W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34994
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34994
– Gniewko – Robert przerwał ciszę. – Dzisiaj nie bierz włóka. Weź sierp i procę. – Skoś tyle co zwykle. Zostaw na łące, zbiorę to wieczorem. Resztę dnia poświęć na łowy.
Oczy chłopca rozbłysły. Porwał procę, ostrożnie ujął sierp. Worek z otoczakami zabrzęczał u pasa.
Pędził przez osadę prosto ku jałowcom. Tam widział ostatnio kuropatwy. Wtedy przyniósł tylko jedną. Od tamtej pory dużo ćwiczył. Dzisiaj wróci z całym stadem. Roześmiana Agnieszka złapie się za głowę. I kto to wszystko oporządzi? – krzyknie.
Drogę zagrodził tłum. Na przedzie stał Jaropełek z krzywym uśmiechem. Kilku wyrostków z tyłu zmrużyło oczy i zacisnęło pięści.
– Co tam chowasz? – warknął, wskazując podbródkiem jego zaciśniętą pięść.
Gwałtownie schował rękę za plecy. Za wolno. Jaropełek doskoczył, szarpnął rzemień i pchnął chłopca na ziemię. Skórzany pas zakołysał się w uniesionej łapie napastnika.
– Oddaj! – krzyknął, rzucając się naprzód.
Chłopak zarechotał, rówieśnicy zawtórowali mu chórem. Odepchnął go jedną ręką. Nawijał procę na dłoń, demonstrując do kogo teraz należy.
– Dzieci i baby nie noszą broni – mruknął spokojnym, opiekuńczym tonem. – Ściągniesz gniew bogów na całe sioło.
– Oddaj!
Ryknęli jeszcze głośniej. Kolejne pchnięcie rzuciło Gniewka w piach.
– Bezrodny! – wrzasnął kolejny.
– Baba, nie chłop!
Kolejny cios posłał go na kolana.
– Porab znajdów! Baba!
W skroniach zaczęło mu dudnić. Zacisnął zęby, aż szczęka zadrżała.
Żadna dziewka! Haruję ciężej niż wy.
Skoczył z wrzaskiem prosto na Jaropełka. Wyrostek zbił go z toru ramieniem i posłał na ziemię.
Twarda, wysuszona glina zadrapała dłoń. W nozdrza uderzył ostry, duszący kurz.
Jaropełek zmierzył leżącego wzrokiem. – Dzieci i dziewki nie polują – wycedził. – Broń służy wojom. Machnął na kompanię i uniósł zdobycz ponad głowę.– Na kaczki! Za mną! Zgraja popędziła ku rzece, zostawiając go w pyle.
Dźwignął się chwiejnie. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu. Łzy paliły pod powiekami. Zaciskał szczęki aż strzeliło w skroni. Żadnego płaczu. Nie da nikomu tej radości. Byle dalej stąd. Byle nie słyszeć tego rechotu.
Ruszył pędem. Biegł, aż za granice sioła, a płuca zapiekły brakiem tchu. Padł w wysokie trawy. Z gardła wyrwał się szloch. Uderzał pięściami w ziemię, rozładowując wściekłość.
Otarł twarz rękawem, uniósł narzędzie. Ostrze błysnęło w słońcu. Szerokie cięcie, potem drugie. Kosił z furią, traktując trawę niczym wrogie szeregi. Stal dźwięczała, łodygi padały pokotem. Na dłoniach pękły pierwsze pęcherze, skóra paliła, nie zwalniał. Skończy tę łąkę. Udowodni siłę. Chłop nie płacze, chłop pracuje.
* * *
Robert z Agnieszką weszli w zagrodę Stanimira z koszem wikliny. Zapach żywicy, wiórów i dymu uderzał z kilkunastu kroków. W otwartych wrotach stodoły tańczyły w słońcu słupy pyłu. Obejście wypełniało miarowe stukanie dłuta.
Stanimir z synem tkwili pochyleni nad grubymi tarcicami. Cieśla trzymał opalony patyk, a syn kreślił węglem okrąg.
– O, widzę, że za chwilę w Kwiecistej będą dwie taczki. Rzucił od progu. – Jakie równe koło, aż miło patrzeć.
– Witajcie! – zawołał Stanimir, odkładając skrobak. – Dobrze, żeście trafili. Radomir, wody dla gości!
Gospodarz pokręcił głową z uśmiechem. – Wciąż zachodzimy w głowę, czemu nikt wcześniej na to nie wpadł. Prosta konstrukcja, a taka pomocna. Składamy kolejną dla siebie.
– Czas na zmianę. – Robert rzucił pęk witek na ziemię. – Wiklinowy kosz pomieści więcej.
Agnieszka skinęła przejmując kubek.
Topory cieśli rytmicznie uderzały, sypiąc pachnącymi wiórami. Surowe tarcice nabierały formę. Radomir kopiował gesty ojca. Obok powstawało dno kosza.
Agnieszka przebierała gałęzie. Ze sztywnych tworzyła osnowę, cienkie, elastyczne Robert przeplatał poprzecznie.
– Wasz młody ma krzepę – mruknął Stanimir, skupiony na obróbce. – Obserwuję go co świt.
– Ma upór i dumę – odparła, nie zwalniając tempa – Wyrostki mu dokuczają.
Cieśla westchnął ciężko, odsuwając narzędzie.
– Jaropełek przewodzi nagonce. Zbyt głupi, by samemu to wymyślić. Ojciec chowa go na swoją modłę. – Stanimir puścił oko do Roberta. – Ale co ja tobie tłumaczę – zaśmiał się.
– Puszy się niczym cietrzew, a rozumu we łbie brak. Gniewko musi okrzepnąć.
Robert zaplótł kolejną witkę. Rozmowę wyparły odgłosy roboty – szuranie wikliny, świst skrobaków, tępy stukot pobijaków.
* * *
Dobra krążyła po podwórzu, nerwowo międląc rąbek zapaski. Zniknęła w chacie, po chwili wyprowadziła małą dziewczynkę. Skóra i kości. Wiotkie ciało chwiało się, tracąc równowagę przy każdym kroku.
Agnieszka odłożyła gałęzie. Podeszła bliżej, obserwując małą. – Co się z nią dzieje?
Kobieta uniosła podkrążone oczy. – Nikt nie wie. Próbowałam naparów od Jagody. Szeptucha zamawiała uroki – na próżno. Niknie w oczach z każdym nowiem. Bogowie wyciągają po nią ręce. Już parę razy stygła na posłaniu.
Kucnęła przy dziecku. Opuszkami palców zbadała policzek – zimny pot przesiąkał przez lepką skórę.
Przerażająco blada, woskowa, niemal przezroczysta skóra odsłaniała sine żyłki. Rany w kącikach warg krwawiły. Ujęła kosmyk włosów – matowe, rzadkie pasma pękały pod naciskiem. Mała trwała w bezruchu, wpatrzona w nicość. Łapała powietrze krótkimi, szarpanymi haustami.
– Mogę zobaczyć? – zapytała, wskazując na oczy dziecka. Dobra zaskoczona prośbą, skinęła.
Delikatnie ujęła twarz, kciukiem ściągnęła dolną powiekę. Była biała. Przeniosła wzrok na dłonie. Paznokcie wygięły się we wklęsłe miseczki.
Bladość śluzówek… koilonychia… zajady… apatia… duszność. Skrajna anemia syderopeniczna. Przed oczami stanęły schematy z podręczników biochemii.
Podniosła wzrok. – Dobro – zaczęła – powiedz mi… czy ona próbuje jeść ziemię? Albo popiół z paleniska?
Matka cofnęła się w szoku. – Skąd wiesz? – wyjąkała. – Tak. Cały czas drapie pazurkami ziemię i wkłada do buzi. Myślałam, że rozum postradała…
Zaprzeczyła ruchem głowy. – Nie postradała – ucięła. – Łaknie tego, czego ciału brakuje. To nie klątwa, to choroba.
– Krwi brakuje siły. – Odczekała chwilę. – Ma jeszcze szansę.
Dobra otworzyła usta, lecz nie padło ani jedno słowo. – Choroba? – wykrztusiła. – Szeptucha mawiała o uroku… o uchodzącej duszy.
– Ciało słabnie, bo jej krew zasycha – Agnieszka ucięła przesądy. – Zaufaj mi. Zrobisz teraz dokładnie to, co powiem.
Spojrzała na matkę, a jej głos stał się stanowczy.
– Po pierwsze, wątroba, serce. Był jakiś ubój ostatnio?
– Skąd – prychnęła Dobra. – To nie czas na bicie.
– Macie kury. Wybierz najtłustszą. Wątroba zadziała najszybciej. Ugotuj ją, rozgnieć na papkę z wodą i daj małej. Każdy kęs decyduje o przeżyciu. Krew zbierz do miski, poczekaj aż skrzepnie. Dodawaj po łyżce do każdej polewki.
Dobra wytrzeszczyła oczy. Pokrzywa, lipa, liście babki te lekarstwa znała.
– Krew? – Wargi ledwo sformułowały dźwięk. Cofnęła się. – Szeptuchy zakazują… Krew budzi demony, psuje duszę, odbiera wieczny spokój!
Agnieszka stała niewzruszenie. Przeniosła wzrok na konające dziecko.
– A ty czego chcesz?
– Ja? – Zamrugała zaskoczona.
– Ty. Nie szeptucha. Nie bogowie. Ty.
Dobra spuściła wzrok. Palce zacisnęły się na zapasce. Przez chwilę milczała.
– Chcę, żeby żyła – wyszeptała łamiącym się głosem.
– Więc walcz o nią. Nie karmimy duszy. Karmimy ciało – powiedziała cicho, ale dobitnie.
Spojrzała na córkę. Potem na kurę. Znów na córkę. Przeskakiwała wzrokiem z chłodnej twarzy przybyszki na przezroczyste lico córki.
– Szeptucha nakazywała modły i oczekiwanie co bogi odrzekną – powtarzała beznamiętnie. – Ty chcesz strawą leczyć – Knykcie matki zbielały na zapasce.
– Jeśli bogowie chcą kogoś karać, niech karzą mnie – wyszeptała. – Nie ją.
* * *
Niskie słońce barwiło skraj lasu, Robert wtoczył taczkę na polanę. Znieruchomiał. Na łące piętrzył się potężny stóg trawy. Obok siedział ciężko dyszący Gniewko.
– Na bogów, chłopie! – Gwizdnął z uznaniem. – Chcesz wykarmić wszystkie krowy w opolu? To robota dla trzech chłopów, nie dla jednego chłopca. A gdzie łupy z łowów? – Zmierzwił czuprynę małego, lecz ten nie zareagował.
– Zapodziałem procę– wykrztusił głuchym, bez emocji głosem.
Uśmiech na twarzy Roberta zgasł. Kucnął przy chłopcu. – Gdzie? Przeszukamy łąkę. – Chłopak drgnął przecząco. W oczach zebrały się łzy. – Nie wiem. Chodziłem i przepadła.
– Mów prawdę – Robert zniżył głos. – Ktoś pomógł w zgubie? Jaropełek? Łzy wyżłobiły jasne smugi na brudnej twarzy. – Zabrali… Prawili żem baba, nie chłop. Że dzieciom wara od oręża.
Palce same zacisnęły się w pięści. Szarpnął się, aż zatrzeszczały stawy. Mały skulił się. Robert wypuścił powoli powietrze, tłumiąc furię. Najpierw chłopak. Na odwet przyjdzie czas.
Ujął ramiona chłopca. – Spójrz na mnie. – Złapał uciekający wzrok. – Jaropełek to głupiec. Kawałek skóry w dłoni nie stanowi o męskości. – Szloch zaczął się rwać, przechodząc w ciche pociąganie nosem.
– Ale… on mi ją zabrał… – zakrztusił się powietrzem. – Ojca… Mirosława…moją…
– Chodź, zawieziemy trawę do domu a później pójdziemy do Dobrogosta i mu ją odbierzemy.
– Jak to, odbierzemy? – Spojrzał z niedowierzaniem. – Pójdziesz do Dobrogosta i ją odzyskasz?
– Razem pójdziemy. – Chłopiec cofnął się, zaskoczony.
Wbił widły w pokos, próbując podnieść jak najwięcej trawy. Stęknął z udawanym wysiłkiem. – Na bogów! Gniewko, tu jest więcej niż na czterech włókach!
– Co to jest? – dopiero teraz zauważył nową konstrukcję.
– Radomir nazwał to taczką, pomoże nam zwieźć wszystko bez wysiłku.
Załadował trawę do kosza. Chwycił Gniewka pod pachy, posadził go na samym szczycie. Chłopiec zanurzył się w miękkiej, zielonej masie. Słodka woń soków uderzyła w nozdrza, łodygi łaskotały łydki, słońce grzało policzki. Usiadł szeroko na trawie rozglądając się z góry.
– Wracamy do domu – powiedział, chwytając mocno za drewniane poręcze.
Gniewko wychylał się na boki, zdziwiony obserwował, że wóz mimo ciężaru gładko toczył się po nierównej ziemi.
Wjechali w sam środek sioła. Gwar osady zamarł. Kobiety przerywały prace, mężczyźni opierali się o płoty. Gapili się na jednokołowy wóz. Wskazywali palcami mężczyznę ciągnącego wielką stertę trawy bez widocznego wysiłku. Pokazywali Gniewka.
Z tłumu wystąpił rosły Sambor. Obszedł taczkę dookoła, drapiąc się po brodzie, – Sam ciągnie? Bez wołu? – Uniósł brwi z niedowierzaniem.
Chwycił za konstrukcję. Szarpnął z całej siły w bok. Sterta trawy zakołysała się gwałtownie.
– Bo mnie strząśniesz! – Chłopak ryknął śmiechem, łapiąc równowagę szeroko rozstawionymi ramionami.
Sambor cofnął się. – Nie skrzypi – mruknął.
Robert uśmiechnął się lekko i poprawił uchwyt na poręczach. – Jak ma skrzypieć, to robota Stanimira? – odpowiedział głośno. Służyć będzie dłużej niż niejedno koryto.
– No tak, Stanimir byle czego z rąk nie wypuści – pokiwał głową stary Boruta, badając palcem oś koła. – Chytra robota, oj chytra. Na plecach trzem by było ciężko ten pokos nieść, a tu jeden człowiek idzie i nawet nie zipie…
Zachwyty przerwał złośliwy skrzeczący głos. – Patrzcie go! Knur już w błocie się nie tapla, teraz się w woła zamienił i wozy ciąga! – krzyknęła żona Dobrogosta, kilka osób parsknęło śmiechem.
Wyhamował. Spojrzał na nią, potem na tłum. Prychnął głośno, gwałtownym ruchem głowy zarzucił nieistniejącą grzywę.
– Patrzcie na nią, baba całe życie na wsi, a wołu od konia nie odróżnia! – Parsknął głośno. Drapał ziemię stopą.
Wyprężył się. Rozejrzał się po sąsiadach. Ruszył przed siebie wysoko unosząc kolana.
Agnieszka widząc całą scenę, podchwyciła zabawę. Przyłożyła dłonie do ust i krzyknęła na całe gardło.
– Wio, koniku! Wio!
Nowe przyjaciółki z bani natychmiast dołączyły. Śmiech rozlał się po majdanie.
– Dorodny rumak! – zawołała Przybysława.
– Przydałby się taki ogier w obejściu i… łożnicy! – palnęła Zorza machając do Agnieszki.
Chmara dzieciaków wypadła zza opłotków. Z piskiem uformowały szereg, maszerując ramię w ramię z Robertem zadzierając nogi.
Ludola zsiniała ze złości. Odwróciła się na pięcie, szybko uchodząc w stronę swojego obejścia.
– Dziwacy! Plugawe nasienie! – rzuciła, jazgot dzieciarni całkowicie zagłuszył jej furię.
Orszak dotarł pod zagrodę.
Przed chatą puścił taczkę, Gniewko zsunął się prosto w jego ramiona. Podrzucił go wysoko i okręcił w powietrzu.
– Ojej, nie tak wysoko, bo nam odleci do Wyraju! – krzyknęła rozbawiona Agnieszka.
Po posiłku ich drogi rozeszły się. Agnieszka skierowała się do Dobrej, Robert z Gniewkiem ruszyli do Dobrogosta.
* * *
Ludola patroszyła kaczkę. Jaropełek odgrywał scenę polowania – skakał, wymachiwał rękami, świszczał rzemieniem nad czupryną.
Dobrogost strugał drewno, z zadowoleniem obserwował syna.
Robert z Gniewkiem wkroczyli w obejście.
Dobrogost wstał. Synowie natychmiast stanęli za nim.
– Twój syn zabrał Gniewkowi procę – powiedział Robert ostro, bez żadnego wstępu. – Niech ją odda.
Dobrogost powoli odłożył nóż. Otarł dłonie o spodnie.
– Nazywasz mojego syna złodziejem? – uniósł głos.
– Zabrał mu broń. Jak to nazwiesz?
– Jaropełek pilnuje świętego porządku. – Uśmiechnął się krzywo. – Dzieci i baby z orężem w ręku obrażają bogów – wycedził. – Kwieciszowy pomiot myśli, że dziadkowe modły uchronią go przed gniewem niebios? Że może z bogami igrać?
Gniewko skulił się. Zrobił pół kroku za Roberta, chwycił go mocno za nogawkę.
– Nie mieszaj w to Kwiecisza. To sprawa między chłopcami. Oddaj to, co zabrałeś.
– W siole wszystko jest sprawą moją albo Kwiecisza – patrzył prosto w oczy. – I nie pozwolę, by jego wnuk ściągał nieszczęście na moje zagony.
Zza płotów wyłaniały się ciekawskie twarze sąsiadów.
– Słyszycie? – podniósł głos. – Dobrogost mówi, że bogowie kazali jego synowi okraść Gniewka.
Twarz Dobrogosta stężała. Skinął krótko na syna.
– Oddaj mu ten śmieć.
Jaropełek wykrzywił usta, z rozmachem rzucił procę w błoto. Skóra rzemień pacnęła z mokrym mlaśnięciem.
– Masz swoją zgubę, żercowy wnuczku – syknął.
Gniewko drgnął, puścił nogawkę, przesunął się do przodu. Robert położył mu dłoń na ramieniu.
Powoli schylił się. – Chłop nie rzuca się w błoto na rozkaz – wyszeptał chłopcu do ucha.
Chwycił procę, wbijając palce głęboko w błoto. Napiął ją między dłoniami.
Gwałtownym szarpnięciem zrzucił szlam z rzemieni.
Mokra bryła błota oderwała się od rzemieni, z plaskiem trafiła Jaropełka w twarz.
Chłopak wzdrygnął się. Cofnął o krok. Roztarł maź na twarzy, krzywiąc się z obrzydzenia.
Robert spokojnie starł resztki brudu o nogawkę. Włożył czystą procę w drżące dłonie Gniewka.
Chłopiec przycisnął ją do piersi. Spojrzał na Jaropełka, który wciąż nerwowo wycierał twarz.
Dobrogost zaciskał szczękę. Policzki mu drżały.
Objął chłopca ramieniem i wyszli.
* * *
Agnieszka przekroczyła próg ciemnej chaty. Mila leżała na kożuchach. Uklękła przy niej i położyła dłoń na ciepłym czole. Oddech wydawał się głębszy. Wciąż była bardzo blada. Delikatnie odchyliła dolną powiekę – nabierała ledwie widocznego, różowawego koloru. Ujęła drobną, bezwładną dłoń, palce Mili drgnęły w słabym uścisku. Drobne, niemal niezauważalne znaki poprawy. Przestała gasnąć. Wywar zaczynał działać.
Dobra tłumiła szloch. Agnieszka ujęła ją za ramiona.
– Wątróbka zatrzymała najgorsze. Teraz trzeba odbudować jej krew i przywrócić siły.
– Słuchaj uważnie. – Wyostrzyła ton. – Codziennie ugotujesz wywar z młodych liści pokrzyw. Zrywaj tylko czubki. Ziele wyciąga siłę ziemi. Do wrzątku dodaj garść dzikich, kwaśnych jabłek lub niedojrzałej jarzębiny.
Oczy Dobrej szkliły się od łez.
