Dla fanów gry Gothic i tego uniwersum. Jest to wizja powstania Bractwa i Obozu na bagnach. Tekst pewnie będzie uzupełniany. Mamy tutaj wersję wstępną. Tarnina, dziękuję za betę !
Dla fanów gry Gothic i tego uniwersum. Jest to wizja powstania Bractwa i Obozu na bagnach. Tekst pewnie będzie uzupełniany. Mamy tutaj wersję wstępną. Tarnina, dziękuję za betę !
W Starym Obozie, w pobliżu zamku, całodzienny gwar powoli ustępował spokoju zbliżającego się wieczoru.
Ustawał stukot kowalskiego młota, targi z kucharzem o lepsze porcje. Kłótnie między handlarzami i prace nad nową palisadą okalającą podgrodzie.
Obóz cichł. Ot, strażnik przy wejściu do zamku oparł się o beczkę, gawędząc z jednym z Cieni. Gdzie indziej siadali kopacze przy ognisku i upijali się tanim piwem, lub ryżówką za kilka bryłek rudy.
Wieczór był czasem odpoczynku, czasem na wieczorne gawędy przy dźwięku lutni.
– Berion, tu jesteś – odezwał się Ian, strażnik i zarządca starej kopalni. – Przy okazji dostawy rudy do Gomeza kazałem moim chłopcom przeliczyć kopaczy. Paru brakowało, ale jeden… jeden właśnie się odnalazł – uśmiechnął się paskudnie. – Znasz zasady. Dwa tygodnie na dole, cztery dni przerwy. Dopiero wtedy możesz wyjść na powierzchnię. A ty?!
Kopacz patrzył na niego tępo. Mrużył oczy, jakby nie poznawał rozmówcy.
– A niech to… Nie udajesz? Mówią, że nie pracujesz. Gadasz jakieś głupoty przez sen, strasząc innych kopaczy. – Ian wziął głęboki oddech, po czym przywitał strażnika machnięciem ręki. – Są tu lepsze rzeczy do roboty. Masz cztery dni, doprowadź się do ładu, albo następnym razem Ashgan zapomni pilnować tunelu i skończysz jako potrawka dla pełzaczy. Zrozumiano?
Berion gapił się na niego przez chwilę, zanim przeniósł spojrzenie na ognisko. Podwinął pod siebie nogi, jakby był wystraszony.
– Pełzacze? – powtórzył cicho. – Widziałem jednego, był ogromny. Mówił do mnie, bym przyszedł, bo wie, jak wydostać się stąd.
– Co ty bredzisz? – zirytował się Ian. – Robal do ciebie gadał? Słuchaj no – pogroził palcem – inni kopacze zaczynają się ciebie bać. Nie chcą z tobą pracować, a potrzebujemy teraz ludzi, rozumiesz? Każdego miesiąca dwadzieścia worków magicznej rudy, musi opuścić kopalnię. Zdrowiej, albo wypchniemy cię poza barierę… – zaśmiał się złowrogo. – Kalom?! Na Innosa, gdzie on… Kalom! Podejdź tu.
Z mroku wyłonił się drobny, łysiejący mężczyzna. Potknął się, zatoczył, omal nie upuścił torby.
– To ten kopacz, o którym ci mówiłem. – Wskazał Ian na Beriona. – Daj mu coś, ziele lecznicze czy miksturę. Postaw go na nogi. A ty – znów pogroził mu palcem – znaj łaskę pana. Kalom był kiedyś kopaczem jak ty, ale ma talenty, których nie wolno zmarnować – zaśmiał się przy tym. – Może coś ci pomoże.
Zielarz skinął głową i usiadł przy ognisku.
– Cztery dni – powtórzył Ian skazańcowi. – I wracasz do kopania, a jak nie, to… – Tym razem Ian wskazał palcem magiczną barierę, górującą nad obozem. Po czym uśmiechnął się i odszedł ku bramie, witając serdecznie stojącego tam konfratra.
– Jestem Kalom, alchemik – przedstawił się drobny mężczyzna, ale Berion nawet na niego nie spojrzał. – Ian opowiadał mi o tym, jak zaczepiałeś innych kopaczy. Ponoć postradałeś zmysły, bluźniąc na bogów.
Berion spojrzał na niego ze znużeniem. W końcu odezwał się powoli.
– Jeśli Innos lub Adanos w swojej mądrości zesłał nas do tej kolonii karnej, to gdzie teraz oni są? A może to sam Beliar sprawił, że jesteśmy niewolnikami i to wcześniejszych skazańców, ułożonych teraz z królem? Jeśli tak, to niech powtórzy się dawny bunt, a kilofy zatopią w trzewiach nowych panów.
– Ciszej… – Wystraszony Kalom rozejrzał się dookoła. – Ktoś może nas usłyszeć… Zaprawdę, Ian nie fantazjował, wspominając, iż jesteś wyjątkowo problematycznym kopaczem. Gdyby nie to, że potrzebuje ludzi…
– To rzuciłby mnie przez magiczną barierę?
Kalom uśmiechnął się cierpko, wpatrując w ognisko.
– Nie boisz się śmierci? – zapytał, coraz bardziej zainteresowany kopaczem.
Brion omal się nie roześmiał, lecz grymas bólu przemknął mu po twarzy… Chwycił się za głowę i odczekał chwilę w milczeniu.
– Nie o śmierć tu się rozchodzi – odpowiedział w końcu. – Raczej o wolność. Trzech bogów nas tu zostawiło i żadna z ich ścieżek nie jest właściwa. Jest za to inna, która prowadzi poza barierę.
Alchemik uniósł brwi zdziwiony.
Wariat – pomyślał grzebiąc w torbie. – Od dawna masz te bóle głowy? Dziwne sny? A może halucynacje lub… wizje? – zapytał, podpalając skręcone liście jakiegoś ziela.
Berion znów zapatrzył się w płomień.
– Sny? Odkąd trafiłem w to cholerne miejsce, mam koszmary, ale halucynacje… tak. Gdy przenieśli mnie na najniższy poziom Starej Kopalni.
Kalom pomyślał chwilę.
– Zdarza się – odparł w końcu – że dokopawszy się zbyt głęboko, kopacze mówią o zepsutym powietrzu… Jednak wątpię, by miało to aż takie skutki. Na pewno nie wydarzyło się coś innego?
– To nie zepsute powietrze… – przyznał cicho Berion, okręcając kawałek ścierwojada nad ogniskiem. – Ale… rzeczywiście, zaatakowały nas, tam na dole, pełzacze. Strażnicy poradzili sobie z nimi, a my zostaliśmy zagonieni do sprzątania ich ścierwa. Po tym zaczęły się koszmary. Tak… to było po dotknięciu pełzaczy.
Kalom zaciągnął się zielem, po czym dmuchnął w stronę Beriona.
– Niektórzy strażnicy z kopalni – dodał po chwili – też skarżą się na bóle głowy i wyjątkowo męczące sny. I wszyscy oni pilnują przejść, a od czasu do czasu odpierają ataki pełzaczy. Czasem proszą mnie o leki na złagodzenie objawów. Choć zdaje mi się, że niektórzy kłamią, żeby dostać więcej tego. – Wyjął z ust dymiący, biały wałeczek, ukręcony z suchych liści.
– Ból, te wizje, to przez pełzacze? – zdziwił się Berion.
– Od dawna podejrzewam, że ich flaki są trujące. Może chodzi o to, żeby otępić wroga, aż nadejdą posiłki.
– Tylko alchemicy badają flaki robali – Berion uśmiechnął się, jakby rozluźnił. – Wspominałeś, że te liście pomagają strażnikom.
– Już to sprawdziłem. – Kalom podał mu skręta, uważnie go obserwując. Berion zaciągnął się i odprężył. – Nazywam go Mrokiem Północy. Mocniejszy niż zwykle. Zacząłem palić przy tobie chwilę temu, a już widzę, że czujesz się lepiej. A jak teraz?
Berion zaciągnął się kolejny raz i przyjrzał skrętowi.
– Ból ustępuje. Ciekawe, co z koszmarami.
– Bywa różnie – stwierdził Kalom. – Mam pewną teorię co do tego. Wydaje mi się, że niektórzy są podatni na działanie bagiennego ziela… w inny niż relaksujący sposób. Podobnie jak strażnicy, którzy zabijają pełzacze. Nie każdy z nich reagował majakami. Ci, co je mieli, po skrętach także je miewali, choć często były to przyjemniejsze i spokojniejsze wizje. Reszta po prostu się rozluźniała. Stąd coraz większe zainteresowanie moimi lekami w kopalni i w obozie.
Berion zgłodniał. Chwycił kawałek mięsa ścierwojada i zjadł z apetytem. Po raz pierwszy od dawna nic go nie bolało.
– Uważaj! – roześmiał się Kalom. – Palenie wzmaga głód! Można po tym zjeść całego kretoszczura. Odpoczywaj, Berionie, i wracaj do zdrowia.
– Jak wrócę, to wrócę i do kopalni… Masz, to twoje, dziękuję! Pomogło.
Kalom wstał. Przełożył torbę przez ramię i poklepał go po plecach.
– Potraktuj to jako… prezent. Jeszcze się spotkamy, powodzenia!
***
Berion wypalił ziele do końca i położył się przy ognisku. Była to wyjątkowo ciepła, letnia noc. Ktoś przygrywał na lutni, ktoś inny wspominał czasy sprzed bariery. Ktoś właśnie stuknął piwem na zdrowie. Każdy chciał choć na chwilę poczuć się wolnym.
Przymykał już oczy. Pierwszy raz od tak wielu tygodni. Pierwszy raz nie bał się ich zamknąć. W końcu odpłynął w spokojny sen. Nie wiedział nawet, kiedy zasnął, ale wiedział, że śni.
Miał wrażenie, że wznosi się ponad zamek. Rozświetlony jedynie małymi punkcikami palących się pochodni.
Na północ, za mrokiem lasu, widać było drogę do Starej Kopalni i niewielkie ogniska rozpalone przed jej wejściem.
Na zachodzie zaś widział Nowy Obóz, gdzie stacjonowali najemnicy pod wodzą dawnego królewskiego generała, Lee.
Wszystko połączone było jakąś dziwną i nieznaną mu drogą. Jakby korytarzem lub tunelem. Wszystkie schodziły się pod Starym Obozem, nad którym się unosił.
Jego uwagę przykuły jednak światła i dziwna, energetyczna ścieżka prowadząca na wschód.
Udał się tam niemal schodząc na ścieżkę. Sunął jednak po niej szybciej, niż by biegł. Na chwilę jego uwagę przykuła tylko dziwna budowla odgrodzona mostem. Nawet chciał tam wejść, ale przejścia strzegła istota przypominająca orkowego szamana. Ork trzymał w ręce kamienną tabliczkę. Popatrzył z zaciekawieniem na Beriona i rzekł:
– Kruszak. – Wskazał na wschód, po czym wrócił mostem i znikł w jaskini.
Berion zatem ruszył dalej. Światła pochodni, ognisk, głosy bębnów prowadziły go na bagna.
Nad rozlewiskiem rzeki i gęstym lasem, pod zboczem góry, tłum nieznanych mu osób falował na otoczonym murem placu, wznosząc ręce do wtóru rytmicznemu zaśpiewowi.
W końcu udało mu się opaść pomiędzy nich. W okół byli mężczyźni ubrani jedynie w przepaski, z ogolonymi głowami i tatuażami na twarzach. Zauważył też chaty na bagnach, ukryte pomiędzy drzewami. Niektóre zbudowane nawet na nich.
Po chwili wszyscy umilkli i skierowali się w stronę świątyni wykutej w skale. Z świątyni wyszedł mężczyzna w ceremonialnej szacie, podobnie jak i oni miał ogoloną głowę, zostawiając sobie jedynie niewielką bródkę. Niektórzy szeptali z szacunkiem:
– Idzie nasz guru!
Gdy zbliżył się, Berion przerażony padł na kolana, z niedowierzaniem spoglądając w górę.
Postacią przed nim był on sam. Ubrany w ozdobną, beżową szatę bez rękawów, przepasaną szarą szarfą.
Guru podszedł, zdjął z szyi amulet z wizerunkiem jakiegoś stworzenia i założył go swemu odpowiednikowi.
Zanim Berion padł nieprzytomny, zdążył usłyszeć jeszcze słowa: „Niegotowy… jeszcze niegotowy".
***
Obudziło go szturchnięcie. Ktoś właśnie kopnął go w stopę.
– No… Wstawaj!
Usiadł, mrużąc oczy w świetle wschodzącego słońca. Ogień już wygasł, a przed nim stał zarządca kopalni Ian, wraz ze znajomym alchemikiem.
– Słyszałeś? Ponoć już ci lepiej. A zatem pora wrócić do pracy.
Kopacz nie dowierzał.
Kalom, ty gnido… – pomyślał w pierwszej chwili Berion. Doniosłeś na mnie?
– Patrz jak siedzi z rozdziawioną gębą – zaśmiał się Ian. – Wracasz do pracy. No, czego się dziwisz, nie lepiej ci? Będziesz z Kalomem zbierać ziele. Omówiliśmy sobie parę spraw z Gomezem i… a niech cię, zielarzu – zwrócił się do Kaloma. – Jeśli Gomez się na to zgadza, to niech będzie. Ale pamiętaj o naszej rozmowie.
Berion nie do końca rozumiał, co się właśnie stało. Patrzył zmieszany za oddalającym się zarządcą całej Starej Kopalni, oraz paroma strażnikami i kopaczami, którzy mu towarzyszyli.
– No chodź, chodź, robota czeka – uśmiechnął się do niego Kalom. – Co myślałeś? Że wracasz do kopalni? Zrobiłeś się blady jak ściana.
– Myślałem, że na mnie doniosłeś…
– W pewnym sensie tak – szczerze odpowiedział Kalom. – Nad ranem miałem rozmowę z Ianem na temat mojej przyszłości, a raczej tego, co rozprowadzam między kopaczami i strażnikami kopalni… No cóż. W skrócie, potrzebujemy dużo bagiennego ziela i siły by to przerobić. Ziele trzeba oczyścić i ugnieść. Muszę mieć do tego pomocnika i strażnika przy zbiorach ze sobą. Ty będziesz pomocnikiem. – Wręczył mu skórzaną torbę na ramię, oraz mały zakrzywiony nożyk. – Ruszamy na wschód, w kierunku bagien, gdzie rośnie ziele. Byłeś tam kiedyś?
– Nie… nigdy – zawahał się Berion.
– To nic, trzymaj się blisko mnie i słuchaj co mówię. Bywa tam niebezpiecznie, dlatego musimy uważać. Potrzebujemy jeszcze kogoś doświadczonego w bitce.
– Kogo? – zaciekawił się Berion.
Kalom tylko uśmiechnął się tajemniczo.
***
Czekali przy południowej bramie. Wreszcie wyszedł rosły, śniady mężczyzna z łysą głową.
– Jesteś! – Kalom przywitał go serdecznie, wręczając mu małe zawiniątko z zielem do ręki. – To Angar, jeden z wojowników areny, ale też strażnik w kopalni. Choć, na szczęście, nie należący do Cieni…
– Witaj, widziałem cię parę razy w kopalni – odrzekł Berion, rzeczywiście rozpoznając wojownika. – Dziwiło mnie, że nie należysz do Cieni. Myślałem, że każdy, kto chce wyżej zajść w tym, czy innym obozie musi dołączyć do któreś z gildii.
Angar zaśmiał się serdecznie.
– Nie. Wystarczy mi, że stoję na straży, by do szybów nie przedostawały się pełzacze. Zanim tu trafiłem, byłem najemnikiem. Płacono mi, żebym walczył i nie zadawał pytań. Tutaj jest podobnie. Cienie i strażnicy niczym nie różnią się od dawnej służby królowi. Dlatego nie należę do nikogo. Wywalczyłem to sobie, na arenie i w kopalni. Tak… wywalczyłem, to najbardziej odpowiednie słowo.
Berion nie dopytywał więcej. Razem ruszyli jeszcze przed południem. Droga, która ich czekała, nie była długa, ale wymagała zachowania ostrożności.
Trzymali się skraju lasu, lecz nie wchodzili do niego. Nawet Angar nie chciał mieć do czynienia z wilkami, czy z czymś znacznie gorszym od nich…
W końcu trafili na drogę pomiędzy lasem, a piaszczystym brzegiem rzeki. Gdy doszli do w okolice porzuconego mostu, zatrzymali się, żeby zrobić przerwę od podróży w pełnym słońcu.
Angar bez problemu rozprawił się po drodze z paroma ścierwojadami, które wypatroszyli i ponieśli dalej. Planując upiec je już na bagnach.
Kalom i Angar przysiedli na wystających z piasku kamieniach, czekając na Beriona, który w obozowych sandałach grzązł w piachu.
Gdy tylko do nich dotarł, ze zdumieniem spojrzał na wiszący most. Oparty na potężnych balach, do których przywiązane były liny, a do nich kołysane wiatrem, trzeszczące belki.
– To musiało być tutaj – wyszeptał. Rozpoznawał to miejsce. Był tu w swojej wizji.
Wszedł ostrożnie na most, zauważywszy leżącą na belkach tabliczkę, tuż nad brzegiem strumienia, który zmieniał się pod mostem w rwący strumień, tworzący nieopodal wodospad. Chciał po nią sięgnąć, ale nagle drewno pod nim trzaskiem pękło.
– Hej! – krzyknął Angar. – Życie ci niemiłe?!
Berion niewzruszony próbował ominąć uszkodzoną belkę, następując na kolejną, która już złowrogo zatrzeszczała.
Jeszcze trochę i cię mam – pomyślał, z wysiłkiem trzymając się lin po bokach i przykucnięty próbował sięgnąć kamienną tabliczkę.
Ku swemu zdumieniu usłyszał skrzeczenie. Po drugiej stronie mostu pojawiły się gobliny, które wylazły z jaskini, zainteresowane intruzami.
Berion, niezrażony, jedną ręką trzymał się linowej poręczy, a drugą wyciągnął, jak najdalej mógł, żeby chwycić tabliczkę.
Kolejna belka zatrzeszczała, a cały most zaczął się niebezpiecznie chwiać. Kamienna tabliczka niemal zsunęła się w przerwę między pozostałymi belkami.
– Muszę ją mieć… – mamrotał i ostatnim wysiłkiem sięgnął tabliczkę.
Zupełnie nie zważał na nadbiegające gobliny z pałkami nabitymi gwoździami, jak i pękającą kolejną belkę pod sobą.
– Mam cię! – krzyknął Angar i z niemałym wysiłkiem pociągnął ze sobą Beriona. Następnie dobył miecz i stanął w przejściu czekając na małpie stwory.
Te jednak zawahały się, stanęły i skrzeczały, uderzając pałkami o most.
– To czarne gobliny – rzekł Angar spokojnie. – Gdyby nie wąskie przejście, otoczyłyby nas z każdej strony. Pewnie jest ich tam mnóstwo. Teraz zniszczony most, będzie trzymał je tam jak w więzieniu.
– Zupełnie jak nas pod barierą – wyjąkał ironicznie Berion.
Angar uśmiechnął się prawie niezauważalnie. Gobliny w końcu niechętnie zawróciły i zerkając za siebie, zniknęły w jaskini.
Dopiero teraz Angar schował swój miecz.
– Berion! – krzyknął Kalom. – Miałeś się trzymać blisko nas! A ty już po drodze pakujesz nas w tarapaty. Jeśli to się powtórzy…
– Cicho! – uspokoił go Angar i podszedł pod skraj lasu.
Przysłuchiwał się dochodzącym z nich dźwiękom. Z początku trudno mu było odróżnić to, co słyszał, od zwykłych odgłosów lasu, ale od czasu do czasu przytłumiał je odgłos chrapania.
– Zbierajmy się stąd czym prędzej – mruknął pod nosem.
– Co? Dlaczego? – zapytał Kalom, zerkając spod oka na Beriona, zajętego badaniem znalezionej tabliczki.
– To cieniostwór leży nieopodal.
– Cie… cieniostwór? – zająknął się Kalom.
– Tak. Jednak w dzień nic nam nie grozi, jeśli nie zamierzamy nadepnąć mu na ogon. Może jednak nie wracajmy tędy po zmroku…
Ruszyli w ciszy dalej. Pobliska rzeka wyznaczała kierunek, a jej ujście cel wędrówki. Oprócz paru ścierwojadów, w okolicy nie trafili już na żadne niespodzianki. Pokusili się na zbieranie grzybów, zwłaszcza piekielników, na późniejszą zupę.
– To cenna rzecz? – odezwał się do Beriona Angar, spoglądając na kamienną tabliczkę wystającą mu z torby.
– Już tu byłem, we śnie – odpowiedział Berion. – Widziałem to miejsce i orkowego szamana trzymającego tę tabliczkę. To był znak. I była tam, czekała na mnie.
Angar uśmiechnął się tylko, jakby uważał Beriona za równie dziwnego, co nieszkodliwego wariata. Zupełnie jak Kalom i jego lecznicze rośliny.
– Widziałem cię w kopalni. – Tym razem Berion spróbował podtrzymać rozmowę. – Stałeś z innym strażnikiem. Zawsze razem, zawsze broniąc szybu kopalni przed wtargnięciem pełzaczy.
Angar zaśmiał się i z chęcią zaczął tłumaczyć:
– Taak! To dobre zajęcie. Niebezpieczne, ale potrafi podtrzymać w wojowniku ducha walki. Dlatego to robię. Jestem to winien innym kopaczom, w końcu sam nim kiedyś byłem.
– Za co trafiłeś do kolonii? Jeśli można… – dopytywał Berion.
– Byłem najemnikiem. Walczyliśmy w imieniu króla, pod dowództwem jego generała… – Twarz wykrzywił mu grymas wstrętu. – Widzisz, gdy pustoszeje królewski skarbiec, najemnik jest zbędny. A nieopłacony najemnik, staje się potencjalnym wrogiem. Taak… królewscy żołdacy są tacy sami jak Gomez i jego chłopcy. Gardzą takimi, jak ja czy ty. To samo robi generał Lee.
– Lee? Przywódcę Nowego Obozu? – włączył się do rozmowy Kalom.
– Przywódca – pogardliwie warknął Angar. – Przywódcami są tam magowie wody. Tak samo jak w Starym Obozie przywódcami nadal są i będą magowie ognia.
Berion z uwagą przysłuchiwał się poglądom Angara.
– To dlatego pracujesz dla Cieni i Strażników? – zapytał.
– Byłem kopaczem w Starej Kopalni. Biłem się na arenie w Starym Obozie. Pokazałem, co jestem wart, aż w końcu zdobyłem zatrudnienie jako strażnik w kopalni. Czy tego chce czy nie, związany jestem z ludźmi Gomeza. Nowy Obóz i ci złodzieje dla nich pracujący mnie nie interesują. Innego wyjścia nie mam.
Angar zamilkł, szedł dalej w ciszy, zamyślony i pogrążony we wspomnieniach.
Kalom za to, spytał Beriona.
– A ty? Za co tu trafiłeś?
Berion zasępił się, z trudem przypominając sobie wcześniejsze życie, czerwone szaty i… klasztor.
– Trafiłem tu za owce i złoto…
Kalom przełknął śmiech, widząc kamienny wyraz twarzy Beriona
– Ukradłeś owce?
– Chciałem zostać nowicjuszem. Przybyłem do Khorinis, by wstąpić do klasztoru magów ognia. Pracowałem jak wół od rana do nocy, by zdobyć pieniądze, konieczne na wpisowe. Tysiąc sztuk złota! A gdy dotarłem na miejsce, powiedziano mi, że każdy kandydat na nowicjusza musi jeszcze przyprowadzić do klasztornej hodowli owce. Bogactwo i strawa, jak mówili.
– Chyba trudno za coś takiego tu trafić? – stwierdził Kalom.
– Trudno, i owszem – powtórzył Berion, rozżalony. – Wpłaciłem pieniądze i wróciłem zarobić na owce. Zatrudniłem się na farmie Onara, parszywy był z niego zarządca. Czas naglił, a mnie się skończyła cierpliwość, gdy potrącił mi z zapłaty, niby za zniszczenie narzędzi. Cholerne bestie polne! Nikt nie słuchał. Zabrałem owce bez zgody Onara i udałem się do klasztoru. Chciałem tam odpracować i oddać mu. Ktoś mnie rozpoznał. Wyrzucono mnie klasztoru, a za kradzież i oszustwo zesłano tutaj. Nienawidzę magów. Zapatrzonych w siebie, nadętych i uważających się za wszechmocnych panów. Pycha kroczy przed upadkiem, moi mili, pycha kroczy przed…
Nie dokończył. Kalom uśmiechnął się i wskazał palcem na bagna. Byli na miejscu.
Rzeka przy ujściu tworzyła niewielki wodospad, które wpadał do rozlewiska niedaleko morza. Nurt uspokajał się i łagodnie wpływał między ogromne drzewa, niektóre rosnące zupełnie w mulistej wodzie. Inne zaś tworzyły wokół siebie niewielkie wysepki i przejścia.
– To tutaj – uśmiechnął się Kalom i porozumiewawczo spojrzał na Angara. – Zazwyczaj bywałem tu sam. W ciszy, nie zwracając na siebie uwagi. Unikałem też zbytniego wystawiania się na zbędne niebezpieczeństwo. A czai się ono tutaj niemal na każdym rogu. Unikajcie mętnej wody porośniętej gęsto rzęsą. Ani się obejrzycie, a wpadniecie do bagna, nie odróżniwszy brzegu od rozlewiska. Chodzimy tylko po pewnym gruncie, sprawdzić go możemy kijami.
Kalom odszedł na chwilę na bok i wyciągnął, schowane podczas ostatniej wizyty, długie podróżne kije.
– Misimy przedostać się na drugą stronę. Tam, za drzewami, znajdziemy miejsca porośnięte nie tylko bagiennym zielem, ale i ziołami uzdrawiającymi w różnych odmianach. Znam parę osób zarówno w Starym jak i Nowym Obozie, łącznie z magami, którzy chętnie je od nas odkupią. Uważajcie na latające w grupach krwiopijce. Te tutaj są wyjątkowo naprzykrzające się i niebezpieczne.
– To dlatego jest z nami Angar? – spytał Berion, przedzierając się przez chaszcze.
– Nie, z tym sobie możemy poradzić. Angar ma za zadanie chronić nas przed znacznie bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem.
Dotarli w końcu do miejsca, gdzie płytkie mokradła poprzedzielane były licznymi wysepkami. Na nich zaś rosły zioła, gęściej, niż Berion potrafił sobie wyobrazić.
Jego uwagę przykuło jednak coś innego. Stały tam dwie kamienne kolumny z wyrytymi napisami. Szybko sięgnął do torby i wyciągnął z niej kamienną tabliczkę. Pismo było niemal identyczne.
– To język orków – odezwał się Angar, dotykając jednej z kolumn. – Dziwny, inny niż ten z kontynentu, który pamiętam. Nie potrafię go odczytać. To stary dialekt, być może któregoś z wymarłych plemion.
Wrócili do zbiorów. We trójkę szybko wypełniali sakwy zielem. Berion natomiast każdą chwilę na odpoczynek, przeznaczał na badanie kamiennych kolumn.
Po chwili usłyszał dziwny dźwięk. Niczym trąby, szelest i chlupot wody jednocześnie. Angar szybko wskoczył na wystający konar, by dostrzec niebezpieczeństwo.
– Zbierajmy się stąd – powiedział stanowczo Angar. To…
Nim zdążył dokończyć, zielonkawa tafla poruszyła się z początku wirem, a następnie falą. Na tyle mocną, że ochlapała liście na brzegu
– Ruszajmy! Natychmiast! – krzyknął Angar. Dobył miecza i zeskoczył z konara na pomoc towarzyszom.
Ci jednak uciekali tak gwałtownie, że Berion potknął się parę razy o wystające korzenie drzew, raniąc sobie stopy. Zdołali się jednak wycofać wyznaczoną wcześniej ścieżką.
Trzeba cię opatrzyć! – odezwał się Kalom, widząc krwawiące szarpane rany Beriona. – Tutaj łatwo o zakażenie. Przystańmy na chwilę, mamy w końcu mnóstwo uzdrawiającego ziela.
Angar przytaknął i stanął na straży. Kalom przyklęknął, żeby przemyć Berionowi rany.
– A jak ty trafiłeś do kolonii? – spytał zaciekawiony Berion. – Moją historię poznałeś, Angara także. Zawsze byłeś alchemikiem?
Kalom zaśmiał się cierpko. Usiadł obok przygotowując w międzyczasie opatrunek z ziela.
– Skoro tak… Byłem alchemikiem na królewskim dworze w Vengardzie. Zaczynały się pierwsze starcia z orkami przybywającymi z północy. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak z nimi walczyć. Pojawiło się wielu rannych. A ja już wtedy eksperymentowałem z bagiennym zielem, by przezwyciężyć zmęczenie. Wytworzyłem wyjątkowo mocny Zew Nocy, od którego się uzależniłem. Tej nocy byłem pod jego wpływem.
Wezwano mnie ponownie, do wielu rannych po pożarze. Straszne obrażenia. Zacząłem im podawać mikstury lecznicze własnego przepisu i, niestety, przedawkowałem.
Zmarło sześciu paladynów i tylko dotychczasowa nienaganna służba uchroniła mnie od stryczka.
Zesłano mnie tutaj i zdegradowano do poziomu zielarza… Podniósł opatrunek zielono-pomarańczowy opatrunek. – To jak? – spytał z uśmiechem. – Zaufasz takiemu zielarzowi?
Berion bez cienia wątpliwości odparł:
– Zaufam świetnemu alchemikowi.
***
Gdy odpoczęli, wzięli zbiory i niespiesznie ruszyli z powrotem do obozu. W drogę, o którą Angar nalegał coraz mocniej.
– Musimy się spieszyć – zwrócił się do reszty niespokojny. – Kalom, wiesz, co tu się dzieje po zmroku. Drogą do Starego Obozu też nie jest usłana ziołami uzdrawiającymi. Żadnego więcej odpoczynku, wracamy prosto do domu.
– Ha! – zaśmiał się Kalom. – Nie zamierzam tu spędzić nocy. Co to, to nie. Nawet Berion…
Ze zdziwieniem zauważył, że Beriona nie ma z nimi. Angar cofnął się i ze zgrozą dostrzegł w końcu Beriona wchodzącego pomiędzy olbrzymie głazy.
Popatrzeli po sobie z niedowierzaniem. Kalom pobiegł pierwszy, a rozzłoszczony Angar dobył miecz i ruszył za nim.
Dotarli do zarośniętego, kamiennego placu z dwoma cokołami i piedestałem na środku. Berion stał przed schodami prowadzącymi do ogromnej budowli wykutej w skale.
Kalom podszedł i ostrożnie chwycił go pod ramię, a Berion spojrzał na niego błyszczącymi oczyma.
– To ruiny starej świątyni – rzekł spokojnie alchemik.
Berion pochłaniał wszystko wzrokiem, jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę.
– Orków? – zapytał z zachwytem.
– Być może – odrzekł Kalom, spoglądając za siebie. Angar stał z dobytym mieczem i z niepokojem spoglądał w kierunku bagien. – Niedaleko stąd jest ich cmentarzysko. To bardzo możliwe, że orkowie zbudowali tę świątynię. Ludzie tak nie budują.
Za nimi rozległy się dźwięki trąb. Co mogło oznaczać tylko jedno. Zbliżające się…
– Węże błotne! – krzyknął Angar.
Dziwne dźwięki dobiegały z gardzieli czegoś, co przypominało olbrzymiego, pełzającego gada. Gdy ów gad, podnosił swoje cielsko niemal do pionu, rozdziewał swoją paszczę na trzy części i ryczał głosem przypominającym trąbę.
– Musimy iść! Nalegam! – powiedział stanowczo Kalom i zaczął odciągać Beriona od świątyni.
– To jest to miejsce – wyszeptał Berion. – Rozumiecie? To miejsce, gdzie widziałem siebie i innych wyznawców. To nasz nowy dom!
Kalom rozejrzał się ze zdziwieniem, widząc jedynie zarośnięty dziedziniec, ruiny i niebezpieczeństwo jakie stanowiły nie tylko krwiopijcę…
– Musimy uciekać! – wrzasnął Angar widząc jak jeden z węży błotnych, właśnie przedziera się obok fragmentu muru okalającego niegdyś plac.
– Nie możemy teraz odejść, tu jest nasz dom, bracie! – wołał Berion. – Uwierz mi!
– Wierzę, barcie. Jednak martwi nie przysłużymy się nikomu. Chodź z nami, a wrócimy tu później. Teraz czas uciekać!
Angar po raz ostatni spojrzał przez ramię, zanim cisnął w gady płonącą pochodnię i pognał w stronę towarzyszy.
Tym razem posłuchali. Kalom z trudem, ale jednak odciągnął Beriona od świątyni i czym prędzej opuścili bagna.
***
Gdy dotarli do obozu, była już późna noc. Berion usiadł zmordowany przy ognisku, Kalom także.
– Gdzie Angar? – zapytał Berion. – Chciałem mu podziękować za pomoc na wyprawie.
– Może nie teraz? – uśmiechnął się Kalom. – Jest wyjątkowo… rozdrażniony tym, co się wydarzyło. Po wejściu do obozu udał się do Huna, kowala.
Berion podrapał się po głowie, wziął swoją torbę z zielem i rzucił ją Kalomowi.
– Masz, to twoje.
– Należy ci się uczciwa zapłata za ciężką i niebezpieczną pracę – odpowiedział tamten, zabierając torbę wypchaną po brzegi wartościowym towarem.
– Jak się nazywa to twoje najmocniejsze bagienne ziele? Ten, po którym miałeś…
– Zew Nocy – odparł bez ogródek Kalom. – Mocny, uzależnia. Można to zrobić tylko z najlepszego bagiennego ziela. Ale jeden skręt nie jest wart całej torby ziół.
– Masz go przy sobie?
Kalom przytaknął.
– Dla mnie to uczciwa zapłata. Jeden Zew Nocy, teraz.
Kalom, zdziwiony, przystał na propozycję. Wyjął z torby trochę suszu i skręcił.
– Dziwny jesteś – rzekł cicho Kalom i oddalił się na spoczynek.
***
Berion zaciągał się powoli zielem, po czym wydmuchiwał dym na kamienną tabliczkę z runami orków.
Po pewnym czasie ze zdziwieniem zauważył, że runy mienią się błękitną poświatą.
Czuł, że ziele otwiera go duchowo. Przymknął więc oczy i usiadł w medytacyjnej pozie, ze skrzyżowanymi nogami. Oparł łokcie o kolana i wyciszył umysł.
Z radości omal się nie roześmiał. Nie było już zmęczenia, rozczarowania czy strachu. Była wizja. Rozumiał już wszystko. Czytał to, co niegdyś zostawili orkowi szamani. Rozumiał teksty, które czytał na kamiennych filarach i przed ruinami świątyni na bagnach.
Kiedy zaczął odprawiać modły, czuł niemal jak ziemia pod nim drży. Coś przybywało i obdarzyło go wiedzą i wizją.
Wizja ta była jasna, klarowna, jakby nie była tylko instrukcją. Było to jak spojrzenie w niedaleką przyszłość. Jego przyszłość.
Znowu on, przed świątynią. Tym razem jest gotowy. Stoi wyprostowany i pozdrawia swoich uczniów. Wszyscy gotowi do przyjście. Nie Innosa, nie Adanosa, ani nawet nie Beliara. A…
Pojawiła się przed nim postać. Zarys kobiecej sylwetki w opalizującej, niebieskiej poświacie, niczym magiczna bariera otaczająca Górniczą Dolinę. Nic nie powiedziała, tylko dotknęła jego czoła, a Berion usłyszał głos w głowie:
– Kruszak…Wolność…Śniący wskaże ci właściwą drogę.
Wiedział już dość. Co ma zrobić, dokąd się udać i kogo ze sobą zabrać. Widział siebie równie potężnego jak magnaci i magowie ognia ze Starego Obozu. Równie niezależnego i mądrego, jak najemnicy i magowie wody z Nowego Obozu.
Wszyscy oni uważali go za równego sobie. Za przywódcę… Bractwa Śniącego.
***
Obudził się tak, jakby nigdy nie zasnął. Był pomiędzy jawą, a snem. Jak w transie, nie czuł pragnienia, ani głodu. Słyszał i rozumiał więcej. Każde słowo w pobliżu, każdy szept.
Czekał.
Z wczesnego ranka zrobiło się południe. Z południa – wieczór. Czas, ani miejsce nie miało znaczenia. Był wszędzie, odczuwał wszystko, naraz.
Wiedział już wystarczająco i… czekał. W końcu, późnym wieczorem, pojawił się przy ognisku Kalom. Zdenerwowany, przestraszony, nerwowo rozglądający się wokół siebie.
– Przyszedłem cię ostrzec – odezwał się cicho. – Coś się dzieje. Ten nowy obóz, ten z najemnikami i magami wody. Słyszałem jak Ian rozmawiał z Thorusem. – Znów rozejrzał się wokół. – Ponoć Lee ma tam świetnie prosperującą kopalnię magicznej rudy, ale nie chce się nią podzielić. Magowie wody zakazują jej sprzedaży. No, przynajmniej takiej ilości, na jaką liczył by Gomez. Boi się, że król może pertraktować z Nowym Obozem, a nie z nimi. I teraz wyobraź sobie, że podwoił normę wykopywanej rudy na kopacza. Ian nie wie co robić, opłaca łapówkami ludzi Gomeza by mógł dalej rządzić Starą Kopalnią. Ale nie dowozi tego tyle, ile chcą magnaci.
Berion tylko się uśmiechał.
– To nieistotne przepychanki dzieci o ich zabawki – odezwał się w końcu powoli i z rozwagą.
– Nieistotne? – zdziwił się Kalom. – To słuchaj tego. Ian wymyślił sobie jeszcze, że zacznie rozprowadzać z naszą pomocą skręty z bagiennego ziela. Kupują wszyscy. Kopacze, Cienie, Szkodniki, Najemnicy i Strażnicy. Niektórzy mają wizję, reszta się tylko odpręża.
– Jakie wizję? – powtórzył zaciekawiony Berion.
– Są tacy, co po tym widzą niebieskie światło i szepty w głowie.
– Należysz do niech?
– Tak – odpowiedział z wahaniem Kalom.
– Niepotrzebnie. – Berion uśmiechnął się z niemal ojcowską czułością. – Zbierz tych, co je mają. Oni są wrażliwi na moc ziela. Przyprowadź ich do mnie na bagna.
– Zwariowałeś?! Ian by mnie zabił na miejscu, gdyby zobaczył, że wyprowadzam kopaczy. Zresztą. Widzisz, co się tu dzieje. – Kalom wskazał na zewnętrzny pierścień umocnień, powstający wokół zamku. – Gomez nakazał przyspieszyć budowę palisady. Zaczął niedługo po odejściu Lee z najemnikami i magami wody. Teraz zaprzęga wszystkich do pracy przy podgrodziu.
Berion wstał powoli i poklepał go po ramieniu.
– Powtarzam, przyprowadź wrażliwych na ziele do mnie, a wyzwolę ich z kajdan niewolniczej pracy. Z podziemi kopalni, z murów zamku, z bycia wyrzutkiem nawet tutaj, w kolonii karnej.
– I gdzie ich przyjmiesz?! – zakpił Kalom. – Na łące, za palisadą?
– Na bagnach – odrzekł spokojnie Berion. – Niech pójdą za mną i dołączą do Bractwa.
– Bractwa? Jakiego Bractwa? Czyś ty zdurniał?! Zabiją cię, jeśli pójdzie za tobą choćby jeden kopacz!
Berion uśmiechnął się tylko pobłażliwie i ruszył w kierunku zamykanej na noc bramy świeżo budowanego podgrodzia.
– Dokąd?! – krzyknął Kalom.
Berion tylko szepnął na odchodne:
– Bractwo Śniącego czeka na ciebie. Dołącz do naszego przewodnika. Niech Śniący wskaże ci właściwą drogę…
Kalom stał jak wryty, spoglądając na odchodzącego w mrok towarzysza.
***
Księżyc był w pełni, tak jasnej, że noc przypomniała raczej wczesny wieczór.
W końcu, przy południowej bramie, wewnątrz zawalonej wieży, Kalom doczekał się wsparcia.
– Angar! – krzyknął uradowany. – Jednak jesteś! Otrzymałeś moją wiadomość? Musimy niezwłocznie wyruszyć na bagna! Berion oszalał. Ruszył tam samotnie, bredząc coś o jakimś bractwie. Chcę tam zebrać wrażliwych na bagienne ziele.
Angar stał tylko w ciszy. W końcu odwrócił się i wyszedł.
– Czekaj! Dokąd idziesz?!
– Zostań tu – odpowiedział tamten stanowczo. – Poczekaj, aż wrócę.
Kalom usłuchał, choć raczej dlatego, że Angar zbił go z tropu. Tracił cenny czas! Już miał zrezygnować, gdy do wieży znowu wpadł Angar.
– Teraz jesteśmy gotowi – rzekł z niemałą satysfakcją, zanim odwinął ze skórzanego worka broń.
Dobył ogromnego dwuręcznego miecza. Zdobiona rękojeść, jelec wygięty w stronę głowni, niczym pożerająca go paszcza i dwie pary kolców na ostrzu.
– To Czerwony Wiatr – rzekł dumnie Angar. – Wydałem na niego wszystkie zarobione bryłki rudy, ale warto było. Na szczęście Huno skończył go na czas. Był mi winien pewną przysługę, to zdolny kowal, a teraz stał się istnym mistrzem w swoim fachu. Jestem gotowy, możemy wyruszać.
Kalom zebrał tobołki pytając przy tym:
– Tak po prostu? Zgadzasz się?
Angar schował miecz i przewiesił przez plecy.
– Tak po prostu. Nie dla Beriona, ale skoro wysyłasz kopacza z wiadomością dla mnie, prosisz o niezwłoczne spotkanie w środku nocy w opuszczonej wieży, a wcześniej każesz mi podsłuchiwać strażników w kopalni… To tak, uznaje to za wystarczający powód, co do którego nie mam za wiele pytań. Wole ci towarzyszyć, niż puścić cię samemu.
Kalom chwycił go za ramię i z uśmiechem skinął głową w podzięce.
***
Wymknęli się z obozu południową bramą. Strażnikowi wcisnęli parę monet, żeby nie zadawał pytań.
Szli szybko, by miarę bezpiecznego przedostać o tej porze na bagna. W ostrożnych rozmowach doszli do tych samych wniosków. Zastanawiali się nawet, czy nie byłoby lepiej naprawdę zamieszkać na bagnach.
Kalom wiedział, że w końcu ktoś może położyć łapy na jego bagiennym zielu i przejąć coraz bardziej dochodowy interes.
Angar za to wiedział, że Strażnicy ze Starego Obozu zechcą go prędzej czy później zwerbować do siebie. Taki wojownik jak on, nie mógł przecież przejść na służbę do Nowego Obozu. Zbyt wzmocniłby ich i tak nie małe siły.
Pomysł zebrania wyrzutków i założenia nowego obozu na niedostępnych bagnach nie był aż tak wariacki, jak się z początku wydawało. Zwłaszcza, że obaj w jakimś stopniu doświadczali tego samego, co Berion.
***
Gdy tylko dotarli na mokradła, przyjemny szum wodospadu powoli ustąpił miejsca niepokojącym bzyczeniom krwiopijców.
Stęchły zapach rozkładających się roślinności i szlamu z każdym krokiem zwiększał poczucie odrazy i zagrożenia.
Kalom rozejrzał się wokół i przeszedł wąską ścieżką pomiędzy potężnymi pniami drzew, ku ruinom świątyni.
Gdy podszedł bliżej, stwierdził ze zdziwieniem, że plac uprzątnięto z roślinności. Dołączył do niego Angar i natychmiast dobył miecz. Wyczuł drgania, które co jakiś czas przechodziły przez płac.
– Tam! Patrz! W świątyni – krzyknął Angar, wskazując na wejście do starożytnego budynku rozświetlanego błyskiem światła.
Kalom dopiero teraz spostrzegł, że na kamiennym piedestale leży mnóstwo odpowiednio przygotowanego, bagiennego ziela.
Angar nie zdążył się odezwać. Jasność przelała się falą na plac i zatrzymała na piedestałach. Orkowe runy rozjarzyły się błękitno.
Rozbłyski i drgania zwabiły coś jeszcze. Spomiędzy zarośli dobiegał ich znajomy i złowrogi odgłos trąb. Upiorny ryk i trzask łamanych gałęzi.
– Przygotuj się! – Angar niepotrzebnie ostrzegał, obaj wiedzieli, co nadchodzi.
Gdy Kalom się obrócił, zamarł. Po ścieżce wpełzały na plac węże błotne. Przez mur wszędzie dookoła świętego placu gramoliły się potężne gady. Gdy się podniosły, z łatwością przewyższały ich. A rycząc stawiały skórzany kaptur, niczym olbrzymie kobry.
Angar przeskakiwał między piedestałem a kolumnami i ciął węże, raczej na postrach niż serio. Wiedział, że żyje tylko dzięki długości miecza.
– Musimy się cofnąć! – krzyknął Kalom. – Na schody, potem do świątyni!
Gdy kolejny gad zbliżył się i rozdziawił gębę, Angar wbił mu sztych miecza w sam środek paszczy. Bestia ryknęła, a jej krew zalała bruk.
– Ha! Widziałeś?! – krzyknął Angar. – Wejdźmy wyżej, będą musiały atakować pojedynczo!
Gdy dotarli na górę, spoglądali z trwogą na plac w dole, rojący się od węży błotnych. Angar opuścił miecz bezradnie. Zastanawiając się czy zabarykadować się w świątyni i przeczekać. Kalom pomyślał o tym samym i wszedł do wnętrza.
– Znalazłeś Beriona?! – krzyknął do niego, nie odwracając wzroku od ogromnego kłębowiska węży.
– Na to wygląda… – Nim zdążył dokończyć, coś odrzuciło go przed wejście.
Angar ledwie zdążył się obrócić i również padł na ziemię.
Obaj ze zgrozą patrzyli, jak ze świątyni wychodzi Berion. Minął ich, a następnie rzucił w stronę placu świątynnego zaklęcie pirokinezy, które podpaliło stos ziela na piedestale.
Dym z niego szybko wprowadził w trans skupisko gadów, ale Berion na tym nie poprzestał. Skupił się, a energia, którą wyzwolił, rozeszła się niczym fala.
Węże, ogromne jak dorosły mąż, zostały odrzucone daleko.
Berion zszedł na plac. Zebrał siły, coś wokół niego pulsowało, wręcz iskrzyło. Wykonał spiralny ruch rękoma i kolejnym zaklęciem zepchnął je na bagna. Zwierzęta rozpełzły się w popłochu albo ginęły, roztrzaskiwane o głazy i drzewa.
Berion spokojnie podszedł do tlących się liści bagiennego ziela i Czekał, uśmiechając się do towarzyszy.
Kalom i Angar z trudem zeszli i stanęli przed nim. Gdy zaczęli wdychać opary ziela, uspokoili się, a Berion pewnym gestem i cichym słowem rzucił na nich zaklęcie kontroli.
Zobaczyli wszystko. To co widział Berion, wizje bractwa i obozu na bagnie. Siłę ich samych i swojego przywódcy. Widzieli też jego… Śniący, który obdarzył mocą Beriona.
Uklękli, a Berion w duchowej ekstazie dotknął ich czoła.
– Nie lękajcie się – rzekł do niech pewnym głosem. – Albowiem jest z nami Śniący, który wskaże nam właściwą drogę.
Nie lękajcie się, albowiem ani Inos, ani Adanos, ani nawet sam Beliar nie ma tu swojej władzy. Staliśmy się niewolnikami z ich wyboru. Uwięzieni pod magiczną barierą. Jednak Śniący w swej mądrości obdarzył wizjami wrażliwych na jego słowo. Wskazał to miejsce, byśmy mogli jego słowo wprowadzić w czyn. On jeden zna stąd wyjście i poprowadzi nas ku wolności. Wydostanie nas spod bariery i da wam moc, którą i mnie obdarzył. Abyśmy mogli jego wizję nieść po całym świecie!
Kalom i Angar byli oszołomieni wizją Śniącego, magią jaką dawał swoim wyznawcom. Nigdy wcześniej nie widzieli jej poza zakonami magów. A teraz, jeden z nich, jeden z więźniów posiadł moc równą najsilniejszej magii.
– Czy jesteś gotów, w imieniu Śniącego, przekazać swą wiedzę i użyczyć jej, by kontakt z nim był niezachwiany? – zwrócił się do alchemika.
Ten rozłożył szeroko ręce i pełen wiary potwierdził karnym pochyleniem głowy.
– A zatem od tej chwili, będziesz nazywał się Cor Kalom. Zajmij się rekrutacją nowicjuszy i wykorzystaj swoją wiedzę do badania bagiennego ziela i wydzielmy z pełzaczy.
Berion podszedł do Angara.
– Twa niezachwiana odwaga i umiejętności walki staną się podstawą nauki nowicjuszy. Bractwo musi być nie tylko silne wiarą, ale i potrafić się obronić. Czy jesteś gotów, by Śniący wskazał ci właściwą drogę?
– Jestem gotów – odpowiedział, również pochylając głowę.
– A zatem od dziś będziesz nosić imię Cor Angar. Jako guru i strażnik świątynny dbaj o nasze bezpieczeństwo.
Cor Angar ukłonił się raz jeszcze i wyciągnął miecz, by złożyć go u stóp Beriona.
– A zatem jako wasz guru i przywódca duchowy, przyjmuje imię Y'Berion. Idźcie za mną, a poprowadzę was zgodnie z wizją Śniącego. Niech wskaże nam wszystkim właściwą drogę…
Witaj. :)
Na razie chciałabym tylko dopytać odnośnie zdań z Przedmowy:
Tylko dla fanów gry Gothic i tego uniwersum.
Pozostali (w tym – ja) nie zrozumieją, czy w ogóle nie powinni czytać? :))
Jest to wizja powstania Bractwa i Obozu na bagnach. Tekst pewnie będzie uzupełniany. Mamy tutaj wersję wstępną.
Jest to zatem fragment, czy pełnoprawne opowiadanie?
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Hej, po prostu jest tu dużo tekstów z gothic i mogą być mało zrozumiałe dla innych, ale w żaden sposób nie zniechęcam :) jest to pełnoprawne opowiadanie, ale być może będę jeszcze uzupełniał niektóre opisy, sens się nie zmieni. Zależne raczej od dyskusji. Gothic to gothic.
Hej Murinie :)
Przyznaję, że sięgnąłem od razu z zaciekawieniem. Już sam fakt “Gothic Legendy” mnie zainteresował, bo wiem do czego dążyłeś. Chciałeś zrobić odłam swoich “Legend” czyli luźno powiązanych obok kanonu gier serii Gothic. Sam fanfiki pisywałęm i pisuje (choć wiedźmińskie głównie, kiedyś z Forgotten Realms), to podszedłem z zainteresowaniem. W końcu, fanfiki naprawdę potrafią być dobre i potrafią sprawić sporo funu i radości z serii/ksiązek/gier/filmów, które się zwyczajnie lubiło.
Przeczytałem z zainteresowaniem i się specjalnie nie nudziłem choć przyznam bez bicia i mam nadzieje, że sie nie obrazisz – historia jako tako mnie nie uwiodła, bo historii/fanfików o Y’Berionie czytałem już kilka.
To dość oklepana postać i historię założenia Obozu na bagnie czytałem kilka razy. No ale i tak czytałem, bo liczyłem, że pokażesz coś, co odróżnia ten fanfic od innych. Nie wiem, jakaś nowa ciekawa postać (bo to można zrobić fajnie fanfiku) jakiś fajny twist, nowa historia albo – ciekawy język.
No i niestety nic tam nie znalazłem takowego. Brakowało mi typowego “gothicowego” brudu. Przekleństw, tego więzienego, chamskiego klimatu. Trochę za dużo dialogów, mniej opisów. Brakowało tego, żeby pokazać tę beznadzieję w kopalni, los kopaczy który był naprawdę najgorszym gównem, za przeproszeniem jakim mogło się zdarzyć. Tak naprawdę, nie widać aż tak głęboko w tekście. A samo przedstawienie, że Y’Berion miał wizję – to za mało. Wiem, że tak było w grach, ale liczyłem, ze pokażesz tego więcej.
Natomiast co jest na plus.
No jednak to Gothic :) . Rzucasz smaczkami, cieniostworami, nawet te czarne gobliny które wrzuciłem w czasie podróży na Obóz na Bagna, to właśnie tam gdzieś w jaskini pod wodospadem w grze się znajdowały.
Ergo, sam pomysł Kaloma/Y’Beriona/Cor Angara zakładających obóz spoko, podoba mi się. Dość klasyczny, no ale w dwóch innych fanfikach które pamiętam, nie pokazywały tego tak w ten sposób
Fajne posunięcie zielem bagiennym, gdzie Gomez decyduje się wysłać ich na bagna, bo zwietrzył interes – tutaj, fakt, dość taki fajny fragment.
.
Dodatkowo na plus, twoja praca, włożony w trud napisanie tego opowiadania.
Daję ci klika. Za Gothica i to, że mimo tego, że tutaj fanfica się zdecydowałeś wrzucić.
Dodam, że Gothica ogrywam dość regularnie dodatkowo – często z modami. Przeszedłem wszystkie części, dodatkowo do jedynki wracam regularnie, właśnie z modyfikacjami bo ta druga cześć, ma najwięcej tego, co łączy mnie z klimatem w którym lubie pisać – Dark Fantasy, brudne, beznadziejne, niejednoznaczne, bohaterzy nie są jaskrawi, a często po prostu są właśnie “brudni”. Typowe, środkowoeuropejskie fantasy, gritty realism, który uwielbiam.
:)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Dzięki melendur88 za komentarz. Chcę żeby to szło z z fabułą gry, tak jak było, a to co możemy się domyślać, to właśnie dopisuje. Nad opisami jeszcze się pochylę, brud i beznadzieje zawsze mile widziana!
Chciałem zachować chronologię, logiczne umiejętności bohaterów, ich przeszłość (jeśli była znana) czy smaczki z gry. Sam spędziłem godziny na „czystym” Gothicu i sprawiło mi wiele frajdy tworząc coś w tym uniwersum i przy okazji ucząc się czego z pisania.
Tak tylko wpadam z gifem :)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Witam ponownie. :)
Dzięki wielkie. Skoro tak, to poczytam. :)
Kwestie językowe i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – tylko do przemyślenia):
W Starym Obozie, w pobliżu zamku, całodzienny gwar powoli ustępował spokoju zbliżającego się wieczora. – tu mam wątpliwość, czy nie powinno być w Celowniku – komu?, czemu?
Ot (przecinek?) strażnik przy wejściu do zamku oparł się o beczkę, gawędząc z jednym z Cieni.
Wszystkie schodziły się pod Starym Obozem (i tu?) nad którym się unosił.
Mówił do mnie, bym przyszedł, bo wie (i tutaj?) jak wydostać się stąd.
Każdego miesiąca dwadzieścia worków magicznej rudy, musi opuścić kopalnie. – zbędny przecinek?; czy nie ma tu też literówki? – wcześniej pisałeś o „starej kopalni” (– Berion, tu jesteś – odezwał się Ian, strażnik i zarządca starej kopalni) w liczbie pojedynczej (?)
– To ten kopacz, o którym ci mówiłem – wskazał Ian na Beriona. – Daj mu coś, ziele lecznicze czy miksturę. – błędny zapis dialogu?
– Ciszej… – wystraszony Kalom rozejrzał się dookoła. – Ktoś może nas usłyszeć… – i tu?
I wracasz do kopania, a jak nie (przecinek?) to…
– Jestem Kalom, alchemik – przedstawił się drobny mężczyzna, ale Berion nawet na niego nie spojrzał. – czy ta (i inne, np. Niektóre zbudowane nawet na nich; Chyba trudno za coś takiego tu trafić?; Zdołali się jednak wycofać wyznaczoną wcześniej ścieżką; Dziwne dźwięki dobiegały z gardzieli czegoś, co przypominało olbrzymiego, pełzającego gada; Teraz zaprzęga wszystkich do pracy przy podgrodziu; Angar schował miecz i przewiesił przez plecy; Kalom rozejrzał się wokół i przeszedł wąską ścieżką pomiędzy potężnymi pniami drzew, ku ruinom świątyni; Wyczuł drgania, które co jakiś czas przechodziły przez płac) aliteracja jest celowa?
Zaprawdę, Ian nie fantazjował, wspominając (przecinek?) iż jesteś wyjątkowo problematycznym kopaczem.
Kalom uśmiechnął się (tu przecinek, jeśli się cierpko wpatrywał, albo…) cierpko (…tu przecinek, jeśli się cierpko uśmiechnął – zakładam, że to ta opcja, ale wolę dopytać, bo to Ty jesteś Autorem, a przecinka brak?) wpatrując w ognisko.
– Nie o śmierć tu się rozchodzi – odpowiedział w końcu. – Raczej o wolność. Trzech bogów nas tu zostawiło, żadna z ich ścieżek, nie jest właściwa. – powtórzenie?
Trzech bogów nas tu zostawiło, żadna z ich ścieżek, nie jest właściwa. – zbędny ostatni przecinek?
Ten fragment jest niezrozumiały – czy „pomyślał” też jest częścią myśli i ma być kursywą?:
Alchemik uniósł brwi zdziwiony.
Wariat, pomyślał, grzebiąc w torbie. – Od dawna masz te bóle głowy? Dziwne sny? A może halucynacje lub… wizje? – zapytał, podpalając skręcone liście jakiegoś ziela.
Odkąd trafiłem w to cholerne miejsce (przecinek?) mam koszmary, ale halucynacje… tak.
Jednak wątpię (i tu?) by miało to aż takie skutki.
Ci (i tutaj?) co je mieli, po skrętach także je miewali, choć często były to przyjemniejsze i spokojniejsze wizje.
Wszystko połączone było jakąś dziwną i nieznaną mu drogą. Jakby korytarzem lub tunelem. Wszystkie schodziły się pod Starym Obozem nad którym się unosił. – niejasny fragment – do czego odnosi się wyraz: „wszystkie” w ostatnim zdaniu? – wcześniej piszesz ciągle w liczbie pojedynczej, a nie – mnogiej.
Jego uwagę przykuły jednak światła i dziwna, energetyczna ścieżka prowadząca na wschód.
Udał się tam (przecinek?) niemal schodząc na ścieżkę. Sunął jednak po niej szybciej, niż by biegł. Na chwilę jego uwagę przykuła tylko dziwna budowla odgrodzona mostem. – powtórzenia?
Nad rozlewiskiem rzeki i gęstym lasem, pod zboczem góry, tłum nieznanych mu osób falował na otoczonym murem placu, wznosząc ręce do wtóru rytmicznemu zaśpiewowi.
W końcu udało mu się opaść pomiędzy nich. W okół byli mężczyźni ubrani jedynie w przepaski, z ogolonymi głowami i tatuażami na twarzach. – dziwnie to brzmi w tym kontekście (?)
W okół byli mężczyźni ubrani jedynie w przepaski, z ogolonymi głowami i tatuażami na twarzach. – hmmm, ortograficzny?
Z świątyni wyszedł mężczyzna w ceremonialnej szacie, podobnie jak i oni miał ogoloną głowę, zostawiając sobie jedynie niewielką bródkę. – ze?
Obudziło go szturchnięcie. Ktoś właśnie kopnął go w stopę. – powtórzenie?
Jeśli Gomez się na to zgadza, to niech będzie. – i tu?
Patrz (przecinek?) jak siedzi z rozdziawioną gębą – zaśmiał się Ian.
Patrzył zmieszany za oddalającym się zarządcą całej Starej Kopalni, oraz paroma strażnikami i kopaczami, którzy mu towarzyszyli. – zbędny przedostatni przecinek?
W skrócie, potrzebujemy dużo bagiennego ziela i siły (przecinek?) by to przerobić.
Wręczył mu skórzaną torbę na ramię, oraz mały (przecinek?) zakrzywiony nożyk. – zbędny przecinek?
– To nic, trzymaj się blisko mnie i słuchaj (przecinek?) co mówię.
Myślałem, że każdy, kto chce wyżej zajść w tym, czy innym obozie (i tu?) musi dołączyć do któreś z gildii.
W końcu trafili na drogę pomiędzy lasem, a piaszczystym brzegiem rzeki. – zbędny przecinek?
Gdy doszli do w okolice porzuconego mostu, zatrzymali się, żeby zrobić przerwę od podróży w pełnym słońcu. – albo tu brak części zdania, albo czegoś jest za dużo (?)
Angar bez problemu rozprawił się po drodze z paroma ścierwojadami, które wypatroszyli i ponieśli dalej. Planując upiec je już na bagnach. – może oba zdania połączyć?
Oparty na potężnych balach, do których przywiązane były liny, a do nich (przecinek lub myślnik?) kołysane wiatrem, trzeszczące belki.
Następnie dobył miecz i stanął w przejściu (przecinek?) czekając na małpie stwory.
Teraz zniszczony most, będzie trzymał je tam (przecinek?) jak w więzieniu. – zbędny przecinek?
Dopiero teraz Angar schował swój miecz. – zbędny zaimek?
Miałeś się trzymać blisko nas! A ty już po drodze pakujesz nas w tarapaty. – powtórzenie?
Tu kolejny niezrozumiały fragment, jakby brakowało w nim zdań – do kogo/czego odnosi się słowo „nich”?:
– Berion! – krzyknął Kalom. – Miałeś się trzymać blisko nas! A ty już po drodze pakujesz nas w tarapaty. Jeśli to się powtórzy…
– Cicho! – uspokoił go Angar i podszedł pod skraj lasu.
Przysłuchiwał się dochodzącym z nich dźwiękom.
Z początku trudno mu było odróżnić to, co słyszał, od zwykłych odgłosów lasu, ale od czasu do czasu przytłumiał je odgłos chrapania. – powtórzenie?
A nieopłacony najemnik, staje się potencjalnym wrogiem. – zbędny przecinek?
– To dlatego pracujesz dla Cieni i Strażników? – zapytał.
– Byłem kopaczem w Starej Kopalni. Biłem się na arenie w Starym Obozie. Pokazałem, co jestem wart, aż w końcu zdobyłem zatrudnienie jako strażnik w kopalni. Czy tego chce czy nie, związany jestem z ludźmi Gomeza. Nowy Obóz i ci złodzieje dla nich pracujący mnie nie interesują. Innego wyjścia nie mam. – czy w tym kontekście nie mam tam literówki?; mam przy okazji pytanie – wyraz: „strażnik/strażnicy” pada w tekście ok. 20 razy, czemu nagle w tym jednym miejscu piszesz go wielką literą? – to wbrew pozorom nie tylko literówka, ale i błąd ortograficzny oraz rzeczowy razy 20, bo tyle razy pada w opku, a Czytelnik nie wie, jak w końcu chciałeś go zapisać: wielką, czy małą literą; potem pada jeszcze drugi raz, co tym bardziej utrudnia zrozumienie zapisu:
Kopacze, Cienie, Szkodniki, Najemnicy i Strażnicy.
Kalom za to, spytał Beriona. – zbędny przecinek?
Wyrzucono mnie klasztoru, a za kradzież i oszustwo zesłano tutaj. – brak „z”?
Rzeka przy ujściu tworzyła niewielki wodospad, które wpadał do rozlewiska niedaleko morza. – kolejna literówka?
– To tutaj – uśmiechnął się Kalom i porozumiewawczo spojrzał na Angara. – Zazwyczaj bywałem tu sam. W ciszy, nie zwracając na siebie uwagi. Unikałem też zbytniego wystawiania się na zbędne niebezpieczeństwo. A czai się ono tutaj niemal na każdym rogu. – powtórzenia?
A czai się ono tutaj niemal na każdym rogu. – tu na pewno miał być „róg”, a nie „krok”?
Stały tam dwie kamienne kolumny z wyrytymi napisami. Szybko sięgnął do torby i wyciągnął z niej kamienną tabliczkę. – powtórzenie?
Berion natomiast każdą chwilę na odpoczynek, przeznaczał na badanie kamiennych kolumn. – zbędny przecinek?
Tu znowu błędny zapis dialogu, a potem brak kropki na końcu zdania:
– Zbierajmy się stąd – powiedział stanowczo Angar. To…
Nim zdążył dokończyć, zielonkawa tafla poruszyła się z początku wirem, a następnie falą. Na tyle mocną, że ochlapała liście na brzegu
W tym fragmencie kolejny raz jest błędny zapis dialogu:
Ci jednak uciekali tak gwałtownie, że Berion potknął się parę razy o wystające korzenie drzew, raniąc sobie stopy. Zdołali się jednak wycofać wyznaczoną wcześniej ścieżką.
Trzeba cię opatrzyć! – odezwał się Kalom, widząc krwawiące (przecinek?) szarpane rany Beriona. – Tutaj łatwo o zakażenie. Przystańmy na chwilę, mamy w końcu mnóstwo uzdrawiającego ziela.
Usiadł obok (przecinek?) przygotowując w międzyczasie opatrunek z ziela.
– Skoro tak… Byłem alchemikiem na królewskim dworze w Vengardzie. Zaczynały się pierwsze starcia z orkami przybywającymi z północy. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak z nimi walczyć. Pojawiło się wielu rannych. A ja już wtedy eksperymentowałem z bagiennym zielem, by przezwyciężyć zmęczenie. Wytworzyłem wyjątkowo mocny Zew Nocy, od którego się uzależniłem. Tej nocy byłem pod jego wpływem.
Wezwano mnie ponownie, do wielu rannych po pożarze. Straszne obrażenia. Zacząłem im podawać mikstury lecznicze własnego przepisu i, niestety, przedawkowałem.
Zmarło sześciu paladynów i tylko dotychczasowa nienaganna służba uchroniła mnie od stryczka.
Zesłano mnie tutaj i zdegradowano do poziomu zielarza… Podniósł opatrunek zielono-pomarańczowy opatrunek. – To jak? – spytał z uśmiechem. – Zaufasz takiemu zielarzowi? – a ta cała wypowiedź nie powinna być połączona w jedną?
Podniósł opatrunek zielono-pomarańczowy opatrunek. – omyłkowe powtórzenie?
Drogą do Starego Obozu też nie jest usłana ziołami uzdrawiającymi. – literówka?
– Być może – odrzekł Kalom, spoglądając za siebie. Angar stał z dobytym mieczem i z niepokojem spoglądał w kierunku bagien. – znowu stylistyczny – powtórzenie?
Gdy ów gad, podnosił swoje cielsko niemal do pionu, rozdziewał swoją paszczę na trzy części i ryczał głosem przypominającym trąbę. – zbędny pierwszy przecinek oraz zaimki (bo dodatkowo znowu dają powtórzenie – kolejny błąd stylistyczny)?
Kalom rozejrzał się ze zdziwieniem, widząc jedynie zarośnięty dziedziniec, ruiny i niebezpieczeństwo (przecinek?) jakie stanowiły nie tylko krwiopijcę…
– Musimy uciekać! – wrzasnął Angar widząc (i tu?) jak jeden z węży błotnych, właśnie przedziera się obok fragmentu muru okalającego niegdyś plac. – zbędny przecinek?
Kolejny niejasny fragment – błąd składniowy i logiczny – do czego odnosi się wyrażenie: „ten, po którym”?:
– Jak się nazywa to twoje najmocniejsze bagienne ziele? Ten, po którym miałeś…
Kalom przytaknął.
– Dla mnie to uczciwa zapłata. Jeden Zew Nocy, teraz.
Kalom, zdziwiony, przystał na propozycję. Wyjął z torby trochę suszu i skręcił.
– Dziwny jesteś – rzekł cicho Kalom i oddalił się na spoczynek. – stylistyczne? – powtórzenia?
Był pomiędzy jawą, a snem. – zbędny przecinek?
No, przynajmniej takiej ilości, na jaką liczył by Gomez. – hmmm, kolejny ortograf?
Ian nie wie (przecinek?) co robić, opłaca łapówkami ludzi Gomeza (i tu?) by mógł dalej rządzić Starą Kopalnią.
– Angar! – krzyknął uradowany. – Jednak jesteś! Otrzymałeś moją wiadomość? Musimy niezwłocznie wyruszyć na bagna! Berion oszalał. Ruszył tam samotnie, bredząc coś o jakimś bractwie. Chcę tam zebrać wrażliwych na bagienne ziele.
Angar stał tylko w ciszy. W końcu odwrócił się i wyszedł. – błąd logiczny? – hmmm, w tym kontekście chyba znowu jest tu literówka, która całkiem zmienia sens wypowiedzi Kaloma – przecież on nie mówi o sobie, lecz – przyjacielu…
To tak, uznaje to za wystarczający powód, co do którego nie mam za wiele pytań. Wole ci towarzyszyć, niż puścić cię samemu. – i znowu literówki, które całkiem zmieniają sens zdań, zatem są błędami logicznymi?; czy tu nie miało być: „samego”?
Szli szybko, by miarę bezpiecznego przedostać o tej porze na bagna. – tu posypała się cała składnia zdania i brakuje jego części?
Zbyt wzmocniłby ich i tak nie małe siły. – ortograficzny?
Wyczuł drgania, które co jakiś czas przechodziły przez płac. – kolejna literówka, zmieniająca sens zdania – błąd logiczny?
Angar opuścił miecz bezradnie. Zastanawiając się (przecinek?) czy zabarykadować się w świątyni i przeczekać. – te zdania nie powinny być połączone?
Berion spokojnie podszedł do tlących się liści bagiennego ziela i Czekał, uśmiechając się do towarzyszy. – czemu tu wielka litera w środku zdania? – orograficzny kolejny?
To (przecinek?) co widział Berion, wizje bractwa i obozu na bagnie.
– Nie lękajcie się – rzekł do niech pewnym głosem. – znowu logiczny przez literówkę?
Czy ta wypowiedź nie powinna być połączona?:
Uklękli, a Berion w duchowej ekstazie dotknął ich czoła.
– Nie lękajcie się – rzekł do niech pewnym głosem. – Albowiem jest z nami Śniący, który wskaże nam właściwą drogę.
Nie lękajcie się, albowiem ani Inos, ani Adanos, ani nawet sam Beliar nie ma tu swojej władzy. Staliśmy się niewolnikami z ich wyboru. Uwięzieni pod magiczną barierą. Jednak Śniący w swej mądrości obdarzył wizjami wrażliwych na jego słowo. Wskazał to miejsce, byśmy mogli jego słowo wprowadzić w czyn. On jeden zna stąd wyjście i poprowadzi nas ku wolności. Wydostanie nas spod bariery i da wam moc, którą i mnie obdarzył. Abyśmy mogli jego wizję nieść po całym świecie!
Kalom i Angar byli oszołomieni wizją Śniącego, magią (przecinek?) jaką dawał swoim wyznawcom.
A teraz, jeden z nich, jeden z więźniów (i tu?) posiadł moc równą najsilniejszej magii.
– A zatem od tej chwili, będziesz nazywał się Cor Kalom. – zbędny przecinek?
Zajmij się rekrutacją nowicjuszy i wykorzystaj swoją wiedzę do badania bagiennego ziela i wydzielmy z pełzaczy. – co to jest „wydzielma”? – czy nie chodziło tu o „wydzielinę”?
– A zatem (przecinek?) jako wasz guru i przywódca duchowy, przyjmuje imię Y'Berion. – i znowu błąd logiczny, spowodowany literówką?
Fantastyki jest tu z pewnością mnóstwo (i za to klikam), ale błędów niestety także, nawet ortograficznych; w dodatku fabuła wydaje mi się dziwnie urwana, niedokończona, jakby brakowało podsumowania, zamknięcia całości, wyjaśnienia, co z pozostałym światem, tak niedalekim trzem towarzyszom, czy inni do nich przystali? – jak, kiedy, gdzie?
Pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Dzięki Tarnina, że wpadłaś jeszcze :)
Dziękuję Bruce, po to tu jestem by jak najwięcej się uczyć. Każda uwaga mile widziana i na pewno je zastosuje.
Co do dalszych losów bohaterów… to właśnie jest w grze :) opowiadanie tylko uzupełnia coś historię, która jest raptem wspomniana. Stąd kierowane do fanów :)
I ja bardzo dziękuję. :)
Pecunia non olet

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.