- Opowiadanie: Kristoporos - Echa pozorów

Echa pozorów

Krill chciał jedynie odebrać żołd, przepić część pieniędzy i znaleźć kolejne zlecenie. Zamiast tego trafia w sam środek walki o sukcesję tronu. W świecie, gdzie kapłanki, szpiedzy i możni prowadzą własne gry, nawet najemnik próbujący trzymać się z dala od polityki może stać się pionkiem na planszy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Echa pozorów

Echa pozorów

 (Athepolis, stolica królestwa Athepolis, Marzec rok 845 pzM)

Zawroty głowy.

Świat kołysał się leniwie, jakby ktoś źle wyważył rzeczywistość. Krill spróbował się podnieść, ale skończyło się tylko na tym, że przekręcił się na bok i zaklął pod nosem.

Znowu przeholował. Wino było tanie, rozwodnione i smakowało jak pomyłka. Żołądek o tym przypomniał. Mdłości zatrzymał siłą woli. Obudził się u boku dziewki.

– Wstawaj – mruknęła dziewczyna.

Leżała obok, oparta na łokciu, obserwując go bez szczególnego zainteresowania.

– Już wstałem – odpowiedział.

– Leżysz.

– Szczegół.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

Nie była piękna. Ale też nie o to chodziło.

Krill usiadł w końcu, ignorując protest żołądka. Sięgnął po ubrania i zaczął się ubierać bez pośpiechu.

– Płacisz teraz czy później? – zapytała.

– A niby za co?

– A za nocleg! To nie dom pielgrzyma.

Rzucił jej monetę.

Złapała ją w powietrzu.

– Nieźle – mruknęła.

– Bywało lepiej.

Wstał. Świat zawirował, ale tym razem utrzymał równowagę.

– I tak nie wyglądasz, jakbyś miał długo pożyć – dodała.

– To akurat nic nowego.

Nie odpowiedziała.

Przepił cały ostatni żołd, a do następnego został jeszcze tydzień. Nim otworzył drzwi, wyjrzał przez okno. Jego nozdrza podrażniła mieszanka dymu, ścieków i nocników. Miasto budziło się powoli, jak zawsze – z hałasem, krzykiem i brudem.

Krill splunął i ruszył przed siebie.

Varadów w Mittyllydzie nazywano dzikusami i pijakami.

On dawno przestał się tym przejmować.

Żołądek coraz mocniej domagał się opróżnienia z niechcianej treści. Oparł się o ścianę i zwymiotował.

– Piękny początek dnia – mruknął.

Wytarł usta rękawem i ruszył dalej.

Ulice były już pełne ludzi. Kupcy rozstawiali stragany, ktoś się targował, ktoś krzyczał. Żebracy siedzieli przy murach, wyciągając ręce do przechodniów.

Krill ich nie zauważał.

Albo udawał, że nie zauważa.

Odmeldował się wartownikowi; ten zakreślił kreskę przy jego imieniu na znak powrotu z przepustki i przepuścił przez bramę. Kolejka do podającego breję była krótka, kiedy dowódca Dioram podszedł do niego.

 – Sycerus czeka na ciebie.

 – Ale teraz? Gębę bym choć opłukał, co? – Metalowa miska z zieloną mazią nie zdążyła jeszcze wystygnąć. Jeśli mistrz szpiegów kogoś prosi, to nie można mu odmówić.

 – Teraz to teraz. Idź.

***

Mistrz szpiegów rezydował w północnej baszcie, gdzie znajdowało się również zejście do pałacowych lochów. Aura miejsca, rozchodzące się po nim jęki i pokrzykiwania robiły swoje bez potrzeby użycia siły.

Wartownicy stojący przed wejściem przepuścili go, a za drzwiami czekał na niego niski sługus mistrza ze zgoloną głową i stosem pergaminów oraz zwojów w rękach i kawałkiem szkła na nosie.

 – Ach. Ty musisz być Krill! Mistrz zaraz do nas dołączy, proszę za mną.

Prowadził go w dół, ale sala, do której weszli, zupełnie nie pasowała do wyobrażenia, jakie Krill miał o miejscach przesłuchań. Zamiast zimnych, surowych murów – dywany na ścianach, skóry na podłodze. Pod ścianą, na prawo od drzwi, stała wielka żelazna szafa. Rzędy rygli, pokrętło z cyframi i obcymi znakami – cudo dawnej techniki krasnoludzkiej.

Brak dybów i łańcuchów, ale co najdziwniejsze – żadnych strażników.

Drugie krzesło nie było już tak okazałe: drewniane, proste, z kilkoma ciemnymi plamami na poręczach. Z pewnością przyniesiono je tu z właściwej sali przesłuchań.

 – Mistrz Szpiegów musi się tu czuć wyjątkowo pewny siebie. Niejeden możny mógłby pozazdrościć mu wygód – pomyślał Krill. Łysy, niski pomocnik, który przyprowadził Varada, położył papiery na stole i podniósł oczy – najwyraźniej wyczuł, że Varad przygląda mu się z zaciekawieniem.

 – To okulary. Pozwalają lepiej widzieć. – Poprawił okulary na nosie, uśmiechnął się urzędowo, położył na wielki stół na środku swoje papiery i wyszedł.

A za wielkim stołem fotel przypominający tron.

Krill, nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się wizerunkom na dywanach. Usłyszał, jak otwierają się drugie drzwi, ale nie wyszedł z nich Sycerus, tylko wielki drab, również ogolony na łyso i wielki jak młody leśny troll. U pasa miał zawieszony pęk kluczy i metalową pałkę. W silnej dłoni dzierżył dzban z winem. Dopiero zza jego pleców wyłonił się ten, który go wezwał. Wycierał ręce. Na chusteczce widać było czerwone plamy.

 – Usiądź. – Wskazał na krzesło przed biurkiem. – Obowiązki mnie zatrzymały. Wiem, że pierwsza wizyta u mnie rzadko bywa przyjemna. Ale dziś nie o przesłuchanie chodzi.

 – Zdecydowanie nieprzyjemna. – Krill skomentował w duchu. Mistrz szpiegów odprawił klucznika i zasiadł przy biurku. Nim podjął dalszą rozmowę, przejrzał parę dokumentów. Wziął kilka do ręki i wymierzył nimi w Krilla.

 – Twoje imię przewija się często w raportach. – zaczął, nie podnosząc wzroku ani głosu, którego ton był zimny jak lód.

 – Donosy kolegów? Ograłem ich i to ich kośćmi. Może Borta? Jak zwykle, poskarżył się nie tam, gdzie trzeba To on zaczął, ja tylko skończyłem naszą rozmowę.

Na twarzy Sycerusa, pojawił się grymas lekkiej irytacji. Nadal pochylał się nad listem, opatrzonym królewską pieczęcią.

 – Niech Mistrz powie – odpowiedział kondotier, przypatrując się futru z niedźwiedzia, zrzucając ciężar z ramion, jego ciało przeszedł dreszcz zimna, albo kac dał się we znaki?

 – Uważaj, Varadzie. Drwiny źle się kończą. – Mistrz szpiegów nie unosił głosu, wciąż też nie odkleił wzroku od listu z królewską pieczęcią. Niewielkie, skupione oczy, schowane głęboko w oczodołach, przesuwały się po kolejnych liniach tekstu. Mięśnie twarzy gospodarza nie drgnęły. Jedyny dźwięk, jaki przez chwilę przerywał ciszę w komnacie, wydawały z siebie skwierczące pochodnie.

 – Nie lubię marnować czasu na gadanie, zwłaszcza na kacu.

 – Aż tak ci spieszno przed oblicze Trójcy? Ja decyduję, kiedy przechodzimy do rzeczy! Zasada jest prosta – najpierw pytam, potem działam.

 – Chodzi o truciznę, nóż czy jedno i drugie? – kontynuował Krill.

 – Tak poznasz amatorów lub niechlujów.

 – Pocieszające. Wreszcie trafiłem na fachowców od brudnej roboty.

 – Nie nadużywaj mojej gościnności, Varadczyku!

„Varadczyku” – tak Mittyllydzi pogardliwie zwracali się do swoich wschodnich sąsiadów. Teraz już rozmawiali, patrząc jeden na drugiego. Krill wreszcie przyjrzał się twarzy rozmówcy. Haczykowaty nos, twarz owalna, niewielkie oczy, ciemne i podkrążone, ale przecież tacy fachowcy rzadko mogą się wyspać. Zarost był zadbany: siwa, równo przystrzyżona broda, ogolona do gładkości skóra do wysokości krtani. Gdzieniegdzie wprawne oko dostrzegłoby jeszcze zarost w kolorze ciemnego blondu. Włosy Mistrz spiął w długi kuc. Był smukłej, raczej żylastej budowy.

 – Skoro nie siedzisz skrępowany, to już powód, by okazać odrobinę szacunku. Nie sądzisz?

 – Czego wymaga interes Korony, Mistrzu Sycerusie? – powiedział spokojnie najemnik, świadom, że lepiej nie drażnić gospodarza.

 – Lepiej. Uczysz się szybko. Przechodząc do sedna… Chcesz tego czy nie, twoje działania nie pozostają obojętne nikomu z mojego środowiska. Nie jesteś zwykłym wykidajłą. Każdy z tych raportów wspomina o tobie. Zbyt często, by był to przypadek.

 – Może zbieżność imion? Niejeden Kriullun chodzi po świecie? – odpowiedział ironicznie Varad.

 – Nie pieprz. W przypadki nie wierzę. Twoje imię nie jest typowe, nawet w Varadzie. Nikt już tak nie nazywa dzieci. Język można sobie na nim połamać.

 – Na rynku usług kondotierskich każda forma wyróżnienia się z tłumu jest pożądana.

 – Ja bym to raczej porównał do wielkiej tarczy, do której nie sposób nie trafić. Przyciągasz uwagę jak łajno muchy. Nawet specjalnie się z tym nie ukrywasz. Normalnie dyskwalifikowałoby to ciebie jako agenta. Normalnie…

 – Tylko że ja nie pracuję dla ciebie, Mistrzu Szpiegów. Bez urazy, ale matka ostrzegała aby trzymać się z dala od takich osób jak pan. Więc po co tu jestem?

 – Zabawne, że o niej wspominasz. Z całej beczki wad masz jedną łyżkę miodu. Zaskarbiłeś sobie przyjaźń matki przełożonej Azylu Życia. Trójca wie jak, bo to nie lada osiągnięcie, zwłaszcza dla Varada. Wiem również, pozwól, że zacytuję… – Wziął jeden z pergaminów leżących na biurku, czytał tonem urzędnika – „… stara się unikać rozlewu krwi i przemocy… ponadprzeciętny potencjał intelektualny – tu Sycerus zrobił pauzę, chyba czytał to jeszcze raz dla pewności – … lojalny, nadużywa alkoholu, ale niesubordynowany.” – Spojrzał na Krilla, kiwając głową -" skłonny do przemocy". – Odłożył pergamin. – Królewicz też często o tobie mówi.

 – A długość kutasa albo rekord w sraniu też macie w raporcie? Mistrz nie zaprosił mnie tutaj, by coś mi wręczyć lub sobie pogadać. Więc czego pan chce?

 – Jesteś bezczelny, Varadczyku. Tym razem uznam to za młodzieńczą butę. Ale nie przerywaj mi więcej. Chciałem ci tylko dać czas na otrzeźwienie – dał mu kubek z winem, który nalał – Na koszt Korony.

Krill wziął kubek. Wstrzymał się i spojrzał podejrzliwie na Mistrza Szpiegów – czy i ten pije? Klina klinem, ale ostrożności nigdy za wiele.

 – Gdybym chciał cię otruć, nie wznosiłbym toastu. Pij. To tylko wino. – przemówił Sycerus, krzywiąc twarz w uśmiechu. – To na znak mej dobrej woli! – I pociągnął długi łyk pierwszy – Wracając do rozmowy, stary Oryk II dogorywa. Rodryg jest za młody, by rządzić. Do czasu pełnoletniości władzę przejmie rada. A jeśli chłopak zginie… mamy nową dynastię, nowe rzezie, nowy bałagan. Mój obowiązek – temu zapobiec. I tu wchodzisz ty.

 – Takich jak ja wynajmuje się do bicia albo pilnowania, nie do myślenia. Chodzi o Axie albo Rodryga, prawda? To już sprawa wagi królewskiej. Polityka – przerwał, wciągnął głośno powietrze, po czym przemówił: – A ja nie wtrącam się w sprawy innych ludzi, ze szczególnym uwzględnieniem polityki, Mistrzu Sycerusie!

Mittyllyd lustrował swego rozmówcę z beznamiętnym wyrazem twarzy. Co może go zmusić do współpracy? Tortury, groźby, a może szantaż? Wszak mistrz był profesjonalistą, znał się na tym jak mało kto. Mittyllyd oparł ręce na stole i wciąż świdrował najemnika lodowatym spojrzeniem. To on tu decydował o losie przybyłych i osadzonych. W końcu przemówił:

 – Brawo. Zarówno za pierwszą, jak i za drugą odpowiedź. Nie pomyliłem się co do ciebie. Chociaż roztaczasz aurę najemnika moczymordy, to jednak umiesz myśleć. W przeciwieństwie do twoich kompanów. Może podołasz zadaniu, jakie ci zaproponuję. – Rozsiadł się naprzeciwko Krilla, na wielkim fotelu z hebanu, wyściełanym aksamitem.

Kiedy Varad spojrzał na siedzisko, uświadomił sobie, że nawet sam król nie zasiada na takim tronie. Oto, gdzie leży prawdziwa władza. Mittyllyd nalał wina sobie oraz swojemu rozmówcy.

Krill nie przerywał. Nalał sobie kolejny kubek i wypił jednym tchem. Czuł, że to, co zaraz usłyszy, odbije mu się czkawką. Poza tym na kaca, dużego czy małego, najlepsze jest słabe wino. Sycerus ponownie napełnił mu kubek.

 – Zabierzesz królewicza do klasztoru ateanek. Matka Axie przechowa go, aż przyjdzie jego czas. Masz trzy dni. Dioram wie, że ma ci nie przeszkadzać.

Kondotier czegoś takiego się nie spodziewał. Wielu zadań, nawet tych nietypowych i poufnych, się już podejmował, ale coś takiego? Jednym haustem dopił, co miał w kubku, aż go zamroczyło. Potrząsnął głową. Postawił kubek na poręczy krzesła. Resztka cierpkiego płynu spływała na dno cieniuteńką stróżką. Odwrócił głowę i przyglądał się gobelinowi, który wisiał na ścianie. Przedstawiał króla Oryka II, który na wzniesieniu, w pełnej zbroi, wymierza miecz w stronę twierdzy wroga.

 – Nie jestem błędnym rycerzem, Mistrzu. Nie walczę za ideały czy króla. Tylko za zapłatę. Co mam z tego mieć?

 – Moją dozgonną wdzięczność i pełną sakiewkę.

Krill obniżył głos, co też pozwoliło mu się pozbyć resztki powietrza z płuc, a tym samym uniknąć ośmieszenia w postaci czkania.

 – Taka sprawa z pewnością wymaga taktu i wyczucia, których tobie, jako profesjonaliście, nie brakuje, mnie natomiast te cechy są… powiedzmy, obce.

 – Axie nie znosi mnie tak samo jak starego króla, więc nawet nie pozwoli mi się zbliżyć na odległość rzutu kamieniem do bram klasztoru. Jesteś jedynym spoza klasztoru, który ma prawo wstępu. Dlatego tylko tobie mogę powierzyć to zadanie. A tak przy okazji nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na „ty”.

 – Jest miejsce, do którego nie masz dostępu – pomyślał Varad. Wyobrażał już sobie reakcję Axie na taką propozycję. Jaką klątwę na niego rzuci? Brak potencji, ropiejący język, a może od razu ześle piorun, aby go zwęglił?

 – Skąd pewność, że Axie przyjmie królewicza pod swój dach? Wszakże to owoc z drzewa Oryka, więc na samą myśl o tym dostanie białej gorączki.

 – Ostrzegała, by włos ci z głowy nie spadł. To znaczy, że ci ufa. Wykorzystaj to. Przekonaj ją, że działasz w imię królestwa. Wiem, że leżą jej na sercu sprawy naszego królestwa tak samo jak mnie, chociaż każde z nas postrzega to na swój sposób. Z pewnością ucieszy się, że będzie mogła wpłynąć na wychowanie królewicza. Oczywiście obaj wiemy, że jawnie okaże swą niechęć. Jej reputacja i szacunek pośród prostego ludu i mieszczaństwa stanowią skuteczną zaporę przed zakusami na życie następcy tronu ze strony rady. Moje uszy i oczy będą was strzegły. Gdy jej to tak przedstawisz, twoje szanse wzrosną.

Krill szczerze się zaśmiał, bo właśnie przyszło mu do głowy, iż prędzej wyśpiewa temu mężczyźnie, niczym aktor w amfiteatrze, peany na cześć wszystkich władców Mittyllydy, niż namówi matkę przełożoną do tego szaleństwa. Kac właśnie minął. Krill podniósł obydwie ręce jakby w geście poddania.

 – Teraz przynajmniej wiem, dlaczego nie siedzę związany na tym krześle. Łatwiej mi się będzie zgodzić. A co, jeśli odrzucę twoją ofertę, Mistrzu Szpiegów? W końcu aż tak nie potrzebuję pieniędzy, mam żołd.

 – Możesz odmówić. Ale wtedy sam zadbasz o to, by żałować. – Tym razem jego uśmiech był bardzo szczery, paskudny, ale szczery. – To nędzne grosze. Wiem, że przepijesz je w najbliższym burdelu. Ja mogę ci zaoferować o wiele większe pieniądze.

 – Ciekawy masz sposób na przekonywanie ludzi, Mistrzu..

 – Lata praktyki, chłopcze.

 – To będzie ode mnie wymagać złamania istotnej zasady nieingerencji w cudze sprawy, a tym bardziej w politykę i spiskowanie.

 – Jeśli ci to pomoże, potraktuj to jako profesjonalny kontrakt. Wykonasz zlecenie, ja ci zapłacę, a potem rozstaniemy się w zgodzie.

 – I zapomnimy o całej sprawie, tak? – wtrącił Krill.

 – Oczywiście. Lubię rozmawiać z ludźmi, którzy wiedzą, co i jak.

 – To będzie kosztować trzy tysiące koron. Tyle warte jest łamanie własnych zasad. – grymas uśmiechu, małego triumfu pojawił się na twarzy Krilla. Mittyllyd zacisnął trzymany pergamin.

 – Trzy? Co?! A ty co, obywatelstwo chcesz sobie kupić? Dwa tysiące!

 – Mistrzu Sycerusie… Dywany na ścianach, krasnoludzka szafa żelazna, siedzisko godne zadka cesarza. Cóż to dla takiego Mistrza Szpiegów. A ja? Ryzyko klątwy, utraty zdrowia, potencjalne zamachy, zemsty rodowe i tym podobne. To nie pierwszy dwór, na którym służę, chociaż to stolica, i tutaj przesadzacie ze wszystkim. A w rzeziach i zemstach to się wręcz lubujecie. Trzy tysiące!

 – Kondotier pełną gębą. Zgoda. Kiedy książę dostanie się za mury klasztoru, dostaniesz zapłatę. To wszystko, co mam ci do powiedzenia. Możesz już odejść. Aha, i jeszcze jedno! Postaram się, aby utrzymać miłościwie nam panującego przy życiu jeszcze kilka dni. Ale znając umiejętności naszych najtęższych konowałów, jacy się ostali na dworze, to daję ci najwyżej trzy dni. – Sycerus wrócił do czytania swoich raportów.

Krill podszedł do drzwi, gdzie czekał już na niego drab Sycerusa, który przyniósł wino. Eskortował go do wyjścia na plac treningowy. Varadowi zrobiło się gorąco. Teraz w jego głowie pojawił się obraz jak po udanej próbie zamachu: znajdują podejrzanego Varada i wsadzają do lochu, ucinają język i wypalają oczy. To miejsce może stać się jego ostatnim domem. Ale trzy tysiące złotych koron to nie lada suma. Za coś takiego można by kupić małą wioskę w Varadzie albo hulać przez prawie rok w karczmach i zamtuzach. Musi mu zależeć na Rodrygu. Taka suma nawet dla króla nie jest mała. Zastanawiał się, jak przedstawić ten plan Matce Przełożonej, bo nie dość, że nie darzy ona sympatią syna króla, uważając go za tak samo zepsutego jak jego ojciec, to na dodatek musiałaby pomóc Sycerusowi, o którym wyraża się, używając słów: morderca, oszust i skurwysyn.

 – Skoro już skończyłeś pogawędki, wracaj na plac treningowy! Za spóźnienie obcinam ci żołd o ćwierć korony – zawołał Dioram, który na niego czekał.

„Jeszcze tylko trzy dni i nie będę musiał oglądać twojej gęby. Za trzy dni mogę zarobić tyle, ile nawet ty nie zarobisz przez cały rok czy nawet dziesięć lat wydzierania się i rozkazywania!”, przeklął w duchu Varad. Miał trzy dni, jeden błąd i nie będzie miał nic.

***

Wizyta w klasztorze zawsze poprawiała mu nastrój – w przeciwieństwie do surowego placu treningowego w zamku. Spokój tego miejsca koił nerwy; natura panowała tu niepodzielnie, choć sam klasztor był niemały. – Oby Axie miała dobry dzień – z takim życzeniem przekroczył bramę. Na wprost wznosiła się kaplica modlitw, gdzie wielka bogini była przedstawiona zgodnie z utartym wizerunkiem kobiety o szerokich biodrach, bez szat, tylko z przepaską na biodrach. Opierała się o wielką jabłoń, a w dłoniach trzymała dwoje dzieci karmionych piersią, Hesarytego i Aidesa – synów poczętych bez ojców.

Matka Przełożona rezydowała w oddzielnym budynku, przeznaczonym dla gości i przyjaciół klasztoru; był on też miejscem przygotowywania lekarstw. Za budynkiem znajdował się mały ogród, w którym matka przełożona wraz z wybranymi kapłankami hodowały lecznicze zioła i rośliny. Dom posiadał również prywatną kaplicę. Zobaczył Axie, przygotowywała maść. Wnętrze pachniało ziołami i wilgotną ziemią. Niewiele się zmieniło od jego ostatniej wizyty. Osobliwy był tylko wielki kruk, siedzący na stojaku obok stołu. Na widok Krilla rozwarł dziób i rozpostarł skrzydła. – Nie obawiaj się – zwróciła się do ptaka łagodnym tonem kapłanka. – To przyjaciel. – kruk kiwnął głową i zakrakał głośniej. – Masz, nie przeszkadzaj! – Axie rzuciła ptakowi kawałek chleba wydobyty z kieszeni roboczego fartucha. Krill uśmiechnął się pod nosem. Pamiętał, że tylko wobec zwierząt potrafiła być aż tak cierpliwa.

 – Bądź pozdrowiona, Matko Axie, i niech bogini Ate ma Matkę zawsze w swojej opiece i błogosławi temu domowi, całemu klasztorowi i wszystkim jego mieszkańcom! – Pokłonił się Krill i skrzyżował ręce na piersi. Popatrzył na ptaszysko. – Kolejna zagubiona dusza?

 – I niech jej łaska spłynie również na ciebie, chłopcze. Przypomina ci kogoś? To Hubertus, wyjątkowy przedstawiciel swojego gatunku – odpowiedziała, nie przerywając swoich czynności. W powietrzu unosił się intensywny zapach ziół. – Usiądź, mój drogi, i powiedz, co też cię tu przygnało. – Wskazała na krzesło, zastawione kilkoma glinianymi dzbanami, nad którymi czuwał nowy skrzydlaty pupil.

 – Dziękuję, Matko, ale wolę postać. Wyjeżdżam, przede mną długa podróż. I tak się nasiedzę w końskim siodle. Chciałbym prosić Matkę o dobre słowo na drogę.

 – I zapewne kilka koron też by się przydało, biedaku spod ołtarza, prawda? – uśmiechnęła się pod nosem.

 – Nie śmiałbym prosić, lecz takiego aktu łaski nie odrzucę, a nawet oddam z nawiązką.

 – Wiem, nie lubisz być komuś dłużny – westchnęła. – Na starość serce mi chyba zmiękło, ale dobrze… Zgłoś się rano do siostry Athi, tam będzie czekał na ciebie prowiant. A dokądże chcesz się udać, jeśli mogę spytać?

 – Do Vidanu, a stamtąd Trójca jedna wie… może do Saramis

 – A więc wracasz do domu. Długo cię tu nie utrzymałam. Twoje demony zawsze będą cię gnać tam, gdzie nie trzeba. Czy jesteś gotów zmierzyć się z własną przeszłością? A może znudziła ci się już Mittyllyda? – Popatrzyła mu się w oczy; wiedział, że chce szczerej odpowiedzi.

 – Tak. Nadszedł czas, by zamknąć ten rozdział, dopisać mu koniec… Obojętnie jaki. Ale wrócę.

 – Bramy tego klasztoru pozostaną dla ciebie otwarte, mój synu. Podejdź!

 – Zwyczaj to zwyczaj – pomyślał. Uklęknął, a ona położyła mu dłonie na głowie i przemówiła:

 – Niech bogini Ate, pani miłości i życia, obdarzy twe serce siłą, dzięki której czynić będziesz dobro i nie odmówisz ludziom w potrzebie. Niech chroni cię swą wielką matczyną miłością. – Kiedy Krill wstał, chwyciła go jedną ręką za podbródek. – Otwieraj! – Usłuchał jej. Axie przyglądała się uważnie całemu jego uzębieniu. Drugą dłonią rozszerzyła jego powieki i spojrzała mu głęboko w oczy. – Patrz w górę! Teraz w dół! Miałeś ostatnio jakieś koszmary, może chodziłeś we śnie?

 – E… e… pee… ak… abity – zaprzeczył.

Po badaniu kapłanka opłukała ręce zawartością flakonika, który stał na stole. Krill wyczuł ostry zapach spirytusu.

 – Nie wątpię. Widzę też, że stosujesz proszek, który ci podarowałam. Stan uzębienia się poprawił.

 – Dziękuję ci, Matko, ale… jest jeszcze pewna kwestia, w której tylko wasza rozwaga i doświadczenie potrafią sprostać.

 – Brzmi poważnie, więc mów… – Wróciła do moździerza z mieszanką ziół.

 – Matko, przybyłem do was po poradę i przysługę. Jak wiecie, król Oryk II nie jest najlepszego zdrowia i należy się spodziewać naj…

 – Najlepszego! – wtrąciła. – Niech mu ziemia ciężką będzie! Bogini, wybacz! – kruk też dołączył się do życzeń, wydając z siebie głośne „krrraaa”. Ten człowiek choć raz zrobi coś z pożytkiem dla Athepolis, bezbożnik i truteń! – Wielki ptak zawtórował jeszcze głośniejszym krakaniem i machaniem skrzydłami.

 – Matko! Następca tronu jest jeszcze za młody, by przyjąć koronę, więc senatorowie będą sprawować władzę do czasu sukcesji młodego Rodryga. – Przymrużyła oczy, poza tym Krill nie dostrzegł na jej obliczu żadnej zmiany. Zawsze starała się przyjmować złe wieści z kamienną twarzą. A wiedziała już, że mężczyzna przynosi jej złą nowinę. Postanowiła mu przerwać.

 – Grzeczny, zmanierowany ton, tradycyjne powitanie i pokłon z szacunkiem. Zaczynasz przemawiać językiem dworskiej dyplomacji, chłopcze. Teraz widzę, że musisz jak najszybciej opuścić tę okolicę. Służba na dworze Athepolis miała na ciebie wpłynąć. Ale nie sądziłam, że twoja awanturnicza Varadzka natura wędrowca przyjmie coś nowego. Zbyt długie przebywanie na dworze może być dla ciebie zgubne – powiedziała spokojnie.

 – Obawiam się, że jest już na to za późno, Matko. Chcąc nie chcąc, sprawy dworu stały mi się… nieobce.

 – Krrraaa!

Axie rzuciła w stronę ptaszyska kolejny kawałek chleba, ale jej oczy mówiły, że więcej nie dostanie.

 – Zdaje się, że skończyłeś na sukcesji…

 – Tak… Więc królewicz jest za młody, w jego imieniu rządzić będzie rada senatorów. I jak zapewne wiecie, Matko, jeśli nastałoby bezkrólewie, to właśnie spośród rodów senatorskich wybrana zostanie nowa dynastia, a ponieważ Oryk nie był najlepszym władcą i przysporzył sobie wielu wrogów, jego potomek znaleźć się może w wielkim niebezpieczeństwie.

 – Ród Harasmów trzeba byłoby wytępić jak szarańczę. Za dużo krwi już napsuli, może to dobry czas, aby odeszli w cień historii. Bogini, wybacz! – Axie przetarła czoło rękawem – Widzisz, Krillu, ja pamiętam wszystko. Wojnę, głód, bunt… Kiedy byłam dzieckiem, Oryk I, wypowiedział wojnę własnemu ludowi, który podejrzewał o sabotaż, choć chłopi naprawdę nie mieli czego oddać do spichlerzy armii, gdy prowadził wojnę przeciwko wszystkim mittyllidzkim sąsiadom. A jego syn? – wstrzymała oddech, poprawiając fartuch – Godny następca imienia… i niewiele lepszy władca. Wiesz przecież, że Oryk II sprowokował kolejną wojnę z wami, Varadami, choć ledwie podźwignęliśmy się po wojnach jego ojca z Republiką Ignapolis i Tyranią Sparthepolis. A dlaczego? Bo chciał się wsławić. Przed patriarchami, przed rodami, przed całym światem. Pokazać, że Athepolis wciąż ma pazury.

 – To był chyba jedyny moment w historii, kiedy w ramach kontrofensywy wojska Varadzkie po raz pierwszy zdobyły mittyllydzką ziemię na zachód od Va-Res – przemówił – To nasz największy sukces. Okupacja długo nie potrwała, ale nasi włodarze do dziś czczą tamto zwycięstwo. Dzień końca kontrofensywy ogłosili świętem Varadzkiej armii, wiesz?

 – Wiem. Byłam tam, widziałam gwałt, przemoc, tortury na wieśniakach. Na mnie też sobie poużywali wasi zwycięzcy wojowie.

Milczenie wypełniło izbę. Wzdrygnęła się od tych wspomnień. Krill wciągnął cicho powietrze przez zaciśnięte zęby. Matka Axie spojrzała na niego ze spokojem na okrągłej twarzy.

 – Nie twoja wina, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. – Odłożyła moździerz. Kruk krakał i zwrócił dziób w stronę Varada, jakby chwaląc się kawałkiem chleba – Przeżyłam tyranię dziada, który odebrał mi ojca i brata. Wytrwałam pod rządami ojca, w czasie których straciłam godność i przyjaciółkę, ale nie wiem, czy chcę umierać za rządów wnuka. Tak czy inaczej ich ród przynosi tylko niepotrzebne cierpienie każdemu, kto mu służy. A pomaganie mu… Nie, nie mogę!

 – Zdaję sobie sprawę, że polityka was brzydzi, za co należy się wam cześć i szacunek, ale sprawa, z którą do was przychodzę… Chłopak zginie. I nie tylko on. Szlachta bije mocno, ale to żołnierze i chłopi giną gęsto. Przecież wiesz.

 – Wiem, że powinnam w tej chwili ci przerwać, ale mów, chociaż boję się usłyszeć, co powiesz.

 – Chciałbym prosić Matkę o azyl za świętymi murami dla Rodryga aż do osiągnięcia przez niego pełnoletniości i wstąpienia na tron.

Dla ptaka, który cały czas próbował połknąć chleb, ostatni kawałek podarowany przez kapłankę był za duży – wypadł mu z dzioba i wylądował na ziemi. Choć ktoś stojący z boku mógłby odnieść wrażenie, że pierzasty koneser chleba zrozumiał ludzką mowę i całą sytuację, ponieważ zamiast tylko uporczywie pokruszyć chleb, trzymał go w dziobie i obserwował kondotiera oraz matkę przełożoną, odwracając łeb raz na niego, raz na nią, zależnie kto w danym momencie mówił. Chleb i moździerz upadły na podłogę w tym samym momencie. Naczynie nie rozbiło się jednak – był to porządnie wypalony wytwór garncarski z najlepszej okolicznej gliny. Axie też była twarda, ale takiej prośby nigdy by się nie spodziewała usłyszeć, przynajmniej od Krilla. Po raz pierwszy wytrącił ją z równowagi. Chleb wypadł z dzioba ptaka, a Axie znieruchomiała. W jej oczach coś drgnęło – może strach, może gniew.

 – Chcesz, żebym trzymała taki pomiot pod moim dachem? Nigdy. Nie wiesz, o co prosisz, Krillu. Nadużywasz mojego zaufania. Sądziłam, że może chodzi o jakieś publiczne poparcie lub potępienie, teatrzyk dla gawiedzi na środku rynku. Ale to?! Nie zdajesz sobie sprawy, o co prosisz! Nadużywasz prawa przyjaciela klasztoru. Nie wiem, ile ci zaproponowali ani jak skutecznie grozili, ale nie proś o coś takiego nigdy więcej. Nigdy!

 – Ale…

 – Nie ma takiego „ale”, przez które zmieniłabym zdanie. Ostatnie dziesięć lat pilnowałam, aby nie mieszać religii z politycznymi rozgrywkami. A przecież to będzie jawne naruszenie granicy, jaką starałam się wyznaczyć między klasztorem a tym gniazdem żmij. – Podniosła misę i bardzo szybko rozdrobniła zioła. Masa przypominała już grudkowaty proszek, ale przy tej intensywności rozdrabniania zaraz miała się przeistoczyć w pył. Axie wzięła głęboki oddech. Wymierzyła tłuczek w stronę Krilla. – Każdy, kto szczyci się statusem przyjaciela tego klasztoru, może skorzystać z prawa o azyl. Ale ja nie muszę się za każdym razem na to zgodzić! Tak długo, jak pozostaję matką przełożoną.

Krill odruchowo odskoczył, uderzył głową w półkę ze szklanymi flakonikami. Jeden niebezpiecznie przechylił się na krawędzi, poturlał się chwilę i spadł. Krill złapał go w ostatnim momencie. Trzymając flakonik z ciemnobrązową substancją, zwrócił się do kapłanki.

 – Rozumiem to, Matko, ale jeśli nie przyjmiesz tego chłopca, te żmije albo go otrują, albo poderżną mu gardło. Tu będzie bezpieczny. – Odłożył flakonik na miejsce. – Nikt nie odważy się na was podnieść ręki. Nawet senatorowie wiedzą, że podniesienie ręki na kapłanki Ate zbrukanie świętości Azylu Życia oznacza podniesienie ręki na lud. Wiele krwi się wtedy przeleje. Możemy zapobiec śmierci wielu ludzkich istnień.

 – Zamiast tego przyślą zgraję szpiegów lub zabójców. Skąd nagle zainteresowanie losem tego chłopca, co?

 – Jest jeszcze młody. Przy odrobinie szczęścia i cierpliwości uda się… przynajmniej ograniczyć do minimum skutki szkodliwej krwi, jaka w nim płynie. Taki przebłysk sumienia dobrego hesarytianina.

 – Uważaj, bo ci uwierzę. To syn Oryka II. Krew z krwi, kość z kości Harasmów. To niemożliwe!

 – O mnie też tak Matka mówiła. Przecież zawsze należy dać szansę każdemu, kto chce odkupić swoje grzechy. Może to właśnie jemu, synowi, jest przeznaczone odkupić winy i naprawić krzywdy swego ojca i dziada? A co komu przeznaczone i tak go nie minie. Kiedyś wykazałaś, Matko, dużo cierpliwości, trzymając mnie tutaj, kształtując nie tylko fizycznie, ale również psychicznie, dzięki czemu dziś jestem… lepszym człowiekiem, choć byłem zniechęcony, uparty i oporny na zmiany. Kiedy widzę królewicza, dostrzegam kilka podobieństw między nim a mną. Rodrygowi brakuje roku, by objąć tron. Z pewnością przez ten okres wpłyniecie na niego mocniej niż na mnie. – Przemowa Krilla najwyraźniej zaskoczyła matkę przełożoną. Jego samego też. Ale jeszcze większym zaskoczeniem był dla niego widok Axie rumieniącej się na twarzy, kurczowo zaciskającej pulchne palce na misce moździerza.

– Zrobili ci przyspieszony kurs dyplomaty? Nie pasuje do ciebie chłopcze, zupełnie. Nie wiem nawet, dlaczego nie wyrzuciłam cię od razu, kiedy powiedziałeś o prawie do azylu. Jak w ogóle możesz ze mną o tym rozmawiać? Ate, bogini, wybacz! Rozzuchwaliłeś się Kriullunie! To, że cię przyjęłam, pozszywałam i wyleczyłam, masz za nic? Chcesz to wykorzystać, i to tak, żeby mnie obrazić?

 – Kraaa, kraaa, kraaa. – Ptaszysko wyciągnęło skrzydła i zaczęło tupać. Przedstawienie osiągało właśnie punkt kulminacyjny.

 – A ty czego się wtrącasz, leć stąd! – Axie machnęła ręką z miską; ptak odleciał na górną półkę, z dala od wzburzonej kapłanki. Miska, niczym strzała z kuszy, przecięła powietrze. Tym razem pękła.

 – I widzisz, coś narobił, porządny moździerz przez ciebie straciłam!

Varad roześmiał się, po czym pomógł posprzątać kawałki.

 – Zobaczyć, jak się złościsz, to rzecz bezcenna i wiem, że należę do grona tych, którzy stając przed obliczem Trójcy Bogów, mogą powiedzieć, że widzieli już wszystko. Zawdzięczam ci wiele, nawet życie. Wiedz, że jestem tylko posłańcem, narzędziem w rękach ważniejszych ode mnie. Tę decyzję podejmiesz sama. Nie przychodziłbym, gdybym nie uważał, że twój osąd będzie sprawiedliwy. Niestety decyzję musimy podjąć szybko. Oboje wiemy, że król lada dzień umrze.

 – Dobrze, już dobrze. Potrzebuję czasu do namysłu. Wkrótce otrzymasz odpowiedź. Dzisiejszej nocy nie będę spać spokojnie.

 – Oby bogini pozwoliła wam podjąć właściwą decyzję, Matko! – Ukłonił się i wycofywał powoli w obawie, czy jakiś odłamek moździerza nie poleci w jego stronę.

 – A idźże już, posłańcze niepokojów!

 – Kraaa! Kraaa! – Ptaszysko też żegnało się z Varadem. Nie sposób było jednak odgadnąć, czy dziękowało za przedni występ, czy przeganiało posłańca złych wieści.

Krill uznał, że z jego obecności nic dobrego więcej nie wyniknie. Lepiej było zostawić matkę przełożoną samą. Wszak decyzja, jaką podejmie, wpłynie i na jej życie. On zrobił, co miał zrobić. Wszystko zależało teraz od najwyższej kapłanki. – Żądza zarobku kiedyś mnie zgubi – przeklął sam siebie i udał się do swojej izby. Krill uśmiechnął się blado. Wiedział, że powiedział za dużo, ale nie żałował. W końcu, jeśli nie tu szukać ratunku, to gdzie?

***

Axie udała się na wieczorną modlitwę do kaplicy. Reszta sióstr już po wieczerzy zdążała spoczynek. Uczyniła znak Trój-Krzyża przed posągiem. W ręku trzymała cienką świecę. Wpatrywała się w płomyczek i klasycznie rzeźbioną boginię.

– Kiedy religia zbliża się do polityki, zawsze kończy się to krwią. O bogini! Dziwnej poddajesz mnie próbie! Może i przeznaczenie wymaga od nas interwencji, może…

Posąg bogini milczał.

 Axie przetarła czoło rękawem.

– Pamiętam.

– Jak ginęli. Lamenty wdów, łkanie chorych. Okrucieństwo łupieżców i najeźdźców.

Milczenie wciąż wypełniło kaplicę. Wzdrygnęła się od tych wspomnień. Płomień świeczki drgał cicho w rytm wydychanego powietrza przez zaciśnięte zęby.

– Bogini! Dzięki tobie wytrwałam. Ich ród przynosi tylko niepotrzebne cierpienie każdemu, kto mu służy. A pomaganie mu… Nie, nie mogę! Złożyłam przysięgę, że póki żyję i jestem Matką Przełożoną tego zakonu, żaden Harasm nie otrzyma wsparcia.

 Niewielki podmuch wiatru zawirował w kaplicy, cienie zaczęły tańczyć. Matka przełożona pozwoliła rwącej rzece wspomnień ponownie zamienić się w swobodnie i wolno płynący nurt.

W rogu sali usłyszała ciche kraaa – to Hubertus przyleciał i usiadł na ramieniu matki przełożonej.

– Ty też nie możesz spać?

– "Kraa" – kruk wydał z siebie leniwy pomruk. Axie dała kawałek chleba, trzymała zawsze dla swojego pierzastego towarzysza.

– I jeszcze Krill.. ten młodzieniec przynosi zawirowanie. Cień, który towarzyszy od czasu… przemówiłaś wtedy, przemów do mnie i dziś. Wiem i czuję, że nie bez powodu to właśnie Kriulluna wyznaczono aby przekazać mi prośbę o azyl. W twoim domu.

Ponownie poczuła wiatr tym razem mocniejszy. Zdmuchnął świeczkę. Hubertus stanął na progu wejścia do kaplicy. Kiedy Axie powiodła wzrokiem w jego stronę, ptak odleciał w noc. Miał swoje miejsce u niej a i tak zawsze latał własnymi ścieżkami.

– Czas modlitw się skończył, przychodzi czas decyzji.

***

Poranek był chłodny, a Krill niespokojny. Pozornie wszystko przebiegło po jego myśli: Axie nie przeklęła go z miejsca, nie wyrzuciła za mury, ale musiał się liczyć z porażką. Matka Axie wcale nie zaskoczyła go swoją wczorajszą reakcją. Domyślał się już, jaka będzie jej odpowiedź, teraz więc mógł liczyć tylko na to, że nie każe go stąd wyrzucić. Status przyjaciela klasztoru uzyskało niewielu. A on nadużył go za kilka pokoleń. Postanowił, że lepiej wyjechać. Przełożona zakonu ochłonie i być może przemyśli ten pomysł jeszcze raz. Dla niego pieniądze mistrza szpiegów były już stracone. – Zawsze to jeden kłopot mniej. Choć nie taki, o jaki prosiłem – pocieszał się gorzko.

Zanim poszedł do Axie, udał się do kuchni, by zobaczyć, czy został dla niego przygotowany prowiant. Czekał, a wraz z nim jedna z kapłanek, Athi – odpowiedzialna za kuchnię – z chochlą, którą solidnie oberwał na dzień dobry.

 – To za to, że zdenerwowałeś Matkę Axie! – Otrzymał dotkliwe razy. Kapłanka wyszła, ale mimo to na stole czekała na niego porcja potrawki z kury i kawałek chleba. Jadł sam; reszta kapłanek i nowicjuszek posilała się w budynku sypialnym, by później przystąpić do wypełniania klasztornych powinności.

Pierwsza wróżba na dziś. Skoro najwyższa kapłanka była zdenerwowana przy innej kapłance, musiała być naprawdę poruszona jego propozycją. To się nie zdarzało, prawie nigdy! Otrzymał wyżywienie – to pocieszający znak. Matka jest zła z powodu jego prośby, ale nie na niego. Taką przynajmniej miał nadzieję. Nadszedł czas, aby się przekonać, w jakim stopniu jego argumenty okazały się przekonujące.

 – Po co mi było pchać się w poselstwa? – warknął w myślach, zły na siebie i na Sycerusa, lecz wolał nie ryzykować tej mniej przyjemnej konfrontacji z mistrzem szpiegów. Tacy jak on bywają szczególnie niebezpieczni. To nie byle bandyta, z którym można stanąć twarzą w twarz, tylko władca marionetek. I zawsze wie, które sznurki pociągnąć, aby wygrać.

 – Krill, tu jesteś! Matka wzywa cię do kaplicy – zawołała go jedna z nowicjuszek, młoda, bardzo ładna szatynka o jasnej cerze i błękitnych oczach. Varad widział ją po raz pierwszy.

Skończył swój posiłek. Gdy wyszedł na dziedziniec, w ogrodzie kapłanki pracowały pełną parą. Nie zwróciły na niego uwagi. To dobrze. Inaczej sytuacja przy śniadaniu mogłaby się powtórzyć – tym razem z ostrzejszymi narzędziami niż chochla. Kiedy to sobie wyobraził, rozweseliła go pewna myśl. Widok mężczyzny uciekającego przed grupą kapłanek z narzędziami ogrodniczymi w rękach byłby bardzo zabawny. Wiedział jednak, że za chwilę nie będzie mu do śmiechu. Wziął głęboki wdech i przekroczył próg kaplicy.

Axie modliła się przed ołtarzem na klęczkach. – Bądź pozdrowiona, o czcigodna! – Podobnie jak wczoraj Krill skrzyżował ręce na piersi w geście pozdrowienia.

 – Niech diabły Aidesa poniosą cię tam, skąd przyszedłeś, posłańcze niepokojów!

Takiego powitania się spodziewał. Axie zgasiła cieniutką świecę, która trzymała w trakcie modlitwy. Podała mu rękę, aby pomógł jej wstać.

 – Całą noc dręczyły mnie sny, i nie były to dobre sny, chłopcze. Nie mam jeszcze odpowiedzi, chłopcze. – Tego się akurat najemnik nie spodziewał.

 – Nie macie? Czy nie chcecie mi jej udzielić, Matko?

 – Krillunie, sny, które tej nocy zesłała mi bogini, to zła wróżba i wyraźny sygnał. Twoja prośba naraża cię na niebezpieczeństwo.

 – Co Matka ujrzała?

Chwyciła go pod rękę i obróciła tak, aby zwrócił się twarzą do posągu bogini.

 – Widziałam wędrowca w towarzystwie cieni i skrzydlatego stwora. Dwie drogi przecinały się przed nim: jedna kamienista, wiodąca ku skale, gdzie czekał dom pełen ciepła i światła; druga – wiła się po równinie pod bladym księżycem, który nie dawał blasku. – Jej mądre oczy patrzyły w stronę Varada, ale przenikały dalej. – Końca tej drogi nie widziałam, tonęła w mrokach. Na horyzoncie czułam ogień i pożogę, wojny. Równinę przecinała rzeka krwi, a ziemia była jałowa i wypalona. Za każdym razem kiedy wędrowiec spotykał cień, podążał za nim na stromą ścieżkę. – Dłonie kobiety złączyły się jak w geście modlitwy.

 – Skrzydlaty cień usiłował go zatrzymać – raz szeptał obietnice, raz groził. A gdy wędrowiec nie słuchał, wzniecał wichry i pożogę… Gdy wędrowiec na stromej drodze odnosił ciężkie rany, skrzydlaty stwór zakrywał go swoimi skrzydłami, jakby to nie śmierci wędrowca pożądał, a postępował tak, aby jedynie zniechęcać go do podążania tą ścieżką. Chciał, aby wędrowiec podążał równiną w stronę ognistej łuny – zawiesiła głos. Krill dostrzegł niewielką kropelkę potu przy jej prawym uchu. To musiał być naprawdę koszmarny sen.

 – Barwne sny, Matko, ale co to ma wspólnego ze mną? A, niech zgadnę. To ja byłem tym wędrowcem? – Nie wierzył za bardzo w przepowiednie, prorocze sny i tym podobne, głównie dlatego, że tak można je było interpretować w dowolny sposób. Każda dobra przepowiednia ma szanse, aby się spełnić, choćby w części. Wiedział jednak, że Axie, jako osoba głęboko wierząca, traktuje takie rzeczy nad wyraz poważnie.

Mówiła to, patrząc mu w oczy z grymasem smutku na twarzy. Jej ciemnobrązowe oczy były podkrążone, cienkie czerwone niteczki na gałce ocznej sugerowały, że źle przespała noc. Wciąż trzymała go pod rękę. Teraz obróciła go tak, aby patrzył na nią.

 – Gdy dotarłam do wędrowca, ujrzałam twoją twarz – nosił ją jak maskę bólu. Stałam bezradna, nie mogąc odpędzić skrzydlatego stwora. Nie podoba mi się to. To ostrzeżenie – twoje czyny prowadzą cię ku zgubie.

 – Typowa ateanka – nawet we śnie gotowa się poświęcać. Nic dziwnego, że ludzie ją czczą", przyznał sam przed sobą.

 – Cierpiałem? Cóż… przywykłem. Jak spadło na mnie to cierpienie? – zapytał ironicznie.

 – Teraz ważniejsze od jak jest dlaczego. Od kiedy to ciebie, Varada i włóczęgę, obchodzi los królewskiego potomka? Nie wmówisz mi nagłego nawrócenia ani potrzeby naprawiania krzywd. A po drugie: chyba wspomniałeś wczoraj, że jesteś posłańcem, narzędziem w rękach ważniejszych od siebie.

Krill przez chwilę układał w głowie odpowiedź. To od niej zależała decyzja kapłanki. On był dobry we władaniu mieczem i pięścią, nie słowami.

 – Prosiłem, Matko, o schronienie dla chłopca. Nie z własnej woli – tak mi kazano.

 – Kto? – zapytała niby łagodnie, ale słowa brzmiały nad wyraz stanowczo.

 – Ktoś, kto woli pozostać anonimowy, ale powiedzmy, że temu komuś zależy na życiu chłopca i szuka dla niego bezpiecznego schronienia. – Ostatnia szansa w negocjacjach; jeżeli nie teraz, to…

 – Chyba nie zrobił tego ten łajdak, król? – prychnęła.

Krill odruchowo zareagował śmiechem, jak na dobry żart. – Nie, to był ktoś, kto ma w sercu pomyślność waszego królestwa. Tak samo jak tobie, Matko Przełożona.

 – Więc czemu sam ze mną nie porozmawiał, tylko przysłał ciebie? – kontynuowała wypytywanie.

 – Wybaczcie, Matko, ale nie mogę ujawnić tożsamości tej osoby. Wciąż obowiązuje mnie tajemnica cechowa. Powiem jeszcze tyle, że to osoba, która ma wpływy i której nigdy nie pozwolisz przekroczyć bram tego świętego miejsca. – Krillowi było żal, że nie mógł powiedzieć wszystkiego. Wiedział, że jego rozmówczyni jest bardzo inteligentna i sama prędzej czy później się domyśli, o kogo chodzi. Axie przez moment patrzyła na niego w milczeniu.

 – Jak mam ci zaufać, skoro ukrywasz prawdę? – Jej oczy, przekrwione ze zmęczenia, pełne były zwątpienia.

 – A niech cię, Axie, zmuszasz mnie do złamania zasad neutralności – przeklął w myślach, ale postanowił, że nie będzie się narażał na jej niełaskę. Wolał wybrać lojalność wobec klasztoru i niej niż wdzięczność dworu, która zawsze jest względna.

 – Matko Axie, możecie mi zaufać. Ja nie mam i nie chcę mieć przed wami żadnych tajemnic, ale imię tej osoby mogę wam wyjawić dopiero po otrzymaniu odpowiedzi. Tylko od was zależy, czy się zgodzicie, czy nie. Moim zadaniem było złożyć tę propozycję. I na tym moja rola się kończy, jestem tylko posłańcem.

 – „Jestem tylko posłańcem”. Wygodna wymówka. Tłumi sumienie i odcina od odpowiedzialności. Ten ktoś musiał być wyjątkowo zdeterminowany lub nierozgarnięty, aby wyznaczyć właśnie ciebie do prowadzenia takich rozmów.

Była to kąśliwa uwaga, ale nie miał zamiaru się sprzeczać.

 – Uwierzcie mi, Matko, że i mnie z początku nie było łatwo przyjąć tej propozycji. Osoba ta wypracowała sobie metody przekonywania ludzi do współpracy.

 – Chyba już się domyślam, kto cię do tego namówił. Ten morderca i tchórz nie miał odwagi stanąć przede mną, bo wiedział, że splunęłabym mu w twarz i rzuciłabym kilka klątw na do widzenia. Jego zachowanie wcale mnie dziwi. Rozczarowałam się natomiast tobą. Myślałam, że jesteś na tyle bystry, aby trzymać się z dala od takich ludzi.

Domyśliła się całkiem prędko. Atmosfera w kaplicy stawała się nieznośna. Varad podszedł do niewielkiego okna, by zebrać myśli i choć na chwilę przedłużyć pobyt tutaj – w jego ostatnim azylu w Athepolis. Okno wychodziło na główny ogród. Kapłanka Dagmara była stałym elementem tego miejsca. Ogród znajdował się pod jej niepodważalną władzą. Pokazywała trzem nowicjuszkom, jak prawidłowo operować motykami. Wszystkie miały spuszczone głowy, zaciśnięte wargi i pięści na drzewcach narzędzi ogrodowych, aż widać był biel kostek. Dla kondotiera skojarzenie z życiem w koszarach nasunęło się samo. Wyglądało to identycznie jak poranna musztra. Pouczenie od starego wyjadacza. Pokorna postawa. Słuchać, wykonać, nie kwestionować. O tak! Gdyby doszło do poboru kapłanek na potrzeby zaciągu do armii, kapłanka Dagmara dostałabym dowództwo w oddziale, może nawet setnika. Krill, nie odwracając głowy w stronę matki przełożonej, kontynuował rozmowę.

 – Zrobiłem, co mogłem. Ludzie tacy jak Sycerus i tak cię znajdą. Prośba z ich ust to rozkaz – nie odmawiasz.

Axie odwróciła głowę w stronę przeciwną do posągu swojej bogini. Jakby nie chciała, aby oczy i uszy bogini to usłyszały.

 – Sycerus… ta parszywa gnida. Wciąż pewnie gnije w tej swojej baszcie. – Na jej twarzy dostrzegł złość. – Znowu coś knuje – w końcu to jego natura. Przekaż mu moją odpowiedź. – Znowu patrzyła mu w oczy – Niech się odchędoży wredny sukinsyn od mojego klasztoru i nie waży się mnie wciągać w swój teatr marionetek! Nie jestem i nie będę jego kukiełką – wróciła twarz do posągu – bogini, wybacz mi gniew!

 – Jak rozumiem, Sycerusowi mam przekazać: nie.

 – Bardzo dobrze rozumiesz!

 – Więc może jednak widmo niebezpiecznej i wijącej się ścieżki temu wędrowcowi nie grozi?

 – Obawiam się, że nie. Już sama znajomość z tą kanalią może sprowadzić ci na głowę wiele niebezpieczeństw. Będę się modlić, by bogini Ate nad tobą czuwała.

Co do jednego Sycerus miał rację: Axie faktycznie nie trawiła go tak samo jak króla Oryka. Krill już dawno nie słyszał, by tak często klęła, o kimś się wypowiadając. Zmierzali powolnym krokiem do wyjścia z kaplicy. Trzymał matkę przełożoną pod rękę. Była w wyśmienitej formie, nie potrzebowała jego pomocy, a jednak wciąż nie chciała go puścić.

 – W takim razie zostaje mi liczyć na łaskę bogów. A jeśli tej zabraknie… mam miecz. – Wskazał miejsce przy pasku, gdzie tkwiła rękojeść.

 – Kto mieczem wojuje, od miecza ginie – przypomniała mu Axie. – I lepiej jest zawsze polegać na sile argumentów niż na argumentach siły. – Chłodny ton wypowiedzi wskazywał, że zdążyła już ostudzić złość. Zawsze dziwiło go, jak szybko potrafiła dojść do porządku nad własnymi emocjami, przynajmniej tak to wyglądało z jego perspektywy.

 – Zgadza się, Matko. Tylko że czasem do niektórych przemawiają jedynie stal przy gardle. Dziękuję za odpowiedź. Zaniosę wieść, że Rodryg nie pozostanie za murami i Sycerus sam będzie musiał się nim zaopiekować.

Pod stopami poczuł próg. Chciał ją przepuścić, ale nie skorzystała. Zatrzymała się, spuściła głowę i znowu się do niego odwróciła. W tym momencie na jej ramieniu usiadł Hubertus. Zakrakał głośno i kilkukrotnie dziobem wskazywał na Krilla. Axie uspokoiła go gestem dłoni. Krill nie zareagował, obserwował. Miał wręcz wrażenie, jakby ptak mówił do Axie: „No mów, no dalej! Mów!”. Poczuł jej dłoń na ramieniu, a do jego uszu dotarło westchnienie:

 – Poczekaj, Krill… O bogini, miej nas w opiece. Przekaż Sycerusowi dokładnie to, co powiedziałam – słowo w słowo. A królewiczowi Rodrygowi powiedz, że wzywam go do klasztoru.. Chcę go osobiście poinstruować co do ceremoniału pogrzebowego jego ojca. Chciałabym, jeśli będziesz mógł, abyś również go tu przyprowadził. Tylko przyjaciel klasztoru może wprowadzić innego mężczyznę w mury naszego sanktuarium i oczywiście ja też, ale nie mam teraz ani chwili wytchnienia.

Krill mógł się tylko uśmiechnąć. Popatrzył na nią wymownie. A jednak…

 – Tak jest, Matko Przełożona! Zaszczytem jest dla mnie spełnić waszą prośbę. – Ukłonił się głęboko, tak jak to robią na dworskich przyjęciach, których miał okazję kilka razy strzec. Axie zrobiła krok w tył i ręką wskazała mu przestrzeń na zewnątrz.

 – Idź już, głupcze, i daruj sobie ten wymuszony patos. Mam wiele pracy i tak mało czasu. Święto wiosennego oczyszczenia wymaga długich przygotowań. – Axie odprowadziła go spojrzeniem, a w jej oczach, mimo zmęczenia, błysnęło coś, co przypominało nadzieję. Powróciła do swoich modlitw. On, opuszczając kaplicę, spoglądał na pracę nowicjuszek w ogrodzie pod czujnym okiem kapłanki Dagmary.

Opadłe gałęzie i martwe już krzewy musiały zostać usunięte, a na ich miejsce posadzono nowe, młode, których widok dawał nadzieję na to, że po zimowej zawierusze nadchodzi czas odrodzenia i że wszystko zaczyna się od początku. Cykl życia, cykl bogini Ate. Młode krzewy przypominają przecież stare, a jednak zawsze będą inne. Mienią się innymi odcieniami barw, choć rosną na tej samej glebie. A nowicjuszki dbały o to, aby każde następne rośliny miały swą szansę. Wiosenne prace nasunęły Krillowi pewną myśl: Coś się kończy, coś zaczyna – stara prawda. Nie pamiętał, kto ją powiedział, ale miał rację.

***

Do kancelarii zamkowej przybył następnego dnia wieczorem. To był jego ostatni dzień służby – najemnej, kancelaryjnej katorgi spisywania deklaracji, raportów i stanów ekwipunku. Wszystkiego tego, co zdobył, co dostał i co zdążył przepić pod sztandarem króla Oryka II. Od jutra miał być wolnym strzelcem.

Athepolis nużyło go coraz bardziej. Im dłużej tu zostawał, tym większe ryzyko, że da się wciągnąć w cudze gierki. Zlecenie od mistrza szpiegów było ostatnim, jakiego się podjął w tym mieście. Następnym przystankiem miał być Vidan – bogate miasto na południowym zachodzie królestwa, leżące na styku szlaków handlowych, gdzie złoto pachniało kupcami, a nie zdradą.

Wejścia do północnej baszty strzegło zwykle czterech zbrojnych, lecz tego wieczoru stali tam ludzie z przybocznej gwardii królewskiej. W ich zbrojach odbijało się blade światło pochodni, a z muru wiał chłód. Wartownicy rozmawiali półgłosem. Jeden z nich wydał się Krillowi znajomy, ale ciemność nie pozwalała go rozpoznać. Na dworze nie mówiło się o tym oficjalnie, ale było wiadomo, że najemnicy i gwardia królewska nie przepadały zbytnio za sobą. Obie formacje konkurowały o fundusze, uzbrojenie, przestrzeń. Zasada ograniczonego zaufania wobec wszystkich – jedna z naczelnych zasad rodziny Harasmów – spowodowała, że najemnicy mieli się wyjątkowo dobrze. Król ufał bardziej tym, których można było kupić za złoto, niż własnym, rodzimym, regularnym oddziałom. To natomiast napędzało błędne koło, gdyż gwardia królewska miała reprezentować oddanie najlepszych szlachetnych synów wobec korony. Tymczasem szlachciców traktowano jak obcych kondotierów. Dla wielu było to obrazą nie do wybaczenia.

Wieści dla Sycerusa miał przekazać dopiero nad ranem. Teraz chciał odpocząć i zakończyć zlecenie. Nie wiedział, czy matka przełożona przyjmie królewicza, czy też odprawi go z niczym. Być może, gdy chłopak znajdzie się już za murami klasztoru, sam zdoła przekonać do siebie matkę przełożoną. – Więcej i tak nie mogłem wynegocjować – pomyślał.

Przed wejściem do budynku kwater dostrzegł znajomą sylwetkę. Dioram, dowódca najemników, oparł się plecami o chłodny kamień i skinął na Varada, by podszedł bliżej.

 – Stary jeszcze nie wyzionął ducha, a młody już się uczy, jak rządzić trupami – rzucił, nie odwracając wzroku od baszty.

 – Boisz się, że młody każe wam się wynosić z pałacu? – spytał Krill.

 – Boję się? – Dioram uśmiechnął się krzywo. – Umarł król, niech żyje król. Nam, kondotierom, wszystko jedno. Zawsze będziemy potrzebni – byleby tylko ten młody miał hojną rękę i twardy łeb.

Krill parsknął cicho.

 – Czyli po staremu.

 – Po staremu – przytaknął Dioram. – A skoro już mowa o tym, co stare, pan Sycerus ma dla ciebie jeszcze jedną wiadomość. Masz się u niego stawić o świcie. Przyjąłby cię wcześniej, ale jak widzisz, ma pełne ręce roboty.

 – Oczywiście – odparł Krill. – W końcu królów się nie żegna codziennie.

 – Dobrze się z tobą pracowało, Varadzie – powiedział Dioram, wyciągając zza pasa mały, ciężkawy mieszek. – Powodzenia na szlaku i tłustych kontraktów.

Krill skinął głową. Mieszek był ciężki. Czuć w nim było koniec służby – i początek czegoś nieznanego.

Dioram odszedł w stronę murów, a Krill został sam. Jeszcze chwilę obserwował basztę, z której dobiegały głosy straży i skrzypienie belek. – Dobrze, że stąd wyjeżdżam – pomyślał i ruszył w stronę swojej kwatery.

***

Rankiem wejścia do baszty strzegła już regularna straż. Tym razem to nie łysy urzędnik w okularach eskortował Krilla, tylko strażnik z kluczami i metalową pałką, który podczas poprzedniego spotkania z Sycerusem przyniósł również dzban wina. Wizyta nie miała aż tak kurtuazyjnego charakteru. Sycerus czekał, oparty o oparcie krzesła, z dłonią pod brodą. W ciszy słychać było tylko stuk jego palców o drewno. Wyglądał niczym król pałacowych cieni, wśród których rozgrywają się wielkie sprawy, o których maluczcy nie chcą i nie będą nigdy wiedzieć. Wskazał oczami krzesło naprzeciwko, aby najemnik z Varadu zajął miejsce.

Sycerus przechylił się do przodu, teraz jedną i drugą dłonią zaciśniętą w pięść podparł brodę i spojrzał na Krilla. Było to wyjątkowo lodowate spojrzenie; Varada przeszył dreszcz. Wino stało na stole, ale kubek był tylko jeden.

 – A teraz jakie wieści mi przynosisz? – zaczął Sycerus bezceremonialnie, nie nalał nawet wina.

 – Mam dla ciebie dwie wiadomości, dobrą i jeszcze lepszą. Pierwsza dotyczy Rodryga, druga Matki Axie.

 – Udało ci się wprowadzić królewicza do klasztoru?

 – Tak i nie… Matka chce go poinstruować osobiście co do ceremonii pogrzebowej, potem zobaczymy…

 – A druga wiadomość?

Jak to brzmiało? Pierwsza zasada Mistrza Szpiegów? Najpierw pytać, potem działać.

 – Axie kazała przekazać pozdrowienia: „Odchędoż się, wredny sukinsynu, od klasztoru i nie waż się mnie wciągać w swój teatr marionetek. Nie jestem i nie będę twoją kukiełką”. – Przekazanie odpowiedzi od razu poprawiło Krillowi humor. Gospodarzowi tego zakątka pałacu nastrój zdecydowanie się pogorszył. Chyba zrozumiał wiadomość.

Sycerus potarł dłonie, jakby chciał zetrzeć z nich złość. Odwrócił głowę; haczykowaty nos kierował się w stronę gobelinu przedstawiającego Króla Oryka II.

 – Co za wredna, uparta baba. Czy ona może chociaż na chwilę odłożyć stare animozje i zacząć myśleć perspektywicznie!? Kobiety… kto zrozumie ich upór? To tylko rok, na Trójcę Bogów! Sądziłem, że jednak bardziej jej zależy na królewiczu. – Sycerus mówił spokojnie, chłodno jakby do siebie. – Chaos i zamęt – gwarantowany.

 – Zależy jej. Tylko nie chce tego pokazać. To, że Rodryg znajdzie się za murami choćby na kilka dni, już może pan nazwać sukcesem, Mistrzu. Dobrze pan wie, że nie jest łatwo przekonać Matkę do cudzych racji, a zwłaszcza do takich.

 – Zastanawiam się tylko, jak ci się to udało. Nie dawałem ci wielkich szans na powodzenie.

Krill krótko zrelacjonował przebieg rozmowy z kapłanką.

 – No proszę, jestem pod wrażeniem, nie dość, że najemnik i moczymorda, to nawet, pożal się Trójcy Bogów, dyplomata. Czego się w sumie mogłem spodziewać? Nawet ja czasem chcę uwierzyć w cuda, ale one się nie zdarzają na zawołanie. Jeżeli następnym razem wspomnisz o mnie bez mojego przyzwolenia, zabiję cię – oznajmił. – Potrafisz stwarzać bardzo mylące pozory co do własnej osoby. Chyba marnujesz swoje talenty. Trzeba na ciebie uważać. Może jednak powinieneś zmienić zawód? Mnie zawsze przyda się sprawny mówca z mocną głową. Przymknę oko na kilka wad charakteru…

 – Jeśli to propozycja pracy, to dziękuję, ale nie skorzystam. Ktoś taki jak ja chce się trzymać jak najdalej od ludzi takich jak pan, Mistrzu. Bez urazy.

 – Twoja wola. Ja nigdy nie składam dwa razy takiej samej propozycji. Niemniej wykonałeś swoje zadanie. Częściowo, ale zawsze. Teraz ja wywiążę się ze swojej części. – Pstryknął palcami i w drzwiach zza hebanowego tronu wyłonił się nie kto inny jak mały człowiek z okularami na nosie. Tym razem, oprócz pliku papierów, miał przy sobie szkatułkę niewielkich rozmiarów. Zostawił ją na blacie i wyszedł.

 – Pięćset koron. – Sycerus wziął worek monet ze skrzyneczki i rzucił Varadowi. Echo metalu brzęczącego na drewnianym stole przez chwilę doleczyło do dźwięku pochodni, wypełniając pustkę.

 – Umawialiśmy się na trzy tysiące koron, panie Sycerusie! – iskra pojawiła w oczach najemnika.

 – Trzy tysiące płaciłem za gwarancję, że królewicz znajdzie się za murami klasztoru aż do sukcesji. Takiej gwarancji nie otrzymałem. Pamiętam, z kim i na co się umawiam. Jeżeli otrzymam zapewnienie Matki Axie, wtedy dostaniesz resztę pieniędzy. To chyba uczciwe, nie uważasz? Może przeliczysz?

Najemnik zabrał ze stołu swoją wypłatę. Podrzucił mieszek – waga się zgadzała. Zastanawiał się, jak wyrazić to, co właśnie czuł: ulgę, strach i obawę naraz. Wiedział, że to jeszcze nie koniec.

 – Jest pan profesjonalistą, więc wie pan, co oznacza, jeżeli się kogoś oszuka. Może pan tego nie wie, ale i ja potrafię być przekonujący, by odebrać to, co się mi należy. Wystarczy zajrzeć do raportów.

 – Tu nasze drogi się rozchodzą, najemniku. Do czasu.

 – Na długi czas… bardzo długi czas.

 – Nie zapominaj, Krill: Athepolis, jeżeli tego chcesz, staje się bardzo małe.

 – Dla mnie jest dość duże, aby znaleźć w nim swoje ciche miejsce. Bez obaw o to, że ktoś naruszy mój spokój.

 – To tylko pozory, chłopcze, to tylko pozory. – W tej samej chwili na skrawku pergaminu napisał kilka słów, następne zebrał zwoje i złożył na nich swoją pieczęć. – Ale skoro one ci wystarczą, twoja wola. – Mistrz wstał, podszedł do wiszącego dywanu. – Jeszcze jedno. Jesteś przyjacielem klasztoru, tylko ty możesz wprowadzić Rodryga. Królewicz zapewne będzie chciał, aby towarzyszyła mu gwardia. Oto papiery dla strażników bram i rozkazy dla opornych. – Wręczył mu pergamin, na którym dokonał przed chwilą poprawek: „Chcę, abyś dopilnował, by pośród nich znalazł się człowiek imieniem Tarus z rodu Londa. To mój najbardziej zaufany, lojalista. Spal tę wiadomość”. – I nie spuszczaj z królewicza oczu. Rozumiesz?!

 – Mam się spodziewać zamachu?

 – Spodziewaj się wszystkiego. I bądź przygotowany na wszystko. Sępy już krążą, a żmije zbierają jad. Szepty, gwary, cienie w zaułkach. Nie ufaj nikomu. Z całą pewnością rynek usług zabójców i siepaczy w najbliższym czasie straci kilku cennych specjalistów, ale taka już specyfika branży. W gwardii służą synowie rodów. Służba powinna strzec honoru ich domów, ale służy głównie do realizacji ich ambicji. Po wszystkim zniknij. To miasto ma dobrą pamięć i krótką cierpliwość. Łatwo cię rozpoznać, Varadzie. I tym łatwiej jest cię zlokalizować. W pałacu nic ci nie grozi. Na ulicy mogę nie zdążyć z pomocą.

 – Dzięki za radę i ostrzeżenie, nie omieszkam z nich skorzystać.

Krill wciąż siedział, bawiąc się woreczkiem z koronami. Mistrz szpiegów nalał sobie wina i opróżnił kubek jednym haustem.

 – Dokąd wyruszysz?

 – Jeszcze nie zdecydowałem, może zachód, a może północ lub południe…

 – A może wschód? Do domu? – wtrącił Sycerus

 – Teraz to nie ma większego znaczenia, przecież i tak się pan dowie, jeśli będzie tego chciał. W rodzinne strony nie jest mi aż tak spieszno. Nie byłem w innych królestwach. Chyba najwyższy czas je odwiedzić.

 – Rozumiem, twoja wola. Żegnam!

Wstając, Varad przekazał ostatnią wiadomość, tym razem od siebie.

 – Żegnam, ale i ja mam dla was radę, Mistrzu.

 – A to ciekawe, zamieniam się w słuch. – Spojrzeli jeden na drugiego.

 – Pilnuj klasztoru. Los tego chłystka niewiele mnie obchodzi. Ale jeżeli się dowiem, że którejkolwiek kapłance lub nowicjuszce z klasztoru coś się stało, nawet „przypadkiem” – ostatnie słowo wyraźnie podkreślił – spotkamy się w mniej przyjemnych okolicznościach. Sam to przyznałeś, Mistrzu. Dla chcącego Athepolis staje się bardzo małe. – Wskazał rękojeść miecza zawieszonego u pasa.

 – Doprawdy? – Krill usłyszał lekkie skrzypienie drzwi. Do pokoju wszedł strażnik, palce wielkich dłoni zaciskał na trzonku pałki. Mistrz Szpiegów wstrzymał jego interwencję kiwnięciem głowy. Olbrzym wrócił na swoje stanowisko.

 – Jak widzisz, jestem przygotowany na taką ewentualność. Nie zapomnę tych słów. Zabierz Rodryga i odejdź!

 – Sam znajdę drogę.

Olbrzym za drzwiami obserwował go, kiedy wychodził, wciąż ściskając trzonek pałki. Ostatnia wymiana zdań skończyła się tylko na iskrach. Następnym razem może się to skończyć nie tylko na wymianie spojrzeń, ale również na wymianie ciosów. Jego ostrzeżenie może nie wywarło wielkiego wrażenia na kimś takim jak Sycerus, jednak pokazał, że Mittyllyd za wcześnie go ocenił. Krill zaangażował się dużo bardziej, niż myślał. Axie umie wpływać na ludzi.

„Kto wie? Może pod jej wpływem młody królewicz zmieni się na lepsze? Nie… niemożliwe!”, rozważał.

Krill sądził, że nawet jej dobroczynny wpływ może się okazać za słaby w konfrontacji z pokusą władzy. Młody następca tronu był rozpieszczony, nadęty i uważał, że wszystko mu wolno. Istotnie, pierwsze lekcje etykiety już odebrał.

Varad dzisiaj się dowiedział, jak pozory mogą zmylić człowieka. Axie, dotychczas uparta i niezłomna w swych postanowieniach, dała się namówić – częściowo – na ryzykowny plan, łamiąc zasadę neutralności, oddzielenia religii od polityki. Mistrz Szpiegów okazał się oddanym sługą swego królestwa, chcącym uniknąć wojny domowej, bo po cóż innego by się tak angażował. Tacy jak on nawet przy zmianie władzy zachowują pozycje i wpływy. A Krill okazał się najemnikiem, który stanął po czyjejś stronie z powodu własnych przekonań, a nie ciężaru sakiewki. Do czego ten świat zmierza?

***

Powietrze na zewnątrz wydawało się wyjątkowo lekkie w porównaniu do gęstniejącej atmosfery baszty. Nie przeszkadzała nawet mieszanka zapachów potu, soli, kiszonej kapusty i metalu. Słońce raziło Krilla w oczy; czuł, jak tętno mu rośnie. Zwoje papierów, wciąż ciepłe od pieczęci, same znalazły się w jego dłoni. Wiadomość przeczytał raz jeszcze. Podszedł do kuchni. Popołudniowa zmiana na placu szykowała się na nocną wachtę. To dobra pora, by coś zjeść przed treningiem, naostrzyć broń w kuźni. Po raz ostatni spróbował koszarowej specjalności – gęstej mieszaniny grochu, kapusty, ziemniaków i słoniny, sklejonej nierozdrobnioną mąką. Zapychało żołądek i wypełniało błyskawicznie doły latryn. A w razie oblężenia mogło służyć za broń szczególnego zastosowania. Kiedy odebrał swoją miskę, przechodząc obok ogniska, na którym podgrzewała się zawartość kotła, wrzucił w ogień notatkę Sycerusa.

Teraz musiał już tylko zanieść wezwanie od najwyższej kapłanki do następcy tronu i przyprowadzić go przed jej oblicze. Opuścił domenę najemników i udał się do części pałacowej, by odnaleźć tego, którego wskazał Sycerus. Nie zastał go na wewnętrznym dziedzińcu wśród gwardzistów. Pałacowy goniec wskazał mu właściwy kierunek. Ruszył do komnaty Tarusa znajdującej się we wschodnim skrzydle. Zapukał; grube dębowe okute żelazem drzwi otworzył sługa. Kiedy zatrzasnęły się z charakterystycznym dla siebie skrzypieniem, Varad omiótł wzrokiem wnętrze. Spodziewał się większych luksusów, w końcu gwardia królewska to jednostka składająca się ze szlachetnie urodzonych. Najwyraźniej dzielili się na równych i równiejszych. W komnacie nie było żadnych obrazów, gobelinów ani nawet proporca z herbem domu Londa. Jakby sam Tarus chciał się odciąć od heraldyki i luksusu, które wielu z jego rodzaju uważało za oczywistość. Znalazł się w niej natomiast misa z wodą na taborecie, wąskie łoże z przepoconą pościelą i spakowany kufer. W kominku nie ułożono nawet drewna. Jedyne okno nie dawało wiele światła. Na równie skromnym sekretarzyku leżała niedokończona korespondencja i księga nauk Trójcy Bogów – grube, jedno z pierwszych wydań. I jeszcze kolejne przepastne tomisko; Krill odczytał runy mittyllydzkie na grzbiecie tomu: "Oryk I Wielki, dzieje wybrane "– klasyka wśród kronik, którą cytowano nawet w karczmach. Giermek pomagał właśnie założyć zbroję swojemu panu. Rycerz trzymał w ręku miecz i pilnie obserwował gościa w drzwiach.

Nie było czasu na dworską kurtuazję. Najemnik przeszedł od razu do rzeczy.

 – Tarus z domu Londa?

 – A kto pyta, kto posyła? Nie uczono cię ogłady… Varadzie? – uniósł się sługa otwierający drzwi.

 – Jestem Krill. Przysyła mnie pan Sycerus, to dla ciebie, Tarusie. – Varad wręczył słudze pergamin z pieczęcią. Ten przekazał swemu panu widomość. Giermek kończył właśnie sznurowanie i zapinanie zbroi na plecach. Tarus przeczytał treść, sprawdził, czy zbroja dobrze leży, i gestem odprawił służących.

 – Mistrz szpiegów pisze, że mogę ci zaufać. Znasz plan?

 – Miałem się udać do ciebie.

Rycerz podszedł do niewielkiego otworu okiennego. Rozglądał się uważnie.

 – Rozumiem, udaj się do Rodryga. Musimy działać szybko. Poślę do stajennych, aby przygotowali dwa powozy, do każdego osobiście odprowadzę dwóch kucharczyków, skrytych pod kapturami, ale ubranych w książęce stroje, i przydzielę gwardzistów do ochrony. Jeden pojedzie do bramy zachodniej, drugi południowej. Zanim pałacowi donosiciele się zorientują, zyskamy cenny czas. Przyprowadź Rodryga na centralny dziedziniec, będę tam czekał. Plan miał w sobie wojskową logikę – proste środki, maksymalne zmylenie tropu.

Wejścia do komnaty następcy tronu pilnowało sześciu gwardzistów.

Gwardziści i najemnicy nienawidzili się od zawsze – Krill wiedział, że i dziś nie obejdzie się bez kłopotów, zwłaszcza że dowódca warty miał z nim kilka nierozwiązanych spraw. Kiedy tylko Varad zbliżył się na odległość pięciu kroków halabardy, dwóch gwardzistów zatarasowało wejście do komnaty księcia. Trzech położyło dłonie na rękojeściach krótkich mieczy. Dowódca warty stanął na wprost kondotiera.

 – A ty gdzie? Najemny psie!

 – Do środka, nadęty bucu! Mam ważną wiadomość dla królewicza.

 – Ja mam wyraźny rozkaz nikogo nie wpuszczać! A ciebie, Krill, nie wpuściłbym, nawet gdyby stał za tobą sam król.

 – W rzyci mam twoje rozkazy, Borta! Głowa mnie boli i nie mam ochoty na grę wstępną. Wejdę tam, nawet jeśli oznacza to obicie twojego pyska. Masz mnie natychmiast wpuścić.

 – Kto tak powiedział?

Varad z trudem powstrzymywał się przed wyszczerzeniem zębów w gniewie, ale musiał zapanować nad drżeniem całego ciała. Zalała go fala gorąca – wiedział, że nie ma odwrotu. Sięgnął po glejty od Sycerusa, czując, jak napięcie ścina mu kark. Dowódca gwardzistów spoglądał na niego pogardliwie. Krill nie dał się sprowokować.

 – Najwyższa kapłanka zakonu ateanek, a gdybyś miał wątpliwości, to Mistrz Sycerus je wszystkie rozwieje. Teraz mnie przepuść!

Borta zmrużył oczy, ale gdy Krill wręczył mu pergamin od Mistrza Szpiegów, dał znak, by go przepuścili.

 – Jeżeli to łgarstwo, pożałujesz. Broń zostaje tutaj. – Wskazał ręką na miecz, który Krill miał u pasa.

W obecnej napiętej sytuacji przebywanie wewnątrz pałacowych murów bez oręża było ryzykowne. Varad musiał jednak zdać swoją broń. Halabardy odblokowały drogę. Wszedł do środka.

Młody Rodryg zaczynał lekcję szermierki, gdyż Krill zastał go machającego niezdarnie mieczem i wykrzykującego zapewne zawołania bitewne. Brzmiały raczej jak pojękiwania kota podczas rui niż dodające otuchy i odwagi słowa generałów minionych bitew. Jego przeciwnikiem był strażnik wykonany z drewna. Sądząc po nielicznych wyżłobieniach na jego powierzchni, bronił się dzielnie – strażnik, nie przyszły król. Ciekawe, czyj to był pomysł – pewnie chodziło tylko o to, by czymś zająć chłopaka. Król, kochany czy znienawidzony, dla królewicza pozostawał nadal umierającym rodzicem. A każdy radzi sobie z odchodzeniem bliskich na swój sposób. Obok manekina stał stelaż z drewnianymi mieczami i korbaczami, ciężkimi, tępymi, by uczeń nie zrobił sobie krzywdy. Siniak to lekcja – w prawdziwym starciu oznacza śmierć. Chłopak wylewał z siebie siódme poty. Miał na sobie tylko luźno wiszącą i przepoconą lnianą koszulę, spodnie oraz skórzane buty.

W pomieszczeniu unosił się zapach bzu. Królewicz, sądząc po nagiej dziewce w alkowie, nie spędził nocy sam. Pościel zakrywała tylko część jej pleców. Ignorując jego pokrzykiwania, spała spokojnie, nieświadoma królewskiej histerii. Za młody, by rządzić – ale już nie chłopiec.

 – Bądź pozdrowiony, wasza książęca mość! – zawołał Krill i ukłonił się nisko.

 – O! Varadzki najemnik! Przyszedłeś ze mną trenować? – Rodryg dyszał.

 – Niestety nie, wasza książęca mość. Przyszedłem jako posłaniec, aby przekazać wam zaproszenie.

 – Zaproszenie? Nareszcie, teraz nikt nigdzie nie chce mnie zapraszać. Co to za bal?

 – To nie bal. Matka Axie, przełożona zakonu ateanek, chce z wami osobiście porozmawiać. Chodzi o ceremoniał pogrzebowy. Jest ona bardzo zajęta, dlatego prosi uprzejmie o wasze niezwłoczne stawienie się u niej.

 – Ta starucha? Niech skończy modły i sama do mnie przyjdzie. Co ja jestem, pierwszy lepszy szlachciura? Jestem następcą tronu. Nie ruszam się nigdzie, jeśli to nie będzie bal.

 – Pogrzeb króla to wszakże też uroczystość, choć smutna. Niezbędna jest tam wasza obecność. Wiem, że żal i smutek zaprzątają myśli waszej książęcej mości. I rozumiem chęć uciszenia owych trosk w ramionach wybranki. – Wskazał głową na śpiącą dziewkę. – Niemniej Matka Axie nalega. Żebym cię jeszcze ogłady musiał uczyć – pomyślał z goryczą.

Następca tronu podszedł do misy z wodą. Opłukał głowę i przemył twarz, po czym wytarł ją szmatką wiszącą na taboreciku. Popatrzył na dziewczynę leżącą w jego łożu. Następnie podszedł do stelaża i rzucił najemnikowi drewnianą imitację krótkiego miecza.

 – Mam się udać do Axie? Walcz ze mną, Varadzki barbarzyńco! Jeśli wygrasz, idę z tobą.

Ty bezczelny gnojku. Ktoś dawno powinien cię porządnie sprać po rzyci, żebyś nauczył się szacunku do ludzi – przeszło Krillowi przez myśl.

Rodryg rzucił się na Krilla, machając mieczem jak cepem – w górę, w dół, w lewo, w prawo. Krill, chcąc nie chcąc, musiał przez chwilę odpierać uporczywe ataki, po czym znudzony, odbił cios i ostrze wypadło Rodrygowi z rąk.

Odgłosy walki przywołały strażników zza drzwi; pierwszy był Borta. Postąpił kilka kroków w stronę niedoszłego napastnika, z mieczem gotowym do pchnięcia. Krill ustawił się frontem do strażników, broni nie schował.

 – Stać! Chciałem trochę potrenować z żywym przeciwnikiem. Możecie odejść! – rozkazał strażnikom następca tronu.

Wycofali się za drzwi. Borta został w środku. Krill go zignorował i zwrócił się do Rodryga.

 – Wybacz, wasza książęca mość, ale czas nas nagli. Raczyłbyś więc, panie, co szybciej przywdziać szaty do podróży. Wielkim nietaktem mogłaby się okazać odmowa Matce Przełożonej, mój panie. – Jak on nie znosił dworskiej mowy. I tych ukłonów, przydechów i całej tej kurtuazji.

 – Pan Sycerus wspominał coś wczoraj na twój temat i o mojej podróży też, ale myślałem, że chce mnie tylko postraszyć karą, żebym nie rozrabiał.

Kara to będzie eufemizm w porównaniu z przeprawą, jaką będzie miała Matka Axie z tym młodzikiem – pomyślał Krill.

 – To bardzo pilne spotkanie, wasza książęca mość. Im szybciej tam się wybierzemy, tym lepiej.

Rodryg podszedł do drewnianej kukły, wykonał półobrót i uderzył. Ostrze uderzyło płasko i znowu wypadło mu z rąk; strażnik z drewna ocalał po raz kolejny.

 – No dobrze. I tak już nie chce mi się trenować. No co tak stoisz jak to ciele, Borta? Podaj mi szaty, wyruszam natychmiast! – Na wielkim łożu leżała przygotowana królewska szata w kolorze czerwieni, haftowana srebrem na torsie, z herbem Harasmów – złoty sierp i młot na tle hełmu z pióropuszem. Nad nimi korona z trzema rozetami. Krill spostrzegł minę gwardzisty. Nie lubił go, choć rozumiał. Borta nie był już giermkiem, ale w obliczu króla musiał schować dumę głęboko w sobie – jakby w rzyć wsadził honor.

Dziewczyna na łóżku nadal spała snem niewinnego dziewczęcia.

***

Kiedy następca tronu, gwardzista i najemnik wychodzili z komnaty, strażnicy popatrzyli pytająco na swojego dowódcę. Ten kiwnął głową i zatrzymał Krilla.

 – Zabierasz królewicza, więc my jedziemy z tobą.

 – Jadę sam.

 – Varadzie, to ja decyduję, z kim i gdzie mam jechać. Ja i moja straż jedziemy ze mną – wtrącił nieoczekiwanie Rodryg.

 – Skoro tak chcecie, wasza królewska mość. Wszystko mi jedno.

Udali się do stajen, potem na plac centralny. Po drodze minęli plac treningowy. Dioram krzyczał, klął i pouczał swoich kamratów. Nie zwrócił na nich uwagi.

Było przed południem – zapowiadał się słoneczny, wczesnowiosenny dzień. Tarus czekał z końmi gotowymi do drogi. Ku niezadowoleniu Krilla jechali samym środkiem miasta. Borta prowadził orszak z trzema strażnikami, Krill zamykał kolumnę z Tarusem. Nie był to raczej pomysł księcia, ale królewiczowi podobało się.

 – Napuszył się jak paw. Zadarł nosa tak wysoko, że tylko jego własna próżność może sięgać wyżej – skomentował krótko Krill.

 – Tacy już są wszyscy możni i ich synowie – odparł jadący obok niego strażnik. – Ale to nasz przyszły władca. Tron mu się należy z prawa krwi i tradycji.

 – Nie ma wam, Mittyllydom, czego zazdrościć. Gdyby to miał być mój król, dawno wyruszyłbym jak najdalej od Athepolis. Albo raz porządnie zlał go po tyłku za takie zachowanie.

 – Powiedz coś na ten temat Borcie. Królewicz traktuje go jak żywą zabawkę i nie daje mu spokoju. – Mężczyzna przechylił się do Varada i wyszeptał: – Wbrew pozorom najciemniej jest pod latarnią i najbezpieczniej w miejscu publicznym. Cała trasa i każdy dom jest obserwowany przez agentów, jakich Sycerus ma w mieście. Tu jesteśmy najbezpieczniejsi. Trasa zachodnia i południowa również.

 – Tylko dalej zostajemy sami. Jesteś gotów?

 – Na wszystko.

 – Zachowaj czujność, a zachowamy życie.

Dowódca gwardzistów, Borta, zauważył ich rozmowę i natychmiast się wtrącił:

 – Hej, Tarus! Nie marnuj czasu na gadanie z tym najemnym ścierwem! – zawołał do swego podwładnego.

Królewicz Rodryg, zanurzony we własnym świecie, nie dostrzegał, jak jego poddani podbiegali i błagali o jałmużnę. Straż przednia kopniakami odganiała tłum. Krill, jadąc z tyłu, słyszał najszczersze wyrazy szacunku ludu dla swojego władcy.

 – Parszywiec!

 – Syn kurewski, nie królewski!

 – Żebyś zaraził się trądem!

Padały jeszcze inne epitety i życzenia, ale Varad nie był w stanie ich wszystkich zrozumieć, choć myślał, że zna już większość mittyllydzkich przekleństw.

Straż przednia rozpędzała tłum. Krill wpatrywał się w otoczenie. W tłumie ktoś w długim płaszczu po coś sięgał. Mężczyzna miał już chwycić królewicza za płaszcz, gdy nagle chmara dzieci obległa zakapturzoną postać. Nie mogąc nic zrobić, napastnik musiał się wycofać.

Tłum gęstniał. Tempo przejazdu zwolniło. Musieli się zatrzymać.

Krill poprawił uchwyt na wodzach. Powietrze zgęstniało, jakby samo czekało na krzyk.

Jakiś starzec ciągnący wózek zatarasował przejście. Gwardziści krzyczeli, ale nie reagował. Kondotier wyostrzył zmysły. Byli na środku zamkniętej przestrzeni. W każdym oknie, wśród worków i beczek, mógł czaić się skrytobójca. Ilu ludzi może mieć tu Sycerus?

W zakątku mijanej ulicy Varad mógł przysiąc, że widzi dwa cienie. Dwie przekupki zaczęły przymilać się do królewicza, prosząc, by kupił owoce. Dwaj strażnicy nie bawili się w uprzejmości – odepchnęli je brutalnie. A kiedy kondotier znowu skierował wzrok w uliczkę, zobaczył postać kiwającą porozumiewawczo głową. Odetchnął z ulgą. To ochrona Sycerusa. Naprawdę obstawił całe miasto.

 – Czuwa nad nami, nie bój się – powiedział szeptem Tarus, korzystając z chwili, gdy Borta zatrzymywał napierający tłum poddanych.

 – Co? Kto? – zapytał zaskoczony Varad.

 – Czujne oczy Trójcy Bogów… Wiesz kto. Widzę, że ty i Borta macie ze sobą mocno na pieńku, co? – wypytywał Tarus.

 – Mamy pewien stary zatarg. Pokazałem mu, który z nas jest lepszym wojakiem. Od tamtej pory nie może się pogodzić z porażką. Niedawno też ograłem go w kości, a jak się okazało, chędożyłem też karczemną dziewkę, którą uważał za swoją.

Nerwy dowódcy gwardzistów były napięte do granic wytrzymałości.

 – Tarus, rozkazałem ci z nim nie rozmawiać! Jedź na przedzie! Teraz twoja kolej na zabawę z pospólstwem. A ty, Krill, zamilcz, albo przed dotarciem do klasztoru spotka cię bardzo niemiła niespodzianka! – To mówiąc, rozkwasił butem nos jakiegoś biedaka.

Robiło się coraz gorzej. W powietrzu koło głowy mignął pocisk ze zgniłej kapusty. Krill poczuł, jak niecierpliwy koń rwie się do przodu wbrew jego woli, więc chwycił mocniej wodze. Odwrócił głowę do Borty.

 – A co? Boisz się, że powiem twemu podwładnemu, jak skopałem ci rzyć?

 – Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że nie ujrzysz bramy wjazdowej – wycedził przez zaciśnięte zęby Borta.

Krill milczał. Chciał tylko jak najszybciej dotrzeć do celu.

***

Opuścili miasto krótko po południu. Przed nimi parę godzin jazdy. Było cicho i spokojnie. Krill wciąż jechał na końcu, obok niego gwardzista, ale ten już zupełnie się nie odzywał. Borta po lewej od królewicza, a po prawej drugi gwardzista. Tarus z trzecim jechali z przodu. Rodryg, o dziwo, nic nie mówił, nikogo nie zaczepiał. Widocznie, kiedy nie ma tłumów poddanych albo klakierów wokół siebie, nie ma potrzeby chwalenia się. A może to wolne tempo podróży go uśpiło, bo tylko znudzonym wzrokiem śledził mijane drzewa.

Krill też je obserwował, wypatrując niebezpieczeństwa. Eskortowali następcę tronu środkiem miasta. Wielu zauważyło, w jakiej eskorcie, liczbie i sile następca opuszcza miasto. Jeśli gońcy posłali po spiskowców, mogli właśnie wjeżdżać w pułapkę. Było ich tylko sześciu. Dywersja, jaką zaplanował Tarus, zapewne ograniczyła liczbę zamachowców lub jedynie ich opóźniła. Władcy towarzyszyło pięciu najlepszych gwardzistów, wybranych przez samego królewicza, i on – Varad.

Kondotier coś zobaczył. Jadący obok niego strażnik co kilka kroków zmniejszał dzielącą ich odległość i zwiesił głowę, jakby usnął w siodle. Kiedy Krill się przechylił, aby go obudzić – strażnik nagle uderzył. Cios w szczękę niemal zwalił Varada z wierzchowca. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Borta wciągnął osłupiałego następcę tronu na własnego wierzchowca i pognał przed siebie, a zaraz za nim pierwszy gwardzista. Tarus zdołał wyciągnąć miecz, ale strażnik z tyłu również. Jego ostrze przebiło lewe ramię Tarusa, ten upadł na ziemię. Krillowi natomiast, z mroczkami przed oczyma, udało się uniknąć ciosów. Drugi zdrajca chciał dobić Tarusa i zapewne dołączyć do tego, który nacierał na najemnika, ale choć na pierwszy rzut oka ranny gwardzista leżał nieruchomo, to jednak okazał się na tyle wytrzymały, by wstać i walczyć. Jego lewa ręka zwisała bezwładnie, na szczęście był praworęczny i biegły w sztuce fechtunku. Krill natomiast nie umiał walczyć w końskim siodle.

Puścił cugle i zeskoczył, szukając swojej szansy w walce na ziemi. Udało mu się przeciąć uprząż, i jeździec zsunął się wraz z siodłem. Wierzchowiec wierzgnął i pogalopował przed siebie. Teraz Varad miał okazję: jego rywal leżał na plecach. Najemnik podbiegł, lecz popełnił błąd i otrzymał kopniaka w brzuch. Strażnik wstał, wstrząsnął głową i ruszył do kontrataku. Był doświadczony, może nie najlepszy, ale za to silniejszy. Jego ciosy powodowały, że Krill musiał się cofać i jedynie bronić. Poczuł za plecami pień – był zablokowany. Atakujący zamachnął się, uderzył, a Krill o milimetry minął się z ostrzem, padając na kolana. Ostrze na sekundę utkwiło w drzewie. To wystarczyło: strużka krwi spłynęła na twarz Varada z przeciętego brzucha napastnika, który próbował jeszcze zatrzymać rękoma wypływające jelita. Padł bez życia.

Teraz czas na drugiego. Tarus stał jeszcze na nogach, ale widać było, że ledwo dyszy – długo by się nie utrzymał. Krill pobiegł w jego stronę, krzycząc. Odwrócił tym uwagę kolejnego napastnika. Ranny rycerz znowu znalazł się na ziemi. Stojący gwardzista musiał teraz przerzucić ciężar walki na Krilla, który tym razem atakował bez wytchnienia. Miał przewagę – pod nogami gwardzisty leżał Tarus, co ograniczało jego pole manewru. Zdradziecki strażnik kopnął leżącego w brzuch piętą, ale bez efektu. Musiał uskoczyć, na chwilę stracił równowagę, lecz udało mu się uniknąć ciosu najemnika. Tarus chwycił za nogę napastnika, dostał kopniaka w głowę, puścił i wyglądało na to, że stracił przytomność. Wokół niego ziemia ściemniała od krwi.

Teraz zostało tylko ich dwóch. Krążyli wokół ciała Tarusa jak sępy wokół padliny. Krill potknął się o coś, strażnik skoczył, Krill zablokował cios, trzymając miecz w obydwu dłoniach. Ostrze przeciwnika rozcięło skórę. Przeszli do bezpośredniej walki. Miecze na taki dystans były bezużyteczne. Doszło do szamotaniny. Łokieć zdrajcy trącił w skroń najemnika. Krill na ułamek sekundy stracił orientację, wskutek czego popełnił kolejny błąd. Ręce strażnika znalazły jego gardło. Uścisk rozjuszonego gwardzisty był mocny niczym żelazne imadło. Krill kurczowo chwycił wroga za nadgarstki, próbując oderwać je od szyi – nadaremnie. Nagle strażnik zawył i puścił najemnika. To Tarus resztką sił ciął go nad kostką. Najemnik musiał wykorzystać tych kilka sekund. Uderzył bykiem, zrzucił z siebie przeciwnika i sięgnął po miecz. Nie oglądał się, nie mierzył – po prostu uderzył na oślep, jednocześnie przewracając się na drugą stronę. Metal przeciął mięśnie brzucha, nieosłonięte przez skórzaną zbroję.

Leżąc na ziemi, dostrzegł dwa konie, które nie uciekły. Tarus ledwo dyszał, ale jeszcze żył. Varad zerwał kawałek materiału z kurtki, owinął jego ramię tuż nad raną i jak najmocniej zacisnął prowizoryczną opaskę. Podszedł do dwóch wierzchowców – oddychały równie szybko jak on. Przywiązał konie za uzdy do grubej gałęzi. Podniósł rycerza do pozycji półsiedzącej; był ciężki w swojej zbroi. Gdyby nie ona, już stawiłby się on na sądzie przed Trójcą Bogów. Spojrzał na Varada półprzytomnymi oczami, chciał coś powiedzieć.

 – Nie skreślaj go, jest wart, aby go ratować! – wyszeptał.

 – Milcz! – przerwał mu Krill. – Na niewiele mi się zdasz, martwy. Dokończę to, znajdę Rodryga. Trójca z tobą!

Kondotier posadził rannego na konia. Klepnął płasko ostrzem w zad wierzchowca, a ten pognał wraz z rannym w stronę klasztoru. Krill nie miał czasu do stracenia – musiał jak najszybciej ruszyć w pościg za resztą. Nie wiedział, czy Borta i pozostały przy życiu strażnik byli w zmowie. Wziął drugiego konia i ruszył przed siebie.

 – Kurwa ich mać! Że też dałem się tak zaskoczyć, jak jakiś pieprzony amator! – przeklinał sam siebie.

Mistrz chronił ich w mieście, więc z pewnością przewidywał, że coś takiego może się zdarzyć. Dlaczego więc w chwili ataku zza krzaków nie wybiegli ukryci żołnierze? Zaraz też uderzyła go kolejna myśl. – Cholera, a jeśli to pułapka Sycerusa? – Przeprowadzając ich przez miasto, zdawał sobie sprawę, że wszyscy go widzieli, jak jechał z następcą tronu. Będą świadkowie, że był z Varadem, a przecież nie ma ich zbyt wielu w Athepolis. Sycerus posłał mu pomoc w postaci Tarusa. Równie dobrze mógł w ten sposób się go pozbyć. Odpowiedzialny za uprowadzenie następcy – to mogłoby się skończyć tylko jednym: listami gończymi w całym królestwie i szubienicą. Jedyną szansą na oczyszczenie się z zarzutów i w ogóle na wytłumaczenie się będzie najważniejszy świadek – Rodryg. Krill potrzebował księcia żywego. Musiał go odnaleźć, nim spiskowcy pozbawią go korony i najpewniej życia.

Tylko od czego zacząć? Przydałby się Brold, stary przyjaciel, zielarz i tropiciel. Na szczęście dla Krilla odciski kopyt były widoczne, a ziemia świeża, nieubita jeszcze stopami wędrowców ani ich koni. Jeżeli porywacze będą uciekać przez las, nie odnajdzie ich – nie znał się na tropieniu. Na razie ślady wciąż znajdowały się na trakcie, więc Krill nimi podążył. Pół mili od miejsca, w którym ujawnili się zdrajcy, skręcały na zachód, na mało uczęszczany leśny odcinek, który niedługo potem zagubił się wśród bujnych, spragnionych słońca traw.

 – Szlag by to trafił! – Krill zaczął się nerwowo rozglądać. Rozważał, w którą stronę powinien się udać. Tego dnia miał dużo szczęścia w nieszczęściu. Na gałęzi dostrzegł kawałek srebrzystej szaty Rodryga. Najemnik wiedział już, że zbiegowie zmierzali na północ. W tym momencie usłyszał donośne krakanie i ciemny pierzasty kształt szybko przeleciał mu nad głową – ptak, którego widział u Matki Axie. Przysiadł na drzewie, obok skrawka materiału. Chwycił go w dziób i pofrunął. Nic nie dzieje się przypadkiem, więc Krill zaryzykował i pognał wierzchowca za krukiem.

***

Przybył do jaskini. Przed wejściem stał przywiązany jeden koń i skubał trawy. Gdzie reszta? Może to podstęp? Ptak, jak nagle się pojawił, tak równie szybko zniknął. Krill nie zastanawiał się nad tym zbyt długo – po prostu wszedł do jaskini, starając się nie hałasować. Trud okazał się daremny; wewnątrz znalazł jedynie leżącego plecami do góry strażnika. Ziemia wokół ciała zdążyła wchłonąć trochę krwi. To jeszcze nie wykluczało Borty jako zdrajcy. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się ciału. Ku jego zdziwieniu strażnik jeszcze oddychał, rana była jednak śmiertelna – pozostało mu najwyżej kilka chwil. Krill musiał wydobyć od niego jakąś informację.

 – Gadaj! Gdzie Borta z dzieciakiem? On ci to zrobił, prawda?

Jego oczy były już prawie matowe.

 – Zdradziłeś, ale jeśli mi pomożesz, przysięgam ci na mój honor, że zostaniesz pomszczony. Za każdą zdradę jest tylko jedna kara. Teraz będę zadawał pytania, a ty kiwaj głową. Chcesz się na nim zemścić?

Oczy rannego rozbłysły na chwilę – chciał.

 – Byliście razem w spisku?

Kiwnął na tak.

 – Królewicz… mieliście go zabić?

Odpowiedź była przecząca.

 – Dokąd mieliście się udać? Wschód? Południe? Północ…? A więc zachód. Na zachód stąd znajduje się tylko stara warownia. Samotna Wieża?! – gwardzista przytaknął. – Tam mieliście go oddać?

Konający gwardzista zaprzeczył.

 – Nie? Czekać?

Teraz umierający potwierdzał, ale głowa ledwo się ruszała.

 – Na co? Na instrukcje? Do kiedy? Wieczora, poranka, południa? – przerwał pytania.

 – Cholera, mogłeś jeszcze chwilę pożyć! – Varad przeklął w myślach. Zdrajca zdążył wyzionąć ducha, ale Varad już wiedział, dokąd zmierzał Borta.

Cisza wypełniła jaskinię. Krill odetchnął głęboko. Do jego uszu dobiegło ledwo słyszalne parskanie konia na zewnątrz. Do Samotnej Wieży było dziesięć mil. Ocenił, że tracił do ściganych pół godziny. Wybiegł co sił, by jak najszybciej ich dogonić, ale jedyne, co zobaczył, to drugi koń z przełożonym przez grzbiet królewiczem, kilku zbrojnych i setka gwiazd pośród ciemności, patrząca w milczeniu na jego spóźniony refleks.

***

Ból głowy uświadomił mu, że jeszcze żyje. A czub buta pod jego żebrem – że nie jest sam. Świadomość wracała jak fala bólu – powoli, ale bez litości.

 – No! Co nam powiesz, Varadzki kundlu? – Głos nie należał do tego, kogo Krill spodziewał się usłyszeć. Dzisiaj nic już nie mogło go zaskoczyć.

Varad zaczął szarpać liny, którymi był związany. Wzniecił tumany kurzu i pyłu.

 – Przeklęty karyplu! Rozwiąż mnie, to zobaczysz przez te swoje szkiełka, co mam ci do powiedzenia!

Mały, łysy człowiek roześmiał się, po czym kopnął Krilla leżącego i związanego niczym prosiaka czekającego, aby go wbić na rożen. Pod nim leżały płyty popękanego granitu – zbyt równe jak na dzieło natury, co znaczyło, że znajdowali się w Samotnej Wieży. Kiedyś już tu trafił – wtedy też bolała go głowa. Historia miała dziwny zwyczaj zataczać koło.

Wówczas chodziło o rozwiązanie konfliktu między grupami najemników i gwardzistów. Ponieważ wszystko miało się odbyć bez ran kłutych lub ciętych, zdecydowano się na turniej walk na pięści. Można było i gębę nielubianą obić, i wrócić żywym na poranną odprawę u swoich dowódców. Tym razem ktoś padnie martwy. Cienie Aidesa krążyły wokół wieży.

Sądząc po tym, jak na nocnym niebie blada tarcza księżyca wyłaniała się spomiędzy chmur i rozświetlała okolicę Samotnej Wieży, leżał skrępowany co najmniej kilka godzin. Bolał go każdy mięsień i miał wrażenie, że w mocno związanych kończynach całkiem ustało krążenie krwi.

 – Przestań rżeć, karyplu! – krzyknął, a raczej jęknął w złości i bezsilności najemnik, usłyszawszy śmiech swego prześladowcy.

 – Jeszcze ci mało, Varadczyku?! Proszę bardzo…

Kiedy łysy przymierzał się do kolejnego kopnięcia w żebro, Varad wykorzystał moment, gdy jego oprawca stał na jednej nodze, i przewrócił się gwałtownie na prawo, podcinając okularnika. Ten padł płasko. Krill wykonał kolejny obrót – teraz on był na górze. Miał co prawda związane z tyłu ręce, ale pozostała mu jeszcze głowa. Uderzył z całej siły, aż sam zobaczył mroczki przed oczami. Łysy miał rozbity nos, a najemnik rozcięte czoło od okularów. Chciał poprawić, lecz zimne ostrze na karku skutecznie go powstrzymało.

 – Nieźle jak na związanego nieudacznika. Teraz raczyłbyś zejść z biedaka, bo ktoś mógłby jeszcze pomyśleć, że używacie tu sobie jak chłop z dziewuchą, co go na jeźdźca bierze. A to naraziłoby was co najmniej na ekskomunikę lub tylko posądzenie o niewskazane stosunki cielesne między mężczyznami.

Najemnik musiał się podnieść; mittyllyd z rozbitym nosem wstał błyskawicznie, zamachnął się i uderzył Krilla w brzuch. Ten splunął krwią, tą z czoła, i zaśmiał się. Śmiech był bardziej dla niego niż dla nich – żeby przypomnieć sobie, że jeszcze potrafi.

 – Zrób to jeszcze raz, a cię zabiję! Borta nie zdoła ci pomóc.

Aides go natchnął, bo zabrzmiało wyjątkowo chłodno. Zdrajca na chwilę zadrżał, wstrzymał rękę, zanim wymierzył cios. Dowódca gwardzistów odezwał się do niego:

 – Mówiłem ci, żebyś na niego uważał. Po co w ogóle trzymamy to najemne ścierwo przy życiu? Przecież miał zostać wyeliminowany.

 – Bo sytuacja się zmieniła i na kogoś musi paść podejrzenie. Mamy od dziś kilka wakatów w radzie senatorów. Przypomnieli sobie nagle o przysiędze dla Harsamów. A on… – Mittyllyd wskazał palcem na związanego najemnika. – A gadaj, gadaj jak najdłużej, może padniesz z braku tchu, okularniku.

Varad cały czas testował siłę wiązań. Może się uda poluźnić. Każde słowo zdrajcy brzmiało jak gotowy wyrok. Jeszcze tylko brakowało kata – był do tego najlepszym kandydatem. Najemnik miał eskortować, zdradził, przekupił kilku ludzi i porwał chłopaka. I tu wchodzisz ty! Zorientowałeś się. Dopadłeś go, ale za późno – królewicz zginął.

 – Mam w takim razie jedno pytanie, karyplu – odezwał się Varad, przerywając tę tyradę. – Jak wyjaśnisz to, że Tarus dotarł do bramy klasztornej poraniony, wpółprzytomny, ale żywy i opowie inną wersję wydarzeń?

 – Tarus? Masz na myśli tego strażnika, co go opatrzyłeś i puściłeś konno do klasztoru? Obawiam się, że on już nic nie powie, zwłaszcza z gardłem, w którym tkwi bełt.

Zimno przeszło go od karku do kręgosłupa. Tarus był ostatnim świadkiem. Krill po cichu zaklął.

 – Musiałem się zabezpieczyć, na wypadek gdyby ktoś przetrwał pierwszą zasadzkę. Byliście śledzeni od chwili, kiedy weszliście na trakt.

 – To czemu od razu nas nie wystrzelaliście?

 – Zadajesz dużo pytań jak na przyszłego nieboszczyka, wiesz? Nie było takiej potrzeby; królewicz musi dotrzeć żywy do Magaham i tam zostanie odnaleziony. Część rodów senatorskich, choć nieliczna, to wciąż „wierna” Harasmom, wymyśli pretekst do wojny, bo będzie chciała pomścić śmierć bądź odzyskać jedynego dziedziczącego tron, więc konfrontacja jest nieunikniona.

Krill wypluł ślinę przemieszaną z krwią. Kręcił szyją w lewo i prawo, spojrzał na swojego oprawcę.

 – A w trakcie zamieszania zakładnik pożegna się z życiem tak czy siak. Ostatni lojalni pożrą się wtedy między sobą o władzę. W Athepolis zapanuje wojna domowa, z której wyłoni się nowa rodzina panujących – ta, która zażegna konflikt wewnętrzny i zakończy wojnę ze Sparthepolis, prawda?

Okularnik poprawił nerwowo swoje szkiełka na nosie.

 – Brawo, jednak Sycerus miał co do ciebie rację. Moczymorda, najemnik i znawca polityki w jednym. Tak marnotrawić swój talent… ale cóż, takie życie.

 – Sycerus coś mówił o wojnie domowej. To znaczy…

 – Podejrzewał i drążył. Coraz trudniej było zacierać ślady. Dwa lata kreciej roboty, ale było warto, chociażby dla miny tego skurwiela, kiedy się zorientuje, kto był agentem. – Okularnik splunął obficie i z satysfakcją na myśl o złości mistrza szpiegów. – Borta, pilnuj go, a ja zobaczę, jak się miewa nasz idiotyczny królewicz Rodryg.

Varad, związany i na klęczkach, patrzył pod siebie. Kurz i pył, które wzniecił, kiedy się ocknął, zdążyły już opaść. Zaczęły drażnić jego nos; próbował więc zmusić się do kaszlu, aby pozbyć się drobinek z ust. Słyszał, jak gwardzista oddycha spokojnie i równo. Wiedział, że go obserwuje. Po kilku chwilach milczenia Varad odezwał się jako pierwszy. Może jeśli go zagada na te kilka cennych sekund, uśpi jego czujność. Tacy jak Borta lubią się chełpić. Okazać wyższość nad każdym – zawsze i wszędzie.

 – Powiedz mi, Borta, za ile cię kupił?

 – Po co ci to wiedzieć?

 – Skoro mam umrzeć i stanąć przed obliczem Aidesa, chcę wiedzy.

 – Nigdy nie mogłem cię zrozumieć, Varadzie, ale jeśli już musisz wiedzieć, to dostałem tysiąc pięćset koron i miłe stanowisko zarządcy w pałacu. Nieźle, nie? Za tyle sprzedaje się honor w Mittyllydzie?

Ja swoje zasady sprzedałem za dwa razy więcej. Nisko się cenisz – zganił go w myślach najemnik.

Borta mówił dalej:

 – A wystarczyło, aby Harasmowie okazali więcej szacunku, a mniej pogardy. – Skrzywił twarz w uśmiechu i przystawił ostrze noża do gardła związanego. Krill zaczął się śmiać do łez, co wywołało zdziwienie na twarzy gwardzisty.

 – Mnie zaoferowali trzy tysiące za dostarczenie dzieciaka do klasztoru, a tobie prawie dwa razy mniej, za to ważne stanowisko, kurwa mać! I tak daję się zrobić jak ostatni naiwny. Kiedy mam zginąć?

 – Tuż po przejściu linii granicznej, a ja z radością przebiję cię jak kukłę z sianem.

Krill, wciąż na klęczkach, oceniał, jak mocno był związany – ktoś się postarał. Prawie w ogóle nie mógł poruszać nadgarstkami. Prawie…

 – A czemu zabiłeś tego strażnika w jaskini?

 – Zadajesz za dużo pytań. Zamkniesz wreszcie jadaczkę, czy mam ci obciąć język?

 – To daj mi chociaż coś do picia. W gardle mi zaschło i łeb mnie boli – tyle to już chyba możesz zrobić dla swojej ofiary? – grał na zwłokę, ale żaden pomysł nie przychodził mu do głowy.

Borta postawił przed nim kubek z winem, po czym kopnął w brzuch najemnika tak, że ten aż się skulił.

 – Ujadasz jak pies? Będziesz pił jak pies!

Schylenie się po kubek z rękami związanymi z tyłu okazało się niemożliwe. Każda próba kończyła się przewróceniem prosto na twarz. Ostatecznie Varad przewrócił się na bok i doczołgał na prawym boku do kubka. Odepchnął się od kamiennej płyty łokciem, a jednocześnie, wstając na jedno kolano, chwycił kubek zębami.

 – Dzięki… za… twą… dobroć. W zamian… uduszę cię… gołymi rękami – wycedził przez zaciśnięte na krawędzi kubka zęby i wyprostował się, wciąż trzymając naczynie w zębach. Gdy przechylił głowę w tył, część płynu wylała mu się na twarz, trochę pociekło po ręce. Coś przyszło mu do głowy – coś, co mogło się udać… albo nie. W jego położeniu nie miał wyboru. Przechylił kubek mocniej; teraz już jego zawartość znajdowała się na nim zamiast w nim.

 – No i jak, Varadzki psie, zaspokoiłeś pragnienie? Jeszcze nie? – Tym razem zamiast kubka dostał pięścią w prawy policzek. – Gorzej dla ciebie, bo więcej nie dostaniesz – powiedział zdrajca i odszedł, by wyjrzeć przez resztkę muru otaczającą szczyt wieży, w której się znajdowali.

W tym czasie Krill ponownie siłował się ze sznurami na nadgarstkach. Musiał się śpieszyć – jego przedramię wciąż było mokre, ale zaraz wyschnie i straci poślizg. Pot też pozwalał na minimalne przesunięcie pętli na rękach, na tyle, aby po kilku minutach wysiłku jej krawędź znalazła się pod jego prawym kciukiem. Ktoś kiedyś, dawno temu, wybił mu kciuk ze stawu – teraz był temu komuś bardzo wdzięczny. Obracając dłonią to w lewo, to w prawo, z zapadniętym kciukiem i bólem, jaki powodowało tarcie szorstkiej liny o skórę, udało mu się oswobodzić.

Gdyby dał się ponieść żądzy krwi, która teraz w nim wrzała, natychmiast rzuciłby się na Bortę – może nawet zepchnął z wieży. Stłumił w sobie ten głos. Wywołałby tylko hałas i ściągnął niepotrzebnie pozostałych konspiratorów.

Był wolny – to było najważniejsze. Teraz czekał na odpowiedni moment. Nie miał broni, a łysy okularnik mógł przyjść w każdej chwili. Nie wiedział też, ilu ludzi wziął ze sobą Mittyllyd. Wtedy, przed jaskinią, zdołał dostrzec trzech, lecz mogło być ich więcej. Pilnującego go gwardzistę musiał wyeliminować najciszej, jak się da. Wiedział, że tamten czuje się pewnie – panuje nad sytuacją, a on jest związany i zdany na jego łaskę. Trzeba było to wykorzystać. Utrzymać pozory jeszcze przez chwilę.

 – Nie obawiasz się, Borta, że naruszycie czyjąś prywatność? W końcu ludzie mówią, że to nawiedzone miejsce.

 – Nie pieprz mi tutaj, dobrze wiesz, że nic tu nie ma.

Krill się uśmiechnął. Właśnie coś już tu było.

 – Byliśmy tu obaj i nic nam się nie stało.

 – A ja zaczynam wierzyć.

 – Tak? To ci dopiero… Na krótko przed śmiercią. A w co, jeśli łaska?

 – W przeznaczenie.

Nie wiedział, czemu to powiedział. Może chciał tylko kupić sobie kilka oddechów.

 – W przeznaczenie, powiadasz? Wiesz, to nawet ciekawe. Dlaczego akurat w przeznaczenie?

Małymi ruchami Krill cofał się na kolanach, aż poczuł na plecach krawędź murów wieży. Tak oparty o granit, mógł zasłonić wolne ręce. Poczekał, aż tuż nad nim stanie zdrajca z wymierzonym w niego ostrzem miecza. Popatrzyli sobie w oczy, a ich spojrzenia były ostre i gwałtowne niczym wymiana ciosów.

 – Bo widzisz, już raz tu się pojedynkowaliśmy. Teraz jesteśmy tu znowu. Co prawda wtedy to były pięści, a teraz idziemy na noże. Wydaje mi się, że przeznaczenie chce, aby dokończyć dzieła. Tylko jeden z nas powinien był wtedy przeżyć. Teraz nadarza się okazja, by naprawić ten błąd.

Strażnik wybuchnął gromkim śmiechem.

 – Nie dziwię się, że was, Varadów, uznają za dziwaków. Nawet w chwili śmierci biadolicie jak stare baby o przeznaczeniu i tego typu bzdurach, zamiast najnormalniej w świecie czekać spokojnie na nieuniknione, jak przystało mężczyźnie.

 – To tylko pozory, Mittyllydzie. Prawda o Varadach jest zupełnie inna. Zbliż się, to ci ją wyjawię.

Ze złowieszczym grymasem twarzy Borta schylił się tak, by ich oczy zrównały się w poziomie; miecz nadal miał wymierzony w klatkę piersiową Krilla.

 – Oświeć więc mnie prawdą o Varadach.

Najemnik spojrzał i uśmiechnął się, jakby to on trzymał ten wymierzony w ciało kawałek stali. Jego wzrok przebiegł wzdłuż linii ostrza. Nie mógł się pomylić – jeden za mocny ruch nogą i sam nadzieje się na ostrze. Mięśnie miał już napięte i gotowe do skoku.

Tego dnia wciąż przekonywał się o istocie losu. Raz jeszcze ptak, który u Axie zajadał się chlebem, a który skradł skrawek ubrania i skierował Krilla do jaskini, krakał głośno. W chwilach, gdy życie wisi na włosku, człowiek widzi więcej, niż powinien – ale Hubertus wyglądał inaczej niż wcześniej: był trochę większy i czarniejszy niż noc wokół, sprawiał wrażenie, jakby wręcz pochłaniał bladą poświatę księżyca.

Krill wiedział, że to ten ptak przyleciał na szczyt wieży i zaczął głośno krakać, czym zajął na bardzo krótką chwilę uwagę Borty. Kiedy tylko ten się odwrócił w stronę źródła dźwięku – to nie był przypadek. Nigdy nie był.

 – Prawda jest taka, Borta… Nigdy nas nie docenialiście, więc będziecie tego srodze żałować!

Dla Krilla ta chwila wydawała się wiecznością. Zerwał się, obracając wzdłuż linii ostrza, uderzył barkiem, przewrócił strażnika, złapał za nadgarstek dłoni trzymającej miecz i wykręcił. Ostrze stuknęło o płytę granitu, a ręce Krilla znalazły gardło zdrajcy. Oczy Varada zapłonęły gniewnie, na jego twarzy pokazał się okrutny uśmiech. Zacisnął dłonie najmocniej, jak tylko mógł, ignorując paniczne kopnięcia w żebra, palce wbijające się w twarz, w oczy. Poczuł moc – gniew i żądza krwi wreszcie przydały się do tego, do czego człowiekowi są potrzebne. Teraz nie było nic oprócz niego i jego zaciśniętych dłoni. Zdrajca przestał się szamotać – wyzionął ducha. Spotkała go zasłużona kara.

Nie poczuł ulgi. Tylko pustkę i echo własnego oddechu.

Krew z rozciętego czoła utrudniała widzenie. Wysiłek sprawił, że rana się otworzyła i Varad widział wszystko jak przez czerwoną zasłonę. Podziękował skinieniem głowy ptakowi, który zniknął gdzieś na ciemnym nieboskłonie. Najemnik postanowił zaczekać na okularnika. Oparł zwłoki Borty o balustradę i odwrócił je tyłem – teraz trup sprawiał wrażenie, jakby wyglądał, by zobaczyć, co się dzieje.

Krill szczerze wątpił, czy łysy Mittyllyd w okularach da się nabrać na tak idiotyczną sztuczkę, ale wystarczyłaby mu chwila. Cóż, będzie następnym Mittyllydem, który boleśnie odczuje skutki tego, że zlekceważył Varada.

***

Położenie księżyca na niebie wskazywało, że jest po północy. Okularnik zjawił się po kwadransie. Sam. Popełnił błąd, choć jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Pewnym krokiem wdrapał się na ostatnią kondygnację. Krill udawał śpiącego; nadchodzący Mittyllyd nawet na niego nie spojrzał.

 – Nie ruszaj się. Jeszcze nie teraz.

Oddech zwolnił. Czekał na moment, w którym ten zrobi krok.

 – Hej, Borta! Nie odwracaj się do tego Varadzkiego najemnika plecami. Sam mnie przed tym ostrzegałeś!

Zgadza się, nie należy się do Krilla odwracać plecami. Łysy postąpił jeden krok do przodu; zwłoki zdrajcy osunęły się po murze i w tej samej chwili zimny metal zetknął się z szyją okularnika. Był tak zaskoczony, że stanął jak sparaliżowany.

Zawsze ten sam błąd. Patrzą, ale nie widzą.

Kondotier widział, jak jego zakładnikowi drżą nogi, oddycha szybko i płytko. Mówił cichym, zimnym tonem, niczym śmierć.

 – Nie krzyczysz? To rozsądne. Odpowiesz na moje pytania, pożyjesz dłużej, zrozumiałeś?

Okularnik kiwnął głową.

 – Dobrze. Ilu masz ludzi?

 – Pięciu.

 – Gdzie jest Rodryg?

 – Na drugim piętrze.

 – Ilu ludzi go pilnuje?

 – Trzech. – Konspirator przełknął głośno ślinę.

 – Gdzie pozostali, dawaj.

 – Na czujce.

 – Kiepsko poszedł ci ten spisek.

Zdrada rzadko wychodzi dobrze, kiedy zdradzasz głupców.

 – Masz rację, nie doceniłem cię, Krill. Uległem pozorom, że jesteś związany, bezradny, pokonany… ale i ty ulegasz pozorom, jeśli myślisz, że gdy mnie zabijesz, to ujdziesz stąd żywy. Jeżeli jednak mnie wysłuchasz, wyjedziesz stąd znacznie bogatszy i przede wszystkim ocalisz życie.

Okularnik poczuł, jak krawędź ostrza nieco mocniej wbija się w jego szyję.

 – Twardo się trzymasz jak na kogoś, kto w każdej chwili może się pożegnać z życiem. Słucham więc twojej propozycji, okularniku.

 – Jesteś najemnikiem, prawda? Pracujesz dla tego, kto lepiej płaci. Tobie to wszystko jedno, kto i dlaczego. Oferuję ci tysiąc złotych koron i stanowisko dowódcy gildii na maghamskim dworze.

 – Borcie zaoferowałeś tysiąc pięćset złotych koron, a on leży tam martwy, w przeciwieństwie do ciebie… przynajmniej na razie.

Varad przycisnął miecz do skóry Mittyllyda. Niewielka kropelka krwi pojawiła się na ostrzu.

 – Zgoda! Cholera, umiesz się targować! Tysiąc siedemset złotych koron, Krill! Usatysfakcjonowany?

 – Lepiej, ale wciąż daleko do satysfakcji.

Widział, jak drży mu powieka. Strach zawsze zaczyna się w oczach.

 – To wymuszenie, nie negocjacje. Zgoda. Dwa tysiące i niech cię szlag trafi!

 – Bardzo dobrze. – Najemnik wycofał miecz, ale nie schował. – A teraz idziemy.

Schodzili powoli, spiralnymi, nierównymi schodami. W Samotnej Wieży na czwartym i trzecim poziomie podłogi więcej nie było, niż było. Jeden nieostrożny krok i można było roztrzaskać głowę o kamienie na samym dole. I nie ma się czemu dziwić – wieża stanowiła dawno już porzucony posterunek, który stracił na znaczeniu po tym, jak dziad Rodryga podbił okoliczne ziemie. Nie rozebrano jej jednak dla budulca, co często spotykało tego typu konstrukcje.

Kamień był zimny, schody śliskie. Każdy krok mógł być ostatni.

I tak od kilkunastu lat stała, niszczała, była cichym świadkiem tajnych spotkań, areną nielegalnych turniejów, walk, ale najpewniej w przerwach między nimi – schronieniem dla zbójów. Drewno zbutwiało, zaprawa scalająca kamienne bloki skruszała. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. A mimo to wieża wciąż prezentowała się na swój sposób dumnie, stawiała opór upływającemu czasowi.

Bez problemu można więc było dostrzec, co się działo na drugim piętrze, tym bardziej że kilka pochodni oświetlało pomieszczenie. Krill, schodząc, zauważył trzech zbirów ze skrzyżowanymi nogami i kuszami na kolanach; grali w kości. Powyżej oświetlonego poziomu było ciemno, blada poświata księżyca przecinała mrok cienkimi niteczkami światła przez szpary w murach wieży i niewielkie okienka. Kondotierowi umknęło, jak okularnik sięgnął do paska. Był niski, lecz szybki, tylko z pozoru wydawał się Krillowi nieszkodliwy – o czym Varad miał właśnie okazję się przekonać.

Niedoszły więzień zwinnie obrócił się w lewo, jednocześnie wyciągając lewą dłoń w okolice jego brzucha. Krill instynktownie odskoczył do tyłu, ale jego oprawca trafił. Nie śmiertelnie, lecz bardzo boleśnie rozciął skórę niewielkim i ostrym jak brzytwa sztylecikiem. Stanęli na ułamek sekundy naprzeciw siebie, na spiralnych schodach bez barier. Krill dwa stopnie wyżej, z mieczem w prawej i lewą ręką na ranie, oraz okularnik z małym ostrzem. Ten ostatni ruszył pierwszy, tym razem mierzył nisko w brzuch; najemnik odskoczył, tnąc zarazem powietrze na ukos, ale trafił w próżnię. Znowu musiał odskoczyć, lecz zawadził piętą o stopień i przewrócił się na plecy, próbując złapać równowagę, a jego przeciwnik, dostrzegając szansę, pchnął jeszcze raz. Najemnik wypuścił swój miecz, który poszybował w dół, przerywając toczącą się na dole partyjkę w kości. Varad chwycił za nadgarstek i zatrzymał ostrze centymetr przed sobą, wykręcił rękę Mittyllyda – udało się. Małe ostrze upadło, a walczący zaczęli się szamotać. Rozcięte czoło najemnika znów zaczęło krwawić podobnie jak brzuch. Łysy uwolnił rękę i uderzył w zraniony brzuch Varada. Krill jęknął z bólu.

Każdy oddech był jak wbicie noża. Ale oddychał. Więc wciąż żył.

Przez niekończącą się chwilę jego kończyny paraliżowała niemoc. Z dołu słychać było wbiegających zbirów; jeden pozostał na stanowisku, pilnując Rodryga. Szamocący znaleźli się nad skrajem schodów. Okularnik wpił dłoń w twarz najemnika, z zajadłością bijąc drugą ręką w ranę w okolicy brzucha. Strażnicy z dołu już do nich dobiegali z wyciągniętymi kordami, gdy Krillowi błysnęła myśl, powodowana paniczną wolą przetrwania. Okularnik, dostrzegając kątem oka swoich ludzi, chciał wstać; najemnik, pobity, prawie omdlały z bólu, wykorzystał chwilę swobody. Resztkami sił, jakie tliły się w jego obolałym ciele, chwycił za kołnierz kurtki okularnika, wepchnął kolano pod jego brzuch i wykonał obrót na odsłoniętą krawędź schodów. Zobaczył przerażenie w oczach Mittyllyda, gdy lecieli w dół dwa poziomy niżej, omal nie przygniatając pozostałego na dole zbira. Łomot rozniósł się po całej wieży. Tumany wzbitego kurzu wypełniły pomieszczenie.

Potem zapadła cisza. Ciężka, jakby sama wieża wstrzymała oddech.

Szczęściem dla najemnika łysy okularnik zamortyzował upadek własnym ciałem. Jego twarz zastygła z wyrazem przerażenia; na kamiennej podłodze rozlewała się coraz większa plama krwi. Krill również ucierpiał. Uderzenie pozbawiło go tchu, poczuł ból w okolicy szóstego żebra. Stoczył się z martwego korpusu wroga, obolały, zakrwawiony, wpółprzytomny.

Jeszcze żyję. A to znaczy – jeszcze mogę zabić.

Widok spadających ludzi wprawił w osłupienie wszystkich zgromadzonych zbójów i Rodryga. Najemnik próbował wstać, zdołał jedynie podeprzeć się o ścianę, uzyskawszy pozycję półsiedzącą. Rozejrzał się wokoło, zamknął oczy, wziął głęboki wdech, wiedząc, że będzie to ostatni głęboki wdech w jego życiu. Poczuł ból głowy, rany w okolicy brzucha oraz złamanego żebra. Wszyscy zgromadzili się nad nim, jeden z kuszą wymierzoną w niego pozostał na spiralnych schodach.

 – Łysol nie żyje, i co teraz, Eigon? – zapytał jeden ze zbirów.

 – Nie wiem! Gdzie ten Borta? – odezwał się Eigon. Krill splunął krwią.

 – Nie żyje! Zadusiłem skurwysyna gołymi rękami.

Herszt spojrzał gdzieś w dal, szukając rozwiązania w tylko sobie znanym zakamarku umysłu.

 – Dobra, szykujcie konie! Bierzemy dzieciaka i chyba ruszamy dalej.

Zostali we czworo: Eigon, kusznik, królewicz i Krill.

 – A co do ciebie, Varadzie… – Eigon podszedł do niego z wyciągniętym kordem. Najemnik mógł dobrze przyjrzeć się ostrzu; błysnęło mu tuż przed oczami. – Pozbawiłeś mnie pracodawcy, teraz ten wieprz nie wypłaci mi ani złotego, ani srebrnika. – Odwrócił się i kopnął trupa ze złością.

 – To zacznij ziemię orać.

Świst przeciął powietrze, bełt kuszy trafił dokładnie między nogi; centymetr wyżej i Krill z pewnością nie mógłby już się cieszyć pełnią życia. O ile jeszcze będzie żył.

 – Jak widzisz, mojemu towarzyszowi, zresztą mnie też, nie spodobał się twój pomysł. Masz może jeszcze jeden? Radzę przemyśl dobrze, nim coś powiesz.

Każdą propozycję można odrzucić, ale potem można tego żałować. Można również żałować propozycji, którą się składa. Kondotier nie miał wyboru.

 – Nie pozostaje mi chyba nic innego, jak się wykupić.

 – Wykupić? No, to już lepiej. A za ile?

Krill usłyszał, jak zatrzask kuszy wrócił do pozycji gotowej do wystrzału.

 – Jest was pięciu, dam każdemu z was po pięćdziesiąt złotych koron za życie moje i tego chłystka tutaj. – Królewicz podniósł głowę, ale nic nie powiedział.

 – To dużo pieniędzy. A ty nie wyglądasz na takiego, co by złotem śmierdział.

 – Miałem przy sobie sakiewkę z ponad stu koronami…

 – Miałeś – wtrącił Eigon, poklepując znajomą sakiewkę przy swoim pasie.

 – Potraktujmy to jako zaliczkę i dowód mojej wypłacalności. Kiedy dotrzemy na miejsce, dostaniecie resztę.

Krill westchnął. Rana na brzuchu krwawiła, brudząc ubranie. Zacisnął dłoń mocniej, aby spowolnić upływ krwi. Herszt zmrużył oczy i zamyślił się, gdy do rozmowy wtrącił się Rodryg.

 – Panie Eigon, wysłuchajcie teraz mojej propozycji. Być może Krill ma takie pieniądze, ale tylko być może. A pan już zapewne się zorientował, że jestem ważną osobą, bo nieważnych osób się nie porywa i nie wywozi do obcego kraju. Jako szlachetnie urodzony poświadczam swym życiem i honorem, że otrzyma pan równie wysokie wynagrodzenie za odprowadzenie mnie do klasztoru bogini Ate jak za dostarczenie mnie do Magaham. Oraz, że nie musi się pan obawiać konsekwencji związanych z moim uprowadzeniem.

Nie spodziewał się tego po nim. W jego głosie nie było strachu, tylko pewność. Zakurzony, pokrwawiony i połamany najemnik popatrzył na królewicza; jego wyraz twarzy był wymowniejszy niż słowa.

 – Widzisz, Krill – ciągnął królewicz – mam swój rozum, pozycję i środki, by dbać o swoje bezpieczeństwo. Wbrew pozorom umiem je dobrze i odpowiednio wykorzystać. Nie jestem tylko rozkapryszonym i nadętym bachorem, za jakiego uważa mnie większość dworzan i poddanych. Choć to całkiem wygodne pozory.

Rodryg wyprostował plecy.

 – To ja jako pierwszy rozmawiałem z Mistrzem Sycerusem na temat azylu u Matki Axie, kiedy zacząłem rozumieć, jak wygląda sprawowanie władzy na moim dworze. Moi przodkowie napsuli wiele krwi. Nie cofnę tego. Za ich grzechy przyjdzie mi jeszcze długo pokutować. Nie udało mi się ustrzec przed zdradą, która od dawna była wyczuwalna w powietrzu. Kiedy królestwem rządzi się z pozycji żelaznego uścisku, to musi kiedyś nastąpić. To logiczna konsekwencja.

W tym czasie ludzie Eigona przyprowadzili konie, gotowe do szybkiej ucieczki. Dowódca zbirów gestem dał im znać, aby czekali. Królewicz kontynuował:

 – Od jakiegoś czasu Sycerus dostawał informacje o planowanym zamachu i podejrzanych, ale ani nie znaliśmy przywódcy, ani nie mieliśmy dostatecznych dowodów. Musieliśmy zaryzykować prowokację. Udało się nam wywieźć z miasta wszystkich podejrzanych z mojego bezpośredniego otoczenia. Pozostali nie mieli czasu się zorganizować. Sycerus zablokował przepływ informacji w mieście. I na moje szczęście okazałeś się tak dobry, jak o tobie mówił Dioram. – Rodryg też na chwilę się zamyślił. – W końcu każdy popełnia błąd, ulegając i zawierzając pozorom, że jest się absolutnie bezpiecznym nawet pod czujnym okiem kogoś takiego jak mój Mistrz Szpiegów.

 – To jak, Panie Eigon? – zwrócił się do bandyty. – Zawrzemy układ?

Wszyscy milczeli. Nawet ogień w pochodniach zdawał się nie poruszać.

***

Bramę klasztoru ujrzeli wczesnym rankiem – a przed nią niecodzienny widok. Mistrz Szpiegów rozmawiał, a właściwie kłócił się z Matką Przełożoną. Wokół kręciło się kilkunastu pieszych oraz konnych gwardzistów i najemników, z Dioramem włącznie. To on jako pierwszy zawołał do kłócących się i wskazał im nowo przybyłych.

Podjeżdżali powoli – Krill brudny, zakrwawiony, z prowizorycznym opatrunkiem wokół rannego brzucha; Rodryg obok, z poważną miną; i Eigon ze swoją bandą. Zostali otoczeni. Eigon uspokoił swoich ludzi gestem dłoni. Axie, z kamienną twarzą, spojrzała na Krilla; w jej oczach dojrzał coś, co bardzo go uspokoiło, choć nie potrafił tego nazwać.

Obok Matki stał Mistrz Szpiegów.

 – Ty cholerny, Varadzki najemny psie! Nie taka była nasza umowa. Miałeś dopilnować, aby Rodryg… jego królewska mość… bezpiecznie dotarł do klasztoru. Złamałeś kontrakt!

Krill nie wytrzymał.

 – Słuchaj mnie, ty zakonspirowany skurwysynie! Mam dość wyzywania mnie od psów, pijaków, „Varadczyków” i tym podobnych! Odwalam za ciebie brudną robotę, narażam życie i zdrowie, by ratować twojego króla. Okaż więcej szacunku i wdzięczności, albo żadna ochrona na świecie ci nie pomoże!

Miał ochotę sięgnąć do rękojeści miecza, lecz ból żebra i barku stłumił zapał zaraz po gwałtownym ruchu ramieniem.

Do dyskusji włączył się Rodryg.

 – Mistrzu Sycerus! Krill jak najbardziej wypełnił warunki waszej… naszej umowy. Bo gdyby nie on, nie dotarłbym cały i zdrowy przed oblicze czcigodnej Matki Axie.

Ukłonił się tak głęboko, jak pozwalała na to pozycja zajmowana w siodle. Axie odwzajemniła ukłon z lekkim trudem.

Twarz przyszłego króla wyrażała skupienie i powagę, której dotąd nie ujawniał, o którą nikt by go nie posądzał. Ale ta maska nie będzie mu już potrzebna. Nowe oblicze króla lustrowało czujnym okiem otoczenie klasztoru.

Odwrócił się do swojego mistrza szpiegów.

 – To raczej wy nie dopełniliście należycie swoich obowiązków, Mistrzu, dopuszczając zdrajców do mojej osobistej straży. Ale o tym będziemy rozprawiać później.

 – Teraz będziesz, Mistrzu, łaskaw wypłacić tym oto mężom za dodatkową eskortę po pięćdziesiąt złotych koron od głowy i puścić ich wolno, nie kłopocząc swoimi pytaniami.

Zwrócił się do herszta zbójów:

 – Panie Eigon, zaliczkę proszę sobie zachować. Proponuję udać się w jakieś przytulne okolice na południu naszego królestwa – niedługo tamtejsze pola i łąki będą pięknie kwitnąć, a jak słyszałem, lokalne zajazdy też są niczego sobie.

Eigon uśmiechnął się nieśmiało i nerwowo, spoglądając na żołnierzy. Gdy tylko otrzymał zapłatę, pośpieszył swoich ludzi do odjazdu.

 – A ty, Krill, nic się nie bój. Wszelkie twoje straty pokryje skarbiec rodu Harasmów. Masz moje słowo. Ja, w przeciwieństwie do ojca, dotrzymam słowa.

 – Czcigodna Matko Axie – zwrócił się do Przełożonej Ateanek – prosiłaś, bym stawił się u was osobiście w celu omówienia kilku ważnych spraw wagi państwowej i religijnej. Czy możemy zatem porozmawiać na spokojnie, bez tych tłumów?

 – Krrraaa! – kruk wylądował na ramieniu swej pani. Teraz wyglądała tak, jak ją Varad zobaczył po raz pierwszy. Matka Axie pogładziła ptaka po głowie i spojrzała na królewicza. Krill nie dostrzegł zwykłego chłodu w jej oczach – wejrzenie było łagodne.

Przytaknęła głową.

 – Niech brama klasztoru zgromadzenia kapłanek bogini Ate, bogini miłości i miłosierdzia, stanie przed tobą otworem. Zapraszam cię, Rodrygu, synu Oryka II z rodu Harasmów, do naszego świętego sanktuarium. Bramy te pozostaną dla ciebie otwarte z woli bogini, póki będzie cię uznawała za godnego miana przyjaciela klasztoru.

Zerknęła czujnym spojrzeniem na Varada. Krill chciał otrzymać od niej pewną odpowiedź.

 – Matko Axie, tej nocy na wieży pewien ptak, dziwnie znajomy, zjawił się w odpowiednim momencie – zbyt odpowiednim jak na przypadek, powiedziałbym.

 – Modliłam się za ciebie. Może bogini wysłuchała mych słów i miała nad tobą czuwanie?

 – Chyba nie tylko ona?

 – Może? Prawda, Hubertus? – Na jej nieruchomej twarzy pojawił się niewielki, ledwo zauważalny uśmiech. Ptak rozwarł dziób i rozprostował skrzydła, cicho zakrakał. Axie znowu pogłaskała go po głowie.

Dioram wydał rozkaz do wymarszu. Najemnicy musieli jak najszybciej wrócić za mury miasta. To oni stabilizowali teraz niepokoje w Athepolis. Sycerus tymczasowo objął dowództwo nad lojalną częścią gwardii i ubezpieczał bramę klasztorną od zewnętrznej strony murów.

Eigon rzucił się do ucieczki, jakby sam diabeł go gonił. Varad zsunął się z siodła; któryś z najemników złapał go w ostatniej chwili i pomógł utrzymać równowagę.

Axie podeszła do niego, gestem otwartej dłoni zaprosiła również następcę tronu, aby i on zszedł na ziemię i pomógł Matce Przełożonej, chwytając Krilla z drugiej strony pod ramię. Tak pozwolił się wprowadzić za bramę klasztorną.

Matka Axie, kiedy miała już obydwu obok siebie, przemówiła:

 – Dwie ścieżki, które ujrzałam: wędrowca i cienie. Bogini Ate, w tobie nadzieja i miłość! Ponownie zesłała mi sen. Na krętej i ciemnej drodze ty, Varadzie – wędrowiec wciąż nosi twoją twarz jak maskę bólu. Gdy wędrowiec minął cień, ten zyskał konkretniejszą postać, i ujrzałam młodzieńca w koronie.

 – Ty, Rodrygu, synu Oryka II, przyszły królu Athepolis – postępując rozsądnie i wsłuchując się w jej nauki – podążysz stromą, lecz bezpieczną drogą. Wyjdź z cienia ojców. Krocz własną ścieżką.

 – Obaj podążacie, by spełnić to, co wam przeznaczone. Może synowi jest pisane naprawić krzywdy ojca? Ja spełniam tylko wolę mojej bogini! Zapraszam cię, Rodrygu, za mury naszego świętego klasztoru. Od teraz bramy tego miejsca pozostaną dla ciebie otwarte aż do chwili twojej pełnoprawnej sukcesji tronu królestwa.

Krill patrzył na Sycerusa. Mistrz Szpiegów – na Axie. Najwyższa kapłanka – na Rodryga.

Każdy ulega pozorom. Każde z nich się o tym przekonało. Czy wyciągną z tego naukę?

Czas pokaże.

Prace w ogrodzie klasztornym trwały. Nadal było wiele do zrobienia, by przygotować grunt pod nowe pokolenie kwiatów – aby wyrosło piękniejsze, silniejsze i odporniejsze na wszystkie życiowe niepogody. Wszystko pod czujnym okiem troskliwych kapłanek.

***

(Vidan, dnia 7 kwietnia roku 846 pzM

W Vidanie szczególnie w dzielnicy rozrywek, gdzie kuglarze, klauni i sztukmistrze czarowali gawiedź za opłatą. Pięć postaci w rogu wielkiej izby piło wino i gorzałkę. Karczmarki donosiły zakąski i pieczyste, sprawnie lawirując w labiryncie stłoczonych ciał, wewnątrz ledwo oświetlonych blaskiem świec.

Jeden wyjął fajkę i zrobił kółka z dymu, podczas gdy pozostali w milczeniu jedli to mieli w misce.

– Dziś? Wróciłbym już do naszych – burknął szeroki i z bliznami na policzku.

– No właśnie, ile można się przyglądać? – powiedział inny szczuplejszy, który poprawił lunetę przy pasku.

– To nie nasz teren. Gildia go chroni.

– Zatem – powiedział ten z fajką – Dziś tylko obserwujemy.

Reszta kontynuowała posiłek.

***

Kondotier leżał na łóżku z rękami splecionymi pod głową i wpatrywał się w dogasający ogarek świecy. Drgający płomień rzucał na ściany cienie. Jeden z nich był szczególny – ten, którego Krill za wszelką cenę próbował ignorować.

Decyzja o jak najszybszym opuszczeniu Athepolis była wtedy całkiem logiczna. Droga do Saramis była zamknięta, sakiewka pełna jak nigdy, a klejnot południa kusił obietnicą anonimowości i odpoczynku od dworskich intryg.

Krill z Varadu wiedział jednak, że zanim ruszy dalej, będzie musiał zmierzyć się z tym, co próbował zostawić za sobą. Vidan nie był miejscem, w którym sprawy pozostawały niedokończone. Tutaj przeszłość miała zwyczaj upominać się o swoje szybciej, niż człowiek był gotów spojrzeć jej w oczy.

Do miasta przybywali ludzie z całej Mittyllydy i spoza niej.

Czarnoskórzy i śniadzi kupcy z krain Vengardu, z dalekiego południowego kontynentu. Ubrani w drogie tkaniny i obwieszeni złotem, głośni i szeroko gestykulujący. Podobno największą obrazą było nie targować się z nimi o cenę.

Gdzieś pomiędzy nimi kręcili się Varadowie – jego krajanie. Bruneci o jasnej karnacji, w prostych szatach, lnianych koszulach i skórzanych kubrakach. Sprzedawali zboże, ceramikę i biżuterię z największego skarbu Varadzkiej ziemi – bursztynu, zwanego „łzami Matki Ziemi”. Według legend sama bogini Ate miała nimi płakać po śmierci swoich synów, dlatego przypisywano im niezwykłe właściwości.

Najbardziej fascynowali go jednak angarmanowie. Rudzi, wytatuowani wojownicy z dziwacznie splecionymi brodami. Mówiono, że ich odwaga i siła na polu walki nie mają sobie równych. Lepiej było ich nie prowokować – a najlepiej w ogóle się do nich nie odzywać.

Słynęli z wojowników rzucających toporami lub walczących gołymi rękami, bez zbroi, napędzanych bitewnym amokiem sprowadzanym przez ich druidów. Ludy Angarmanii były jednymi z ostatnich, które wciąż wyznawały starą wiarę i odrzucały cywilizację Mittyllydy. Zachodnią barbarią ich zwano. Varad był barbarią wschodnią – choć już „ucywilizowaną”.

A jednak wszędzie Krill widział ten sam schemat. Barbarzyńcy od pracy siłowej, Varadowie od ciężkiej, Vengardczycy od handlu. Nad wszystkim czuwali Mittyllydzi – i to oni czerpali największe zyski.

Ale to była ich ziemia.

Mieszkańcy Vidanu lubili obnosić się ze swoim bogactwem. Zajazdy, zamtuzy, karczmy, sklepy z egzotycznymi towarami. Gdzieś po drodze zobaczył nawet szyld: „Cuda dawnej techniki krasnoludzkiej”.

I banki.

W Vidanie było ich więcej niż świątyń. A Krill miał tu sprawę do załatwienia.

W Vidanie długi zawsze znajdowały swoich właścicieli.

Koniec

Komentarze

Kristoporosie, wiedz, że opowiadania liczące powyżej osiemdziesięciu tysięcy znaków, a Twoje liczy znacznie więcej, nie wchodzą do grafiku dyżurnych, więc ci nie mają obowiązku ich czytać. Tak długie opowiadania, choćby były świetne i doskonale napisane, nie mogą też liczyć na nominację do piórka.

Sugeruję, abyś spróbował skrócić opowiadanie do wymaganego limitu.

Polecam też poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

Powodzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka