- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #52 Cudeńko z pchlego targu

Wyzwanie #52 Cudeńko z pchlego targu

Kolejne wyzwanie kreatywne – złośliwie z niewielkim limitem znaków, wziąwszy pod uwagę, że akcja wielu opasłych ksiąg kręci się wokół jednego przedmiotu. Jeśli poniesie Was wena, zawsze można publikować poza wyzwaniem :)

 

Kończymy w niedzielę 14 czerwca!

 

P.S. Ilustrator SI tym razem w polskich podpisach przedmiotów na obrazku zrobił tyle błędów, że pozwoliłem mu zostawić wersję angielską. Jak zwykle obrazek ma pomóc ruszyć z miejsca, ale przecież pchli targ może wyglądać zupełnie inaczej i przedmiot jest tu istotą zadania, nie nawoływania handlarzy!

Oceny

Wyzwanie #52 Cudeńko z pchlego targu

 

Twój bohater znajduje na pchlim targu tajemniczy przedmiot. Jak się tam znalazł? Może ktoś bardzo chciał go oddać, a może handlarz się na nim nie poznał? Czy ma szczególne właściwości, a może dopiero czeka na użycie? Limit 6000 znaków!

Koniec

Komentarze

Val szedł zatłoczoną ulicą między straganami. Jako istota dwunożna wyróżniał się w tłumie, który pełzał, sunął, latał lub podskakiwał. Trącano go mackami i skrzydłami, obrzucono śluzem, do którego przyczepił się piach pustynnej planety. Skafander nie tylko chronił go przed ciśnieniem, które by go zgniotło, ale i przed kontaktem z klientami targu. To właśnie z powodu stroju mijał kolejne stragany, przeglądając asortyment – brakowało w nim dezintegratora przestrzennego.

Szansa, że znajdzie brakujący element, była jak jeden do dziewięciu milionów, przynajmniej według AI, ale nie miał innego wyjścia. Za trzy godziny zabraknie mu tlenu.

Val minął ostatnie stragany. Przez szybkę hełmu upaćkaną śluzem zmieszanym z piaskiem obserwował towary szemranych sprzedawców rozłożone na piaszczystym podłożu.

– Jest! – wykrzyknął w przestrzeń hełmu.

Sprzedawca nie miał prawa go usłyszeć, a przez utytłany wizjer na pewno nie dostrzegł ekscytacji. Dlatego Val przeszedł dalej, udając, że ogląda towary innych handlarzy. Teraz myśli zaprzątała mu jedna rzecz – czy pojemnik chroniący powłokę dezintegratora jest szczelny.

Zawrócił i zaczął przeglądać graty leżące przed sprzedawcą. Malkawianin był czujny. Jedno oko, usadowione w galaretowatej głowie, śledziło każdy ruch Vala, który już uruchomił komunikator.

– To cenny medalion – zaczął Malkawianin. – Z trzeciego wieku, przed wykluciem Wielkiego Yesso.

– Ciekawe – odpowiedział Val, by nie zostawić sprzedawcy bez odpowiedzi.

– Jesteś Mleczarzem? – zapytał sprzedawca.

– Tak.

– Z Marsa?

– Nie. Z Ziemi.

– Masz daleką drogę za sobą. – Macki Malkawianina pod błękitną galaretą drgały przy każdym wypowiadanym słowie.

Wyglądał zabawnie, ale Val był pewien, że będzie trudno uzyskać dobrą cenę za dezintegrator… Chyba że…

– Tak, to będzie ładna pamiątka – przyznał Val.

– Jedyne sto milionów – rzucił przez macki sprzedawca.

– To uczciwa cena.

Handlarz wydawał się nieco zawiedziony brakiem targów. Val na to czekał. Wiedział, że Malkawianin nie tylko może się obrazić za brak negocjacji ceny, ale i przegonić kupującego.

– Może coś dorzucisz w tej kwocie?

– No nie wiem – zaczął meduzowaty tubylec. – To i tak kwota po rabacie.

– No trudno, to kupuję. – Zaryzykował Val, choć nie było go stać na wisior.

– A co by cię jeszcze interesowało? – Sprzedawca połknął haczyk. Możliwość pohandlowania była silniejsza od niego, tym bardziej, że nikt inny nie był zainteresowany wystawionym towarem.

– To puzderko wygląda ładnie. – Val bez patrzenia wskazał metalową puszkę. – Mógłbym do niego zapakować naszyjnik.

– To? – zdziwił się Malkawianin. – Chyba się nie przyda, bo nie da się tego ustrojstwa otworzyć.

– Mogę zobaczyć?

Macki falowały, a turkusowe oko próbowało dojrzeć twarz rozmówcy przez piach sklejony ze śluzem na szybie hełmu.

– Proszę – powiedział po chwili.

Val zsunął naszyjnik na nadgarstek i sięgnął po pudełko.

Szybko odnalazł dwa ruchome punkty po przeciwległych stronach puzderka. Wcisnął je, a wtedy wieko odskoczyło. Malkawianin chyba był zaskoczony – o ile przeciągły bulgot miał właśnie wyrażać tę emocję. Fioletowe światło zalało targowisko. Wszystkie istoty zwrócone do Vala zasłaniały te części ciała, które odpowiadały za zdolność odbierania i analizowania wrażeń świetlnych.

Klapa skafandra umieszczona na miednicy otwarła się. Val wyciągnął dezintegrator i włożył go w wolną przestrzeń. Nim puzderko upadło na ziemię, a Malkawianin zaklął, Ziemianin zniknął w obłoku piachu wzburzonym przez nagromadzenie energii.

 

EPILOG

 

Żona Vala była rozczarowana, że jak zwykle nic jej nie przywiózł z misji międzygalaktycznej. Za to kochanka była zachwycona pięknym naszyjnikiem i zgodziła się na to, czego wcześniej nie chciała robić w łóżku.

 

W tym samym czasie Malkawianin zrozumiał, czemu ojciec powtarzał:

– Zawsze miej oko na to, co Ziemianin robi z rękoma

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

 

Matka obwieszona siatkami przeciskała się uparcie przez tłum ludzi, a ja próbowałam jej nie zgubić. W powietrzu było czuć nieprzyjemny zapach śledzi i kiszonej kapusty, zmieszany z papierosowym dymem. Wszyscy potrącali siebie nawzajem, jakby chcieli tymi szturchańcami zemścić się za przytłaczającą codzienność.

– Trzymaj!

Wręczyła mi torbę z mąką. Jej ucha wrzynały się w dłonie i wyrywały rękę, a ja ruszyłam zbolała dalej.

Konie u wozów jadły obrok, chłopi sprzedawali ziemniaki, marchew i wszystkie inne skarby z ziemi. A kobiety jesienne kwiaty powiązane w bukiety, jaja i mleko. Czasem trafiła się oskubana już kurka lub kaczka.

Wyobrażałam sobie, że to targ w Bucharze, gdzie sprzedaje się pachnące słońcem egzotyczne owoce, daktyle i rodzynki. Kupcy zachwalają zamorskie wino, a w złotych klatkach tańczą piękne niewolnice, pobrzękując złotymi dzwoneczkami przy nodze.

Moja koleżanka z ławki jeździła zeszłego lata do Samarkandy, bo jej partyjny ojciec dostał wycieczkę do Związku Radzieckiego. Przywiozła stamtąd albumy i zdjęcia niecodziennych krain, a we mnie niestety zaszczepiła zazdrość. Chciałam i ja doświadczać ekscytacji nowymi miejscami, ludźmi o ciemnej skórze i dziwnie brzmiącymi językami. Chciałam biegać po białych stopniach pałaców sułtana i zakochać się w wojowniku o olśniewającym uśmiechu. Gdy tak beztrosko przemierzałam bucharskie wąskie uliczki, nagle wyrosła przede mną cyganka.

Diabli nadali!

Rozejrzałam się za matką, ale zniknęła już w ciżbie ludzkiej.

– Powróżę! Pani! Powróżę!

Każdy wie, że cyganek nie można zdenerwować. Niechętnie więc wyciągnęłam brzęczące monety.

– Tylko tyle mam.

Cyganka zacmokała, co chyba znaczyło, że ujdzie. Chwyciła mnie za rękę i brudnym paluchem jęła wodzić po wewnętrznych liniach dłoni.

– Pani! Miłości gorącej, ognistej to chyba nie znajdziesz. Przyjaźni dozgonnej… aj, aj – znów zacmokała, teraz jednak z troską – nie widzę.

Nie dość, że dzień zmarnowany na targu, to jeszcze ta cyganka!

– Ale, hola, hola! Przecie to gościniec. A gdzież on się kończy? – próbowała dostrzec coś na ręce – Może idzie nawet dookoła świata?

Wyrwałam się jej gwałtownie i wbiłam w tłum.

– Pani! A niech pani nie zgubi drogi powrotnej! Po ziemi i wśród gwiazd! – wołała za mną, ale byłam już daleko.

Z ulgą ruszyłam do wyjścia. Ale jak na złość przy płocie kątem oka dostrzegłam coś kolorowego. Przyciągnęły mnie powystawiane różnobarwne gliniane dzbany, foremki na babki, talerze, gwizdki w kształcie koguta i dzwonki. Obok na krześle ktoś siedział skurczony. Dziadek wydawał się spać. Aha, garncarz.

Na dużych półmiskach wymalowane były całe historie o pannach młodych, o strażakach, o babkach, bocianach i pastuszkach. Zapomniałam, że mąka jest ciężka, a matka na pewno czeka zła jak osa.

Wzięłam do ręki niewielki płaski przedmiot z uchem.

Dziadek się poruszył i coś zamamrotał.

– Co to?

– Czarodziejska lampa.

Spojrzałam podejrzliwie. Gliniana lampka oliwna była skromna i na pewno całkowicie pozbawiona wszelkiej magii.

– Lampa Aladyna to nie jest – mruknęłam rozczarowana.

– Bo ty się znasz na czarodziejskich lampach! – Żachnął się.

Spróbowałam potrzeć ją rękawem.

– Nie pocieraj! Tak to nie działa.

– Mówiłam, że nie jest czarodziejska. – Wzruszyłam ramionami.

– Lampę się zapala. Jak chcesz, aby spełniło się życzenie, to trzeba ją zapalić.

– Phi, to głupie.

– Jak nie masz marzeń, to nawet lampa Aladyna ci nie pomoże. – Machnął ręką pogardliwie.

Ale przecież ja mam marzenia!

– Przyznajcie się, dziadku, że to bujda.

– Ach, to weźże ją sobie i daj mi święty spokój!

Dziadek wtulił głowę w ramiona i ponownie zapadł w drzemkę.

A ja stałam jak słup soli z lampą oliwną w ręce. Bo przecież mając taką lampę nie mogę sobie życzyć czegokolwiek, co mi ślina na język przyniesie. Oczywiście nie wierzę w żadne lampy Aladynów, ale gdyby rzeczywiście była czarodziejska, to byłby poważny kłopot.

 

Epilog

 

W domu matka była zbyt zmęczona, żeby mieć do mnie pretensje, a ja skrobiąc marchewkę zastanawiałam się nad życzeniem. Winiłam swoją głupotę, że nie spytałam dziadka, ile ich spełnia lampa. Jedno? Trzy? Przecież wszystkich moich życzeń i tak nie zrealizuje… Hmm, najlepiej byłoby więc, żeby komuna upadła, bo wtedy moje marzenia stałyby się możliwe. Ale chyba raczej nie mogę liczyć, że lampa da radę to spełnić, prawda? Och nie! Jeszcze cała siatka ziemniaków do obrania!

 

Nowa Fantastyka