzysz Mino osu­nął się na pod­ło­gę, cały czas trzy­ma­ny za dłoń. Skóra do skóry.

Eva od­sta­wi­ła gwał­tow­nie drin­ka, roz­le­wa­jąc napój po la­dzie i wsta­ła. Nie­ste­ty, tylko ob­ser­wa­cja, skar­ci­ła się w duchu. To, co wi­dzia­ła, było spek­ta­klem, a lu­dzie do­oko­ła roz­stą­pi­li się i pa­trzy­li tępo na scenę, nie chcąc zro­zu­mieć prze­ka­zu.

Za­bój­ca krzy­czał, pro­sząc o pomoc. Eva wie­dzia­ła, że gdyby chciał pomóc, pu­ścił­by trzy­ma­ną dłoń, prze­rwał­by kon­takt. Za­ci­snę­ła zęby, zmu­sza­jąc się do bez­ru­chu.

Bę­dzie mu­sia­ła po­wie­dzieć do­wódz­twu, że po­win­ni zabić tego czło­wie­ka. Albo sama spró­bu­je to zro­bić. To nie moc, która może po­zo­stać w za­się­gu rządu.

Tylko dla­cze­go tym razem nie wy­brał pry­wat­niej­sze­go miej­sca? Może wtedy mo­gła­by ura­to­wać, zro­bić co­kol­wiek. Tutaj ry­zy­ko­wa­ła zbyt wiele.

W końcu, po ja­kiejś mi­nu­cie, Mino wy­pu­ścił dłoń byłej rand­ki i usiadł, gorz­ko pła­cząc i obej­mu­jąc rę­ka­mi ko­la­na. Nikt obec­ny nawet się nie schy­lił, żeby pomóc w re­ani­ma­cji. Ktoś wy­łą­czył mu­zy­kę, a w tłu­mie roz­le­gły się po­mru­ki i szep­ty.

Eva wie­dzia­ła, że to, co się tutaj stało, jest per­fek­cyj­ną wy­mów­ką dla Za­bój­cy. A jed­nak jego łzy wy­da­wa­ły się szcze­re. Wi­dzia­ła z da­le­ka, że wręcz się trzę­sie przez ko­lej­ne spa­zmy. Jego twarz wy­ra­ża­ła tylko ból i ża­łość, zmarszcz­ki na czole, ści­ska­nie po­wiek, czer­wo­ne ślady na po­licz­kach.

Ko­bie­cie zro­bi­ło się go wręcz żal. Mimo to nie mogła długo roz­pa­mię­ty­wać wy­da­rzeń. Do tłumu za­czę­ło do­cie­rać, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło i lu­dzie tło­czy­li się przy wyj­ściu. Zgi­nął czło­wiek. Nie­dłu­go wpad­nie agen­tu­ra i będą prze­py­ty­wać, kogo się da.

Pró­bu­jąc do­pchać się do drzwi, Eva obej­rza­ła się ostat­ni raz przez ramię.

Za­bój­ca dalej sie­dział, z głową na ko­la­nach, nie po­ru­sza­jąc się.

 

4. Pętla

 

„Muszę z tym skoń­czyć, muszą po­zwo­lić, bła­gam”.

Ciało za­bi­te­go le­ża­ło obok Mino. Sie­dział sku­lo­ny przy de­na­cie i gła­dził wnę­trze swo­jej dłoni. Wie­dział, że gdzieś tam, tuż pod po­wierzch­nią skóry, mi­kro­bo­ty two­rzą siat­kę, która prze­twa­rza sy­gnał umy­słu na im­puls ste­ru­ją­cy cu­dzy­mi ser­ca­mi. Do­słow­nie. Moc, o którą nigdy nie pro­sił. Mógł ra­to­wać życie, ale los, i przede wszyst­kim rząd, chcie­li ina­czej.

Otę­pie­nie nie po­zwa­la­ło my­śleć jasno, aż do świa­do­mo­ści prze­bi­ły się pierw­sze krzy­ki. Czas ucie­kać.

Wkro­czyć do po­ko­ju ochro­ny i za­brać na­gra­nia.

Prze­brać się w nor­mal­ne ciu­chy.

Uciec do bez­piecz­ne­go domu.

Zło­żyć ra­port.

Lista zadań. Stara, dobra przy­ja­ciół­ka.

Za­bój­ca po­cią­gnął nosem i wstał. Ru­szył w stro­nę ochro­ny. Tym razem nie miał za­cie­rać śla­dów, więc zo­sta­wił w spo­ko­ju ciało by­łe­go to­wa­rzy­sza tańca.

„Dziw­na misja”, po­my­ślał. Zwy­kle mie­sią­ca­mi miał zdo­by­wać za­ufa­nie oraz in­for­ma­cje i do­pie­ro na sam ko­niec za­bi­jał. Bez śla­dów, bez ja­kie­go­kol­wiek wska­za­nia, że ktoś z ze­wnątrz miał stycz­ność z ofia­ra­mi. Teraz miał to zro­bić jaw­nie, przy świad­kach. Może chcie­li go wy­eli­mi­no­wać?

Ale nie do­stał roz­ka­zu po­zo­sta­wie­nia na­grań. Prze­ocze­nie, czy ce­lo­wa gra?

Po­krę­cił głową i roz­po­czął re­ali­za­cję planu.

 

***

 

Znowu sie­dział przy biur­ku Bi­tra­ma. Wy­słu­chi­wał ty­ra­dy, jak to misje są serią po­ra­żek i że Mino jest nic nie­wart. Znowu Chris lekko przy­tem­pe­ro­wał za­pę­dy niż­sze­go rangą urzęd­ni­ka, de­li­kat­nie, jakby nie chciał ura­zić.

„Czy wszyst­ko za­wsze bę­dzie takie samo? Czy je­stem ska­za­ny?”, roz­my­ślał mi­mo­wol­nie Za­bój­ca.

– Nie przej­muj się nim – rzu­cił szef, gdy sia­da­li już w za­mknię­tym ga­bi­ne­cie. – Musi tro­chę po­ga­dać.

Wy­cią­gnął ka­raf­kę z bru­nat­ną cie­czą na blat.

– My­śla­łem o tym, o co mnie po­pro­si­łeś – kon­ty­nu­ował, na­le­wa­jąc whi­sky do szkla­nek. – To nie bę­dzie łatwe. Po­ja­wi­ła się na­stęp­na misja, do któ­rej na­da­jesz się ide­al­nie.

– Na­stęp­na misja – od­po­wie­dział głu­cho Mino. – Ale…

– Ro­bi­łem, co mo­głem, na­praw­dę – wszedł w słowo Chris. – Lu­dzie wyżej w hie­rar­chii. Oni widzą ak­ty­wa, nie cie­bie. Na razie nie mogę nic za­gwa­ran­to­wać, będę dalej roz­ma­wiać.

– Ja już nie mogę – wy­szep­tał w od­po­wie­dzi. – Już nie mogę. Nie mogę. Nie mogę – dodał, za każ­dym razem coraz gło­śniej, czu­jąc, że wzbie­ra­ją w nim emo­cje, które w prze­szło­ści po­tra­fi­ły do­pro­wa­dzić do ataku pa­ni­ki.

– Żoł­nie­rzu! – wy­krzyk­nął Chris. – Jakie kroki po­dej­miesz przed ko­lej­ną misją!

– Sir! Zdam ra­port z tej, prze­czy­tam tecz­kę, przy­go­tu­ję hi­sto­rię mo­je­go alter ego, za­cznę re­ali­zo­wać misję! – od­krzyk­nął Mino, za­sko­czo­ny, ale też wdzięcz­ny. Chris wie­dział, jak mu pomóc, na niego mógł do tej pory za­wsze li­czyć. – Dzię­ku­ję sir. Je­stem gotów zdać spra­woz­da­nie.

– Do­brze, słu­cham – od­po­wie­dział i oparł się w fo­te­lu.

Opo­wieść Mino nie za­ję­ła wiele czasu. Wie­dział, na co zwró­cić uwagę, a co może po­mi­nąć, robił to wie­lo­krot­nie, a wy­jąt­ko­wo misja nie za­wie­ra­ła wielu in­for­ma­cji o celu.

– …i jesz­cze jedno, ko­bie­ta. Ob­ser­wo­wa­ła mnie. My­śla­ła, że nie widzę, pa­trzy­ła pro­sto na nas.

Chris za­marł ze szklan­ką w po­ło­wie drogi do ust. Od­sta­wił na­czy­nie i po­dra­pał się po bro­dzie.

– Opisz ją – rzu­cił.

Za­bój­ca, z pół­przy­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi, dyk­to­wał ko­lej­ne de­ta­le, po­ja­wia­ją­ce się w jego umy­śle. Cią­głe po­pra­wia­nie ko­lo­ro­we­go stro­ju. Czar­ne włosy się­ga­ją­ce do ra­mion i nie­mal nie­wi­docz­ne zna­mię tuż pod wargą. Za­dar­ty, mały nos. Blada cera. To, jak bez­czel­nie się w niego wpa­try­wa­ła, my­śląc, że nie widzi.

– Ama­tor­ka. Nikt istot­ny – spo­strzegł w za­my­śle­niu Chris, gdy spra­woz­da­nie się skoń­czy­ło. Stu­kał przy tym ryt­micz­nie pa­znok­cia­mi w biur­ko. – Nikt na kogo warto po­świę­cić czas, ale luź­nych nitek się nie zo­sta­wia. Trze­ba się nią zająć – za­koń­czył i spoj­rzał pro­sto na Za­bój­cę.

– Ja?! – krzyk­nął Mino, zry­wa­jąc się z sie­dzi­ska. – Ja za­bi­jam zbyt wolno, wy­ślij­cie kogoś, kto się na tym zna, za­bój­cę!

– Za­po­mi­nasz się – od­rzekł chłod­no Chris, po­cią­ga­jąc długi łyk whi­sky. – Tylko ty znasz wy­gląd. Jak sobie to wy­obra­żasz, po­dyk­tu­jesz listę cech?

– Mam na­gra­nia…

– Masz też roz­kaz.

Słowa prze­ło­żo­ne­go spra­wi­ły, że oklapł na krze­sło i się sku­lił. Ten czło­wiek, Chris, był wszyst­kim, co zna. Nie może sobie po­zwo­lić, aby zro­bić z niego wroga.

– Oczy­wi­ście – po­in­for­mo­wał Mino, gło­sem bez wy­ra­zu.

 

5. Za­wsze jest ko­lej­na misja

 

Widok za oknem nie na­pa­wał Evy opty­mi­zmem. Smut­no było przy­glą­dać się sza­rym ro­bot­ni­kom, prze­pły­wa­ją­cym tłum­nie w dro­dze do pracy, zwy­kle w jakiś spo­sób na rzecz rządu.

Wła­śnie świ­ta­ło. Wi­dzia­ła zarys, pro­jek­cję sztucz­ne­go słoń­ca na ho­ry­zon­cie. Za­wsze o tej samej go­dzi­nie. Ich ko­pu­ła nie za­wo­dzi­ła.

