- Opowiadanie: Hesket - Ogród Elizy

Ogród Elizy

Cześć 

Zapraszam na nowe opowiadanie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ogród Elizy

 

 

W wielkim ogrodzie pani Elizy rosły akacje, cyprysy i lipy. Do posiadłości przylegała działka z drzewami owocowymi –  głównie gruszami i jabłonkami. Zrywałem czerwony, soczysty owoc i spragniony wgryzałem się w niego; sok spływał po brodzie, gdy patrzyłem w bezchmurne niebo. Postanowiłem odpocząć i usiadłem w cieniu.

Róże były oddzielną częścią ogrodu, podobnie jak czerwone gerbery.

Eliza wyglądała cudownie. Wychodziła na ganek i siadała na bujanym krześle – otwierała książkę. Wyciągnęła zakładkę z miejsca, gdzie ostatnio skończyła. Zagłębiła się w lekturze. Mogłem obserwować jej każdy ruch. Delikatnie, palcem przewracała stronę i uśmiechała się.

Poranek był piękny, kosy zaczynały wyścigi przez trawę w poszukiwaniu smacznych dżdżownic. Pod stołem siedział kot i obserwował bacznie zachowanie ptaków.

Eliza podniosła głowę, nasze spojrzenia się spotkały.

 – Alojzy, czy mogę cię prosić na chwilę?

Wszedłem na ganek i spocząłem na krześle obok.

 – Chciałam zapytać, czy nakarmiłeś Filemona? Widzę, że schował się pod stołem, a robi tak tylko wtedy, gdy jest głodny.

 – Tak, proszę pani. Dzisiaj wsypałem do miseczki więcej, niż by wypadało. Nie zjadł wszystkiego.

 – Cieszę się. A czy sprawdzałeś skrzynkę na listy? Czekam na wiadomość od przyjaciela.

 Musiała dostrzec na mojej twarzy rumieniec, bo szybko dodała:

 – Wiem, że jest wcześnie, ale listonosz zapewne był wczoraj.

 – Przepraszam panią najmocniej, już patrzę.

Wstałem i wyszedłem za bramę, na której zawieszona była zielona, niewielka skrzynka. Rzeczywiście, wewnątrz znajdował się list.

 – Miała pani rację.

Położyłem pocztę na stoliku.

 – W takim razie, przepraszam cię na moment, chcę go przeczytać.

Zabrałem się za pracę. Zacząłem od podlania róż. Goździki i gerbery zostawiłem na koniec. Gdy wróciłem, Eliza płakała.

– Moja siostra nie żyje – powiedziała.

Zrozpaczona zaciskała dłonie na poręczach krzesła. W pierwszym odruchu chciałem ją objąć, ale obawiałem się, czy nie zostanie to źle odebrane, wszak byłem tylko ogrodnikiem. Usiadłem obok i czekałem, aż fala emocji opadnie.

– Proszę nie mów nikomu, że widziałeś mnie w tym stanie. – Wycierała chusteczką oczy.

– Przykro mi, że pani siostra odeszła.

– Och, Alojzy – westchnęła. – Gdybyś wiedział, jak bardzo byłyśmy ze sobą związane.

 Na moment żadne z nas nie przerywało śpiewu ptaków niosącego się z ogrodu.

– Jutro wyjeżdżam – powiedziała.

Wstała z krzesła, poprawiła spódnicę i wróciła do domu.

 Następnego dnia wczesną porą wsiadła do wolanta, zaprzęgniętego w parę gniadych koni. Pamiętam jej dłoń, gdy machała mi na pożegnanie – kobieta cień i echo powozu, jakby nigdy nie istniał.

Zazwyczaj nie wchodzę do pokojów w posiadłości, ale czasami jestem zmuszony, jak choćby teraz. Stawiam drobne kroki, a dębowa podłoga skrzypi, jakby chciała opowiedzieć swoją historię.

Po prawej na półce stoi nakręcany zegar, którego mechanizm uruchamiam raz w tygodniu. Na tarczy widnieją dwie tancerki. Jedna z nich trzyma coś w dłoni, ale zegar jest stary i obraz jest zatarty. Wygląda mi to na jabłko. Słyszę na zewnątrz rozmowę. Podchodzę do okna i odchylam zasłonę. Na placu jakaś staruszka wykłóca się z portierem. Wychodzę, żeby dowiedzieć się, o co ten cały spór.

– Proszę pani, nic mi nie wiadomo o tym, jakoby choroba pani syna, spowodowana była działaniem właścicielki posiadłości. – Portier delikatnie łapie kobietę pod rękę, starając się ją wyprowadzić poza bramę.

 – Zostaw mnie chamie! Sama wyjdę!

 – Przepraszam bardzo, co się tutaj dzieje? – pytam.

 – Alojzy – tłumaczy portier. – Ta tutaj szanowna pani twierdzi, że jej syn zachorował oraz zdechła krowa dlatego, że nasza chlebodawczyni uprawia magię.

 – Doprawdy?

 – Proszę pana, nie godzi się, żeby tacy ludzie chodzili po ziemi. Mam gospodarstwo i dwójkę dzieci. Z trzech krów została mi tylko jedna, a to wszystko przez tę czarownicę!

 

 – Nigdy nie słyszałem niczego bardziej niedorzecznego – powiedziałem. – To szkalowanie dobrego imienia pani Elizy. Proszę stąd odejść.

 Staruszka rzuciła mi gniewne spojrzenie.

 – Wszyscy tego pożałujecie – rzuciła na odchodne.

 Widziałem jak zniknęła za kamiennym murem.

 – Egonie – zwróciłem się do portiera. – Zamknij proszę bramę. Obawia się, że ta pani może niebawem wrócić.

 – Tak, proszę pana.

Nocą nie mogłem zasnąć. Tuż przed północą zerwał się wiatr. Wdzierał się w nieszczelne okna i wył potępieńczo. Wstałem i udałem się do łazienki. Spojrzałem w lustro. Wróciły do mnie wspomnienia. Ujrzałem obok siebie Agnes. Naiwnie wierzyłem, że poradziłem sobie z jej odejściem, ale byłem w błędzie. Wszędzie, gdzie się szedłem, była obok mnie. Czułem jej obecność. Wizje z przeszłości powracały w najmniej oczekiwanych momentach. Przepłukałem twarz wodą. Gdy wiatr zelżał postanowiłem się przejść.

 Mijałem aleję cyprysów, które zadzierając swe czubki wysoko w noc, wyglądały niczym strażnicy posiadłości. Uświadomiłem sobie, że muszą być starsze ode mnie. Wiatr uderzał raz za razem. Na końcu o mały włos, a bym się przewrócił. Chodziłem dotąd, aż poczułem zmęczenie. Wróciłem do pokoju, położyłem się na łóżku i zasnąłem.

Obudziłem się wcześnie. Postanowiłem nie marnować czasu i poszedłem do ogrodu.

 Wiatr poczynił niewielkie szkody. Kilka gałęzi akacji leżało na ścieżce. Uprzątnąłem je, wyrzucając na niewielki stos innych, tuż za ścieżką od strony południowej. Przypomniałem sobie słowa Elizy:

 – Alojzy, dopilnuj proszę, żeby ogień nie był duży. Nie chcę mieć nieprzyjemności i wysłuchiwać zażaleń miejscowych.

Byłem przy studni i zajrzałem do środka. Poziom wody sięgał mniej więcej do połowy. Opuściłem wiadro i usłyszałem głośny plusk. Wyciągnąłem je – woda była zimna. Nabrałem odrobinę w dłonie i przechyliłem do ust.

Czekały na mnie spragnione kwiaty. Zacząłem podlewanie od gerber, powoli przechodząc do róż. Gdy kończyłem pracę, zobaczyłem wolanta i panią Elizę.

W drewnianej skrzyni przywiezionej przez panią Elizę, musiało być coś wyjątkowo ciężkiego, ponieważ służba miała problem z jej wniesieniem – dwóch silnych mężczyzn z wielkim trudem przeniosło ją przez próg. Podążyłem za nimi, lecz zostałem momentalnie zatrzymany przez właścicielkę domu.

 – Alojzy – powiedziała. – Poproszę, żebyś zaparzył mi kawę. Wczorajszy dzień był dla mnie trudny. I dodała po chwili namysłu: Chciałabym z tobą porozmawiać. Przyjdź proszę na taras.

 Podałem kawę na niewielkiej okrągłej tacy.

 – Och, zapomniałam Ci dać znać, żebyś również dla siebie coś zaparzył. Nic to, proszę usiądź.

 Zrobiłem jak kazała.

 – Chciałam cię poprosić o radę. Jako mężczyzna, spodziewam się, będziesz lepiej wiedział, co można uczynić w podobnej sytuacji.

 Przytaknąłem, czekając, co powie dalej.

 – Pochowałam siostrę. Doprawdy, nie spodziewałam się, że w tak młodym wieku przyjdzie którejś z nas zmierzyć się ze śmiercią. Padło na nią i może to okrutne, ale dziękuję losowi, że to nie ja. Ale przejdźmy do rzeczy. Zostałam obarczona pewną odpowiedzialnością, której siłą rzeczy nie mogę się pozbyć ot tak.

 Przerwała na chwilę.

 – Widziałeś wielką skrzynię i to ona jest moim problemem. Zwracam się do ciebie z prośbą, abyś pozbył się jej, gdy tylko to będzie możliwe. Dostaniesz do pomocy, kogo sobie wyznaczysz.

 Sięgnęła po filiżankę i upiła łyk.

 – Bardzo smaczna – powiedziała.

 Wpatrzona we mnie może zbyt długo niżby wypadało, odwróciła nagle głowę.

 Najlepiej jeśli zrobisz to tam. – Wskazała ogród.

Postanowiłem, że zwrócę się z przysługą do służącego Fredo, ponieważ byłem pewien, że w razie czego, nie powie nikomu, co wydarzyło się w nocy. Klucze dostałem wcześniej od pani Elizy. Wręczając mi je, nie powiedziała ani słowa, ale widziałem, że na twarzy pojawiło się u niej zmęczenie, a w oczach wielka nadzieja. Początkowo chciałem wiedzieć, co znajduje się w skrzyni, lecz zmieniłem zdanie. Coś, co wywołuje ogromny smutek, nie może być czymś dobrym.

 Pchaliśmy skrzynię najpierw po kamiennej posadzce i szło nam całkiem nieźle. Zbliżyliśmy się do progu drzwi wyjściowych i ledwo co udało nam się ją podnieść.  

 Srebrne światło księżyca przywitało nas i wyglądaliśmy, jakbyśmy znaleźli się na innej planecie.

 – Zaczekaj, Fredo – powiedziałem, ciężko dysząc. – Musimy chwilę odpocząć. Nie daję rady.

 – Spokojnie, Alojzy – sapał równie mocno jak ja. – Dlaczego akurat tę skrzynię postanowiła zakopać? Przywoziła ze sobą podobne, ale nigdy nie były tak ciężkie.

 – Nie wiem, Fredo, i w ogóle mnie to nie obchodzi. Chcę tylko wykonać swoje zadanie.

 – Ja też – odpowiedział Fredo i złapał się za głowę. – Ałaaa.

 – Co ci się stało?

 – Coś mnie chyba ugryzło.

 – Jakiś owad?

 – Nie wiem, możliwe.

Ruszyliśmy dalej w stronę ogrodu, dźwigając wielką ciężką skrzynię. Opadliśmy z sił tuż przy studni.

 – Jeszcze kilka metrów – powiedziałem. – Tam, Fredo.

 Wskazałem ręką miejsce, które wcześniej wybrałem.

 – Tutaj zaczniemy kopać.

 Ściągnęliśmy zawieszone na plecach rydle i zabraliśmy się do pracy. Na gałęzi wielkiej jabłoni przysiadł jakiś ptak. Widziałem tylko jego ciemny kształt na tle księżyca.

 – Widzisz to ptaszysko? – zapytałem.

 Spojrzał do góry.

 – Cholernie duży – skwitował.

 – Znasz się na ptakach? – Przerzucałem ziemię raz za razem z czoła kapał mi pot, a koszulkę miałem całą mokrą.

 – Może zrobimy przerwę? – Fredo popatrzył na mnie z politowaniem

 – Może i jesteś młodszy ode mnie i silniejszy, ale to nie znaczy, że nie dam rady.

Kopaliśmy dalej, aż ogarnęła nas ciemność. Księżyc, który do tej pory pięknie nam przyświecał, schował się za chmury.

 – Nic nie widzę – Fredo gadał w ziemnym dole.

Siedziałem na nasypie i patrzyłem w dół, ale za nic w świecie nie widziałem chłopaka. On co chwilę wyrzucał kolejne porcje ziemi. Dobrze, że mnie również nie było widać – udawałem, że coś robię, bawiąc się rydlem. Chciałem, żeby myślał, że jednak nie odpadłem w zawodach.

 – A co, jeśli w środku jest człowiek? – zapytał Fredo.

 – Chyba żartujesz? Pani Eliza chciałaby zakopać zwłoki?

 – Nie mówię, że trupa, ale żywego.

 – Gadasz głupoty. Czekaj pomogę ci.

Wskoczyłem do dołka, który powiększał się z minuty na minutę. Księżyc ponownie wyjrzał zza chmur i widzieliśmy się doskonale.

 – Myślę, że wystarczy – powiedziałem. – I tak jest za głęboki.

 Wyczołgaliśmy się na zewnątrz i zmęczeni, klapnęliśmy na trawę. Fredo zaczął się śmiać.

 – Co cię tak bawi? – zapytałem.

 – No, pomysł z człowiekiem. Patrz. – Wskazał na skrzynię. – Jest tak wielka, że spokojnie mógłby się w niej zmieścić i powiedziałbym, że nawet mogłoby mu być wygodnie. No ale, że tam nikogo nie ma, to już nie rozmyślam.

 – Rozmyślasz na głos, co trochę jest głupie, wiesz o tym?

 – Wcale tak nie uważam. To niczego nie wnosi do rozmowy. Zakopmy to i wracajmy do domu.

 Gdy złapaliśmy za uchwyty, wydawało mi się przez moment, jakby skrzynia drgnęła. Fredo spojrzał na mnie, ja na niego.

 – Też to czułeś? – zapytał.

 – Tak.

 Upuściliśmy ją w tym samym czasie. Kilka desek naruszonych przez naszą nieostrożność, obluzowało się i utworzyło niewielką szczelinę. Miałem ochotę zbliżyć się do niej. Jednak musi coś być w powiedzeniu, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Nachyliłem się i poczułem na twarzy podmuch. Przyłożyłem ucho do drewnianej deski. Usłyszałem szum morza.

 – Co tam ciekawego w wielkiej skrzyni? – Fredo oczekiwał odpowiedzi, ale wiedziałem, że cokolwiek powiem, spotka się u niego z salwą śmiechu.

 – Możesz wierzyć albo nie, ale słyszę, jak wewnątrz szumi morze.

 – Alojzy, może i uchodzę za głupka, ale nie aż tak jak ci się wydaje. Daj posłuchać.

 Nachylił się i podobnie jak ja wcześniej, przystawił ucho do desek.

 – Niech mnie licho! – krzyknął. – Faktycznie szumi. Co robimy?

 – To, co mamy zrobić. Zakopujemy.

 – Teraz? Gdy okazuje się, że tam jest morze?

 – Fredo, czy ty się słyszysz?

 Rzuciłem mu piorunujące spojrzenie.

Później już tylko słyszeliśmy ziemię dudniącą o wieko.

Skończyliśmy.

 – Niech spoczywa w pokoju – powiedział Fredo, zarzucił rydel na ramię i ruszył w stronę domu. Poszedłem za nim. 

Śniło mi się, że płynąłem łodzią po wzburzonym akwenie. Woda wlewała się do środka. Rozglądałem się dookoła i wołałem o pomoc, ale widziałem tylko czarne niebo i było mi tak strasznie zimno… okropnie.

Wszędzie była woda.

Obudziłem się zlany potem i przez dobrą chwilę czułem, jakby łóżko pływało razem ze mną. Poszedłem do łazienki i przypomniałem sobie wczorajszą, upiorną noc.

Szum morza towarzyszył mi wszędzie.

Tydzień później pani Eliza zachorowała. Zaczęło się od niewinnego kaszlu, który przeszedł w duszności. Na końcu pojawiła się gorączka.

Gdy zmarła, nie mogłem się z tym pogodzić.

I nagle mnie olśniło. Jak grom z jasnego nieba. Wróciłem pamięcią do słów wykłócającej się kobiety. Zadałem sobie pytanie: czyżby rzeczywiście rzuciła klątwę na właścicielkę domu? Czy była winna jej śmierci?

Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Nadal uprawiałem kwiaty, doglądałem je, przesadzałem, podlewałem i ze łzą w oku wspominałem dobre dni. Pewnego razu przechodziłem obok studni i… ponownie usłyszałem szum morza. Kucnąłem w miejscu, gdzie powinna znajdować się skrzynia. Dotknąłem trawy i zamknąłem oczy. Ujrzałem wielkie fale i siebie – ostatkiem sił, walcząc z wiatrem, starałem się nie wypaść z łodzi. Przypominałem małego człowieka w łupinie orzecha starającego się wygrać z żywiołem.

Wróciłem do świata realnego. W mojej głowie pojawiła się przekorna myśl.

Wykop skrzynię i zobacz, co w niej jest.

 

Upewniłem się, że nikt mnie nie widział. Zabrałem ze sobą rydel i poszedłem do ogrodu. Odnalazłem miejsce i zabrałem się za kopanie.

Po dwóch godzinach uderzyłem narzędziem w wieko. Zacząłem nasłuchiwać, bo wydawało mi się, że ktoś wszedł do ogrodu, ale to tylko słuch płatał mi figle. Przyłożyłem ucho do desek i usłyszałem znajomy szum morza. Nie mogłem dłużej czekać w niepewności. Uderzyłem rydlem z całej siły.

Deski z trzaskiem rozleciały się na boki.

W skrzyni był błękit nieba i chmury, a pod nimi wielka woda – wszystko to zamknięte w formie sześcianu. I nagle dobiegł do mych uszu piękny, kobiecy śpiew. Zakochałem się w nim, chciałem wejść w przestrzeń niebieskiego świata. Wyciągnąłem dłoń, która natychmiast zanurzyła się w chłodzie morskich fal. Wciągany głębiej i głębiej, zapomniałem o sobie.

Zobaczyłem syrenę. Była nieziemsko piękna. Zbliżała się do mnie, by w końcu nasze usta się spotkały. Objęła mnie swoimi szmaragdowymi ramionami i wciągnęła w morską toń.  

 ilustracja: Bartłomiej Kalinowski/ Hesket

 

Koniec

Komentarze

Bardzo plastyczne opisy. Mogłam być wszędzie z Alojzym. Widziałam, słyszałam to, co on. Ale mam takie pytanie – tym razem zapomniał o Agnes?

 

Świetne opowiadanie na dobranoc.

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

Dzięki, Teo

Dokładnie. Zapomniał – widocznie zjadł w swoim życiu za dużo masła i dlatego ma taką sklerozę :-)

Pozdrawiam

Pięknie napisane, plastyczne obrazy,, mogłam się poczuć, jakbym tam była. Spodobał mi się klimat i nastrojowość. Gratuluję i pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka