- Opowiadanie: Czesio - Pierwszy Czyniący

Pierwszy Czyniący

Wrzucam opowiadanie które napisałem na konkurs wydawnictwa Fabryka Słów. Tematem był świat inspirowany Panem Lodowego Ogrodu. To moja pierwsza praca jaką napisałem. Liczę na konstruktywną i rzeczową krytykę. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pierwszy Czyniący

– Czy to prawda? To wszystko, o czym mówią ludzie? Ojcze?

Nie odpowiedział. Patrzył synowi w oczy nie wiedząc co powiedzieć. Siv nie był już dzieckiem, wiosną ukończył trzynasty rok życia. Dość dobrze radził sobie z łukiem i toporkiem, potrafił polować, łowić i czytać tropy. Perle wiedział, że musi udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi, już nawet złożył usta by wypowiedzieć słowa. Zmienił jednak zdanie, pogrążając się znowu w ponurych rozmyślaniach. Podniósł do ust kufel z piwem. Był pusty. Skinął na karczmarza, a ten podsunął mu kolejny.

– Ojcze? – Stary żeglarz ponownie zignorował pytanie. Mrucząc chwilę coś pod nosem, dokończył piwo, powoli podnosząc się z ławy.

– Wracamy do chaty – rzucił od niechcenia w kierunku młodzieńca, kierując się ku drzwiom.

– Nie zapomniałeś o czymś? – zza szynku rozbrzmiał tęgi głos karczmarza.

– Jutro.

– Jutro? Jutro?! Wczoraj było jutro, dziś jest jutro i pewnie jutro też będzie jutro. O nie, dość tego. Jutro to bez zapłaty mi się nie pokazuj, bo lagą obiję.  

– Lagą? A żeby cię… A żeby was wszystkich…. – Słowa dalej same popłynęły z ust. Wyrzucał z siebie całą narosłą w nim złość i frustrację. Przy ławach zaległa cisza. Wiedział że powinien przestać mówić, ale przepełniający go strach, gniew oraz lęk, znalazłwszy w końcu ujście, płynął nieprzerwanym potokiem słów.

– ……a malowane łby niech i do nas przyjdą. Niech palą! Jak zostaną zgliszcza, to nie będzie karczmy, długów, i tego cholernego kwaśnego piwa…

Kilka osób podniosło się od stołów, mierząc w Perle wzrokiem.

– Ojcze, chodźmy. – Siv lekko pociągnął go za ramię. Szybkim krokiem wyszli na zewnątrz, odprowadzani krzywymi spojrzeniami. Powiew zimnego powietrza otrzeźwił go szybko, wyrwał ramię z ręki syna.

– Głupcy, oj tak, cholerni głupcy – powiedział, ruszając w stronę chaty.

– Dlaczego?

– Co dlaczego? Co dlaczego? Zadajesz mi w kółko te same pytania, męczysz mnie nimi od trzech dni. Uważaj, bo jak mnie rozsierdzisz, to mogę przetrzepać ci skórę.

– No ale przecież byłeś na Radzie, wiesz czy to prawda. Sten, no wiesz, ten starszy syn Rolfa mówił, że nie ma już wiosek po drugiej stronie jeziora. Że po ludziach nie ma śladu. A to co mówiłeś w karcznie? Co to za malowane łby?

Perle milczał przez chwilę, jakby ważył w myślach każde słowo które chce wypowiedzieć. Zresztą, i tak wszystko się wyda. Za dwa, góra trzy dni wszyscy będą o tym mówić.

– Dobrze więc. Chata już blisko. Usiądziemy, powiem ci co chcesz wiedzieć. Taaak, lepiej żebyś wiedział.

Resztę niedługiej drogi pokonali w milczeniu. Mała chatka była skryta w ciemnościach. Stała na końcu rybackiego nadbrzeża. Drzwi zaskrzypiały gdy weszli do środka. Siv od razu zajął się rozpalaniem ognia w wygasłym palenisku. Perle nabił fajkę tytoniem za który też miał zapłaciċ jutro i rozsiadł się przy starym, brudnym stole.

– Jak za trzy dni wyruszacie, nie rozumiem… – Siv był tak bardzo zszokowany tym co usłyszał od ojca, że nie mógł zebrać myśli. – Trzy dni? Aleeeee…. Gdzie?

– Już mówiłem, Sten ma sporo racji. Ludzie i bydło znikają, siedliska zmieniają się w zgliszcza. Tak, każdy kto ma uszy słyszał o malowanych łbach… Wężowych łbach, czy jak ich tam jeszcze psia mać zwą. Rada chce to sprawdzic. Więcej nie musisz wiedzieć. No może jeszcze to, że zapłacą. Wystarczy żeby oddać w karczmie. I łódź też naprawimy! Ha! Słyszałeś! Znów będziemy łowić!

Siv nie mógł tej nocy zasnąć. Myśli kłębiły się w jego głowie, podsuwając najróżniejsze scenariusze nadchodzących dni. Widział ojca stojącego na czele wyprawy, powracającego jako bohater. Marzył o tym. Miał dość bycia obiektem drwin ze strony rówieśników. Tego dnia gdy utonęła jego matka w ojcu coś pękło. Zaczął coraz więcej pić. Pomimo tego że zachował miejsce w Radzie, stracił cały szacunek i tak naprawdę nikt się z jego zdaniem już nie liczył. Mimo nadziei chłopaka kolejny dzień nie przyniósł niczego szczególnego. Po uporaniu się z codziennymi obowiązkami Siv włóczył się po wiosce i wzdłuż drogi, licząc na to, że chociaż podsłucha albo podejrzy coś interesującego. Nie działo się jednak zupełnie nic. Wracając wieczorem do domu, natknął się na dwóch drabów pilnujących zazwyczaj porządku w karczmie. Gdy tylko ich minął, puścił się biegiem w kierunku chatki. Ojciec czekał przed drzwiami.

– Zabrali talizman matki. – Perle mówił powoli, przez zaciśnięte zęby. Lewą ręką trzymał się za bok. – Oddadzą go gdy spłacę dług. Kruste… dla tego bydlaka nie ma żadnych świętości… Przysięgam, zapłaci nam za to! Nie patrz tak na mnie synu. Idź lepiej spać, jutro czeka nas dużo pracy.

– Jakiej pracy? – zapytał lekko zdziwiony.

– Łódź. Musimy oczyścić kadłub z glonów i wymienić kilka desek. Jest też kilka szczelin. Zamówiłem smołę.

– Przecież nie mamy czym za nią zapłacić.. Jak..?

– Odbiorę ją dopiero po powrocie. Wtedy będziemy mieli czym. Rolf się zgodził. No już, idź, czeka nas ciężki dzień.

Wstali jeszcze przed wschodem słońca. Na śniadanie zjedli jaja z boczkiem, po małym kawałku sera i wypili po kubku koziego mleka. Wyszli przed chatkę niemalże równo ze świtem. Poranek był przyjemnie ciepły. Siv podszedł do stojącej na kozłach łodzi. Spojrzał na uszkodzony, brudny kadłub i dopiero wtedy do niego dotarło ile czeka ich pracy. Obszedł łódź przejeżdżając palcami po drewnie. Nie pływali prawie rok. Pomyślał, że to już najwyższy czas. Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.

– Hej, młodzieńcze! – Zawołał także uśmiechnięty Perle. – Mam nadzieję że ten uśmiech nie zniknie do końca dnia. A teraz migiem, po skrobaczki i szczotki. Bierzmy się do pracy.

Pracowali w milczeniu, powoli i dokłanie czyszcząc z glonów i uszczelniając kadłub, wymienili dulki i zdjeli złamany ster. Siv był tego dnia bardzo szczęśliwy. Nie mógł się doczekać kiedy Byge będzie gotowa. To on nadał jej to imię. Ojciec mu na to pozwolił tylko dlatego, że chłopak bardzo kochał pływać. Obiad zjedli późny i skromny. Nie mieli czasu żeby przygotować porządny posiłek. Zadowolili się więc tylko suszoną rybą i wodą. Gdy Perle nabijał fajkę a Siv sprzątał ze stołu, ktoś zapukał do drzwi. Chłopak aż podskoczył, bojąc się że to znowu ktoś od karczmarza. Ojciec ręką nakazał mu spokój i nie podnosząc się z miejsca zawołał:

– Kogo tam niesie o tej porze?

– To ja, Ansi. Ojciec, oj to znaczy Starszy Rady jutro będzie przemawiał. Każdy powinien byċ obecny – zawołał piskliwy głos.

– A, to ty. No dobrze, wejdź. – Otworzył drzwi, wpuszczając chłopaka do środka. Ten wszedł zdyszany, było widaċ że się spieszył. Zapewne otrzymał polecenie aby jeszcze dzisiaj dostarczyċ wieści do każdej chaty. – A teraz mów. Skoro tu jesteś, to znaczy że ustalili już szczegóły. Wiesz ilu i kiedy ma ruszyć?

– Noooo niby coś tam podsłuchałem.. Ale chyba nie mogę o tym mówić.

– Jeszcze jestem członkiem Rady!

– Tak, no tak. Członkiem tak, ale nie Starszym. A to ich ustalenia. Ojciec zleje mi skóre jak się dowie, że podsłuchiwałem.

– Ojciec się nie dowie, zresztą jutro i tak każdy będzie wiedział. A skórę to sam ci mogę wygarbować! Gadaj co wiesz. I ruszaj dalej, masz jeszcze wielu ludzi do zawiadomienia.

 No dalejże! – Perle znał dobrze tego chłopaka i wiedział że lekko przyciśnięty, Ansi powie wszystko.

– Wiem tylko, że mają ruszyć ochotnicy. Czterdziestu, jeśli tylu zbierzemy. Dziesiątka jazdy i trzydziestu pieszych. Tyle wiem.

– Kiedy?

– Jak najszybciej.

– Kto ma przewodzić?

– Eggerat. Ja…ja muszę już iść – wybąkał po chwili milczenia, rzucił się w kierunku drzwi i tyle go było widać.

– Eggerat.. stary Eggerat… – podobał mu się ten wybór. Właściwie to nie był wybór tylko koniecznośċ. Był to jedyny znany mu człowiek z wojskowym doświadczeniem. Kilka lat służył u pewnego znaczniejszego pana w jakimś dużym porcie. Co prawda było to wiele lat temu, ale ta myśl i tak dodała mu otuchy. Wszak miał ruszyć pod jego rozkazami.

Na miejsce zebrania wyznaczono plac targowy. Przed południem zgromadziły się ponad cztery setki ludzi. Prawie wszyscy mieszkańcy w napięciu czekali, aż Starszy Rady pojawi się, by potwierdzić ich najgorsze domysły. Gdy w końcu ujrzeli go w towarzystwie kilku równie starych, równie siwych i równie pomarszczonych towarzyszy, wszelkie szepty ucichły. W milczeniu ludzie rozstępowali się na boki, otwierając w ścisku wolne przejście prowadzące do podwyższenia. Mówca powoli wspiął się na najwyższy stopień i uderzył dwukrotnie okutą laską w podest. Zrobił to bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, gdyż nie musiał nikogo uciszaċ. Wszyscy czekali w skupieniu.

– Mieszkańcy Bigården! – zaczął, a jego donośny głos rozlał się po placu. Pomimo wieku, potrafił przemawiać. – Wiem, że od kilku dni krążą między wami niepokojące plotki. Nie będę ukrywał, że 

także wśród nas wzbudziły mały niepokój. – Po tych słowach wśród zgromadzonych poniósł się szmer i głośne uwagi. Laska ponownie uderzyła o podest.

– Nie wiemy co się dzieje po drugiej stronie jeziora, chociaż…

– Nie wiecie? – Przerwał mu ktoś z tłumu. – Wszyscy tej nocy widzieliśmy łunę. Może od ogniska, co? Paliły się chaty, nawet dziecko to wie. A wy nie? Trzy dni temu!

– A gdzie uciekinierzy? – Poderwał się inny głos?

– Żadnego gońca! Żadnych wieści!

– Mam tam siostrę.. – ludzie zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać.

– Cisza! Ciiiiiisza! Spokój! – Starsi Rady próbowali zaprowadzić porządek. Udało im się to dopiero po kilku chwilach.

– Jak mówiłem – podjął Starszy – nie wiemy. A wiedzieć chcemy, i musimy. Postanowiliśmy wysłać grupę ochotników, aby to sprawdzili. Tylko ochotnicy. Czterdziestu. Eggerat zgodził się objąć dowództwo. Każdy kto chce dołączyć niech wystąpi. Wyruszać trzeba szybko, najpewniej jutro przed południem. Ochotnicy dostaną połówkę srebrzaka i kilka miedziaków. No! Dalej! Chcecie wiedzieć co tam się dzieje? Jedźcie i sprawdźcie!

Przez chwilę nikt się nie poruszał, nikt się nie odzywał, rozkrzyczanemu jeszcze przed chwilą tłumowi nagle zabrakło odwagi. Starszy spoglądał kolejno na znajome twarze. Czekał. Pierwszy wystąpił Rolf. Po nim kolejni.

– Ten dupek nie powiedział nam wszystkiego – szepnął Perle tak, żeby usłyszał go tylko syn.

– Może jednak nie powinieneś.. – Siv chciał przekonać ojca do zmiany zdania, ale ten w tym samym momencie postąpił naprzód. Przed Eggeratem zebrała się już spora grupa. Bał się, że za chwilę zabraknie dla niego miejsca, a bardzo potrzebował tego srebra.

Wieczorem Perle wraz z innymi ochotnikami udał się do starego magazynu, gdzie w skrzyniach znaleźli kilkanaście wiekowych mieczy i toporów, wgniecionych hełmów i innych, najróżniejszych elementów wojskowego wyposażenia. Wszystko to miało już swoje najlepsze lata za sobą i bardziej przypominało relikty przeszłości, niż gotowy do użycia oręż. Nic innego jednak nie mieli. Byli rybakami, kowalami, pszczelarzami i rolnikami. Byli prostymi ludźmi a nie wojownikami. Podzielili to wszystko między siebie, wedle uznania. Po wymianie kilku uwag rozeszli się do domów. Z wyjątkiem dziesiątki przewidzianej do roli jazdy. Na nich w stajniach czekał Eggerat. Gdy dotarli na miejce, stary wojak stał przy jednym z wierzchowców, gładząc go czule po grzywie. W całej okolicy było tylko kilkanaście koni. Traktowane były w szczególny sposób, jako dobro wspólne. Każdy musiał dokładać do ich utrzymania.

– Wybierzcie sobie konie – powiedział Eggerat. Czekał aż ludzie wykonają jego polecenie. Perle wybrał siwka którego dobrze znał. Często z niego korzystał, właściwie to zawsze, kiedy tylko potrzebował konia. – A teraz posłuchajcie. Starszy nie powiedział wszystkiego. To co usłyszycie musi zostać między nami. Nie chcemy przecież straszyć mieszkańców, a wy musicie wiedzieć co nas może czekać. Zatem słuchajcie. To nie jest do końca tak, że nie mamy żadnych wieści…

Siv był bardzo zaniepokojony. Zmienił zdanie i chciał żeby ojciec się wycofał. Gdy wieczorem Perle wyszedł z domu, on wymknął się w kilka chwil później. Nie mógł usiedzieć w miejscu. Najpierw pobiegł wzdłuż nadbrzeża, a później odbił w kierunku lasu. Zaraz za linią pierwszych drzew znajdowało się niewielkie wzniesienie, z czarną granitową skałą na szczycie. Lubił to miejsce, miał stąd widok na całą wioskę i znaczną część jeziora. Zdyszany oparł się o skałę.

– Ooooo, a kogóż my tu mamy? Toż to młody Siv Rǿget. – Na te słowa chłopak podskoczył przestraszony. Z cienia wyszła przygarbiona kobieta.

– Linnea! Czemu się skradasz?

– Wystraszyłam, tak wystraszyłam, a młodzik niby taki odważny, tak mówi. A wcale nie, wcale nie. Co tu robi? Ojca żegna, tak, żegna – paplała jak to zwykle ona. Najstarsza we wsi, niespełna rozumu starucha.

– Nie powinnaś się oddalać, jak tu przyszłaś? Ktoś wie gdzie jesteś? Córka? Chodź, odprowadzę cię – spróbował chwycić ją za ramię ale ona wywinęła się szybkim ruchem.

– O! O! Głupi jaki! O starą się martwi! Sama przyszła, sama wróci. – Chciał się od niej odunąć, ale kościste palce zacisnęły się na jego nadgarstku. Oczy kobiety rozbłysły życiem, twarz nabrała kolorów.

– Puść..

– Słucha teraz. Nie o starą się martwi. O ojca. Bo głupszy niż ty. Chce jechać? Jedzie! Ale stronę przeciwną wybierze. A ty z nim. Bo ja widziałam! – zwolniła uchwyt a Siv wyrwał się i rzucił do ucieczki.

– Przeklęta wariatka! – Rzucił przez ramię, ale nikogo już nie zobaczył.

Ojciec nie chciał z nim o tym rozmawiać. Nie widział niczego niepokojącego w tym co się wydarzyło, a może nie chciał jeszcze bardziej niepokoić syna. Przecież Linnea taka była. Zawsze zachowywała się dziwnie. Często, niemal każdego dnia uprzykrzała codzienność starym, a dzieci straszyła wymyślonymi historiami. Te rewanżowały się, obrzucając ją zgniłymi owocami. Kolejnego dnia, gdy wyruszali, a mieszkańcy zgromadzili się wzdłuż drogi by ich pożegnać, Perle wypatrzył ją w tłumie. Patrzyła prosto na niego. Uśmiechała się szyderczo, po czym pokręciła z dezaprobatą głową, odwróciła się i ruszyła przed siebie. Przeszył go strach. Dziwne, zimne ukłucie mrożące serce.

– Bezpiecznej drogi, ojcze! – Głos syna przebił się ponad innymi okrzykami. Dojrzał uśmiechniętą twarz Siva. Stał wśród grupki kolegów, machał do niego. Odpowiedział mu słabym uśmiechem i kiwnięciem głową. Chłopak, dumny z ojca, rozpromienił się jeszcze bardziej.

Wyjechali żegnani wiwatami i okrzykami. Eggerat ustawił kolumnę marszową w następujący sposób: sam jechał na czele, za nim jeźdźcy, piechota zaś na końcu, maszerując w dwuszeregu. Zaopatrzenie zabrano na wóz. Gdy minęli ostatnie zabudowania i zaczli znikać z widoku pomiędzy pierwszymi drzewami, kolumna zaczęła się mieszać. To nie było żadne wojsko, o jakiejkolwiek dyscyplinie nie mogło być mowy. Zaczęły się rozmowy i żarty, niektórzy zdążyli już odkorkować bukłaki. Tylko Perle jechał w milczeniu, ciągle ogarnięty dziwnym niepokojem. Zbliżył się do Eggerata.

– Pozwalasz na to?

– Niby na co? – odparł lekko zdziwiony.

– Ledwo ruszyliśmy, a oni od razu zaczynają pić? To nie jest zabawa..

– Daj spokój, nic się nie dzieje przecież. Do pierwszej wioski mamy dwa dni marszu. Po kilka łyków nie zaszkodzi, za to dobrze wpłynie na morale.

– Ale przecież wczoraj w stajni, mówiłeś..

– Wiem co mówiłem. Czego ty chcesz? Dyscypliny? Proszę bardzo! Wracaj do szyku! – Warknął Eggerat, a kilka osób spojrzało w ich stronę. Perle wrócił na swoje miejsce i do końca dnia nie odezwał się już do nikogo.

Wieczorem, gdy już znaleźli miejsce na nocleg, także trzymał się na uboczu. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Kolacji nie zjadł. Zamiast tego udał się na pierwszą wartę, na którą sam się zgłosił. Pokonali dzisiaj spory odcinek drogi, więc jutro po południu powinni dotrzeć do Szarego Strumienia. Przeprawa nie powinna im sprawić dużych trudnosci. Stary most prowadzący na drugą stronę rzeki był wąski, ale solidny. Po każdej zimie jego stan był dokładnie sprawdzany. Perle przechadzał się wokół obozu, mijając co jakiś czas innych wartowników. Do rana nie zmrużył oczu.

Gdy kolumna zniknęła pomiędzy drzewami, mieszkańcy Bigården rozeszli się, i powrócili do swoich codziennych zajęć. Siv otrzymał od ojca listę rzeczy, które powinien zrobić przed jego powrotem. W pierwszej kolejności wziął się za zabezpieczenie starych wioseł przed wilgocią. Mieli jeszcze trochę wosku pszczelego. Powinno go wystarczyć. Pracując w milczeniu zastanawiał się gdzie teraz jest ojciec. Czy coś już udało im się ustalić? A może spotkali już kogoś na swojej drodze?

– Tylko niech nie ucieka – podskoczył, a szmatka do nakładania wosku wypadła mu z ręki. Poznał jej głos od razu. Linnea.

– Przestraszyłaś mnie! Czego chcesz?

– Przeprosić. Za wczoraj. I prezent mam. Tak, to się przyda. Oj tak, przyda – i wyciągneła w jego kierunku zamkniętą dłoń. Przez chwilę się wahał, po czym i on wyciągnął swoją.

– Skąd go masz? – Spytał, patrząc z niedowierzaniem na talizman matki. – Kruste go zabrał. Ukradłaś?

– Ja? Jak można ukraść złodziejowi. On ukradł. Zresztą, jemu już nie potrzebny. Teraz jest twój.

– Jest mojego ojca – odparł, ale ona się tylko roześmiała.

– Nosić go będzie dobrze, rozsądnie. Nie zdejmować, nawet przez noc. Nigdy! Może pomoże, może ochroni – odwróciła się i odeszła. Siv patrzył przez chwilę na talizman, po czym zawiesił go sobie na szyi i wrócił do pracy.

W nocy nie wydarzyło się nic interesującego. Po zwinięciu obozu i ustawieniu kolumny marszowej, ruszyli w kierunku rzeki. Eggerat wydał kilka rozkazów, nakazał zachowanie czujności i zabronił picia. Większości się to nie spodobało. Woleli wczorajsze poczucie beztroski i przygody. Z każdą upływającą godziną, nastroje stawały się coraz gorsze. Docierało do nich gdzie i po co zmierzają. Wielu zaczęło żałować pochopnej decyzji. Gdy w końcu stanęli nad rzeką, dowódca wezwał do siebie trzech ludzi. Perle był jednym z nich.

– Pojedziecie na zwiad. Stąd już nie idziemy po omacku. Macie wrócić przed nocą. Jeżeli wszystko będzie w porządku, od razu ruszymy dalej. Nad ranem staniemy w Landsby.

– Chcesz maszerować nocą? – Perle był tym mocno zdziwiony.

– Tak będzie dla nas bezpieczniej, będziemy mniej widoczni.

– Dla kogo?

– Dla wszystkiego, co tam może być. Perle, ty dowodzisz. No, ruszajcie. I po powrocie od razu do mnie. Nikomu nic nie gadać.

Postanowili w pierwszej kolejności jechać w kierunku jeziora, później zatoczyć szeroki łuk i wrócić nad rzekę, jadąc wzdłuż granicy Wielkiego Lasu. Do zachodu słońca mieli kilka godzin. Perle uznał, że mają na to wystarczająco dużo czasu. Wszystko szło gładko przez większość drogi. Dopiero gdy wracali, jakiś ruch pomiędzy drzewami przykuł ich uwagę. Postanowili to sprawdzić. Wjechali pomiędzy drzewa, ale nie znaleźli tam żadnych śladów. Mimo to wszyscy trzej byli mocno poddenerwowani, a Perle czuł na karku krople zimnego potu. Powiedział to. Pomimo że tego nie chciał, powiedział, że muszą to sprawdzić. Wjechali głębiej. W milczeniu pokonywali gęsty las. Zatrzymali się jak na komendę, chociaż nikt się nie odezwał. Usłyszeli przed sobą jakiś hałas, jakieś krzyki i śmiech.

– Trzymaj – Perle zsiadł z konia, podają uzdę towarzyszowi. – Zaczekaj tu na nas. My sprawdzimy co tam się dzieje, i zaraz jesteśmy z powrotem.

– Chyba żartujesz. Ja nigdzie nie idę – odparł drugi z jego ludzi. – Lepiej wracajmy.

– Pójdziesz. Albo Eggerat się o tym dowie.

– Mam w dupie i jego i ciebie. Nie będę ryzykował życia.

– Sam się zgłosiłeś. Pamiętasz?

– Ja z tobą pójdę. A on niech zostanie – wtrącił ten pierwszy.

– Zgoda – odparł. – Pilnuj koni, skoro nie nadajesz się do niczego więcej.

Skradali się najciszej jak potrafili. Odgłosy z każdym krokiem stawały się coraz wyraźniejsze. Gdy dotarli na skraj polany, ujrzeli wielki obóz. Perle pierwszy raz widział tylu ludzi w jednym miejscu. Poczuł ogarniający go strach. To byli wojownicy. Tego się obawiał i on, i wszyscy w Radzie. Wielcy, brodaci wojownicy gromadzili się w centrum obozu, ich ogolone głowy pokrywały wężowe tatuaże. Zwiadowcy nie mogli dojrzeć co się tam działo, ale krzyki a raczej wrzaski mężczyzn i kobiet podpowiadały wyobraźni wystarczająco dużo.

– Wracajmy już. Nic tu po nas – szepnął do niego towarzysz, a Perle od razu się z nim zgodził. Zaczeli się wycofywać z powrotem w kierunku drzew, w tym samym momencie, w którym powietrze przeszył świst. Wokół nich, w ziemię wbiło się kilkanaście strzał.

– W nogi! – Krzyknął Perle zrywając się do biegu. Pędził ile sił, nie oglądając się za siebie. Okrzyki za jego plecami nie pozwalały mu zwolnić. Dopadł do konia. Dopiero tam zdał sobie sprawę, że biegł sam.

– Szybko! Na koń! Galopem! Węże! – Krzyknął i od razu rzucił się do ucieczki. Jego kompan zawahał się, tracąc cenne sekundy. Dopiero gdy ujrzał pomiędzy drzewami zbliżające się cienie, skoczył w kierunku konia. Zdążył ruszyć, gdy ponownie rozległ się świst. Jedna ze strzał trafiła go w bark, mimo to utrzymał się w siodle. Mieli szczęście, pogoń koni nie miała. Wypadli na otwartą przestrzeń.

– Musimy ostrzec Eggerata, musimy… jesteś ranny! Dasz radę jechać? – Zapytał Perle, a jego towarzysz tylko kiwnął nieznacznie głową. Nie tracili czasu. Ani oni, ani ludzie węże. Ruszyli galopem, zostawiając za sobą dźwięk rogów i wydawane krzykiem rozkazy.

Słońce już zaszło i szybko robiło się ciemno. Ranny jeździec zaczął chwiać się w siodle, a jemu wydawało się, że zgubili w ciemności drogę. Nie mieli wyjścia, musieli się zatrzymać. Tak jak umiał najlepiej, Perle opatrzył bark towarzysza, po czym klapnął ciężko na trawie. Był potwornie zmęczony. I głodny. Musiał się zastanowić co robić dalej. Jego podwładny nie nadawał się już do dalszej jazdy. Mogli tu zostać ukryci w wysokiej trawie, albo ryzykować, że po ciemku sami wpadną w ręce węży.

– Zostaniemy tu. Nie będziemy błądzić. Dalej ruszymy o świcie – podjął jedyną, słuszną decyzję. Nawet nie wiedział kiedy zamknął oczy. Zasnął na ziemi, nie przykrył się nawet niczym, nie uwiązał koni.

Obudziło go mocne szturchnięcie. Jedno.. Drugie.. Trzecie..

– Żyje! – usłyszał znajomy głos. Otworzył oczy, zobaczył pochylającego się nad nim Rolfa. I Eggerata, podnoszącego się znad nieruchomego, leżącego w trawie ciała.

– Ten już zdążył pożegnać świat. Perle, a co z…? – nie dokończył. Spojrzał na niego i znał już odpowiedź.

– Widzieliśmy obóz, wielki. I wojowników, dziesiątki, nie, setki. Ledwo im uciekliśmy.. Ale.. co wy tu robicie? Jak nas znaleźliście?

– Masz mnie za głupca? Gdy nie wróciliście wczoraj wieczorem, podzieliłem jazdę na dwójki i ruszyliśmy na zwiad i poszukiwania. Piechocie nakazałem zablokować wozem most i czekać. W razie ataku, spalić wszystko i się wycofać. – Eggerat wyraźnie mu zaimponował swoim opanowaniem i słusznością powziętych decyzji.

– A co z nami? Nie powinniśmy chyba zwlekać z powrotem…

– To nie będzie takie proste – odparł dowódca. – Węże rozlały się po całej okolicy i idą prosto na rzekę. Nie skryjemy się już przed nimi w ciemnościach nocy. Poza tym, nie wiem co z resztą jazdy.

– Na południe od nas jest niewielki bród. Damy radę przejść – wtrącił Rolf. Zanim ruszyli, Eggerat nakazał mu zabrać na konia trupa. Nie chciał go zostawiać. Perle, dopiero wsiadając na jednego wierzchowca z dowódcą, zdał sobie sprawę, że zapomniał o koniach. Uciekły.

Rzekę udało im się przekroczyć jeszcze przed południem. Skręcili na północ, wyciskając z wierzchowców siódme poty. Widzieli po drodze niewielkie grupy węży, ale nikt nie zwracał na nich większej uwagi. Zwolnili dopiero gdy zobaczyli wzbijający się ku niebu słup czarnego dymu. Nieco później, z niewielkiego wzniesienia ujrzeli dopalający się most. I trupy, po obu jego stronach. Nie wychwycili na pobojowisku żadnego ruchu, zupełnie jak gdyby nikt tego starcia nie przeżył. I dopiero to całkowicie zmroziło im krew. Wężom udało się wygrać i od razu poszli dalej. We wszystkich głowach wykiełkowała ta sama myśl. Idą na Bigården! Rolf zrzucił na ziemię ciało martwego towarzysza i pierwszy rzucił się do galopu. Egerrat i Perle jadąc we dwóch na jednej, zmęczonej klaczy, nie byli w stanie dotrzymać mu tempa.

Siv siedział przed domem, żując kawałek słoniny grzał twarz w promieniach słońca. Większość zleconych przez ojca zadań miał już skończone. Mógł sobie pozwolić na dłuższą przerwę. Postanowił rozprostować nogi. Mijając rybackie chaty, wprost upajał się cudowną pogodą.

Uwielbiał popołudniowe spacery. Minął nadbrzeże i plac targowy, nogi same poniosły go do jego ukochanej, granitowej skały. I wtedy ich zobaczył. I zamarł sparaliżowany. Maszerowali szeroką ławą, wymieszani ze sobą, piechurzy i jeźdźcy. Powoli. Jakby pewni swego. A na nich czekały cztery setki bezbronnych mieszkańców Bigården.

– Ojcze.. – wyszeptał, a łzy popłynęły mu po policzkach. Po chwili oszołomienia odzyskał kontrolę nad ciałem, zaczął biec. Biegł z całych sił. Zobaczył jeszcze jak napastnicy zatrzymali się, a część z nich wysunęła się przed szereg. We wsi rozbrzmiały rogi. Mieszkańcy dostrzegli już zagrożenie, zaczęła się panika i chaos. Gdy Siv wbiegł pomiędzy chaty, na wieś spadły pierwsze ogniste strzały. Kilka strzech stanęło w płomieniach, były też już pierwsze ofiary. Świst. Druga salwa. Chłopak pobiegł do domu, mijając wołających o pomoc rannych. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie bał, nigdy nie widział umierającego człowieka. Dopadł do chaty, wbiegł do środka, zabrał swój toporek i ruszył w kierunku głównego placu. Tam powinni zebrać się wszyscy pozostali we wsi mężczyźni, zdolni do noszenia broni. Ogień szalał już wszędzie, dym dusił, mimo to biegł, nie zatrzymywał się. Na placu nie zastał jednak nikogo, poza kilkoma trupami. Wśród nich Starszy Rady i jego dwaj pomocnicy. Wszyscy naszpikowani strzałami. Usłyszał zbliżający się tętent koni. I krzyki kobiet…

Zobaczyli płonące chaty, wojowników wlewających się do wsi, i małe grupki ludzi, próbujących uciekać we wszystkich możliwych kierunkach. Eggerat spiął konia do galopu. Nikt ich jeszcze nie zauważył. Nie wiedzieli gdzie Rolf, dawno stracili go z oczu… Zanim dotarli do wsi, położyli trupem dwóch łuczników, tnąc ich w pędzie. Wjechali między chaty, wpadli wprost na grupę węży pętających ręce kilku kobietom. Eggerat ciął pierwszego, ale drugiemu udało się ściągnąć go z siodła. Zaraz dopadło do niego kilku nowych przeciwników, zabijając go szybko. Perle utrzymał się na wierzchowcu, ale nie był w stanie mu pomóc. Rzucił się do ucieczki, przeciwników było zbyt wielu. Pognał w kierunku nadbrzeża. Myślał już tylko o tym, aby uratować syna. Żeby tylko zdążył! Chatę już miał w zasięgu wzroku, jak niemalże wszystko dokoła i ona stała w płomieniach..

– Siv! Siiiiiiiv!

Widok płonących zabudowań, leżących wszędzie nieruchomych ciał, dławiący dym i wężowi wojownicy mordujący ludzi których przecież znał, paraliżował go. Skryty za przewróconym wozem, próbował zmusić się do działania. W końcu zebrał się w sobie i skoczył do przodu. Pochylony, przemykał ostrożnie pomiędzy walącymi się budynkami, kierując się w stronę swojej chaty. Zwolnił tylko raz, mijając klęczącą nad zwłokami kobietę. Rozpoznał trupa. To był Sten. Odwrócił głowę i pobiegł dalej. Całe nadbrzeże stało już w ogniu. Dojrzał zeskakującego z konia ojca. Serce załomotało mu, gdy Perle skoczył przez drzwi prosto w płomienie. Przyspieszył.

– Ojcze!!! Nieeeee! Tu jestem! Ojcze! – Jego piskliwy głos nikł w zgiełku dziejącego się wkoło dramatu. Chociaż wydawało się to niemożliwe, usłyszał go. Po chwili pojawił się znowu w drzwiach, kaszląc od gryzącego dymu. Siv był już przy płocie. Wpadli sobie w ramiona, trwając tak przez krótki moment.

– Musimy uciekać. Nie, nic nie mów! Nie ma czasu do stracenia. Wsiadaj! – Pomógł synowi dosiąść wierzchowca, po czym sam wskoczył na siodło. – Pochyl nisko głowę! Zamknij oczy i nie otwieraj, dopóki ci nie pozwolę!

Ruszyli bez zwłoki, najkrótszą drogą wyrwali się z płonącej wsi, początkowo niezauważeni przez żadnego z napastników. Dopiero po przejechaniu kilkudziesięciu kroków przez pola, usłyszeli za sobą krzyki. Siv wyjrzał ponad ramię ojca. Jeźdźcy, co najmniej kilkunastu. Pokazywali ich sobie, wrzeszcząc, popędzali swoje wielkie rumaki. Pomyślał, że nie mają szans, że ich dogonią, a później zabiją. Już byli między pierwszymi drzewami, las dawał nikłą nadzieję na ucieczkę. Przed sobą mieli niewielki strumyk, dalej stary, podmokły cmentarz i bagna. Jeżeli mają jakiekolwiek szanse, to tylko tam. Mijając bramę nekropolii, Siv poczuł jak jego ojcem coś szarpnęło.

– Tato? – zapytał, ale nie było żadnej odpowiedzi. Koń zwolnił, później się zatrzymał, a Perle zwalił się na ziemię. Z pleców sterczała mu strzała z czarnym opierzeniem. Z jego ust wydobyło się coś jakby charczenie, później wąska strużka krwi. Po chwili znieruchomiał. Wśród ścigających poniósł się triumfalny wrzask. Po chwili otaczali łkającego nad ciałem chłopca, zanosząc się śmiechem. Największy z nich, łysy, o szerokich barach, oddał swojemu towarzyszowi łuk, podszedł do Siva i chwycił go za ramię. Podniósł go jedną ręką.

Zeskoczył z konia i ze łzami w oczach przypadł do umierającego ojca. Nim zdążył wykrztusić z siebie cokolwiek, Perle skonał. Z chłopaka jakby uszło całe życie, klęcząc w błocie szlochał, trzymając w dłoniach martwą twarz. Nie zauważył kiedy go otoczyli. Dopiero gdy jeden z nich chwycił go stalowym uściskiem, Siv wrócił do rzeczywistości. Gdy olbrzym poderwał go z kolan, stało się coś nierealnego, coś, co wydarzyć się nie miało prawa. Chłopak zawył przeraźliwie, a jego oprawca cofnął się puszczając mu ramię. Złapał się za głowę i padł na kolana. Po chwili jego ciało rozpadło się na kilkanaście kawałków. Pozostali stali nieruchomo, nie rozumiejąc co się właśnie wydarzyło. Tymczasem w Sivie zaszła jakaś zmiana. Nie wiedział, nie rozumiał, ale to czuł. Czuł to całym sobą. Spojrzał na stojących wojowników i przez łzy, przez zaciśnięte zęby kazał im umierać. A oni nie umieli mu się przeciwstawić. I umierali. Jeden po drugim… Talizman na jego szyi lśnił bordowym blaskiem. W pewnym momencie wszystko zamarło. Węże, upadając zatrzymali się w bezruchu, podobnie jak przelatujące nisko ptaki. Zupełnie tak, jakby czas stanął w miejscu.

– Wystarczy chłopcze. Już wystarczy – Linnea wyszła z cienia, wbijając w niego spojrzenie. Podeszła, kładąc mu dłoń na ramieniu. Patrzył na nią pustymi oczami. – Teraz pójdziesz ze mną, a później umrzesz… a może jednak nie. Zobaczymy. – W uderzenie serca później, gdy Siv trafiony laską w głowę tracił przytomnoć, kilka błyskawicznych myśli przeszyło mu głowę. Dlaczego starucha tak dziwnie gada? Gdzie ma iść? I co to? Latem pada śnieg? Ale nic już go nie dziwiło. Padł twarzą w błoto i pogrążył się w ciemności.

Ocknął się, leżąc na czarnym piasku. Nic go nie bolało, nie był ranny. Nie czuł też tej siły, która wypełniała go jeszcze.. no właśnie, kiedy? Przed chwilą? Stracił poczucie czasu..

– Gdzie ja jestem? – Powiedział do siebie, podnosząc się na nogi. Po chwili ją zobaczył. Stała na plaży, kilkadziesiąt kroków od niego, odziana w zwiewną suknię.. Ruszył w jej stronę.

– Nie rozumiem.. – szepnał, gdy odwróciła się do niego piękna, młoda kobieta. Tylko oczy pozostały te same. Wiedział że to ona. – Linnea? To jakieś czary?

– Czary? – zaśmiała się dziewczyna. – Być może.. Ale zanim zaczniesz zadawać pytania, odpowiesz na moje. – Odwróciła się i ruszyła przed siebie, dając mu znak aby poszedł za nią. Nie pytała jednak o nic, szła w milczeniu. Milczał więc i on. Doszli tak do kamiennej ławy, której jeszcze przed chwilą nie było. Pojawiła się nie wiedzieć kiedy, co jeszcze bardziej zdumiało chłopaka. Zauważyła to, i jej twarz znowu rozpromienił uśmiech.

– Usiądźmy. Zmieniłam zdanie. Tak będzie chyba prościej. Dla ciebie rzecz jasna, może łatwiej wszystko pojmiesz.. i nie spiesz się.. Czas stoi w miejscu.. – patrzyła na niego cierpliwie. Nie odzywał się jeszcze przez moment, chociaż pierwsze pytanie cisnęło mu się na usta. W koncu drżącym głosem wyszeptał słowa.

– Czy ja umarłem?

– I tak, i nie. W pewnym sensie zależy to także od ciebie. Na pewno wrócisz. Tylko nie wiem jeszcze gdzie. Czy w ciało chłopca, leżące w cmentarnym błocie, czy też inny los jest ci pisany. Tak czy owak, na zawsze zostać tu nie możesz.

– Tu, czyli gdzie?

– Na wyspie śmierci. Czym to miejsce jest, zrozumiesz później. Teraz możesz zadać jeszcze jedno pytanie. Odpowiem na nie, a później wysłuchasz co sama mam ci do powiedzenia. – Nie patrzyła na niego, tylko na wodę. Zbliżał się przypływ.

– Mam dwa pytania. Chcę wiedzieć co się dzieje… no wiesz, tam skąd tu trafiliśmy.

– A drugie? – Spojrzała teraz na niego, wiedząc o co zapyta.

– Mam takie dziwne uczucie, jak byśmy nie byli tu sami…

– Pozwolisz że najpierw odpowiem na drugie? – Chłopak zgodził, się kiwając głową. – Są z nami bogowie. Heeej! Nie rozglądaj się tak, nie dojrzysz ich. Siadaj! I słuchaj. Jesteś tu w pewnym sensie dzięki nim. Można by rzec, że to oni teraz do ciebie przemawiają, poprzez moje usta. Źle się na świecie dzieje, bogowie-stworzyciele nie są zadowoleni. Proces już się rozpoczął.

– Co się rozpoczęło? Bogowie-stwo…jacy? – Siv nic z tego nie rozumiał.

– Bogowie, tworząc ten świat zbudowali ramy, w których ma on funkcjonować. Takie ogólne zasady. Ludzie mieli zakodowane w głowach aby ich przestrzegać. Rozumiesz? – Ale on nie rozumiał, mimo to przytaknął. Kontynuowała więc. – Trwało to wiele setek lat. Dopiero największy wróg ludzi poprzestawiał im wszystko w sercach i duszach. Zdeprawował ich, zniszczył. Wiesz kim był ten zdradziecki nieprzyjaciel? – Siv pokręcił przecząco głową.

– To dobrobyt. Ludzie zaczeli mieć zbyt dużo, zbyt łatwo. Przez kolejne pokolenia rozlewało się to niczym zaraza. Na świecie jest tyle bogactwa.. Wystarczy po nie sięgnąć. I silniejsi sięgali. A to musi w końcu prowadzić do rzeki krwi i przemocy. Teraz nadszedł czas zapłaty.

– To znaczy że pozabijacie ludzi węży? – Chłopaka chwilowo ogarnęło pragnienie zemsty.

– Węży? Świat jest o wiele większy niż możesz to sobie wyobrazić. A czy my kogoś pozbawimy życia? Cóż, w pewnym sensie zabijemy wszystkich. Jak mówiłam, proces trwa, martwy śnieg spada na ziemię. To co jest zginie, powstanie na nowo.

– Skoro tak, czego ode mnie chcecie? Nie zginę jak reszta?

– Zginął byś już na tamtym cmentarzu. I to nie za sprawą bogów. Tylko że ty nauczyłeś się czynić, a to niemal boska moc. Moc zaklęta w tym świecie.. Cząstka samych bogów. Rozumiesz? A ty potrafisz ją okiełznać. To dar. Powiedz mi, chciałbyś żyć i tysiąc lat? – Zamurowało go to pytanie. Kręciło mu się już od tego wszystkiego w głowie, a Linnea mówiła dalej. – Świat rozpocznie swe życie od początku. Będziesz trwał razem z nim, doglądał jak dobry pasterz. Ludzie już nigdy nie utopią go we krwi. A jeśli nawet, ty będziesz gdzie trzeba, niczym strażnik świata. Oto oferta bogów. Śmierć, tu i teraz, albo życie w ich służbie. Przeżyte po stokroć! Wybieraj!

– Wybieram….życie – wyszeptał niemal bezgłośnie.

– Dobrze więc… Siv Røget pozostanie martwy na tamtym cmentarzu a świat o nim zapomni. Wybierzesz sobie nowe imię. A teraz chodź ze mną. I oddaj mi mój talizman – uśmiechając się wyciągnęła do niego dłoń. Później długo rozmawiali przechadzając się po plaży. Chłopak nie zadawał żadnych pytań. Słuchał, i rozumiał coraz więcej.

 ***

Jadąc swoim wozem, z pomocą zakrzywionego noża zajadał się słoniną. Od zawsze ją lubił, jeszcze z czasów gdy mieszkał jako dziecko w Bigården. O bogowie, ile to już lat? Bez mała czterysta… Naszły go wspomnienia dawnych dni, i tego jak to wszystko się zaczęło. Wiele się zmieniło od tamtego czasu, a najbardziej on sam. Uśmiechnął się do tych myśli. Właśnie wtedy go dojrzał. Tak, z całą pewnością, na drzewie spał jakiś człowiek. Zatrzymał muła, przyglądał mu się przez pewien czas. Obcy obudził się, zeskoczył na ziemię. Zauważył wóz i starego woźnicę. Krzyknął coś, padła odpowiedź. Po chwili obaj siedzieli przy ognisku. Śpiący na drzewie przedstwił się.

– Mnie możesz nazywać Kruczym Cieniem – odparł mu starzec.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Widzę, że jesteś tu już prawie rok, niemniej podam na wszelki wypadek namiary na PORADNIKI z działu PUBLICYSTYKA, w tym: językowe, ortograficzne, dialogowe, interpunkcyjne, myślowe, a także – Drakainy – dla Nowicjuszy. :)

 

W opowiadaniu pojawiają się nietypowe… dwie kropki zamiast wielokropków – warto je poprawić,np.:

– Przecież nie mamy czym za nią zapłacić.. Jak..?

– Noooo niby coś tam podsłuchałem.. Ale chyba nie mogę o tym mówić.

– Może jednak nie powinieneś.. – Siv chciał przekonać ojca do zmiany zdania, ale ten w tym samym momencie postąpił naprzód.

Moc zaklęta w tym świecie.. Cząstka samych bogów.

 

Dialogi są także do przejrzenia i poprawy, np.:

– Zabrali talizman matki. – Perle mówił powoli, przez zaciśnięte zęby. Lewą ręką trzymał się za bok.

– Hej, młodzieńcze! – Zawołał także uśmiechnięty Perle. – Mam nadzieję że ten uśmiech nie zniknie do końca dnia. A teraz migiem, po skrobaczki i szczotki. Bierzmy się do pracy.

– Nie wiecie? – Przerwał mu ktoś z tłumu. – Wszyscy tej nocy widzieliśmy łunę. Może od ogniska, co? Paliły się chaty, nawet dziecko to wie. A wy nie? Trzy dni temu!

– Wystarczy chłopcze. Już wystarczy – Linnea wyszła z cienia, wbijając w niego spojrzenie. Podeszła, kładąc mu dłoń na ramieniu. Patrzył na nią pustymi oczami.

 

 

Poza tym – pojawiają się błędy interpunkcyjne, np.:

– No ale przecież byłeś na Radzie, wiesz czy to prawda.

Nie patrz tak na mnie synu.

Widok płonących zabudowań, leżących wszędzie nieruchomych ciał, dławiący dym i wężowi wojownicy mordujący ludzi których przecież znał, paraliżował go.

– To znaczy że pozabijacie ludzi węży?

 

Zdarzają się powtórzenia, czyli usterki stylistyczne, np.:

Musimy oczyścić kadłub z glonów i wymienić kilka desek. Jest też kilka szczelin.

 

 

Są także usterki składniowe, np.:

Gdzie ma iść? – dokąd?

 

Występują niestety także błędy ortograficzne, np.:

Zginął byś już na tamtym cmentarzu.

 

W tym fragmencie tekst kompletnie się rozjechał:

– Mieszkańcy Bigården! – zaczął, a jego donośny głos rozlał się po placu. Pomimo wieku, potrafił przemawiać. – Wiem, że od kilku dni krążą między wami niepokojące plotki. Nie będę ukrywał, że 

także wśród nas wzbudziły mały niepokój. – Po tych słowach wśród zgromadzonych poniósł się szmer i głośne uwagi. Laska ponownie uderzyła o podest.

 

Opowieść z pewnością ma potencjał, ale najpierw trzeba ją podszlifować pod kątem usterek językowych. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Hej, Czesio

Chodź opowieść na początku wydaje się ciekawa, to muszę zgodzić się z Bruce. Ze względu na liczne błędy i usterki trudno się to czyta. Polecam na start: interpunkcja.pl. Jak usuniesz te błędy i zaczniesz korzystać z bety na portalu, to odbiór Twoich tekstów od razu się zmieni.

Pomysły masz (fajne), ale na razie skupiłbym się na warsztacie. To najszybciej zaowocuje dla Ciebie.

 

Pozdrawiam ;)

 

Cześć Czesiu!

 

Dostrzeżone:

Słowa dalej same popłynęły z ust. Wyrzucał z siebie całą narosłą w nim złość i frustrację. Przy ławach zaległa cisza.

Słowa dalej same popłynęły z ust. Wyrzucał z siebie całą narosłą w nim złość i frustrację. W karczmie zaległa cisza.

mierząc w Perle wzrokiem.

mierząc Perlego wzrokiem

 

Gdy tylko ich minął, puścił się biegiem w kierunku chatki.

Bohaterowie chatę nazwaliby po prostu domem.

 

Wykład Linnei na temat, jak funkcjonuje świat – niestety nie brzmi to dobrze. Czy na pewno czytelnikowi są potrzebne te informacje?

 

Interpunkcja LEŻY.

 

Ogólnie:

Jeśli nie liczyć błędów, które można łatwo poprawić, to jest to całkiem dobre opowiadanie. Moja główna uwaga dotyczy sposobu przedstawiania wydarzeń. Wszystko jest takie samo, o jednakowym stopniu intensywności, żadna retrospekcja ani introspekcja nie rozbija monotonnego przedstawienia kolejnych scen. Chronologicznie ułożone nazbyt przypominają film i sposób narracji filmowej. 

Zachęcam do poprawienia błędów, aby czytelnikom przyjemnie się czytało!

Pozdrawiam!

 

 

 

 

 

Czesiu, miałeś pomysł na ciekawą historię i mogła z tego powstać zajmująca opowieść, gdybyś nie zmasakrował jej koszmarnym wykonaniem. Masa błędów, usterek, literówek, nie zawsze czytelnie złożonych zdań czy źle zapisanych dialogów, że o zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę, sprawiły, że lektury „Pierwszego Czyniącego” żadną miarą nie mogę uznać za sartsfakcjonującą.

Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

już nawet zło­żył usta by wy­po­wie­dzieć słowa. Zmie­nił jed­nak zda­nie, po­grą­ża­jąc się znowu w po­nu­rych roz­my­śla­niach. Pod­niósł do ust kufel z piwem. Był pusty. → Czy to celowe powtórzenie? Nie mógł podnieść kufla z piwem, skoro z następnego zdania dowiaduję się, że był pusty.

Może wystarczy: Pod­niósł kufel.

 

Mru­cząc chwi­lę coś pod nosem, do­koń­czył piwo, po­wo­li pod­no­sząc się z ławy. → Przypuszczam, że najpierw wypił piwo, a potem wstał, jako że chyba trudno pić przy jednoczesnym mruczeniu i podnoszeniu się.

Proponuję: Mru­czał chwi­lę coś pod nosem, po czym do­koń­czył piwo i po­wo­li pod­niósł się z ławy.

 

rzu­cił od nie­chce­nia w kie­run­ku mło­dzień­ca, kie­ru­jąc się ku drzwiom. → Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że zazwyczaj mówimy coś do kogoś, nie w czyimś kierunku.

Proponuję: …rzu­cił od nie­chce­nia do mło­dzień­ca, kie­ru­jąc się ku drzwiom.

 

– Nie za­po­mnia­łeś o czymś? – zza szyn­ku roz­brzmiał tęgi głos karcz­ma­rza. → Czy karczmarz na pewno zadał pytanie będąc na zewnątrz budynku???

Pewnie miało być: – Nie za­po­mnia­łeś o czymś? – Zza szyn­kwasu roz­brzmiał tęgi głos karcz­ma­rza.

Sprawdź znaczenie słów szynkszynkwas.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.  

 

– Lagą? A żeby cię… A żeby was wszyst­kich…. → Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

Wy­rzu­cał z sie­bie całą na­ro­słą w nim złość i fru­stra­cję. → Czy w świecie tego opowiadania na pewno wiedziano, co to frustracja?

Proponuję: Wy­rzu­cał z sie­bie całą na­ro­słą w nim złość i niezadowolenie/ irytację.

 

strach, gniew oraz lęk, zna­la­złw­szy w końcu uj­ście… → …strach, gniew oraz lęk, zna­la­zł­szy w końcu uj­ście

 

……a ma­lo­wa­ne łby niech i do nas przyj­dą. → Dwa wielokropki są błędem.

Wystarczy:a ma­lo­wa­ne łby niech i do nas przyj­dą.

 

Kilka osób pod­nio­sło się od sto­łów, mie­rząc w Perle wzro­kiem. → Wzrokiem mierzymy kogoś, nie w kogoś.

Wystarczy: Kilka osób pod­nio­sło się od sto­łów, mie­rząc Perle wzro­kiem.

 

Szyb­kim kro­kiem wy­szli na ze­wnątrz… → A może zwyczajnie: Szyb­ko wy­szli na ze­wnątrz

 

Za­da­jesz mi w kółko te same py­ta­nia, mę­czysz mnie nimi od trzech dni. Uwa­żaj, bo jak mnie roz­sier­dzisz, to mogę prze­trze­pać ci skórę. → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

A to co mó­wi­łeś w karcz­nie? → Literówka.

 

Mała chat­ka była skry­ta w ciem­no­ściach. → Zbędne dookreślenie – chatka jest mała z definicji.

Wystarczy: Chat­ka była skry­ta w ciem­no­ściach.

 

Drzwi za­skrzy­pia­ły gdy we­szli do środ­ka. → Zdaje mi się, że raczej: Drzwi za­skrzy­pia­ły, gdy wchodzili do środ­ka.

 

Siv od razu zajął się roz­pa­la­niem ognia w wy­ga­słym pa­le­ni­sku. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponjuję: Siv od razu zajął się roz­pa­la­niem wygasłego ognia.

 

Siv był tak bar­dzo zszo­ko­wa­ny tym co usły­szał… → Czy w czasach tego opowiadania wiedziano, co to znaczy zszokowany?

Proponuję: Siv był tak bar­dzo zdumiony/ wzburzony/zaskoczony/ zadziwiony tym, co usły­szał

 

Perle nabił fajkę tytoniem za który też miał zapłaciċ jutro… → Perle nabił fajkę tytoniem, za który też miał zapłacić jutro

 

– Trzy dni? Ale­eeee…. Gdzie? → Zbędna kropka po wielokropku.

Raczej: – Trzy dni? Ale­ee… Dokąd?

 

czy jak ich tam jesz­cze psia mać zwą. → …czy jak ich tam jesz­cze, psiamać, zwą.

 

Rada chce to spraw­dzic. → Literówka.

 

Myśli kłę­bi­ły się w jego gło­wie, pod­su­wa­jąc naj­róż­niej­sze sce­na­riu­sze… → Obawiam się, że w czasach tego opowiadania scenariusze byłyby ostatnią rzeczą, która przyszłaby mu do głowy.

Proponuję: Myśli kłę­bi­ły się w jego gło­wie, pod­su­wa­jąc naj­róż­niej­sze podpowiedzi

 

– Prze­cież nie mamy czym za nią za­pła­cić.. Jak..? → Jeśli pierwsze zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki. W drugi wielokropkowi brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

Wino być: – Prze­cież nie mamy czym za nią za­pła­cić Jak?

 

– Hej, mło­dzień­cze! – Za­wo­łał także uśmiech­nię­ty Perle. – Mam na­dzie­ję że ten uśmiech… → – Hej, mło­dzień­cze! – za­wo­łał także uśmiech­nię­ty Perle. – Mam na­dzie­ję, że ten uśmiech

 

do­kła­nie czysz­cząc z glo­nów i uszczel­nia­jąc ka­dłub, wy­mie­ni­li dulki i zdje­li zła­ma­ny ster. → …do­kład­nie czysz­cząc z glo­nów i uszczel­nia­jąc ka­dłub, wy­mie­ni­li dulki i zdję­li zła­ma­ny ster.

 

Każdy po­wi­nien byċ obec­ny… → Każdy po­wi­nien być obec­ny

 

aby jesz­cze dzi­siaj do­star­czyċ wie­ści… → …aby jesz­cze dzi­siaj do­star­czyć wie­ści

 

Noooo niby coś tam pod­słu­cha­łem.. → Nooo niby coś tam pod­słu­cha­łem

 

Oj­ciec zleje mi skóre jak się dowie… → Literówka.

 

[…] masz jesz­cze wielu ludzi do za­wia­do­mie­nia.

 No da­lej­że! – Perle znał do­brze tego chło­pa­ka i wie­dział że lekko przy­ci­śnię­ty, Ansi powie wszyst­ko. → Zbędny enter. Winno być:

 […] masz jesz­cze wielu ludzi do za­wia­do­mie­nia. No da­lej­że! – Perle znał do­brze tego chło­pa­ka i wie­dział, że lekko przy­ci­śnię­ty Ansi powie wszyst­ko.

 

– Eg­ge­rat. Jaja muszę już iść… → Brak spacji po wielokropku.

 

– Eg­ge­rat.. stary Eg­ge­rat… podobał mu się ten wybór. → – Eg­ge­rat stary Eg­ge­rat… – Podobał mu się ten wybór.  

 

Wła­ści­wie to nie był wybór tylko ko­niecz­nośċ. Wła­ści­wie to nie był wybór tylko ko­niecz­ność.

 

nie mu­siał ni­ko­go uci­szaċ. → …nie mu­siał ni­ko­go uci­szać.

 

Nie będę ukry­wał, że 

także wśród nas wzbu­dzi­ły mały nie­po­kój. → Zbędny enter.

 

– Nie wie­cie? – Prze­rwał mu ktoś z tłumu. → – Nie wie­cie? – prze­rwał mu ktoś z tłumu.

 

– Mam tam sio­strę.. lu­dzie za­czę­li się wza­jem­nie prze­krzy­ki­wać. → – Mam tam sio­strę – >Lu­dzie za­czę­li się wza­jem­nie prze­krzy­ki­wać.

 

– Może jed­nak nie po­wi­nie­neś.. → – Może jed­nak nie po­wi­nie­neś

 

Gdy do­tar­li na miej­ce… → Literówka.

 

W całej oko­li­cy było tylko kil­ka­na­ście koni. Trak­to­wa­ne były w szcze­gól­ny spo­sób… → Nie brzmi to najlepiej. Proponuję drugie zdanie: Trak­to­wa­no je w szcze­gól­ny spo­sób

 

Chciał się od niej odu­nąć… → Literówka.

 

– Puść.. → – Puść

 

za­czli zni­kać z wi­do­ku… → Literówka.

 

To nie jest za­ba­wa.. → To nie jest za­ba­wa

 

– Ale prze­cież wczo­raj w staj­ni, mó­wi­łeś.. → – Ale prze­cież wczo­raj w staj­ni, mó­wi­łeś

 

[…] Wra­caj do szyku! – Wark­nął Eg­ge­rat… → […] Wra­caj do szyku! – wark­nął Eg­ge­rat

 

Prze­pra­wa nie po­win­na im spra­wić du­żych trud­no­sci. → Literówka.

 

W pierw­szej ko­lej­no­ści wziął się za za­bez­pie­cze­nie… → W pierw­szej ko­lej­no­ści zabrał się do za­bez­pie­cze­nia

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

– Tylko niech nie ucieka – podskoczył, a szmatka do nakładania wosku wypadła mu z ręki. → Narracji nie zapisujemy jak didaskaliów. Winno być:

– Tylko niech nie ucieka.

Podskoczył, a szmatka do nakładania wosku wypadła mu z ręki.

 

[…] Oj tak, przyda – wyciągneła w jego kierunku… → […] Oj tak, przyda.I wyciągnęła w jego kierunku

 

– Skąd go masz? – Spy­tał, pa­trząc z nie­do­wie­rza­niem… → – Skąd go masz? – spy­tał, pa­trząc z nie­do­wie­rza­niem

 

Zresz­tą, jemu już nie po­trzeb­ny.Zresz­tą, jemu już niepo­trzeb­ny.

 

jakiś ruch po­mię­dzy drze­wa­mi przy­kuł ich uwagę. Po­sta­no­wi­li to spraw­dzić. Wje­cha­li po­mię­dzy drze­wa… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Za­cze­li się wy­co­fy­wać z po­wro­tem w kie­run­ku drzew… → Masło maślane – nie można się wycofać przed siebie.

Wystarczy: Za­czę­li się wy­co­fy­wać w kie­run­ku drzew

 

– W nogi! – Krzyk­nął Perle zry­wa­jąc się do biegu. → – W nogi! – krzyk­nął Perle, zry­wa­jąc się do biegu.

 

Okrzy­ki za jego ple­ca­mi nie po­zwa­la­ły mu zwol­nić. → Zbędne zaimki.

 

[…] Dasz radę je­chać? – Za­py­tał Perle… → […] Dasz radę je­chać? – za­py­tał Perle

 

Ranny jeź­dziec za­czął chwiać się w sio­dle, a jemu wy­da­wa­ło się, że zgu­bi­li w ciem­no­ści drogę. → Jemu, czyli komu?

 

Jedno.. Dru­gie.. Trze­cie.. → Nie wydaje mi się, aby szturchnięcia mogły być niedopowiedziane.

Proponuję Jedno, dru­gie, trze­cie…

 

[…] Ledwo im ucie­kli­śmy.. Ale.. co wy tu ro­bi­cie? → […] Ledwo im ucie­kli­śmy. Ale co wy tu ro­bi­cie?  

 

Rolf zrzu­cił na zie­mię ciało mar­twe­go to­wa­rzy­sza i pierw­szy rzu­cił się do ga­lo­pu. → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Ojcze.. – wy­szep­tał… → – Ojcze – wy­szep­tał

 

Świst. Druga salwa. → Strzelano z łuków, więc nie było salwy.

Za SJP PWN: salwa «jednoczesny wystrzał na komendę z wielu karabinów lub armat»

 

i ona stała w pło­mie­niach.. → …i ona stała w pło­mie­niach.

 

pod­szedł do Siva i chwy­cił go za ramię. Pod­niósł go jedną ręką.

Ze­sko­czył z konia i ze łzami w oczach przy­padł do umie­ra­ją­ce­go ojca. → Skoro obcy wojownik złapał Siva i podniósł, to kto zeskoczył z konia, a kto przypadł do umierające ojca i czyj to był ojciec?

Nie wykluczam też, że coś się tutaj, delikatnie mówiąc, popierdzieliło.

 

– Teraz pójdziesz ze mną, a później umrzesz… a może jednak nie. Zobaczymy. W uderzenie serca później, gdy Siv trafiony laską w głowę tracił przytomnoć… → Narracja to nie didaskalia. Winno być:

– Teraz pójdziesz ze mną, a później umrzesz… a może jednak nie. Zobaczymy.

Uderzenie serca później, gdy Siv trafiony laską w głowę tracił przytomność

 

Nie czuł też tej siły, która wy­peł­nia­ła go jesz­cze.. no wła­śnie, kiedy? Przed chwi­lą? Stra­cił po­czu­cie czasu..  Nie czuł też tej siły, która wy­peł­nia­ła go jesz­cze no wła­śnie, kiedy? Przed chwi­lą? Stra­cił po­czu­cie czasu.

 

– Gdzie ja je­stem? – Po­wie­dział do sie­bie, pod­no­sząc się na nogi. → Zbędne dookreślenie – czy mógł podnieść się® inaczej, nie na nogi?

Wystarczy: – Gdzie ja je­stem? – po­wie­dział do sie­bie, pod­no­sząc się.

 

odzia­na w zwiew­ną suk­nię.. → …odzia­na w zwiew­ną suk­nię.

 

– Nie ro­zu­miem.. szep­nał… → – Nie ro­zu­miemszep­nął

 

[…] Wie­dział że to ona. – Lin­nea? To ja­kieś czary? → 

[…] Wie­dział, że to ona.

– Lin­nea? To ja­kieś czary?

 

– Być może.. → – Być może.

 

może ła­twiej wszyst­ko poj­miesz.. i nie spiesz się.. Czas stoi w miej­scu.. – patrzyła na niego cierpliwie. → …może ła­twiej wszyst­ko poj­miesz i nie spiesz się. Czas stoi w miej­scu. – Patrzyła na niego cierpliwie.

 

W koncu drżą­cym gło­sem wy­szep­tał słowa. → Literówka.

 

– Mam takie dziw­ne uczu­cie, jak byśmy nie byli tu sami… → – Mam takie dziw­ne uczu­cie, jakbyśmy nie byli tu sami

 

Bo­go­wie-stwojacy? → Brak spacji po wielokropku.

 

Na świe­cie jest tyle bo­gac­twa.. Wy­star­czy po nie się­gnąć. → Na świe­cie jest tyle bo­gac­twa, wy­star­czy po nie się­gnąć.

 

Zgi­nął byś już na tam­tym cmen­ta­rzu. → Zgi­nąłbyś już na tam­tym cmen­ta­rzu.

 

Moc za­klę­ta w tym świe­cie.. -> Moc za­klę­ta w tym świe­cie.

 

– Wy­bie­ram….życie – wy­szep­tał nie­mal bez­gło­śnie. → – Wy­bie­ram życie – wy­szep­tał nie­mal bez­gło­śnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim za komentarze. Tak jak pisałem, to była moja pierwsza większa praca. Wrzuciłem ją taką, jaką była napisana, będąc świadomym przynajmniej części błędów. Dziękuję za cenne porady. Poradniki przeczytane, obecnie z interpunkcją nie mam już (aż) takich problemów;) Cieszy mnie, że sam pomysł fabuły wydał się interesujący. Dzięki raz jeszcze! Oczywiście poprawię błędy, kiedy tylko znajdę choć troszkę czasu. Pozdrawiam!!!

Czesiu, pozostaję z nadzieją, że Twoje przyszłe opowiadania będą napisane zdecydowanie lepiej, a ich lektura dostarczy wiele przyjemności. :)

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I ja dziękuję, powodzenia, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witam,

 

Oprócz lekceważącego stosunku do reguł rządzących językiem polskim zwróciłbym tu mocną uwagę na dłużyznę na początku. 14k znaków zajmuje, zanim drużyna w ogóle wyjdzie z domu. 19k zanim akcja cokolwiek przyspieszy (kiedy słyszymy śmiechy przy ognisku). Właściwie jedynym, co na tym olbrzymim dystansie może zaintrygować czytelnika, jest tajemnica tych malowanych łbów, ale to zdecydowanie za mało – one są gdzieś daleko, nie tworzą wielkiego napięcia.

 

Nie wszystkim to przeszkadza tak jak mnie, ale mimo wszystko.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Dzięki GalicyjskiZakapior za komentarz. Każda opinia i uwaga jest dla mnie cenna. Pozdrawiam!!!

Nowa Fantastyka