Po­krę­ci­ła głową i usia­dła w fo­te­lu. Pa­rę­na­ście go­dzin temu wi­dzia­ła śmierć nie­win­nej osoby. Śmierć, któ­rej nie mogła za­po­mnieć i przez którą nie mogła spać. Eva czuła, że się oszu­ki­wa­ła. Nie bę­dzie w sta­nie ko­go­kol­wiek zabić, skoro taki widok przy­pra­wiał ją o mdło­ści. Bę­dzie mu­sia­ła oddać zle­ce­nie.

Cichy sze­lest w miesz­ka­niu przy­kuł uwagę ko­bie­ty. Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i za­sty­gła z ręką na opar­ciu fo­te­la.

– Czemu mnie ob­ser­wo­wa­łaś? – wy­szep­tał Za­bój­ca, pod­no­sząc por­ce­la­no­wą fi­gur­kę z ko­mo­dy i przy­glą­da­jąc się przed­mio­to­wi z uwagą.

– Ja… – nagła su­chość w ustach nie po­zwa­la­ła ko­bie­cie na swo­bod­ną wy­po­wiedź. Nie wie­dzia­ła zresz­tą co po­wie­dzieć, myśli pę­dzi­ły od pa­ni­ki do próby wy­my­śle­nia wy­mi­ja­ją­cej od­po­wie­dzi. – Mia­łam cię ob­ser­wo­wać dla opo­zy­cji. Je­steś na li­ście osób nie­bez­piecz­nych, Mino. Boimy się cie­bie.

Męż­czy­zna za­marł z por­ce­la­ną w dłoni. Uniósł brwi, jakby pró­bo­wał do­my­ślić się pod­stę­pu w tak otwar­tym przy­zna­niu się do dzia­ła­nia na rzecz prze­ciw­ni­ków rządu. Od­sta­wił po­wo­li przed­miot i wpa­try­wał się w nią ciem­ny­mi ocza­mi, które w tym świe­tle wy­da­wa­ły się cał­ko­wi­cie puste.

– Przy­sze­dłem cię zabić – oznaj­mił bez­na­mięt­nie, jakby mówił o po­go­dzie. – Słusz­nie się bo­icie.

– Do­my­śli­łam się – od­po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się opa­no­wać pi­skli­wy głos. – Po­roz­ma­wiasz ze mną, skoro i tak mnie za­bi­jesz? Je­stem Eva.

– Nie. Mam za­da­nie i…

– Nie lu­bisz za­bi­jać – we­szła mu w słowo. – Wi­dzia­łam w klu­bie. Czemu to ro­bisz?

– Nie twoja sprawa – burk­nął, zbli­ża­jąc się do niej. – Co cię to ob­cho­dzi? Zaraz zgi­niesz, po co tra­cić czas?

– Bo mo­żesz po­wie­dzieć wszyst­ko, a ja nie mogę tego stąd wy­nieść.

Za­trzy­mał się i spoj­rzał, niby wprost na nią, ale jakby nie wi­dząc. Po chwi­li wa­ha­nia skie­ro­wał się w stro­nę ka­na­py przy fo­te­lu. Eva zdała sobie spra­wę, że być może dla niego po­zna­wa­nie ofia­ry było na­tu­ral­ną ko­le­ją rze­czy i to nie jest suk­ces. Za­drża­ła.

– Do­brze – od­po­wie­dział, sia­da­jąc na skra­ju mebla. Wpa­try­wał się w nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny punkt na prze­ciw­le­głej ścia­nie. – O czym chcesz po­ga­dać?

– Czemu wy­bie­rasz te osoby, a nie inne?

– Ja ich nie wy­bie­ram, zo­sta­ją mi wy­bra­ne. Ja speł­niam misję, wy­ko­nu­ję listę.

– Nie lu­bisz tego – po­wtó­rzy­ła. Cią­gła bez­na­mięt­ność w gło­sie Za­bój­cy spra­wia­ła, że czuła jakby po­łknę­ła zimne ka­mie­nie, które teraz ciążą w żo­łąd­ku. Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła wy­mio­ty. – Ta jedna noc w klu­bie po­wie­dzia­ła mi o tobie wię­cej, niż mie­sią­ce roz­mów. Mo­men­ta­mi wy­glą­da­łeś, że się świet­nie ba­wisz, a zaraz potem na twoją twarz wra­cał cień, jak­byś sobie przy­po­mi­nał, dla­cze­go się po­zna­li­ście.

– Moje uczu­cia nie mają zna­cze­nia. Nie znam nic in­ne­go – bąk­nął. – Teraz moja kolej, gdzie w domu trzy­masz ko­mu­ni­ka­cję z opo­zy­cją?

Zer­k­nę­ła szyb­ko w stro­nę ko­mo­dy i skar­ci­ła się w my­ślach. Na pewno to za­uwa­żył.

– Tam, środ­ko­wa szu­fla­da, po­dwój­ne dno – po­wie­dzia­ła z re­zy­gna­cją w gło­sie. Stra­ci­ła po­ten­cjal­ną kartę prze­tar­go­wą. – Mino, będę z tobą szcze­ra, cał­ko­wi­cie, obie­cu­ję. Ale po­zwól mi le­piej zro­zu­mieć, dla­cze­go to ro­bisz, skoro tego nie­na­wi­dzisz. Dla­cze­go nie odej­dziesz?

Wstał jesz­cze w trak­cie py­ta­nia i pod­szedł do mebla. Wy­rzu­cił za­war­tość szu­fla­dy i za­czął skro­bać po niej pa­znok­cia­mi, pró­bu­jąc pod­wa­żyć dno.

– Nie mam wy­bo­ru. Albo służę, albo ześlą mnie na Wyspę. Albo za­bi­ją. Takie mam opcje.

– Mógł­byś też do nas do­łą­czyć. Za­pew­ni­li­by­śmy azyl.

Mino za­marł. Eva za­uwa­ży­ła, że czoło na do­tych­czas bez­na­mięt­nej twa­rzy Za­bój­cy zmarsz­czy­ło się. Wresz­cie udało jej się prze­bić. Po­czu­ła gęsią skór­kę na ple­cach, dreszcz eks­cy­ta­cji, wy­da­ją­cy się tak bar­dzo nie na miej­scu.

– Zmie­nię tylko wła­ści­cie­la. Nadal będę psem na po­sył­ki, tylko innej osoby – wark­nął ostat­nie słowa, pró­bu­jąc otwo­rzyć skryt­kę siłą.

– Nie, Mino, je­że­li nie bę­dziesz chciał, już nigdy nie od­bie­rzesz życia. Tra­fisz do jed­nej z na­szych en­klaw. Nie wiem, gdzie są, ale są! – do­da­ła szyb­ko, uno­sząc palec wska­zu­ją­cy, gdy gwał­tow­nie spoj­rzał w jej stro­nę na wspo­mnie­nie o nie­zna­nych rzą­do­wi in­for­ma­cjach. – Za nisko je­stem w hie­rar­chii, żeby wie­dzieć. Kto jest twoim prze­ło­żo­nym? Może go znam, pra­co­wa­łam jako agent­ka.

– Pra­co­wa­łaś jako agent­ka i dzia­łasz w opo­zy­cji? – za­py­tał, znowu prze­ry­wa­jąc pracę i uno­sząc brwi. – I nie pró­bo­wa­li cię wy­eli­mi­no­wać?

– Nie, nie wie­dzą. Nie są wszech­wie­dzą­cy. Opo­zy­cja dzia­ła od dekad, a rząd nie od­niósł więk­szych suk­ce­sów w eli­mi­na­cji. A wiesz, kogo za­bi­ja­łeś?

– Opo­zy­cja, ludzi zbyt ak­tyw­nych po­li­tycz­nie i in­nych bu­rzy­cie­li po­rząd­ku – wy­re­cy­to­wał bez­wied­nie, jakby zo­stał za­py­ta­ny o ta­blicz­kę mno­że­nia.

– Nie Mino, wśród two­ich celów byli opo­zy­cjo­ni­ści, to praw­da, ale w więk­szo­ści mia­łeś za­bi­jać osoby, które były przy­chyl­ne rzą­do­wi i z ja­kie­goś po­wo­du pod­pa­dły – ob­ja­śni­ła z pasją. – W tym byli inni z two­je­go fachu. Rząd nie liczy się z nikim. Je­ste­śmy – pod­kre­śli­ła słowo, ude­rza­jąc pię­ścią w otwar­tą dłoń – pion­ka­mi, które wy­rzu­ca­ją, jak tylko im się znu­dzi­my. Dla­te­go ode­szłam. Dla­te­go wie­rzę, że ty też mo­żesz.

Męż­czy­zna stał teraz, nadal z szu­fla­dą w dłoni, przy boku. Wpa­try­wał się w zie­mię i ewi­dent­nie to­czył we­wnętrz­ną walkę.

Eva pod­nio­sła się z fo­te­la i po­wo­li po­de­szła. Drgnął ner­wo­wo, gdy pró­bo­wa­ła za­brać mu frag­ment mebla, ale ustą­pił. Wci­snę­ła ukry­ty przy­cisk i po­dwój­ne dno od­sko­czy­ło. Wy­ję­ła i prze­glą­da­ła listy, a Mino nie prze­szka­dzał, wpa­tru­jąc się w jej po­czy­na­nia.

– Mój mąż, też nie wie­rzył, zo­stał. Za­bi­li go – wy­szep­ta­ła. – Na środ­ku ulicy, strzał i stra­ci­łam wszyst­ko.

W końcu zna­la­zła ko­per­tę, któ­rej szu­ka­ła. Uśmiech­nę­ła się po­mi­mo za­łza­wio­nych oczu i prze­czy­ta­ła na głos:

– „Nowe zle­ce­nie”, bla bla bla, „Mino, zwany też Za­bój­cą”, bla bla bla, „Ob­ser­wuj z bez­piecz­nej od­le­gło­ści”, „Znajdź słabe stro­ny”, „co po­wstrzy­mu­je go przed odej­ściem z rządu”, o, „Z do­tych­cza­so­wych in­for­ma­cji wiemy, że nie­na­wi­dzi za­bi­jać, ale z ja­kie­goś po­wo­du dalej to robi”.

Prze­rwa­ła czy­ta­nie i spoj­rza­ła na Mino, który za­mknął teraz oczy i po pro­stu stał, ni­czym za­gu­bio­ne dziec­ko. Wy­glą­dał, jakby nie wie­dział, co dalej zro­bić.

Drżą­cy­mi dłoń­mi ujęła go za ło­kieć, a on pod­sko­czył i zer­k­nął zdzi­wio­ny, ale dał po­pro­wa­dzić się z po­wro­tem na ka­na­pę. Wrę­czy­ła mu stos li­stów i wró­ci­ła do ko­mo­dy, szu­ka­jąc w niej pacz­ki słod­ko­ści. Wie­dzia­ła też, że pod sto­sem skar­pet i bie­li­zny znaj­du­je się pi­sto­let.

– Obie­ca­łam ci cał­ko­wi­tą szcze­rość, więc nie de­ner­wuj się na mnie, pro­szę – rzu­ci­ła po chwi­li ciszy, sta­ra­jąc się brzmieć swo­bod­nie, mimo sza­le­ją­cej w jej wnę­trzu burzy. – Jest jesz­cze dal­sza część, nie­ste­ty już mniej przy­jem­na.

