- Opowiadanie: Mehiko - Hans

Hans

Zgodnie z zapowiedzią wrzucam trzecią część opowieści o rodzinie Wareckich. Tematycznie wiąże się z “Myszą”. Uwaga: historia o grze jest prawdziwa, tylko oryginalnie “piłka” pochodziła ze starego cmentarza... Miłej lektury! 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Hans

Część 1: Wspomnienia babci Jadzi

Poranek po nocnej utarczce kota Puszka z łasicą – najpewniej jadowitą, jak z całym przekonaniem utrzymywała babcia Jadzia (w czym upewniał ją widok ran odniesionych przez Puszka) – wstał dżdżysty i smętny tak, jak to tylko można sobie wyobrazić (a właściwie nie można, bo przekraczało to wszelkie wyobrażenie, nie tylko ludzkie, ale i kocie – a wiadomo, że koty mają nielichą zgoła wyobraźnię). Puszek, który faktycznie nietęgo się czuł po nocnej walce – a tę słusznie możemy uznać za pyrrusowe zwycięstwo, skoro i owocu jego w postaci myszy nijak nie śmiał skosztować – z zadowoleniem przyjął do wiadomości, że w tak brzydkich, by nie rzec plugawych okolicznościach przyrody, nie może rzucić wyzwania podstępnej łasicy. Z ulgą poddał się zatem leczniczym zabiegom babci Jadzi.

Ta zaś, trzeba przyznać, wykazywała się wielką wiedzą i nie byle jakimi umiejętnościami znachorskimi. Miała jeszcze w piwnicy schowany słoik maści z psiego sadła, który w iście tytanicznych zmaganiach zwierzaków uniknął stłuczenia. Zaraz tedy sięgnęła po ów specyfik, który zaiste z niezwykłą wprost skutecznością leczył wszelkie rany, z oparzeniami włącznie (czego swego czasu na własnym ciele doświadczył dziadek Gieniek, gdy ściągana po pijanemu fajerka spadła mu z pogrzebacza na nogę). Co prawda sam Puszek nie był zbyt zadowolony, że się go psią maścią traktuje, wszakże doznawszy jej dobroczynnych skutków, poniechał żywionych wobec niej skrupułów.

Tymczasem Staś, któremu plucha pokrzyżowała plany wyjścia do ogrodu, skąd zamierzał przemknąć się do sąsiadów zza rzeki, wędrował po domu dziadków i zaszedł do pokoju babci Jadzi. Tu ku swemu zdumieniu zobaczył na półkach cały szereg książek. Czego tam nie było! Zapomniana księga Patrycji Hendel, Słowo i miecz Witolda Jabłońskiego, Szeptucha Katarzyny Miszczuk, Idź i czekaj mrozów Marty Krajewskiej, nie licząc całej kolekcji dzieł o Słowiańszczyźnie z wydawnictwa Replika. Najbardziej jednak uwagę chłopca przyciągnęło stare, przedwojenne jeszcze wydanie Kultury ludowej Słowian Kazimierza Moszyńskiego. Staś wziął do ręki pierwszy tom i zaczął go kartkować, gdy doszedł go głos babci:

– Widzę, że zaciekawił cię mój księgozbiór?

Staś odwrócił się gwałtownie, nieco zmieszany. Widząc jednak uśmiech na twarzy babci, odetchnął i powiedział:

– Nie wiedziałem, że tak dużo czytasz.

– A owszem.

– Nigdy nie widziałem cię z książką.

– Bo widzimy się za dnia, kiedy jest dużo zajęć w domu i w ogrodzie – odrzekła babcia.

– To kiedy czytasz? – Staś drążył temat.

– Głównie wieczorami, albo i nocą. Wiesz, starsza pani często nie może spać, więc skraca sobie czas lekturą.

– To fajne!

– No, ma to również swoje minusy.

– Tak? Jakie? – Staś domyślał się, że babcia będzie narzekać na niewyspanie, zmęczenie i wysoki kortyzol. Było to coś, co miała mama i ciągle się tym martwiła.

– Wzrok mi szwankuje od takiego nocnego czytania.

– Słucham? – Staś był wyraźnie zdzwiony. Doskonale znał przecież powody, dla których babci popsuł się wzrok. „Czyżby i ona podjadała orzechy i bała się do tego przyznać?” – pomyślał.

– Dobrze słyszysz. Czegoś nie zrozumiałeś?

– Myślałem, że to od orzechów!

– Co od orzechów?

– No, słaby wzrok!

Babcia roześmiała się głośno.

– No coś ty, Stasiu! Orzechy są zdrowe! Jedz ich jak najwięcej!

„Kurczę” – pomyślał Staś. „I wierz tu dorosłym! Każdy co innego gada”. A głośno powiedział:

– Cieszę się, że tak myślisz.

– Ja nie myślę, ja wiem – odpowiedziała babcia pewnym głosem,

„Dobre, muszę to zapamiętać!” – ucieszył się w duchu Staś. „Przyda mi się w szkole”.

Babcia podeszła tymczasem do regału z książkami i z wyraźnym zadowoleniem zaczęła je oglądać. Po czym opowiedziała Stasiowi, jak to jeszcze po swojej mamie, świętej pamięci prababci Zenobii (rzecz jasna, prababci dla Stasia), odziedziczyła pierwsze książki i zamiłowanie do badania ludowych wierzeń.

– Zaczęło się od głowy Niemca, której nasi chłopcy używali do gry zamiast piłki.

– Co proszę?! – Stasia zamurowało.

– No, tuż po wojnie, jak ruscy przegnali stąd Niemców, jeden z nich utopił się w rzece, akurat koło nas. Mój dziadek, a twój prapradziadek Ignacy, wyciągnął topielca, obrał go ze wszystkiego, po czym odrąbał głowę szpadlem i wrzucił w krzaki.

– A po co? – Stasia zaczęła ciekawić ta historia, choć i ciarki przebiegały mu po plecach.

– No, żeby go nikt nie rozpoznał – odpowiedziała babcia. – Mój dziadek to był praktyczny chłop. Gołego trupa bez głowy zgłosił na milicję i pochowano go bezimiennie na wiejskim cmentarzu. A to, co miał przy sobie, dziadek zabezpieczył w naszej chacie. Wiesz, karabin, dobre buty i takie tam… wszystko mogło się przydać.

– I nie baliście się, że ktoś będzie tego szukać?

– A czemu miałby to robić? Przecież żadnego Niemca w pobliżu nie znaleziono…

– A głowa?

– Właśnie, głowa! – babcia ucieszyła się na samo wspomnienie. – Tę dziadek miał osobno zakopać, ale zanim się za to wziął, psy wyciągnęły ją z krzaków. Wtedy twój pradziadek, który mieszkał po sąsiedzku…

– Dziadek Ignacy?

– Nie, dziadek Wiesiek. Znaczy się, mój teść. Nie przerywaj mi…

– Nie będę.

– Właśnie to robisz.

– Co?

– Przerywasz.

– Aha. Dobrze. Już nie przerywam.

– To super. Co to ja chciałam powiedzieć? – babcia zawiesiła głos. Staś jednak milczał, zdecydowany nie przerywać. Wreszcie, widząc zakłopotanie w oczach babci, podpowiedział:

– Mówiłaś o głowie i o dziadku.

– Tak, no właśnie! No więc, dziadek Wiesiek odebrał tę głowę psom i chciał ją zanieść na milicję. Wtedy mój dziadek, zobaczywszy to, krzyknął doń, by ją rzucił precz, bo to na pewno niemiecki łeb.

