Matka obwieszona siatkami przeciskała się uparcie przez tłum ludzi, a ja próbowałam jej nie zgubić. W powietrzu było czuć nieprzyjemny zapach śledzi i kiszonej kapusty, zmieszany z papierosowym dymem. Wszyscy potrącali siebie nawzajem, jakby chcieli tymi szturchańcami zemścić się za przytłaczającą codzienność.
– Trzymaj!
Wręczyła mi torbę z mąką. Jej ucha wrzynały się w dłonie i wyrywały rękę, a ja ruszyłam zbolała dalej.
Konie u wozów jadły obrok, chłopi sprzedawali ziemniaki, marchew i wszystkie inne skarby z ziemi. A kobiety jesienne kwiaty powiązane w bukiety, jaja i mleko. Czasem trafiła się oskubana już kurka lub kaczka.
Wyobrażałam sobie, że to targ w Bucharze, gdzie sprzedaje się pachnące słońcem egzotyczne owoce, daktyle i rodzynki. Kupcy zachwalają zamorskie wino, a w złotych klatkach tańczą piękne niewolnice, pobrzękując złotymi dzwoneczkami przy nodze.
Moja koleżanka z ławki jeździła zeszłego lata do Samarkandy, bo jej partyjny ojciec dostał wycieczkę do Związku Radzieckiego. Przywiozła stamtąd albumy i zdjęcia niecodziennych krain, a we mnie niestety zaszczepiła zazdrość. Chciałam i ja doświadczać ekscytacji nowymi miejscami, ludźmi o ciemnej skórze i dziwnie brzmiącymi językami. Chciałam biegać po białych stopniach pałaców sułtana i zakochać się w wojowniku o olśniewającym uśmiechu. Gdy tak beztrosko przemierzałam bucharskie wąskie uliczki, nagle wyrosła przede mną cyganka.
Diabli nadali!
Rozejrzałam się za matką, ale zniknęła już w ciżbie ludzkiej.
– Powróżę! Pani! Powróżę!
Każdy wie, że cyganek nie można zdenerwować. Niechętnie więc wyciągnęłam brzęczące monety.
– Tylko tyle mam.
Cyganka zacmokała, co chyba znaczyło, że ujdzie. Chwyciła mnie za rękę i brudnym paluchem jęła wodzić po wewnętrznych liniach dłoni.
– Pani! Miłości gorącej, ognistej to chyba nie znajdziesz. Przyjaźni dozgonnej… aj, aj – znów zacmokała, teraz jednak z troską – nie widzę.
Nie dość, że dzień zmarnowany na targu, to jeszcze ta cyganka!
– Ale, hola, hola! Przecie to gościniec. A gdzież on się kończy? – próbowała dostrzec coś na ręce – Może idzie nawet dookoła świata?
Wyrwałam się jej gwałtownie i wbiłam w tłum.
– Pani! A niech pani nie zgubi drogi powrotnej! Po ziemi i wśród gwiazd! – wołała za mną, ale byłam już daleko.
Z ulgą ruszyłam do wyjścia. Ale jak na złość przy płocie kątem oka dostrzegłam coś kolorowego. Przyciągnęły mnie powystawiane różnobarwne gliniane dzbany, foremki na babki, talerze, gwizdki w kształcie koguta i dzwonki. Obok na krześle ktoś siedział skurczony. Dziadek wydawał się spać. Aha, garncarz.
Na dużych półmiskach wymalowane były całe historie o pannach młodych, o strażakach, o babkach, bocianach i pastuszkach. Zapomniałam, że mąka jest ciężka, a matka na pewno czeka zła jak osa.
Wzięłam do ręki niewielki płaski przedmiot z uchem.
Dziadek się poruszył i coś zamamrotał.
– Co to?
– Czarodziejska lampa.
Spojrzałam podejrzliwie. Gliniana lampka oliwna była skromna i na pewno całkowicie pozbawiona wszelkiej magii.
– Lampa Aladyna to nie jest – mruknęłam rozczarowana.
– Bo ty się znasz na czarodziejskich lampach! – Żachnął się.
Spróbowałam potrzeć ją rękawem.
– Nie pocieraj! Tak to nie działa.
– Mówiłam, że nie jest czarodziejska. – Wzruszyłam ramionami.
– Lampę się zapala. Jak chcesz, aby spełniło się życzenie, to trzeba ją zapalić.
– Phi, to głupie.
– Jak nie masz marzeń, to nawet lampa Aladyna ci nie pomoże. – Machnął ręką pogardliwie.
Ale przecież ja mam marzenia!
– Przyznajcie się, dziadku, że to bujda.
– Ach, to weźże ją sobie i daj mi święty spokój!
Dziadek wtulił głowę w ramiona i ponownie zapadł w drzemkę.
A ja stałam jak słup soli z lampą oliwną w ręce. Bo przecież mając taką lampę nie mogę sobie życzyć czegokolwiek, co mi ślina na język przyniesie. Oczywiście nie wierzę w żadne lampy Aladynów, ale gdyby rzeczywiście była czarodziejska, to byłby poważny kłopot.
Epilog
W domu matka była zbyt zmęczona, żeby mieć do mnie pretensje, a ja skrobiąc marchewkę zastanawiałam się nad życzeniem. Winiłam swoją głupotę, że nie spytałam dziadka, ile ich spełnia lampa. Jedno? Trzy? Przecież wszystkich moich życzeń i tak nie zrealizuje… Hmm, najlepiej byłoby więc, żeby komuna upadła, bo wtedy moje marzenia stałyby się możliwe. Ale chyba raczej nie mogę liczyć, że lampa da radę to spełnić, prawda? Och nie! Jeszcze cała siatka ziemniaków do obrania!