Po­de­rwał gwał­tow­nie głowę i ze­rwał się z sie­dzi­ska. Pod­szedł do niej dwoma du­ży­mi kro­ka­mi i zła­pał za ręce. Eva czuła jego przy­spie­szo­ny od­dech na karku oraz na­pię­te mię­śnie.

– Zabić mnie – wark­nął, za­glą­da­jąc przez ramię ko­bie­ty. Wyraz zdzi­wie­nia po­ja­wił się na jego twa­rzy, gdy za­uwa­żył ciast­ka. I nic poza tym.

– Tylko w osta­tecz­no­ści. Tylko, gdyby wszel­kie in­for­ma­cje o two­jej nie­na­wi­ści do za­bi­ja­nia, oka­za­ły­by się fał­szy­we. – De­li­kat­nie wy­swo­bo­dzi­ła się z uści­sku, po­sta­wi­ła słod­ko­ści na sto­li­ku, wzię­ła jedno i usia­dła na fo­te­lu. – Pro­szę, czę­stuj się.

Męż­czy­zna z nie­zbyt mą­drym wy­ra­zem twa­rzy nadal stał przy ko­mo­dzie. Przy­po­mi­nał dra­pież­ni­ka, na­pię­ty jak stru­na, w każ­dej chwi­li gotów do­paść ofia­rę. Eva czuła spły­wa­ją­cy po ple­cach pot, ale mimo wszech­ogar­nia­ją­ce­go stra­chu, grała dalej. Wi­dzia­ła, że obro­na Za­bój­cy pęka. On chciał uwie­rzyć. Chciał dać się prze­ko­nać. Po­sta­no­wi­ła za­ry­zy­ko­wać, oddać ostat­ni atut.

– A je­że­li cho­dzi o broń, to jest pod skar­pe­ta­mi, z pra­wej stro­ny. Mo­głam pró­bo­wać – pod­kre­śli­ła, pa­trząc pro­sto w oczy opraw­cy i na­chy­la­jąc się do przo­du. – Wszy­scy mamy wybór. Za­wsze. Ja wy­bie­ram wiarę w cie­bie. Twój osąd.

Mino szyb­ko prze­szpe­rał szu­fla­dę i wy­cią­gnął pi­sto­let. Spraw­dził ma­ga­zy­nek, prze­ła­do­wał, a na­stęp­nie wy­ce­lo­wał.

– Moje życie jest… Ja… ja nie wiem… Co… – jąkał się, tra­cąc przy tym całą aurę ta­jem­ni­czo­ści, która go do tej pory ota­cza­ła.

Teraz wy­glą­dał po pro­stu na skrzyw­dzo­ne­go czło­wie­ka, który uwa­żał, że nie ma wy­bo­ru.

 

***

 

Wszyst­ko w Mino bu­zo­wa­ło od nad­mia­ru emo­cji, a pi­sto­let, na­rzę­dzie za­bój­ców, cią­żył w wy­cią­gnię­tej dłoni. Ce­lo­wał w ko­bie­tę przed sobą i nie wie­dział, co dalej zro­bić. Miał ocho­tę coś znisz­czyć, albo biec, przed sie­bie, bez celu. Nie był przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kiej ilo­ści uczuć.

– Dla­cze­go chcesz mi niby pomóc. Co z tego masz! – wrza­snął nagle i po­czuł, że jego słowa prze­ra­dza­ją się w pisk. Za­ci­snął usta i wpa­try­wał się wrogo w Evę.

Drgnę­ła na dźwięk głosu, ale dalej sie­dzia­ła, lekko po­chy­lo­na. Mimo pa­nu­ją­ce­go pół­mro­ku jej nie­bie­skie oczy lśni­ły od nie­daw­nych łez, a na twa­rzy go­ścił uśmiech. Nie kpią­cy, bar­dziej po­krze­pia­ją­cy, do­bro­tli­wy. Czy to była gra? Jak ktoś mógł pa­trzeć w lufę broni i się tak za­cho­wy­wać?

Tylko prze­cież mu­sia­ła zda­wać sobie spra­wę, że mógł ją zabić od po­cząt­ku, wie­dzia­ła, kim jest. A mimo to wy­da­wa­ła się chcieć pomóc. To mogły być po­zo­ry, sztucz­ki szczu­ra przy­par­te­go do ścia­ny, nie mógł ufać.

Ale od­da­ła broń. A miała oka­zję.

Po­czuł ukłu­cie nie­na­wi­ści. Dla­cze­go to zro­bi­ła. Dla­cze­go tak utrud­nia­ła za­da­nie?

– Nic. Spo­kój ducha? Prze­ży­ję? Nie ukry­wam, że to też jest tro­chę mój cel – za­śmia­ła się, nie­spo­dzie­wa­nie, spra­wia­jąc, że le­żą­cy na spu­ście palec Za­bój­cy za­drżał.

Prze­klę­ta isto­ta, po­my­ślał i otarł pot z czoła.

– Ja mia­łem tylko przej­rzeć na­gra­nia, zi­den­ty­fi­ko­wać, wy­śle­dzić, wy­cią­gnąć in­for­ma­cje, zabić, zło­żyć ra­port. Nic wię­cej, to moja rola. Na­gra­nia, zi­den­ty­fi­ko­wać, wy­śle­dzić, wy­cią­gnąć in­for­ma­cje, zabić, zło­żyć ra­port. Na­gra­nia, zi­den­ty­fi­ko­wać…

Za­czął w kółko po­wta­rzać listę, ni­czym man­trę. Chwiał się przy tym de­li­kat­nie w przód i w tył, cały czas ce­lu­jąc w ko­bie­tę, która wpa­try­wa­ła się w pi­sto­let ni­czym za­hip­no­ty­zo­wa­na. Nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać przed re­cy­ta­cją.

To go uspo­ka­ja­ło.

Po­zwa­la­ło my­śleć.

Mu­siał po­roz­ma­wiać z Chri­sem, zwe­ry­fi­ko­wać in­for­ma­cje, zanim po­dej­mie dal­sze de­cy­zje.

Chciał też zo­ba­czyć tecz­kę z po­przed­niej misji. Jego cel nie był złym czło­wie­kiem. Po­znał go zbyt do­brze. Ani razu nie po­wie­dział nic, co czy­ni­ło go złą osobą. Ko­chał żonę, dzia­łał na rzecz róż­nych fun­da­cji. Omi­jał po­li­ty­kę sze­ro­kim łu­kiem. Co ta­kie­go mogło się tam kryć, że rząd po­sta­no­wił go wy­eli­mi­no­wać?

„Je­że­li za­bi­ja­łem osoby tylko dla czy­je­goś ka­pry­su. Je­że­li dzia­ła­łem bez po­wo­du, to na­praw­dę je­stem… tym sło­wem, któ­rym mnie okre­śla­ją”, po­my­ślał z prze­ra­że­niem.

– …in­for­ma­cje, ra­port, zabić – prze­rwał man­trę i gwał­tow­nie opu­ścił pi­sto­let, co spo­wo­do­wa­ło, że Eva aż pod­sko­czy­ła.

– Jaką mam gwa­ran­cję, że mną nie ma­ni­pu­lu­jesz? Że fak­tycz­nie będę mógł do­łą­czyć i nigdy już ni­ko­go nie zabić? – za­py­tał, teraz cał­ko­wi­cie spo­koj­nym gło­sem.

– Tylko moje słowo – od­par­ła. – Ale obie­ca­łam, że nigdy cię nie okła­mię.

Cisza.

Nie uwie­rzył. A ona za­pew­ne o tym wie­dzia­ła. Ale nie od­da­ła strza­łu, gdy miała oka­zję.

Ski­nął głową.

– Cze­kaj na mnie, ja muszę zwe­ry­fi­ko­wać pewne in­for­ma­cje – stwier­dził Mino, po czym wy­cią­gnął pustą, od­sło­nię­tą dłoń na po­że­gna­nie.

Eva po­da­ła z wa­ha­niem rękę.

Wy­czuł, że jej serce pul­su­je nie­na­tu­ral­nie szyb­ko. Uniósł kącik ust i pu­ścił de­li­kat­ny im­puls. Nic groź­ne­go. Le­d­wie ostrze­że­nie. Ona po­czu­je tylko ukłu­cie. Niech nie pró­bu­je po­gry­wać.

 

6. Za­bój­ca

 

– Za­bój­ca. Tak mnie na­zy­wa­ją. Ta, Eva, twier­dzi­ła, że mogę żyć ina­czej. Mogę nie za­bi­jać, nie być… nie być tym sło­wem. Nie chcę być tym sło­wem, nie chcę, nie chcę, nie chcę.

Szedł bocz­ny­mi ulicz­ka­mi ku sie­dzi­bie głów­nej. Mówił do sie­bie przez całą drogę, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Nie może po­ka­zać się taki roz­trzę­sio­ny u Chri­sa. Może szko­le­nie po­zwa­la­ło mu wy­glą­dać na pew­ne­go sie­bie nie­za­leż­nie od sy­tu­acji. Jed­nak szef go znał, le­piej niż kto­kol­wiek. Od razu go od­czy­ta.

A musi po­znać od­po­wie­dzi. Za­py­tać, czy to, co mó­wi­ła ta sza­lo­na ko­bie­ta, było praw­dą. Tylko tak bę­dzie mógł za­ufać.

Po­pra­wił torbę na ra­mie­niu. Cią­ży­ła przez za­war­tość. Dawno nie miał przy sobie pi­sto­le­tu, mimo iż wie­dział, jak się nim po­słu­gi­wać. Przy­spie­szył i wkrót­ce do­tarł do wy­so­kie­go bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go. Szyb­ko wje­chał na od­po­wied­nie pię­tro i za­trzy­mał się w wej­ściu, za­sta­jąc tam Chri­sa, ro­bią­ce­go sa­me­mu kawę.

– O, Mino, do­brze cię wi­dzieć.

Za­ru­mie­nił się, jak gdyby przy­ła­pał prze­ło­żo­ne­go na ro­bie­niu cze­goś nie­przy­zwo­ite­go. Do tej pory nawet sobie nie uzmy­sła­wiał, że szef może po­trze­bo­wać kawy czy wody. Za­wsze wi­dział go w ga­bi­ne­cie, za­wsze spo­koj­ne­go, opa­no­wa­ne­go, roz­ka­zu­ją­ce­go. Bi­tra­ma naj­wy­raź­niej jesz­cze nie było, a Chris był zwy­kłym czło­wie­kiem. O dziwo.

– Chcesz kawy, her­ba­ty? – za­gad­nął.

Mino po­krę­cił głową i tylko pa­trzył. W końcu ru­szy­li razem w kie­run­ku stan­dar­do­we­go miej­sca ich roz­mów.

– To, co cię do mnie spro­wa­dza, mój chłop­cze, czyż­byś wy­tro­pił ko­bie­tę? – za­py­tał Chris, gdy już sie­dzie­li, łą­cząc przy tym opusz­ki pal­ców na wy­so­ko­ści brody.

– T-aak – za­jąk­nął się w od­po­wie­dzi Mino. – Ona po­wie­dzia­ła mi dużo rze­czy.

– O, do­praw­dy? – za­du­mał się Chris. – A cóż ta­kie­go ci po­wie­dzia­ła?