– Zrozumiałaś? – upewniła się Agnieszka.
Skinęła głową, ściskając w dłoniach naczynie z krwią.
– Do każdej miseczki, kiedy polewka jest jeszcze ciepła, ale nie gorąca, dodaj i dobrze wymieszaj jedną łyżkę skrzepniętej krwi. Krew to życie. Nic jej nie zastąpi. Podawaj jej tak często, jak tylko zdoła przełknąć. Nigdy nie łącz tej polewki z mlekiem.
* * *
– Jaropełek odebrał Gniewkowi procę – powiedział Robert cicho, od niechcenia, z nutą złości.
– Dobrze zrobił. – Stanimir nawet nie przerwał pracy.
– Dobrze? – uniósł brwi.
– To jeszcze chłystek – odparł Stanimir głucho. – Nie powinien z orężem chodzić. To sprowadza nieszczęście.
Twarz Roberta stężała. – On już nie jest dzieckiem. Tyle przeszedł, pracuje ciężej niż niejeden dorosły. Zasłużył na nią.
Stanimir popatrzył zdziwiony. – Uczyń z niego chłopa, będzie mógł nosić broń.
Robert zmarszczył czoło, zbity z tropu. – W jaki sposób? Co masz na myśli?
– Waszych stronach nie ma postrzyżyn? – zdziwił się cieśla. – Chłopak lata ma, zabierz go matce i w oczach wszystkich wejdzie pod twoją opiekę, a jego słowo zacznie znaczyć tyle, co dorosłego.
– Jak to zrobić?
– Zaczekaj do zwózki. Zbierz świadków. Przejmij opiekę. To wszystko.
– Zrobisz łuk dla Gniewka… dałbym mu go w darze.
Stanimir pokręcił powoli głową, cmoknął. – Myślodarze… Inna rzecz zrobić wóz czy wrota, a inna łuk. Trzeba czuć drewno, wiedzieć, w którą stronę giąć. Byle cieśla tego nie potrafi.
– Znasz kogoś, kto zrobi dobry łuk dla chłopaka?
– Oczywiście – odpowiedział z uśmiechem. – Idź do Cisa, on robi najlepsze, całe opole od niego bierze.
– A ile sobie liczy? – zapytał niepewnie.
– Ode mnie – mówił wolno przywołując wspomnienia – kilka zim temu wziął trzy worki ziarna. Może za mniejszy dla młodziaka mniej weźmie.
– Trzy worki? – Wypuścił powietrze. Przed oczami stanął mu obraz pola z mizernym łanem.
– Lepszego łuczyska nikt tobie nie zrobi.
– To majątek! – mruknął zmartwiony.
– Pomyśl o mięsiwie w polewce. Trzy worki za zające a może i jelenia to dobra wymiana.
Rozważania przerwał głośny śmiech. Ich wzrok powędrował w głąb podwórza, gdzie w zapadającym zmierzchu chłopcy rozmawiali o czymś z zapałem. Gniewko podawał kamyki Leszkowi, a ten z radosnym okrzykiem ciskał je w stronę pola. Kamień uderzył w coś z hukiem. Chłopiec podskoczył z zachwytu.
– Gniewko tyle trawy dzisiaj naciął, że należy mu się dzień wolny. Przyjdź jutro do nas z synem. Niech chłopaki zapolują razem. Twój już po postrzyżynach? Może polować?
Taka refleksja: Czy leczenie naukową medycyną w świecie, który wierzy w demony, nie sprawi, że za chwilę zniszczą całą budowaną wiekami “bazę wiedzy” tej społeczności? Zakładam ze ta krew dodawana do polewki pomoże. Co na to lokalna szeptucha? Nie będzie zwalczać konkurencji? Pozdrawiam!
Czy leczenie naukową medycyną w świecie, który wierzy w demony, nie sprawi, że za chwilę zniszczą całą budowaną wiekami “bazę wiedzy” tej społeczności?
Używają tego co pod ręką. ich przewaga to nie tylko wiedzą że coś działa ale dlaczego działa
Co na to lokalna szeptucha?
szeptucha mieszka daleko, lokalna jest zielarka… SPOILER
dzięki