- Opowiadanie: Mehiko - Nałóg

Nałóg

Opowiadanie z udziałem kolejnego ucznia “paszczakowej” szkoły. Powstało jakiś czas temu, ale niedawno je oszlifowałem i ośmielam się przedstawić Szanownym Czytelnikom z góry uprzedzając, że jest pozbawione wątków fantastycznych. Ponieważ jednak – nieoczekiwanie dla autora – ostatnio doczekało się kontynuacji w postaci dwóch tekstów (nadal w obróbce), które są już utrzymane w konwencji odpowiedniej dla NF, można je przeczytać jako wprowadzenie do dalszej lektury i poznanie bohaterów. Z pozdrowieniami u końca roku szkolnego!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Nałóg

Staś miał za miesiąc skończyć dwanaście lat i sam już myślał o sobie jako o Stanisławie. „Pan Stanisław – jak to ładnie brzmi” – myślał. Dorośle. Dostojnie nawet. Niedługo nauczyciele będą tak do niego mówić. Już nie „Warecki” ani „Stasiu”, ale „Panie Stanisławie”. No, od biedy może zgodzić się na „Panie Staszku”. Zwłaszcza jeśli wuefista tak będzie mówić. Staś miał go w wielkim poważaniu, bo gość potrafił wycisnąć ładnych parę kilo, a w biegach dookoła szkoły żaden z chłopaków nie mógł mu dorównać. Jak na starego dziada – bo miał pewnie około czterdziestki, a to już wiek, który o trumnę się dopomina – był nadzwyczaj sprawny fizycznie. Wymiękali przy nim nawet ósmoklasiści. Tak, on mógłby mówić Stasiowi „Panie Staszku”.

Staś miał wszakże jedną słabość, która nie przystoi Stanisławowi – co wieczór zanim zasnął musiał opędzlować całą garść orzechów, które mama trzymała w kuchennej szafce. Niby nic, prawda? Tyle, że wczoraj podsłuchał mamę, gdy ta rolkując w smartfonie i szukając nowych diet znalazła wypowiedź jakiegoś mądrali, ganiącego objadanie się orzechami. Bo, co prawda, poprawiają myślenie, ale są megatłuste czy kaloryczne, obciążają to i owo i w ogóle więcej z nimi biedy niż pożytku z nich. A dziś w kościele ksiądz na kazaniu powiedział, że skoro zaczął się Wielki Post, to trzeba podjąć jakieś postanowienie. Najlepiej Wielkie Postanowienie. No i Staś wymyślił, co to ma być.

Przyszedł do mamy i wypalił prosto z mostu:

– Mamo, popadłem w okropny nałóg.

– Dziecko, co ty mówisz! Za mały jesteś na nałogi. – Pani Warecka nie mogła wprost uwierzyć w słowa syna. Po czym pociągnęła nosem, by wyczuć od niego fajki bądź alkohol. Nic z tego! Odetchnęła z ulgą. „Co to może być?” – spytała się w duchu. „Przecież nie narkotyki. A może? Tak, na pewno – Staś z pewnością sam ze sobą się zabawia. W szkole go tego nauczyli. Przeklęte wychowanie zdrowotne! Grzegorz dobrze mówił, by Stasia z tego wypisać! No, ale może to nie aż takie groźne? Chłopcy w jego wieku mają już swoje potrzeby”.

– …a potem już będzie dobrze. – Staś kończył dłuższą wypowiedź, która umknęła jego mamie.

– Tak kochanie? – spytała. – Będzie dobrze? Czyli, co masz na myśli?

– No, mój nałóg, mamo.

– Ach, tak! Nałóg! Biedne dziecko. – I mama pochyliła się nad Stasiem, by go pogłaskać po policzku.

– Nie jestem już dzieckiem! – Staś aż podskoczył. – A ty w ogóle mnie nie słuchasz!

– Owszem, słucham.

– To jaki mam nałóg?

– No…

– A widzisz!

– Wstyd powiedzieć, synku.

– Oczywiście, że wstyd. To głupia słabość. W dodatku od tego się tyje!

– Tyje? Hmm… słyszałam, że ślepnie.

– Co?! – Staś wyglądał na przerażonego. Bo też zjadł tyle orzechów! Rany, czyżby rzeczywiście ostatnio gorzej widział? Myślał, że to od smartfonu, a tu proszę – orzechy!

– Ewentualnie włosy mogą wyrosnąć ci na ręce.

– Kurde, nie! – Staś odruchowo spojrzał na dłonie.

– Tak mi mówiła moja matka, a to mądra kobieta. Znasz babcię przecież.

– Pewnie! – zgodził się Staś. I zaraz ze zgrozą uświadomił sobie, że babcia ma w ogrodzie co najmniej dwa, a może trzy orzechowce. I leszczynę! I zawsze ma świeże orzechy. No i prawie już oślepła.

– W mordę!

– Stasiu, jak ty się wyrażasz? – Mama zrobiła zasmuconą minę.

– Przepraszam, mamo. Czy naprawdę oślepnę?

– Nie, jeśli natychmiast przestaniesz to robić.

– Takie właśnie mam postanowienie.

– O, to świetnie! – ucieszyła się mama.

– Zatem, jak powiedziałem, koniec z orzechami. Wyrzuć je wszystkie.

– Z jakimi znów orzechami? – Matka wydawała się zdezorientowana.

– No, z tymi, które trzymasz w szafce kuchennej.

– A w czym one ci przeszkadzają?

– Za dużo ich jem!

– Stasiu! – roześmiała się mama. – Za dużo, to ja jem. Spójrz, jak ja wyglądam! Od świąt miałam zrzucić co najmniej pięć kilo, a przybyło mi dwa. Myślisz, że to przez ten karnawał? Za dużo sobie pozwalam. Chyba odstawię kawę z mlekiem. Albo nie, odstawię słodzoną herbatę. Co myślisz, Stasiu?

– Powinnaś odstawić orzechy.

– Orzechy?

– Są megakaloryczne. – Staś nagle wpadł na pomysł. – I ja właśnie solidarnie z tobą też nie chcę ich jeść.

– To miłe, synku.

– To co, wyrzucamy orzechy z szafki?

– Bynajmniej, kochanie.

– Jak to?

– Policzymy je i zostawimy w szafce. Za miesiąc sprawdzimy i jeśli ich nie ubędzie, dostaniesz nagrodę.

– Naprawdę? – ucieszył się Staś. Pomyślał jednak zaraz, że to będzie o wiele trudniejsze, niż gdyby pozbyli się orzechów. – A jaką?

– Wypłatę. Dwa złote za każdy orzech, który zostanie w szafce.

– Kurde, świetnie! – Staś aż podskoczył. – To może ich jeszcze trochę dorzucimy?

– Policzmy najpierw te, które już są – zdecydowała mama. – À propos, co z twoim nałogiem?

– Tak się właśnie go pozbędziemy – orzekł Staś.

– Aha – zgodziła się mama. I pomyślała, że to trochę dziwny sposób. „Czyżby orzechy wzmagały libido? Całkiem możliwe. Muszę je podrzucić Grzegorzowi” – pomyślała. „Ostatnio coś mało się stara”.

Staś „Stanisław” Warecki podjął zatem swoją walkę z orzechowym nałogiem. Po przeliczeniu zasobu szafki ocenił, że zarobi sto czterdzieści cztery złote i pięćdziesiąt groszy (jeden orzech był częściowo rozłupany, więc policzył go za ćwierć stawki). Zrazu wszystko szło jak po maśle. Pierwszą noc przeżył nawet nie zaglądając do kuchni. Potem jednak było coraz gorzej. Orzechowy głód narastał. Orzechy śniły mu się po nocy. Atakowały go ze wszystkich stron. Męczył się okropnie. Wreszcie nie wytrzymał. Zakradł się do szafki i zjadł ze dwadzieścia orzechów na raz. Potem czuł się jeszcze gorzej. Całkiem nie mógł spać.

„Co ja teraz powiem mamie?” – myślał sobie, płacząc. „Żaden ze mnie Stanisław; zwykły mały Stasio. Stasio zjadacz orzechów. Nienawidzę siebie!”

Skoro wszak orzechów ubyło, to co za różnica, ile ich zostanie? Kolejnej nocy zjadł znów garść, nawet nie licząc.

A że orzechy jednak poprawiają myślenie, tedy go olśniło:

– Muszę uzupełnić ubytki!

Po czym przeliczył orzechy w szafce, a po szkole wybrał się do znajomego sklepikarza i poprosił o tyle orzechów, by mógł zniwelować różnicę:

– Panie Karolu, da mi pan trzydzieści siedem orzechów?

– Włoskich czy laskowych?

– Włoskich.

– Może ci zważyć z pół kilo?

– Nie, potrzebuję akurat trzydziestu siedmiu.

– Dziwne. Czemu tyle?

– Buduję ludziki z orzechów i właśnie tyle mi brakuje.

– Do ludzików lepsze są kasztany.

– Ale teraz ich nie ma.

– Fakt – zgodził się pan Karol. – To będzie jakieś…

– A mogę na zeszyt?

– Słucham? – zdziwił się pan Karol.

– No, na zeszyt. Nie mam teraz kasy. Tylko trzy złote. Mogę dać jako zadatek.

– Żartujesz, chłopcze?

– Przecież mnie pan zna. Za miesiąc, a nawet za dwadzieścia cztery dni dostanę od mamy kieszonkowe. Wtedy wszystko zapłacę.

– Budujesz ludziki na kredyt? To może poczekać z tą inwestycją? Albo poproś mamę, niech ci da pieniądze.

– Nie mogę! To niespodzianka na jej urodziny! Ludzikowa farma orzechowa. Wie pan.

– A tata?

– Ten by zaraz wygadał się mamie. Nie mogę mu powiedzieć.

– No dobra, Stasiu. Kupujecie u mnie niemal codziennie. Chyba mogę ci zaufać?

– O, tak! Nikomu bardziej, tylko mnie!

I tak to Staś zaciągnął orzechowy kredyt u pana Karola. Zaledwie jednak uzupełnił stan orzechów w szafce pożałował, że nie wziął dla siebie. Przecież kilka orzechów więcej nie kosztowałoby wiele, a miałby co podjadać.

Tylko że wtedy nici z jego postanowienia.

Trudno. Będzie twardy. Jak orzech.

Dwa dni później znów był w sklepie pana Karola.

– Masz pieniądze za orzechy? – zapytał sprzedawca.

– Mam dobre wieści – odrzekł Staś. – Zamówię u pana więcej orzechów, a wtedy ładnie pan zarobi.

– O, a to ciekawe. A ile mam zarobić? – zainteresował się pan Karol, w duchu śmiejąc się z małego przedsiębiorcy.

– Sto czterdzieści cztery złote pięćdziesiąt groszy.

– Dokładnie wyliczona suma – zauważył pan Karol.

– Tak. To co, odważy mi pan orzechów za tyle?

– A te z przedwczoraj doliczamy?

– Tak, razem z nimi.

– No dobrze, jak chcesz. Tylko podpisz mi się w zeszycie.

– Nie ma sprawy.

I tak to Staś stał się właścicielem pokaźnej ilości orzechów. Uznał, że nie od razu Rzym zbudowano, jak mawia jego tata i że najlepiej będzie, gdy zacznie walkę z nałogiem od ograniczenia spożycia.

„Muszę najpierw nauczyć się jeść tyle, ile mi trzeba i nie przesadzać. Całkowita rezygnacja z orzechów to był błąd. Dostałbym orzechowego wstrząsu. Tak – gdy już zmniejszę dawkę, to będę mógł z czasem w ogóle od nich odejść”.

Potem zaś przypomniał sobie, że orzechy w małej dawce są zdrowe i uznał, że próba ich całkowitego porzucenia to była czysta głupota.

– Jak mogłem zrobić taki błąd! – powiedział do siebie. A że było to akurat na lekcji matematyki, pan Teodor zwrócił się w jego stronę.

– Jaki błąd, Stasiu?

– Nie, tak tylko powiedziałem. Szło mi o orzechy.

– Orzechy?

– Tak. Wyobraziłem sobie, że łatwiej mi będzie policzyć na orzechach, ale od razu zrobiłem się głodny i w ogóle nie mogłem się skupić.

– A, to rzeczywiście błąd – zgodził się matematyk. – Może piłeczki?

– Tak, będą lepsze do obliczeń.

– Super. Zatem do dzieła, chłopcze!

I tak to Staś, racjonując sobie orzechy, dotrwał dzielnie do dnia spodziewanej wypłaty. Razem z mamą uroczyście otworzyli szafkę w kuchni i przeliczyli orzechy, rachując po dwa złote za sztukę (i pięćdziesiąt groszy za wybrakowany, który Staś przezornie zostawił).

– Sto sześć orzechów, co daje dwieście dwanaście złotych. Brawo, Stasiu! – orzekła mama. Po czym dodała: – No, ale w zeszycie mamy zapisanych siedemdziesiąt dwa plus jeden rozłupany. Nie widzę go tu zresztą. A, nie – jest!

Stasia jakby zamurowało. Nie wiedział, co rzec.

– Stasiu? – spytała mama. – Czy wszystko w porządku?

– Tak – słabym głosem rzekł syn. Wcale jednak nie było w porządku. Nie wiedział, skąd ta różnica. „O co tu chodzi?” – zastanawiał się.

– Orzechów co prawda nie ubyło, ale za to przybyło. – Mama niebezpiecznie drążyła temat. – Wiesz coś o tym?

– Nie.

– Grzegorz! – mama zawołała ojca, studiującego zawzięcie w sąsiednim pokoju wyniki zawodów olimpijskich. – Pozwól tu na chwilę!

– Zaraz!

– No chodźże!

– Teraz?

– Tak, teraz!

– To idę.

Grzegorz jak zwykle uznał, że zapowiedź działania to już jakby jego wykonanie i dalej zgłębiał w Internecie wyniki zawodów. Pani Warecka sama więc podeszła i zapytała w drzwiach:

– Zaglądałeś do szafki z orzechami?

– Co? A, tak!

– No i?

– No i co? Dorzuciłem tam te, które walały się u Stasia w pokoju.

– Słucham?

– Trzymał je tam w pudełku po butach, zamiast wrzucić do szafki. Nie musisz dziękować, synku!

Mama spojrzała z wyrzutem na Stasia.

– Masz mi coś do powiedzenia?

Staś uznał, że nie ma nic do stracenia.

– To dostanę dwie stówy czy sto czterdzieści cztery pięćdziesiąt? Wszak orzechów nie ubyło!

– Dam ci, czekaj… – Matka otworzyła kalkulator w smartfonie. – Dwieście dwanaście pięćdziesiąt odjąć sto czterdzieści cztery pięćdziesiąt to będzie… jest! Dam ci sześćdziesiąt osiem.

– Ale to za mało! – Staś zrobił płaczliwą minę.

– Za mało?

– Muszę oddać dług!

– Ten u pana Karola? Już zapłaciłam.

– Co?! – Stasia zamurowało.

– Myślisz, że tylko ty tam kupujesz? A z orzechów w szafce zbudujesz dla mnie ludzikową farmę. Na urodziny.

Staś zwiesił głowę. Nie takiego końca tej sprawy się spodziewał. Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl: „Za sześć dych mogę sobie kupić sporo orzechów!”.

Podniósł oczy, spojrzał na mamę i rzekł:

– Przejrzałaś mnie! A myślałem, że uda mi się ukryć ten prezent dla ciebie.

– I dlatego zgodziłeś się zachować wszystkie orzechy w szafce?

– No!

– Stasiu, kochany synku! Od początku wiedziałam, że ta gadka o nałogu orzechowym to jakaś bajka. Możesz mi powiedzieć prawdę.

– Jaką prawdę? – teraz to Staś był zdezorientowany.

– Wiesz przecież. Nie musisz się wstydzić.

Staś nie wstydził się, bo nie wiedział, czego się od niego żąda. Rozglądał się bezradnie, a tymczasem mama łagodnie wpatrywała się w niego. Na szczęście uratował go ojciec.

– Stasiek! Chodź tu prędko!

– Lecę! – Staś nigdy tak ochoczo nie wypełnił polecenia ojca, jak teraz.

– Czyżbyś sobie popalał?

– Co? Ja? – Po minie Stasia widać było, że jest niewinny jak niemowlę.

– To co u ciebie w pokoju robiły pall malle?

– Jakie znów pall malle? – zdziwił się Staś. Po czym go olśniło (orzechy jednak naprawdę poprawiają myślenie). Spojrzał z wyrzutem na matkę, która stała w drzwiach ni to rumieniąc się, ni to blednąc.

– Schowałaś u mnie fajki? Przecież miałaś rzucić palenie!

– Stasiu, zaraz ci to wytłumaczę…

– Lepiej, żebyś miała dobrą wymówkę! – Staś nie ukrywał swego zawodu. W końcu miał już prawie dwanaście lat. Matka powinna traktować go poważnie. Ojcu jak zwykle tylko sport w głowie i ktoś tu musiał przejąć obowiązki głowy rodziny.

 

Koniec

Komentarze

Te następstwa masturbacji to chyba jednak są elementem fantastyki? Czy nie? ;) Co na to nowy program szkolny wychowania zdrowotnego?

Uśmiałem się czytając i czekam na dalszą część. Pozdrawiam!

świetne :) tak – mężczyzna w wieku lat dwunastu jest poważnym człowiekiem, nawet jeśli najbliżsi tego nie rozumieją :))

 

 <<„Pan Stanisław – jak to ładnie brzmi” – myślał. Dorosło. » a może lepiej będzie brzmiało “Dorośle”?

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

Bardzo fajne opowiadanko czekam na dalsze części i Stasia

Zabawne, dobrze się czytało. 

Muszę je podrzucić Grzegorzowi” – pomyślała. „Ostatnio coś mało się stara”.

smiley Mąż woli olimpiady.

 

Podoba mi się, że jest napisane z punktu widzenia dziecka. Trochę w klimacie “Mikołajka”.

Grzesiek_W, Teo MaxCZARNA2,

dzięki za przeczytanie! Fajnie, że tekst Wam się spodobał. Kontynuacja jest już w komputerze, ale jeszcze oszlifowania wymaga. Koming sun…

A szczegółowo:

Grzesiek_W,

ciekawy pomysł – gdyby tak “przesądy ludowe” w konkretnym przypadku stawały się faktem, byłaby to rzeczywiście fantastyka. Do zapamiętania i wykorzystania, dzięki!:)

Teo Max,

dzięki za podpowiedź w sprawie “dorośle”; rzeczywiście brzmi lepiej i już poprawiłem:) 

 

Pozdrawiam wszystkich!

Kronos.maximus,

dzięki za przeczytanie i komentarz!:)

Pozdrawiam!

Mehiko, nadałeś opowiadaniu szlif piękny, wręcz fantastyczny, więc przeczytałam z wielkim ukontentowaniem i liczę, że w niedalekiej przyszłości spotkania z młodym Stanisławem dostarczą mi kolejnych nie mniejszych przyjemności. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy,

dziękuję pięknie za Twoją opinię:)

Tak, mam w zanadrzu dwa opowiadania z udziałem Stasia et consortes i jak tylko osiągną stan pozwalający na ich publikację, wrzucę je do poczekalni. 

Pozdrawiam serdecznie!

Zgrabny, dynamiczny tekst. Jeżeli o słabościach ludzkich, to najlepiej lekko. Wtedy treść może zadziałać. Bo z tymi papierosami. To naprawdę. A orzechy wręcz przeciwnie. 

pozdrawiam 

Bardzo proszę, Mehiko. :)

 

Tak, mam w zanadrzu dwa opowiadania z udziałem Stasia et consortes i jak tylko osiągną stan pozwalający na ich publikację, wrzucę je do poczekalni. 

Zakładam, że Twoje zandrze jest na tyle pojemne, że po opublikowaniu dwóch zapowiedzianych opowiadań, znajdzie się tam miejsce na wiele kolejnych. :)

Powodzenia! 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Mehiko 

Przedsiębiorczy Staś. 

Jest to dobrze napisane opowiadanie – czyta się płynnie, nic nie przeszkadza. Zabawna historia. Brawo.

Pozdrawiam

Regulatorzy,

dziękuję za zachętę! Mam nadzieję sprostać wyzwaniu:)

Jerzy,

fajnie, że przeczytałeś:) Rzuć palenie i jedz orzechy! (a propos, mój dziadek zastąpił fajki landrynkami, po czym przytrafił mu się przypadek z osą, która też miała na nie chrapkę… hmm… może to opisać?)

Hesket,

dzięki za dobre słowo! Cieszę się, że opowieść Ci się spodobała.

 

Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do lektury “Myszy”. 

Życzę Ci, Mehiko, aby Twoje nadzieja przerodziła się w nieczym niezachwianą pewność. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam z wielką przyjemnością, świetny styl pisania, lekki, zabawny i błyskotliwy. “Myszę” już przeczytałam, teraz czekam na kolejne części :)

Nowa Fantastyka