- Opowiadanie: bóg jeleń08 - Groza na pododdziele

Groza na pododdziele

Drodzy Czytelnicy!

Tym razem wrzucam krótkie opowiadanie grozy, którego akcja rozgrywa się podczas nocnej służby na jednostce wojskowej.

Przy pisaniu inspirowałem się przede wszystkim filmami „Samowolka”, „Kroll” oraz „Grindhouse: Planet Terror”, choć starałem się nadać całości własny klimat i charakter.

Jak zawsze będę wdzięczny za wszelkie uwagi, zarówno dotyczące fabuły, klimatu, jak i samego warsztatu.

Dajcie znać, jak wyszło. Miłej lektury!

 

PS. Tak, „na pododdziele” w tytule jest celowe. Z tego, co słyszałem od wojskowych, taka forma funkcjonuje w żargonie, więc postanowiłem jej użyć :).

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Ambush

Oceny

Groza na pododdziele

00:27

Jarzeniówka na dyżurce znowu zamigotała.

Starszy szeregowy Kotecki siedział nad dziennikiem działań i po raz trzeci poprawiał wpisy Muchy. Z pomieszczenia obok dobiegało chrapanie przypominające odpalanie pilarki z walniętą świecą zapłonową.

„Wprowadzono alarm próbny, alarm lotniczy przeciwlotniczy…”

Kotecki zapatrzył się chwilę w bazgroły zastępcy. Potem westchnął ciężko i skreślił pół linijki.

– Ja pierdolę…

Oczywiście dali mu gościa ledwo dwa tygodnie po przysiędze. Pierwsza służba. Mucha bardziej przeszkadzał, niż pomagał.

A dzień od rana był przeklęty.

Pięć razy otwierał magazyn broni. Latał z kwitami po całej jednostce. Wypisywał rezerwę na weekend. Miał kontrolę ze sztabu. Próbny alarm. Potem Mucha zgubił klucze.

A miała być lajtowa, piątkowa służba.

Będzie luz, nic na piątek nie ma – mówił kumpel, który od tygodnia błagał go o zastępstwo, bo musi jechać z dzieciakiem do lekarza.

Kotecki potarł twarz.

„Ostatni kurwa raz.”

Siedział przy lampce i drapał się po karku. Od potu swędziało go już całe ciało. Co chwilę zerkał na stary zegarek LED-owy. Czerwone cyfry paliły go w oczy.

00:31.

Jeszcze półtorej godziny. Potem będzie mógł położyć się na tym zapchlonym wyrze

z MON-owskim kocem, którego nikt nie wymieniał od paru lat. O niczym innym teraz nie marzył. „Oby tylko rozpoznanie przyjechało przed drugą.” Jak wrócą na zmianie Muchy, ten debil nic nie ogarnie i znowu będzie go budził.

Kotecki westchnął ciężko.

Był głodny jak pies. Czekał na pizzę i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz coś jadł.

“I jeszcze to jebane rozpoznanie…”

Na samą myśl o Kapitanie robiło mu się nieswojo. Na kompanii mówili, że dawno mu się już odkleiło. A odkąd nie dostał majora, zrobił się jeszcze gorszy.

 Kotecki był pewny tylko jednego: dostanie ochrzan. Kapitan zawsze znajdował powód, żeby pojechać komuś po rajtach.

Telefon zadzwonił tak nagle, że Kotecki aż drgnął.

– Dyżurny pierwszej kompanii, starszy szeregowy Kotecki.

– Zastępca dyżurnego biura przepustek, szeregowy Długi. Rozpoznanie wróciło.

Kotecki przetarł twarz.

– Przyjąłem.

Odłożył słuchawkę i kopnął w łóżko Muchy.

– Wstawaj.

Mucha poderwał się gwałtownie.

– Co?! Alarm?!

– Nie. Rozpoznanie wjechało. Ja otwieram magazyn, a ty lecisz na biuro przepustek. Weźmiesz pizzę.

Mucha jęknął przeciągle.

W tej samej chwili Koteckiemu zawibrował telefon.

– Halo?

– Dobry wieczór, pizza. Będę za pięć minut.

„O wilku mowa.”

Mucha narzucił polar i wyszedł z dyżurki.

Kotecki został sam.

Przez okno widział światła pojazdów wjeżdżających na teren jednostki. Stary zatrzymały się przed budynkiem rozpoznania. Żołnierze siedzieli nieruchomo na pace. Nikt nie wyszedł zapalić. Nikt się nie odzywał.

Kotecki zmarszczył brwi.

– Co jest z nimi…

Drzwi kabiny otworzyły się. Kapitan wysiadł pierwszy. Wysoki. Dobrze zbudowany. Rozejrzał się powoli po placu. Potem spojrzał prosto w okno dyżurki.

Kotecki odruchowo cofnął się od szyby.

Telefon zadzwonił znowu.

– Dyżurny pierwszej kompanii, starszy szeregowy…

– Kotecki? – odezwał się podporucznik Domański. – Był już u ciebie Kapitan?

– Nie, panie poruczniku. Dopiero wysiadł.

Kotecki znowu spojrzał przez okno: rozpoznanie szło do koszar. W pełnym oporządzeniu. Z bronią. W ciszy.

– Idą na koszary.

– Jak to kurwa na koszary? – syknął Domański. – A broń?

Kotecki milczał.

W słuchawce rozległo się wybieranie numeru.

Cisza.

Potem ciężkie westchnienie porucznika.

– Nie odbiera…

 

***

 

Nie było tygodnia, żeby ktoś z jednostki nie zamówił pizzy. Nie miał nic do wojska, o ile nie musiał sterczeć pod biurem przepustek i czekać, aż jakiś szwej łaskawie odbierze żarcie.

Zaparkował Seicento na zewnętrznym parkingu i sięgnął po karton. Wtedy usłyszał silniki.

Na teren jednostki wjeżdżały wojskowe ciężarówki. Stary kopciły tak, że aż tutaj czuł smród spalonej ropy.

Spojrzał na żołnierzy siedzących na pace. Żaden się nie ruszał.

Podszedł do drzwi biura przepustek i nacisnął dzwonek. Czekał chwilę. Zerknął na parking. Potem na budynki jednostki.

I wtedy zobaczył sylwetkę stojącą w jednym z okien.

Stała nieruchomo. Miał wrażenie, że wpatruje się w niego.

Zmarszczył brwi.

Postać była dziwnie wykręcona. Jakby ktoś siedział w kucki na parapecie.

Sylwetka nie poruszała się ani trochę.

A potem powoli przechyliła głowę.

Poczuł zimno w brzuchu.

Karton z pizzą wypadł mu z rąk. Odwrócił się i pobiegł do samochodu.

Po chwili Seicento z piskiem opon wyjechało z parkingu.

 

***

 

– Panie poruczniku… – zaczął Kotecki, gdy telefon zadzwonił znowu.

– Idź do nich. Zapytaj Kapitana, kiedy zdają broń.

Kotecki zamknął oczy.

– Tak jest.

Odłożył słuchawkę i sięgnął po papierosy.

Na zewnątrz było zimno i wilgotno. Ruszył w stronę palarni. Po drodze zobaczył Muchę wracającego z pizzą.

– Wiesz co… dziwna akcja… – zaczął Mucha.

– Daj mi to.

Wziął od niego karton.

– Idź na koszary rozpoznania i spytaj Kapitana, kiedy zdają broń.

Mucha momentalnie spochmurniał.

– Czemu ja?

– Bo ja będę otwierał magazyn.

– Ale…

Kotecki spojrzał na niego ciężko, zmęczonym wzrokiem.

– Mucha. Nie wkurwiaj mnie już dzisiaj.

Przez chwilę stali w ciszy. Potem Mucha odwrócił się i ruszył w stronę koszar.

 

***

 

W korytarzu było ciemno. Tylko jedna jarzeniówka migała pod sufitem.

Mucha wszedł powoli do środka, ściskając latarkę.

– Panie Kapitanie?

Nikt mu nie odpowiedział.

 Na schodach i kafelkach ciągnęły się ślady błota i pełno było świerkowych igieł. Pachniało mokrym lasem.

„Wrócili z wymarszu z Karpat” – pomyślał Mucha. „Kapitan znowu musiał przeczołgać swoich ludzi po górach.”

Gdzieś na piętrze coś stuknęło.

Mucha drgnął. Ruszył po schodach.

Drzwi do jam były pootwierane. Wszystkie. Piętro wyglądało na puste.

I wtedy z jednej z sal ktoś wyszedł. Mucha aż się cofnął i uniósł latarkę.

Plutonowy Mazel „Szakal”. Stał kilka kroków dalej. Nieruchomo. Miał rozpiętą bluzę munduru. Koszulka była mokra i brudna od czegoś, czego Mucha nie umiał rozpoznać w półmroku.

– Pa… panie plutonowy… – wyjąkał. – Szeregowy Mucha z zapytaniem.

Mazel patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Źrenice miał tak rozszerzone, że oczy wydawały się prawie czarne.

– Czego?

– Dyżurny pytał… kiedy zdajecie broń.

– Nie dzisiaj.

Mucha przełknął ślinę.

– Ale…

Mazel zrobił krok do przodu. Powoli.

– Nie dzisiaj.

Za plecami Muchy coś zaszeleściło w ciemności.

Odwrócił się gwałtownie.

I wtedy na korytarzu rozległ się krzyk.

 

***

 

Na dyżurkę wparował podporucznik Domański.

Kotecki zerwał się z krzesła.

– Panie poruczniku, dyżurny kompanii…

– Byłeś u Kapitana?

– Wysłałem zastępcę.

Domański spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Mówiłem, żebyś sam poszedł!

– Chciałem otworzyć maga…

– Gdzie on jest?

– Jeszcze nie wrócił.

– Dzwoń do niego.

Kotecki wybrał numer Muchy.

Sygnał oczekiwania. Nic.

– Nie odbiera.

Domański zaklął pod nosem i wyszedł przed budynek. Wyjął telefon.

– Kapral, dawaj pod czternastkę.

Chodził nerwowo po placu z telefonem przy uchu.

Kotecki obserwował go chwilę i (prawdopodobnie od zmęczenia i nerwów) wpadł mu do głowy pomysł, by zagadać:

– A może oni będą spać na jednostce…

Domański spojrzał na niego jak na wariata.

– Kotecki…

Nie zdążył dokończyć.

Od strony wartowni szedł już dowódca warty: starszy kapral Bryś, ksywa „Adidas”. Wielki, nabuzowany chłop z kamizelką opiętą na klacie.

– Panie poruczniku… – rzucił zdyszany.

– Chodź.

 

***

 

Budynek rozpoznania stał ciemny i martwy. Domański świecił latarką po oknach.

Nagle Adidas szarpnął go za ramię.

– Panie poruczniku.

Wskazał jedno z okien. Ktoś tam stał. Nie ruszał się.

Domański skierował tam snop światła i przez chwilę świecił prosto w sylwetkę. Nie było żadnej reakcji.

– Kapral… wołaj wartę.

Adidas sięgnął po radio.

– Kilo, tu November. Zgłoś się.

Szum. Trzask.

– Kilo, słyszycie mnie?

Znowu tylko zakłócenia.

Domański wyjął telefon i wybrał numer do swojego zastępcy, który siedział na oficerce.

– Jacek? Dzwoń do operacyjnego. Chyba coś się odpierdala.

Odczekał chwilę.

– Jak to nic nie działa?

Podporucznik na moment zastygł, jakby to, co usłyszał, do niego nie dotarło.

– Dobra. Próbuj dalej.

Adidas zaklął pod nosem i wydarł się w stronę najbliższego posterunku:

– Młody!

– Tak jest?!

– Do mnie, kurwa!

Wartownik rzucił się biegiem przez plac. Hełm zsuwał mu się na oczy, a szpej latał na wszystkie strony. W połowie drogi wypadł mu magazynek. Dopadł do nich zdyszany.

– Panie kapralu…

– Czemu nikt nie odpowiada na radiu?

– Ja tylko szum słyszałem…

Adidas spojrzał na budynek rozpoznania.

– Dobra. Broń w gotowości. Możemy mieć dywersję.

Młody przełknął ślinę.

– Tak jest.

Domański wszedł pierwszy do środka.

– Kapitanie!

Cisza.

Jarzeniówka zamigotała gdzieś na piętrze.

I wtedy rozległ się jęk.

Adidas odwrócił się gwałtownie.

– Co jest kurwa?!

Na schodach leżał Mucha. Jeszcze żył. Mundur miał rozcięty od pasa aż po klatkę. Na wierzch wypłynęły mu wnętrzności. Patrzył na Domańskiego szeroko otwartymi oczami.

– Panie… poruczniku…

I zamilkł.

 

***

 

Kotecki wybiegł na plac apelowy. Na zewnątrz trwała strzelanina. Schował się za mównicą.

Serie rozdzierały noc krótkimi błyskami. Dopiero po chwili zrozumiał, do kogo strzela warta.

Rozpoznanie.

Żołnierze Kapitana szli przez plac spokojnie, metodycznie. Jak na ćwiczeniach.

Dwie krótkie serie. Kilka pojedynczych strzałów. I było po warcie.

Ktoś krzyknął:

– Jezu! Ja nie chcę umierać!

Strzał.

Cisza.

Kotecki cofnął się powoli. Potem odwrócił się i pobiegł do dyżurki, ślizgając się na mokrym betonie.

Ręce trzęsły mu się tak mocno, że ledwo trafił kluczem do zamka magazynu.

Otworzył szafę.

Beryl.

Magazynki.

Amunicja.

„Broni palnej można użyć wyłącznie w przypadku…”

Kotecki zatrzasnął drzwi magazynu i osunął się na podłogę. Drżącymi palcami próbował załadować magazynek. Kilka nabojów rozsypało się po kafelkach.

„…bezpośredniego, bezprawnego zamachu…”

Nie rozumiał, dlaczego pamięta prawo użycia broni, ale nie potrafi wcisnąć pieprzonych nabojów do magazynka. Upuścił go znowu.

„…na życie, zdrowie lub wolność…”

Na korytarzu rozległy się kroki. Powolne. Ciężkie.

Kotecki podniósł magazynek. Był w nim jeden nabój. Wpiął go. Za którymś razem przeładował broń. Bezpiecznik ani drgnął, jakby był przyspawany.

„Kaliber 5,56 NATO…”

Kroki zatrzymały się pod drzwiami.

Klamka poruszyła się powoli. Drzwi otworzyły się.

Kotecki próbował podnieść Beryla. Nie dał rady.

– Starszy szeregowy Kotecki. – Głos Kapitana był spokojny. Prawie zmęczony. – Możecie zdać służbę.

Kotecki siedział nieruchomo.

Kapitan patrzył na niego jeszcze przez chwilę. Potem odwrócił się i odszedł.

Kroki powoli ucichły w korytarzu.

 

***

 

Nie wiedział, kiedy zrobiło się jasno.

Zegarek pokazywał 04:44.

Podniósł się z podłogi i wyszedł przed budynek. Beryl wypadł mu z ręki po drodze.

Na placu leżały ciała wartowników.

Hełm.

Łuski.

Krew.

Patrzył na to wszystko pustym wzrokiem.

I wtedy usłyszał silniki.

Stary powoli ruszały do bramy. Żołnierze Kapitana siedzieli nieruchomo na pace. Jakby jechali na zwykłe ćwiczenia. Sam Kapitan siedział z przodu. Nie spojrzał nawet w stronę Koteckiego.

Ciężarówki wyjechały z jednostki.

A nad koszarami wzeszło słońce.

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

„Będzie luz, nic na piątek nie ma” – mówił kumpel, który od tygodnia błagał go o zastępstwo, bo musi jechać z dzieciakiem do lekarza.

Cudzysłów zbędny, jak dla mnie.

 

Czerwone cyfry paliły go po oczach.

Palić po oczach to nie po polsku.

 

Potem będzie mógł położyć się na tym zapchlonym wyrze z MON-owskim kocem, którego nikt chyba nie wymieniał od paru lat.

 

Aha, na tym portalu tekst powyżej 11K to już opowiadanie, nie szort. 

Na pewno było zapchlone? Pchły to pasożyty zwierząt. Po co to chyba?

 

I jeszcze to jebane rozpoznanie…

Powinno być zapisane jako myśli bohatera, bo to raczej nie jest komentarz narratora.

 

 

Fajny klimacik. Z każdym kolejnym akapitem, nieco bardziej bałam się czytać dalej.

No i nie wiem, czy jesteś wojskowym, ale wyszło bardzo branżowo. 

 

 

delulu managment

Boski jeleniu, na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiącach znaków. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na OPOWIADANIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ambush

Bardzo dziękuję za przeczytanie i przyznanie punktu! Już zabieram się za poprawę błędów :)

Na pewno było zapchlone? Pchły to pasożyty zwierząt. Po co to chyba?

Technicznie tak, ale potocznie tak się mówi. Może to kwestia regionu, ale zwykło się tak mówić na jakieś obskurne pomieszczenia/przedmioty, np. “zapchlone łóżko”, “zapchlony materac”, “zapchlona nora”. “Chyba” faktycznie nie potrzebne.

No i nie wiem, czy jesteś wojskowym, ale wyszło bardzo branżowo. 

Nie. Ale znam kogoś, kto jest i powiedział mi to i owo :D + filmy, o których wspomniałem w przedmowie. 

 

 

bogjelen

regulatorzy

Boski jeleniu, na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiacach znaków. Badź uprzejmy zmienić oznaczenie na OPOWIADANIE.

Robi się.

bogjelen

Dziękuję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj. :)

Kwestie językowe i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – tylko do przemyślenia):

„Ostatni kurwa raz.” – wtrącenie przekleństwa bez przecinków?

– Jak to kurwa na koszary? – i tu?

– Co jest kurwa?! – i tu?

Rozejrzał się powoli po placu. Potem spojrzał prosto w okno dyżurki. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

– A może oni będą spać na jednostce… – czy to nie zdanie pytające?

– Jak to nic nie działa? – tu też bez przecinków?

 

Puste wersy na końcu lepiej usunąć.

 

Ja się niestety pogubiłam. :) Nazwisk, stopni wojskowych i ksywek jest tu tak dużo, że nie zdołałam śledzić akcji do samego końca, choć doczytałam cały tekst. :) W końcu nie mam zatem pewności, kto jest martwy, kto – żywy, a kto jest wymieszanymi połowami poprzednich opcji. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka