Filip siedział w fotelu, ukryty przed rzeczywistością. Był bardzo zmęczony i głodny. To były ostatnie potrzeby, które jeszcze rozumiał. Patrzył na pasmo reklam emitowanych w przerwie programu, którego już nie pamiętał.
– O! O tak! Cóż za rozkosz. Tylko kilka pociągnięć do spełnienia! – Lektor miał w głosie coś, co przypominało sposób mówienia telemarketera.
Filip patrzył na biust blondynki w przezroczystym staniku. Dopiero po chwili zorientował się, że dziewczyna myje zęby. Wsadziła szczoteczkę w usta i erotycznymi ruchami przesuwa włosiem po szkliwie.
Filip drżącą dłonią chwycił pilota. Drugą ręką wyciągnął okulary z kieszeni flanelowej koszuli i spojrzał przez szkła na klawisze.
– W górę i w dół! – wrzeszczał lektor. – I szybciej! Patrzcie na tę pianę!
Odnalazł odpowiedni przycisk. Ekran telewizora mrugnął. Starzec przez chwilę patrzył na zdjęcie Miłosza ustawione pod plazmowym telewizorem. Poczuł równocześnie zawód, złość i tęsknotę. Przeniósł wzrok na kolorowy wyświetlacz, jednym gestem ucinając niewygodne emocje.
Czerwony kabriolet jechał pustą ulicą. Za kierownicą siedział wysportowany młody mężczyzna w podkoszulku.
– Audi Czterdzieści Tysięcy Maks Turbo!
Filip przez chwilę pomyślał, że to ten sam lektor.
– Z takim samochodem świat jest twój!
Mężczyzna kierujący audi odwrócił się do kamery – uśmiechał się drwiąco.
– Co za złamas – warknął Filip.
– Masz audi albo jesteś nikim – stwierdził lektor.
Nim starzec zdążył przełączyć kanał, kierowca roześmiał się i wycelował palec w obiektyw.
Zadzwonił telefon. Filip podniósł aparat. Przeciągnął palcem po ekranie.
„Zły wzór. Zostały ci dwie próby”.
Filip spróbował jeszcze raz.
– Co za cholerstwo! – wycedził przez zęby.
„Została ci ostatnia próba”.
Telefon brzęczał:
„Odbierz, odbierz, odbierz, ooooodbierz”.
Filip odblokował ekran. Dzwonek ucichł.
– Skukinsyn! – ryknął do ekranu.
– Coś w życiu ci nie wyszło? – zapytał lektor.
Filip spojrzał w stronę odbiornika.
– Jesteś sam i nikt cię nie potrzebuje? – Nastolatek szedł przez park ze smutną miną. – Psssssytnij!
Z krzaków wyskoczyli ludzie z puszkami w rękach. Ekran zaroił się od tancerzy – policjantów, strażaków i robotników. Filip dostrzegł zakonnice i bezdomnego pląsających z kimś, kto wyglądał jak zboczeniec.
– Pssssssytnij! – Nastolatek napił się z puszki i przeciągle beknął.
Tłum zaczął ryczeć ze śmiechu.
– A już nie będziesz sam…! – Dzwonek telefonu przerwał lektorowi.
Filip był przygotowany. Odebrał i podniósł aparat.
– Słucham?
– To ja, tato. – Głos Miłosza brzmiał ponuro. – Przecież telefon wyświetla, kto dzwoni. Możesz mi powiedzieć, dlaczego do ciebie zawsze trzeba dzwonić dwa razy? Tak trudno odebrać za pierwszym?
– Ekran…
– Nieważne. Jadę do ciebie. Wiesz, w sprawie, o której rozmawialiśmy.
– Skąd pewność, że jestem w domu?
– A gdzie masz być? – zapytał syn. – Do zobaczenia za pięć minut.
Starzec odłożył telefon.
– Co się stało? – Filip był pewny, że to ten sam głos co w poprzednich reklamach. – Nikt cię nie rozumie?
Azjatka o długich nogach w bikini rozłożyła bezradnie ręce i zrobiła smutną minę.
– SpeedSpeak! I możesz nawiązać relację w każdym języku! Teraz również w formie aplikacji!
Azjatka wystawiła głowę spod kołdry. Leżała między facetem z reklamy audi, a murzynem. Wyglądała na spełnioną.
– Wystarczy – warknął Filip. – Wystarczy!
Głos zadrżał, gdy szyja zaczęła chować się między ramiona. Zacisnął dłonie na podłokietnikach. Otworzył usta najszerzej, jak potrafił. Chrupnęło – dolna szczęka zawisła na wyłamanych stawach żuchwowych.
Oczy zaczęły swędzieć. Podniósł dłonie, by je przetrzeć. Zobaczył, jak skóra schodzi z palców, które przypominały segmentowane odnóża porośnięte ostrym włosiem. Gałki piekły, więc wydłubał je haczykowatymi pazurami. Rozlały się po twarzy i spadły na flanelową koszulę razem ze skórą odchodzącą od kości policzkowych.
Patrzył na setki małych fragmentów pomieszczenia mozaikowymi oczami wypełnionymi setkami ommatidiów. Kręgosłup pękł pod naporem chitynowego pancerza rozdzierającego mięśnie. Z rogowatych wypustek zwisały resztki flaneli. Długie, jak u szarańczy nogi oderwały ciało od fotela – skoczył i przylgnął do sufitu. Poczuł dławienie. Nie walczył z nim. Pozwolił obłemu jęzorowi wystrzelić z gardła. Wił się i skręcał, gdy z policzków wyrosły szczękoczułki. Żuchwa starego Filipa przez chwilę zwisała na fragmencie skóry, po czym upadła na dywan.
Zabrzęczał domofon. Filip czuł dźwięk całym ciałem, przez ostre włoski porastające głowotułów. Ruszył do ciemnej sypialni i schował się za nadprożem. Czekał.
Drzwi uchylił się, w progu stał facet w garniturze. W prawej ręce ściskał teczkę.
– Cześć, tato! – zawołał.
Nie zdejmując butów, przeszedł przez przedpokój do salonu.
– Tato?! Przyniosłem dokumenty!
Filip po przeobrażeniu był głodny. Bardzo głodny. Ale czekał cierpliwie i obserwował z ciemności, jak krawaciarz kręci się po mieszkaniu. Otwiera teczkę i wyciąga dokument na stolik. Zerka na telewizor i telefon. Podnosi strzępy koszuli, spodni oraz rozerwaną skarpetkę, po czym rzuca je na fotel.
– Tato! Wszystko w porządku?!
*
Miłosz podszedł do sypialni, coś zwisało z sufitu. Długi, podłużny kształt, po którym spływała lepka maź na podłogę.
Obły, przypominający tłustą larwę organ drgnął, skręcił się i zwinął.
Miłosz zamarł i patrzył jak rulon znika w czymś pod sufitem.
W mroku usłyszał dźwięk przypominający cykady. W jednej chwili przypomniał sobie słoneczny dzień – jak szedł przez łąkę. Owady brzęczały w źdźbłach, motyle siadały na polnych kwiatach. W oddali szumiały drzewa. A on ściskał dłoń ojca.
W mroku błysnęły wielkie owadzie oczy.
Miłosz pędem ruszył do salonu. Teczką zawadził o framugę. Stracił na chwilę równowagę i potrącił stojak z gazetami, ale nie upadł.
Coś wybiegło z sypialni po suficie, chrobocząc pazurami o tynk.
Miłosz skoczył w stronę kuchni. W korytarzu chwycił klamkę od drzwi łazienki. Wpadł do środka i przekręcił zamek.
Przez mozaikową szybę zobaczył zdeformowaną głowę. Obły kształt uderzył w szkło, przywarł do niego i zaczął pełznąć po śliskiej powierzchni.
Nogi Miłosza oparły się o muszlę klozetową. Usiadł na desce. Chwycił oburącz teczkę, położył ją na kolanach i schował za nią głowę.
Gdy znów spojrzał, na szybie został tylko mokry ślad.
Wstał ostrożnie i podszedł do drzwi. Wytarł przepocone dłonie o klapę marynarki i przekręcił zamek.
Korytarz był pusty. Na suficie zostały jedynie drobne zadrapania.
Ostrożnie wyszedł z łazienki i przeszedł do salonu.
Biegiem ruszył do drzwi.
Długi język wystrzelił zza fotela. Owinął się wokół szyi Miłosza. Mięsień ścisnął gardło, a setki ostrych igieł na powierzchni języka przebiły skórę. Biały kołnierzyk i błękitny krawat powoli nasiąkały krwią.
Miłosz jęknął, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na lewe udo. Obły kształt mocnym szarpnięciem przewrócił ofiarę i zaczął ciągnąć ją w stronę fotela.
Miłosz spojrzał wzdłuż organu mokrego od parzącej wydzieliny. Wychodził z gardzieli między dwiema szczękami. Nad nimi zobaczył mozaikowate oczy.
Łeb stwora wyrastał z masywnego cielska pokrytego czarnym chitynowym pancerzem. Widział resztki ubrania zwisające z rogowatych wypustek.
– Tato… – wychrypiał przez ściśnięte gardło.
Szczękoczułki niczym imadło zacisnęły się na głowie Miłosza. Czaszka pękła.
Mieszkanie wypełnił dźwięk przypominający siorbanie, gdy Filip powoli pożerał syna. Drgające ciało podskakiwało na dywanie.
Lewa stopa, wciąż tkwiąca w eleganckim bucie, trąciła stolik.
Akt dziedziczenia, podbity przez notariusza i podpisany przez jedną ze stron, powoli sfrunął na podłogę, tuż pod ekran telewizora.
– A ty już nabyłeś swój abonament na szczęście? – zapytał lektor. – Nie czekaj. Zadbaj, by na starość nawet ta ostatnia chwila była tą najlepszą.
Ciało Filipa zafalowało, gdy wraz z sokami trawiennymi zwrócił ubranie i kości.
Powoli wszedł po ścianie i przylgnął do sufitu. Zapadł w drzemkę, najedzony i zadowolony.