- Opowiadanie: beeeecki - Z szarością nam wszystkim do twarzy, czyli opowieść o bohaterstwie

Z szarością nam wszystkim do twarzy, czyli opowieść o bohaterstwie

Takie lekko dark fan­ta­sy, lekko high fan­ta­sy.

Tekst za­in­spi­ro­wa­ły po­glą­dy Jo­achi­ma z Fiore, które już dawno chcia­łem w coś wpleść. Po­le­cam sobie spraw­dzić, cie­ka­wy freak z pełni śre­dnio­wie­cza. Do­sy­pa­no nutką mej fa­scy­na­cji za­ra­tusz­tra­ni­zmem oraz łow­ca­mi wiedźm.

Na­tu­ral­nie nie obyło się bez próby na­rzu­ce­nia Czy­tel­ni­kom głęb­sze­go prze­my­śle­nia, choć akcji, mam na­dzie­ję, nie bra­ku­je.

 

Za­pra­szam do lek­tu­ry i cze­kam na Wasze opi­nie!

 

A be­tu­ją­cym – Mi­cha­elo­wi oraz Holly – niech ła­god­ne ob­li­cze Amir Maedy sprzy­ja!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

HollyHell91, MichaelBullfinch

Oceny

Z szarością nam wszystkim do twarzy, czyli opowieść o bohaterstwie

Jak w życiu, po mło­do­ści na­stę­pu­je do­ro­słość, a po niej sta­rość, jak w dniu świt ustę­pu­je po­łu­dniu, a póź­niej zmierz­cho­wi, wresz­cie jak ogień, świę­ty ogień Do­brej Pani Amir Maedy, roz­po­czy­na się od iskry, prze­ra­dza się w pło­mień, aż ga­śnie i staje się po­pio­łem – tak całe dzie­je ludz­ko­ści toczą się w trój­dziel­nym po­rząd­ku.

Pierw­sze miało miejsce Za­ła­ma­nie, które, Amir Ma­edzie niech będą dzię­ki, już za nami, a w któ­rym prze­wa­ża­ły siły ciem­no­ści i ich hor­ren­da. Czło­wiek był wtedy pod­da­nym i za­baw­ką wam­pi­rów, nie­umar­łych i in­nych mon­strów. Potem, wraz z na­ro­dzi­na­mi pro­ro­ki­ni Za­ki­shy, roz­po­czę­ło się Roz­li­cze­nie, pod­czas któ­re­go wy­brań­cy pod­ję­li brze­mię walki ze złem.

Za­ła­ma­nie trwa­ło czter­dzie­ści dwa umę­czo­ne po­ko­le­nia jeń­ców mroku. Dzię­ki ob­ja­wie­niu Amir Maedy oraz wsta­wien­nic­twu Za­ki­shy uj­rza­łem, że koń­czy się także czas Roz­li­cze­nia, trwa­ją­cy wa­lecz­ne czter­dzie­ści dwa po­ko­le­nia. Nie bez przy­czyn pa­nu­je obec­nie pokój na każ­dej gra­ni­cy. Nie bez przy­czyn zgasł świę­ty ogień w świą­ty­ni Yaz, pło­ną­cy nie­prze­rwa­nie od pół­wie­cza. Nie bez przy­czyn usta­je plaga wam­pi­ry­zmu i in­nych spa­czeń.

Ła­god­ne ob­li­cze Amir Maedy od­wró­ci­ło się w stro­nę świa­ta. Na­sta­je świę­ty czas Rów­no­wa­gi, gdy lu­dzie zjed­no­czą się w do­bro­ci i osią­gną swą naj­wyż­szą formę po­przez cześć Do­brej Pani.

Dla­te­go gło­szę, a mój głos niech brzmi jak słowa Za­ki­shy ze­sła­ne z góry: Za­kończ­cie próż­ne spory! Po­rzuć­cie dawne na­wy­ki! Do­sko­nal­cie mo­dli­twy i hymny, nie mie­cze i pa­ła­sze! Niech znik­ną in­sty­tu­cje daw­ne­go po­rząd­ku, po­ra­nio­ne owoce do­brej walki ze złem. Walki wy­gra­nej, któ­rej krew zro­si­ła zie­mię. Niech­że uro­śnie z niej nowy, lep­szy czło­wiek!

 

“O trój­dziel­nym po­rząd­ku rze­czy oraz na­sta­niu Rów­no­wa­gi”

Jo­achim Foria Młod­szy

 

Po­chó­wek dla nie­umar­łe­go

– Kurwa, nie zro­zu­miem, dla­cze­go pie­przo­ny De­par­ta­ment Cen­zu­ry to pu­ścił! Prze­cież to jest na­wo­ły­wa­nie do buntu!

Pło­mień z pal­ni­ka słabo oświe­tlał pierw­szą stro­nę ga­ze­ty. In­grid splu­nę­ła na bruk, znie­sma­czo­na lek­tu­rą.

– W dal­szej czę­ści na­wo­łu­ją do roz­wią­za­nia Za­ko­nu Pi­ro­man­tów, le­ga­li­za­cji ce­ro­man­cji i kwe­stio­nu­ją wam­pi­ryzm. A prze­czy­ta­łem po­bież­nie – od­parł spo­koj­ny, męski głos.

– I może jesz­cze prawo do po­chów­ku dla nie­umar­łych? Bo tego wam­pi­ra z wczo­raj to wła­ści­wie po­cho­wa­łam.

To­wa­rzysz prych­nął cicho.

– Byłem w cen­zu­rze, In­grid. Do­sta­li bez­względ­ny zakaz wy­ci­na­nia cze­go­kol­wiek, co trak­tu­je o tym całym Jo­achi­mie i jego po­glą­dach. Także te bar­dziej ra­dy­kal­ne in­ter­pre­ta­cje.

In­grid unio­sła brwi, pa­trząc na to­wa­rzy­sza spod ronda ka­pe­lu­sza.

– Ponoć już pół Ce­sar­stwa jest świę­cie prze­ko­na­ne, że na­sta­je era Rów­no­wa­gi – wy­ja­śnił męż­czy­zna, rów­nież w ka­pe­lu­szu. W pół­mro­ku dało się zo­ba­czyć je­dy­nie krót­ką, srebr­ną brodę i bi­no­kle na nosie.

– I pew­nie obie­ca­li im prze­nie­sie­nie po za­mknię­ciu Try­bu­na­łu. Szuje pier­do­lo­ne.

– Zro­bi­łaś się strasz­nie wul­gar­na.

Za­pa­dła krót­ka cisza, po któ­rej oboje par­sk­nę­li śmie­chem.

– Zaj­mij­my się ro­bo­tą, Zyg, póki jesz­cze ją mamy.

 

Uczci­we nie­po­wo­dze­nie

„Po­nęt­na Tar­czow­nicz­ka” była ta­wer­ną, którą Zyg­munt Erfer zwykł na­zy­wać ob­le­śną. W środ­ku nie bra­ko­wa­ło roz­ne­gli­żo­wa­nych tan­ce­rek wy­ko­nu­ją­cych pląsy z wi­kli­no­wy­mi tar­cza­mi, które sta­no­wi­ły je­dy­ną osło­nę ich na­go­ści. Brzmia­ła eg­zo­tycz­na, zmy­sło­wa mu­zy­ka. Wino ko­rzen­ne i ale lały się stru­mie­nia­mi dzię­ki hoj­no­ści grupy do­bro­czyń­ców sie­dzą­cych przy okrą­głym stole na pod­wyż­sze­niu.

– Ach! Erfer! – za­wo­łał we­so­ło dłu­go­wło­sy blon­dyn o bla­dej, gład­kiej twa­rzy. – I to w to­wa­rzy­stwie Że­la­znej Blon­dy­necz­ki, In­grid Eise! Cóż za za­szczyt!

– Gdyby nie twój pi­skli­wy gło­sik, wzię­ła­bym cię za jedną z tych tań­czą­cych ździr – wark­nę­ła In­grid z taką nie­na­wi­ścią, jakby go­spo­darz do­ku­czał jej od przed­szko­la. Splu­nę­ła i szyb­kim ru­chem ze­pchnę­ła jed­ne­go z bie­siad­ni­ków ze stoł­ka, zaj­mu­jąc jego miej­sce.

– Och, Eise – mruk­nął za­lot­nie blon­dyn. – Prze­cież je­stem o wiele ład­niej­szy niż wszyst­kie moje ko­biet­ki.

– Nie­ste­ty, nie przy­szli­śmy po­dzi­wiać two­ich uro­ków, Pring – włą­czył się sta­now­czym tonem Zyg­munt.

Jeden z sie­dzą­cych ustą­pił mu miej­sca, z takim sza­cun­kiem, na jaki może po­zwo­lić sobie rze­zi­mie­szek wobec le­gen­dar­ne­go stró­ża prawa.

– Mnie to nie dziwi, Erfer! W twoim wieku to chyba można sobie da­ro­wać po­dzi­wia­nie uro­ków!

– Cóż, moje gusta nie muszą być tak sze­ro­ko znane jak twoje. Ale wiesz, że nie po­gar­dzę her­ba­tą. Nie z prze­my­tu, jeśli łaska.

Go­spo­darz ski­nął głową jed­ne­mu opry­cho­wi. Po chwi­li przed Zyg­mun­tem stał kubek pa­ru­ją­cy ko­rzen­nym za­pa­chem.

– Dobra, mo­że­my przejść do rze­czy, pro­szę? Nie mam całej nocy. – In­grid od dawna pra­co­wa­ła w du­ecie z Zyg­mun­tem, ale do pew­nych spraw, jak dziw­ne re­la­cje z pół­świat­kiem, nie po­tra­fi­ła się przy­zwy­cza­ić.

– Och, są­dząc po tym, co piszą, ry­chło bę­dzie­cie mieć bar­dzo dużo czasu. Chyba że bycie prze­no­szo­nym na po­mni­ki to praca na pełen etat! – ro­ze­śmiał się per­li­ście blon­dyn, a wraz z nim jego po­plecz­ni­cy.

– Po­wiedz nam, co wiesz o znik­nię­ciu Wiel­kie­go Pi­ro­man­ty, a odej­dzie­my do swo­ich spraw.

– Wasze spra­wy prze­waż­nie stoją w kontrze do moich, Erfer… Każdy musi sobie ra­dzić w na­szym schył­ku ery Roz­li­cze­nia, nie­praw­daż? Wiel­ki Pi­ro­man­ta naj­wy­raź­niej uznał tak samo, skoro jaw­nie na­wo­łu­je się do li­kwi­da­cji jego Za­ko­nu. W sumie mo­gli­by­ście po­łą­czyć z nim siły, masy są wa­szym wspól­nym wro­giem!

– Parę dni temu spa­lo­no wio­skę, część miesz­kań­ców za­gi­nę­ła, ni­g­dzie nie ma ciał, które zo­sta­wi­ły­by wam­pi­ry. – Zyg­munt zi­gno­ro­wał słowa go­spo­da­rza i po­wą­chał swój napar. – A nie bez po­wo­du tę wieś na­zy­wa się Cy­na­mon­ką.

– Fak­tycz­nie, mają tam te swoje drze­wa – mruk­nął nie­chęt­nie Pring, gło­sem dziec­ka, któ­re­mu ro­dzi­ce za­bra­li za­baw­kę.

Grupa ro­ze­śmia­nych rze­zi­miesz­ków nie­po­ko­ją­co się po­więk­sza­ła. Opry­chy, niby od nie­chce­nia, ota­cza­ły stół. Trzy­ma­li broń na wierz­chu. Błysz­cza­ły noże i pi­sto­le­ty.

– Gadaj, co wiesz, bo uzna­my, że ty za tym sto­isz i skoń­czy­my twój pie­przo­ny biz­nes! – In­grid wsta­ła z miej­sca i ru­szy­ła do go­spo­da­rza, trzy­ma­jąc dłoń na rę­ko­je­ści pa­ła­sza.

W krót­kiej ciszy siorb­nię­cie her­ba­ty za­brzmia­ło jak grzmot.

– Słod­ka Za­ki­sho, Pring, ile my się znamy? W swej mą­dro­ści, za­miast do­sy­pać mi ar­sze­ni­ku, po­sta­wi­łeś na cy­na­mon. Mó­wi­łem, że nie lubię to­wa­ru z prze­my­tu, ale z roz­bo­ju sma­ku­je jesz­cze go­rzej.

Dwóch ro­słych męż­czyzn sta­nę­ło za nim, ko­lej­ni za­szli In­grid od boku. Roz­le­gło się gło­śne klik­nię­cie zamka od pi­sto­le­tu skał­ko­we­go.

– Mu­si­my? – wes­tchnął roz­cza­ro­wa­ny Zyg­munt, cho­wa­jąc bi­no­kle do kie­szon­ki na pier­si.

– Tyle już razy pró­bo­wa­łem cię zabić. Wciąż marzy mi się suk­ces – od­parł z per­wer­syj­nym uśmie­chem Pring.

In­grid zro­bi­ła pierw­szy ruch. Ze zwin­no­ścią kotki i siłą tura dała w pysk jed­ne­mu ze zbi­rów, a na­stęp­nie kop­nię­ciem po­wa­li­ła dru­gie­go. Zyg­munt uła­mek se­kun­dy sie­dział w bez­ru­chu, ale gdy ktoś chciał mu przy­ło­żyć pałką w głowę, uchy­lił się i oblał prze­ciw­ni­ka go­rą­cą her­ba­tą. Roz­legł się huk, kula z pi­sto­le­tu tra­fi­ła w ramię łotra, któ­re­go In­grid użyła jako tar­czy, a potem pchnę­ła go na strzel­ca.

Łowcy do­by­li pa­ła­szy. Miały one wbu­do­wa­ne nie­wiel­kie lufy, wzdłuż jel­ców, co sta­no­wi­ło tylko jeden z wielu ukry­tych me­cha­ni­zmów. Były czasy, gdy Ce­sar­stwo hoj­nie ło­ży­ło na no­win­ki tech­nicz­ne dla Try­bu­na­łu.

Huk­nę­ły strza­ły, a na­stęp­nie szczęk­nął metal. Go­ście go­spo­dy wśród pa­nicz­nych krzy­ków za­czę­li prze­py­chać się do wyj­ścia, resz­ta ru­szy­ła przy­glą­dać się bójce. Nagie tan­cer­ki umknę­ły za ławę, za­sła­nia­jąc się tar­cza­mi. Mno­ży­ły się rany cięte wśród opry­chów, do­peł­nia­ne syk­nię­cia­mi lub wrza­ska­mi, w cięż­szych przy­pad­kach. Po­twier­dza­ła się le­gen­da, że łowcy wiedźm nie można ska­le­czyć, chyba że jest się nie­umar­łym.

Zyg­munt ciął po łuku, zmu­sza­jąc dwóch wro­gów do od­sko­cze­nia. Za­mar­ko­wał cios od dołu, płyn­nie zmie­nia­jąc go w pchnię­cie, które dra­snę­ło pierś prze­ciw­ni­ka. Drugi pró­bo­wał na­trzeć, ale chy­bił, zwie­dzio­ny uni­kiem i do­stał pła­zem w po­ty­li­cę. In­grid wo­la­ła okła­dać opry­chów pię­ścia­mi. Nie bez po­wo­du na rę­ka­wi­cach no­si­ła kol­cza­ste ka­ste­ty.

Szyb­ko po­dium zo­sta­ło ob­fi­cie zro­szo­ne krwią, choć łow­com udało się ni­ko­go nie zabić – źle wpły­wa­ło to na in­te­re­sy i re­pu­ta­cję Try­bu­na­łu i tak nad­szarp­nię­te w tych cza­sach.

– Zaj­mij się resz­tą – rzu­cił Zyg­munt, a In­grid od­po­wie­dzia­ła krzy­wym uśmie­chem. – A ja mam parę pytań, Pring!

Go­spo­darz rów­nież ob­da­rzył łowcę uśmie­chem. Ukło­nił się ele­ganc­ko, jak do tańca i na­tarł szyb­kim pchnię­ciem ra­pie­ru.

Broń co chwi­la wy­da­wa­ła krót­ki szczęk, gdy prze­ciw­ni­cy wy­mie­nia­li ko­lej­ne ciosy. Pring był nie­by­wa­le szyb­ki, stąd uwiel­biał ciąć od boku i zmie­niać po­zy­cję, Zyg­munt po­zo­sta­wał ra­czej w sta­tycz­nej de­fen­sy­wie, spo­ra­dycz­nie kontr­ując pchnię­cia­mi. Wy­star­czy­ła jed­nak nie­spo­dzie­wa­na finta, zwód z uni­kiem i za­mar­ko­wa­niem, by ude­rzyć ry­wa­la łok­ciem w twarz, roz­kr­wa­wia­jąc mu nos, a na­stęp­nie z ła­two­ścią wy­trą­cić ra­pier z jego dłoni.

– Trud­na z cie­bie sztu­ka, Erfer – syk­nął Pring.

Od­sko­czył i ob­li­zał krew z gór­nej wargi. Dobył krót­kie­go ta­sa­ka i kciu­kiem po­ru­szył wmon­to­wa­ny weń cyn­giel. Z nie­wiel­kiej rurki w rę­ko­je­ści po­la­ła się ole­ista ciecz, a z me­cha­ni­zmu broni za­czę­ła ciur­kiem le­cieć świsz­czą­ca para. Pring uśmiech­nął się, po­ka­zu­jąc krew na bia­łych zę­bach, a na­stęp­nie po­li­zał i za­ci­snął zęby na ostrzu, jak w ja­kichś per­wer­syj­nych za­lo­tach. Nie­mal z ta­sa­kiem w ustach rzu­cił się do nie­spo­dzie­wa­ne­go ataku, w ostat­niej chwi­li prze­cho­dząc do pchnię­cia w brzuch.

W sza­mo­ta­ni­nie upa­dli na pod­ło­gę. Zyg­munt za­ło­żył prze­ciw­ni­ko­wi bo­le­sną dźwi­gnię na łok­ciu, ale rywal wy­wi­nął się, trąc ostrzem ta­sa­ka po ubra­niu łowcy.

Sta­nę­li na­prze­ciw sie­bie, dy­sząc.

– Go­rą­ca głowa, hę? – mruk­nął Pring, po­ru­sza­jąc brwia­mi.

Zyg­munt zdał sobie spra­wę, że jest mu po­dej­rza­nie cie­pło. Zo­ba­czył, że choć prze­ciw­nik nawet nie prze­ciął płasz­cza, a je­dy­nie od­ciął ka­wa­łek ronda ka­pe­lu­sza, to, o dziwo, udało mu się pod­pa­lić oba. Strój łowcy pło­nął coraz bar­dziej, krwi­sto­czer­wo­nym ogniem.

Zyg­munt na chwi­lę za­po­mniał o wszyst­kim, co go ota­cza. Rzu­cił broń, strą­cił ka­pe­lusz z głowy i za­czął po­śpiesz­nie zdej­mo­wać płaszcz. To nie był zwy­kły ogień, wie­dział to i nie za­mie­rzał ry­zy­ko­wać ani se­kun­dy. Lep­iej już dostać stalą pod żebra.

Pring za­mie­rzał go zadać po­rzu­co­nym przez Zyg­mun­ta pa­ła­szem. Mię­dzy nimi sta­nę­ła jed­nak In­grid, sy­cząc gniew­nie. Jej dło­nie ocie­ka­ły krwią, lecz sama miała je­dy­nie drob­ne dra­śnię­cia. Nie wy­glą­da­ła jak ktoś, z kim chce się wal­czyć.

Blon­dyn zmie­rzył łow­ców po­błaż­li­wym spoj­rze­niem.

– Cóż, ja cię nie za­bi­łem, ty nie do­sta­niesz od­po­wie­dzi. Uczci­we nie­po­wo­dze­nie.

Pring rzu­cił się do uciecz­ki. In­grid chcia­ła ru­szyć za nim, ale Zyg­munt ją po­wstrzy­mał.

– Nie, wy­star­czy! Mamy wszyst­ko, czego chcie­li­śmy.

Wy­cią­gnął bi­no­kle oraz nie­wiel­ki, mo­sięż­ny kom­pas. Ska­li­bro­wał ży­ro­skop i po chwi­li igła po­ru­szy­ła się w kie­run­ku, w któ­rym uciekł Pring.

In­grid prych­nę­ła z po­dzi­wem.

– Jesz­cześ się nie ze­sta­rzał, dziad­ku.

Ro­zej­rze­li się po ta­wer­nie. Tan­cer­ki czmych­nę­ły, po­dob­nie jak wszy­scy go­ście. Na miej­scu zo­sta­li je­dy­nie mocno po­obi­ja­ni i za­krwa­wie­ni. Do­mi­no­wa­ły ciche jęki i za­pach krwi. Prze­wró­co­ny stół, po­roz­bi­ja­ne szkło, nie­do­koń­czo­ne trun­ki i po­sił­ki. Łowcy znów zo­sta­wia­li po sobie ba­ła­gan.

In­grid do­pi­ła czy­jeś ale jed­nym hau­stem i bek­nę­ła cicho.

– I niech ktoś mi jesz­cze raz powie, że czas bo­ha­te­rów prze­mi­ja.

 

Jak wszy­scy coś twier­dzą, to tak jest

– To był jad pi­ro­man­ty, bez wąt­pli­wo­ści.

Zyg­munt sie­dział pod ścia­ną i już dłuż­szą chwi­lę pró­bo­wał do­czy­ścić swój strój ze spa­le­ni­zny. Na razie bez­sku­tecz­nie, choć za­bru­dze­nia nie wy­bi­ja­ły się tak bar­dzo na tle do­tych­cza­so­we­go zu­ży­cia.

– W rę­ko­je­ści miał wmon­to­wa­ny prze­wód z ja­kimś oleum, ale do­pie­ro po po­li­za­niu metal od razu się na­grzał. Za­ka­za­ne i dość po­lo­we uży­cie jadu pi­ro­man­ty.

Znów od­po­wie­dzia­ła mu pełna za­my­śle­nia cisza.

– Po­win­ni­śmy wy­ru­szyć przed świ­tem, Ger­wi­no, Pring nie­wąt­pli­wie kręci z Wiel­kim Pi­ro­man­tą.

Po­pa­trzył zna­czą­cym wzro­kiem w stro­nę biur­ka po dru­giej stro­nie po­ko­ju. Sie­dzia­ła za nim po­nu­ra ko­bie­ta, o zmę­czo­nym spoj­rze­niu.

– Gdy­byś nie zre­zy­gno­wał z do­wo­dze­nia, to wy­dał­byś teraz roz­kaz, po­słał gońca do po­li­cji i ru­szy­li­by­śmy w po­ścig – stwier­dzi­ła kwa­śno i za­ci­snę­ła szczę­kę.

– Prze­cież to oczy­wi­ste, mamy ich na wy­cią­gnię­cie ręki.

– Tak – mruk­nę­ła Ger­wi­na i wsta­ła od biur­ka. – Oczy­wi­ste jest to, że mam na gło­wie zmniej­sze­nie bu­dże­tu ope­ra­cyj­ne­go o trzy czwar­te, nie stać mnie na nowy sprzęt ani kon­ser­wa­cję sta­re­go i do­sta­łam wy­raź­ny zakaz po­dej­mo­wa­nia dzia­łań poza ru­ty­no­wy­mi kon­tro­la­mi. Wszy­scy tylko cze­ka­ją na nasze po­tknię­cie. – Sta­ra­ła się mówić spo­koj­nie, ale emo­cje wzię­ły górę, gdy praw­da za­bo­la­ła za bar­dzo. – Za to mam burdę w karcz­mie wy­wo­ła­ną przez moich pod­wład­nych! Po­ło­wa ce­sar­skiej ad­mi­ni­stra­cji na to czeka!

Zyg­munt prze­stał szo­ro­wać i po­pa­trzył na nią uważ­niej. Za­ło­żył osmo­lo­ny płaszcz oraz ka­pe­lusz z przy­cię­tym ron­dem. Ger­wi­na spoj­rza­ła na niego wy­cze­ku­ją­co, nie­mal bła­ga­jąc wzro­kiem, by coś po­wie­dział.

– To lu­dzie Prin­ga wsz­czę­li bójkę – stwier­dził.

