PROLOG
W Solurze, niewielkiej miejscowości na północy Szwajcarii, vis-à-vis katedry świętego Ursa, znajduje się przysadzisty barokowy budynek. Gdyby nie widniejący na nim napis "Hotel Krone" zapisany prostymi lecz eleganckimi, mosiężnymi literami, zwykły przechodzień mógłby pomyśleć, że jest to bardziej okazała kamienica , jakich wcale nie mało znajduje się w tym uroczym miasteczku. Niewielu pędzących załatwić swoje sprawy mieszkańców czy leniwie spacerujących po brukowanych uliczkach turystów zdawało sobie sprawę, że budynek ten trwa w tym miejscu od początków XVw. Natomiast prawie nikt, oprócz nielicznych wtajemniczonych i paru domyślnych osób, nie zdawał sobie sprawy jak istotnych rozmów i kreślenia jakich wielkich planów świadkami były mury tego hotelu, który swoją przygodę w służbie ludzkości zaczynał jako karczma. Kiedyś– w drugiej połowie XXw.– przez drzwi owego hotelu wszedł mężczyzna drobnej postury. Lekko przygarbiony o ziemistej cerze, będącej zapewne wynikiem diety tytoniowej z lekką domieszką słodkich likierów, ruszył szybkim krokiem z wzrokiem pewnym, wpatrzonym w drobną blondynkę o maślanych oczach stojącą za drewnianą ladą recepcji hotelu Krone. Kobieta musiała wpaść mu w oko ponieważ pomimo starań jakie wkładał w utrzymanie pewnej siebie postawy z jego ust wydobyły się ciche zachrypnięte słowa.
– J-ja do Pana Draggiego– powiedział i lekko odchrząknął. Recepcjonistka spojrzała na niego i uśmiechnęła się ciepło dodając mu otuchy.
– Mam bardzo ważne spotkanie o godzinie 17:00 w pokoju numer cztery– te słowa wypowiedział zdecydowanie pewniej, mając nadzieję, że wzmianka o ważnym spotkaniu doda mu animuszu i przykryje jego początkową niepewność.
Może po wszystkim, kiedy będzie wychodził z hotelu, zaczepi ją i zaprosi na kolację. W tym obcym mieście zaczynała doskwierać mu samotność, a wczoraj był w bardzo eleganckiej i wcale nie drogiej restauracji. Chętnie wybrałby się tam ponownie, szczególnie w tak uroczym towarzystwie.
– Zaraz pana zaanonsuję– powiedziała śpiewnie i zeskoczyła ze stołka barowego na którym siedziała z łokciami opartymi o ladę. Kiedy odchodziła zauważył, że jest niższa niż mu się z początku zdawało.
– To pewnie przez to siedzenie– pomyślał.
Poczuł jeszcze większą sympatię do tej dziewczyny. Sam będąc niewielkiego wzrostu miał słabość do drobnych kobiet, przy nich łatwiej mu było poczuć się jak archetypiczny mężczyzna-obrońca, od którego wizerunku raczej znacznie odbiegał swoją fizycznością. Po dłuższej chwili z tego samego korytarza, w którym zniknęła wyszła recepcjonistka i przywołującym gestem ręki poprosiła gościa o podejście.
– Pan Draggi czeka na Pana. Proszę iść do końca korytarza i wejść przez ostatnie drzwi po lewej stronie– wskazała dłonią kierunek i odprowadziła wzrokiem przybysza, który ruszył we wskazane miejsce.
Po przejściu kilku kroków po grubym karmazynowym dywanie który prawie całkowicie wygłuszył jego kroki, mężczyzna przystanął na chwilę naprzeciwko ciemnozielonych drzwi z zawieszonym na nich złotym numerem cztery. Poprawił swoją tweedową marynarkę, którą nosił pod szarym płaszczem, zdjął kapelusz i przeczesał ręką łysiejącą czuprynę czarnych włosów po czym odchrząknął kilkukrotnie. Bez pukania chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Natychmiast uderzyła w niego fala gęstego dymu tytoniowego, którego zapach wyczuwał już na korytarzu. Jako że sam był palaczem chętnie przestąpił próg lekko przyciemnionego pokoju.
– Dobry wieczór Panie Stanisławie!- powitał go serdecznie Draggi– zapraszam, proszę zdjąć płaszcz i się rozgościć– wskazał ręką na wieszak stojący po prawej stronie od wejścia. Stanisław skinął głową na powitanie w kierunku siedzących w głębi pokoju czterech mężczyzn i obdarował uśmiechem gospodarza. W czasie kiedy zdejmował płaszcz Pan Draggi przedstawił go reszcie obecnych.
– Oto Pan Stanisław Lem, o którym Panom opowiadałem. Pisarz i futurolog. Tak jak wspominałem, ma on pewną koncepcję, która może Panów zainteresować– odwrócił się w stronę pisarza i dodał– to są Panowie z Hollywood, o których wspominałem, pragną pozostać anonimowi, ale chętnie wysłuchają co ma Pan do powiedzenia– patrzył na Lema jakby chciał się upewnić, że zrozumiał i nie jest to dla niego problemem.
Ten w odpowiedzi przytaknął bo zdawało mu się, że tego od niego oczekiwano.
– Z powodu napiętego grafiku Panów filmowców, prosiłbym aby bez zbędnych ceregieli przejść do rzeczy– kontynuował gospodarz– proszę również aby nie opuszczał Pan muszli Wenus– po tych słowach wskazał pod nogi Stanisława.
Lem spojrzał w dół i jego oczom ukazała się adaptacja słynnego obrazu Botticellego "Narodziny Wenus" w wersji dywanowej.
– To chyba lekka przesada– pomyślał.
Cofnął się jednak o krok ponieważ lewą stopą deptał już twarz wzdymającego swe policzki anioła. Stanął na środku muszli, która pomimo tego, że wielka jak na muszlę nie dawała mu wiele pola do manewru. Było to dla niego o tyle uciążliwe, że chodzenie pomagało mu zebrać myśli. Wziął oddech i spojrzał przed siebie. Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się lepiej sali i siedzącym w niej mężczyznom. Każdy z nich zajmował osobny fotel z boku którego, lekko z tyłu stał stolik z zapaloną lampką, taką jakiej używa się do wieczornego czytania. Ułożenie to sprawiało że cień niemal całkowicie spowijał ich twarze. Po karku pisarza przeszedł lekki dreszcz, raczej nie był on wynikiem chłodu panującego w pomieszczeniu w którym pomimo zimowej pory, kominek był całkowicie wygaszony. Było to uderzenie niepokoju spowodowane nachalną myślą– Ci ludzie nie są tym za kogo się podają. Szybko przegonił ten pomysł, karcąc się w głowie za bycie paranoikiem. Wojna oraz dekady życia w komunizmie, nauczyły go nieufności i doszukiwania się podstępu we wszystkim co było obce– poza schematem. Ludzie zza żelaznej kurtyny musieli mieć po prostu inne zwyczaje a chęć dbania o prywatność, nawet w tak ekstremalnym wydaniu, mogła być po prostu elementem wolności, której tak mało doświadczał w swoich rodzinnych stronach, gdzie ukrywanie tożsamości kojarzyło się raczej z działaniem wbrew opresyjnemu państwu. Musiał wziąć się w garść i zaprezentować swoją wizję jak najlepiej. Obiecał Panu Draggiemu, któremu przedstawił tylko zarys koncepcji, nie chcąc od razu zdradzać całości komuś kogo dopiero co poznał, że jest to historia idealna na srebrny ekran.
– Przyszłość– wystrzelił nagle zbierając się na odwagę– nie bardzo daleka. Za sto, może sto pięćdziesiąt lat.
W pokoju zrobiło się zupełnie cicho, chociaż wcześniej nikt nie odzywał się ani słowem. Jakby wszyscy zamarli w bezruchu.
– Przynajmniej chcą mnie wysłuchać– pomyślał i z pewnością kontynuował swój wywód.
– Dzięki postępowi technologii, naukowcom udaje się połączyć mózg homosapiens z maszyną cyfrową. Z początku, pozwala to naprawić, poprawić procesy neurologiczne u człowieka. Koniec wielu chorób i niepełnosprawności. Kolejny krok ludzkości ku boskości– Lem mówił z pasją– Jednak z czasem, technologia ta, rozwija się i pozwala maszynie w sposób niemal doskonały zsynchronizować się z ciałem człowieka. Dochodzi do tego, że możliwym staje się kontrolowanie procesów motorycznych całkowicie przy pomocy niewielkiego komputera umieszczonego w głowie. Koniec paraliżu ludzkiego ciała!- pisarz przerwał na chwilę aby wziąć oddech– Oczywiście tak jak każdy wynalazek, tak i ten znajduje inne, mroczniejsze zastosowanie. Wszelkiego rodzaju kapitaliści oraz przemysłowcy przyszłości, którzy borykają się z tym samym problemem co ich odpowiednicy w dowolnej innej epoce– nieprzewidywalnością poczynań wolnego człowieka– postanawiają zaadaptować ten wynalazek do swoich fabryk, stoczni czy laboratoriów. Pracownik, którego nie trzeba szkolić, obserwować, kontrolować. Wystarczy, że zgodzi się aby przez 10 godzin każdego dnia oddał swoje ciało do sterowania komputerowi.
– Przepraszam– wtrącił się Pan Draggi– ale czy w tak odległej przyszłości nie uda się skonstruować robota na tyle doskonałego aby wykonywał wszystkie te prace za człowieka? Bez konieczności zatrudniania, ryzyka zachorowań czy potrzeby odpoczynku.
– Oczywiście, że się uda– przytaknął entuzjastycznie Stanisław. Czekał na to pytanie– będzie on jednak znacznie bardziej potrzebny gdzie indziej– przerwał na chwilę z nadzieją, że padnie pytanie "gdzie?" albo jakaś inna wątpliwość. Nie był to jednak taki typ audytorium, słuchający wiedzieli że zaraz sam im wszystko opowie bez konieczności zadawania pytań.
– Wobec kurczących się zasobów ziemskich ludzkość będzie zmuszona sięgnąć w kosmos aby pozyskać ukryte tam surowce. To jest– jeżeli można się tak wyrazić– naturalne środowisko dla funkcjonowania i eksploatowania robotów. Kopalnie na orbitujących pasach asteroid, budowa kolonii i terraformacja planet. W tych miejscach i przy takich pracach mechaniczne i odporne na ciężkie warunki istoty, będą niezastąpione. Jest to jednak scenariusz na zupełnie inną historię. Istotne jest to, że istnieje zupełnie racjonalne i logiczne wytłumaczenie dla, że tak to ujmę– robotyzacji– ludzkości. Fabułę osadzoną w takiej rzeczywistości można łatwo uwiarygodnić realistyczną scenografią i dobrą grą aktorską. Można uniknąć tandetnych kostiumów i przerysowanych mechanicznych ruchów. To jest coś doskonalszego i odleglejszego niż sobie współcześnie wyobrażamy a jednocześnie znacznie łatwiejszego do przedstawienia. Z odpowiednim reżyserem będzie można przenieść widza do wiarygodnej wizji przyszłości.
– Rozumiem, że ma Pan zarys jakiejś konkretnej historii, osadzonej w tej przyszłości– dopytał gospodarz.
– Owszem– potwierdził Lem i zaczął opisywać zarys fabuły, nad którą pracowała w ostatnim czasie.
Był to dramat opisujący losy człowieka otoczonego przez wyręczające go urządzenia, który pomimo możliwości dostępu do wszystkich informacji wybiera tylko takie, które przynoszą mu ulgę w znoszeniu codzienności. Całe życie spędza unikając wyzwań i wysiłku, nie wykonując żadnej pracy, a jedynie wynajmując swoje ciało korporacji. Z czasem zaczyna przychodzić do niego refleksja, że większość otaczających go przedmiotów jest tak naprawdę narzędziami serwisowymi służącymi do utrzymania go w jak najlepszej formie i zdolności do wykonywania pracy przez jego ciało. Kiedy postanawia w końcu podzielić się tą refleksją ze swoją ukochaną, z przerażeniem orientuje się, że jest ona jedynie wynajętym ciałem sterowanym przez komputer. Zdruzgotany tymi odkryciami staje się niezdolny do dalszego podważania rzeczywistości. Przerażony myślą o tym co jeszcze jest kłamstwem przestaje kwestionować cokolwiek i zostaje doskonałym członkiem społeczeństwa przyszłości.
– Z przykrością muszę stwierdzić, że nie rozumie Pan świata kina– powiedział Draggi kiedy Lem zakończył swoją smutną opowieść– w hollywood tworzymy rozrywkę, dajemy ludziom radość i nadzieję. Pańska wizja jest strasznie– Draggi przez chwilę szukał właściwego słowa– przygnębiająca. Wielką zaletą kanonu science-fiction jest możliwość pokazania widzowi czegoś czego jeszcze nie widział. Maszyny przyszłości, roboty, latające samochody– tego oczekuje się od przyszłości. W innym wypadku widz dostanie rozczarowanie. To nie jest coś co chcielibyśmy sprzedawać. Pańska wizja, choć bardzo interesująca nie nadaje się na wielki ekran.
Draggi stał z rękoma założonymi na piersi i patrzył na Lame ze smutnym uśmiechem i miną która mówiła "trafił Pan na złe zajęcia– tu się wykłada biznes a nie filozofię".
– To przecież jedna z wielu możliwości wykorzystania tego świata– zaczął bronić się Stanisław. W jego głowie się kotłowało– chcą mnie tak po prostu zbyć?– Treść można wypełnić jakąś widowiskową akcją. Maszyny, latające samochody…– z nerwów zupełnie zapomniał o tej głupiej muszli i wyszedł na krok poza jej ramy.
Draggi natychmiast przyskoczył do niego i położył mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście.
– Proszę się nie denerwować– powiedział spokojnie– to po prostu nie jest kierunek, w którym chcemy iść. Rozumiemy, że jest to wizja, której rozwojowi poświęcił Pan wiele czasu, jednak nie podzielamy Pańskiego entuzjazmu– delikatnie zaczął podprowadzać Lema w stronę zawieszonych przy wyjściu ubrań– musimy zrezygnować z tej współpracy.
Lem ruchem ramienia strząsnął z siebie dłoń Draggiego
– Rozumiem Pana doskonale– przystanął na chwilę z płaszczem i kapeluszem w rękach. Spojrzał Draggiemu w oczy, wyglądał jakby naprawdę było mu przykro. Potem skierował swój wzrok na siedzących w cieniu mężczyzn. Jeden z nich odpalił właśnie papierosa rozświetlający na ułamek sekundy swoją twarz. Był bardzo stary, całkowicie blady i chyba nie miał brwi. Nie był pewny czy to to, ale coś wzbudziło w nim niepokój. Skłonił się sztywno w ich kierunku i szorstko powiedział
– Miło było Panów poznać– powiedział, po czym zwrócił się do Draggiego– Znam drogę do wyjście, nie ma potrzeby by mnie Pan odprowadzał. Do widzenia– wyszedł szybkim krokiem na korytarz.
Mijając recepcję całkowicie zapomniał o ślicznej recepcjonistce. Nawet jeśli by pamiętał, to zupełnie nie był w nastroju na flirt. Wściekły wypadł z budynku i odrazu odpalił papierosa, o którymy myślał już od jakiegoś czasu. Spojrzał na zachodzące chmurami niebo i skierował swe kroki w kierunku pobliskiego baru.
Tymczasem w pokoju numer cztery spotkanie trwało dalej.
– Ciekawy człowiek z tego pisarza– powiedział jeden z siedzących w fotelu mężczyzn– spraw, żeby porzucił ten pomysł. Lepiej żeby nic o tym nie pisał– skinął ręką na Pana Draggiego, który bez słowa wyszedł z pokoju i ruszył śladami Stanisława.
– Co na to powiecie towarzysze? Ta koncepcja ma chyba potencjał– kontynuował tajemniczy mężczyzna– Sprawdź co na to ci Twoi naukowcy Johan. O jakiej perspektywie czasu możemy myśleć. Wiem, że prace nad miniaturyzacją procesorów są już mocno zaawansowane.
– Oczywiście, że wiesz– odpowiedział szorstko Johan– wszędzie wciśniesz swoich ludzi. Jutro wracam do stanów, najdalej w środę będę w Nevadzie. Zobaczę co fartuchy mają do powiedzenia.
– Jeżeli miałoby się udać– wtrącił kolejny z obecnych– nie można ich do tego zmuszać. Na szczęście nasze dotychczasowe plany formowania społeczeństwa są całkiem…– zawiesił się na chwilę szukając odpowiedniego sformułowania– po drodze z tą ideą. Dobrze by było zwiększyć nacisk na normalizację… hmm.
– Kurewstwa– wtrącił pierwszy mężczyzna i zaśmiał się lekko– bawi mnie Twoja pruderyjność. Szczególnie w kontekście tego czym się zajmujesz. Zgadzam się jednak z Twoją opinią, sam wiesz najlepiej jak działać w tej materii… filmy, prasa– to Twoja działka. Nie masz nic do powiedzenia?– zwrócił się do milczącego do tej pory mężczyzny.
-Myślę– odpowiedział i milczał jeszcze przez chwilę– to ma potencjał– mówił, powoli układając sobie wszystko w głowie– jakby się udało, mogłoby to znacznie przyspieszyć cały proces– powiedział cicho, jakby do siebie– zbierzcie wszystkie niezbędne informacje– kontynuował głośniej i zdecydowanie– Marco– zwrócił się do mężczyzny od mediów– Ty możesz zacząć działać od razu. Demoralizacja jest nam raczej zawsze na rękę. Spotkajmy się znowu za sześć miesięcy, wtedy wszyscy powinniśmy wiedzieć więcej. Tymczasem kontynuujemy dotychczasowe działania.
I
SZANSA
– Przyszło coś Merry?– zapytał Mike w myślach
– Jak coś napiszą to od razu dam ci znać– odpowiedział dobrodusznie ciepły kobiecy głos w jego głowie– nie stresuj się tak, na pewno Cię wezmą, Twoje dzieła są świetne. Jak Ci nie dadzą tej pracy to są idiotami i zaraz zgłosi się po Ciebie ktoś inny.
-Dzięki– odpowiedział uśmiechając się lekko do siebie– naprawdę chciałbym dla nich pracować. Robią genialne immersy. Z resztą sama wiesz najlepiej jak ich lubię.
-To prawda– przytaknął głos– może sobie jakiś puścimy?
-Nie mogę. Wiesz, że muszę oszczędzać.
-Program dopłat kończy się dopiero w przyszłym miesiącu. Do tego czasu na pewno znajdziesz jakąś pracę.
– Oby– przytaknął chłopak– możemy puścić coś klasycznego. Widziałem, że mają "Przygodę" na promocji.
– Buuuu! Przeżywaliśmy to ze sto razy. A dokładnie sto osiemnaście razy– podsumowała z komputerową dokładnością
– Boże ile to kasy– pomyślał chłopak po cichu
– O czym myślisz– zapytała czujnie SI
– Sporo na to poszło– odpowiedział
– Nie myśl w ten sposób. Pomyśl lepiej do ilu rzeczy Cię to zainspirowało. Albo ile przykrych sytuacji pomogło Ci to przetrwać.
– Czasem oglądaliśmy z nudów– odpowiedział nieprzekonany
– Nudzić się – ludzka rzecz!- powiedziała z entuzjazmem Merry– zadręczanie się w niczym Ci nie pomoże. Wiesz, że negatywne myśli kierowane do siebie samego to jedno z trzech najgorszych zachowań człowieka? Gorszy jest tylko chroniczny stres i nieregularny sen– wyrecytowała.
– Hoho! Ale mądrala z Ciebie– droczył się chłopak– chyba wystarczy Ci na razie punktów wiedzy– zażartował.
– Wiedzy nigdy dość!- odpowiedziała złowieszczo i wyświetliła Mikeowi obraz szyderczo śmiejącego się Doktora Zło ze starego filmu "Austin Powers".
Chłopak z rozbawieniem parsknął śmiechem.
– To co?– zapytała tonem dziecka dopytującego rodzica o zgodę na wyjście z przyjaciółmi
– Przygoda!- zakrzyknął Mike stając z rękoma założonymi na biodrach niczym Piotruś Pan. Ruszył w stronę fotela deprywacyjnego stojącego w rogu pokoju, obok wielkiego okna.
Z 34 piętra bloku mieszkalnego widać było głównie ściany innych budynków i przelatujące nieustannie drony. Czasem, w słoneczny dzień, kiedy stanęło się pod odpowiednim kątem, można było wyłapać trochę promieni słonecznych przebijających się z pomiędzy wieżowców. Przez resztę czasu musiały wystarczyć lampy UV. W gęsto zabudowanym i mocno zacienionym mieście witamina D była w ciągłym niedoborze.
Podszedł do fotela i z półki obok wziął chusteczkę nasączoną alkoholem, którą przetarł port indukcyjny umieszczony w nim na wysokości szyi. Potem tą samą chusteczką przetarł sobie kark i ułożył się w wygodnej pozycji rzucając śmieć na podłogę obok siebie. Po chwili usłyszał nadjeżdżający odkurzacz, który został poinformowany przez zintegrowany system inteligentnego mieszkania o nowym zanieczyszczeniu.
-Odpalaj– powiedział w myślach.
Przed jego oczami wyświetlił się interfejs z biblioteką imersów firmy RealExpirience. Merry przewinęła kilkadziesiąt pozycji i zatrzymała się na miniaturce przedstawiającej Piotrusia Pana z grupą Zagubionych Chłopców nad którymi widniał napis "PRZYGODA". W dolnym prawym rogu wyświetlony był czas trwania immersa– 6m, a po prawej stronie krzykliwy napis "PROMOCJA 40%", ważne do 21.07 i cena– 60 coinów. Merry wcisnęła start. Oczy Mikea zaszły mrokiem, fotel podgrzał się nieco dostosowując się do temperatury jego ciała, a port indukcyjny zaczął przyjemnie wibrować. Minęło około 40 sekund zanim przestał zupełnie czuć jakiekolwiek bodźce ze świata zewnętrznego.
W końcu jego oczom ukazało się bezkresne niebo, lekki przyjemnie ciepły wiatr wiał mu w plecy a w oddali z nad wody wschodziło słońce. Wisiał swobodnie w powietrzu, około 100 metrów pod jego stopami znajdowała się Nibylandia. Piotruś Pan, w którego się wcielił rozpoczął lot w kierunku południowej części wyspy gdzie znajdowała się baza Chłopców. Kiedy zaczął pikować w stronę gęstego dębowego gaju, żołądek przyjemnie podszedł mu pod gardło a towarzyszące mu od początku poczucie radości zaczęło przybierać silniejszą postać-euforii.
Kiedy znajdował się tuż nad drzewami i delikatnie muskał torsem ich korony, złożył ręce do ust i zapiał z całych sił jak kogut. Wypuścił z płuc tyle powietrza, że wzrok mu się lekko zamroczył a w kącikach oczu pojawiły się łzy. Było to niezwykle oczyszczające uczucie. Jego krzyk wzbudził poruszenie w całym lesie. Zewsząd dobiegały głosy nawołujących się dzieci. Jedni udawali indiańskie okrzyki, drudzy kowbojskie zawołania, a jeszcze inni krzyczeli i ryczeli jak dzikie zwierzęta. A on cały czas leciał zbliżając się do skraju lasu.
Kiedy dolatywał już do pobliskiego stepu jego uszu zaczął dochodzić tętent niezliczonych kopyt.
Wyleciał lekko nad puste pole porośnięte jedynie nielicznymi karłowatymi drzewami i krzewami. Przystanął na chwilę i odwrócił się aby spojrzeć na linię drzew która stała dumnie niczym mur strzegący niezdobytego terytorium Zagubionych Chłopców. Po chwili z pomiędzy dębów zaczęli wyjeżdżać pierwsi z jego towarzyszy. Niektórzy ujeżdżali dzikie świnie inni pędzili na wielkich psach, byli nawet tacy którzy dosiadali dużych i wcale nie wolnych żółwi lądowych. Kiedy już cała gromada wypadła na polanę i patrzyła na Piotrusia wiszącego w powietrzu w swojej ulubionej pozie, ten zaczął przemówienie.
– Nieustraszeni Chłopcy!- krzyknął, a jego głos mocno i wyraźnie poniósł się po całej okolicy– dzielni obrońcy Nibylandi! Posłuchajcie co mam wam do powiedzenia!- chłopcy stali w bezruchu wpatrzeni w niego jak w bożyszcze. Przepełniała go pewność siebie. Tylko jakaś świnia chrumknęła tu i ówdzie– dzisiaj nadszedł dzień sądu i kres tyrani okrutnego Kapitana Haka! Odpłacimy mu po tysiąckroć za każdego porwanego Chłopca! Każde spalone drzewo! Wszystkie zniszczone bazy! I odbijemy naszą przyjaciółkę! Za Wendy!- kiedy wypowiedział ostatnie słowa uniósł zaciśniętą pięść do góry w bojowym geście.
Przyjaciele odpowiedzieli mu głośnymi okrzykami potrząsając nad głowami uniesionymi procami, dzidami i drewnianymi pałkami.
-Za mną– krzyknął Piotruś i zrobił w powietrzu niewielką pętlę obracając się przez plecy, po czym pofrunął w kierunku odległego brzegu z wyciągniętymi przed siebie rękoma.
Pod spodem armia kilkudziesięciu Zagubionych Chłopców galopowała na swoich "wierzchowcach" wznosząc co chwila bojowe okrzyki i wzbijając tumany kurzu. Jego ciało wypełniała adrenalina pompowana przez oszalałe z podniecenia serce. Radość i ekscytacja nadchodzących wydarzeń wypełniała go całkowicie. Miał wrażenie, że zaraz osiągnie coś wielkiego i zmieni losy świata. Kiedy zaczął widzieć na horyzoncie, wyłaniające się zza klifu maszty statku piratów, wizja urwała się brutalnie.
Nagle znalazł się w całkowitych ciemnościach, a niski przeszywający głos lektora powiedział: – Z NAMI CZEKA CIĘ WIĘCEJ– jego oczom ukazało się logo RealExpirience.
Leżał w bezruchu, wyciągnięty w swoim fotelu deprywacyjnym. Wibracje portu indukcyjnego wyciszały się powoli, a zmysły wracały sprowadzając go do rzeczywistości. Najpierw w jego nozdrza uderzył zapach lekko zatęchłego mieszkania, najstarsze z brudnych naczyń zgromadzonych w różnych kątach, zaczęły wytwarzać własne ekosystemy o nieprzyjemnym zapachu pleśni. Kwaśna woń potu, której nie zauważał wcześniej, stała się nieznośnie odczuwalna po resecie zmysłów. Lekkie, ciepłe światło lampy ukłuło go bezlitośnie w oczy.
-Przygaś– pomyślał z rozdrażnieniem. W pokoju od razu zapanował mrok. Męcząca suchość w ustach zmusiła go do zamknięcia lekko rozchylonych warg, które nawilżył powolnymi ruchami języka. Z trudem podniósł przyklejoną do podłokietnika rękę, aby zetrzeć resztki śliny z mokrego policzka, po czym opuścił ją bezwładnie spowrotem na miejsce.
Kiedyś, wcale nie tak dawno temu, kiedy jedną z najpopularniejszych rozrywek człowieka było picie alkoholu, anglosasi ukuli termin "hangover" określający stan, w którym znajdował się człowiek, następnego dnia po nadmiernym jego spożyciu. Ponoć wzięło się to od Londyńskich przechowalni dla upojonych amatorów nocnych zabaw, w których z powodu braku wystarczającego miejsca rozwieszano sznury przez które mogli się przewiesić pijani do nieprzytomności ludzie i w tej pozycji doczekać następnego dnia. Stan, w którym znajdował się obecnie Mike z podobnych przyczyn nazywano "lieover". Jego niemoc nie była związana z dysfunkcją organizmu, jak w przypadku zatrucia alkoholowego, brak chęci poruszenia się wynikał z poczucia beznadziei i zawodu jaki wywoływała świadomość własnego losu, dużo bardziej nudnego, zwykłego, żałosnego i absurdalnie mniej prawdziwego od tego, który właśnie przeżyło się w immersie.
Tak naprawdę istniała jedna skuteczna metoda na wyrwanie się z tego letargu– działanie. Tylko poczucie sprawczości mogło wyrwać go z ponurego "leiover". W innym wypadku czekały go godziny leżenia w fotelu przepełnione destrukcyjnymi myślami i bezsensownym przeglądaniem sieci.
Mike wziął głęboki oddech i gwałtownym ruchem poderwał się i usiadł na boku fotela, który swoją budową przypominał te używane w gabinetach stomatologicznych. Złożył twarz w dłoniach i oddychał głęboko jeszcze przez chwilę. Kiedy w końcu zebrał się w sobie wstał i poszedł wziąć prysznic. Najłatwiej odzyskać kontrolę i poczucie sprawczości od małych rzeczy. Sprzątanie to klasyk, niezawodne porządkowanie swojego małego świata, które daje zasłużony zastrzyk dopaminy. Nie pamiętał kiedy ostatnio sprzątał, nie dlatego że był bałaganiarzem, tylko dlatego, że w tych czasach mało kto robił to sam. Berni– humanoidalny robot sprzątający, obsługujący jego pion bloku mieszkalnego, był od dwóch tygodni w serwisie, co wcale nie było rzadkością. Chłopak zazwyczaj czekał aż wróci z naprawy i posprząta to co nagromadziło się przez cały okres awarii. Standardowo trwało to mniej niż tydzień, ale teraz musiało stać się coś poważniejszego. Na całe szczęście odkurzacz działał, więc podłogi miał z głowy.
– Merry– powiedział na głos
– Tak Mike?– odpowiedział głos wydobywający się z domowego systemu audio
– Puść jakąś playliste… coś do działania
– Nowy album Free People?– dopytała
– Może być, ale dorzuć też trochę klasyki. Zacznij od Dooms Day.
Z głośników poleciała energiczna muzyka. Mike wcisnął przycisk na panelu sterowania mieszkaniem i wprawił odkurzacz w tryb działania. Ze stacji dokującej umieszczonej w szafie na buty wyjechał sześcienny robot z przegubowym ramieniem do chwytania większych przedmiotów umieszczonym u swojego grzbietu. Mike spojrzał na niego jak na zwierzaka domowego i przymilnym głosem powiedział.
– Zaraz będziesz miał wyżerkę.
W miarę porządkowania mieszkania Miek odzyskiwał szacunek do samego siebie. Był z siebie dumny bo potrafił zmusić się do takiego wysiłku, co wcale nie było normą, szczególnie wśród ludzi z jego pokolenia. Oprócz popularnych w niektórych kręgach ćwiczeń fizycznych poprawiających sylwetkę, podejmowanie wysiłku było świadectwem biedy i zacofania. Co innego kiedy było się BL-em, ale to był raczej temat tabu. Po niecałych 2 godzinach sprzątania, z satysfakcją mógł spojrzeć na swoje dzieło.
Na półkach leżały poukładane nieliczne książki, magazyny i albumy, które stanowiły bardziej retro gadżet niż źródło wiedzy czy inspiracji. W wąskiej gablotce w rogu pokoju leżały przetarte z kurzu figurki kolekcjonerskie, które Mike zbierał jako nastolatek. Czasem patrzył na nie jak na relikt minionych lat, wspominając lepsze beztroskie dni. Naczynia zniknęły ze stołu i nocnej szafki zapakowane do zmywarki. Mike z grubsza powtarzał to co zazwyczaj robił u niego Berni. Podjął się nawet umycia okien czego chyba nie robił nigdy w swoim życiu. Było z resztą widać tego efekty, okna były pełne smug i wyglądały jeszcze gorzej niż przed zabiegiem.
– To musi poczekać na profesjonalistę– stwierdził przywołując w myślach Berniego.
Kiedy zabierał się za ich czyszczenie, nie spodziewał się że będzie to tak męczące. Po "umyciu" trzeciego okna barki zaczęły boleć go nieznośnie. Pomimo tej niewielkiej porażki, był zadowolon z ogólnego efektu swojej pracy. Czuł satysfakcję i sprawczość, której tak desperacko poszukiwał.
– To może nadać się do matrycy– pomyślał.
W czasie swoich studiów na Akademii Sztuk Pięknych, podczas zajęć z tworzenia immersów, profesor Trawenlly nauczyła ich zwracać szczególną uwagę na przeżywane emocje. Były one fundamentem każdego immersa– matrycy emocjonalnej. Wskoczył z powrotem na opuszczony niedawno fotel deprywacyjny i myślami odpalił program do tworzenia immersów.
– Juhu! Działamy– zakrzyknęła podekscytowana Merry
– Nie rozpraszaj mnie proszę– uciszył ją krótko Mike.
Merry wyświetliła gifa z uśmiechniętą szelmowsko dziewczynką zamykającą sobie usta niby zamkiem błyskawicznym i wycofała się z jego głowy. Fotel deprywacyjny wprowadził go ponownie w stan zupełnego odcięcia od rzeczywistości. Jednak tym razem został sam na sam z własnymi myślami i emocjami w całkowitej ciemności. Skupił się nad tym co odczuwał– myślał jak sam, własnym wysiłkiem zmienił swoje otoczenie i jaką przyjemność mu to sprawiło. Przywołał wspomnienie pokoju sprzed 2 godzin i z satysfakcją stwierdził, że to już nie prawda– dzięki niemu. Mógł czekać, aż zrobi to za niego ktoś inny, ale postanowił zrobić to sam. Nakręcał się takimi myślami potęgując i uwydatniając swoje emocje. Neuroczip w głowie sczytywał jego stan bio-chemiczno-neurotyczny i zapisywał go na tworzonej właśnie matrycy emocjonalnej. Dzięki temu zapisowi inny użytkownik fotela deprywacyjnego, mógł zostać wprowadzony w tożsamy stan emocjonalny. Głównie przy pomocy wibracji portu indukcyjnego oraz manipulacji indywidualnego neuroczipa. Wyświetlana równocześnie z takimi emocjami wirtualna rzeczywistość tworzyła immersa. Mike miał całą bibliotekę matryc emocjonalnych, do której co jakiś czas dodawał nowe zapisy. W zasadzie to nie były to w większości matryce, tylko raczej ogniwa matrycy– pojedyncze emocje zapisane cyfrowo, które dopiero po połączeniu ich z innymi emocjami w odpowiedniej sekwencji, tworzyły właściwą matrycę emocjonalną. Kiedyś był w tym naprawdę dobry– przynajmniej tak mu się wydawało– dlatego poszedł na ASP. Od dziecka miał bujne i bardzo intensywne sny, które były dla niego głównym źródłem inspiracji i kopalnią niesamowitych przeżyć. Pamiętał pierwszy immers– po którym wszyscy wróżyli mu karierę– był to obraz swobodnego lotu w chmurach. Dzięki emocjom jakie zapamiętał z jednego ze swoich snów o lataniu, udało mu się bardzo realistycznie oddać stan lewitacji, pod który wygenerował VR przy pomocy sztucznej inteligencji. Zdołał nawet zarobić na nim trochę coinów, bo udostępnił go za niewielką opłatą na serwisie CherryMers gdzie przez 2 tygodnie był w pierwszych 5000 najczęściej przeżywanych immersów.
Niestety z wiekiem jego sny stały się mniej intensywne i miał coraz większe problemy z ich zapamiętaniem. Na studiach był okres, w którym dręczyło go wiele koszmarów co wykorzystał do stworzenia kilku horrorów. Jednak dzieła tego typu mają bardzo ograniczoną grupę odbiorców, którzy zazwyczaj oczekują przełamania barier, których Mike nie chciał przełamywać.
– Mike– powiedział pełen napięcia i podekscytowania głos Merry w jego głowie
– Tak?– zapytał ożywiony.
Wyczuł od razu w głosie compa, że coś się stało.
– Napisali– odpowiedziała SI i zawiesiła głos.
– RealExpirience?– dopytał chłopak podrywając się z fotela.
Zakręciło mu się w głowie a serce podeszło do gardła. Uderzyła go fala galopujących myśli, a żołądek przybrał rozmiary orzecha włoskiego. Teraz się wszystko okaże.
– Tak– potwierdziła Merry– napisali jakieś 3 min temu jak tworzyłeś matrycę. Nie chciałam Ci przerywać. Mikeowi kręciło się w głowie. Bał się piekielnie treści tej wiadomości. Chyba wolałby na nią czekać w nieskończoność. Zaraz wszystko się okaże: czy naprawdę jest w nim jakiś potencjał? czy inni to dostrzegą? czy żył złudzeniami, wiecznie z głową w chmurach? Do tej pory mógł się przynajmniej łudzić– teraz się dowie.
– Nie otwieraj– powiedział szybko do Merry.
Chciał dać sobie jeszcze kilka chwil tego stanu zawieszenia. Stanął na nogi i zaczął spacerować po posprzątanym mieszkaniu. Czas pędził nieubłaganie starając się nadążyć za szalonym tempem myśli przelatujących przez głowę Mikea.
– Najwyżej zostanę BLem– uspokajał się w myśl maksymy– miej nadzieję na najlepsze, szykuj się na najgorsze.
– Sprawdź mi oferty Body Lordów– poprosił chłopak
– Co?– prawie krzyknęła Merry z niedowierzaniem– nie chcesz nawet spojrzeć?
– Zaraz– odpowiedział ostro– zrób o co Cię proszę– dodał łagodniej.
Merry zaczęła przeszukiwać bazy ofert wynajmu ciał. Sprawdzała wszystkie największe korporacje które się tym zajmowały, wszystkie rekrutowały. BLów nigdy dość.
– Przygotowałam Ci zestawienie najciekawszych ofert z naszego miasta– wyświetliła ułożoną w 20 sekund tabelę przedstawiającą obecne zapotrzebowanie rynku.
Znajdowały się w niej cztery pozycje:
Nazwa firmy, stanowisko, tryb godzinowy, widełki płacy.
SilverRock– obsługa maszyn, urobek kosmiczny– 4,6,8,10h– 2000-6500 coinów
SilverRock– obsługa maszyn, wyloty– 4,6,8,10h– 2000-6000 coinów
SilverRock– obsługa maszyn, konserwacja– 4,6,8,10h– 2000-6000 coinów
Uber– konserwacja mechaniczna– 4,6,8,10h– 2000-6000 coinów
Uber– detailing– 4,6,8,10h– 2000-6000 coinów
Enter– konserwacja serwerów– 4,6,8,10,12h– 2000-6800 coinów
Enter– p.p. deweloper rozrywki– 4,6,8h– 2000-7500 coinów
McDonalds– obsługa klienta– 4,6,8h– 2000-4800 coinów
McDonalds– produkcja– 4,6,8,10,12h– 2000-6000 coinów
…
Lista ciągnęła się jeszcze przez kilkadziesiąt pozycji. Było w czym wybierać.
– Co oznacza p.p. przy Enter?– zapytał Mike
– Program pilotażowy– odpowiedziała Merry
– Ciekawe– podsumował.
Nie widział wcześniej takiej pozycji. Troche uspokojony posiadaniem alternatywy dla swoich marzeń zdecydował się na krok w nieznane.
– Otwieraj– zarządził
Merry z gwizdem wypuściła powietrze z wirtualnych płuc dodając napięcia całej sytuacji. Oczom Mikea ukazał się formalny list informujący o statusie rekrutacji.
Nadawca: HR RealExpirience Odbiorca: Mike Hope, IN. 0712410616
Sz. P. Mike Hope, z przyjemnością informujemy, że zakwalifikował się Pan do kolejnego etapu rekrutacj na pozycję Deweloper Matryc w firmie RealExpirience.
Po przeczytaniu tych słów krew odeszła z twarzy chłopaka. Zawroty głowy i nogi z waty zmusiły go do przycupnięcia na podłodze. Siedział oparty plecami o podstawę fotela deprywacyjnego i czytał dalszy ciąg wiadomości.
W kolejnym etapie będzie Pan musiał stworzyć Matrycę Emocjonalną do załączonego do tej wiadomości VRa. Wymagany format zapisu to RTE. Gotowy plik proszę przesłać pod indywidualny adres rehr0616@hrreralexpirience.com. Link będzie aktywny przez 24h od otrzymania niniejszej wiadomości, po tym okresie przesłanie pliku będzie niemożliwe. Życzymy powodzenia, zespół HR RealExpirience.
Mike spojrzał na załączony plik VR opisany jako "SPARTACUS". Wstał, przetarł kark i port indukcyjny, po czym wskoczył na fotel.
– Odpalaj– powiedział krótko
Wibracje uśpiły zmysły ciała, a Mikeowi ukazała się plansza informująca o ochronie praw autorskich i zakazie kopiowania oraz przesyłania wyświetlanych treści.
W następnej chwili został przeniesiony do długiego wąskiego korytarza.
W pomieszczeniu pachniało potem, krwią i ludzkimi odchodami. Rozejrzał się wokół wzrokiem ograniczonym przez wielki naramiennik, który miał założony na lewym barku. Siedzieli ciasno stłoczeni, na drewnianych ławach ustawionych wzdłuż pomieszczenia, ich ramiona i kolana stykały się co chwilę, przyklejając i odklejając od siebie. Z zewnątrz dochodziła wrzawa szalejącego tłumu, tętęt tysięcy przechodzących stup rozchodził się z hukiem w powietrzu. Z drgającego sufitu co jakiś czas odrywały się fragmenty zaprawy spadając drobnymi fragmentami na ich głowy i podłogę. Gęste powietrze zapychało płuca i nozdrza zmuszając niektórych do kaszlu.
– Stres, napięcie, dezorientacja– pomyślał Mike do Merry, która znała drill i robiła notatki zaznaczając uwagi chłopaka na osi czasu VRa.
Nagle rozległ się dźwięk otwieranych gwałtownie drzwi.
– Gladiatorzy!- krzyknął wielki mężczyzna, który wszedł do tunelu.
Na jego twarzy malował się brzydki uśmiech, kogoś kto czerpał przyjemność ze swojej wątpliwej moralnie pracy. Był ubrany w tunikę na którą nałożył pikowaną, skórzaną zbroję. Biodra opinał gruby pas z bydlęcej skóry z którego zwisały pionowe wstęgi tworzące ochronną spódnicę. Głowę miał przewiązaną brudnym bandażem, o brudnoszrym kolorze, na stopach natomiast nosił przywiązane rzemykami sandały. W prawej dłoni trzymał metrową rózgę, którą wymachiwał przed sobą uderzając o ściany nad głowami siedzących.
– Napięcie rośnie, trochę strachu i niepewności– dodawał kolejne emocje do notatek. Źrenice pod jego powiekami szalały, kiedy zupełnie wiotkie ciało leżało w fotelu na 34 ptętrze.
– Dziś czeka was wielkie wyróżnienie– zaczął przemowę łysy dryblas– zapewne największe w waszym zaplutym, krótkim życiu– dodał szczerząc szczerbate uzębienie
– Na trybunach zasiada sam cesarz Komodus Wspaniały. I jest gotów wynagrodzić mnie– mówiąc to uderzył się kciukiem w pierś– za wasze poświęcenie– ogarnął dłonią salę pełną przerażonych ludzi.
Dlatego tego, który zginie w najbardziej widowiskowy sposób, czeka wspaniała nagroda– umilkł na chwilę aby dodać przygotowanej wcześniej przemowie– zostanie pożegnany zgodnie ze swoim obrządkiem!- wykrzyczał, po czym beznamiętnie dodał– Truchła reszty zeżrą psy– po tych słowach wybuchnął szczerym śmiechem, parskając śliną na siedzącego obok Mikea.
– Strach, stres, przerażenie– Merry notowała każdą myśl
– Powstańcie!- krzyknął unosząc ręce– wybierzcie swój oręż i idźcie stawić czoła śmierci. Zgromadzeni gladiatorzy zaczęli wstawać. Postać w którą wcielił się Mike spojrzała na siebie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest kobietą. Klatkę piersiową miał ciasno owiniętą bandażami które opinały obfity bius, ciążący mu nienaturalnie. Dolna część ciała była chroniona jedynie przez skórzany pas i płócienną spódnicę. Gołe, umięśnione nogi kończyły się bosymi stopami twardo stojącymi na ziemi. Podszedł to stanowiska umieszczonego na środku korytarza i wziął z niego sieć i trójząb. Następnie stanął w kolejce gotowych do wyjścia na spotkanie z nieznanym wojowników. Wielkie drzwi frontowe rozwarły się i światło słoneczne oślepiło go na chwilę. Ryk widowni stał się jeszcze głośniejszy.
– Po chwałę!- krzyknął kolos tuż za jego plecami i kopniakiem zmusił go do wyjścia na arenę. Mike wypadł na wielki plac w towarzystwie kilkunastu innych gladiatorów.
– Mniej strachu, dezorientacja, głównie stres i adrenalina– notatki rosły z każdą kolejną sceną
Pod jego stopami chrzęścił ciepły piach. Towarzyszący mu muskularny mężczyzna, uzbrojony jak grecki hoplita, padł z jękiem na ziemię. Z jego torsu sterczała drewniana włócznia.
- Przerażenie, lęk o życie i determinacja– chłopak analizował sytuację.
Postać Mikea ruszyła w lewą stronę wzdłuż okalających arenę trybun.
– Zabij! Użyj miecza! Uważaj!- życzliwe rady sypały się ze strony rozszalałego tłumu.
– Dużo adrenaliny, sportowa ekscytacja, napięcie i skupienie– cały czas dodawał swoje obserwacje
Gladiatorka lekkim biegiem zbliżała się do grupy rzymskich legionistów, którzy musieli być ich przeciwnikami.
Flankując nieprzyjaciół od lewej strony zmusiła trzech z nich do oderwania się od głównej formacji, szykującej się na frontalny atak jej drużyny. Kiedy w końcu zbliżyli się do niej na odległość 30 kroków, postać Mikea przystanęła i wbiła trójząb w piach obok siebie po czym zaczęła kręcić siecią nad swoją głową.
- Napięcie, ryzyko, uczucie stania nad krawędzią– skrótowo opisywał emocje, które według niego najbardziej pasowały do tej sytuacji
Na ten widok atakujący rozdzielili się i zaczęli podbiegać do niego od trzech stron. Markując rzut na środkowego napastnika zarzucił siatkę na tego najbardziej po swojej lewej stronie, chwycił trójząb i od razu puścił się pędem w jego stronę. Dopadł do zaatakowanego wroga prawie równocześnie z rzuconą siecią. Chwycił za jej oczka i szarpnął mocno obalają zaplątanego w rzemyki Rzymianina. Wyjął zza pasa długi sztylet i przygwoździł nim sieć do ziemi unieruchamiając ofiarę. Następnie skrył się za starającym się uwolnić przeciwnikiem.
– Satysfakcja, stres, oczekiwanie w napięciu– na spokojnym ciele chłopaka zaczęły pojawiać się niewielkie kropelki potu.
Pozostała dwójka dobiegała do niego z morderczymi zamiarami. Gladiatorka kopnęła szamoczącego się przed nią Rzymianina tak, że ten wpadł na przeciwnika biegnącego po lewej stronie wytrącając go z równowagi. Dało to zwinnej gladiatorce chwilę sam na sam z trzecim napastnikiem. Nie przepuściła tej okazji. Szybkim uderzeniem tyłem trójzębu w górę jego tarczy, sprowokowała go do podniesienia gardy. Gotowa na ten ruch przykucnęła zawczasu i pchnęła orężem z całych sił trafiając w jego pachwinę udową. Gwałtownym szarpnięciem wyrwał broń i natychmiast stanęła w pozycji bojowej frontem do kolejnego napastnika.
- Łooooo!- pomyślał Mike wybity z profesjonalnego, analitycznego myślenie– ta sekwencja była zajebista!- Radość, duma, pewność siebie– otrząsnął się i zaczął dodawać kolejne emocje
Pierwszy z przeciwników cały czas zmagał się z konopną siecią a drugi biegł już w jej stronę. Gladiatorka zmieniła chwyt i rzuciła trójzębem jak oszczepem w szarżującego wojownika. Broń ześlizgnęła się po tarczy którą zasłonił się w odruchu obronnym. Niestety dla niego, wiązało się to ze spuszczeniem zwinnej wojowniczki z oczu. Wykorzystując tą okoliczność, kobieta, przeturlała się w stronę bezradnego, ciągle zaplątanego w sieć Rzymianina i wyrwała z ziemi wbity tam wcześniej sztylet.
– Adrenalina!- krzyknął w myślach zupełnie pochłonięty VRem
Obróciła się i skoczyła szczupakiem w stronę rozglądającego się przeciwnika, skutecznie atakując jego ścięgna tuż pod łydkami. Padł z krzykiem na ziemię puszczając oręż.
– Ulga, satysfakcja– lista rosła
Gladiatorka wstała, podniosła jego tarczę i uderzyła leżącego na ziemi i zwijającego się z bólu wroga okutą brązem krawędzią w twarz. Chrupnęło. Jednym ruchem złamała mu nos i pozbawiła przytomności. Potem spokojnie podeszła do ostatniego z nich, który już prawie zdołał się uwolnić z jej sznurkowej pułapki i kopnęła go z impetem w brzuch. Rzymianin zgiął się wpół i łapiąc utracony dech padł na brudny od krwi piach. Gladiatorka podeszła i przycisnęła go gołą stopą do ziemi przykładając trójząb pod nos.
– Spokój, pewność siebie, siła i sprawczość– przez chwile przeszło mu przez głowę użycie stworzonego chwilę wcześniej ogniwa, ale szybko uznał, że jest za słabe na tę okoliczność.
– Nie wierzgaj się– powiedziała sykliwie– może cesarz będzie dzisiaj łaskawy dla swoich żołnierzyków.
– Dokładnie!- pomyślał z satysfakcją Mike, bo czuł, że trafił z emocjami– Zwycięstwo, pewność siebie, skuteczność
Ciało wroga zwiotczało pod jej stopą bezwładnie, przekonane tą wyrafinowaną perswazją. Postać chłopaka rozejrzała się dookoła. Jego towarzysze zwyciężali nad resztką niedobitków wroga a z trybun dobiegał jeden wielki wrzask.
– Dominacja! Euforia! Chwała!- spuentował wyczyny niezwyciężonej gladiatorki
Wizja zgasła.
– Masz to?– zapytał Mike wybudzony z cyfrowej wizji. Leżał wygodnie w fotelu i pocierał twarz rękoma.
Sam VR to było coś zupełnie innego niż immers, nie sprawiał że Mike był tak zblazowany i oderwany od rzeczywistości. Co nie zmienia faktu, że jego zmysły na chwilę opuścił mieszkanie na 34 piętrze i przeniosły się gdzieś do starożytnego Rzymu. To zawsze sprawiało pewien dyskomfort, jednak znacznie mniejszy w porównaniu do lieover.
– Mam wszystko– zameldowała Merry– ale akcja co?!- dodała z podnieceniem
Mike na potwierdzenie, tylko głośno wypuścił powietrze z płuc.
– Trzeba będzie zmienić początkowe zapisy– powiedział– nasza gladiatorka jest zbyt doświadczona, żeby się bać jakiegoś półgłówka z kijkiem.
– Racja– przytaknęła Merry– może znudzenie będzie lepiej pasować– podsunęła
– Bez przesady– wzdrygnął się– Bardziej irytacja i złość– zaproponował, po czym dodał– chociaż ta gadka o efektownym umieraniu mogła ją rozbawić– Mike uśmiechnął się do siebie.
Pomimo późnej godziny chłopak zabrał się do pracy. Nie miał czasu do tracenia– godziny mijały, a było ich tylko 24. Do nocy przeglądał swoją bibliotekę z ogniwami emocjonalnymi poszukując najlepiej pasujących do jego wizji przeżyć bohaterki. Każdy plik opisany daną emocją skrywał dziesiątki a czasem nawet setki wariacji jej przeżywania, których kiedyś on sam doświadczył i je zapisał. Gdy o 4 nad ranem puścił sobie tworzonego immersa był jako tako zadowolony jedynie z sekwencji początkowej. Po dodaniu przez niego warstwy emocjonalnej wychodziło się z tunelu nabuzowanym i pewnym siebie, jak stary wyjadacz, który po raz kolejny idzie zrobić swoją robotę. To znacznie bardziej rezonowało z tym co działo się potem na arenie niż strach i dezorientacja. Niestety sama scena walki i przebywania na arenie była według Mikea płytka i zupełnie nie oddawała tego co chciał osiągnąć. Kiedy w końcu przypadkowo podłożył poczucie zadowolenia po zjedzeniu pysznego posiłku zamiast planowanej radości, którą zapisał kiedyś po wygranej rozgrywce w grze FPS stwierdził, że na razie już wystarczy. Ciągłe przeżywanie różnych skrajnych emocji wykończyło go psychicznie i sam już nie był pewien co czuje. Chociaż obawiał się, że dzisiaj nie zdoła zasnąć to nie zauważył kiedy odleciał siedząc ciągle w fotelu deprywacyjnym. – Mike– cichym ciepłym głosem Merry wybudzała go ze snu. Kiedyś ludzie budzili się na dźwięk ustawionego przez siebie wcześniej alarmu. Na szczęście już od dawna ta brutalna metoda wyszła z użytku. Dzięki sensorom i licznym statystykom zebranym przez neuroczip można było wybudzić człowieka w najbardziej optymalnym momencie, nie ryzykując wyrwania go z głębokiego snu.
– Ile spałem?– zapytał zachrypniętym głosem
– 4 godziny i 22 minuty– odpowiedziała SI– szkoda, że nie położyłeś się do łóżka. Jakość snu byłaby o 20% lepsza– dodała
– Sam nie wiem kiedy zasnąłem– usprawiedliwiał się chłopak– zrób kawę, muszę wracać do pracy-powiedział zaspanym głosem po czym zapytał– Ile czasu zostało do zamknięcia łącza?
– 11 godzin, 41 minut i 33 sekundy.
Mike wstał z fotela i przeciągnął się, po czym skierował swoje kroki do aneksu kuchennego, który znajdował się na skraju głównego pokoju. Zapach kawy przyjemnie uderzył go w nozdrza. Chociaż istniały lepsze metody na rozbudzenie się– jak na przykład impuls z neuroczipa stymulujący odpowiednie ośrodki nerwowe, to Mike wolał rytuał picia kawy. Miał wrażenie, że wybudzenie choć powolne to jest zdecydowanie bardziej dogłębne. Myśli spokojnie układały się na swoich miejscach a ciepły płyn przyjemnie rozbudzał organizm.
– Odtwórz mi VR– poprosił
– Się robi– Merry zasalutowała jakąś postacią z nieznanego Mikeowi anime
Chłopak siedział przy kuchennym stole z kubkiem gorącej czarnej kawy w ręku a w odległości około 1,5 metra przed nim SI wyświetliła "spartacusa". W jego uszach rozbrzmiał doskonale znany Mikeowi dźwięk z początku VR.
– Wycisz i zostaw sam obraz, proszę
Merry wykonała polecenie bez komentarza. Nie siedząc w fotelu deprywacyjnym nie mógł odczuwać doznań fizycznych tamtego świata, pozwalało mu to jednak skupić się tylko i wyłącznie na obrazie. Czasem pomagało to dostrzec jakiś detal, lepiej zrozumieć punkt widzenia postaci, bo nie było się rozproszonym innymi bodźcami. Spokojnie popijając kawę Mike analizował VRa klatka po klatce, szukając czegoś co pomoże mu stworzyć lepszą matrycę. Jedyne co nowego dostrzegł to to, że wszyscy wojownicy z jego drużyny są ubrani w różnym stylu.
– Wiesz co może oznaczać takie uzbrojenie walczących?– zapytał
– Hmmmm– zaczęła Merry. Był to stary trik SI, która dawała sobie czas na przeszukanie dostępnych baz danych– widzę w Twojej drużynie przedstawicieli różnych typów gladiatorów. Ty chyba jesteś Retiarius, ale są też Bestiarius– walczący włócznią, Samnis– z wielką tarczą i krótkim mieczem i inni stylizowani na żołnierzy podbitych przez Rzym armii. – Merry kolejno wyświetlała grafiki przedstawiające omawiane typy wojowników.
-Fakt, że walczycie z jednolicie uzbrojoną jednostką, na modłę Rzymskiego legionu, może oznaczać symboliczną inscenizację walki Imperium ze wszystkimi sąsiadami.– kontynuowała wykład– Takie spektakle były całkiem popularne w tym okresie– podsumowała
Mikea rozbawiła myśl, że po tysiącach lat człowiek przeżywa tę samą rozrywkę, tylko z innej perspektywy.
– Ludzie się nigdy nie zmieniają– pomyślał smutno do Merry
– Za to technologia się zmienia– odpowiedziała, chyba chcąc go pocieszyć.
Ta myśl wpędziła go jednak w bardziej depresyjne rozmyślania o sensie istnienia ludzkości.
– Może jesteśmy tylko po to żeby stworzyć coś co nas zastąpi– zadręczał się w myślach.
– Ziemia do Mikea– Merry pukała do niego przez okno statku kosmicznego, przebrana za kosmonautę swobodnie lewitującego w próżni
– RealExpirience czeka– ponaglała go do pracy pukając się palcem w nadgarstek, jakby wskazywała na zegarek.
– Jasne– przytaknął Mike wyrwany z letargu– zrób mi jeszcze kawy. Wstał z krzesła, odłożył pusty kubek do ekspresu i zaczął krążyć po mieszkaniu zbierając myśli.
– Starożytny spektakl– chłopak analizował otrzymane informacje– inscenizacja, scena. Arena to scena– trafiła go myśl– w takim razie kim jest gladiatorka? Aktorką?– Nie. To mu nie pasowało, ona nie ma scenariusza. Naturalnie najlepiej pasuje zawodnik PMA. Sieć jest pełna fpv z walk programed martial arts, jest to jedna z popularniejszych perspektyw do transmisji tego sportu. Mike widział niejedną taką walkę. Chociaż nigdy nie był fanem tego typu sportów, to przez lata swojej edukacji niejednokrotnie uczestniczył w imprezach zbudowanych wokół tych wydarzeń. Drużyny programistów wspierane przez specjalne modele SI tworzyły taktykę walki, którą w dniu pojedynku wykonywał motorycznie wytrenowany sportowiec BL. Dość brutalne, ale przede wszystkim niezwykle widowiskowe zawody.
– Puść mi zestawienie najlepszych fpv z PMA z zeszłego roku– Mike mówił przez coraz bardziej zaciskające się gardło. Czuł, że czas mu ucieka a on szuka rozwiązań po omacku. Merry wyświetliła w miejsce wciąż odtwarzanego w zapętleniu wideo "spartacus", filmik o krzykliwej nazwie "THE BEST OF 2063 PMA MOMENTS". Mike jedną myślą rozwinął ekran do pełnych rozmiarów i stanął w bezruchu gapiąc się na walkę. Większość fragmentów przedstawiała pojedynki z udziałem zespołu Ferrari z Bohdanem Kiryłło w roli walczącego zawodnika, który w zeszłym roku obronił tytuł mistrza po raz trzeci. Trzeba było przyznać, że system walki stworzony przez byłego producenta supersamochodów robił ogromne wrażenie. Nienaturalne i mało intuicyjne ruchy Bohdana sprawiały, że wyglądał jak ktoś z innej planety, gdzie warunki życia zmuszały ludzi do poruszania się w unikalny dla danego środowiska sposób. Jego najmocniejszą stroną była walka w stójce, gdzie nie do przecenienia były jego długie kończyny. Wyrzucał wiotkie ciosy, dzięki czemu nadawał im właściwość bicza, po to aby w ostatniej chwili przed ciosem zewrzeć mięśnie i uderzyć z pełną mocą i nadludzką szybkością. Podobno było to możliwe dzięki niesamowitej fizjonomii Kiryłłowa, który miał naturalnie niezwykle wytrzymałe ścięgna. Zapewne możnaby ten sam efekt uzyskać przy pomoc wszczepów i kuracji genetycznych, ale przepisy ligii tego zabraniały. Do tych specyficznych ciosów dochodził charakterystyczny dla zawodników PMA sposób poruszania się. Liczne zwody i markowanie ciosów oraz obliczone przez algorytm ruchy mające zaburzyć analizę prowadzoną przez program przeciwnika. Wszystko to tworzyło unikatowy styl programed martial arts. Już po niecałej minucie, Mike wiedział, że nie wyciągnie wiele z tego co ogląda. Odczucia i klimat w zawodach sportowych były zupełnie inne, niż te które pasowały Mikeowi do przesłanego przez RE materiału. Otoczenie było sterylne, zupełnie inne od pełnej kurzu i chaosu areny. Na dodatek wszędzie dookoła było widać wyświetlane reklamy sponsorów. Dawało to efekt w pełni kontrolowanych warunków. Brakowało tu czegoś jeszcze. Była dynamika, ciągła akcja a nawet krew, mimo wszystko odnosiło się wrażenie, że przeżywa się coś zupełnie innego. Chłopak najpierw dostrzegł to w warstwie audio. Na nagraniu słychać było tylko komentatorów i podłożone efekty dźwiękowe, pod bardziej widowiskowe akcje.
– Nie ma widowni– pomyślał Mike
– Merry– chłopak przyzwał SI w myślach
– Tak?– zameldowała się zwarta i gotowa
– Wyodrębnij i puść mi ścieżkę dźwiękową tłumu na widowni w "spartacusie"– zaordynował Merry wyświetliła 3 sekundowego gifa z jakimś hakerem kodującym coś w pocie czoła przed kilkoma ekranami.
– Puszczam!- powiedziała wyraźnie dumna z tempa swojej pracy
Audio składało się głównie z wygenerowanego przez algorytm dźwięku tłumu– szum ludzkich głosów i okrzyków nie mający żadnego sensu. W tle brzmiał autentycznie ale jak się na nim skupić to od razu wiedziało się, że to cyfrowa kreacja. Z tego tła, co jakiś czas, wyrywały się konkretne słowa a nawet zdania. Głównie: zabij!, bez litości, użyj miecza, Na chwałę Marsa! Potem do jego uszu doszło: Amazonka!, rzucaj sieć!, niepokonana wojowniczka! i jego ulubione: głos oburzonego mężczyzny: trzech chłopa na jedną babę! wstydu nie macie!
– Są jeszcze jakieś inne kobiety na nagraniu?– zapytał
– Nie– odpowiedź padła po jednej może dwóch sekundach
– Oni mi kibicują– pomyślał chłopak i zdał sobię sprawę, że nie wie jak to jest kiedy ktoś mu kibicuje.
W swoim życiu uprawiał trochę sportu, jak każdy, ale były to głównie ćwiczenia na siłowni w ramach zajęć zdrowego ciała. Gry zespołowe były raczej unikane ze względu na potencjalne kontuzje.
-Jak ma się dowiedzieć jak to jest?– pytał sam siebie.
Najłatwiej byłoby przeżyć jakiegoś immersa, który uwzględnia emocje, jakie zawodnikowi dają kibice. Nie było to jednak takie proste. Co prawda było wiele lepiej lub gorzej stworzonych przeżyć skupiających się na sportowych wydarzeniach, jednak Mike potrzebował takiego, które da mu pojęcie, konkretnie o wpływie kibiców na zawodnika. Nie miał ani czasu ani środków na przeglądanie setek immersów.
– Wyszukaj mi immersy z największą ilością klatek, na których występuje widownia– miał nadzieję, że taka klasyfikacja najbardziej zawęzi pole poszukiwań.
– Szukam– Merry dała znać, że usłyszała i zrozumiała polecenie.
Tak jak się spodziewał, katalog wyświetlony mu przez SI zawierał 642 pliki, uporządkowane w kolejności od tego z największą ilością klatek z widownią do tego z ich najmniejszą ilością. Chłopak przeszukiwał długą listę w nadziei zobaczenia czegoś w tytule lub opisie immersa, co będzie sugerować, że zawiera poszukiwane przez niego treści. "… epicki finał superbowl z 2017 roku…", "ALL STAR NBA", "… cztery legendarne gole, dostępne do przeżycia…", "TRIBUTE TO 23" Ostatni napis otworzył jakąś szufladę w jego pamięci. Immers wypuszczony aby uczcić pamięć jakiegoś znanego zawodnika koszykówki sprzed lat. Przedstawiał jego najlepsze zagrania w karierze. Jednak to tytuł coś Mikeowi przypominał.
– Jak się nazywał ten piosenkarz, który przyczynił się do rewolucji moralnej?
– Jest wiele postaci ze świata kultury i sztuki, którzy aktywnie wzięli udział w wydarzeniach z drugiej połowy lat 20.
– Ten, którego zabili jeszcze przed całą aferą– doprecyzował
– Może chodzić Ci o Michaela Jacksona– Merry wyświetliła zdjęcie muzyka– Ujawnienie faktów na temat jego zabójstwa odegrało istotną rolę w wydarzeniach rewolucji moralnej.
– Tak!- potwierdził entuzjastycznie– wyszukaj immersa " Tribute to Michael Jackson"
Mike pamiętał, że parę lat temu, na którąś okrągłą rocznicę śmierci tego artysty, jakaś wytwórnia muzyczna wypuściła darmowego immersa z jego koncertu. Nie mylił się. W powietrzu przed nim, na wyświetlonym przez soczewkę w jego oku ekranie, widniała sylwetka mężczyzny w dynamicznej pozie, stojącego na czubkach palców z kapeluszem na głowie. Napis obok miniaturki głosił: zarejestruj się i uzyskaj dostęp do darmowego immersa. – Darmowego– pomyślał sceptycznie Mike.
Wiedział, że po podaniu swojego numeru identyfikacyjnego zostanie zalany natarczywą falą reklam. Taka była cena za 4 minuty z jakimś piosenkarzem sprzed pół wieku.
– No cóż– pomyślał i wypełnił rubryki arkusza rejestracyjnego do fanclubu wytwórni muzycznej.
Immers, który właśnie obejrzał był raczej słabej jakości. Emocje były powierzchowne i brakowało płynnych przejść z jednej do drugiej. Klasyczna masówka. Jednak intuicja go nie zawiodła, było tam to czego szukał. Ktoś kto tworzył tę wizualizację postawił na relację artysty z fanami. Krzyki uwielbienia i radości wydobywające się z tysięcy gardeł uderzały go z wielką mocą kiedy śpiewał na rozświetlonej scenie. Twórca matrycy sprawił, że czuł energię płynącą od tych ludzi, napełniającą go przeświadczeniem o własnej potędze. Czuł niezwykła pewność siebie, jakby nie mógł popełnić błędu, albo raczej jakby popełnienie błędu nie mogło mu zaszkodzić. Niestety nie dało się zgrać przeżytych w immersie emocji na własną matrycę. Czasem kiedy przeżycie było bardzo intensywne, dało się stworzyć jego widmo– dużo słabszą od oryginału wersję. Na szczęście, dla Mikea nie było to jedyne rozwiązanie. W świecie gdzie hedonizm jest dominującą filozofią– kryzys motywacji staje się codziennością. Z tego powodu jednym z ćwiczeń na jego uczelni było tworzenie matryc motywacyjnych. Dawały one podobny efekt jak emocje użyte w "Tribute to Michael Jackson" a miał ich małą biblioteczkę. Na pewno coś znajdzie. Za oknem rozjaśniało.
– Południe– pomyślał Mike. Od pobudki minęło parę godzin a on jeszcze nie zaczął pracy nad matrycą.
– Czas?– rzucił pytanie w przestrzeń
– Jest 12:07, temperatura na…
– Czas do zamknięcia łącza– chłopak niecierpliwie przerwał wypowiedź Merry, doprecyzowując pytanie.
– 8 godziny, 16 minut i 18 sekund– SI odpowiedziała niezrażona– powinieneś coś zjeść– dodała troskliwie.
Mike podszedł bez słowa do aneksu kuchennego. Z kubka już letniej kawy rozchodził się przyjemny aromat. Stanął przed cyfrowym panelem i z menu wybrał śniadanie. Jego pakiet zapewniał mu trzy opcje tego posiłku. Chłopak wybrał "baton energatyczny" było to najszybsze i najbardziej przystępne w jego sytuacji jedzenie. Z plastikowej tuby obok lodówki została wyciśnięta lepka masa w której dało się rozróżnić płatki owsa i jakieś suszone owoce. Mike odczekał chwilę aż baton zastygnie i podgrzał w tym czasie kawę. Pochłoną posiłek w kilku wielkich kęsach opróżniając przy tym kubek do połowy.
– Do pracy– ponaglił się w myślach i ruszył w kierunku fotela deprywacyjnego. Kolejne godziny mijały Mikeowi szybko, za szybko. Stawka była tak duża, że mogło go zadowolić tylko coś co w jego mniemaniu będzie doskonałe. Odtwarzał immersa "Spartacus" już po raz trzeci, za każdym razem znajdując w nim jakiś błąd, naiwność swojego myślenia czy złą synchronizację. Napięcia dodawał fakt, że nie mógł robić tego w nieskończoność. Po około pięciu sesjach w fotelu deprywacyjnym, organizm człowieka uruchamiał swego rodzaju system obronny i przestawał być podatny na symulowane emocje. Trzeba było odczekać parę godzin aby móc znowu zanurzyć się w wirtualnym świecie. Cieszył go natomiast fakt, że motyw z dopingującym tłumem okazał się trafiony. Mike dodatkowo, w kluczowych momentach podgłośnił audio, aby jeszcze silniej skorelować dodane emocje z wiwatującymi trybunami. To też był jeden z aspektów jego pracy– uwypuklanie elementów VRa aby matryca była bardziej spójna z całością. Pomyślał nawet, że zespół RealExpirience mógł celowo wyciszyć tło tłumu aby sprawdzić spostrzegawczość kandydata. Po kolejnej rundzie udoskonaleń i odtworzeniu programu po raz czwarty chłopak zaczął godzić się z myślą, która już od dawna kiełkowała w jego głowie.
W nomenklaturze twórców nazywało się to "polowaniem na emocje" i polegało na stworzeniu sytuacji, która mogła dostarczyć wrażeń takich jak te w tworzonym dziele.
– Zarezerwuj mi transport do Skałki– tą pieszczotliwą nazwą mieszkańcy miasta nazywali dzielnice doków. W przeciwieństwie do reszty aglomeracji, będącej własnością Jinmao, Skałka w której mieściła się infrastruktura lotów kosmicznych należała do SilverRock.
– Na kiedy go potrzebujesz?
– Zamów pierwszy wolny ekonomiczny przejazd– była to najtańsza opcja autonomicznej taksówki.
– Za 15 min do garażu przyjedzie po Ciebie żółty bajk
– Szybko– pomyślał Mike. Rzadko wychodził z domu, ostatnio był na swojej uczelni aby wziąć udział w uroczystości rozdania dyplomów. Wtedy czekał 30 min na pierwszą wolną taksówkę.
– Jesteś pewny, że chcesz tam jechać? To niebezpieczne miejsce– zapytała zatroskana Merry
Mike nic jej nie odpowiedział.
Niecałe 20 minut później mknął już autonomicznym jednośladem. Sieć ulic znajdujących się pod betonowymi tarasami miasta ogarniał mrok. Marnowanie prądu na oświetlenie tras dla sterowanych przez SI pojazdów byłoby ekstrawagancją w świecie gdzie energia była na wagę złota. Mike siedział w niewygodnym plastikowym siedzeniu otoczony ciasno kopułą z przeźroczystego tworzywa. Z powodu podwójnego zastosowania tego typu pojazdów, jego kształty były kanciaste i sztywne. Ich głównym zadaniem było bowiem przewożenie boksów transportowych, które zdecydowanie częściej niż ludzie przemierzały ciemne ulice. W ręku ściskał schowaną pod pikowaną kurtką ciężką metalową figurkę z jego kolekcji. Miała mu posłużyć jako broń, ale teraz kiedy macał jej ostre krawędzie wydawało mu się to kiepskim pomysłem. Nie chciał nikogo poważnie zranić, w sumie to sam dokładnie nie wiedział co chce zrobić.
– Zostawię ją zaraz po wyjściu– zdecydował.
Nie chciał ryzykować, że w ferworze walki po nią sięgnie i zrobi komuś krzywdę. Co jakiś czas po jego skupionej twarzy przemykało zimne światło lamp umieszczonych w miejscach, gdzie znajdowały się instalacje wymagające serwisowania. Nagle z ciemności wyłonił się inny, większy pojazd zbliżający się szybko prosto w kierunku jego kapsuły. Mike poderwał się gwałtownie w naturalnym odruchu organizmu, tylko po to aby skarcić się od razu za swoją przerażoną postawę. Pojazdy minęły się o centymetry i spokojnie jechały dalej, każdy w swoim kierunku. Chłopak odchylił głowę i zamknął oczy skazany na pełne zaufanie do maszyn. Nie zdawał sobie sprawy jak bardzo praca nad immersem go wymęczyła bo nim się zorientował zasnął wbrew wszystkim niedogodnościom. Obudził się dopiero po chwili kiedy bajk wchodząc w ostry zakręt zarzucił jego bezwładnym ciałem i głowa chłopaka uderzyła w plastikową zabudowę pojazdu. Popatrzył na niewielki ekran, który miał między kolanami gdzie wyświetlany był czas do osiągnięcia celu– 3:15– licznik wyglądał jak te które w filmach przymocowane są do bomb. Niemal dokładnie po wyznaczonym czasie, bajk zahamował gwałtownie i drzwi po jego prawej stronie uniosły się z jękiem. Z panelu sterowania pojazdu zaczął się wydobywać uciążliwy dźwięk alarmu, mający zmusić pasażera do jak najszybszego wyjścia. Mike stanął na betonowym chodniku i spojrzał po sobie. Jego chude nogi drżały lekko, a ubrane w sportowe buty stopy stały niepewnie na ziemi, pełnej księżycowego pyłu.
II
Nieszczęścia chodzą parami
Bruce leżał w bezruchu przeżywając potworne lieover. Czerwone światło lokalu z fotelami deprywacyjnymi na wynajem, nachalnie informowało o charakterze tego miejsca. Najbardziej dokuczała mu myśl, że zaraz rozpocznie się kolejna godzina i z jego konta znikną następne coiny.
– Zabierajmy się stąd– powiedział seksowny nieco zachrypnięty głos w jego głowie– nie zostawiaj tym żółtkom więcej kasy.
– Co ja bym bez Ciebie zrobił złotko?– pomyślał do swojej SI– Ci złodzieje dają coraz gorsze immy za coraz więcej forsy.
– Może spotkamy się z chłopakami– zaproponowała
– Może– odpowiedział półświadomie, bo myślami cały czas był w “Pałacu Erosa”
Po przemyciu się w dostępnej dla gości Qing Lou łazience, wyszedł na zielone tarasy Skałki i popatrzył w niebo.
– Trzy dni temu jeszcze tam byłem– pomyślał, z przyjemnością wystawiając swoją twarz na ciepłe podmuchy powietrza wydobywającego się z podziemnego systemu wentylacji.
– Niewielu się to udaje– powiedziała z podziwem– tylko wybranym
Bruce miał szczęście wygrać na loterii genetycznej– przynajmniej tak mu powtarzano. Dzięki swojej niezwykle rzadkiej przypadłości był odporny na długotrwałe przebywanie w stanie uśpienia podczas wynajmu ciała. Komórki mózgowe normalnego człowieka ulegały degradacji już po 10 godzinach ciągłego eksploatowania. Nie wspominając o wielomiesięcznym pobycie w kosmosie gdzie wymagano od BLa przebywania w stanie najmu przez 18h w ciągu doby pozostawiając jedynie 6h na wymuszony sen. Na szczęście dzięki nietypowej mutacji był on odporny na te szkodliwe konsekwencje. Jeszcze 20 lat temu uchodziłby za ciężar dla swojej rodziny i społeczeństwa, jednak dzisiaj ludzie z jego przypadłością byli poszukiwani przez firmy z sektora podboju kosmicznego. Poza jedną z najwyższych pensji na jakie może liczyć pracownik korporacyjny, pozaziemscy robotnicy, tacy jak Bruce, dostawali dostęp do specjalnego oprogramowania wspierającego. Dzięki tej technologii udało się, niemal całkowicie, wyeliminować pewne deficyty, które towarzyszyły tej mutacji. Był jednak jeden haczyk– program wymagał nieustannego wsparcia i częstych korekt kodu, indywidualnego dla każdego przypadku, więc rozstanie się z pracodawcą, było równoznaczne z utratą samodzielności. Tworzyło to układ symbiozy w klinczu, przy czym korporacje, dodatkowo trzymały nóż na gardle pracownika.
Już niedługo to nie będzie dotyczyło Bruce’a. Od lat pracował nad swoim własnym programem, który pozwoli zastąpić ten firmowy. Szacował, że wystarczą mu jeszcze trzy tury w kosmosie aby ukończyć swoje dzieło i uzbierać małą fortunę. Z takim zapleczem będzie mógł rzucić korpo i zamieszkać gdzieś nad oceanem, gdzie będzie surfował i pił wodę z kokosa.
To marzenie ciągnęło się za nim odkąd był nastolatkiem. Pojechali wtedy ze szkołą nad ocean Spokojny, gdzie mieli się uczyć o ekologii i potędze pływów wodnych, które zapewniały pobliskim miastom źródło energii. Zobaczył wtedy ludzi którzy zmagali się z wielkimi falami na swoich deskach. Kiedy zapytał o nich nauczycielkę– odpowiedziała mu, że to głupcy niepotrzebnie narażający swoje ciało na szkodę. Nigdy nie lubił tej starej, wiecznie zrzędzącej baby, natomiast młodzi i spaleni słońcem surferzy byli uśmiechnięci i szczęśliwi. Od tamtej chwili wiedział, że też tak chce.
– Sandra
– Tak?
– Pokaż mi konto– zażądał mężczyzna
– Przelew będzie dopiero pod koniec miesiąca– ostrzegła go SI
– Wiem– odpowiedział krótko
O krok przed nim pojawił się cyfrowy licznik wskazujący stan jego finansów. Bruce przyglądał się mu z przymrużonymi oczami i uśmiechem na wąskich ustach. Czasem myślał o sobie jako potężnym smoku, leżącym na swoim skarbie– to go uspokajało.
– Muszę jeszcze popracować nad kodem– poinformował swoją SI
– Oh, daj spokój– zaprotestowała– dopiero co wróciłeś z dwumiesięcznej zmiany. Nawet nie widziałeś się z przyjaciółmi.
Bruce wahał się przez chwilę, zanim postanowił:
– Masz rację. Wyślij wiadomość do Bartka i Marco, że będę dzisiaj u Grimma
– O tak– ucieszyła się Sandra– czas się rozerwać– perlisty śmiech rozbrzmiał w jego głowie.
Idąc późnym popołudniem tarasami Skałki, musiał przeciskać się przez tłumy pracowników korporacyjnych o jednakowej aparycji, takiej jak jego. Trzeci dzień od lądowania, był zawsze pikiem aktywności ludzi z dzielnicy doków kosmicznych. Większość zdołałą się już zaadaptować do ziemskich warunków i wyjść z dwumiesięcznego letargu spowodowanego prawie nieustannym przebywaniem w stanie najmu. Wypełzali teraz tysiącami ze swoich kwater korporacyjnych, żeby wydawać pieniądze na niezliczone rozrywki jakie Skałka oferowała swoim mieszkańcom. Była ona bowiem, oprócz centrum przemysłu kosmicznego, największym parkiem rozrywki w całym mieście. Z początku dostępnym jedynie dla pracowników tego sektora, którzy mieli być w ten sposób zachęceni do pozostawania na jej terenie, pod czujnym i opiekuńczym, dla swoich, okiem SilverRock. Z czasem jednak, przemysł ten rozwinął się na tyle, że został otworzony dla reszty mieszkańców i stał się nowym źródłem dochodów dla korporacji, stanowiącym 8% jej całkowitych przychodów. Większość atrakcji opierała się na immersach i różnych wariacjach ich przeżywania. Znajdowały się tu również symulatory baz kosmicznych z doświadczeniem nieważkości, które jak na ironię, największe zainteresowanie miały, wśród pracowników kosmicznych. Zapewne chcieli oni doświadczyć świadomie, tego co robią całymi miesiącami jako BL. Była tu też największa w mieście arena do PMA, na której dwa lata temu zorganizowano mistrzostwa świata w tych walkach. Chociaż Bruce zapisał się do kolejki oczekujących na bilet zaraz po uruchomieniu serwerów, to i tak musiał obejść się smakiem. Żeby dostać się na takie wydarzenie, trzeba było mieć specjalne kontakty.
– Body Lords zbliżają się do Ciebie, są za Twoimi plecami– poinformowała Sandra.
Był to standardowy komunikat, który każdy comp miał obowiązek nadawać do swojego właściciela, gdy w pobliżu znajdowały się ciała w stanie najmu.
– Na tarasie?– zdziwił się Bruce.
BL-e przemieszczali się zazwyczaj trasami komunikacyjnymi, znajdującymi się pod tarasami. Generalnie rzadko miało się z nimi kontakt, jedynie w szpitalach i niektórych sieciach restauracji. Wymagało to bowiem specjalnych systemów ochrony aby zapewnić im bezpieczeństwo przed nieprzewidywalnym zachowaniem ludzi.
Mężczyzna usłyszał poruszenie rozstępującego się tłumu za jego plecami. Obrócił się i zobaczył nadjeżdżającą platformę pełną gęsto upchanych ludzi. Stali bez wyrazu z zamkniętymi oczami, w stabilnym rozkroku, przypięci pasami do wysokich oparć. Na środku platformy znajdowało się działko, najprawdopodobniej na impulsy magnetyczne, takie samo jakich używa się do tłumienia zamieszek. Bezpośrednio nad nim migało żółte światło koguta ostrzegawczego. Kiedy znaleźli się na jego wysokości, Bruce zauważył, że są to pracownicy kosmiczni. Zdziwiło go to ponieważ transport BL-ów na orbitę powinien odbyć się jeszcze przed powrotem jego tury, tak aby zapewnić tam ciągłość robót.
– Ciekawe gdzie jadą?– pomyślał
– Może to jakiś pakiet uzupełniający?– zaczęła spekulować Sandra– albo jakieś ćwiczenia?– dodała, ale było czuć że wątpi w ten scenariusz.
Tłum szybko zalał rysę, którą wyryła w nim przejeżdżająca platforma i chwilowe poruszenie uleciało, ustępując miejsca normalnemu harmidrowi, który zwyczajowo towarzyszy dużym zgromadzeniom. Jakiś robot przemknął szybko potrącając lekko Bruce’a boksem transportowym, który wiózł trzymając wysoko nad głową.
– Bruce! Bracie!- ktoś szarpnął mężczyznę za ramię.
Był to Sasha, młody chłopak, który przykleił się do niego i jego kumpli jakieś pięć tur temu. Wyglądał jeszcze gorzej niż kiedy widział go ostatnim razem, zanim opuścił ziemię. Minęły zaledwie dwa miesiące a chłopak schudł znacząco, przez co jego wyłupiaste oczy jeszcze bardziej wyszły na wierzch, upodabniając go do bladej żaby z blond czupryną. Bruce w pierwszej chwili go nie poznał i popatrzył na niego ze zdziwieniem.
– To ja Sasha– chłopak wyszczerzył zęby ukazując niezdrowo czerwone dziąsła.
Rozchylił ramiona jakby chciał się przytulić na przywitanie.
– Przecież wiem– Bruce uśmiechnął się wymuszenie i ręką powstrzymał zapędy chłopaka do bliższego kontaktu– mam jeszcze kosmicznego laga– dodał na usprawiedliwienie.
– Faktycznie. Jesteś jakiś blady– przyznał, nie tracąc entuzjazmu– U Grimma dojdziesz do siebie– dodał, jakby zatroskany.
Bruce pomyślał, że taka uwaga z jego ust jest co najmniej nie na miejscu, ale oszczędził chłopakowi uszczypliwego komentarza i ruszył dalej w swoją stronę.
– Bo idziesz do Grimma, prawda?– młodziak nie odpuszczał i ruszył razem z nim.
Bruce nie odpowiadał. Nie chciało mu się gadać z tym klockiem.
Takim mianem określało się ofiary gry w domino– chociaż tak naprawdę nie była to żadna gra, tylko zjawisko społeczne. Zaobserwowane i opisane przez znanego psychiatrę Rufusa Moltke, w książkach i podręcznikach widniało pod nazwą Libido Dominandi.
– Małomówny jak zawsze– skomentował zachowanie mężczyzny, ciągle utrzymując wesoły ton.
Duet nieprzerwanie parł naprzód w z góry ustalonym tempie narzuconym przez tłum.
– Słyszałeś nowiny?– zagadnął Sasha w kolejnej próbie przebicia bariery obojętności Bruce’a.
Mężczyzna spojrzał na niego przesuwając źrenicę w kąt oka. Chłopak natychmiast uchwycił to spojrzenie i wyczuł jego zaciekawienie. Wiedząc, że ma przewagę zamilkł triumfalnie.
– Jak na klocka, ten chłopak jest całkiem sprytny i spostrzegawczy– pomyślał Bruce.
Niejednokrotnie miał wyrzuty sumienia, bo z chłopakami potraktowali go za ostro, ale na tym przecież polegało domino, a Sasha i tak za każdym razem na nich czekał i pokornie znosił ich zachowanie.
W świecie gdzie przeżyło się już wszystko– było się królem, superbohaterem, czy w niektórych immersach nawet bogiem, ciężko było doświadczyć czegoś równie emocjonującego w codziennym życiu. Dlatego niektórzy sięgali po doświadczenie prymitywnej dominacji i tworzyli specyficzne układy socjalne z katem i ofiarą, gdzie jedna strona otrzymywała dostęp do drogich rozrywek i poczucie przynależności do grupy, a druga namiastkę władzy i kontroli.
– Nie słyszałem– odpowiedział i po raz pierwszy szczerze uśmiechnął się do towarzysza.
– Naprawdę nic nie wiesz?– Sasha rozwlekał chwilę swojej przewagi
– Nie przeginaj młody– napomniał go dobrotliwie.
– SilverRock zrobił fuzję z Bayernem– wystrzelił chłopak
Bruce przystanął na chwilę, nie do końca wiedząc jak ważna jest to informacja i w ogóle po co przemysł kosmiczny blatował się z bigfarmą. Wiedział jednak na pewno, że tak duże fuzje zawsze oznaczają jakieś zmiany.
– I co?– zdołał tylko odpowiedzieć z głupią miną.
– Sam do końca nie wiem– przyznał chłopak nieco zmieszany. Chyba myślał, że ta informacja bardziej wstrząśnie jego rozmówcą– Chłopaki z drugiej zmiany mówili, że są nowe kontrakty… czteromiesięczne.
– Sprawdź to Sandra– pomyślał do swojej companki
– Już to robię– odpowiedziała– w Twojej skrzynce nic nie ma, ale na stronie SilverRock faktycznie są nowe oferty w trybie 4na2
– Cztery-dwa!?– Wykrzyczał na głos.
– No– przytaknął Sasha, który czekał cierpliwie, bo domyślił się, że Bruce rozmawia z SI.
Tłum obchodził ich z obu stron, jak woda mijająca stojącą w jej nurcie przeszkodę.
– Przecież nikt się na to nie zgodzi– mówił zbulwersowany mężczyzna– to cztery miesiące życia na cały rok… Ile płacą?
– Fortunę– powiedział zachwycony Sasha
– 60.000 coinów– odpowiedziała Sandra, niemal w tym samym czasie
– To żadna fortuna– pomyślał Bruce i krzywo spojrzał na chłopaka– może dla jakiegoś klocka, ale on zarabiał niewiele mniej w przeliczeniu na miesiąc, a traci tylko połowę swojego czasu.
– Nie ma innych kontraktów– meldowała SI, która nieustannie przeszukiwała sieć– wszystkie 2na2 zostały wycofane.
– Dobrze, że mam bezterminową umowę– pomyślał, ale wcale nie czuł się uspokojony. Nie podobał mu się kierunek tych zmian.
Obrócił się i z kwaśną miną ruszył dalej, w kierunku Grimma.
Żeby dostać się do baru musieli jeszcze przeciąć północno-wschodni róg placu Gwiezdnego– serca całej dzielnicy. Był to ogromny, w większości pusty obszar, pokryty betonową nawierzchnią. Hulający po nim swobodnie wiatr wzbijał niewielkie tumany księżycowego pyłu, który dostawał się na ziemię, jako pasażer na gapę, z każdym kolejnym transportem kosmicznym. Na jego środku, sporo ponad kilometr od krawędzi do której dotarli Bruce z Sashą rozglądając się w poszukiwaniu transporterów personalnych, widoczna była cienka jak babie lato linia przewodu zasilającego, będącego rdzeniem windy orbitalnej. W mniej pogodne dni widoczna była jedynie sygnalizacja świetlna, rozmieszczona w równych odstępach na całej jego długości, informująca o statusie przesyłu. Obecnie migające zielone światło, spływające pulsacyjnie z przestworzy, obwieszczało trwający transport z orbity na Ziemię. Z powodów bezpieczeństwa tą metodą transportowano jedynie towary niebiologiczne o stosunkowo niewielkiej masie. Ludzie oraz inne niekwalifikujące się ładunki były wynoszone w przestrzeń bardziej tradycyjnymi metodami.
– Leci!- ucieszył się Sasha, jak dziecko na widok przejeżdżającego pociągu i pokazał palcem w niebo.
Bruce popatrzył we wskazane miejsce i zobaczył małe zgrubienie przesuwające się po nitce windy, które właśnie wyłoniło się zza rzadkich chmur.
– Brawo!- powiedział ironicznie Bruce– jak wyląduje, to postawię Ci piwo.
Oczywiście nie postawi chłopakowi, żadnego piwa, bo obecnie stało się prawie niedostępne. Słowa te były jednak nawiązaniem do czasów pierwszych transportów windą orbitalną, kiedy to operatorzy ją obsługujący wypatrywali latających ładunków i trzymali kciuki za ich skuteczne dostarczenie, ponieważ wiedzieli że każdy taki sukces oznacza dla nich premię i świętowanie.
– Jadą– Bruce klepnął chłopaka w łopatkę, swoją mechaniczną ręką, wybijając go z zamyślenia– biegnij do nich i zajmij nam dwa skutery.
Sasha bez słowa popędził we wskazanym kierunku. Gwiezdny plac był jednym z niewielu miejsc, poza dolnymi trasami, gdzie korzystało się ze środków transportu osobistego. W dawnych czasach były one tak popularne, że nawet małe dzieci miały swoje własne elektryczne hulajnogi czy deskorolki. Coraz mniej ruszający się ludzie, stawali się otyli, schorowani i niezdolni do pracy, doprowadzając niemal do swojego upadku.
Sasha machał do niego trzymając rękę na jednym pojeździe a nogę na drugim, sygnalizując tym samym ukończenie misji z powodzeniem. Bruce zajął nowszy model ze znacznie mniej wysłużonym siedziskiem i świeżymi oponami, po czym obaj ruszyli przez betonową pustynię. Gdzieś w czasie przeprawy zgubił kontakt wzrokowy z chłopakiem i na drugą stronę placu dotarł już sam. Rozglądał się za nim przez krótką chwilę, ale jego uwagę przykuła wiadomość jaką dostał od Bartka:
– Czekam – do wiadomości załączone zostały emotikony uśmiechniętej buźki w okularach przeciwsłonecznych, palmy i słońca oraz zdjęcie czerwonej i soczystej połówki arbuza.
– O kurwa!- pomyślał ewidentnie poruszony tą informacją.
Bruce uwielbiał owoce, a w szczególności arbuza, który był całkowicie niedostępny w czasie jego ostatniego pobytu na ziemi.
– Szybko!- pogoniła go Sandra– bo wszystko zeżrą.
Mężczyzna ruszył żwawym krokiem zapominając zupełnie o chłopaku, który i tak pewnie w końcu do nich dołączy. Nie zdecydował się na bieg tylko dlatego, że do celu pozostało zaledwie paredziesiąt metrów.
W niecałe trzy minuty znalazł się na miejscu, sprawnie lawirując po drodze pośród tłumu robotów i ludzi. Pomimo to kiedy zszedł po schodkach i stanął przed automatycznymi drzwiami Grimma, nie był nawet trochę zziajany. W środku od razu wyłapał wzrokiem Bartka, który siedział na ich standardowym miejscu i na widoku Bruce’a stojącego w drzwiach wyszczerzył się do niego serdecznie i w geście toastu oboma rękami uniósł smakowity owoc. Mężczyzna pozdrowił go tylko gestem dłoni i natychmiast ruszył do baru.
– Czołem Rico!- zagadnął robotycznego barmana
– Bruce!- ucieszył się humanoid, uśmiechając się w przerażający sposób.
Nie był to najnowszy model i miał dość toporną mimikę, ale pracował tu od zawsze i nikt nie wyobrażał sobie tego miejsca bez niego. Poza tym, liczył się softwere.
– Przyszedłeś wydać wypłatę na owoce?– zażartował barman, który doskonale znał swoich klientów
– I mięso– dodał Bruce, szczerząc się nieustannie– powiedz proszę, że masz jeszcze arbuzy
Rico przemieścił się w jego kierunku, błyskawicznie sunąc po szynie wbudowanej w podłogę i nachylił nad barem w kierunku gościa przywołując go konspiracyjnym skinieniem głowy.
– Całą paletę– powiedział półgębkiem i roześmiał się mechanicznie
– Tak jest!- mężczyzna zatarł dłonie– biorę całego. Pół daj mi teraz a…
– Pół zmrożę na potem– dokończył za niego– już się robi szefie
Bruce ruszył ze swoją zdobyczą w kierunku ich stolika. Po drodze minął siedzącego przy barze chłopaka, sądząc po ubraniu pewnie jakiś studenciak. Od razu rzucił mu się w oczy bo nie był pracownikiem kosmicznym, a w tym miejscu wszyscy nimi byli. Siedział nad szklanką jakiegoś kolorowego picia i talerzem syntetycznego jedzenia. Bruce nie mógł patrzeć na to gówno, na pewno nie dzisiaj, dzisiaj tylko naturalki.