– ? – Staś wolał się nie odzywać.

– Pewnie ciekaw jesteś, co było dalej? Dziadek Wiesiek, wtedy niewiele starszy niż ty teraz, zapytał zaraz mego dziadka, skąd wie, że to niemiecka głowa. Na co on, że to widać na pierwszy rzut oka, bo źle jej z oczu patrzy. Wtedy Wiesiek spojrzał na głowę, w której co prawda gałek ocznych już nie było i powiedział:

– Faktycznie, coś krzywo na mnie patrzy.

– A widzisz – powiedział mu mój dziadek. – Lepiej ją zakop gdzieś i nic nikomu nie mów. Albo i mnie daj, jak sam się boisz.

Na to twój pradziadek, który zawsze był rezolutny, powiedział:

– Dziękuję, sam sobie z nią poradzę!

No i wziął tę głowę, po czym skrzyknął kolegów na naradę. Ci zaś orzekli, że jak to Szwab, to trzeba go jakoś przed pochówkiem wykorzystać. Włożyli głowę do worka, dobrze zawiązali sznurkiem i rozegrali mecz.

– No nie! – Staś był podekscytowany, choć wolałby być zniesmaczony. Wypieki na twarzy mówiły jednak same za siebie.

– Spytaj pradziadka. Jeszcze ci powie, jaki wynik był. Sam chyba ze dwa gole strzelił.

– Rany, ale historia! I co było potem z tą głową?

– No, trochę się sponiewierała po meczu, więc chłopcy postanowili ją utopić w rzece.

– Ekstra!

– Nie za bardzo, kochany.

– Tak?

– Bo zaczęły się potem dziać dziwne rzeczy… – babcia ściszyła głos, wywołując tym większe wrażenie na Stasiu.

– Jakie rzeczy? – szeptem zapytał Staś. Nie zdążył się jednak dowiedzieć, gdyż od drzwi dobiegł ich głos ojca:

– O czym tak szepczecie po kątach?

– Naradzamy się, czy zaparzyć ci kapuścino, czy może popłuczino. Co byś wolał? – zapytała babcia.

– Więc ty wiesz?

– Grzesiu, nie doceniasz starszej pani. Wzrok mam może słaby, ale słuch bardzo dobry.

– My tak pieszczotliwie o twoich kawach… – bronił się pan Warecki.

– Wiem, wiem. I jeszcze mi za nie podziękujecie. – Babcia uśmiechnęła się cokolwiek tajemniczo. Do wnuka zaś mrugnęła i szepnęła:

– Wrócimy do opowieści wieczorem.

– Super! – ucieszył się Staś, myśląc, że to będzie najlepsza pora na taką gawędę.

– Tymczasem – powiedziała babcia – chodźmy do waszego kota. Zmienię mu opatrunek i najdalej pojutrze znów będzie mógł polować na myszy.

„Sama sobie poluj” – pomyślał Puszek, który zatrzymał się przed drzwiami pokoju babci Jadzi. „To już wolę miejską karmę z puszki”.

Po czym pozwolił, by babcia wzięła go na ręce i z rezygnacją poddał się zabiegom medycznym. Nie bez pewnej satysfakcji odnotował, że czuje się po nich zdecydowanie lepiej. Stary Leon zaś tylko na to czekał.

 

Część 2: Wspomnienia kota Leona

– Pora, żebyśmy sobie coś wyjaśnili – Leon zagadnął Puszka, gdy tylko ten zeskoczył z kolan babci Jadzi.

– Tak? A co? – zapytał Puszek zdziwiony, że Leon w ogóle umie mówić. Jakoś do tej pory nie dawał na to najmniejszych dowodów.

– Zdaje się, że nieźle narozrabiałeś dziś w nocy.

– Masz na myśli łasicę?

– Zgadłeś.

– Dałem jej radę! – Puszek wyprężył się dumnie.

– Gdyby nie ludzie, już by było po tobie.

– Co ty gadasz?! – Puszek poczuł się urażony w swej kociej dumie.

– Grzeczniej, młodzieńcze, do starego kocura! – skarcił go Leon i dodał: – Czy wiesz, z kim zadarłeś?

– Z łasicą, a z kim? – zdziwił się Puszek i pomyślał, że Leon musi być rzeczywiście stary, skoro już zapomina, o czym mówił przed chwilą.

– Ha, z łasicą! – parsknął Leon. – Dobre sobie! Co wy, młodzi, wiecie o życiu!

Puszka już zaczęła irytować ta rozmowa. Protekcjonalny ton kocura, może i uzasadniony jego wiekiem, wcale się Puszkowi nie podobał. „Czyżby Leon zagadnął mnie tylko po to, by leczyć swoje kompleksy?” – myślał Puszek. „Sam już nawet myszy nie upoluje, nie mówiąc o walce z łasicą, więc nabija się z moich sukcesów. Nie chce mi się tego słuchać!”.

– Pogadamy innym razem – rzekł do Leona.

– Nie. Pogadamy teraz – twardo odparł kocur. – Chodź za mną!

Po czym zwinnie zeskoczył z ławy przy piecu i ruszył w stronę drzwi. Puszek, chcąc nie chcąc (ale bardziej nie chcąc) podążył za nim.

Koty przeszły przez podwórko i ogród, po czym skierowały się do rzeki. Leon wskazał gęste krzaki, rosnące na brzegu, przy zakolu.

– Widzisz?

– Krzaki? Tak. I co z tego?

– Tam wyciągnęliśmy łasicę z wody.

– Co? – zdziwił się Puszek. – Kiedy?

– Dawno temu. Byłem wtedy małym kociakiem. Zaczaiłem się nad rzeką, upatrzywszy sobie wróbla, kiedy z przeciwległego brzegu wskoczyła do wody łasica. Chciała przedostać się na naszą stronę. I wtedy…

Leon wzdrygnął się i zawiesił głos.

– Co wtedy? – zapytał Puszek.

– Coś zakotłowało się w rzece. Z krzaków wyłonił się jakiś stwór, cały czarny od mułu i jednym susem dopadł płynącą łasicę. Złapał ją w szczęki i zaczął ciągnąć w topiel. Wrzeszczała tak przeraźliwie, że wziąłem nogi za pas i pognałem co prędzej do domu.

– To nie wyciągnąłeś jej z wody?

– Wyciągnąłem. To znaczy, sprowadziłem pomoc, więc można powiedzieć, że to tak, jakbym sam ją wyciągnął, prawda?

Puszek miał nieco odmienne zdanie w tej kwestii, ale z grzeczności wolał nie zaprzeczać. Jego milczenie Leon wziął za aprobatę, więc podjął opowieść.

– Wrzask łasicy usłyszeli ludzie, u których mieszkam i pobiegli ku rzece. Dziadek Gieniek, który uratował cię z paszczy łasicy, wyciągnął ją wówczas z wody. Wdzięczności się co prawda nie doczekał, bo łasica, nie wiem, czy ze strachu, ugryzła go w rękę i dała susa w trawę. Tyle ją widział.

– A jaka twoja w tym rola? – ośmielił się zapytać Puszek, który jakoś nie mógł dopatrzeć się udziału Leona w ratowaniu łasicy.

– Jak to, jaka? – zdziwił się Leon. – No przecież, to ja pierwszy ją zauważyłem i pośpieszyłem po pomoc do domu. Sam bym jej wszak nie wyciągnął. Jakiż ty jesteś niedomyślny!

Puszek sądził, że jest bardziej domyślny niż się Leonowi wydaje, ale zachował to dla siebie. Zapamiętał sobie za to kąśliwą uwagę Leona pod adresem jego męstwa. „Sam zwiał na widok topiącej się łasicy, a mnie nie może darować, żem z nią walczył” – myślał.

– Wyobraź sobie – Leon kontynuował tymczasem opowieść – że rana na ręce tak się paskudziła dziadkowi Gieńkowi, że żadne leki i okłady nie pomagały. Babcia już zwątpiła o zdrowiu męża. Wtedy z pomocą przyszła Cyganka, znająca się na leczeniu. Dowiedziawszy się o wypadku w naszym domu, zapukała do drzwi i zaproponowała, że zamówi ranę. Babcia, nie wiedząc już, co ma poradzić, zgodziła się.

– A kto to jest Cyganka? – zaciekawił się Puszek.

– Taka wędrowna znachorka. Dawno jej u nas nie było, i dobrze!

– Dlaczego dobrze?

– Bo jak mnie zobaczyła, to powiedziała: „O, jaki śliczny kotek! Przydałby mi się taki. Może mi, kochana, odstąpisz go za wyleczenie męża?”.

– I co?

– Nie wiem, bo jako kot nie tylko mężny, ale i roztropny, ledwo to usłyszałem, zaraz czmychnąłem z domu i skryłem się na strychu obory. Zakopałem się w sianie tak, że nijak mnie znaleźć nie mogli. Cyganka musiała się zadowolić zwykłą zapłatą.

– Dzielnie sobie z nią poradziłeś – przyciął Leonowi Puszek.

– A pewnie! Na strychu obory pomieszkiwała wtedy rodzina szczurów. Bestie spasione były, jak nie wiem co. Nie każdy kot, zwłaszcza w pojedynkę, miałby odwagę tam się zapuścić! – Leon wyprostował się dumnie, by podkreślić swoje męstwo.

– A co z dziadkiem?

– Cyganka wyleczyła go jakimś zaklęciem, powiadając zarazem, że łasica bez wątpienia była jadowita.

– Ale przecież one nie są jadowite! – zaprotestował Puszek.

– Wiem, ale ta jest.

– Skąd wiesz?

– Cyganka powiedziała, nie słyszałeś?

– Aha – zgodził się Puszek.

– No i twoje rany tak się paskudzą, jak wtedy dziadkowe.

– Myślisz, że babcia będzie je zamawiać?

– A uważasz, że co tam sobie pod nosem mruczała, gdy ci je bandażowała i smarowała psią maścią?

– Więc babcia stała się Cyganką?

– Cyganką nie, ale znachorką, tak.

Rozmawiając w ten sposób, koty obeszły okolicę i zawędrowały znów przed dom. Leon ocenił, że pora na poobiednią drzemkę. Ostrzegł Puszka, by nie ważył się walczyć z łasicą i wskoczył na fotel. Młody chciał go jeszcze o coś zapytać, ale kocur zawinął się w kłębek i zasnął. „Jak to dziadek” – pomyślał o nim Puszek, po czym stwierdził, że w sumie nie ma nic lepszego do roboty i poszedł w jego ślady.

– Oho, znów będzie padać – powiedział dziadek Gieniek, zaglądając przez drzwi. – Zobacz, jak koty śpią.

– Mam nadzieję, że się z tego wyliże – odrzekła babcia Jadzia, patrząc na Puszka.

– Zamówiłaś go?

– Tak.

– Cyganicha nie radziła tego robić ze zwierzętami.

– Bez tego by zdechł. Żal mi Stasia, tak go lubi. Sam codziennie kupuje mu karmę – broniła się babcia Jadzia.

– No, oby to na dobre się obróciło! – skwitował dziadek.

 

Część 3: Wieczorna opowieść

Rozpadało się na dobre kilka dni i Staś z utęsknieniem wyczekiwał słońca, aby pohasać na świeżym powietrzu. Tymczasem przeglądał biblioteczkę babci Jadzi i dowiedział się o początku jej zainteresowań. Opowiedziała mu historię zranienia dziadka Gieńka przez łasicę i wyleczenia go przez Cygankę. Dodała też, że od czasu, kiedy chłopcy wrzucili głowę Niemca do rzeki, zniknęły z niej wszystkie ryby. Podobno wyjadł je dziwny żółw, który wtedy właśnie się pojawił.

– Dlaczego dziwny? – zaciekawił się Staś.

– A dwie głowy by cię nie zdziwiły? – spytała babcia.

– Żółw o dwóch głowach!?

– A co, niemożliwe?

– Nie! – Staś co prawda nie był zbyt mocny w biologii, ale że ostatnio czytał sporo o gadach, chcąc zmiażdżyć magika z kameleonem, wiedział z pewnością, że dwugłowych żółwi nie ma. – Smoki i owszem, ale żółwie, nie!

– To jeszcze mało wiesz o życiu, kochany. – Babcia dobrotliwie pogłaskała Stasia po policzku. – A przy okazji, wierzysz w smoki?

– No, nie wierzę. – Staś był trochę zmieszany. – W baśniach jednak tylko one miewają wiele głów.

– Dobrze powiedziałeś, „w baśniach”. A tu, kochany, rzeczy dzieją się naprawdę.

Po czym Staś dowiedział się, że dwugłowego żółwia dziadek Gieniek widział na własne oczy. Co prawda, jak się potem okazało, był wówczas solennie pijany, jednak widok tak osobliwy momentalnie go otrzeźwił.

– Tak, mój Stasiu, tak było, jak babcia mówi – powiedział mu dziadek wieczorem, gdy siedzieli przy kompocie ze śliwek i zajadali się ciastem orzechowym.

– A nie wiesz, dziadku, czemu tak babcia dodaje do wszystkiego orzechów?

– Są zdrowie, to przecież oczywiste.

– No tak.

Następnego ranka mimo mżawki Staś wybrał się nad rzekę, by na własne oczy przekonać się o prawdziwości bądź fałszu opowieści babci. „Jeśli znajdę choć jedną rybkę, zaraz dowiodę babci, że jej historia kupy się nie trzyma! A skoro będą ryby, to i żółwia nie będzie. Choć może przydałby się jeden, ale normalny?” – myślał sobie. 

Stanął nad wodą i wpatrywał się w nią uporczywie. Żałował teraz, że nie wziął wędki ani podbieraka. „Jak mam udowodnić babci, że są ryby, skoro żadnej nie złapię?” – zastanawiał się. I już chciał wracać do domu, gdy sąsiad zza rzeki zawołał do niego.

– Cześć, młody! Ty pewnie jesteś Staś?

– Stanisław Warecki, zgadza się.

– Jurek Sokół. Czego szukasz nad rzeką?

– Wypatruję ryb. W deszcz lepiej biorą.

– Bez wędki nic nie złowisz.

– A pan łowi tu ryby? – Stasiowi przyszło do głowy, że świadek też mógłby sfalsyfikować opowieść babci.

– Chętnie bym to robił, gdyby jakieś były. Od czasu, gdy mój ojciec z twoim pradziadkiem grali tu w Niemca i wrzucili go do rzeki, słuch po rybach zaginął.

– Masz ci los!

Staś ze zdziwieniem dowiedział się, że historia o Niemcu jest jednak prawdziwa. Wciąż wszakże nie wierzył w opowieść o dwugłowym żółwiu.

– A żółwie tu są? – zapytał sąsiada.

– Nie ma.

„Wiedziałem!” – pomyślał Staś.

– Jest tylko jakiś mutant dwugłowy. – Pan Sokół szybko sprowadził Stasia na ziemię. – Twój dziadek go widział.

– A czy ktoś inny może to potwierdzić?

– Chłopcze, nie wątpisz chyba w prawdomówność twojego dziadka? – Sokół wyglądał na naprawdę zdumionego.

– Oczywiście, że nie! Chciałem się tylko dowiedzieć więcej szczegółów.

– To przyjdź do nas po południu. Będzie taka jedna Cyganka, to ci opowie.

– Dobrze, przyjdę!

Po czym wróciwszy do domu, zapytał mamę, czy może odwiedzić sąsiadów za rzeką.

– A po co? – zdziwiła się pani Warecka. – Nie wiesz, że oni hodują konie? Jeszcze cię jakiś kopnie.

– Zaraz kopnie! A może nauczę się jeździć?

– No nie wiem…

– Ja go odprowadzę, niech idzie! – Dziadek Gieniek stanął po stronie wnuka. Staś nie był wszak tym zbyt zachwycony. „Jak tu weryfikować opowieść dziadka, gdy ten będzie ze mną? A może specjalnie chce mnie przypilnować?” – dumał.

– Skoro ty z nim idziesz, to zgoda – orzekła pani Warecka.

– Hurra! – krzyknął dziadek, wzbudzając zdziwienie w oczach córki.

– A ty się nie cieszysz? – pani Warecka spytała syna.

– Hurra – jakoś słabo wydusił z siebie Staś.

Co prawda samą wizytę musieli odłożyć do następnego ranka, gdyż ledwo ją postanowili, zerwała się wichura, a za nią przyszła burza. Dawno takiej nie widzieli we wsi. Powaliła kilka drzew i uszkodziła linię elektryczną. Wieczór i noc spędzili przy lampach naftowych, które dziadek Gieniek przezornie zachował. Zniósł je zatem ze strychu, a w ich tajemniczym świetle babcia snuła swoje niesamowite opowieści.

– Gdy zaczęły się dziać te wszystkie okropne rzeczy – podjęła wątek – najpierw dziadkowie poszli po księdza, coby nam dom, podwórze i rzekę poświęcił.

– Ekstra! – ucieszył się Staś. – To musiało być megaciekawe!

– Nie musiało, bo nie było.

– Jak to?

– Tak to. Ówczesny ksiądz był ultranowoczesny, jak to byście teraz powiedzieli. Zgromił dziadków, że żadnych dziwów nie ma, żyjemy w średniowieczu i takie tam, a on ma pilne sprawy w mieście i nie ma czasu latać z kropidłem po łąkach, gdzie tylko kleszczy nałapie i sutannę zamoczy.

– Mój ojciec w życiu go w sutannie nie widział – zauważył dziadek Gieniek.

– Ani mój, ale na wymówkę od święceń mu się nadała.

– Dziwne – wtrącił Staś. – Po co wymawiał się sutanną, skoro w niej nie chodził?

– Na co dzień jej nie potrzebował, ale do święcenia tak – odrzekła babcia. – A w każdym razie w ten sposób się tłumaczył.

– No więc rzeki nam nie poświęcił – skwitował dziadek.

– Moja mama wzięła się zatem za fachową literaturę, gdzie mogła znaleźć wiadomości o duchach, zjawach i różnych bagiennych stworach.

– A ty poszłaś w jej ślady. No i stałaś się fanką Paprodziada – zauważył dziadek.

– A co, nie podoba ci się?

– Nie, no gdzie tam! Fajny gość – dziadek śmiał się, mówiąc te słowa.

– Pewnie, że fajny i zna się na rzeczy – podsumowała babcia.

Po czym opowiedziała zebranym, jak to dwugłowy żółw pojawił się ni stąd ni zowąd w wodzie, jak zniknęły z niej ryby i jak trzeba było kurować dziadka po ugryzieniu przez jadowitą łasicę. Dziadek, który znał na pamięć te opowieści, stwierdził w pewnej chwili, że pójdzie nastawić pułapkę na myszy, które harcują na strychu.

– Leon się tam nie zapuszcza, bo za stary, a Puszek, jak widać, woli piwnice.

„W życiu już żadnej myszy nie upoluję” – pomyślał Puszek, przysłuchujący się rozmowie ludzi.

– To idź, a ja skończę opowieść – powiedziała babcia.

Dziadek wziął zatem lampę i poczłapał na strych. Babcia zaś ściszyła głos i wyszeptała:

– Wszystko przez tego Niemca.

– Jakiego znów Niemca? – zdziwił się Staś.

– No, tego, którego głowę chłopcy wrzucili do rzeki. Nie zazna spokoju, póki nie połączy się z ciałem w grobie. Mówię wam, że to ona dziabnęła łasicę w rzece i zaraziła ją swym jadem.

Rozległ się śmiech Grzegorza, jako żywo nielicujący z powagą sytuacji.

– To mi dopiero! – pan Warecki aż trząsł się ze śmiechu. – Co też mama opowiada!? Toż to jakoweś niemieckie zombie, a może nawet U-Boot zombie! Nigdy w to nie uwierzę!

– Nie wierz, to idź i sam sprawdź! – odrzekła naburmuszona babcia.

Staś, którego opowieść bardzo wciągnęła, zły był na ojca za jej przerwanie. Wziął zatem stronę babci i stwierdził, że łatwo się przekonać o jej prawdziwości.

– Trzeba przeszukać rzekę i znaleźć głowę – rzekł.

– A jeśli nic nie znajdziemy? Bo pewnie tak będzie – pytał pan Warecki.

– Wcale bym się nie zdziwiła – odrzekła babcia. – Nie wy pierwsi wpadliście na ten pomysł.

– No proszę! – wykrzyknął ojciec Stasia. – I co? Byli płetwonurkowie? Podwodni archeolodzy?

– Grzesiu, nie śmiej się z mamy! – Pani Warecka postanowiła wtrącić się do rozmowy.

– Niech się śmieje, niedowiarek, ile chce – powiedziała babcia. – Niemiec nie taki głupi, by dać się złapać.

– A co, dwugłowy żółw go ostrzega? – szydził dalej pan Warecki. – A może to on sam. Jako żywo! – Klasnął w dłonie. – Rozwiązałem zagadkę! Dwugłowy żółw jest awatarem utopionej głowy Szwaba. Odrodził się w tej postaci i…

– Niegłupi pomysł – zauważyła babcia.

– Dość tego! – Warecki wstał od stołu. – Ja idę spać, a wy, jeśli chcecie, snujcie sobie dalej te bajki. Tylko żeby wam się po nocach gadające głowy topielców nie przyśniły!

– O to się nie martw! – pożegnała go babcia.

Pan Warecki podniósł się i podążył w stronę sieni.

– A dokąd to? – spytała mama Stasia. – Sypialnia jest na prawo.

– Pomogę tylko dziadkowi z tą pułapką. Coś długo nie wraca.

I Grzegorz Warecki wspiął się po drewnianych schodach na strych.

– No, jesteś wreszcie. – Dziadek ucieszył się na jego widok. – Myślałem, że już się nie uwolnisz od tych bab.

– Ale się uwolniłem.

– Dobrze, to po szklaneczce na dobry sen! – Dziadek wyjął ze schowka butelkę śliwowicy. – Mało zostało – mruknął. – Muszę iść do Sokoła po zapasy.

– To dlatego chciałeś odprowadzić tam Stasia?

– A myślisz, że po co? – zaśmiał się dziadek.

 

Część 4: U sąsiadów

Poranek po burzy wstał piękny i ciepły. Nad rzeką unosiła się mgła. Dziadek Gieniek ze Stasiem włożyli kalosze i ruszyli w stronę rzeki. Przyszła pora, by odwiedzić sąsiadów. Junior Warecki zastanawiał się, jak sprawdzić wiarogodność dziadkowej opowieści o dwugłowym żółwiu, by nie wyszło na to, że w nią powątpiewa. Na szczęście obecność dziadka przy Stasiu ograniczyła się do odprowadzenia go do państwa Sokołów. Ledwo się przywitali, dziadek zniknął gdzieś na dłuższy czas z Jurkiem Sokołem, Staś zaś został poczęstowany w kuchni ciastem orzechowym i kompotem. „Znów te orzechy!” – pomyślał.

– Kiedy będzie Cyganka? – zapytał panią Sokołową.

– Właśnie mi napisała na Messengerze, że dziś nie da rady. Wczorajsza burza zwaliła jej drzewo w ogrodzie i nie może wyjechać z garażu. A co, mój mąż ci o niej powiedział?

– Tak. – Staś spochmurniał.

– Wszystkim się nią chwali, jakby była Bóg wie jaka mądra. Jej matka, i owszem, ta znała się na rzeczy. Wiesz, że uleczyła twojego dziadka?

– Babcia mi mówiła.

– Nam też nieraz pomagała. Jurek wspomniał, że widział cię nad rzeką.

– Szukałem tam dwugłowego żółwia!

– Tfu! – pani Sokołowa przeżegnała się trzy razy. – Nie wspominaj nawet o nim!

– A co, widziała go pani? – Staś ożywił się.

– Nie, tylko o nim słyszałam. Twój dziadek go widział.

Staś smętnie zwiesił głowę. „Znów to samo” – pomyślał. Rozmowa nie kleiła się i Staś żałował, że w ogóle tu przyszedł. Z utęsknieniem czekał na powrót dziadka. Wreszcie jego pragnienie spełniło się. Dziadek z sąsiadem wpadli do domu i już w sieni zaczęli wołać:

– Pani Sokołowa! Jolu! Chodź prędko! Znów to samo!

Jolanta Sokołowa podniosła się szybko i zawołała:

– Nie przekrzykujcie się! Ledwo was rozumiem! Co się stało?

– Mara!

– Nie może być! – Sokołowa znów się przeżegnała. – Skąd wiecie?

– Sama zobacz!

Poszli wszyscy wraz ze Stasiem do stajni. Tu zastali kilka koni w boksach. Jeden wyglądał dziwnie.

– Spójrz tylko! Coś mi się zdawało w nocy, że słyszę ze stajni rżenie, ale myślałem, że to wichura. Dziś zaszliśmy tu z Eugeniuszem i popatrz, jak Kary wygląda! – Wskazał konia i tupnął nogą ze złości.

Kary był cały spocony, jakby nie wiadomo, ile czasu pędził po bezdrożach. Kopyta miał ubłocone, grzywę zmierzwioną, a z pyska toczył pianę. Pan Sokół klął i aż trząsł się ze złości. Staś pomyślał, że sąsiadowi też zaraz piana wystąpi na usta.

– Myślisz, że to mara? – spytała pani Sokołowa.

– A kto niby?! – wściekle rzucił jej mąż.

– Dawno jej u nas nie było. Odkąd Cyganka odczyniła uroki… – odpierała domysły męża pani Sokołowa.

– Coś ją musiało tu przywołać!

– Coś, albo ktoś – pan Sokół spojrzał na Stasia. – Ten twój kot, z którym przyjechałeś. Jest cały czarny, bez najmniejszej plamki.

– Co pan chce od Puszka? Przecież bywał tu już nieraz – bronił się Staś.

– Tak, ale pierwszy raz walczył z łasicą. Sam słyszałem! – Sokół spojrzał na dziadka Gieńka i dodał, zwracając się do jego wnuka: – Nie masz tam czegoś przy sobie?

– Ja? – zdziwił się Staś.

– Ejże, sąsiedzie! – oburzył się dziadek Gieniek i przygarnął Stasia do siebie. – Co pan chce powiedzieć?

– Pokaż kieszenie! – upierał się pan Sokół.

– Ja?

– Ty!

– Ludzie, skończcie tę komedię… – zaczęła interweniować pani Sokołowa, gdy nagle głos uwiązł jej w gardle. – A to co? – spytała, wskazując na wyjęty przez Stasia okrwawiony zwitek.

– Opatrunek z mojego kota – powiedział Staś. – Wziąłem go jako zanętę dla żółwia.

– Spal to co prędzej! – krzyknął Sokół, nie zważając na konwenanse. – A ty – zwrócił się do żony – leć do domu po lustro i krzyż. Musimy je zawiesić na drzwiach stajni.

Sokołowej nie trzeba było tego powtarzać. Wnet przyniosła z domu żądane przedmioty i mąż z dziadkiem Gieńkiem przybili je na drzwiach stajni.

– Gdy mara zobaczy swoje odbicie w lustrze, przestraszy się samej siebie i ucieknie – tłumaczył wnukowi dziadek.

– A krzyż nie pozwoli jej przekroczyć progu – dodał Jurek Sokół.

– Rozumiem – powiedział Staś, choć nic z tego nie rozumiał. Jednego był pewien: na wsi panują zabobony rodem z ciemnego średniowiecza. Pewnikiem dwugłowy żółw był częścią tej zbiorowej histerii. „Pora wracać do miasta” – pomyślał. „Tu i tak nic, tylko pada”.

Tymczasem spalili w piecu skrwawiony opatrunek Puszka i popiół wrzucili do rzeki. Dopiero później dziadek pożegnał się z sąsiadem i wrócił ze Stasiem do domu. W drodze podał mu zawiniętą w chustę butelkę.

– Schowaj w stodole, żeby babcia nie widziała. – Mrugnął porozumiewawczo. – Tak, to śliwowica od Sokoła. Według mojej receptury. – Dziadek uśmiechnął się, rozmarzony.

 

Część 5: Psy

Babcia Jadzia była wyraźnie poruszona historią, opowiedzianą jej przez męża i wnuka. Pani Warecka zaraz zaczęła marudzić, że niepotrzebnie wysyłała Stasia do Sokołów i lepiej, żeby ojciec też tam nie chodził. Grzegorz Warecki wzruszał tylko ramionami, nie wierząc w takie gusła. Co innego go interesowało.

– Masz? – zapytał teścia.

– Mam.

– O czym mówicie? – spytała pani Warecka.

– O niczym – odrzekli obaj.

– Jak zawsze! – Jakoś nie chciała im uwierzyć. – Co tam znowu kombinujecie?

– A wiesz, mamo, że Puszek już lepiej się czuje? – Staś poczuł męską solidarność i postanowił poprowadzić rozmowę na inne tory.

– To pięknie, synu, ale co to ma…?

– Ten kot może nam się przydać! – przerwał córce dziadek Gieniek. – Jadzia, masz jeszcze jakieś opatrunki Puszka?

– Ano mam.

– Użyjemy ich jako przynęty.

– O! – Staś się ucieszył. – Będziemy polować na duchy?

– Czyście się popili?! – krzyknęła pani Warecka. – Jakie znów duchy?

– Jeszcze nie – odpowiedział dziadek. – Choć przy takiej pogodzie nie zawadziłoby po kieliszeczku…

– To ja wam zaparzę herbaty. A może kawy? – wtrąciła babcia Jadzia.

– Nie! – zgodnie odmówili obaj mężczyźni.

– Dziwnie jednomyślni dziś jesteście – zauważyła babcia.

– I tajemniczy – dodała pani Warecka.

– Bo dzieją się tajemnicze rzeczy – podsumował Staś.

Za radą dziadka postanowili tedy przywiązać skrwawione opatrunki Puszka do długiego sznura i rzucić jeden koniec w rzekę, trzymając mocno drugi.

– Skryjemy się za szopą na narzędzia – mówił dziadek – i gdy poczujemy branie, zaczniemy ciągnąć.

– Ejże, to nie wędka! – zaprotestował pan Warecki. – Zdobycz puści przynętę i czmychnie do wody.

– Racja – zgodził się dziadek – trzeba jakieś haczyki przymocować i owinąć je opatrunkami kota.

– Mam lepszy pomysł – wtrącił Staś. – Przecież to, na co polujemy, będzie musiało wyjść z wody, aby dobrać się do kolejnych opatrunków. Gdy będzie na lądzie, wtedy to złapiemy.

– A jak zacznie wciągać sznur do wody? – powątpiewał dziadek. – Może nie potrafi z niej wyjść?

– No to jak ujeździło Karego u Sokołów? – nie ustępował Staś.

– Aleś ty niemądry! – Dziadek przewrócił oczami. – Karego męczyła mara.

– Mara, która jest awatarem żółwia, będącego awatarem Niemca – podsumował z przekąsem pan Warecki.

– Głowy Niemca, ściśle rzecz biorąc – sprecyzował dziadek.

– No właśnie! – wykrzyknął Staś. – Musimy wyłowić głowę i wtedy wszystkie zjawiska znikną.

– To najpierw musimy ją znaleźć – przypomniał pan Warecki. – I jak się domyślam, głowa złapie się na naszą przynętę.

– Synu, twoja przemyślność mnie zadziwia – pochwalił go dziadek, zdając się nie słyszeć drwiny w głosie zięcia.

Wreszcie po dłuższej naradzie wrzucili sznur z przynętą do wody i zaczaili się za szopą. Sokół z widłami czekał po drugiej stronie rzeki. To na wypadek, gdyby „coś lub ktoś” chciało uciekać w stronę jego gospodarstwa. Wszyscy byli pewni, że złapią winowajcę, kimkolwiek by nie był.

Tymczasem babcia Jadzia spuściła z łańcuchów oba psy, Bawora i Gustawa. „Niech sobie pobiegają i wysrają się po nocy” – myślała. Rosłe owczarki ruszyły biegiem przez podwórze, kierując się w stronę nadrzecznych chaszczy. Lubiły tam załatwiać swoje potrzeby. Wtem coś zwróciło ich uwagę. Nozdrza poczuły zapach krwi. Psy postawiły uszy i ruszyły w kierunku, w którym prowadził je węch. Ominęły rozłożystą leszczynę i z zachwytem ujrzały skrwawione zwitki. Niewiele myśląc, rzuciły się na przynętę i zaczęły ją szarpać.

– Mamy drania! – krzyknął dziadek i wyskoczył z widłami zza szopy. Za nim ruszyli obaj Wareccy.

– No nie! – krzyknął rozczarowany Staś. – Psy zepsuły nam zasadzkę!

– Jadzia! – Dziadek podążył ku domowi. – Czemu spuściłaś psy?

– To ich pora, przecież wiesz! – odkrzyknęła babcia, wyglądając przez okno kuchni. – A co, stało się coś?

– Stało i to jak cholera! – pieklił się dziadek. I nie pomagało mu to, że zięć zanosił się ze śmiechu i niemal tarzał po trawie.

– Dobre pieski! Prawdziwe niemieckie owczarki! Bronią swego pana – śmiał się.

Dziadek już chciał powiedzieć mu coś do słuchu, kiedy nagle w jego głowie zaświtała pewna myśl. „Kurka flaczek, a może on ma rację? Wszak te psy idą od suki, którą dziadek Jadzi przygarnął po wojnie!”.

– Jadzia! – krzyknął do żony. – A pamiętasz no, jak to się wabiła ta suka, którą twój dziadek znalazł nad rzeką?

– Ignacy?

– Nie, jakoś inaczej.

– Głupiś! Dziadek miał na imię Ignacy.

– To wiem! Pytam o psa, którego znalazł.

– Zaraz tam pies! Z rok może miała. – Babcia zaczęła się zastanawiać. – Czekaj, mam gdzieś tabliczkę z jej imieniem. Była na obroży. Ci Niemcy są tacy akuratni we wszystkim…

Babcia podeszła do kufra i zaczęła w nim grzebać. Wreszcie wyciągnęła na wpół spróchniałą obrożę z mosiężną tabliczką. Przetarła ją szmatką, włożyła okulary i odczytała.

– Gretel! – krzyknęła do dziadka.

– No tak, Gretel! – zgodził się dziadek. – Wiedziałem, ale zapomniałem.

Po czym obrócił się do zięcia i powiedział:

– Grzesiu, skoro już się uspokoiłeś, to ci powiem jedną rzecz. Ten cały nasz plan był do bani.

– Od początku to wiedziałem – zgodził się pan Warecki.

– To czemu wziąłeś w nim udział? – zapytał dziadek.

– No, przez grzeczność…

– Bardzo mi miło. A teraz słuchaj uważnie. Kto najlepiej nadaje się do tropienia zdobyczy?

– Psy? – zgadywał pan Warecki.

– Otóż to! Niech Bawor z Gustawem znajdą głowę Szwaba!

– Ba, psy musiałyby mieć jakiś trop! Jak mają szukać czegoś, czego zapachu nie znają?

– Celna uwaga. Damy im do powąchania obrożę Gretel.

– Słucham?

– No, tę, w której dziadek Ignacy znalazł ich praprapra i ileś tam razy prababkę.

– Po tylu latach nic z zapachu nie zostało. Gdzieście trzymali tę obrożę? – oponował pan Warecki.

– W kufrze.

– Zatem psy doprowadzą nas do kufra. Zakład?

– Stoi!

– O co się zakładamy?

– A jak myślisz? – dziadek uśmiechnął się chytrze.

– O jedną?

– Dwa psy, to o dwie.

– Dobra!

Po czym dziadek poszedł do domu, przyniósł obrożę Gretel i dał do powąchania psom.

– No, szukaj! Szukaj!

Psy pokręciły się w kółko, po czym pobiegły w stronę nadrzecznych chaszczy. Panu Wareckiemu szczęka opadła. Dziadek tryumfował.

– A nie mówiłem? – zapytał. – Ruszajmy za nimi.

Gdy dobiegli na miejsce, psy właśnie kończyły się wypróżniać. Po czym wybiegły znów na podwórze.

Pan Warecki wybuchnął śmiechem. Dziadek Gieniek gniewnie mruczał pod nosem, brzydko wyrażając się o „niemieckich kundlach” i ich porze srania. Po czym rzekł:

– Ale do kufra też nas nie doprowadziły.

– Fakt – zgodził się pan Warecki. – Pewnie za bardzo chciało im się srać.

– No to mamy remis – skwitował dziadek.

 

Część 6: Niemiec

Tymczasem zza rzeki przyszedł Jerzy Sokół, nadal z widłami w ręce i zapytał:

– To jak tam, złapało się coś? Bo widziałem, że sznur szarpał w wodzie.

– Eh, panie Jurku! – dziadek wzruszył ramionami. – Psy nam zepsuły zasadzkę.

– Oj, to niedobrze! – zmartwił się sąsiad. – Bieda z nimi i kłopoty. Pamiętacie, co się przytrafiło Wereszowi?

– Jakiemu znów Wereszowi? – zaciekawił się pan Warecki.

– A, to było zabawne! – roześmiał się dziadek.

– Aspirant Weresz – wtrąciła się babcia Jadzia, wychodząc z domu – zwany u nas „lotnym Kacperkiem”.

– O! Tak miał na imię? – pytał zięć.

– Tak. A lotny, bo lubił jeździć na patrole.

– No i umysłowo był „lotny” – śmiał się dziadek.

– Otóż ten Weresz, gdy jesienią zeszłego roku wałkowano ustawę łańcuchową, odwiedził nas i w swej nadgorliwości kazał spuścić psy z łańcuchów.

– I co? – pytał pan Warecki.

– Twój teść tłumaczył, że to dopiero projekt ustawy, że łańcuch długi i wygodny, pies się z nim bezpiecznie czuje i tak dalej. – Sokół dołączył do rozmowy. – Policjant nie chciał jednak tego słuchać. „Spuścić psy, ale to już!”. Tak powiedział.

– No, jakoś tak – zgodziła się babcia Jadzia.

– No i co? Tata je spuścił?

– I owszem – dziadek zanosił się od śmiechu. – Zaraz Gustaw skoczył na policjanta, a Bawor ugryzł go w łydkę.

– To była napaść na funkcjonariusza – dodała babcia.

– Teraz się śmiejemy, ale wtedy ledwoście się z tego wywinęli – zauważył Sokół.

– W każdym razie – podsumował dziadek – gdy Weresz do nas czasem zajeżdża…

– Bardzo rzadko – wtrąciła babcia.

– Rzadko do nas zajeżdża – kontynuował dziadek – to nigdy nie wychodzi z wozu i patrzy, czy psy aby na pewno są uwiązane.

– Raz nawet pół godziny czekał w wozie, gdy mu powiedziałam, że psy spuszczone i nie możemy ich znaleźć.

Wszyscy śmiali się serdecznie i jakoś zapomnieli o urazie, żywionej do psów z powodu zniweczenia ich zasadzki na „głowę Niemca czy cokolwiek, co siedzi w wodzie”. Staś przysłuchiwał się z zaciekawieniem, po czym poszedł szukać Puszka.

Ten tymczasem wybrał się na przechadzkę z Leonem. Podobno nad rzeką jest gniazdo myszy – tak przynajmniej utrzymywał Leon – i pora było je namierzyć. Puszek szedł dla towarzystwa, nie zamierzając polować. Leon zaś chciał uprzedzić łasicę.

– Jeśli my nie zdążymy, ona je znajdzie i pozjada – pouczył Puszka.

– Dziwne, że chce ci się polować – zauważył ten.

– W moim wieku, chciałeś dodać? – zadrwił Leon.

– Nie. Po takiej burzy. Trawa mokra i w ogóle jakoś paskudnie jest – bronił się Puszek.

– Kto wie, może to moje ostatnie łowy – westchnął Leon. – Po mnie ty przejmiesz tu pieczę.

– Co? Miałbym zostać na wsi? – przestraszył się Puszek.

– Żartowałem! – zaśmiał się Leon. – Chodźmy!

I poszli. Wędrując nad rzeką i przeszukując trawę, natknęli się wreszcie na upragnione gniazdo. Splądrowane.

– Wstrętna łasica! – warknął Leon. – Uprzedziła nas!

– Kto rano wstaje… – rozległ się głos z pobliskich krzaków. Po czym wyjrzała z nich łasica i dodała – O, a kogóż my tu mamy! Miejski kotek. Pora wyrównać rachunki.

– Z przyjemnością – rzucił Puszek, którego ogarnął gniew na widok spustoszenia dokonanego przez łasicę w mysim gnieździe. „Dziwny za mnie kot, obrońca myszy” – pomyślał i jednym susem znalazł się przy łasicy.

Ta widać nie spodziewała się, że Puszek podejmie wyzwanie i poczuła jego pazury na głowie. Leon postanowił włączyć się do walki, chociaż nieproszony. Zakotłowało się tedy potężnie. Wrzask i tumult zwabił psy, które ochoczo przyłączyły się do bitwy. Trudno było w tym wszystkim zgadnąć, kto z kim walczy, kto kogo gryzie, drapie i szarpie. Wreszcie łasica uwolniła się i dała nura w wodę, by przedostać się na drugi brzeg. Bawor skoczył za nią, chcąc odciąć jej drogę. I wtedy nadbiegli zwabieni hałasem ludzie.

– Co się tu, do groma ciężkiego, dzieje?! – krzyknął dziadek Gieniek.

– Dziadku, ratujmy Puszka! – Staś na widok bitwy mało się nie rozpłakał.

– Uważaj pan z tymi widłami! Jeszcze mi psa dziabniesz! – dziadek chciał powstrzymać sąsiada. Ten jednak skoczył już ku wodzie i krzyknął:

– Załatwię się z łasicą! Nie bój żaby!

I zamachnął się potężnie. Łasica była zwinna, więc Sokół kilka razy uderzał widłami w wodę. Wreszcie rozległ się głuchy chrzęst łamanej kości.

– Mam ją! – krzyknął Sokół i wyciągnął widły w górę. Na ich końcu sterczała stara, przegniła czaszka ludzka.

– Niemiec! – krzyknęli wszyscy. – Nareszcie!

I tak to nieoczekiwanie znaleziono tajemniczą – i bez wątpienia złowrogą – czaszkę niemieckiego żołnierza. Z worka, w którym ją utopiono, mało co już zostało; ledwie jakieś spłachetki przyklejone tu i tam. Bez wątpienia była to jednak „ta” czaszka.

– Hans, wróciłeś do nas! – powiedziała babcia.

– Tfu! Jakie znów wróciłeś? – żachnął się dziadek. – W końcu zawsze tu był!

– I czemu Hans? – spytał Sokół.

– Czemu nie? To popularne imię – orzekła babcia. Wolała nie zdradzać sąsiadowi, że ma w kufrze nieśmiertelnik Niemca.

Sokół wciąż trzymał głowę Hansa na zębach wideł, gdy Bawor z Gustawem wydobyli się z rzeki i otoczyli sąsiada. Psy zaczęły podskakiwać i radośnie szczekać. Sokół dla pewności podniósł głowę wyżej, żeby jej nie ściągnęły.

– Oho, poznały swego pana – stwierdziła babcia.

Łasica tymczasem, korzystając z zamieszania, umknęła z wody do lasu. Puszek z Leonem zaś dumnie wyszli na brzeg. Nie zwracali bynajmniej uwagi na znalezisko, wokół którego skupili się ludzie i psy.

– Mówiłem, że dam jej radę – powiedział Puszek.

– Trochę ci pomogłem – przypomniał Leon.

– Dziękuję.

I powędrowały w stronę domu. Ludzie tymczasem odpędzili psy i poszli do szopy, żeby wytrzeć głowę i zabezpieczyć przed dalszymi uszkodzeniami.

– Jadzia, przywiąż psy. Trzeba zadzwonić po Weresza i zgłosić znalezienie czaszki – powiedział dziadek Gieniek do żony.

– Prawda. Psy nie oddadzą go policji bez walki – zgodziła się babcia.

Radosne rżenie Karego, dobiegające zza rzeki potwierdziło ich domysły.

– Kłopoty się skończyły – orzekł dziadek.

Tylko dwugłowy żółw, przypatrujący się wszystkiemu z szuwarów, był innego zdania. Wszak noc Kupały dopiero przed nimi.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Sprawy techniczne i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):

Puszek, który faktycznie nietęgo się czuł po nocnej walce – którą słusznie możemy uznać za jego pyrrusowe zwycięstwo, skoro i owocu jego w postaci myszy nijak nie śmiał skosztować – z zadowoleniem przyjął do wiadomości, że w tak brzydkich, by nie rzec plugawych okolicznościach przyrody (przecinek?) nie może rzucić wyzwania podstępnej łasicy. – powtórzenia?

Zaraz tedy sięgnęła po ów specyfik, który zaiste z niezwykłą wprost skutecznością leczył wszelkie rany, z oparzeniami włącznie (czego swego na własnym ciele doświadczył dziadek Gieniek, gdy ściągana po pijanemu fajerka spadła mu z pogrzebacza na nogę). – czy ten rym (i drugi wyraz) jest konieczny?

Tymczasem Staś, któremu plucha pokrzyżowała plany wyjścia do ogrodu, skąd zamierzał przemknąć się do sąsiadów zza rzeki, wędrował po domu dziadków i zaszedł do pokoju babci Jadzi. – czy ta (i inne, np. Lepiej ją zakop gdzieś i nic nikomu nie mów; Koty przeszły przez podwórko i ogród, po czym skierowały się do rzeki) aliteracja jest celowa?

Zapomniana księga Patrycji Hendel, Słowo i miecz Witolda Jabłońskiego, Szeptucha, Katarzyny Miszczuk, Idź i czekaj mrozów, Marty Krajewskiej, nie licząc całej kolekcji dzieł o Słowiańszczyźnie z wydawnictwa Replika. Najbardziej jednak uwagę chłopca przyciągnęło stare, przedwojenne jeszcze wydanie Kultury ludowej Słowian Kazimierza Moszyńskiego. – to dość duża niekonsekwencja w zapisie książek – część podajesz z przecinkiem między tytułem a autorem, część – bez, czemu?

 

Staś domyślał się, że babcia będzie skarżyć się na niewyspanie, zmęczenie i wysoki kortyzol. Było to coś, co miała mama i ciągle się tym martwiła.

– Wzrok mi się popsuł od takiego nocnego czytania. – powtórzenia?

Po czym pozwolił się wziąć babci na ręce i z rezygnacją poddał się zabiegom medycznym. Nie bez pewnej satysfakcji odnotował, że czuje się po nich zdecydowanie lepiej. – i tu?

Doskonale znał przecież powody, dla których babci popsuł się wzrok. – zgrzyta mi ta składnia (?)

Po czym opowiedziała Stasiowi, jak to jeszcze po swojej mamie, świętej pamięci prababci Zenobii (rzecz jasna, prababci dla Stasia) (przecinek?) odziedziczyła pierwsze książki i zamiłowanie do badania ludowych wierzeń.

– Pora, żebyśmy sobie coś wyjaśnili. – Leon zagadnął Puszka, gdy tylko ten zeskoczył z kolan babci Jadzi. – zbędna pierwsza kropka w zapisie dialogu?

– Nie, no gdzie tam! Fajny gość. – Dziadek śmiał się, mówiąc te słowa. – i tu?

– Czy wiesz (przecinek?) z kim zadarłeś?

Bestie spasione były (przecinek?) jak nie wiem co.

Leon ocenił, że pora na poobiednią drzemkę. Ostrzegł jeszcze Puszka, by nie ważył się walczyć z łasicą i wskoczył na fotel. Puszek chciał go jeszcze o coś zapytać, ale Leon zawinął się w kłębek i zasnął. „Jak to dziadek” – pomyślał o nim Puszek, po czym stwierdził, że w sumie nie ma nic lepszego do roboty i poszedł w jego ślady. – powtórzenia?

– A jeśli nic nie znajdziemy? Bo pewnie tak będzie? – pytał pan Warecki. – czy na pewno to zdanie jest pytające?

Jurek mówił, że widział cię nad rzeką? – i to?

 

Pora było odwiedzić sąsiadów. – dziwnie to brzmi…

 

– Babcia mi mówiła.

– Nam też nieraz pomagała. Jurek mówił, że widział cię nad rzeką? – powtórzenie?

 

W tym fragmencie powtarzasz tę samą informację, to celowe?:

Poszli wszyscy wraz ze Stasiem do stajni. Tu zastali kilka koni w boksach. Jeden był spocony, ze zmierzwioną grzywą i pianą w pysku.

– Spójrz tylko! Coś mi się zdawało w nocy, że słyszę ze stajni rżenie, ale myślałem, że to wichura. Dziś zaszliśmy tu z Eugeniuszem i popatrz, jak Kary wygląda! – Wskazał konia i tupnął nogą ze złości.

Kary był cały spocony, jakby nie wiadomo ile czasu pędził po bezdrożach. Kopyta miał ubłocone, grzywę zmierzwioną, a z pyska toczył pianę.

 

 

Kary był cały spocony, jakby nie wiadomo (przecinek?) ile czasu pędził po bezdrożach.

Trzeba je zawiesić na drzwiach stajni. Sokołowej nie trzeba było tego powtarzać. – powtórzenie?

– Aleś ty niemądry! – dziadek przewrócił oczami. – Karego męczyła mara. – błędny zapis dialogu?

Ci Niemcy są taci akuratni we wszystkim… – tacy?

 

 

A zatem pod tym kątem trzeba jeszcze starannie przejrzeć i poprawić całość, ja już reszty usterek nie wypisuję, skupiając się tylko na fabule. :)

 

Opowieść utrzymana w ciekawym klimacie dobrodusznej swojskości z domieszką kryminału oraz przygodówki . :) I tylko zastanawia mnie, czy gadające do siebie koty to jedyny element fantastyki? Bo sporo bohaterowie opowiadają, faktycznie, ale niczego innego z rzeczy nadprzyrodzonych nie widać. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Bardzo wciągające opowiadanie. Gratuluję. No i nie mogę się powstrzymać i zapytam: to z głową Niemca, to z życia? Bo życie pisze takie niesamowite historie :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Czytałam z przyjemnością i uśmiechem, wciągająca opowieść. Pozdrawiam :)

Bruce,

dzięki za przeczytanie i wszystkie fachowe uwagi, jak zawsze! Ile by człowiek nie sprawdzał, zawsze coś umknie. Przejrzę jednak pod wskazanym przez Ciebie kątem i poprawię, co trzeba.

W kwestii fantastyczności – prawdziwe (no, rozumiemy:) są wszystkie opisane wydarzenia. Część przekazana w formie wspomnień bohaterów, część w bezpośredniej narracji, a więc owa złowroga głowa, mara męcząca konia, dwugłowy żółw etc.

Teo Max i Melancholio,

dzięki za przeczytanie. Fajnie, że Wam się podobało:)

Co do głowy, to faktycznie z życia wzięte (tylko oryginalnie głowę pozyskano ze starego, opuszczonego cmentarza niemieckiego; tu trochę udramatyzowałem…).

Pozdrowienia dla wszystkich!

Nowa Fantastyka