– Kogo za­bi­ja­łem? Kim były osoby, moje cele?

– Prze­cież do­sko­na­le wiesz – od­parł i oparł się łok­cia­mi o biur­ko. – Lu­dzie z opo­zy­cji, zbyt ak­tyw­ni po­li­tycz­nie i inni bu­rzy­cie­le po­rząd­ku. Po co ci znać szcze­gó­ły, mój chłop­cze?

– Muszę wie­dzieć, bła­gam. Czy jest szan­sa na to, że przej­dę na eme­ry­tu­rę? Tak na­praw­dę.

– Mino, mój drogi. – Ton Chri­sa się zmie­nił. Prze­ma­wiał teraz cie­płym, ro­dzi­ciel­skim w brzmie­niu gło­sem, a jego gesty stały się za­chę­ca­ją­ce. Roz­ło­żył sze­ro­ko ra­mio­na, jak do przy­tu­la­nia i przy­wo­łał na twarz uśmiech. Ką­ci­ki po­wiek po­zo­sta­wa­ły jed­nak gład­kie, a sam błysk na tę­czów­ce spra­wiał wra­że­nie bar­dziej… nie­bez­piecz­ne­go?

– Masz do wy­ko­na­nia listę zadań – kon­ty­nu­ował. – Po­wiedz, udało ci się ją zre­ali­zo­wać? Czy mo­że­my przejść do na­stęp­ne­go ele­men­tu? Je­steś na­szym naj­lep­szym agen­tem. Bar­dzo cię do­ce­nia­my.

– Ale eme­ry­tu­ra…

– Teraz to musi po­cze­kać – prze­rwał. – Pra­cu­ję nad tym, obie­cu­ję. Za­da­nie. Wy­ko­na­ne? Nie za­wio­dłeś mnie?

– Pro­szę. Po­wiedz, cho­ciaż kogo za­bi­ja­łem. Co było w tecz­ce z mojej przed­ostat­niej misji.

– O czym wy, do kurwy nędzy, roz­ma­wia­li­ście? – ryk­nął nagle Chris, ude­rza­jąc pię­ścią w stół tak, że z kubka wy­la­ła się część kawy.

Mino pod­sko­czył na krze­śle i sku­lił ra­mio­na, pa­trząc na swoje buty.

– Sir! Ja… ja… ja nie wiem… Ona mó­wi­ła rze­czy… Ona była… Ja…

– Ra­port! Co się wy­da­rzy­ło!

Za­bój­cy krę­ci­ło się w gło­wie. Nie ro­zu­miał, dla­cze­go Chris nie chciał od­po­wie­dzieć na żadne py­ta­nie. Prze­cież z tego, co mówi, to nie miał nic do ukry­cia.

– Czy chce­cie się mnie po­zbyć? – słowa wy­szły z ust mi­mo­wol­nie. Mino nie pa­no­wał nad nimi. Wy­po­wia­da­jąc py­ta­nie, wie­dział, że musi jed­nak paść, musi znać od­po­wiedź, nie­za­leż­nie od wła­sne­go stra­chu. Pierw­szy raz od dawna od­wa­żył się skrzy­żo­wać wzrok z prze­ło­żo­nym. – Czy po to mia­łem jawną misję?

Zo­ba­czył to! Na uła­mek se­kun­dy, na twa­rzy Chri­sa po­ja­wi­ło się prze­ra­że­nie. Na­tych­miast za­ma­sko­wa­ne po­gar­dą, ale Mino to do­strzegł. Nie mylił się, mu­siał oglą­dać prze­ra­że­nie na twa­rzach umie­ra­ją­cych osób za każ­dym razem, gdy był zmu­szo­ny zabić.

Ręce Chri­sa za­czę­ły po­wo­li wę­dro­wać w stro­nę szu­fla­dy biur­ka. Mino wy­cią­gnął pi­sto­let z torby i wy­ce­lo­wał w pierś prze­ło­żo­ne­go. Ten za­trzy­mał się w po­ło­wie ruchu.

– I co mi zro­bisz, za­bi­jesz mnie? – za­kpił. – Je­stem wszyst­kim, co masz, Mino.

– Oni mnie przyj­mą. Nie będę mu­siał za­bi­jać.

– Tak ci mówią, a przy pierw­szej oka­zji o to po­pro­szą – prze­ko­ny­wał Chris, uno­sząc kącik ust w drwią­cym gry­ma­sie. Widać było jed­nak, że po­bladł. – Niby zro­bią to miło, ale nie bę­dziesz mógł od­mó­wić.

– To uciek­nę. Będę wolny.

– Nie bądź głup­cem, będą cię ści­gać.

– A wy nie chcie­li­ście mnie wy­eli­mi­no­wać? – za­drwił Mino.

– Chłop­cze, za­wsze cię bro­ni­łem przed Bi­tra­mem, za­wsze mó­wi­łem mu „nie krzycz tak na niego, to dobre dziec­ko”. Bro­ni­łem cię przed wszyst­ki­mi, któ­rzy się oba­wia­li!

– Je­steś sze­fem Bi­tra­ma, mo­głeś mu na­ka­zać być mil­szym – za­smu­cił się Mino i opu­ścił na chwi­lę pi­sto­let. – Jaki ja je­stem ślepy!

Gdy tylko lufa prze­sta­ła ce­lo­wać Chri­so­wi w klat­kę pier­sio­wą, ten otwo­rzył gwał­tow­nie szu­fla­dę i pró­bo­wał ze­rwać się z krze­sła.

Mino był szyb­szy. Po­cią­gnął za spust, a huk wy­strza­łu roz­brzmiał mu w uszach. Po­czuł za­pach pro­chu i ni­czym w zwol­nio­nym tem­pie zo­ba­czył, jak ciało prze­ło­żo­ne­go opada z po­wro­tem na mebel.

Na twa­rzy Chri­sa ma­lo­wa­ło się za­sko­cze­nie. Zła­pał się za bok i trzy­mał ranę. Jego od­dech stał się rzę­żą­cy, a z twa­rzy od­pły­nę­ła resz­ta krwi.

– Ja… nie do­ce­nia­łem cię… – wy­po­wie­dział z tru­dem, na­bie­ra­jąc co chwi­la po­wie­trza. – Nie wie­rzy­łem… że je­steś do tego zdol­ny.

– Co było w tecz­ce? – wy­ce­dził Mino.

Szef uniósł po­wo­li dłoń, wska­zu­jąc otwar­tą szaf­kę z do­ku­men­ta­mi w rogu po­ko­ju.

– Tam są… od­po­wie­dzi i… ban­da­że.

– Zo­ba­czy­my, czy od­po­wie­dzi wy­star­czą – od­rzekł chłod­no.

Pod­szedł do prze­ło­żo­ne­go i od­su­nął go z krze­słem od biur­ka, za­bie­ra­jąc jed­no­cze­śnie broń z szu­fla­dy. Do­pie­ro wtedy skie­ro­wał się ku do­ku­men­tom, cały czas mając oko na śro­dek ga­bi­ne­tu.

Prze­my­kał wzro­kiem po grzbie­tach te­czek. Więk­szość sy­gna­tur nic mu nie mó­wi­ła, ale tra­fił w końcu na zna­jo­mą kom­bi­na­cję.

– Pomóż mi… naj­pierw.

Spoj­rzał na Chri­sa i nie ode­zwał się. Za­czął prze­glą­dać do­ku­men­ty, po­se­gre­go­wa­ne te­ma­tycz­nie w ko­szul­kach.

– Od­pra­wa, opis na po­trze­by wy­ko­naw­cy – czy­tał na głos spis tre­ści. – Opis szcze­gó­ło­wy, cel. O, pod­su­mo­wa­nie post­mi­syj­ne.

Otwo­rzył od­po­wied­nią stro­nę i do­tknął pal­ca­mi pla­sti­ko­wej ko­szul­ki. Kart­ka przed nim była prak­tycz­nie pusta. Za­wie­ra­ła parę od­ręcz­nie na­pi­sa­nych zdań, w któ­rych roz­po­znał cha­rak­ter pisma Chri­sa.

„Cel sprząt­nię­ty. Za­bój­ca ma wąt­pli­wo­ści. Po­trzeb­na ko­lej­na misja prze­trzy­mu­ją­ca, aby nie mógł za dużo my­śleć”.

Dalej zna­lazł swój szcze­gó­ło­wy ra­port z prze­bie­gu za­da­nia. A na samym końcu sa­mot­ny przed­miot, tecz­kę z sejfu sprzed paru dni.

Czuł, jak serce wali mu nie­na­tu­ral­nie szyb­ko. Mi­mo­wol­nie po­my­ślał, że do­ty­ka­jąc teraz czy­jejś skóry, pew­nie po­my­lił­by rytmy. Otarł spo­co­ne dło­nie o spodnie i otwo­rzył zna­le­zi­sko.

Za­marł, ko­lej­ny raz tego dnia. W środ­ku były licz­by, głów­nie zera. Do­ku­ment da­to­wa­ny na sprzed dwu­na­stu lat. Prze­rzu­cał stro­ny. Da­ro­wi­zny, zera. Kosz­ty ad­mi­ni­stra­cyj­ne, zera. Wer­to­wał stro­ny coraz szyb­ciej. Wszyst­kie za­wie­ra­ły te same, ze­ro­we prze­pły­wy pie­nięż­ne, zmie­nia­ła się tylko data.

Spraw­dzał mar­gi­ne­sy, wyj­mo­wał po­je­dyn­cze kart­ki i prze­świe­tlał je pod świa­tło, szu­kał dru­gie­go dna, zła­pał nawet za­pal­nicz­kę z biur­ka i pró­bo­wał ujaw­nić nie­wi­dzial­ny druk.

Nic.

Spra­woz­da­nia nie­czyn­nej fun­da­cji. Nic, z czego można wy­czy­tać co­kol­wiek.

– To nie ma sensu. Dla­cze­go mia­łem… Dla­cze­go aku­rat to? – wy­jąk­nął bar­dziej do sie­bie, cały czas szar­piąc i prze­wra­ca­jąc ko­szul­ki w se­gre­ga­to­rze.

Chris za­czął się śmiać, prze­ry­wa­jąc co chwi­la, aby za­czerp­nąć po­wie­trza.

– Nasze życie… to kłam­stwo… – wy­char­czał i splu­nął na bok, uśmie­chem po­ka­zu­jąc za­krwa­wio­ne dzią­sła. – Ucie­kaj… póki… mo­żesz…

Nie za­szczy­cił prze­ło­żo­ne­go re­ak­cją, ale wie­dział, że ma rację. Musi zni­kać, zanim Bi­tram do­trze do pracy i wszcz­nie alarm.

Na­tra­fił na no­tat­kę przy jed­nym z opi­sów, na­pi­sa­ną od­ręcz­nie, bo­kiem na mar­gi­ne­sie, znowu cha­rak­ter pisma Chri­sa.

„Nie zna­leź­li­śmy ha­czy­ków. Zle­cam sprząt­nię­cie, Za­bój­ca za bar­dzo się przy­wią­zu­je”.

Wpa­try­wał się w drob­ne li­te­ry, pró­bu­jąc ogar­nąć umy­słem, to, czego się do­wie­dział.

Sły­szał coraz gło­śniej­szy pisk w uszach, wwier­ca­ją­cy się w czasz­kę, jakby znów wy­strze­lił, tylko tym razem z ar­ma­ty, tuż przy uchu. Mu­siał się po­de­przeć, aby nie upaść.

Przed ocza­mi prze­la­ty­wa­ły mu twa­rze za­bi­tych.

Jego ostat­ni to­wa­rzysz-tan­cerz, o któ­rym nie wie­dział pra­wie nic, oprócz tego, że bar­dzo się pocił. Czy jego je­dy­ną zbrod­nią była in­dy­wi­du­al­ność?

Wła­ści­ciel wielu fun­da­cji, któ­re­go tecz­kę wła­śnie prze­glą­dał. Przy­po­mniał sobie, jak parę minut przed śmier­cią zwie­rzał się, że ża­łu­je, że nie może zro­bić wię­cej, bo boi się apa­ra­tu pań­stwo­we­go.

Pra­wie wszyst­kich mu­siał po­znać, zbli­żyć się. Żadna z tych osób nie za­słu­gi­wa­ła na śmierć tylko na pod­sta­wie zna­jo­mo­ści, ale za­wsze ufał roz­ka­zom, ufał oce­nie Chri­sa i dal­szych prze­ło­żo­nych. Każdy z celów miał wady i za­le­ty. A on był żoł­nie­rzem, agen­tem Ver­dis, na­rzę­dziem nie­wi­dzą­cym szer­sze­go ob­raz­ka.

Pion­kiem.

Czy za każdą z tych osób stała nic nie­zna­czą­ca tecz­ka z nic nie­zna­czą­cy­mi do­wo­da­mi?

– Je­stem Za­bój­cą – wy­szep­tał, za­ci­ska­jąc po­wie­ki i sta­ra­jąc się stłu­mić w sobie bu­zu­ją­ce emo­cje. Nie mógł się roz­pła­kać. Nie tu, nie przy nim. – Jak ci wszy­scy z bro­nią.

Zbli­żył się do Chri­sa i chwy­cił go za rękę, dużo gwał­tow­niej, niż pla­no­wał. Od razu w jego umy­śle po­ja­wił się ak­tu­al­ny rytm serca prze­ło­żo­ne­go. Bar­dzo słaby, nie­mal na gra­ni­cy.

– Zabij… mnie… – Spoj­rzał mu w oczy wy­zy­wa­ją­co. – Pokaż… że mie­li­śmy rację.

Mino odło­żył trzy­ma­ną dłoń na rant krze­sła. Po­pa­trzył na ko­mo­dę z ra­por­ta­mi, potem z po­wro­tem na bladą twarz przed sobą. Pod­szedł do mebla, zgar­nął le­żą­cą ap­tecz­kę i wró­cił, kła­dąc ją na ko­la­nach Chri­sa.

– Zwal­niam się – od­po­wie­dział, już bez emo­cji.

Szyb­kim kro­kiem wy­szedł na ko­ry­tarz, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

 

Epi­log

 

Mino sie­dział sku­lo­ny na krze­śle, w małym po­miesz­cze­niu. Nie­wiel­ka struż­ka świa­tła wle­wa­ła się przez opusz­czo­ne ro­le­ty, oświe­tla­jąc zarys sta­ro­świec­kiej ka­na­py i pod­kre­śla­jąc uno­szą­cy się kurz. Wstał roz­pro­sto­wać kości i usły­szał serię strzyk­nięć. Po­ło­żył dłoń na bio­drach i pró­bo­wał się tro­chę roz­cią­gnąć.

Odkąd od­szedł ze służ­by, ponad pół roku temu, miał mało oka­zji do tre­nin­gów. Czasu pew­nie by wy­star­czy­ło, ale od­wie­dza­nie po­li­go­nów czy nawet si­łow­ni było trau­ma­tycz­ne. Przy­wo­dzi­ło na myśl te wszyst­kie dni, w któ­rych był zmu­szo­ny za­bi­jać.

A tego nigdy wię­cej.

– Mino! Je­steś po­trzeb­ny! – Pie­lę­gniar­ka otwo­rzy­ła gwał­tow­nie drzwi dy­żur­ki i przy­glą­da­ła się wnę­trzu ciem­ne­go po­ko­ju. – Sala dwu­na­sta, pa­cjent, re­su­scy­ta­cja od dzie­się­ciu minut.

Po­marsz­czo­na twarz ko­bie­ty nie wy­ra­ża­ła emo­cji, ale z do­świad­cze­nia wie­dział, że pod maską kryje się wię­cej em­pa­tii, niż jest to roz­sąd­ne w za­wo­dzie.

– Bie­gnę, dzię­ku­ję Tissi – od­po­wie­dział, zła­pał swój biały kitel i wy­szedł w jasne świa­tło, mru­żąc po­wie­ki. Ru­szył szyb­kim kro­kiem, oglą­da­jąc się na pie­lę­gniar­kę.

– Pro­szę, pro­szę, zo­sta­nę z tyłu, gnaty już nie te – stwier­dzi­ła Tissi, sto­jąc dalej w drzwiach i ma­su­jąc dół ple­ców.

Od ja­kie­goś czasu na­rze­ka­ła na zdro­wie i Mino za­czy­nał się mar­twić. Z ja­kie­goś nie­zna­ne­go po­wo­du lu­bi­ła go. Od­krył, że on ją też. Zwłasz­cza że jesz­cze nigdy, nikt go tak po pro­stu nie lubił.

Wpadł do sali numer dwa­na­ście i ścią­gnął cien­kie, płó­cien­ne rę­ka­wicz­ki. Na stole za­stał męż­czy­znę, z roz­dar­tym ubra­niem, in­tu­bo­wa­ny, w śred­nim wieku. Obok le­karz i grupa pie­lę­gnia­rek przy­go­to­wy­wa­li się do uży­cia de­fi­bry­la­to­ra.

– Jed­nak je­steś. – Le­karz skrzy­wił się na jego widok i odło­żył urzą­dze­nie z po­wro­tem na miej­sce. – Ka­ret­ka do­pie­ro co go przy­wio­zła. Małe szan­se na po­wo­dze­nie, chcie­li już za­pi­sy­wać datę zgonu – dodał bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie.

Mino pod­szedł do stołu. Gdy miał do­tknąć skóry, za­wa­hał się. Na se­kun­dę. A potem za­mknął oczy i przy­ło­żył obie dło­nie pła­sko do klat­ki po­szko­do­wa­ne­go.

Od razu wy­czuł bar­dzo słabe sy­gna­ły ciała, któ­re­go do­ty­kał. Co ozna­cza­ło, że nie jest za późno. Pa­cjent wal­czył.

Nie wie­dząc do­kład­nie, jak to robi, sku­pił się na men­tal­nym ob­ra­zie pra­wi­dło­wo bi­ją­ce­go serca i po­czuł, że udało mu się wy­słać pierw­szy im­puls.

Sys­te­ma­tycz­nie, zgod­nie ze swoim pul­sem, wy­sy­łał ko­lej­ne fale. Wie­dział, że pro­ces zaj­mu­je tro­chę czasu.

Po­czuł, że roz­bo­la­ła go głowa.

Nic nie­zna­czą­cy sku­tek ubocz­ny, wobec ura­to­wa­ne­go życia.

Jesz­cze chwi­lę. Już pra­wie. Mniej wię­cej za se­kun­dy męż­czy­zna po­wi­nien się ock­nąć.

Jego dło­nie za­czę­ły lekko piec, nie­wi­dzial­na siat­ka mi­kro­bo­tów na­grze­wa­ła się. To sy­gnał, teraz pa­cjent po­wi­nien się obu­dzić.

Mino otwo­rzył oczy i zer­k­nął na po­stać na stole. Zmarsz­czył brwi, coś było nie tak. Coraz bar­dziej pie­kły go palce i po­czuł, jak z nosa ska­pu­je mu kro­pla krwi. Jedna z pie­lę­gnia­rek, z prze­ra­że­niem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy, pod­bie­gła i chcia­ła go otrzeć. Wark­nął tylko i za­ci­snął po­wtór­nie po­wie­ki.

Gło­śny, świsz­czą­cy wdech prze­bił nagle ciszę.

To pa­cjent pró­bo­wał na­brać po­wie­trza przez rurę w gar­dle i w pa­ni­ce roz­glą­dał się do­oko­ła.

Do­pie­ro teraz były Za­bój­ca po­czuł, jak bar­dzo się zmę­czył. Za­wsze były skut­ki ubocz­ne, ale to zde­cy­do­wa­nie trud­niej­sza wer­sja pro­ce­su. Skie­ro­wał wzrok na dło­nie, czer­wo­na­we, jak po go­rą­cej ką­pie­li. Otarł czoło z potu i opadł na krze­sło, które pod­su­nę­ła pie­lę­gniar­ka.

A potem spoj­rzał na ura­to­wa­ne­go i uśmiech­nął się.

W jego pier­si za­pło­nę­ła iskier­ka cze­goś, co do­pie­ro ostat­nio na­uczył się na­zy­wać.

Duma.

 

***

 

Ze­ga­rek po­ka­zy­wał, że pra­wie czas. Za­pa­rzył kawę, a za­pach ciem­ne­go na­pa­ru roz­szedł się po małym po­ko­ju. Równo o umó­wio­nej go­dzi­nie roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi dy­żur­ki.

– Wchodź, śmia­ło – rzu­cił Mino.

– Jak tu masz ciem­no, boisz się świa­tła? – rzu­ci­ła we­so­ło Eva na wej­ściu.

– Mo­żesz za­pa­lić, za­po­mnia­łem, stare przy­zwy­cza­je­nia – od­po­wie­dział i uści­skał ko­bie­tę. – Cie­szę się, że cię widzę!

– Noo, to już mie­siąc, nie? Wy­bacz, że nie wpa­dam czę­ściej, dzia­ła­nia w du­żym-O po­chła­nia­ją.

– Nie mu­sisz przej­mo­wać się pod­słu­cha­mi, spraw­dzam wszyst­ko za każ­dym razem, gdy wcho­dzę.

Za­czę­ła śmiać się w głos, co spo­wo­do­wa­ło, że i Mino nie­śmia­ło za­chi­cho­tał. Wska­zał krze­sło przy sto­li­ku i po­sta­wił na nim dwie szklan­ki oraz dzba­nek z kawą.

– Stare na­wy­ki, ha? – po­wie­dzia­ła w końcu, gdy się tro­chę uspo­ko­iła. Otar­ła ką­ci­ki oczu skra­jem sza­re­go rę­ka­wa.

Po­ki­wał głową, ale nie ode­zwał się. Zda­wał sobie spra­wę, że nie na­le­ga­ła­by na spo­tka­nie, gdyby nie to, że cze­goś po­trze­bo­wa­ła. Wi­dział w ge­stach pewne zde­ner­wo­wa­nie i sa­me­mu też się na­piął. Czyż­by nad­szedł dzień, w któ­rym okaże się, że Chris miał rację?

– Widzę, że nie masz ocho­ty na wspo­min­ki, co? – za­ga­da­ła, gdy nie od­po­wia­dał.

– Je­stem czło­wie­kiem za­da­nio­wym, mó­wiąc szcze­rze – od­po­wie­dział po­waż­nie, cały czas pa­trząc ko­bie­cie pro­sto w oczy.

– Ro­zu­miem. Pew­nie do­my­ślasz się, że chcę cię o coś po­pro­sić. I nie bę­dzie to łatwe, zwłasz­cza dla cie­bie, zwłasz­cza teraz, gdy ra­tu­jesz życie.

Wzru­szył ra­mio­na­mi i po­cią­gnął łyk kawy. Sta­rał się, by jego twarz nie drgnę­ła, nie zdra­dzi­ła, jak bar­dzo jest spię­ty.

– Wiem, że rzad­ko jest ktoś do ra­to­wa­nia i przez więk­szość czasu się nu­dzisz, a list goń­czy unie­moż­li­wia wy­cho­dze­nie. Co po­wie­dział­byś na uroz­ma­ice­nie?

– Do­tych­cza­so­we życie dało mi do­sta­tecz­nie dużo uroz­ma­iceń – wy­szep­tał, po­chy­la­jąc głowę nad pa­ru­ją­cym pły­nem. – Teraz pra­gnę spo­ko­ju.

Ko­bie­tę wy­raź­nie po­ru­szy­ły słowa, po­chy­li­ła się nad sto­li­kiem i ob­ję­ła jego dło­nie, za­ci­ska­ją­ce się wokół szklan­ki.

– Hej, to tylko pro­po­zy­cja. Je­że­li po­wiesz, że nie, nic się nie dzie­je!

Wzię­ła głę­bo­ki wdech i uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go, kon­ty­nu­owa­ła:

– Chce­my, żebyś na­uczał jak być szpie­giem. Masz do­świad­cze­nie, a w opo­zy­cji nie za­wsze mamy umie­jęt­no­ści, sam wspo­mnia­łeś, jak słabo cię śle­dzi­łam.

Mino ze­sztyw­niał. Przy­glą­dał się twa­rzy Evy, szu­kał śla­dów oszu­stwa, cze­kał na proś­bę ode­bra­nia czy­je­goś życia. Wi­dział tylko smu­tek. I chyba tro­skę?

Nie ta­kiej pro­po­zy­cji się spo­dzie­wał.

Czy mógł ura­to­wać życie więk­szej licz­bie no­wi­cju­szy, na­ucza­jąc ich jak nie zgi­nąć?

Po­czuł ro­sną­cą emo­cję, któ­rej nie po­tra­fił zi­den­ty­fi­ko­wać. Chciał wstać i spa­ce­ro­wać po po­ko­ju. Chciał śpie­wać, wy­ści­skać wszyst­kich na­po­tka­nych ludzi, krzy­czeć z ra­do­ści. Ale dalej sie­dział i przy­glą­dał się ko­bie­cie.

– Muszę to prze­my­śleć – rzu­cił sucho i był zły na sie­bie, że nie za­ak­cep­to­wał od razu, że nie pla­nu­je już, czego może na­uczyć.

– Do­brze! – Kla­snę­ła przy tym we­so­ło. – A wiesz, że od two­je­go prze­nie­sie­nia tutaj nie mo­że­my…

Słu­chał słów Evy, ale nie ro­zu­miał. Sie­dział wpa­trzo­ny i roz­my­ślał nad nowym ży­ciem, które ma­lo­wa­ło się w coraz ja­śniej­szych bar­wach.

Nie mogąc się dłu­żej po­wstrzy­my­wać, wstał od stołu i za­czął za­pa­rzać na­stęp­ną kawę.

Sto­jąc ple­ca­mi do ko­bie­ty, po­zwo­lił sobie, by na twarz wy­pły­nął sze­ro­ki uśmiech.

Koniec

Komentarze

Hej, 

tekścik poprawny, ale nic ponadto. 

 

Jedna uwaga prawniczo-kryminalistyczna: A potem oczyścić wszelkie dowody, że kiedykolwiek tu był – jak można oczyścić dowody? można usunąć ślady z rzeczy ruchomych/nieruchomych (czyli oczyścić te rzeczy), likwidując tym samym dowody. Ale nie można oczyścić dowodu – rzecz ruchoma po usunięciu z niej śladów (np linii papilarnych) przestaje mieć status dowodu. 

 

Pozdr.

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Hej, dzięki za komentarz. Racja, powinno być zniszczyć dowody, dzięki za wylapanie ;)

Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.

Czołem Prestidigitatorze!

Wybacz brak szczegółowej łapanki – tekst jest dość długi a u mnie ostatnio krucho z czasem. Niemniej, nie zgrzytało, gdy czytałem, trochę powtórzeń, jakieś niezgrabności składniowe, nic poważniejszego.

 

Co do fabuły – jest dość sztampowa, ale sensownie poprowadzona. Nie wiem, czy nie za szczegółowo nie podchodzisz do każdej kolejnej sprawy, przez to tekst ma trochę wrażenie przegadania. Rozumiem, że taki był nieco zamysł, by świat przedstawiony oddawał nastój bohatera. Ale dynamiki nieco zabrakło.

Kreatywny pomysł z tą kontrolą rytmu serca przez dotyk, ale nie pogardziłbym większym wyjaśnieniem niż “modyfikacja genetyczna”.

 

Jeśli chodzi o świat przedstawiony, to mało go. Tutaj też rozumiem – to część uniwersum, ale nie pogardziłbym opisami albo wyjaśnieniami. Po prostu pokazałyby, że, w co nie wątpię, masz kreatywny pomysł na świat. Tak to trochę te wydarzenia wiszą w powietrzu – właściwie jedynym poważniej zbudowanym miejscem był bar.

 

Sporo dialogów i sporo przemyśleń bohaterów. Wszystko poprawne, ale trochę bez pazura.

 

Niemniej nie czytało się źle, a jeśli potraktować to jako podstawę, to jest solidna.

 

Pozdrawiam!

(i gratuluję, co prawda dawnej już, pełnoletności) 

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Dość monotonna historia.

Od początku wiadomo, że Mino robi coś, czego nienawidzi, ale nie znajduję sposobu, by się od tego uwolnić. Czytelnik natomiast nie ma okazji dowiedzieć się, jak i dlaczego działa aparat wykorzystujący Mino. Tajemny pozostaje dla mnie sposób, którym posługuje się bohater przy wykonywaniu zadań.

Zastanawiam się też, czy Mino nie mógł sam przerwać procederu, czy na jego drodze musiała pojawić się Eva, by uświadomić mu, że może porzucić dawne życie i całkiem zmienić przyszłość.

Mimo wielu usterek i dość rozwlekle przedstawionej treści, czytałam ze sporym zaciekawieniem.

 

A potem oczy­ścić wszel­kie do­wo­dy, że kie­dy­kol­wiek tu był. → Czy tu aby nie miało być: A potem zatarł wszel­kie ślady, że kie­dy­kol­wiek tu był.

 

więc od razu zro­bił parę kro­ków w głąb skryt­ki. → A może zwyczajnie: …więc od razu wszedł głębiej do skryt­ki.

 

Spod rdza­wo-brą­zo­wych spodni… → Spod rdza­wobrą­zo­wych spodni

 

Za­la­ła go fala cie­pła, spły­wa­ją­ca mu po po­licz­kach na kark i resz­tę ciała. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

– Co tak jest! – wrza­snął. → Mam wrażenie, że miał być cudzysłów, ale jest jakiś upośledzony. To pytanie, więc powinien być też pytajnik: – Co tak jest!? – wrza­snął.

 

z każdą se­kun­dą Mino czuł pot spły­wa­ją­cy mu po czole i ple­cach. → Zbędny zaimek.

 

od­po­wie­dział w końcu Chris, gdy cisza cią­gnę­ła się dłuż­szy czas. → A może: …od­po­wie­dział w końcu Chris, gdy cisza przedłużała się.

 

Za­pu­ka­ła i zaraz otwo­rzy­ła się za­su­wa. → Obawiam się, że zasuwa nie otwiera się.

Proponuję: Za­pu­ka­ła i zaraz stuknęła/ zgrzytnęła za­su­wa.

 

Biała ko­szul­ka z krót­kim rę­kaw­kiem… → Koszulka miała jeden rękawek???

Pewnie miało być: Biała ko­szul­ka z krót­kimi rę­kaw­kami

https://obcyjezykpolski.pl/koszula-z-krotkimi-rekawami/

 

Po­pra­wia­jąc cią­gle tur­ku­so­wy t-shirt… → Czy dobrze rozumiem, że T-shirt był ciągle turkusowy i nie miał zamiaru zmienić koloru?

A może miało być: Ciągle po­pra­wia­jąc tur­ku­so­wy T-shirt

 

upew­nia­jąc się, że nikt nie usły­szał cza­sem jej myśli… → Raczej: …upew­nia­jąc się, że nikt nie usły­szał przypadkiem jej myśli

 

Gdy mi­nę­ła pio­sen­ka… → A może: Gdy piosenka skończyła się

 

Po­krę­cił do sie­bie głową… → Na czym polega kręcenie głową do siebie???

 

Oni widzą ak­ty­wo, nie cie­bie. → Oni widzą ak­ty­wa, nie cie­bie.

Aktywa nie mają liczby pojedynczej.

https://poradniajezykowa.uw.edu.pl/porady/aktywa-a-aktywo/

 

Cią­głe po­pra­wia­nie ko­lo­ro­wych ubrań. → Cią­głe po­pra­wia­nie ko­lo­ro­wego ubrania.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i za­sty­gła z ręką na opar­ciu fo­te­la… → Oparcie to część fotela za plecami; mam wrażenie, że niełatwo położyć tam rękę.

Pewnie miało być: Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i za­sty­gła z ręką na poręczy fo­te­la

 

– Ja… – za­schnię­te usta nie po­zwa­la­ły ko­bie­cie na swo­bod­ną wy­po­wiedź. → A może: – Ja… – nagła suchość w ustach nie po­zwa­la­ła ko­bie­cie na swo­bod­ną wy­po­wiedź.

 

Eva za­uwa­ży­ła, że na do­tych­czas bez­na­mięt­nej twa­rzy Za­bój­cy po­ja­wi­ło się zmarsz­czo­ne czoło. → Czy wcześniej na twarzy nie było czoła???

A może: Eva za­uwa­ży­ła, że czoło na do­tych­czas bez­na­mięt­nej twa­rzy Za­bój­cy zmarsz­czyło się.

 

dreszcz eks­cy­ta­cji, wy­da­ją­cy się tak bar­dzo nie na miej­scu, w obec­nej sy­tu­acji. → Czy to celowy rym?

 

Męż­czy­zna stał z nie­zbyt mą­drym wy­ra­zem twa­rzy nadal przy ko­mo­dzie. → A może: Męż­czy­zna z nie­zbyt mą­drym wy­ra­zem twarzy nadal stał przy ko­mo­dzie.

 

jej nie­bie­skie oczy świe­ci­ły się od nie­daw­nych łez… → A może: …jej nie­bie­skie oczy lśniły od nie­daw­nych łez

 

– …in­for­ma­cje, ra­port, zabić. Prze­rwał man­trę i gwał­tow­nie opu­ścił pi­sto­let… → Zbędna kropka po wypowiedzi, didaskalia małą literą. Winno być:

– …in­for­ma­cje, ra­port, zabić – prze­rwał man­trę i gwał­tow­nie opu­ścił pi­sto­let

 

Może szko­le­nie po­zwa­la­ło mu wy­glą­dać na pew­ne­go sie­bie, idąc uli­ca­mi mia­sta, nie­za­leż­nie od sy­tu­acji. → Może szko­le­nie po­zwa­la­ło mu aby, gdy szedł uli­ca­mi mia­sta, wy­glą­dać na pew­ne­go sie­bie, nie­za­leż­nie od sy­tu­acji.

 

błysk na tę­czów­ce dawał wra­że­nie bar­dziej… nie­bez­piecz­ne­go? → …błysk na tę­czów­ce sprawiał wra­że­nie bar­dziej… nie­bez­piecz­ne­go?

 

ude­rza­jąc pię­ścią w stół tak, że kubek z kawą roz­lał część płynu. → To nie kubek rozlał kawę.

Proponuję: …ude­rza­jąc pię­ścią w stół tak, że z kubka wy­lała się część kawy.

 

prze­ko­ny­wał Chris, uno­sząc kącik ust w drwią­cym ge­ście. → Gesty wykonuję się rękami.

Proponuję: …prze­ko­ny­wał Chris, uno­sząc kącik ust w drwią­cym grymasie. Lub: …prze­ko­ny­wał Chris, drwiąco uno­sząc kącik ust.

 

– Nasze życia… to kłam­stwo… – wy­char­czał i splu­nął na bok… → – Nasze życie… to kłam­stwo… – wy­char­czał i splu­nął na bok

Życie nie ma liczby mnogiej. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zycie;20113.html

 

Mino odło­żył trzy­ma­ną dłoń na opar­cie krze­sła. → Czy na pewno odłożył dłoń na oparcie krzesła?

 

Nie­wiel­ka struż­ka świa­tła wle­wa­ła się przez za­sło­nię­te ro­le­ty… → Rolet się nie zasłania, to rolety służą do zasłaniania okien.

Proponuję: Nie­wiel­ka struż­ka świa­tła wle­wa­ła się przez opuszczone ro­le­ty

 

– Jed­nak je­steś. – Le­karz zro­bił gry­mas w jego kie­run­ku… → Obawiam się, że grymasów nie robi się w czyimś kierunku. 

Proponuję: – Jed­nak je­steś. – Le­karz skrzywił się/ zmarszczył twarz

 

– Jak tu masz ciem­no, boisz się świa­tła? – rzu­ci­ła we­so­ło Eva na wej­ściu. → Raczej: – Jak ciem­no masz tutaj, boisz się świa­tła? we­so­ło rzuciła Eva, wchodząc.

 

Wska­zał krze­sło przy sto­li­ku i po­ło­żył na nim dwie szklan­ki oraz dzba­nek z kawą. → Do położonych szklanek trudno cokolwiek nalać, a z położonego dzbanka wylałaby się kawa.

Proponuję: Wska­zał krze­sło przy sto­li­ku i postawił na nim dwie szklan­ki oraz dzba­nek z kawą.

 

zwłasz­cza teraz, gdy ra­tu­jesz życia. → …zwłasz­cza teraz, gdy ra­tu­jesz życie.

 

Czy mógł ura­to­wać wię­cej żyć, na­ucza­jąc no­wi­cju­szy jak nie zgi­nąć? → Czy mógł ura­to­wać życie większej liczbie no­wi­cju­szy, nauczając ich jak nie zgi­nąć?

 

Sto­jąc ple­ca­mi do ko­bie­ty, po­zwo­lił sobie, by na jego twarz wy­pły­nął sze­ro­ki, ra­do­sny uśmiech. → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć beecki!

Dzięki za komentarz!

Sztampu chciałbym unikać, a jednak często w niego wpadam, sam to zauważam, czytając poprzednie teksty. Dzięki za potwierdzenie, bo przed przelaniem na papier historie wydają się ciekawsze.

 

Co do szczegółowego podchodzenia, akurat też się nad tym teraz zastanawiam, zacząłem pisać jeden dłuższy tekst i go wrzuciłem do szuflady właśnie przez to, że wydawał się przegadany. Porównuję swoje teksty (ambitnie) do Sandersona i tam cały czas się dzieje – work in progress po mojej stronie laugh

 

A ze światem ciężko znaleźć równowagę, to fakt.

 

Cześć regulatorzy!

Jak zwykle dziękuję za wyłapaniu tylu błędów! Jak zwykle liczyłem, że nie są aż tak mnogie blush

 

Co do samego pytania, czy Mino mógł zmienić życie bez Evy: wszyscy zawsze możemy zmienić nasze życie. To bardziej pytanie filozoficzne, bo czasem jednak potrzebujemy katalizatora, kogoś kto nam powie “idź, uda się, możesz to zrobić”. 

 

beecki też zwrócił uwagę na statyczność/monotonność historii. To coś nad czym teraz popracuję, dzięki! 

 

 

Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.

Bardzo proszę, Prestidigitatorze. Jak zwykle bardzo się cieszę, że mogłam się przydać i pozostaję z nadzieją, że to, nad czym pracujesz zaowocuje coraz lepszymi opowiadaniami. Powodzenia! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Wprowadziłem dzisiaj poprawki i znowu muszę Ci powiedzieć, jak bardzo jestem pod wrażeniem Twojej znajomości języka polskiego. Robiąc redakcje na podstawie Twoich wskazówek poznaję tyle nowych zasad, ile nie poznałem podczas całej mojej młodzieńczej edukacji. 

To musi być też straszne, czytać teksty i dostrzegać tyle błędów, co? Mówiłaś poprzednio, że Cię wybijają z rytmu i chyba dopiero w pełni zaczynam to rozumieć. 

 

 

Mam parę punktów, które zostawiłem niezmienione/zmienione inaczej niż we wskazówkach:

 

Zapukała i zaraz otworzyła się zasuwa. → Obawiam się, że zasuwa nie otwiera się.

Tutaj jeżeli nic się nie otworzy, a jedynie zgrzytnie, to powstanie skok logiczny. Może to w sumie kwestia mojego liniowego podejścia do historii, coś się w mojej musi wydarzyć, żeby mogło się stać coś następnego. Może muszę zaufać czytelnikowi, ale wtedy cały fragment jest do przepisania. 

Skołowałem się, hah.

Zmieniłem się na odsunęła się zasuwa, chociaż to tworzy jakiś dziwny, niejawny rym. 

 

upewniając się, że nikt nie usłyszał czasem jej myśli… → Raczej: …upewniając się, że nikt nie usłyszał przypadkiem jej myśli

Tu używałem “czasem” w znaczeniu przypadkiem, https://sjp.pwn.pl/slowniki/czasem.html 

 

Gdy minęła piosenka… → A może: Gdy piosenka skończyła się

Musiałbym przepisać następne zdania, natężenie “się”, zostawiam, bo to chyba nie jest błąd.

 

Odwróciła się gwałtownie i zastygła z ręką na oparciu fotela… → Oparcie to część fotela za plecami; mam wrażenie, że niełatwo położyć tam rękę.

Pewnie miało być: Odwróciła się gwałtownie i zastygła z ręką na poręczy fotela

 

Tego szczerze mówiąc nie rozumiem. Nawet jeśli uznamy, że oparcie to tylko część za plecami, to nadal, w takim szerokim fotelu np. https://www.ceneo.pl/193542651 da się odwrócić i położyć rękę na środku oparcia, aby wspomóc mięśnie w utrzymywaniu pozycji. Poręcz całkowicie zmienia znaczenie zdania moim zdaniem. 

 

– Nasze życia… to kłamstwo… – wycharczał i splunął na bok… → – Nasze życie… to kłamstwo… – wycharczał i splunął na bok

Tu mam problem, bo masz rację, że powinno być życie, ale liczba mnoga też istnieje. https://wsjp.pl/index.php/haslo/podglad/15401/zycie/4882222/dzialalnosc W komentarzu do hasła jest “zwykle lp”, ale istnieją życia, teoretycznie.

 

– Jak tu masz ciemno, boisz się światła? – rzuciła wesoło Eva na wejściu. → Raczej: – Jak ciemno masz tutaj, boisz się światła? wesoło rzuciła Eva, wchodząc.

To chyba zostanie w oryginale, dialog brzmi naturalniej w mowie potocznej, a “na wejściu” użyłem w znaczeniu https://wsjp.pl/haslo/podglad/43138/na-wejsciu na samym początku. Nie miało znaczenia, że weszła. 

 

zwłaszcza teraz, gdy ratujesz życia. → …zwłaszcza teraz, gdy ratujesz życie.

Tu zostawię, biorąc pod uwagę odkrycie liczby mnogiej, której mogę użyć rzadko. W następnym poprawię, bo to wtedy nie dialog, narracja musi być poprawniejsza.

 

 

 

 

 

Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.

Prestidigitatorze, bardzo dziękuję za uznanie – jestem zbudowana tym co napisałeś i cieszę się, że poszerzasz własną wiedzę.

Wiedz jednak, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje – nie musisz z nich korzystać. To jest Twoje opowiadanie i będzie napisane słowami, które uznasz za najwłaściwsze. :)

 

A co do Twoich zastrzeżeń:

Tutaj je­że­li nic się nie otwo­rzy, a je­dy­nie zgrzyt­nie, to po­wsta­nie skok lo­gicz­ny.

W zdaniu: Zapukała i zaraz otworzyła się zasuwa. – moim zdaniem, zasuwa nie mogła się otworzyć. Natomiast zdanie: Zapukała i zaraz zgrzytnęła zasuwa. – jasno sugeruje, że zgrzyt zasuwy jest tożsamy z otworzeniem drzwi, więc zrozumiałe, że pojawiła się szpara.

 

Musiałbym przepisać następne zdania, natężenie “się”, zostawiam, bo to chyba nie jest błąd.

W takim razie proponuję: Gdy wybrzmiała piosenka, skierowali się w stronę baru

 

Oparcie fotela.

Oparcia foteli, z którymi miałam do czynienia, były na tyle wysokie, że swobodnie opierałam na nich głowę. Bywało, że ktoś siedzący w fotelu był niewidoczny dla osoby stojącej za fotelem. Dlatego trudno mi wyobrazić sobie, że dziewczyna położyła rękę na oparciu fotela. No ale, jak się okazuje, są fotele i fotele, i ten zaprezentowany przez Ciebie należy zapewne do drugiej grupy. :)

 

Tu mam problem, bo masz rację, że powinno być życie, ale liczba mnoga też istnieje.

Owszem, ale z tego co wiem, życie w liczbie mnogiej może występować w grach komputerowych, np. kiedy bohaterowie tychże zyskują kolejne życia.

 

zwłaszcza teraz, gdy ratujesz życia. → …zwłaszcza teraz, gdy ratujesz życie.

Tu zostawię, biorąc pod uwagę odkrycie liczby mnogiej, której mogę użyć rzadko. W następnym poprawię, bo to wtedy nie dialog, narracja musi być poprawniejsza.

Nie. W tym przypadku „życia” nie mają racji bytu.

Proponuję: …zwłaszcza teraz, kiedy ratujesz życie tak wielu ludzi.

 

Powodzenia w dalszej pracy twórczej. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miał jasne instrukcje, czego potrzebuje, więc od razu głębiej do skrytki.

Brakuje czasownika w drugiej częsci zdania?

Sama zgotowała sobie taki los, upominała się w duchu. Chciała dołączyć do opozycji, zrobić coś dobrego dla świata. Dawniej była po prostu agentką, jedną z osób, które musiały wysłuchiwać raportów i nie zdradzać się, że czyta tak naprawdę między zdaniami. A potem donosić swoim przełożonym na wszelkie oznaki niesubordynacji. Nienawidziła tego. Niestety, albo donosiła, albo sama zostałaby zabita.

Podoba mi się jak charakteryzujesz bohaterów.

 

Patrzyła na kolorowy tłum i nie dowierzała, że istnieje aż tyle barw. Na powierzchni robotnicy nosili zwykle szarość, bo ten kolor materiału był najtańszy, dotowany. Bogatsi pozwalali sobie na ekstrawagancje kolorów, ale ukrywali się w wydzielonych dzielnicach, byle tylko nie dotykać biedoty.

Fajne worldbuilding. Razem z wcześniejszą uwagą, że tępiono indywidualizm. Kojarzy się z filmem “Equilibrium”.

Dosyć umięśniony i chyba można było go nazwać przystojnym, chociaż nie podobał się Evie. Prawdopodobnie przez oczy, wąskie, nierówno rozstawione, zbyt głęboko osadzone w czaszce.

Można sobie wyobrazić.

Mógł sterować sygnałem serca. Straszna modyfikacja genetyczna, zwłaszcza dla osób, które tego doświadczały.

Modyfikacje genetyczne – rozpoznaję to z Twojego wcześniejszego tekstu osadzonego w świecie Verdis.

Niestety, tylko obserwacja, skarciła się w duchu.

Tego nie rozumiem. Za co się skarciła? Chodzi o to, że miała tylko obserwować, a chciała interweniować? Czy o to, że rozlała drinka?

To nie moc, która może pozostać w zasięgu rządu.

To zdanie też niejasne.

Wiedział, że gdzieś tam, tuż pod powierzchnią skóry, mikroboty tworzą siatkę, która przetwarza sygnał umysłu na impuls sterujący cudzymi sercami.Wiedział, że gdzieś tam, tuż pod powierzchnią skóry, mikroboty tworzą siatkę, która przetwarza sygnał umysłu na impuls sterujący cudzymi sercami.

Czyli zdolność, którą posiadł jako mutant, daje mu nie tyle bezpośredni wpływ na serce drugiego człowieka, ale na starowanie mikrobotami, które dopiero blokują serce drugiego człowieka? Bez tych mikrobotów, nie miałby tej zdolności? Mikroboty to nanotechnologia? Przydałby się wyjaśnienie jak to działa. Sama koncepcja, o ile ją dobrze zrozumiałem, jest ciekawa i oryginalna.

 

Zwykle miesiącami miał zdobywać zaufanie oraz informacje i dopiero na sam koniec zabijał.

Moim zdaniem to ryzykowna taktyka dla zabójcy. Przez te miesiące na pewno ktoś z otoczenia ofiary zobaczyłby go i zapamiętał. Ofiara mogłaby do kogoś bliskiego napisać, że kogoś poznała, itp.

– …i jeszcze jedno, kobieta. Obserwowała mnie. Myślała, że nie widzę, patrzyła prosto na nas.

To jest dobre, zaskakujące. 

Nikt na kogo warto poświęcić czas, ale luźnych nitek się nie zostawia. Trzeba się nią zająć – zakończył i spojrzał prosto na Zabójcę.

Tu już mniej wiarygodne. Zabić, bo po prostu się wpatrywała? Nie mówię, że to niemożliwe, ale bardzo radyklane rozwiązanie.

 

Widziała zarys, projekcję sztucznego słońca na horyzoncie. Zawsze o tej samej godzinie. Ich kopuła nie zawodziła.

 

Dobre.

 

– Miałam cię obserwować dla opozycji. Jesteś na liście osób niebezpiecznych, Mino. Boimy się ciebie.

Tak od razu kawa na ławę? 

Uniósł brwi, jakby próbował domyślić się podstępu w tak otwartym przyznaniu się do działania na rzecz przeciwników rządu.

Ok, to zdanie nieco usprawiedliwia poprzednie.

– Nie twój interes

Pachnie trochę anglicyzmem. Może: “Nie twoja sprawa”?

Eva lekko odetchnęła. Zdała sobie też sprawę, że być może dla niego poznawanie ofiary było naturalną koleją rzeczy i to nie jest sukces. Zadrżała.

Za dużo skrótów myślowych.W jednym akapicie odetchnęła i już za chwilę zadrżała? W jakim sensie sukces i dla kogo? Domyślam się o co chodzi, ale nie jest to najzgrabniej napisane. 

Przerwała czytanie i spojrzała na Mino, który zamknął teraz oczy i po prostu stał, niczym zagubione dziecko. Wyglądał, jakby nie wiedział, co dalej zrobić.

Mino jest chyba nieco zbyt naiwny.

– A jeżeli chodzi o broń, to jest pod skarpetami, z prawej strony. Mogłam próbować – podkreśliła, patrząc prosto w oczy oprawcy i nachylając się do przodu. – Wszyscy mamy wybór. Zawsze. Ja wybieram wiarę w ciebie. Twój osąd.

Ta gra Evy z Mino jest dobra.

Zabójcy kręciło się w głowie. Nie rozumiał, dlaczego Chris nie chciał odpowiedzieć na żadne pytanie. Przecież z tego, co mówi, to nie miał nic do ukrycia.

Naiwność Mino jest nieprawdopodobna psychologicznie.

– Jesteś szefem Bitrama, mogłeś mu nakazać być milszym – zasmucił się Mino i opuścił na chwilę pistolet. – Jaki ja jestem ślepy!

Seryjny zabójca, który pragnie, aby jego przełożony był “milszy”? Hmm… Przydałoby się jakieś lepsze uzasadnienie. Wygląda na to, że Mino traktuje przełożonych jak najbliższą rodzinę. Ale to wymagałoby, żeby miał mocno wyprany mózg. Albo przeżył jakąś traume w dzieciństwie. Może go przygarnęli jako sierotę i pomogli? To by też uzasadniało dlaczego Chris zwraca się do niego jak do dziecka. 

posegregowane tematycznie w koszulkach, w cienkim segregatorze.

Prawie wszystkich musiał poznać, zbliżyć się. Żadna z tych osób nie zasługiwała na śmierć tylko na podstawie znajomości, ale zawsze ufał rozkazom, ufał ocenie Chrisa i dalszych przełożonych. Każdy z celów miał wady i zalety. A on był żołnierzem, agentem Verdis, narzędziem niewidzącym szerszego obrazka.

Chyba za dużo tłumaczenia czytelnikowi. Zostawiłbym tylko, że był agentem Verdis, bo pierwszy raz w opowiadaniu pada ta nazwa.

Czy mógł uratować więcej życie większej liczbie nowicjuszy, nauczając ich jak nie zginąć?

Fajna ta scena w szpitalu. Dobrze, że pomoc innym dużo bohatera kosztuje, to dodaje realizmu.

 

Podsumowując, opowiadanie ma jasną fabułę i dobrze nakreślonych bohaterów. Mam jedynie zastrzeżenie do motywacji i naiwności Mino, który o nic nie pyta i zabija, traktując przełożonych niemalże jak dziecko rodziców.

Główną osią opowiadania jest przemiana Mino, którą przeprowadziłeś konsekwentnie. Zostało kilka kwestii otwartych (jak na przykład te zera w dokumentach z teczki), ale to dobrze, bo zachęca do zapoznania się z kolejnymi fragmentami świata Verdis. 

Opowiadanie zyskałoby też, gdyby je w niektórych miejscach skrócić. 

 

Polecam do biblioteki.

Dziękuję kronos.maximus!

Mino budowałem jako naiwnego, nieznającego ‘prawdziwego’ świata. Dobrze, że o tym wspominasz, w pierwszej wersji był jeszcze bardziej nieznośny pod tym kątem (żona mi o tym wspomniała), szkoda, że nie udało mi się tego całkowicie wyeliminować.

 

Tego nie rozumiem. Za co się skarciła? Chodzi o to, że miała tylko obserwować, a chciała interweniować? Czy o to, że rozlała drinka?

Za chęć interwencji, ale może to nie wynikać tak jasno, racja. 

 

Czyli zdolność, którą posiadł jako mutant, daje mu nie tyle bezpośredni wpływ na serce drugiego człowieka, ale na starowanie mikrobotami, które dopiero blokują serce drugiego człowieka? Bez tych mikrobotów, nie miałby tej zdolności? Mikroboty to nanotechnologia? Przydałby się wyjaśnienie jak to działa. Sama koncepcja, o ile ją dobrze zrozumiałem, jest ciekawa i oryginalna.

W mojej głowie, on może sterować impulsami, wysyłać sygnał energetyczny, coś jak defibrylator, tylko na mniejszą, bardziej precyzyjną skalę. Ciężko mi było o tym napisać w naturalny sposób, postanowiłem powołać się na niedopowiedzenie i trochę epilog, ale niekoniecznie czułem, że to musi być tu wytłumaczone – problem z budowaniem szerszego świata w serii niezależnych opowiadań (jak zresztą sam wiesz laugh)

 

Pachnie trochę anglicyzmem. Może: “Nie twoja sprawa”?

Eva lekko odetchnęła. Zdała sobie też sprawę, że być może dla niego poznawanie ofiary było naturalną koleją rzeczy i to nie jest sukces. Zadrżała.

Racja i racja

 

Seryjny zabójca, który pragnie, aby jego przełożony był “milszy”? Hmm… Przydałoby się jakieś lepsze uzasadnienie. Wygląda na to, że Mino traktuje przełożonych jak najbliższą rodzinę. Ale to wymagałoby, żeby miał mocno wyprany mózg. Albo przeżył jakąś traume w dzieciństwie. Może go przygarnęli jako sierotę i pomogli? To by też uzasadniało dlaczego Chris zwraca się do niego jak do dziecka. 

 

Niejednokrotnie Mino myślał o tym, że ma tylko Chrisa, więc coś w tym może być. Być może dopowiedzenie tego uwiarygodniłoby naiwność, w sumie dobra sugestia.

 

Moim zdaniem to ryzykowna taktyka dla zabójcy. Przez te miesiące na pewno ktoś z otoczenia ofiary zobaczyłby go i zapamiętał. Ofiara mogłaby do kogoś bliskiego napisać, że kogoś poznała, itp.

Mino jest bardziej szpiegiem, a jego zabójstwa wyglądają jak naturalne wypadki, niekoniecznie zabójstwo. Dodatkowo pracuje dla rządzących, więc jest kryty, jakby ktoś chciał prześledzić dlaczego Mino jest przy tylu zabójstwach, które wydają się naturalne. 

 

Dzięki za wszystkie komentarze! Techniczne poprawki wdrożę od razu, ale muszę się zastanowić nad fabułą, jak jeszcze bardziej uwiarygodnić naiwność jak u dziecka, u dorosłego zabójcy i szpiega. 

Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.

Nowa Fantastyka