Wieczorami woda szemrała, obleczona woalem mgiełki marszczyła się i drżała, momentami bulgotała głośno niemal jak we włączonym czajniku. Pod osłoną nocy zdawała się ożywiać, tu pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze.
Teraz zaczynał odczuwać rosnące znużenie. Chwyt starych, zgrabiałych dłoni rozluźnił się na wiośle. Rozejrzał się, próbując wymrugać kontury otaczającego go świata. Po lewej stronie widoczny był brzeg, światełko jego domu oraz z tej perspektywy drapieżnie nachylone nad nim Pozszywane. Po prawej majaczyła linia oddzielająca wodę od nieznacznie jaśniejszego nieba. Niektórzy mówili, że to jezioro. Inni twierdzili, że mieszkają nad oceanem.
Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei. Adam obserwował, jak prędko niknie w odmętach. Zastanawiał się, dlaczego wypłynął w nocy. Przecież nie musiał tego robić, w ostatnich dniach zebrał obfity połów: sześć kilogramów artefaktów, buty, które po osuszeniu będą jeszcze zdatne, oraz tygodniowy zapas wodorostów. Fakt, czas obfitości się kurczył, ale na połów równie dobrze mógł wypływać w dzień. Z Pozszywanego po towar przyjdą za osiem dni. Do tego momentu obłowi się jeszcze bardziej. Z pewnością będą zadowoleni. Mimo to na samą myśl o spotkaniu z tymi dziwnymi postaciami zadrżał.
W wodzie znajdowały się teraz dwie sieci. Chwycił linę pierwszej i zaczął ją wciągać na pokład. Podwinął rękawy koszuli, ale i tak została pochlapana, gdy plecionka, pełna muszli i innych drobiazgów, uderzyła w drewno. Na łódce miał zawieszoną lampę. Włączył ją i w skromnym świetle pobieżnie przejrzał zdobycze. Pod przeczesującymi głębinowe treści palcami grzechotała chityna, błysnęło kilka monet, przemknęły żyjątka.
Ściągnął nici i położył skarby na dziobie, żeby było miejsce na to, co znajdzie w drugiej sieci. Gdy szarpnął linę, mięśnie przedramion napięły się jak postronki. Przez chwilę sądził, że się o coś zaplątała, lecz prędko zrozumiał, iż powodem jest ciężar łupu. Z pewnością nie była to ryba, ponieważ nie musiał z liną walczyć. Wiedział już, czego się spodziewać. Zaparł się o burtę nogami i odchylił do tyłu grzbiet. Poczuł rwący ból, ale go zignorował. Wzmocnił chwyt i ciągnął, a obok rósł zwój liny.
Najtrudniejszym etapem było wciągnięcie sieci, kiedy ta znalazła się tuż nad wodą. Wreszcie rozległ się łomot, łódka zakołysała się, wpuszczając do środka więcej wody. Adam przechylił się, oparł dłonie na czymś dużym, miękkim i śliskim, i poleciał do przodu, prawie wypadając za burtę.
Zaczął szukać głowy, bo już wiedział, co wyłowił. Blade, opuchnięte, pod dotykiem mlaszczące ciało musiało należeć do kobiety. Pomimo zniekształconych rysów twarzy Adam zdołał szybko ocenić, że będzie musiał zawieźć je na przeciwległy brzeg. Zamiast tego, czując ogromny zawód, wsunął pod jej barki i nogi swe roztrzęsione ramiona i ze stęknięciem wyrzucił trupa z powrotem w objęcia toni.
To nie ona.
Żwir na plaży zachrzęścił, kiedy łódka dobiła do brzegu. Dom, a właściwie chata zbudowana z falistej blachy i plastików, ze szczelinami wypełnionymi mchem morskim, solą i gliną, przywitała go głuchą ciszą. Z pełną siecią przerzuconą przez ramię wszedł do środka. Drewniana podłoga wyłożona dywanami zaskrzypiała. Przez chwilę stał i mruczał, po czym zostawiwszy łup, wyszedł na zewnątrz, gdzie zdjął mokre ubranie. Wyżął z wody koszulę i spodnie, przewiesił je przez linę biegnącą od chaty do samotnej palmy. Splunął, jakby rzucał wyzwanie wodzie. Patrzył na nią na przemian zły, zlękniony i zahipnotyzowany.
Potem odwrócił się do Pozszywanego. Z odległości jednego lub kilku kilometrów – nie potrafił tego dokładnie ocenić – setką ślepi łypało na niego nieodgadnione miasto. Kiedy był w nim ostatnio? Jak wiele zmieniło się od poprzedniej wizyty? Pozszywane przypominało kolonię pączkujących grzybów kapeluszowych, skomplikowane origami, czasami obraz soczewkowy, bo tak zdawała się zmieniać podczas ruchu percepcja obserwatora. Miasto zdawało się zarazem zbliżać i oddalać. Rozkwitało i obumierało. Oddychało ciężkim powietrzem, pławiło się w kwaśnym deszczu.
Adam otrząsnął się i spojrzał w drugą stronę. Plaża ciągnęła się łukiem setki metrów. Dostrzegł ognisko, z tej odległości wielkości kciuka. Przypomniało mu o jutrzejszym spotkaniu z Grzybnią.
***
Chata składała się z jednego wielkiego pomieszczenia. Przez umieszczone w dachu okna z falistego szkła wpadało światło identycznego jak zawsze poranka. W kącie leżała drewniana lalka. Wiola wszędzie z nią chodziła. Chatę wypełniało mnóstwo przedmiotów, na przestrzeni lat wyłowionych z szarej toni. Worek zaśniedziałych monet, zegarek chodzący do przodu tylko pod wodą, dzwonek owinięty rybią skórą. Skomplikowana proteza ręki, walizka pełna suchych liści, pęk zardzewiałych kluczy. Starodawny aparat fotograficzny, butelka z miniaturowym sztormem w środku. Jak nóż skrobiący rybę, światło dnia wyłuskiwało je z ciemności.
Automatyczny ekspres zmącił ciszę o szóstej rano. Rozległ się dźwięk mielonych ziaren, drżenie plastiku, zachlupotało i powietrze przesycił aromat kawy. Starzec wyplątał zmęczone ciało z barłogu, przetarł oczy – przypominały nieśmiało wyglądające z muszelek ślimaki – i poczłapał do wielkiego kubka. Spojrzał na plecionkę nabrzmiałą wczorajszymi skarbami. Przez moment chciał ją rozsupłać i przejrzeć zdobycze, ale porzucił zamiar, przypomniawszy sobie wyrzucone za burtę ciało.
Minął kasetę VHS z poplątaną taśmą, zrobił krok nad dziecięcym rowerkiem obrośniętym małżami, i wyszedł na zewnątrz. Stalowoszare niebo stężało. Kwaśne powietrze zwiastowało deszcz. Adam zamrugał, przypominając sobie dżdżysty dzień, podczas którego wraz z Wiolą w gumowanych płaszczach, trzymając się za ręce, spacerowali przez miasto. Oczy ośmiolatki błyszczały ekscytacją, wszystko było dla niej wielkie, nieznane i magiczne. Wzdychała, jakby chciała w płucach pomieścić całą niezwykłość świata. Gdy Adam wskazał ręką tęczę, mówiąc, że tam deszcz się kończy, a pogodna pani sprzedaje wielką watę cukrową, Wiola uśmiechnęła się szeroko i mocniej pociągnęła go za rękę. Powiedziała „Chodź, Kapelusiku!”. Bo często nosił kapelusz.
Teraz zarzucił wysłużony prochowiec i ruszył plażą na spotkanie z Grzybnią.
Stado krabów przemknęło na żer w głąb plaży. Wydmy, zazwyczaj głośne śpiewem cykad, ucichły.
Grzybnia, kobieta o twarzy pomarszczonej jak suszona morela, przywitała go serdecznym uśmiechem. Siedziała na zydlu przy wygasłym ognisku. Adam zajął miejsce naprzeciwko. Pogładził brodę, zastanawiając się, od czego zacząć rozmowę. Grzybnię poznał niecałe pół roku temu. W tym czasie odbyli zaledwie kilka spotkań, lecz miał wrażenie, że zna ją od lat. Kobieta, odkąd pamiętała, mieszkała na plaży. Plaża, według jej słów, była ogromna, a ona co pewien czas wyruszała na poszukiwania nowego domu.
– Jak ci idzie połów? – zaczęła. – Jesteś gotowy na przyjście?
Potwierdził skinieniem, przypominając sobie stos artefaktów pod ścianą w chacie.
– Myślę, że będą zadowoleni.
– Kiedy się pojawią?
– Za siedem dni. – Zadrżał.
Grzybnia w ciekawości przechyliła głowę na bok.
– Boisz się ich?
Adam milczał. Niebo chmurzyło się.
– Za każdym razem, kiedy przychodzą – powiedział wreszcie – przynoszą mi prezenty.
– Prezenty? – zdziwiła się kobieta.
– Tak je nazywam.
– Nie rozumiem. Ludzie się cieszą z prezentów.
– Ale ja ich nie chcę. Czasami myślę, że w ten sposób się nade mną znęcają.
– Co masz na myśli?
– Chyba będzie padać.
Zacmokała.
– Zastanawiałeś się, kim są? Po co tak naprawdę przychodzą? Znasz ich zamiary?
Adam spojrzał jej w oczy.
– Są wysłannikami Pozszywanego – odpowiedź przyszła automatycznie. – Przychodzą po artefakty. Potrzebują artefaktów jako waluty.
Jej ciałem wstrząsnął tak mocny śmiech, że aż zagrzechotały koraliki na szyi oraz bransoletki na cienkich przegubach.
– Tak ci powiedzieli. Tak pamiętasz. Ale zastanawiałeś się, czym tak naprawdę jest Pozszywane?
Adam wzruszył ramionami.
Grzybnia westchnęła.
– Poznałam cię trochę. