Jak w życiu, po młodości następuje dorosłość, a po niej starość, jak w dniu świt ustępuje południu, a później zmierzchowi, wreszcie jak ogień, święty ogień Dobrej Pani Amir Maedy, rozpoczyna się od iskry, przeradza się w płomień, aż gaśnie i staje się popiołem – tak całe dzieje ludzkości toczą się w trójdzielnym porządku.
Pierwsze miało miejsce Załamanie, które, Amir Maedzie niech będą dzięki, już za nami, a w którym przeważały siły ciemności i ich horrenda. Człowiek był wtedy poddanym i zabawką wampirów, nieumarłych i innych monstrów. Potem, wraz z narodzinami prorokini Zakishy, rozpoczęło się Rozliczenie, podczas którego wybrańcy podjęli brzemię walki ze złem.
Załamanie trwało czterdzieści dwa umęczone pokolenia jeńców mroku. Dzięki objawieniu Amir Maedy oraz wstawiennictwu Zakishy ujrzałem, że kończy się także czas Rozliczenia, trwający waleczne czterdzieści dwa pokolenia. Nie bez przyczyn panuje obecnie pokój na każdej granicy. Nie bez przyczyn zgasł święty ogień w świątyni Yaz, płonący nieprzerwanie od półwiecza. Nie bez przyczyn ustaje plaga wampiryzmu i innych spaczeń.
Łagodne oblicze Amir Maedy odwróciło się w stronę świata. Nastaje święty czas Równowagi, gdy ludzie zjednoczą się w dobroci i osiągną swą najwyższą formę poprzez cześć Dobrej Pani.
Dlatego głoszę, a mój głos niech brzmi jak słowa Zakishy zesłane z góry: Zakończcie próżne spory! Porzućcie dawne nawyki! Doskonalcie modlitwy i hymny, nie miecze i pałasze! Niech znikną instytucje dawnego porządku, poranione owoce dobrej walki ze złem. Walki wygranej, której krew zrosiła ziemię. Niechże urośnie z niej nowy, lepszy człowiek!
“O trójdzielnym porządku rzeczy oraz nastaniu Równowagi”
Joachim Foria Młodszy
Pochówek dla nieumarłego
– Kurwa, nie zrozumiem, dlaczego pieprzony Departament Cenzury to puścił! Przecież to jest nawoływanie do buntu!
Płomień z palnika słabo oświetlał pierwszą stronę gazety. Ingrid splunęła na bruk, zniesmaczona lekturą.
– W dalszej części nawołują do rozwiązania Zakonu Piromantów, legalizacji ceromancji i kwestionują wampiryzm. A przeczytałem pobieżnie – odparł spokojny, męski głos.
– I może jeszcze prawo do pochówku dla nieumarłych? Bo tego wampira z wczoraj to właściwie pochowałam.
Towarzysz prychnął cicho.
– Byłem w cenzurze, Ingrid. Dostali bezwzględny zakaz wycinania czegokolwiek, co traktuje o tym całym Joachimie i jego poglądach. Także te bardziej radykalne interpretacje.
Ingrid uniosła brwi, patrząc na towarzysza spod ronda kapelusza.
– Ponoć już pół Cesarstwa jest święcie przekonane, że nastaje era Równowagi – wyjaśnił mężczyzna, również w kapeluszu. W półmroku dało się zobaczyć jedynie krótką, srebrną brodę i binokle na nosie.
– I pewnie obiecali im przeniesienie po zamknięciu Trybunału. Szuje pierdolone.
– Zrobiłaś się strasznie wulgarna.
Zapadła krótka cisza, po której oboje parsknęli śmiechem.
– Zajmijmy się robotą, Zyg, póki jeszcze ją mamy.
Uczciwe niepowodzenie
„Ponętna Tarczowniczka” była tawerną, którą Zygmunt Erfer zwykł nazywać obleśną. W środku nie brakowało roznegliżowanych tancerek wykonujących pląsy z wiklinowymi tarczami, które stanowiły jedyną osłonę ich nagości. Brzmiała egzotyczna, zmysłowa muzyka. Wino korzenne i ale lały się strumieniami dzięki hojności grupy dobroczyńców siedzących przy okrągłym stole na podwyższeniu.
– Ach! Erfer! – zawołał wesoło długowłosy blondyn o bladej, gładkiej twarzy. – I to w towarzystwie Żelaznej Blondyneczki, Ingrid Eise! Cóż za zaszczyt!
– Gdyby nie twój piskliwy głosik, wzięłabym cię za jedną z tych tańczących ździr – warknęła Ingrid z taką nienawiścią, jakby gospodarz dokuczał jej od przedszkola. Splunęła i szybkim ruchem zepchnęła jednego z biesiadników ze stołka, zajmując jego miejsce.
– Och, Eise – mruknął zalotnie blondyn. – Przecież jestem o wiele ładniejszy niż wszystkie moje kobietki.
– Niestety, nie przyszliśmy podziwiać twoich uroków, Pring – włączył się stanowczym tonem Zygmunt.
Jeden z siedzących ustąpił mu miejsca, z takim szacunkiem, na jaki może pozwolić sobie rzezimieszek wobec legendarnego stróża prawa.
– Mnie to nie dziwi, Erfer! W twoim wieku to chyba można sobie darować podziwianie uroków!
– Cóż, moje gusta nie muszą być tak szeroko znane jak twoje. Ale wiesz, że nie pogardzę herbatą. Nie z przemytu, jeśli łaska.
Gospodarz skinął głową jednemu oprychowi. Po chwili przed Zygmuntem stał kubek parujący korzennym zapachem.
– Dobra, możemy przejść do rzeczy, proszę? Nie mam całej nocy. – Ingrid od dawna pracowała w duecie z Zygmuntem, ale do pewnych spraw, jak dziwne relacje z półświatkiem, nie potrafiła się przyzwyczaić.
– Och, sądząc po tym, co piszą, rychło będziecie mieć bardzo dużo czasu. Chyba że bycie przenoszonym na pomniki to praca na pełen etat! – roześmiał się perliście blondyn, a wraz z nim jego poplecznicy.
– Powiedz nam, co wiesz o zniknięciu Wielkiego Piromanty, a odejdziemy do swoich spraw.
– Wasze sprawy przeważnie stoją w kontrze do moich, Erfer… Każdy musi sobie radzić w naszym schyłku ery Rozliczenia, nieprawdaż? Wielki Piromanta najwyraźniej uznał tak samo, skoro jawnie nawołuje się do likwidacji jego Zakonu. W sumie moglibyście połączyć z nim siły, masy są waszym wspólnym wrogiem!
– Parę dni temu spalono wioskę, część mieszkańców zaginęła, nigdzie nie ma ciał, które zostawiłyby wampiry. – Zygmunt zignorował słowa gospodarza i powąchał swój napar. – A nie bez powodu tę wieś nazywa się Cynamonką.
– Faktycznie, mają tam te swoje drzewa – mruknął niechętnie Pring, głosem dziecka, któremu rodzice zabrali zabawkę.
Grupa roześmianych rzezimieszków niepokojąco się powiększała. Oprychy, niby od niechcenia, otaczały stół. Trzymali broń na wierzchu. Błyszczały noże i pistolety.
– Gadaj, co wiesz, bo uznamy, że ty za tym stoisz i skończymy twój pieprzony biznes! – Ingrid wstała z miejsca i ruszyła do gospodarza, trzymając dłoń na rękojeści pałasza.
W krótkiej ciszy siorbnięcie herbaty zabrzmiało jak grzmot.
– Słodka Zakisho, Pring, ile my się znamy? W swej mądrości, zamiast dosypać mi arszeniku, postawiłeś na cynamon. Mówiłem, że nie lubię towaru z przemytu, ale z rozboju smakuje jeszcze gorzej.
Dwóch rosłych mężczyzn stanęło za nim, kolejni zaszli Ingrid od boku. Rozległo się głośne kliknięcie zamka od pistoletu skałkowego.
– Musimy? – westchnął rozczarowany Zygmunt, chowając binokle do kieszonki na piersi.
– Tyle już razy próbowałem cię zabić. Wciąż marzy mi się sukces – odparł z perwersyjnym uśmiechem Pring.
Ingrid zrobiła pierwszy ruch. Ze zwinnością kotki i siłą tura dała w pysk jednemu ze zbirów, a następnie kopnięciem powaliła drugiego. Zygmunt ułamek sekundy siedział w bezruchu, ale gdy ktoś chciał mu przyłożyć pałką w głowę, uchylił się i oblał przeciwnika gorącą herbatą. Rozległ się huk, kula z pistoletu trafiła w ramię łotra, którego Ingrid użyła jako tarczy, a potem pchnęła go na strzelca.
Łowcy dobyli pałaszy. Miały one wbudowane niewielkie lufy, wzdłuż jelców, co stanowiło tylko jeden z wielu ukrytych mechanizmów. Były czasy, gdy Cesarstwo hojnie łożyło na nowinki techniczne dla Trybunału.
Huknęły strzały, a następnie szczęknął metal. Goście gospody wśród panicznych krzyków zaczęli przepychać się do wyjścia, reszta ruszyła przyglądać się bójce. Nagie tancerki umknęły za ławę, zasłaniając się tarczami. Mnożyły się rany cięte wśród oprychów, dopełniane syknięciami lub wrzaskami, w cięższych przypadkach. Potwierdzała się legenda, że łowcy wiedźm nie można skaleczyć, chyba że jest się nieumarłym.
Zygmunt ciął po łuku, zmuszając dwóch wrogów do odskoczenia. Zamarkował cios od dołu, płynnie zmieniając go w pchnięcie, które drasnęło pierś przeciwnika. Drugi próbował natrzeć, ale chybił, zwiedziony unikiem i dostał płazem w potylicę. Ingrid wolała okładać oprychów pięściami. Nie bez powodu na rękawicach nosiła kolczaste kastety.
Szybko podium zostało obficie zroszone krwią, choć łowcom udało się nikogo nie zabić – źle wpływało to na interesy i reputację Trybunału i tak nadszarpnięte w tych czasach.
– Zajmij się resztą – rzucił Zygmunt, a Ingrid odpowiedziała krzywym uśmiechem. – A ja mam parę pytań, Pring!
Gospodarz również obdarzył łowcę uśmiechem. Ukłonił się elegancko, jak do tańca i natarł szybkim pchnięciem rapieru.
Broń co chwila wydawała krótki szczęk, gdy przeciwnicy wymieniali kolejne ciosy. Pring był niebywale szybki, stąd uwielbiał ciąć od boku i zmieniać pozycję, Zygmunt pozostawał raczej w statycznej defensywie, sporadycznie kontrując pchnięciami. Wystarczyła jednak niespodziewana finta, zwód z unikiem i zamarkowaniem, by uderzyć rywala łokciem w twarz, rozkrwawiając mu nos, a następnie z łatwością wytrącić rapier z jego dłoni.
– Trudna z ciebie sztuka, Erfer – syknął Pring.
Odskoczył i oblizał krew z górnej wargi. Dobył krótkiego tasaka i kciukiem poruszył wmontowany weń cyngiel. Z niewielkiej rurki w rękojeści polała się oleista ciecz, a z mechanizmu broni zaczęła ciurkiem lecieć świszcząca para. Pring uśmiechnął się, pokazując krew na białych zębach, a następnie polizał i zacisnął zęby na ostrzu, jak w jakichś perwersyjnych zalotach. Niemal z tasakiem w ustach rzucił się do niespodziewanego ataku, w ostatniej chwili przechodząc do pchnięcia w brzuch.
W szamotaninie upadli na podłogę. Zygmunt założył przeciwnikowi bolesną dźwignię na łokciu, ale rywal wywinął się, trąc ostrzem tasaka po ubraniu łowcy.
Stanęli naprzeciw siebie, dysząc.
– Gorąca głowa, hę? – mruknął Pring, poruszając brwiami.
Zygmunt zdał sobie sprawę, że jest mu podejrzanie ciepło. Zobaczył, że choć przeciwnik nawet nie przeciął płaszcza, a jedynie odciął kawałek ronda kapelusza, to, o dziwo, udało mu się podpalić oba. Strój łowcy płonął coraz bardziej, krwistoczerwonym ogniem.
Zygmunt na chwilę zapomniał o wszystkim, co go otacza. Rzucił broń, strącił kapelusz z głowy i zaczął pośpiesznie zdejmować płaszcz. To nie był zwykły ogień, wiedział to i nie zamierzał ryzykować ani sekundy. Lepiej już dostać stalą pod żebra.
Pring zamierzał go zadać porzuconym przez Zygmunta pałaszem. Między nimi stanęła jednak Ingrid, sycząc gniewnie. Jej dłonie ociekały krwią, lecz sama miała jedynie drobne draśnięcia. Nie wyglądała jak ktoś, z kim chce się walczyć.
Blondyn zmierzył łowców pobłażliwym spojrzeniem.
– Cóż, ja cię nie zabiłem, ty nie dostaniesz odpowiedzi. Uczciwe niepowodzenie.
Pring rzucił się do ucieczki. Ingrid chciała ruszyć za nim, ale Zygmunt ją powstrzymał.
– Nie, wystarczy! Mamy wszystko, czego chcieliśmy.
Wyciągnął binokle oraz niewielki, mosiężny kompas. Skalibrował żyroskop i po chwili igła poruszyła się w kierunku, w którym uciekł Pring.
Ingrid prychnęła z podziwem.
– Jeszcześ się nie zestarzał, dziadku.
Rozejrzeli się po tawernie. Tancerki czmychnęły, podobnie jak wszyscy goście. Na miejscu zostali jedynie mocno poobijani i zakrwawieni. Dominowały ciche jęki i zapach krwi. Przewrócony stół, porozbijane szkło, niedokończone trunki i posiłki. Łowcy znów zostawiali po sobie bałagan.
Ingrid dopiła czyjeś ale jednym haustem i beknęła cicho.
– I niech ktoś mi jeszcze raz powie, że czas bohaterów przemija.
Jak wszyscy coś twierdzą, to tak jest
– To był jad piromanty, bez wątpliwości.
Zygmunt siedział pod ścianą i już dłuższą chwilę próbował doczyścić swój strój ze spalenizny. Na razie bezskutecznie, choć zabrudzenia nie wybijały się tak bardzo na tle dotychczasowego zużycia.
– W rękojeści miał wmontowany przewód z jakimś oleum, ale dopiero po polizaniu metal od razu się nagrzał. Zakazane i dość polowe użycie jadu piromanty.
Znów odpowiedziała mu pełna zamyślenia cisza.
– Powinniśmy wyruszyć przed świtem, Gerwino, Pring niewątpliwie kręci z Wielkim Piromantą.
Popatrzył znaczącym wzrokiem w stronę biurka po drugiej stronie pokoju. Siedziała za nim ponura kobieta, o zmęczonym spojrzeniu.
– Gdybyś nie zrezygnował z dowodzenia, to wydałbyś teraz rozkaz, posłał gońca do policji i ruszylibyśmy w pościg – stwierdziła kwaśno i zacisnęła szczękę.
– Przecież to oczywiste, mamy ich na wyciągnięcie ręki.
– Tak – mruknęła Gerwina i wstała od biurka. – Oczywiste jest to, że mam na głowie zmniejszenie budżetu operacyjnego o trzy czwarte, nie stać mnie na nowy sprzęt ani konserwację starego i dostałam wyraźny zakaz podejmowania działań poza rutynowymi kontrolami. Wszyscy tylko czekają na nasze potknięcie. – Starała się mówić spokojnie, ale emocje wzięły górę, gdy prawda zabolała za bardzo. – Za to mam burdę w karczmie wywołaną przez moich podwładnych! Połowa cesarskiej administracji na to czeka!
Zygmunt przestał szorować i popatrzył na nią uważniej. Założył osmolony płaszcz oraz kapelusz z przyciętym rondem. Gerwina spojrzała na niego wyczekująco, niemal błagając wzrokiem, by coś powiedział.
– To ludzie Pringa wszczęli bójkę – stwierdził.
– Nikogo to nie obchodzi – westchnęła, łagodniejąc. – Pring dawał im cycki tancerek i napitek. Ludzie wolą cycki od spraw wagi państwowej. Wiesz jak mówią na Pringa?
– Uśmiechnięty Książę – wtrąciła się Ingrid, o której obecności można było zapomnieć. Blondynka tkwiła w ciemnym kącie i dało się zobaczyć jedynie długie, jasne włosy.
– Uśmiechnięty Książę – potwierdziła Gerwina. – Kobiety do niego wzdychają, a mężczyźni chcą być jak on.
Zygmunt popatrzył na nią poważniej wzrokiem człowieka odpornego na wszystko.
– Bzdura. Schwytajmy Wielkiego Piromantę, nim jutrzejsze gazety napiszą o burdzie, a znów będziemy bohaterami. Wypełnij druk zawiadomienia, Ingrid zaniesie go na policję. Czekam na zewnątrz.
Wyszedł. Gerwina westchnęła, jakby nawet chwila bez starszego kolegi była zbyt trudna do zniesienia. On jeden trzymał tarczę osłaniającą przed wszystkimi pociskami wątpliwości, jakimi mierzyła do niej obecna sytuacja.
– Ma rację, zaniesiesz druk – mruknęła, sięgając do szuflady po kartkę i pióro.
– Ty też masz rację – stwierdziła Ingrid, wychodząc z mroku kąta. – A stawiam, że również Pring i Wielki Piromanta mają rację. Wszyscy próbujemy sobie jakoś radzić w tym podłym świecie. Tylko Zyg nie musi, bo swoje już przeżył. Pytanie, czy chcesz wyginąć razem z nim? – Przystanęła przed biurkiem, opierając dłonie o blat, patrząc niepokojąco spod kapelusza.
– Pieprzysz. Zygmunt… – Gerwina zdała sobie sprawę, że nie wie, co chce powiedzieć. Stary łowca był dla niej oczywistością, jak sen, a nie zasypia się świadomie.
– Jest legendą i kocham go jak ojca, ale nie pozwolę by ciągnął nas w dół, bo dno wcale nie jest przyjemne, Gerw. Złe rzeczy dzieją się tym, którzy sprzeciwiają się przeznaczeniu. Czas bohaterów przemija nie dlatego, że nastał jakiś cholerny rok zmiany, ale dlatego, że wszyscy tak twierdzą. A jak wszyscy coś twierdzą, to tak jest.
Ingrid nie czekała na odpowiedź, wyrwała Gerwinie uzupełniony formularz i wyszła z biura.
Niech drżą ci, którzy wieszczą jego koniec
Wielki Piromanta rozejrzał się po jasnym zagajniku, poprzecinanym wąskimi kurtynami żywego ognia. Sanktuarium ukryte na prowincji, wypełnione jedynie kultystami zrekrutowanymi z okolicznej osady. Skromny początek.
Płomienie lizały obnażone torsy wyznawców, nie czyniąc im krzywdy, gdy spokojnie nucili ponurą mantrę i bujali się na boki w pozycji klęczącej. Ciała ociekały potem i lśniły nasmarowane oleum. Wyglądały jak wykute z wypolerowanego marmuru. W powietrzu unosił się słodki zapach, który inni nazwaliby swędem, ale dla Wielkiego Piromanty była to woń obcowania z bóstwem. Amir Maeda, stwórczyni i niszczycielka wszystkiego, znajdowała się pośród nich, w bojowej postaci, o której spaczony świat zapomniał.
Jeden z czcicieli wyrwał się z transu i zamrugał. Wielki Piromanta skupił na nim nieprzychylne spojrzenie. Nieszczęśnik jęknął, a po chwili zaczął krzyczeć i wymachiwać rękami, gdy płomienie ogarnęły jego ciało. Skonał w męczarniach. Pozostała dwudziestka nie przestała się modlić.
Gdy skończyli, a ściany ognia samoistnie wygasły, Wielki Piromanta wydał rozkazy. Wyznawcy rozeszli się, a dwójka przywlekła spalone ciało. Skóra była czarna, popękana, pełna pęcherzy. Kultyści milczeli, patrząc wyczekująco na mistrza, który podszedł do jednego z płonących zniczy olejnych i zdjął go z łańcucha.
– Poległy nowej wiary – powiedział charczącym głosem. – Niech ogień, który niszczy, stanie się ogniem tworzącym.
Dolał do znicza kilka kropel zielonej cieczy. Płomień zasyczał i zaczął rosnąć, zmieniając kolor na szafirowy. Wielki Piromanta podszedł do spalonego ciała i wylał zawartość naczynia. W powietrzu znów pojawił się ciężki zapach, gdy zielony płomień objął martwego.
– Pokaż nam, Dobra Pani, moc życia, które tworzysz i przywracasz! – wykrzyczał, a dwójka wyznawców ślepo powtórzyła.
Wtedy, wciąż
płonąca ręka martwego drgnęła, niczym w przedśmiertnym spazmie. Wyznawcy, choć należeli do najbardziej doświadczonych z grupy, otworzyli szeroko oczy i westchnęli. Wielki Piromanta uniósł kącik ust w nikłym uśmiechu.
– Wielkie jest wojenne oblicze Amir Maedy. Niech drżą ci, którzy wieszczą jego koniec.
Właściwie w imię czego?
– Niewiele was przybyło, co? Urok osobisty by się przydał!
Pring do perfekcji opanował krycie czujności pod pozorami odprężonego uśmiechu i żartobliwych docinków. Tak, darzył szacunkiem siedzący naprzeciw szkielet, na który ktoś naciągnął szarą skórę, zwany Wielkim Piromantą. Dlatego właśnie Uśmiechnięty Książę pozostawał w gotowości, mimo rąk założonych za głowę i nóg trzymanych na blacie stołu, robiącego za ołtarz w prowizorycznej kaplicy w zagajniku.
Rozmówca podszedł bliżej i popatrzył na niego krytycznie.
– Miałeś przyprowadzić więcej wyznawców.
Głos mistrza brzmiał jakby nie pił nic przez ostatnią dekadę, a dla Pringa, który uwielbiał przyjemne doznania, słuchanie go stanowiło podwójnie przykre doświadczenie. Nie mówiąc o smrodzie spalenizny. Ale czegóż się nie robi w imię… Właściwie w imię czego?
– I przyprowadziłbym, gdyby nie naszli mnie łowcy z pytaniami o ciebie. Nie sądzisz, że te całe ściany ognia i ogołocenie wioski mogły, wiesz… przyciągnąć uwagę?
Wielki Piromanta łypnął na niego groźnie i wstał od stołu. Pring aż odwrócił wzrok, zniesmaczony cieniutką skórą naciągniętą na czaszkę, wyglądającą jak pustynia w porze suchej.
Coś drgnęło w ciemności za Wielkim Piromantą. Rozległo się ciche rzężenie, gdy czarny cień wyodrębnił się z mroku lasu i stanął obok niego.
Pring uśmiechnął się szeroko. Tylko tak potrafił ukryć strach i obrzydzenie. Zamrugał i ściągnął nogi z blatu, z trudem powstrzymując ochotę, by uciec.
Nie sądził, że cokolwiek może się udać temu staremu szaleńcowi. Nie docenił go.
– Pironekromantycznie? Czy temu eksperymentowi również będę musiał odciąć głowę? – głos mu zadrżał mimowolnie.
– Ogień nie ma nic wspólnego z nekromancją. Moje dzieci będą w pełni odporne na wszystko, czym łowcy dysponują przeciwko wampiryzmowi.
Wielki Piromanta pogładził czarny cień po chropowatym ramieniu.
– Wiesz, Zygmunt to stary dziad, ale mądry – rzucił Pring, podświadomie wierząc w to, co mówił. Wystarczyło popatrzeć na „dziecko”, by nie mieć żadnych zastrzeżeń do istnienia Trybunału Łowców.
Sumienie zaczęło go jeszcze bardziej szczypać.
– Zygmunt dalej jest starcem w binoklach, a Gerwina wciąż ma czerwone włosy? – zapytał jak na przesłuchaniu Wielki Piromanta.
– Tak. Zygmuntowi przyciąłem i osmaliłem kapelusz, a on nigdy nie zmienia stroju, więc pewnie chodzi w takim. Po co pytasz?
Mistrz czule objął czarną postać i zamknął oczy w skupieniu. Minęła chwila, nim znów je otworzył. Jego źrenice wyglądały niczym dwa zielone płomienie, które wypalą z rozmówcy wszystko poza czystą prawdą.
– Mój syn jest stworzony, by tępić zło, które mu wskażę. Nie będzie krzywdził niewinnych. Musi wiedzieć, jak wyglądają ci, których ma się pozbyć.
Pring zamyślił się, próbując ułożyć to wszystko w głowie. Widział w życiu parę wampirów, ale to coś przekraczało jakikolwiek poziom spaczenia nieśmiercią.
– Cóż, jeśli poczekasz chwilę w więzieniu, to Cesarstwo usunie łowców za ciebie…
Wielki Piromanta zmarszczył czoło, po czym podszedł, tak że jego twarz znalazła się zaraz przed pięknym obliczem Uśmiechniętego Księcia. Z zaschłych ust wydobywał się cichy pomruk, a oddech cuchnął spalenizną.
– Złożyłeś przysięgę, że będziesz mnie bronić przed łowcami wiedźm, póki nie będę miał dość wyznawców. Spłoniesz, jeśli się jej sprzeniewierzysz – przypomniał złowieszczo Wielki Piromanta, łapiąc kościstymi palcami za nadgarstek Pringa.
Żyły na ręce Uśmiechniętego Księcia natychmiast napęczniały i zaczęły pulsować, jakby miały pęknąć. Wprowadzony w krwioobieg jad piromanty zaczął palić go od środka.
– Wiem! – syknął przestraszony i wyrwał się z uścisku. – A łowcami nie musisz się na razie przejmować, nic im nie powiedziałem. Pamiętaj tylko o naszej umowie. Nie każdy łowca to twój wróg – dodał, masując bolącą rękę.
– Mój syn już wie, jak wyglądają ci, których ma usunąć. Wciąż jest młody i nie zna tego świata, musi się go nauczyć. Będzie ćwiczył polowania na zwierzęta. A w pierwszej kolejności masz mnie bronić ty – powiedział Wielki Piromanta, głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Pring skinął głową i wstał, mając już szczerze dość rozmowy. Znów zaczął rozważać, dlaczego się na to wszystko zgodził. Ale skoro już tu był, powinien spełnić cel.
– Na kilkanaście starć z Zygmuntem udało mi się zremisować dwa. Mogę potrzebować więcej twojego rarytasu.
Wielki Piromanta wymamrotał coś pod nosem, następnie potrząsnął ręką i z szerokiego rękawa jego szaty, prosto w dłoń, wypadły trzy fiolki z zielonkawym płynem.
– Łatwo się uzależniasz, książę. Wiesz, że jad to najsilniej uzależniająca substancja na świecie? Już na zawsze musisz ją spożywać, a tylko ja albo mój były Zakon możemy ci ją dać. A Zakon nigdy nie dał jej nikomu poza łowcami. Uzależnienie wiąże cię mocniej niż przysięga.
Pring chwycił fiolki bez wahania, czując przyjemne mrowienie ekscytacji w ciele. Na chwilę zamknął oczy, jakby zastanawiając się nad dotychczasowym życiem. Gdy je otworzył, wymuszona pewność wróciła na jego oblicze.
– To chyba będę znakomitym wiernym, czyż nie?
Mamy potwierdzenie, w którym kierunku zmierzamy
Igła drgnęła i zmieniła kierunek, a grupa skręciła na wschód. Kompas nie był doskonały, zwłaszcza przy większych odległościach.
Zygmunt popukał mechanizm i przekręcił kapelusz, tak aby nienaruszona część ronda osłoniła go przed południowym słońcem.
– Cholerni zbrojmistrze nie mogą dobrać porządnie magnetu – warknęła Ingrid, ocierając chusteczką pot z czoła.
– Przez cięcia budżetowe płacimy tak mało, że to cud, iż skalibrowali cokolwiek – westchnęła Gerwina.
Błąkali się po sielskiej i skąpanej w słońcu okolicy już jakiś czas. Zaczęli od opuszczonej, spalonej wioski. Cynamonka, mimo swej pociesznej nazwy i utrzymującego się zapachu przyprawy w powietrzu, stanowiła smutny widok. Z domów zostały jedynie osmalone, czarne bale, wszystkie strzechy poszły z dymem. Najbardziej upiorne było jednak to, że cała osada nie nosiła znaków rabunku. Wszystkie przedmioty i sprzęty zostawiono w ich naturalnych miejscach, dając złudne wrażenie normalności. Z tym, że nie zastali w niej żadnych mieszkańców ani nawet zwierząt, choćby ptaków.
Igła znów obróciła się w drugą stronę, a Zygmunt posłusznie i w milczeniu ruszył we wskazanym kierunku.
– Zyg, to bez sensu, łazimy w kółko – stwierdziła Gerwina, przysiadając na słupku, wyznaczającym granicę czyjejś ziemi.
– Od kilku dobrych lat – dodała Ingrid.
Zygmunt nawet nie podniósł wzroku. Zatrzymał się, wpatrzony znad binokli w igłę, jak kapłan w święte traktaty Zakishy.
W oddali rósł las, a wokół ciągnęły się pola dojrzewającego zboża, skąpane w pełnym słońcu, z których wybijał się jedynie czarny strach na wróble.
– Zaraz nas przegoni jakiś chłop z widłami i tyle będzie chwały łowców wiedźm – warknęła Ingrid, kopiąc w złości kamyk, który potoczył się z głuchym dźwiękiem po ziemi i wpadł między źdźbła.
Zaczęła złorzeczyć pod nosem na Joachima Foria Młodszego, co ostatnio stanowiło jej ulubione zajęcie. Zygmunt nadal wpatrywał się w igłę, jakby wierzył, że jej drgnięcie może zmienić całą sytuację.
Krajobraz wydawał się zamrzeć w upale, nawet kłosy zboża ledwo poruszały się na wietrze.
– Słyszeliście? – powiedziała nagle Gerwina.
Naburmuszona Ingrid pokiwała przecząco głową, Zygmunt nawet nie oderwał się od kompasu, mamrocząc coś o ptakach w zbożu.
– Sprawdzę to – żachnęła się dowódczyni, urażona brakiem posłuchu.
Weszła między wysokie zboże i po chwili było widać tylko jej głowę w kapeluszu, wystającą ponad złote morze.
Dobrą chwilę trwało, nim ciszę przerwał Zygmunt.
– Chyba się ustabilizowała. Przez las i kopalnię w pobliżu mogą być zakłócenia.
– Tja – mruknęła Ingrid. – Gerwina!
Odpowiedziała jej cisza. Zboże kołysało się łagodnie.
– Kurwa, Zyg, nie ma jej. I tego stracha na wróble też – warknęła Ingrid.
Dobyli pałaszy i rzucili się w zboże. Przebiegli kawałek, gdy dotarli do koła wydeptanych kłosów. Pośrodku, twarzą do ziemi, leżała Gerwina. Czerwone włosy układały się wokół jej głowy jak krwista aureola. W powietrzu uniósł się zapach spalenizny.
Zygmunt przykucnął przy niej. Nie żyła, choć rana wcale nie była głęboka – podłużne cięcie przeorały pierś i ramię, zostawiając ślad na naramienniku. Rozcięcia wyglądały jak wypalone – były czarne z obcym, szmaragdowym śladem. Zygmunt zamknął powieki przełożonej i wyjął jej z dłoni pałasz.
– Cokolwiek to było, przyszło z lasu – mruknęła Ingrid, pokazując ślady.
W reakcji na jej słowa rozległo się rytmiczne rzężenie, jakby ktoś rozpaczliwie walczył o oddech. Po chwili kłosy drgnęły, a czarna postać wypadła prosto na Zygmunta.
Nienaturalna szybkość uniemożliwiła unik. Napastnik zderzył się z łowcą, przewracając go.
Rozległ się wrzask i raniący uszy zgrzyt, gdy bestia zawyła. Wyglądała jak człowiek, ale nie miała oczu ani uszu. Całe ciało było czarne, pełne pęknięć i bąbli. Dłonie wieńczyły twarde szpony.
Ingrid pomogła wstać Zygmuntowi. Potwór popatrzył na nich zrośniętymi oczodołami, przez które zdawał się widzieć.
– Nieumarły – warknął Zygmunt.
Bestia zaatakowała. Łowcy skontrowali równocześnie, ale wróg zrobił ekwilibrystyczny zwód i odpowiedziała sierpowym. Zygmunt odchylił się i ciął w ramię. Ostrze drasnęło czarną skórę, czego potwór zdawał się nie odczuć. W miejscu rany zapłonął nikły, zielony płomyk.
Wróg kontynuował atak na Zygmunta.
– Cóż, wiemy, co na takich się sprawdza – wydyszała Ingrid, kalibrując mechanizm swojego pałasza.
Zygmunt wytrwał jeszcze kilka natarć, choć przeciwnik nienaturalnie szybkimi atakami zepchnął go do głębokiej obrony. Potwór warczał i rzęził z każdym ruchem, ale wcale nie wydawał się tracić wigoru. Każde draśnięcie płonęło na zielono, jakby zamiast krwi z ran wylewał się ogień.
Ingrid wymierzyła pałasz w kierunku bestii, naciskając spust.
– Płomiennych snów, umarlaku.
Strumień pomarańczowego ognia wydobył się z otworzonego palnika, gdy łowczyni ruszyła do natarcia. Wyglądało to jakby atakowała bronią o dwóch ostrzach – jednym płomiennym, drugim stalowym. Potwór otrzymał cios oboma, a jego plecy ogarnął ogień. Bestia zachwiała się i stanęła nieruchomo jak posąg.
Czekali na opętańczy taniec płonącego i rychły zgon. Nic takiego nie miało jednak miejsca.
– Yyy, Zyg? Ten nieumarły… nie umiera…?
Potwór zdawał się nie zauważać płonących pleców, a może nawet sprawiało mu to przyjemność. Przekrzywił głowę, a bezoka twarz wydawała się patrzeć na Ingrid. Zielonkawa poświata rozeszła się wzdłuż żył po całym ciele, dzieląc czarną skórę jak granice na mapie.
– Słodka Zakisho… Kurwa mać – sapnęła Ingrid, patrząc na potwora, który wydawał się już w pełni dojść do siebie.
Ogień wręcz wzmocnił mięśnie jego ciała. Bestia otworzyła usta, z których wydobył się gulgoczący dźwięk, po czym skoczyła pomiędzy łowców, z nienaturalną szybkością. Zygmunt zdążył ją dźgnąć, ale nic to nie dało – uciekła w stronę lasu.
– To mamy potwierdzenie, w którym kierunku zmierzamy – westchnął Zygmunt, otrzepując płaszcz.
Ingrid popatrzyła na niego, pierwszy raz od dawna nie czując pewności.
Świat jest jak ogień
Pring stał oparty o drzewo i obserwował kiwających się na boki wyznawców. Wielki Piromanta znów odczytywał gniewnym głosem wersy z opasłego apokryfu, traktującego o wojennej twarzy Amir Maedy. Trwał kolejny sprawdzian wytrzymałości wiary, podczas którego Uśmiechnięty Książę zobowiązany był sprawować wartę.
Za każdym razem, gdy patrzył na Wielkiego Piromantę, wstrząsał nim dreszcz. Tym bardziej, gdy przypominał sobie spalone monstrum, które teraz krążyło gdzieś po lesie.
Palcami wymacał kieszeń w kamizelce, gdzie trzymał fiolki. Wielki Piromanta miał rację, musiał zażywać narkotyk regularnie, by nie stoczyć się w szaleństwo. A sprytny staruch nigdy nie tworzył naraz więcej niż kilku fiolek.
Z nerwów sięgnął po jad, drżącymi palcami odkorkował buteleczkę i wypił zielonkawą ciecz. Gardło zapiekło okrutnie i przez chwilę był bliski zwymiotowania, ale gdy tylko substancja spłynęła do żołądka, uczucie minęło. Niedługo potem pobudzające ciepło rozeszło się po ciele, a Pringiem znów wstrząsnął dreszcz, tym razem przyjemności.
Zapomniał o niebezpieczeństwach. Świat był jak ogień – jasny.
– Zakisho, daj nam… – wyszeptał, nie do końca wiedząc, co dalej chce powiedzieć. – Pomóż nam… Wesprzyj mnie w… A zresztą! – zdenerwował się na ten bezsensowny dialog z jakimś wyimaginowanym bytem.
Jedna z wyznawczyń odwróciła głowę i popatrzyła na niego, nie przestając nucić. Od wczoraj kultyści byli wytatuowani i wyglądali dość upiornie z ciemnymi kreskami pod oczami oraz paskami biegnącymi przez łyse czaszki i nagie torsy. Tym bardziej że smagał ich żywy ogień, a oni czekali, kto tym razem okaże się najsłabszy.
Pring poprawił kosmyk włosów za uchem i puścił oko do kobiety.
„Obyście mnie nie zawiedli, moi słodcy łowcy”.
Zaślepieni wiarą
– Gdzie wróg, tam my, gdzie wróg, tam my – mamrotał pod nosem Zygmunt, uważnie krocząc przez ciemny las. Ściółka delikatnie chrzęściła pod butami, co w cichej nocy wydawało się podobne do wystrzału z armaty.
– Zyg, zamknij się wreszcie, bo zaraz wpakuję w ciebie kulkę.
Ingrid była bardziej nerwowa niż przeważnie, odwracała się na każdy szelest. Ze złością cięła krzewy, których kolce szarpały jej ubranie. Cały czas zmierzali w kierunku, który wskazywał kompas, z obawą obserwując okolicę. Bestia nie zaatakowała ponownie, ale Ingrid widziała ją w każdym cieniu, który choćby ledwo poruszył się w półmroku.
Wreszcie dotarli do czarnego popieliska, gdzie ostały się tylko osmalone pnie. Teren przecinało kilka wyraźnie wypalonych linii, jakby do tych miejsc ograniczył się płomień. Po drugiej stronie pogorzeliska, spomiędzy drzew, przebijało się tańczące, pomarańczowe światło. Łowcy przekradli się bliżej, wśród nieznośnego trzeszczenia spalonych gałęzi pod butami.
Im bliżej światła byli, tym wyraźniej słyszeli słowa oraz chóralny, mrukliwy śpiew kilkunastu gardeł. Wreszcie, przywarli do pni na granicy linii drzew i rozejrzeli się po oświetlonej polanie.
Ściany ognia jarzyły się krwistym, czerwonym płomieniem, liżąc ogołocone z gałęzi pnie. Pomiędzy nimi siedzieli ogoleni na łyso ludzie z nagimi torsami, mamroczący jakąś mantrę. Na przedzie, za prowizorycznym ołtarzem, w zagajniku pełnym oleistych zniczy, stał ubrany w karminową szatę człowiek, gniewnie recytujący wersy z opasłej księgi.
Trzymając się cienia drzew, łowcy obeszli polanę, podchodząc w stronę ołtarza. Ich kroki zagłuszył pomruk kultystów.
– A ten potwór? – syknęła szeptem Ingrid, szarpiąc Zygmunta za ramię.
Łowca strącił jej dłoń.
– Zapewne skonał od płomieni. Musimy wykonać zadanie. Nic innego się nie licz…
Nie skończył, bowiem bełt z kuszy wbił się w pień drzewa obok niego. Teraz dopiero zobaczyli, że nieopodal Wielkiego Piromanty ukryty był dzierżący kuszę Pring.
– Zajmę się nim. Weźmiesz na siebie wyznawców – syknął i nim Ingrid zareagowała, ruszył do walki.
„Oddzielić ziarna od plew” przypomniała sobie wytyczne i postąpiła zgodnie z rozkazem.
Ściany ognia zgasły z sykiem, gdy ustała mroczna mantra.
Zygmunt wypadł na polanę i biegiem ruszył na Uśmiechniętego Księcia, który nie zdążył przeładować kuszy i dobył rapiera, stając między łowcą a Wielkim Piromantą.
Ingrid skoczyła do walki. Dwóch kultystów od razu się na nią rzuciło. Kobiecie rozcięła nagą pierś, a mężczyznę powaliła ciosem kastetem. Kątem oka obserwowała, jak Zygmunt wymienia ciosy z Pringiem. Wielki Piromanta stał nad nimi i zamiast uciekać, trwał jak posąg, w skupieniu szepcząc mantry. Jego oczy błysnęły na zielono.
Ktoś uderzył z boku, więc Ingrid go odkopnęła, a następnego powaliła poprzecznym cięciem. Kultyści walczyli zaciekle mimo ran, lecz byli tylko wytatuowanymi chłopami. Ingrid radziła sobie z nimi bez trudu.
– Przejmij Wielkiego Piromantę! – warknął Zygmunt, między jedną, a drugą wymianą.
Pring walczył zaciekle, z zaskakującą szybkością. Rzucił Ingrid przelotne spojrzenie, które wstrzymało ją na chwilę w biegu.
Uśmiechnięty Książę był… zmartwiony.
Ucichł pomruk Wielkiego Piromanty. Rozległo się za to ciche rzężenie.
Przenoszenie na pomnik
Ingrid zatrzymała się w pół kroku. Podniosła wzrok na Wielkiego Piromantę, którego nienawistne spojrzenie przeleciało po niej pobieżnie i spoczęło na Zygmuncie.
– Pring, dość! – krzyknęła, wskazując czarny cień, który stanął obok ołtarza.
Uśmiechnięty Książę, o dziwo, usłuchał i zręcznie odskoczył, kiwając Ingrid głową. Zygmunt zmierzył go niechętnym spojrzeniem, ale nie dostrzegając wrogich intencji, odwrócił się w stronę nowego zagrożenia.
– Złożyłeś przysięgę, by mnie przed nimi bronić, Pring – powiedział sucho Wielki Piromanta.
Potem wyrzekł krótkie nienawistne słowo, które zrozumieć mógł tylko czarny potwór. Bestia rzuciła się do ataku.
Ingrid zdążyła jedynie popatrzeć na Zygmunta a potem na Pringa. Obaj wyglądali śmiertelnie poważnie.
To musiało wystarczyć za gwarancję.
Ingrid zwarła dłonie w pięści i zacisnęła oczy. Nic się nie wydarzyło.
– Ingrid! – krzyk Zygmunta wyrwał ją z transu.
Potwór natarł na starego łowcę, omijając Ingrid, jakby była powietrzem. Zwarli się w walce. Zygmunt blokował kolejne ataki szponami z coraz większą trudnością. Potwór syczał i uderzał coraz mocniej. Wydawało się, że łowca zaraz podzieli los Gerwiny.
Był jednak Zygmuntem Erferem. Legendą.
Finta, zwód z unikiem, pchnięcie od boku, po którym nastąpiło cięcie poprzeczne, rozrywające krtań. Potwór wydał z siebie gulgoczący charkot i powoli upadł na ziemię. Żył, ale zdawał się stracić siły. Przebity bok i przecięte gardło, zamiast krwią, pokryły się zielonkawym płomieniem.
Zygmunt przeniósł spojrzenie na Wielkiego Piromantę, który pierwszy raz wyglądał na zaskoczonego – cofnął się z ostrożnością, błądząc wzrokiem.
I wtedy pierś Zygmunta przebił rapier.
Łowca westchnął krótko i wypuścił pałasz z ręki. Upadł na kolana.
Pring przeszedł obok i stanął przy Ingrid.
– Spisałeś się, Erfer. Przykro mi to mówić, ale jesteś zbyt dobry, by żyć.
W jedną, ostatnią chwilę swojego życia Zygmunt pojął wszystko, a do tego jeszcze skarcił się za ślepotę. Przed nim stały dwie różne wariacje tej samej osoby. Te same blond włosy i błyskotliwe oczy, twarze na swój sposób podobne.
Żelazna Blondyneczka i Uśmiechnięty Książę.
– Wybacz, Zyg – szepnęła smutno Ingrid.
Zygmunt Erfer upadł twarzą do ziemi.
– Przenoszenie na pomnik – mruknął kwaśno Pring.
W swoim stylu
Wielki Piromanta szczerzył szpiczaste, brązowe zęby, co wyglądało jak zapowiedź rychłej śmierci. Zszedł z ołtarza, rozkładając szeroko ręce.
– Szkoda, miałbym w nim wspaniałe dziecko – stwierdził zaschniętym głosem. – Ale cieszę się, że chociaż ty dołączyłaś do naszej sprawy.
Podszedł do nich i ujął Ingrid za dłoń. Zadrżała pod dotykiem.
– Stawiam, że byliście śledzeni przez policję. Musimy stąd odejść, gdy tylko płomień Dobrej Pani uzdrowi mojego syna. A potem czeka nas wielkość wojennego oblicza Amir Maedy – powiedział zadowolony, kościstym palcem poprawiając Ingrid kosmyk włosów za uchem.
Z leżącego potwora dobywało się ciche rzężenie, gdy zielone płomienie trawiły jego rany. Pring niechętnie przeszedł obok niego.
– Właśnie – mruknął, podnosząc z ziemi swoją kuszę. – Zygmunt dał w kość temu twojemu synowi. Nie podniesie się szybko, co?
– Zmierzyły się lata doświadczenia w zwalczaniu anomalii z ledwie narodzonym. A i tak przeżył mój syn. Daj mu krótką chwilę – odparł zadowolony Wielki Piromanta, podchodząc do ołtarza i ściągając z niego księgę.
Pring pokiwał głową.
– Taa… Skoro mamy chwilkę, nim się obudzi. Właściwie, to miałem cię chronić przed łowcami.
Rozległ się zgrzyt ładowania kuszy.
– Nie przed samym sobą.
Wielki Piromanta zdążył tylko podnieść wzrok. Rozległ się świst. Bełt wbił się w szyję, powalając go na ołtarz. Księga z hukiem upadła na ziemię. Zielone płomienie w oczach zgasły, a z gardła wydobył się niezrozumiały jęk. Ostatni raz spojrzał na swojego śpiącego syna, a potem trzymającego kuszę Pringa, który teraz uśmiechał się z satysfakcją. Skonał z wymalowanym niezrozumieniem na twarzy.
Bestia leżała nieruchomo jak czarna plama na ziemi, ale wydobywała z siebie mamroczące dźwięki, na swój dziwny sposób podobne do gaworzenia małego dziecka. Spękana skóra lśniła w świetle pochodni, a zielonkawe płomienie w miejscu śmiertelnych ran powoli dogasały. Ciało wydawało się nienaruszone, jakby już zdążyło zregenerować całe obrażenia.
Gdy podeszli, potwór poruszył głową, a zasklepione oczodoły „popatrzyły” prosto na nich. Bestia zaczęła węszyć.
– Kurwa, możesz się pośpieszyć? – warknęła Ingrid.
– Wiesz, to bestialstwo zabijać bezbronne dziecko.
Pring zachichotał z nutą szaleństwa. Następnie zebrał w sobie wszystkie siły i zamachnął się w szyję potwora. Ostrze nie odcięło głowy, a bestia poruszyła się nerwowo, jakby budziła się ze snu. Głęboka rana zapłonęła zielonym ogniem.
– Hmm… – mruknął Pring i znów się zaśmiał.
Rąbnął jeszcze raz. Mimo to potwór spróbował wstać, a szponiaste ręce wyciągnął przed siebie, jakby próbując się zasłonić.
Pring krzyczał i coraz bardziej panicznie walił na oślep. Oleista posoka pokrywała mu ręce i twarz, ale zielony ogień w ranie wciąż płonął, a bestia warczała, powoli kierując ku niemu swe szpony.
Ingrid odepchnęła go na bok. Stanęła nad bestią, wrzasnęła głośniej niż wszystkie okrzyki Pringa razem wzięte i spuściła na szyję potwora potężne cięcie. Rozległ się głośny trzask, jakby łamanego drzewa. Czarny łeb odpadł od ciała i fontanna lepkiej cieczy zalała ich oboje. Zwłoki wciąż drgały, ale chwilę później uszło z nich życie, a płomienie zgasły.
Oblepieni czymś, co cuchnęło jak skroplona spalenizna, stali nad pobojowiskiem, dysząc ciężko.
– Jesteś naćpany tym syfem i tak machasz bronią. Słodka Zakisho, gdyby Zygmunt nie powalił tego potwora, to my byśmy tak leżeli – warknęła Ingrid.
– Tja – odparł z przekąsem Pring, klepiąc ją po plecach. – Erfer musiał to zrobić w swoim stylu. Nawet zdradzając go, zawdzięczamy mu życie.
Bohaterowie szarości
Ingrid chyba nigdy nie widziała brata ubranego w coś, co przypominało mundur. Falbaniasty kołnierz kompletnie nie pasował do prostych włosów, z których wciąż nie udało się zmyć krwi piromantycznego potwora. A Pring próbował wielokrotnie, bo jeśli o coś dbał na tym świecie, to o fryzurę.
– Wszystko przebiegło zgodnie z wytycznymi od cesarza, panie komisarzu. – Zostawiła mówienie bratu, zawsze był w tym lepszy. – Zygmunt Erfer, świeć Zakisho nad jego duszą, jak przykazano, dostał chwalebną śmierć na polu walki, godną legendy. Tak czy inaczej nie będzie stanowił problemu w likwidacji Trybunału. Wielki Piromanta przeniósł się na łono Amir Maedy, gdzie jego miejsce, a przy okazji zostawił nam w spadku tak zwany jad, z którego, jak ufam, cesarscy laboranci będą w stanie opracować uniwersalny wzór, co przełamie monopol Zakonu i uczyni tę instytucję zbyteczną, tak jak przekazał Cesarz. W tym miejscu nadmienię, że mam zagwarantowany dożywotni przydział tego specyfiku, jak również prawo do zachowania piętnastu fiolek znalezionych przy Wielkim Piromancie, o tutaj z pieczęcią Naczelnika Policji. – Pring podsunął pod nos komisarza jakiś świstek pergaminu z absurdalnie wielką pieczęcią. – Wreszcie, na tamten świat przeniosła się także Pierwsza Łowczyni Gerwina oraz bliżej nienazwane monstrum, przy którym wampiry są jak kocięta i grupa opętanych wieśniaków. Czy coś pominąłem, słodka siostro?
– Jad.
– Ach, oczywiście! Proszę uprzejmie, pozostały jad do wyłączonych rąk chemików cesarskich. – Pring położył na blacie kilka fiolek zielonego płynu.
Wąsaty komendant policji poprawił binokle i popatrzył na rodzeństwo uważnie.
– Hm – powiedział, co stanowiło odpowiedź, komentarz i najwyraźniej również akceptację raportu Pringa.
Bez dalszych słów, przybił kolejną masywną pieczęć na karcie cesarskiej misji, z mocy ustawy kwitując ją jako wykonaną. Pring i Ingrid wyszli z komisariatu zwolnieni z całej swojej przeszłości oraz ze znakomitymi referencjami na przyszłość, która miała mieć miejsce w zupełnie nowym świecie.
– Co teraz? – zapytał wesoło Pring.
Ingrid wyciągnęła zza pasa pałasz i spojrzała posępnie na ostrze.
– To należało do Gerwiny, potem wziął to Zygmunt, a na końcu tym odrąbałam głowę potwora. Tak jakby cały nasz oddział go zabił.
– Ach, skąd ten sentyment! – Pring uderzył ją w ramię. – Jak zrozumiałem, nie chciałaś iść na dno, czyż nie?
– Tak. Przecież nie zrobiłam tego, bo wierzę w pieprzoną erę Równowagi. Ale co innego złorzeczyć na przestarzałe legendy, a co innego patrzeć, jak odchodzą na naszych oczach – westchnęła. – Tak to będzie teraz wyglądać? Wszyscy mamy być zwyczajni, bez wybijania się ponad szarość?
Pring uśmiechnął się szeroko, odpowiednio do swojego przydomku.
– Wybijać się ponad szarość – prychnął.
– Coś ty taki wesoły?
– Bo z szarością nam wszystkim do twarzy.