– Ni­ko­go to nie ob­cho­dzi – wes­tchnę­ła, ła­god­nie­jąc. – Pring dawał im cycki tan­ce­rek i na­pi­tek. Lu­dzie wolą cycki od spraw wagi pań­stwo­wej. Wiesz jak mówią na Prin­ga?

– Uśmiech­nię­ty Ksią­żę – wtrą­ci­ła się In­grid, o któ­rej obec­no­ści można było za­po­mnieć. Blon­dyn­ka tkwi­ła w ciem­nym kącie i dało się zobaczyć je­dy­nie długie, jasne włosy.

– Uśmiech­nię­ty Ksią­żę – po­twier­dzi­ła Ger­wi­na. – Ko­bie­ty do niego wzdy­cha­ją, a męż­czyź­ni chcą być jak on.

Zyg­munt po­pa­trzył na nią po­waż­niej wzro­kiem czło­wie­ka od­por­ne­go na wszyst­ko.

– Bzdu­ra. Schwy­taj­my Wiel­kie­go Pi­ro­man­tę, nim ju­trzej­sze ga­ze­ty na­pi­szą o bur­dzie, a znów bę­dzie­my bo­ha­te­ra­mi. Wy­peł­nij druk za­wia­do­mie­nia, In­grid za­nie­sie go na po­li­cję. Cze­kam na ze­wnątrz.

Wy­szedł. Ger­wi­na wes­tchnę­ła, jakby nawet chwi­la bez star­sze­go ko­le­gi była zbyt trud­na do znie­sie­nia. On jeden trzy­mał tar­czę osła­nia­ją­cą przed wszyst­ki­mi po­ci­ska­mi wąt­pli­wo­ści, ja­ki­mi mie­rzy­ła do niej obec­na sy­tu­acja.

– Ma rację, za­nie­siesz druk – mruk­nę­ła, się­ga­jąc do szu­fla­dy po kart­kę i pióro.

– Ty też masz rację – stwier­dzi­ła In­grid, wy­cho­dząc z mroku kąta. – A sta­wiam, że rów­nież Pring i Wiel­ki Pi­ro­man­ta mają rację. Wszy­scy pró­bu­je­my sobie jakoś ra­dzić w tym pod­łym świe­cie. Tylko Zyg nie musi, bo swoje już prze­żył. Py­ta­nie, czy chcesz wy­gi­nąć razem z nim? – Przy­sta­nę­ła przed biur­kiem, opie­ra­jąc dło­nie o blat, pa­trząc nie­po­ko­ją­co spod ka­pe­lu­sza.

– Pie­przysz. Zyg­munt… – Ger­wi­na zdała sobie spra­wę, że nie wie, co chce po­wie­dzieć. Stary łowca był dla niej oczy­wi­sto­ścią, jak sen, a nie za­sy­pia się świa­do­mie.

– Jest le­gen­dą i ko­cham go jak ojca, ale nie po­zwo­lę by cią­gnął nas w dół, bo dno wcale nie jest przy­jem­ne, Gerw. Złe rze­czy dzie­ją się tym, któ­rzy sprze­ci­wia­ją się prze­zna­cze­niu. Czas bo­ha­te­rów prze­mi­ja nie dla­te­go, że na­stał jakiś cho­ler­ny rok zmia­ny, ale dla­te­go, że wszy­scy tak twier­dzą. A jak wszy­scy coś twier­dzą, to tak jest.

In­grid nie cze­ka­ła na od­po­wiedź, wy­rwa­ła Ger­wi­nie uzu­peł­nio­ny for­mu­larz i wy­szła z biura.

 

Niech drżą ci, któ­rzy wiesz­czą jego ko­niec

Wiel­ki Pi­ro­man­ta ro­zej­rzał się po ja­snym za­gaj­ni­ku, po­prze­ci­na­nym wą­ski­mi kur­ty­na­mi ży­we­go ognia. Sank­tu­arium ukry­te na pro­win­cji, wy­peł­nio­ne je­dy­nie kul­ty­sta­mi zre­kru­to­wa­ny­mi z oko­licz­nej osady. Skrom­ny po­czą­tek.

Pło­mie­nie li­za­ły ob­na­żo­ne torsy wy­znaw­ców, nie czy­niąc im krzyw­dy, gdy spo­koj­nie nu­ci­li po­nu­rą man­trę i bu­ja­li się na boki w po­zy­cji klę­czą­cej. Ciała ocie­ka­ły potem i lśni­ły na­sma­ro­wa­ne oleum. Wy­glą­da­ły jak wy­ku­te z wy­po­le­ro­wa­ne­go mar­mu­ru. W po­wie­trzu uno­sił się słod­ki za­pach, który inni na­zwa­li­by swę­dem, ale dla Wiel­kie­go Pi­ro­man­ty była to woń ob­co­wa­nia z bó­stwem. Amir Maeda, stwór­czy­ni i nisz­czy­ciel­ka wszyst­kie­go, znaj­do­wa­ła się po­śród nich, w bo­jo­wej po­sta­ci, o któ­rej spa­czo­ny świat za­po­mniał.

Jeden z czci­cie­li wy­rwał się z transu i za­mru­gał. Wiel­ki Pi­ro­man­ta sku­pił na nim nie­przy­chyl­ne spoj­rze­nie. Nie­szczę­śnik jęk­nął, a po chwi­li za­czął krzy­czeć i wy­ma­chi­wać rę­ka­mi, gdy pło­mie­nie ogar­nę­ły jego ciało. Sko­nał w mę­czar­niach. Po­zo­sta­ła dwu­dziest­ka nie prze­sta­ła się mo­dlić.

Gdy skoń­czy­li, a ścia­ny ognia sa­mo­ist­nie wy­ga­sły, Wiel­ki Pi­ro­man­ta wydał roz­ka­zy. Wy­znaw­cy ro­ze­szli się, a dwój­ka przy­wle­kła spa­lo­ne ciało. Skóra była czar­na, po­pę­ka­na, pełna pę­che­rzy. Kul­ty­ści mil­cze­li, pa­trząc wy­cze­ku­ją­co na mi­strza, który pod­szedł do jed­ne­go z pło­ną­cych zni­czy olej­nych i zdjął go z łań­cu­cha.

– Po­le­gły nowej wiary – po­wie­dział char­czą­cym gło­sem. – Niech ogień, który nisz­czy, sta­nie się ogniem two­rzą­cym.

Dolał do zni­cza kilka kro­pel zie­lo­nej cie­czy. Pło­mień za­sy­czał i za­czął ro­snąć, zmie­nia­jąc kolor na sza­fi­ro­wy. Wiel­ki Pi­ro­man­ta pod­szedł do spa­lo­ne­go ciała i wylał za­war­tość na­czy­nia. W po­wie­trzu znów po­ja­wił się cięż­ki za­pach, gdy zie­lo­ny pło­mień objął mar­twe­go.

– Pokaż nam, Dobra Pani, moc życia, które two­rzysz i przy­wra­casz! – wy­krzy­czał, a dwój­ka wy­znaw­ców ślepo po­wtó­rzy­ła.

Wtedy, wciąż

pło­ną­ca ręka mar­twe­go drgnę­ła, ni­czym w przed­śmiert­nym spa­zmie. Wy­znaw­cy, choć na­le­że­li do naj­bar­dziej do­świad­czo­nych z grupy, otwo­rzy­li sze­ro­ko oczy i wes­tchnę­li. Wiel­ki Pi­ro­man­ta uniósł kącik ust w ni­kłym uśmie­chu.

– Wiel­kie jest wo­jen­ne ob­li­cze Amir Maedy. Niech drżą ci, któ­rzy wiesz­czą jego ko­niec.

 

Wła­ści­wie w imię czego?

– Nie­wie­le was przy­by­ło, co? Urok oso­bi­sty by się przy­dał!

Pring do per­fek­cji opa­no­wał kry­cie czuj­no­ści pod po­zo­ra­mi od­prę­żo­ne­go uśmie­chu i żar­to­bli­wych do­cin­ków. Tak, da­rzył sza­cun­kiem sie­dzą­cy na­prze­ciw szkie­let, na który ktoś na­cią­gnął szarą skórę, zwany Wiel­kim Pi­ro­man­tą. Dla­te­go wła­śnie Uśmiech­nię­ty Ksią­żę po­zo­sta­wał w go­to­wo­ści, mimo rąk za­ło­żo­nych za głowę i nóg trzy­ma­nych na bla­cie stołu, ro­bią­ce­go za oł­tarz w pro­wi­zo­rycz­nej ka­pli­cy w za­gaj­ni­ku.

Roz­mów­ca pod­szedł bli­żej i po­pa­trzył na niego kry­tycz­nie.

– Mia­łeś przy­pro­wa­dzić wię­cej wy­znaw­ców.

Głos mi­strza brzmiał jakby nie pił nic przez ostat­nią de­ka­dę, a dla Prin­ga, który uwiel­biał przy­jem­ne do­zna­nia, słu­cha­nie go sta­no­wi­ło po­dwój­nie przy­kre do­świad­cze­nie. Nie mó­wiąc o smro­dzie spa­le­ni­zny. Ale cze­góż się nie robi w imię… Wła­ści­wie w imię czego?

– I przy­pro­wa­dził­bym, gdyby nie na­szli mnie łowcy z py­ta­nia­mi o cie­bie. Nie są­dzisz, że te całe ścia­ny ognia i ogo­ło­ce­nie wio­ski mogły, wiesz… przy­cią­gnąć uwagę?

Wiel­ki Pi­ro­man­ta łyp­nął na niego groź­nie i wstał od stołu. Pring aż od­wró­cił wzrok, znie­sma­czo­ny cie­niut­ką skórą na­cią­gnię­tą na czasz­kę, wy­glą­da­ją­cą jak pu­sty­nia w porze su­chej.

Coś drgnę­ło w ciem­no­ści za Wiel­kim Pi­ro­man­tą. Roz­le­gło się ciche rzę­że­nie, gdy czar­ny cień wy­od­ręb­nił się z mroku lasu i sta­nął obok niego.

Pring uśmiech­nął się sze­ro­ko. Tylko tak po­tra­fił ukryć strach i obrzy­dze­nie. Za­mru­gał i ścią­gnął nogi z blatu, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc ocho­tę, by uciec.

Nie są­dził, że co­kol­wiek może się udać temu sta­re­mu sza­leń­co­wi. Nie do­ce­nił go.

– Pi­ro­ne­kro­man­tycz­nie? Czy temu eks­pe­ry­men­to­wi rów­nież będę mu­siał od­ciąć głowę? – głos mu za­drżał mi­mo­wol­nie.

– Ogień nie ma nic wspól­ne­go z ne­kro­man­cją. Moje dzie­ci będą w pełni od­por­ne na wszyst­ko, czym łowcy dys­po­nu­ją prze­ciw­ko wam­pi­ry­zmo­wi.

Wiel­ki Pi­ro­man­ta po­gła­dził czar­ny cień po chro­po­wa­tym ra­mie­niu.

– Wiesz, Zyg­munt to stary dziad, ale mądry – rzu­cił Pring, pod­świa­do­mie wie­rząc w to, co mówił. Wy­star­czy­ło po­pa­trzeć na „dziec­ko”, by nie mieć żad­nych za­strze­żeń do ist­nie­nia Try­bu­na­łu Łow­ców.

Su­mie­nie za­czę­ło go jesz­cze bar­dziej szczy­pać.

– Zyg­munt dalej jest star­cem w bi­no­klach, a Ger­wi­na wciąż ma czer­wo­ne włosy? – za­py­tał jak na prze­słu­cha­niu Wiel­ki Pi­ro­man­ta.

– Tak. Zyg­mun­to­wi przy­cią­łem i osma­li­łem ka­pe­lusz, a on nigdy nie zmie­nia stro­ju, więc pew­nie cho­dzi w takim. Po co py­tasz?

Mistrz czule objął czar­ną po­stać i za­mknął oczy w sku­pie­niu. Mi­nę­ła chwi­la, nim znów je otwo­rzył. Jego źre­ni­ce wy­glą­da­ły ni­czym dwa zie­lo­ne pło­mie­nie, które wy­pa­lą z roz­mów­cy wszyst­ko poza czy­stą praw­dą.

– Mój syn jest stwo­rzo­ny, by tępić zło, które mu wska­żę. Nie bę­dzie krzyw­dził nie­win­nych. Musi wie­dzieć, jak wy­glą­da­ją ci, któ­rych ma się po­zbyć.

Pring za­my­ślił się, pró­bu­jąc uło­żyć to wszyst­ko w gło­wie. Wi­dział w życiu parę wam­pi­rów, ale to coś prze­kra­cza­ło ja­ki­kol­wiek po­ziom spa­cze­nia nie­śmier­cią.

– Cóż, jeśli po­cze­kasz chwi­lę w wię­zie­niu, to Ce­sar­stwo usu­nie łow­ców za cie­bie…

Wiel­ki Pi­ro­man­ta zmarsz­czył czoło, po czym pod­szedł, tak że jego twarz zna­la­zła się zaraz przed pięk­nym ob­li­czem Uśmiech­nię­te­go Księ­cia. Z za­schłych ust wy­do­by­wał się cichy po­mruk, a od­dech cuch­nął spa­le­ni­zną.

– Zło­ży­łeś przy­się­gę, że bę­dziesz mnie bro­nić przed łow­ca­mi wiedźm, póki nie będę miał dość wy­znaw­ców. Spło­niesz, jeśli się jej sprze­nie­wie­rzysz – przy­po­mniał zło­wiesz­czo Wiel­ki Pi­ro­man­ta, ła­piąc ko­ści­sty­mi pal­ca­mi za nad­gar­stek Prin­ga.

Żyły na ręce Uśmiech­nię­te­go Księ­cia na­tych­miast na­pęcz­nia­ły i za­czę­ły pul­so­wać, jakby miały pęk­nąć. Wpro­wa­dzo­ny w krwio­obieg jad pi­ro­man­ty za­czął palić go od środ­ka.

– Wiem! – syk­nął prze­stra­szo­ny i wy­rwał się z uści­sku. – A łow­ca­mi nie mu­sisz się na razie przej­mo­wać, nic im nie po­wie­dzia­łem. Pa­mię­taj tylko o na­szej umo­wie. Nie każdy łowca to twój wróg – dodał, ma­su­jąc bo­lą­cą rękę.

– Mój syn już wie, jak wy­glą­da­ją ci, któ­rych ma usu­nąć. Wciąż jest młody i nie zna tego świa­ta, musi się go na­uczyć. Bę­dzie ćwi­czył po­lo­wa­nia na zwie­rzę­ta. A w pierw­szej ko­lej­no­ści masz mnie bro­nić ty – powiedział Wielki Piromanta, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Pring ski­nął głową i wstał, mając już szcze­rze dość roz­mo­wy. Znów za­czął roz­wa­żać, dla­cze­go się na to wszyst­ko zgo­dził. Ale skoro już tu był, po­wi­nien speł­nić cel.

– Na kil­ka­na­ście starć z Zyg­mun­tem udało mi się zre­mi­so­wać dwa. Mogę po­trze­bo­wać wię­cej two­je­go ra­ry­ta­su.

Wiel­ki Pi­ro­man­ta wy­mam­ro­tał coś pod nosem, na­stęp­nie po­trzą­snął ręką i z sze­ro­kie­go rę­ka­wa jego szaty, pro­sto w dłoń, wy­pa­dły trzy fiol­ki z zie­lon­ka­wym pły­nem.

– Łatwo się uza­leż­niasz, ksią­żę. Wiesz, że jad to naj­sil­niej uza­leż­nia­ją­ca sub­stan­cja na świe­cie? Już na za­wsze mu­sisz ją spo­ży­wać, a tylko ja albo mój były Zakon mo­że­my ci ją dać. A Zakon nigdy nie dał jej ni­ko­mu poza łow­ca­mi. Uza­leż­nie­nie wiąże cię moc­niej niż przy­się­ga.

Pring chwy­cił fiol­ki bez wa­ha­nia, czu­jąc przy­jem­ne mro­wie­nie eks­cy­ta­cji w ciele. Na chwi­lę za­mknął oczy, jakby za­sta­na­wia­jąc się nad do­tych­cza­so­wym ży­ciem. Gdy je otwo­rzył, wy­mu­szo­na pew­ność wró­ci­ła na jego ob­li­cze.

– To chyba będę zna­ko­mi­tym wier­nym, czyż nie?

 

Mamy po­twier­dze­nie, w któ­rym kie­run­ku zmie­rza­my

Igła drgnę­ła i zmie­ni­ła kie­ru­nek, a grupa skrę­ci­ła na wschód. Kom­pas nie był do­sko­na­ły, zwłasz­cza przy więk­szych od­le­gło­ściach.

Zyg­munt po­pu­kał me­cha­nizm i prze­krę­cił ka­pe­lusz, tak aby nie­na­ru­szo­na część ronda osło­ni­ła go przed po­łu­dnio­wym słoń­cem.

– Cho­ler­ni zbroj­mi­strze nie mogą do­brać po­rząd­nie ma­gne­tu – wark­nę­ła In­grid, ocie­ra­jąc chu­s­tecz­ką pot z czoła.

– Przez cię­cia bu­dże­to­we pła­ci­my tak mało, że to cud, iż ska­li­bro­wa­li co­kol­wiek – wes­tchnę­ła Ger­wi­na.

Błą­ka­li się po siel­skiej i ską­pa­nej w słoń­cu oko­li­cy już jakiś czas. Za­czę­li od opusz­czo­nej, spa­lo­nej wio­ski. Cy­na­mon­ka, mimo swej po­ciesz­nej nazwy i utrzy­mu­ją­ce­go się za­pa­chu przy­pra­wy w po­wie­trzu, sta­no­wi­ła smut­ny widok. Z domów zo­sta­ły je­dy­nie osma­lo­ne, czar­ne bale, wszyst­kie strze­chy po­szły z dymem. Naj­bar­dziej upior­ne było jed­nak to, że cała osada nie no­si­ła zna­ków ra­bun­ku. Wszyst­kie przed­mio­ty i sprzę­ty zo­sta­wio­no w ich na­tu­ral­nych miej­scach, dając złud­ne wra­że­nie nor­mal­no­ści. Z tym, że nie zastali w niej żad­nych miesz­kań­ców ani nawet zwie­rząt, choć­by pta­ków.

Igła znów ob­ró­ci­ła się w drugą stro­nę, a Zyg­munt po­słusz­nie i w mil­cze­niu ru­szył we wska­za­nym kie­run­ku.

– Zyg, to bez sensu, ła­zi­my w kółko – stwier­dzi­ła Ger­wi­na, przy­sia­da­jąc na słup­ku, wy­zna­cza­ją­cym gra­ni­cę czy­jejś ziemi.

– Od kilku do­brych lat – do­da­ła In­grid.

Zyg­munt nawet nie pod­niósł wzro­ku. Za­trzy­mał się, wpa­trzo­ny znad bi­no­kli w igłę, jak ka­płan w świę­te trak­ta­ty Za­ki­shy.

W od­da­li rósł las, a wokół cią­gnę­ły się pola doj­rze­wa­ją­ce­go zboża, ską­pa­ne w peł­nym słoń­cu, z któ­rych wy­bi­jał się je­dy­nie czar­ny strach na wró­ble.

– Zaraz nas prze­go­ni jakiś chłop z wi­dła­mi i tyle bę­dzie chwa­ły łow­ców wiedźm – wark­nę­ła In­grid, ko­piąc w zło­ści kamyk, który po­to­czył się z głu­chym dźwię­kiem po ziemi i wpadł mię­dzy źdźbła.

Za­czę­ła zło­rze­czyć pod nosem na Jo­achi­ma Foria Młod­sze­go, co ostat­nio sta­no­wi­ło jej ulu­bio­ne za­ję­cie. Zyg­munt nadal wpa­try­wał się w igłę, jakby wie­rzył, że jej drgnię­cie może zmie­nić całą sy­tu­ację.

Kra­jo­braz wy­da­wał się za­mrzeć w upale, nawet kłosy zboża ledwo po­ru­sza­ły się na wie­trze.

– Sły­sze­li­ście? – po­wie­dzia­ła nagle Ger­wi­na.

Na­bur­mu­szo­na In­grid po­ki­wa­ła prze­czą­co głową, Zyg­munt nawet nie ode­rwał się od kom­pa­su, mam­ro­cząc coś o pta­kach w zbożu.

– Spraw­dzę to – żach­nę­ła się do­wód­czy­ni, ura­żo­na bra­kiem po­słu­chu.

We­szła mię­dzy wy­so­kie zboże i po chwi­li było widać tylko jej głowę w ka­pe­lu­szu, wy­sta­ją­cą ponad złote morze.

Dobrą chwi­lę trwa­ło, nim ciszę prze­rwał Zyg­munt.

– Chyba się usta­bi­li­zo­wa­ła. Przez las i ko­pal­nię w po­bli­żu mogą być za­kłó­ce­nia.

– Tja – mruk­nę­ła In­grid. – Ger­wi­na!

Od­po­wie­dzia­ła jej cisza. Zboże ko­ły­sa­ło się ła­god­nie.

– Kurwa, Zyg, nie ma jej. I tego stra­cha na wró­ble też – wark­nę­ła In­grid.

Do­by­li pa­ła­szy i rzu­ci­li się w zboże. Prze­bie­gli ka­wa­łek, gdy do­tar­li do koła wy­dep­ta­nych kło­sów. Po­środ­ku, twa­rzą do ziemi, le­ża­ła Ger­wi­na. Czer­wo­ne włosy ukła­da­ły się wokół jej głowy jak krwi­sta au­re­ola. W po­wie­trzu uniósł się za­pach spa­le­ni­zny.

Zyg­munt przy­kuc­nął przy niej. Nie żyła, choć rana wcale nie była głę­bo­ka – po­dłuż­ne cię­cie prze­ora­ły pierś i ramię, zo­sta­wia­jąc ślad na na­ra­mien­ni­ku. Roz­cię­cia wy­glą­da­ły jak wy­pa­lo­ne – były czar­ne z obcym, szma­rag­do­wym śla­dem. Zyg­munt za­mknął po­wie­ki prze­ło­żo­nej i wyjął jej z dłoni pa­łasz.

– Co­kol­wiek to było, przy­szło z lasu – mruk­nę­ła In­grid, po­ka­zu­jąc ślady.

W re­ak­cji na jej słowa roz­le­gło się ryt­micz­ne rzę­że­nie, jakby ktoś roz­pacz­li­wie wal­czył o od­dech. Po chwi­li kłosy drgnę­ły, a czar­na po­stać wy­pa­dła pro­sto na Zyg­mun­ta.

Nie­na­tu­ral­na szyb­kość unie­moż­li­wi­ła unik. Na­past­nik zde­rzył się z łowcą, prze­wra­ca­jąc go.

Roz­legł się wrzask i ra­nią­cy uszy zgrzyt, gdy be­stia za­wy­ła. Wy­glą­da­ła jak czło­wiek, ale nie miała oczu ani uszu. Całe ciało było czar­ne, pełne pęk­nięć i bąbli. Dło­nie wień­czy­ły twar­de szpo­ny.

In­grid po­mo­gła wstać Zyg­mun­to­wi. Po­twór po­pa­trzył na nich zro­śnię­ty­mi oczo­do­ła­mi, przez które zda­wał się wi­dzieć.

– Nie­umar­ły – wark­nął Zyg­munt.

Be­stia za­ata­ko­wa­ła. Łowcy skon­tro­wa­li rów­no­cze­śnie, ale wróg zro­bił ekwi­li­bry­stycz­ny zwód i od­po­wie­dzia­ła sier­po­wym. Zyg­munt od­chy­lił się i ciął w ramię. Ostrze dra­snę­ło czar­ną skórę, czego po­twór zda­wał się nie od­czuć. W miej­scu rany za­pło­nął nikły, zie­lo­ny pło­myk.

Wróg kon­ty­nu­ował atak na Zyg­mun­ta.

– Cóż, wiemy, co na ta­kich się spraw­dza – wy­dy­sza­ła In­grid, ka­li­bru­jąc me­cha­nizm swo­je­go pa­ła­sza.

Zyg­munt wy­trwał jesz­cze kilka na­tarć, choć prze­ciw­nik nie­na­tu­ral­nie szyb­ki­mi ata­ka­mi ze­pchnął go do głę­bo­kiej obro­ny. Po­twór war­czał i rzę­ził z każ­dym ru­chem, ale wcale nie wy­da­wał się tra­cić wi­go­ru. Każde dra­śnię­cie pło­nę­ło na zie­lo­no, jakby za­miast krwi z ran wy­le­wał się ogień.

In­grid wy­mie­rzy­ła pa­łasz w kie­run­ku be­stii, na­ci­ska­jąc spust.

– Pło­mien­nych snów, umar­la­ku.

Stru­mień po­ma­rań­czo­we­go ognia wy­do­był się z otwo­rzo­ne­go pal­ni­ka, gdy łow­czy­ni ru­szy­ła do na­tar­cia. Wy­glą­da­ło to jakby ata­ko­wa­ła bro­nią o dwóch ostrzach – jed­nym pło­mien­nym, dru­gim sta­lo­wym. Po­twór otrzy­mał cios oboma, a jego plecy ogar­nął ogień. Be­stia za­chwia­ła się i sta­nę­ła nie­ru­cho­mo jak posąg.

Cze­ka­li na opę­tań­czy ta­niec pło­ną­ce­go i ry­chły zgon. Nic ta­kie­go nie miało jed­nak miej­sca.

– Yyy, Zyg? Ten nie­umar­ły… nie umie­ra…?

Po­twór zda­wał się nie za­uwa­żać pło­ną­cych ple­ców, a może nawet spra­wia­ło mu to przy­jem­ność. Prze­krzy­wił głowę, a bez­oka twarz wy­da­wa­ła się pa­trzeć na In­grid. Zie­lon­ka­wa po­świa­ta ro­ze­szła się wzdłuż żył po całym ciele, dzie­ląc czar­ną skórę jak gra­ni­ce na mapie.

– Słod­ka Za­ki­sho… Kurwa mać – sap­nę­ła In­grid, pa­trząc na po­two­ra, który wy­da­wał się już w pełni dojść do sie­bie.

Ogień wręcz wzmoc­nił mię­śnie jego ciała. Be­stia otwo­rzy­ła usta, z któ­rych wy­do­był się gul­go­czą­cy dźwięk, po czym sko­czy­ła po­mię­dzy łow­ców, z nie­na­tu­ral­ną szyb­ko­ścią. Zyg­munt zdą­żył ją dźgnąć, ale nic to nie dało – ucie­kła w stro­nę lasu.

– To mamy po­twier­dze­nie, w któ­rym kie­run­ku zmie­rza­my – wes­tchnął Zyg­munt, otrze­pu­jąc płaszcz.

In­grid po­pa­trzy­ła na niego, pierw­szy raz od dawna nie czu­jąc pew­no­ści.

 

Świat jest jak ogień

Pring stał opar­ty o drze­wo i ob­ser­wo­wał ki­wa­ją­cych się na boki wy­znaw­ców. Wiel­ki Pi­ro­man­ta znów od­czy­ty­wał gniew­nym gło­sem wersy z opa­słe­go apo­kry­fu, trak­tu­ją­ce­go o wo­jen­nej twa­rzy Amir Maedy. Trwał ko­lej­ny spraw­dzian wy­trzy­ma­ło­ści wiary, pod­czas któ­re­go Uśmiech­nię­ty Ksią­żę zo­bo­wią­za­ny był spra­wo­wać wartę.

Za każ­dym razem, gdy pa­trzył na Wiel­kie­go Pi­ro­man­tę, wstrzą­sał nim dreszcz. Tym bar­dziej, gdy przy­po­mi­nał sobie spa­lo­ne mon­strum, które teraz krą­ży­ło gdzieś po lesie.

Pal­ca­mi wy­ma­cał kie­szeń w ka­mi­zel­ce, gdzie trzy­mał fiol­ki. Wiel­ki Pi­ro­man­ta miał rację, mu­siał za­ży­wać nar­ko­tyk re­gu­lar­nie, by nie sto­czyć się w sza­leń­stwo. A spryt­ny sta­ruch nigdy nie two­rzył naraz wię­cej niż kilku fio­lek.

Z ner­wów się­gnął po jad, drżą­cy­mi pal­ca­mi od­kor­ko­wał bu­te­lecz­kę i wypił zie­lon­ka­wą ciecz. Gar­dło za­pie­kło okrut­nie i przez chwi­lę był bli­ski zwy­mio­to­wa­nia, ale gdy tylko sub­stan­cja spły­nę­ła do żo­łąd­ka, uczu­cie mi­nę­ło. Nie­dłu­go potem po­bu­dza­ją­ce cie­pło ro­ze­szło się po ciele, a Prin­giem znów wstrzą­snął dreszcz, tym razem przy­jem­no­ści.

Za­po­mniał o nie­bez­pie­czeń­stwach. Świat był jak ogień – jasny.

– Za­ki­sho, daj nam… – wy­szep­tał, nie do końca wie­dząc, co dalej chce po­wie­dzieć. – Pomóż nam… Wes­przyj mnie w… A zresz­tą! – zde­ner­wo­wał się na ten bez­sen­sow­ny dia­log z ja­kimś wy­ima­gi­no­wa­nym bytem.

Jedna z wy­znaw­czyń od­wró­ci­ła głowę i po­pa­trzy­ła na niego, nie prze­sta­jąc nucić. Od wczo­raj kul­ty­ści byli wy­ta­tu­owa­ni i wy­glą­da­li dość upior­nie z ciem­ny­mi kre­ska­mi pod ocza­mi oraz pa­ska­mi bie­gną­cy­mi przez łyse czasz­ki i nagie torsy. Tym bar­dziej że sma­gał ich żywy ogień, a oni cze­ka­li, kto tym razem okaże się naj­słab­szy.

Pring po­pra­wił ko­smyk wło­sów za uchem i pu­ścił oko do ko­bie­ty.

„Oby­ście mnie nie za­wie­dli, moi słod­cy łowcy”.

 

Za­śle­pie­ni wiarą

– Gdzie wróg, tam my, gdzie wróg, tam my – mam­ro­tał pod nosem Zyg­munt, uważ­nie kro­cząc przez ciem­ny las. Ściół­ka de­li­kat­nie chrzę­ści­ła pod bu­ta­mi, co w ci­chej nocy wy­da­wa­ło się po­dob­ne do wy­strza­łu z ar­ma­ty.

– Zyg, za­mknij się wresz­cie, bo zaraz wpa­ku­ję w cie­bie kulkę.

In­grid była bar­dziej ner­wo­wa niż prze­waż­nie, od­wra­ca­ła się na każdy sze­lest. Ze zło­ścią cięła krze­wy, któ­rych kolce szar­pa­ły jej ubra­nie. Cały czas zmie­rza­li w kie­run­ku, który wska­zy­wał kom­pas, z obawą ob­ser­wu­jąc oko­li­cę. Be­stia nie za­ata­ko­wa­ła po­now­nie, ale In­grid wi­dzia­ła ją w każ­dym cie­niu, który choć­by ledwo po­ru­szył się w pół­mro­ku.

Wresz­cie do­tar­li do czar­ne­go po­pie­li­ska, gdzie osta­ły się tylko osma­lo­ne pnie. Teren prze­ci­na­ło kilka wy­raź­nie wy­pa­lo­nych linii, jakby do tych miejsc ogra­ni­czył się pło­mień. Po dru­giej stro­nie po­go­rze­li­ska, spo­mię­dzy drzew, prze­bi­ja­ło się tań­czą­ce, po­ma­rań­czo­we świa­tło. Łowcy prze­kra­dli się bli­żej, wśród nie­zno­śne­go trzesz­cze­nia spa­lo­nych ga­łę­zi pod bu­ta­mi.

Im bli­żej świa­tła byli, tym wy­raź­niej sły­sze­li słowa oraz chó­ral­ny, mru­kli­wy śpiew kil­ku­na­stu gar­deł. Wresz­cie, przy­war­li do pni na gra­ni­cy linii drzew i ro­zej­rze­li się po oświe­tlo­nej po­la­nie.

Ścia­ny ognia ja­rzy­ły się krwi­stym, czer­wo­nym pło­mie­niem, liżąc ogo­ło­co­ne z ga­łę­zi pnie. Po­mię­dzy nimi sie­dzie­li ogo­le­ni na łyso lu­dzie z na­gi­mi tor­sa­mi, mam­ro­czą­cy jakąś man­trę. Na prze­dzie, za pro­wi­zo­rycz­nym oł­ta­rzem, w za­gaj­ni­ku peł­nym ole­istych zni­czy, stał ubra­ny w kar­mi­no­wą szatę czło­wiek, gniew­nie re­cy­tu­ją­cy wersy z opa­słej księ­gi.

Trzy­ma­jąc się cie­nia drzew, łowcy obe­szli po­la­nę, pod­cho­dząc w stro­nę oł­ta­rza. Ich kroki za­głu­szył po­mruk kul­ty­stów.

– A ten po­twór? – syk­nę­ła szep­tem In­grid, szar­piąc Zyg­mun­ta za ramię.

Łowca strą­cił jej dłoń.

– Za­pew­ne sko­nał od pło­mie­ni. Mu­si­my wy­ko­nać za­da­nie. Nic in­ne­go się nie licz…

Nie skoń­czył, bo­wiem bełt z kuszy wbił się w pień drze­wa obok niego. Teraz do­pie­ro zo­ba­czy­li, że nie­opo­dal Wiel­kie­go Pi­ro­man­ty ukry­ty był dzier­żą­cy kuszę Pring.

– Zajmę się nim. Weź­miesz na sie­bie wy­znaw­ców – syk­nął i nim In­grid za­re­ago­wa­ła, ru­szył do walki.

„Od­dzie­lić ziar­na od plew” przy­po­mnia­ła sobie wy­tycz­ne i po­stą­pi­ła zgod­nie z roz­ka­zem.

Ścia­ny ognia zga­sły z sy­kiem, gdy usta­ła mrocz­na man­tra.

Zyg­munt wy­padł na po­la­nę i bie­giem ru­szył na Uśmiech­nię­te­go Księ­cia, który nie zdą­żył prze­ła­do­wać kuszy i dobył ra­pie­ra, sta­jąc mię­dzy łowcą a Wiel­kim Pi­ro­man­tą.

In­grid sko­czy­ła do walki. Dwóch kul­ty­stów od razu się na nią rzu­ci­ło. Ko­bie­cie roz­cię­ła nagą pierś, a męż­czy­znę po­wa­li­ła cio­sem ka­ste­tem. Kątem oka ob­ser­wo­wa­ła, jak Zyg­munt wy­mie­nia ciosy z Prin­giem. Wiel­ki Pi­ro­man­ta stał nad nimi i za­miast ucie­kać, trwał jak posąg, w sku­pie­niu szep­cząc man­try. Jego oczy bły­snę­ły na zie­lo­no.

Ktoś ude­rzył z boku, więc In­grid go od­kop­nę­ła, a na­stęp­ne­go po­wa­li­ła po­przecz­nym cię­ciem. Kul­ty­ści wal­czy­li za­cie­kle mimo ran, lecz byli tylko wy­ta­tu­owa­ny­mi chło­pa­mi. In­grid ra­dzi­ła sobie z nimi bez trudu.

– Przej­mij Wiel­kie­go Pi­ro­man­tę! – wark­nął Zyg­munt, mię­dzy jedną, a drugą wy­mia­ną.

Pring wal­czył za­cie­kle, z za­ska­ku­ją­cą szyb­ko­ścią. Rzu­cił In­grid prze­lot­ne spoj­rze­nie, które wstrzy­ma­ło ją na chwi­lę w biegu.

Uśmiech­nię­ty Ksią­żę był… zmar­twio­ny.

Ucichł po­mruk Wiel­kie­go Pi­ro­man­ty. Roz­le­gło się za to ciche rzę­że­nie.

 

Prze­no­sze­nie na po­mnik

In­grid za­trzy­ma­ła się w pół kroku. Pod­nio­sła wzrok na Wiel­kie­go Pi­ro­man­tę, któ­re­go nie­na­wist­ne spoj­rze­nie prze­le­cia­ło po niej po­bież­nie i spo­czę­ło na Zyg­mun­cie.

– Pring, dość! – krzyk­nę­ła, wska­zu­jąc czar­ny cień, który sta­nął obok oł­ta­rza.

Uśmiech­nię­ty Ksią­żę, o dziwo, usłu­chał i zręcz­nie od­sko­czył, ki­wa­jąc In­grid głową. Zyg­munt zmie­rzył go nie­chęt­nym spoj­rze­niem, ale nie do­strze­ga­jąc wro­gich in­ten­cji, od­wró­cił się w stro­nę no­we­go za­gro­że­nia.

– Zło­ży­łeś przy­się­gę, by mnie przed nimi bro­nić, Pring – po­wie­dział sucho Wiel­ki Pi­ro­man­ta.

Potem wy­rzekł krót­kie nie­na­wist­ne słowo, które zro­zu­mieć mógł tylko czar­ny po­twór. Be­stia rzu­ci­ła się do ataku.

In­grid zdą­ży­ła je­dy­nie po­pa­trzeć na Zyg­mun­ta a potem na Prin­ga. Obaj wy­glą­da­li śmier­tel­nie po­waż­nie.

To mu­sia­ło wy­star­czyć za gwa­ran­cję.

In­grid zwar­ła dło­nie w pię­ści i za­ci­snę­ła oczy. Nic się nie wy­da­rzy­ło.

– In­grid! – krzyk Zyg­mun­ta wy­rwał ją z transu.

Po­twór na­tarł na sta­re­go łowcę, omi­ja­jąc In­grid, jakby była po­wie­trzem. Zwar­li się w walce. Zyg­munt blo­ko­wał ko­lej­ne ataki szpo­na­mi z coraz więk­szą trud­no­ścią. Po­twór sy­czał i ude­rzał coraz moc­niej. Wy­da­wa­ło się, że łowca zaraz po­dzie­li los Ger­wi­ny.

Był jed­nak Zyg­mun­tem Er­fe­rem. Le­gen­dą.

Finta, zwód z uni­kiem, pchnię­cie od boku, po któ­rym na­stą­pi­ło cię­cie po­przecz­ne, roz­ry­wa­ją­ce krtań. Po­twór wydał z sie­bie gul­go­czą­cy char­kot i po­wo­li upadł na zie­mię. Żył, ale zda­wał się stra­cić siły. Prze­bi­ty bok i prze­cię­te gar­dło, za­miast krwią, po­kry­ły się zie­lon­ka­wym pło­mie­niem.

Zyg­munt prze­niósł spoj­rze­nie na Wiel­kie­go Pi­ro­man­tę, który pierw­szy raz wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go – cof­nął się z ostroż­no­ścią, błą­dząc wzro­kiem.

I wtedy pierś Zyg­mun­ta prze­bił ra­pier.

Łowca wes­tchnął krót­ko i wy­pu­ścił pa­łasz z ręki. Upadł na ko­la­na.

Pring prze­szedł obok i sta­nął przy In­grid.

– Spi­sa­łeś się, Erfer. Przy­kro mi to mówić, ale je­steś zbyt dobry, by żyć.

W jedną, ostat­nią chwi­lę swo­je­go życia Zyg­munt pojął wszyst­ko, a do tego jesz­cze skar­cił się za śle­po­tę. Przed nim stały dwie różne wa­ria­cje tej samej osoby. Te same blond włosy i bły­sko­tli­we oczy, twa­rze na swój spo­sób po­dob­ne.

Że­la­zna Blon­dy­necz­ka i Uśmiech­nię­ty Ksią­żę.

– Wy­bacz, Zyg – szep­nę­ła smut­no In­grid.

Zyg­munt Erfer upadł twa­rzą do ziemi.

– Prze­no­sze­nie na po­mnik – mruk­nął kwa­śno Pring.

 

W swoim stylu

Wiel­ki Pi­ro­man­ta szcze­rzył szpi­cza­ste, brą­zo­we zęby, co wy­glą­da­ło jak za­po­wiedź ry­chłej śmier­ci. Zszedł z oł­ta­rza, roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ręce.

– Szko­da, miał­bym w nim wspa­nia­łe dziec­ko – stwier­dził za­schnię­tym gło­sem. – Ale cie­szę się, że cho­ciaż ty do­łą­czy­łaś do na­szej spra­wy.

Pod­szedł do nich i ujął In­grid za dłoń. Za­drża­ła pod do­ty­kiem.

– Sta­wiam, że by­li­ście śle­dze­ni przez po­li­cję. Mu­si­my stąd odejść, gdy tylko pło­mień Do­brej Pani uzdro­wi mo­je­go syna. A potem czeka nas wiel­kość wo­jen­ne­go ob­li­cza Amir Maedy – po­wie­dział za­do­wo­lo­ny, ko­ści­stym pal­cem po­pra­wia­jąc In­grid ko­smyk wło­sów za uchem.

Z le­żą­ce­go po­two­ra do­by­wa­ło się ciche rzę­że­nie, gdy zie­lo­ne pło­mie­nie tra­wi­ły jego rany. Pring nie­chęt­nie prze­szedł obok niego.

– Wła­śnie – mruk­nął, pod­no­sząc z ziemi swoją kuszę. – Zyg­munt dał w kość temu two­je­mu sy­no­wi. Nie pod­nie­sie się szyb­ko, co?

– Zmie­rzy­ły się lata do­świad­cze­nia w zwal­cza­niu ano­ma­lii z le­d­wie na­ro­dzo­nym. A i tak prze­żył mój syn. Daj mu krót­ką chwi­lę – od­parł za­do­wo­lo­ny Wiel­ki Pi­ro­man­ta, pod­cho­dząc do oł­ta­rza i ścią­ga­jąc z niego księ­gę.

Pring po­ki­wał głową.

– Taa… Skoro mamy chwil­kę, nim się obu­dzi. Wła­ści­wie, to mia­łem cię chro­nić przed łow­ca­mi.

Roz­legł się zgrzyt ła­do­wa­nia kuszy.

– Nie przed samym sobą.

Wiel­ki Pi­ro­man­ta zdą­żył tylko pod­nieść wzrok. Roz­legł się świst. Bełt wbił się w szyję, po­wa­la­jąc go na oł­tarz. Księ­ga z hu­kiem upa­dła na zie­mię. Zie­lo­ne pło­mie­nie w oczach zga­sły, a z gar­dła wy­do­był się nie­zro­zu­mia­ły jęk. Ostat­ni raz spoj­rzał na swo­je­go śpią­ce­go syna, a potem trzy­ma­ją­ce­go kuszę Prin­ga, który teraz uśmie­chał się z sa­tys­fak­cją. Sko­nał z wy­ma­lo­wa­nym nie­zro­zu­mie­niem na twa­rzy.

Be­stia le­ża­ła nie­ru­cho­mo jak czar­na plama na ziemi, ale wy­do­by­wa­ła z sie­bie mam­ro­czą­ce dźwię­ki, na swój dziw­ny spo­sób po­dob­ne do ga­wo­rze­nia ma­łe­go dziec­ka. Spę­ka­na skóra lśni­ła w świe­tle po­chod­ni, a zie­lon­ka­we pło­mie­nie w miej­scu śmier­tel­nych ran po­wo­li do­ga­sa­ły. Ciało wy­da­wa­ło się nie­na­ru­szo­ne, jakby już zdą­ży­ło zre­ge­ne­ro­wać całe ob­ra­że­nia.

Gdy po­de­szli, po­twór po­ru­szył głową, a za­skle­pio­ne oczo­do­ły „po­pa­trzy­ły” pro­sto na nich. Be­stia za­czę­ła wę­szyć.

– Kurwa, mo­żesz się po­śpie­szyć? – wark­nę­ła In­grid.

– Wiesz, to be­stial­stwo za­bi­jać bez­bron­ne dziec­ko.

Pring za­chi­cho­tał z nutą sza­leń­stwa. Na­stęp­nie ze­brał w sobie wszyst­kie siły i za­mach­nął się w szyję po­two­ra. Ostrze nie od­cię­ło głowy, a be­stia po­ru­szy­ła się ner­wo­wo, jakby bu­dzi­ła się ze snu. Głę­bo­ka rana za­pło­nę­ła zie­lo­nym ogniem.

– Hmm… – mruk­nął Pring i znów się za­śmiał.

Rąb­nął jesz­cze raz. Mimo to po­twór spró­bo­wał wstać, a szpo­nia­ste ręce wy­cią­gnął przed sie­bie, jakby pró­bu­jąc się za­sło­nić.

Pring krzy­czał i coraz bar­dziej pa­nicz­nie walił na oślep. Ole­ista po­so­ka po­kry­wa­ła mu ręce i twarz, ale zie­lo­ny ogień w ranie wciąż pło­nął, a be­stia war­cza­ła, po­wo­li kie­ru­jąc ku niemu swe szpo­ny.

In­grid ode­pchnę­ła go na bok. Sta­nę­ła nad be­stią, wrza­snę­ła gło­śniej niż wszyst­kie okrzy­ki Prin­ga razem wzię­te i spu­ści­ła na szyję po­two­ra po­tęż­ne cię­cie. Roz­legł się gło­śny trzask, jakby ła­ma­ne­go drze­wa. Czar­ny łeb od­padł od ciała i fon­tan­na lep­kiej cie­czy za­la­ła ich oboje. Zwło­ki wciąż drga­ły, ale chwi­lę póź­niej uszło z nich życie, a pło­mie­nie zga­sły.

Ob­le­pie­ni czymś, co cuch­nę­ło jak skro­plo­na spa­le­ni­zna, stali nad po­bo­jo­wi­skiem, dy­sząc cięż­ko.

– Je­steś na­ćpa­ny tym syfem i tak ma­chasz bro­nią. Słod­ka Za­ki­sho, gdyby Zyg­munt nie po­wa­lił tego po­two­ra, to my byśmy tak le­że­li – wark­nę­ła In­grid.

– Tja – od­parł z prze­ką­sem Pring, kle­piąc ją po ple­cach. – Erfer mu­siał to zro­bić w swoim stylu. Nawet zdra­dza­jąc go, za­wdzię­cza­my mu życie.

 

Bo­ha­te­ro­wie sza­ro­ści

In­grid chyba nigdy nie wi­dzia­ła brata ubra­ne­go w coś, co przy­po­mi­na­ło mun­dur. Fal­ba­nia­sty koł­nierz kom­plet­nie nie pa­so­wał do pro­stych wło­sów, z któ­rych wciąż nie udało się zmyć krwi pi­ro­man­tycz­ne­go po­two­ra. A Pring pró­bo­wał wie­lo­krot­nie, bo jeśli o coś dbał na tym świe­cie, to o fry­zu­rę.

– Wszyst­ko prze­bie­gło zgod­nie z wy­tycz­ny­mi od ce­sa­rza, panie ko­mi­sa­rzu. – Zo­sta­wi­ła mó­wie­nie bratu, za­wsze był w tym lep­szy. – Zyg­munt Erfer, świeć Za­ki­sho nad jego duszą, jak przy­ka­za­no, do­stał chwa­leb­ną śmierć na polu walki, godną le­gen­dy. Tak czy ina­czej nie bę­dzie sta­no­wił pro­ble­mu w li­kwi­da­cji Try­bu­na­łu. Wiel­ki Pi­ro­man­ta prze­niósł się na łono Amir Maedy, gdzie jego miej­sce, a przy oka­zji zo­sta­wił nam w spad­ku tak zwany jad, z któ­re­go, jak ufam, ce­sar­scy la­bo­ran­ci będą w sta­nie opra­co­wać uni­wer­sal­ny wzór, co prze­ła­mie mo­no­pol Za­ko­nu i uczy­ni tę in­sty­tu­cję zby­tecz­ną, tak jak prze­ka­zał Ce­sarz. W tym miej­scu nad­mie­nię, że mam za­gwa­ran­to­wa­ny do­ży­wot­ni przy­dział tego spe­cy­fi­ku, jak rów­nież prawo do za­cho­wa­nia pięt­na­stu fio­lek zna­le­zio­nych przy Wiel­kim Pi­ro­man­cie, o tutaj z pie­czę­cią Na­czel­ni­ka Po­li­cji. – Pring pod­su­nął pod nos ko­mi­sa­rza jakiś świ­stek per­ga­mi­nu z ab­sur­dal­nie wiel­ką pie­czę­cią. – Wresz­cie, na tam­ten świat prze­nio­sła się także Pierw­sza Łow­czy­ni Ger­wi­na oraz bli­żej nie­na­zwa­ne mon­strum, przy któ­rym wam­pi­ry są jak ko­cię­ta i grupa opę­ta­nych wie­śnia­ków. Czy coś po­mi­ną­łem, słod­ka sio­stro?

– Jad.

– Ach, oczy­wi­ście! Pro­szę uprzej­mie, po­zo­sta­ły jad do wy­łą­czo­nych rąk che­mi­ków ce­sar­skich. – Pring po­ło­żył na bla­cie kilka fio­lek zie­lo­ne­go płynu.

Wą­sa­ty ko­men­dant po­li­cji po­pra­wił bi­no­kle i po­pa­trzył na ro­dzeń­stwo uważ­nie.

– Hm – po­wie­dział, co sta­no­wi­ło od­po­wiedź, ko­men­tarz i naj­wy­raź­niej rów­nież ak­cep­ta­cję ra­por­tu Prin­ga.

Bez dal­szych słów, przy­bił ko­lej­ną ma­syw­ną pie­częć na kar­cie ce­sar­skiej misji, z mocy usta­wy kwi­tu­jąc ją jako wy­ko­na­ną. Pring i In­grid wy­szli z ko­mi­sa­ria­tu zwol­nie­ni z całej swo­jej prze­szło­ści oraz ze zna­ko­mi­ty­mi re­fe­ren­cja­mi na przy­szłość, która miała mieć miej­sce w zu­peł­nie nowym świe­cie.

– Co teraz? – za­py­tał we­so­ło Pring.

In­grid wy­cią­gnę­ła zza pasa pa­łasz i spoj­rza­ła po­sęp­nie na ostrze.

– To na­le­ża­ło do Ger­wi­ny, potem wziął to Zyg­munt, a na końcu tym od­rą­ba­łam głowę po­two­ra. Tak jakby cały nasz od­dział go zabił.

– Ach, skąd ten sen­ty­ment! – Pring ude­rzył ją w ramię. – Jak zro­zu­mia­łem, nie chcia­łaś iść na dno, czyż nie?

– Tak. Prze­cież nie zro­bi­łam tego, bo wie­rzę w pie­przo­ną erę Rów­no­wa­gi. Ale co in­ne­go zło­rze­czyć na prze­sta­rza­łe le­gen­dy, a co in­ne­go pa­trzeć, jak od­cho­dzą na na­szych oczach – wes­tchnę­ła. – Tak to bę­dzie teraz wy­glą­dać? Wszy­scy mamy być zwy­czaj­ni, bez wy­bi­ja­nia się ponad sza­rość?

Pring uśmiech­nął się sze­ro­ko, od­po­wied­nio do swo­je­go przy­dom­ku.

– Wy­bi­jać się ponad sza­rość – prych­nął.

– Coś ty taki we­so­ły?

– Bo z sza­ro­ścią nam wszyst­kim do twa­rzy.

Koniec

Komentarze

Hejoo! Treść już znam, więc klikam Bibliotekę, bo tam tekst powinien się znaleźć. Wrócę z komentarzem pobetowym, jak będę miała już dostęp do komputera. Pozdrawiam serdecznie prezydenta Rzeppospolitej!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Holly, ja również na razie bez komputera, dziękuję Ci ślicznie za betę, naprawdę sporo udało mi się dzięki Twoim uwagom poprawić, tak że sam jestem bardziej zadowolony z tego tekstu. No i cóż, na razie pozdrawiam z pięknej Rzeppospolitej!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hej! Ciekawa intryga. Szkoda mi było Zygmunta i Gerwiny, którzy wydawali się poczciwcami. Ingrid i Pring, z kolei, postacie podstępne, niestety, okazały sie górą. W Twoim świecie śmierć jest powszechna i nawet długie relacje nie gwarantują opłakiwania zmarłych (bohaterowie przeszli niemal niewzruszeni po nagłej śmierci Gerwiny). Istotnie, szarość moralna wydaje się tu królować, nie ma wyraźnego zarysowania dobra i zła. Nawet postać wskrzeszonego, spalonego ciała, mimo, że odnosisz się do niej jako do bestii i potwora (ale też “dziecka”), miejscami, wzbudza współczucie:

Bestia leżała nieruchomo jak czarna plama na ziemi, ale wydobywała z siebie mamroczące dźwięki, na swój dziwny sposób podobne do gaworzenia małego dziecka.

Niestety, nie znam Joachima z Fiore i poglądów jakie głosił, ale chętnie o nim poczytam. Czas Równowagi, po erze Rozliczeń brzmi troche jak postmodernistyczny “koniec historii” Fukuyamy, po piętnastu wiekach bolesnego kształtowania się współczesnej cywilizacji Zachodniej. Nie pierwszy i nie ostatni, który się łudzi, że naturę ludzką da się zmienić. Dobrze, że rozpostarłeś taki dziejowy płaszcz, w cieniu którego rozgrywa sie akcja, bo dodaje to dodatkowego wymiaru opowiadaniu. No i samej akcji nie brakuje. Punkt kulminacyjny jest dobrze rozegrany. Tto podobieństwo Pringa i Ingrid, które zbyt późno dostrzega Zygmunt było dla mnie sporym zaskoczeniem, choć muszę przyznać, że moje zawieszenie niewiary nieco zachwiało się – byłem przekonany, że Zygmunt i Ingrid znają się i ufają sobie od lat, a tu taki “coming out”.

Dobry, przygodowy tekst, czytałem z przyjemnością i polecam do biblioteki!

Witaj. :)

 

Żebym nie zapomniała, bo często mi to umyka – dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Zatrzymało mnie nieco przecinków, powtórzeń (szczególnie różnych form „być” i „mieć” oraz innych czasowników), aliteracje (np. Ze złością cięła krzewy, których kolce szarpały ją za ubrania) oraz te zdania:

– Trudna z ciebie sztuka, Erfer. – syknął Pring. – kropka zbędna

A sprytny staruch nigdy nie tworzył na raz więcej niż kilku fiolek. – na pewno osobno?

 

Mocno zaskoczyłeś zwrotami akcji. :) To rodzeństwo – szok! :)) Świetne opisy walk, przekomarzań między bohaterami, religijnych obrzędów oraz przemian różnistych postaci i zjawisk nadprzyrodzonych, no i – co przecież najważniejsze – mnóstwo fantastyki. ;) Arcyciekawy świat z jego tajemnicami, regułami, praktykami… :)

 

Kliczek podwójny, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

 

Edit – osobne brawa za świetnie dobrany, przewrotny tytuł. :)

Pecunia non olet

Cześć, beeeecki

Tak, dawniej zboża były bardzo wysokie. Dzisiejsze odmiany maksymalnie sięgają metra. Podziwiam zdolność łączenia wątków i budowania świata, Twojego, szczególnego. Pomimo, że nie jestem wielkim fanem tego gatunku, czytałem z przyjemnością, tylko… wyjustuj proszę tekst. I nie, to nawet nie chodzi o to, że źle się czyta, tylko graficznie będzie cacy :-) Dlatego, że to opowiadanie imo warte jest biblioteki. Szacun z mojej strony również za budowanie świetnych, wiarygodnych postaci. 

Wolę strachy nie tak bardzo dosadne jak potwory, które można zobaczyć, ale rozumiem całkowicie charakter opowieści, gdzie potwór ma być potworem. 

Dziękuję Ci za miło spędzony czas ;-)

Klik

Pozdrawiam

Ech, Beeeecki, choć całkiem zajmująco opisałeś swój świat i toczącą się w nim intrygę, to szczerze wyznam, że lektura mocno mnie zmęczyła, bo – jak na mój gust – zbyt wiele tu było potyczek i walki. A potwory, choć przemawiają do wyobraźni, jakoś nie zdołały mnie przestraszyć.

Natomiast finał odsłaniający związki rodzinne bohaterów, mocno zaskoczył.

Dodam jeszcze, że we fragmentach, w których występowała Gerwina, ciągle czytałam Ginewra. :)

Wykonanie, nad czym ubolewam, pozostawia sporo do życzenia.  

 

wy­brań­cy pod­ję­li cięż­kie brze­mię walki ze złem. → Czy dookreślenie jest konieczne? Pachnie to masłem maślanym, wszak brzemię jest ciężkie/ trudne z definicji.

 

Grała eg­zo­tycz­na, zmy­sło­wa mu­zy­ka. → Muzyka nie gra, grają muzycy na instrumentach.

Proponuję: Brzmiała/ Rozlegała się/ Dominowała eg­zo­tycz­na, zmy­sło­wa mu­zy­ka.

 

W krót­kiej ciszy siorb­nię­cie her­ba­tą za­brzmia­ło jak grzmot. → W krót­kiej ciszy siorb­nię­cie her­ba­ty za­brzmia­ło jak grzmot.

Siorbiemy/ pijemy herbatę, nie herbatą.

 

– Trud­na z cie­bie sztu­ka, Erfer. – syk­nął Pring. → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Od­sko­czył i ob­li­zał górną wargę z krwi. → A może: Od­sko­czył i ob­li­zał krew z górnej wargi.

 

a na­stęp­nie po­li­zał i za­gryzł zęby na ostrzu… → …a na­stęp­nie po­li­zał i zacisnął zęby na ostrzu

Zębów nie można zagryźć.

 

pło­nął coraz bar­dziej, czer­wo­no­kr­wi­stym ogniem. → Raczej: …pło­nął coraz bar­dziej, krwistoczer­wo­nym ogniem.

 

dłuż­szą chwi­lę pró­bo­wał do­czy­ścić ze spa­le­ni­zny swój strój. → A może: …dłuż­szą chwi­lę pró­bo­wał do­czy­ścić/ oczyścić swój strój ze spa­le­ni­zny.

 

chwi­la bez star­sze­go ko­le­gi była zbyt cięż­ka do znie­sie­nia. → …chwi­la bez star­sze­go ko­le­gi była zbyt trudna do znie­sie­nia.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

za­pach, który inni na­zwa­li­by swą­dem… → …za­pach, który inni na­zwa­li­by swę­dem

 

Jeden z czci­cie­li wy­rwał się z transu i za­mru­gał ocza­mi. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł zamrugać inaczej, nie oczami?

 

pło­ną­ca ręka mar­twe­go drgnę­ła, ni­czym w przed­śmiert­nym wierz­gnię­ciu. → Wierzgać można nogami, nie rękami.

Proponuję: …pło­ną­ca ręka mar­twe­go drgnę­ła, ni­czym w przed­śmiert­nym spazmie.

 

pod po­zo­ra­mi od­prę­żo­ne­go uśmie­chu i żar­to­bli­wych do­ci­nek. → Docinek jest rodzaju męskiego, więc: …pod po­zo­ra­mi od­prę­żo­ne­go uśmie­chu i żar­to­bli­wych do­ci­nków.

 

jego twarz zna­la­zła się zaraz przed cnym ob­li­czem Uśmiech­nię­te­go Księ­cia. → Obawiam się, że o Uśmiechniętym Księciu można powiedzieć wszystko, ale nie to, że był cny.

 

W od­da­li rósł las, a wokół cią­gnę­ły się pola ro­sną­ce­go zboża… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: W od­da­li rósł las, a wokół cią­gnę­ły się pola dojrzewającego zboża

 

kamyk, który potoczył się z głuchym dźwiękiem po ziemi i wpadł między kłosy. → Skoro kamyk toczył się po ziemi, nie mógł wpaść między kłosy.

Proponuję: …kamyk, który potoczył się z głuchym dźwiękiem po ziemi i wpadł między źdźbła.

 

We­szła mię­dzy wy­so­kie kłosy… → We­szła mię­dzy wy­so­kie źdźbła

 

Zboże ko­ły­sa­ło się ła­god­nie, two­rząc spój­ną, nie­zmą­co­ną taflę. → Nie wydaje mi się, aby kołyszące się zboże mogło tworzyło taflę. A skoro się kołysało, nie było niezmącone.

 

Nie żyła, choć rana wcale nie była głę­bo­ka – po­dłuż­ne szra­my prze­ora­ły pierś i ramię… → Nie żyła, choć rana wcale nie była głę­bo­ka – po­dłuż­ne cięcia prze­ora­ły pierś i ramię

Szrama ro ślad po zagojeniu się rany.

 

mruk­nę­ła In­grid, po­ka­zu­jąc na ślady. → …mruk­nę­ła In­grid, po­ka­zu­jąc ślady.

Pokazujemy coś, nie na coś.

 

In­grid wy­mie­rzy­ła pa­ła­szem w kie­run­ku be­stii… → In­grid wy­mie­rzy­ła pa­ła­sz w kie­run­ku be­stii

 

Be­stia za­chwia­ła się i sta­ne­ła nie­ru­cho­mo jak posąg. → Literówka.

 

mon­strum, które krą­ży­ło gdzieś teraz po lesie. → …mon­strum, które krą­ży­ło teraz gdzieś po lesie.

 

nie two­rzył na raz wię­cej niż kilku fio­lek… → …nie two­rzył naraz wię­cej niż kilku fio­lek

 

Ze zło­ścią cięła krze­wy, któ­rych kolce szar­pa­ły ją za ubra­nia. → Ze zło­ścią cięła krze­wy, któ­rych kolce szar­pa­ły jej ubranie.

 

liżąc ogo­ło­co­ne z ga­łę­zi drze­wa. → Skoro drzewa były pozbawione gałęzi, to może: …liżąc ogo­ło­co­ne z ga­łę­zi pnie.

 

In­grid za­trzy­ma­ła się w pół­kro­ku. → In­grid za­trzy­ma­ła się w pół ­kro­ku.

 

krzyk­nę­ła, wska­zu­jąc na czar­ny cień… → …krzyk­nę­ła, wska­zu­jąc czar­ny cień

 

powiedział sucho Wielki Piromanta.

Potem wypowiedział krótkie nienawistne słowo… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję drugie zdanie: Potem wyrzekł krótkie nienawistne słowo

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kronosie,

dzięki za wizytę!

Czas Równowagi, po erze Rozliczeń brzmi troche jak postmodernistyczny “koniec historii” Fukuyamy, po piętnastu wiekach bolesnego kształtowania się współczesnej cywilizacji Zachodniej.

A to ciekawe skojarzenie. W sumie chyba zawsze te zapowiedzi “ostateczności” źle się starzeją. Z samym Fukuyamą lubię wywiady już jakiś czas po “Końcu historii”, gdzie już trudno było udawać, że jego przepowiednie spełniły się wprost. Ciekawy, mądry facet, szkoda jak się go czasem interpretuje przez pryzmat “a się pomylił”.

Tto podobieństwo Pringa i Ingrid, które zbyt późno dostrzega Zygmunt było dla mnie sporym zaskoczeniem, choć muszę przyznać, że moje zawieszenie niewiary nieco zachwiało się – byłem przekonany, że Zygmunt i Ingrid znają się i ufają sobie od lat, a tu taki “coming out”.

No właśnie tutaj próbowałem jakoś zbalansować – w pierwszych wersjach było znacznie więcej podpowiedzi, potem je przyciąłem. Na pewno nie chciałem, by twist był zbyt oczywisty. Faktycznie, być może samej zażyłości Ingrid i Zygmunta nie ma wiele, choć pewnie szacunek można wywnioskować z jej wypowiedzi.

Dobry, przygodowy tekst, czytałem z przyjemnością i polecam do biblioteki!

Oj to jest najlepsze, co mogłem usłyszeć – dokładnie chciałem, aby po prostu był to przyjemny akcyjniak.

Dzięki!

 

Witam serdecznie bruce!

jak zawsze bardzo się cieszę z Twojej wizyty!

Żebym nie zapomniała, bo często mi to umyka – dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)

To mój pierwszy raz, obiecuję, że nie zostanie ze mną raczej, tu po prostu pasowało momentami :)

 

Błędy chyba po części poprawione, niewykluczone też, że zrobiłem to przy korekcie od niezawodnej reg. Zresztą obie jesteście niezawodne heart

Mocno zaskoczyłeś zwrotami akcji. :) To rodzeństwo – szok! :)) Świetne opisy walk, przekomarzań między bohaterami, religijnych obrzędów oraz przemian różnistych postaci i zjawisk nadprzyrodzonych, no i – co przecież najważniejsze – mnóstwo fantastyki. ;) Arcyciekawy świat z jego tajemnicami, regułami, praktykami… :)

Dzięki heart

Świat w sumie “stworzył się sam” po mocniejszym zaczerpnięciu z inspiracji wskazanych w przedmowie. Cieszę się, że wyszło no i że nie spaliłem twista!

Kliczek podwójny, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

Ojoj, dziękuję!

Edit – osobne brawa za świetnie dobrany, przewrotny tytuł. :)

 

I tu również dziękuję! Choć wiadomo, Król Tytułów, a właściwie Cezar Tytułów, jest jeden laugh

 

Czołem Heskecie!

bardzo się cieszę, że wpadłeś!

Tak, dawniej zboża były bardzo wysokie. Dzisiejsze odmiany maksymalnie sięgają metra.

A no właśnie tak mi się zdawało, że gdzieś to czytałem, przyznam się szczerze, że nie sprawdziłem źródła, ale poszedłem za intuicją. Poza tym, no cóż… jakoś trzeba buszować w zbożu :)

 tylko… wyjustuj proszę tekst. I nie, to nawet nie chodzi o to, że źle się czyta, tylko graficznie będzie cacy :-)

Jeeeeennnyy!!! Popędziłem to zrobić w pierwszej kolejności, jejku.

 

Zakładam, że tego nie zauważyłem, bo w pracy sporo piszę, a mamy odgórnie przyjętą formatkę, która nie jest wyjustowana. I wszyscy się z tego lekko podśmiechujemy, ale człowiek robi od kilku lat w jednej firmie i jak widać wchodzi to w krew podświadomie :)

Dlatego, że to opowiadanie imo warte jest biblioteki. Szacun z mojej strony również za budowanie świetnych, wiarygodnych postaci. 

Dziękuję! Naprawdę, bardzo mnie to cieszy, bo w procesie tworzenia to idzie zwątpić we wszystko po drodze!

Wolę strachy nie tak bardzo dosadne jak potwory, które można zobaczyć, ale rozumiem całkowicie charakter opowieści, gdzie potwór ma być potworem. 

Cóż, aby był łowca wiedźm/potworów musi być wiedźma lub potwór :)

Dziękuję Ci za miło spędzony czas ;-)

Klik

Dzięki śliczne, naprawdę dużo radości sprawił mi Twój wpis!

 

Reg,

bardzo się cieszę, że wpadłaś, no i że poświęciłaś swój czas, by poprawić mój tekst heart

Ech, Beeeecki, choć całkiem zajmująco opisałeś swój świat i toczącą się w nim intrygę, to szczerze wyznam, że lektura mocno mnie zmęczyła, bo – jak na mój gust – zbyt wiele tu było potyczek i walki. A potwory, choć przemawiają do wyobraźni, jakoś nie zdołały mnie przestraszyć.

Potwory to mam wrażenie mają to do siebie, że są mało straszne przeważnie. Trywialnie mógłbym nawet powiedzieć, że bardziej przerażający bywają ludzie.

A jeśli chodzi o nadmiar walki, cóż chciałem tym razem to umieścić, ale rozumiem, że nie każdemu się to spodoba. Pierwszy raz dałem tego aż tyle, więc też chciałem zebrać opinie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że następnym razem uda się zbalansować i trafić w Twoje gusta :)

Natomiast finał odsłaniający związki rodzinne bohaterów, mocno zaskoczył.

No i proszę! Myślałem, że nie umiem w twisty zupełnie i chcąc nie chcąc zdradzam się po drodze :)

Dodam jeszcze, że we fragmentach, w których występowała Gerwina, ciągle czytałam Ginewra. :)

O to jak Michael na becie! A akurat chodziło mi o imię o podłożu bardziej germańskim.

Wykonanie, nad czym ubolewam, pozostawia sporo do życzenia.

I wielce się cieszę, że postanowiłaś to zmienić, a ja postaram się czegoś nauczyć! Faktycznie, tym razem sporo, cóż zatem więcej się nauczę!

Na swoje usprawiedliwienie, część wynika oczywiście z wielokrotnego przepisywania tekstu, zwłaszcza jego skracania.

chwila bez starszego kolegi była zbyt ciężka do zniesienia. → …chwila bez starszego kolegi była zbyt trudna do zniesienia.

Ajajaj, tego to się już mogłem nauczyć.

zapach, który inni nazwaliby swądem… → …zapach, który inni nazwaliby swędem

A nie jest możliwe przez “ą”? 

https://pl.wiktionary.org/wiki/sw%C4%85d

Wiem, że wikisłownik to średnie źródło wiarygodnej wiedzy, więc się nie upieram.

Jeden z czcicieli wyrwał się z transu i zamrugał oczami. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł zamrugać inaczej, nie oczami?

Tego też mógłbym się już nauczyć, ale cóż…

jego twarz znalazła się zaraz przed cnym obliczem Uśmiechniętego Księcia. → Obawiam się, że o Uśmiechniętym Księciu można powiedzieć wszystko, ale nie to, że był cny.

A tak wiem, to miała być bezczelna ironia narratora.

Ingrid zatrzymała się w półkroku.Ingrid zatrzymała się w pół kroku.

https://sjp.pl/p%C3%B3%C5%82krok

Nie ma półkroku?

 

Jak zawsze, Twój komentarz mnie ucieszył, rozbawił wytykając moją głupotę i wyedukował, miejmy nadzieję. Mam nadzieję, że wszystko naniosłem heart 

 

Wszystkich Was serdecznie pozdrawiam i dziękuję!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

heart Pozdrowionka, dzięks i powodzenia. :)

Pecunia non olet

Try­wial­nie mógł­bym nawet po­wie­dzieć, że bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy by­wa­ją lu­dzie.

Nie mogę się z Tobą nie zgodzić. :)

 

A jeśli cho­dzi o nad­miar walki, cóż chcia­łem tym razem to umie­ścić, ale ro­zu­miem, że nie każ­de­mu się to spodo­ba.

A ja rozumiem, że miałeś prawo pisać tak, by zaspokoić własne chęci, a przy okazji poznać wrażenia czytelników.

 

No i pro­szę! My­śla­łem, że nie umiem w twi­sty zu­peł­nie…

Umiesz, umiesz i pewnie niejeden raz jeszcze zaskoczysz. :) 

 

O to jak Mi­cha­el na becie!

O, to bardzo dobre towarzystwo! :)

 

Na swoje uspra­wie­dli­wie­nie, część wy­ni­ka oczy­wi­ście z wie­lo­krot­ne­go prze­pi­sy­wa­nia tek­stu, zwłasz­cza jego skra­ca­nia.

Bywa, że pisarz sam rzuca sobie kłody pod nogi i potem się na nich potyka. :)

 

Aja­jaj, tego to się już mo­głem na­uczyć.

Widać nie mogłeś, bo pewnie coś stanęło na przeszkodzie. :)

 

Wiem, że wi­ki­słow­nik to śred­nie źró­dło wia­ry­god­nej wie­dzy, więc się nie upie­ram.

Wikisłownik nie jest taki zły, ale bardziej ufam SJP PWN https://sjp.pwn.pl/so/sw%C4%85d.html

A poza tym, czy powiedziałbyś, że „ktoś załatwił coś psim swądem?” Sam widzisz, jak to brzmi – fatalnie, nieprawdaż? :)

 

Tego też mógł­bym się już na­uczyć, ale cóż…

Tego też się nauczysz. Na pewno! :)

 

https://sjp.pl/p%C3%B3%C5%82krok

Nie ma pół­kro­ku?

A widziałeś kiedykolwiek, by ktoś szedł półkrokami? :)

Gdyby ktoś szedł wolno, celowo opóźniając dotarcie dokądś, powiedziałabym, że stawia kroczki/ drobi kroki.

 

Mam na­dzie­ję, że wszyst­ko na­nio­słem

Więc ja, podzielając Twoją nadzieję, udaję się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka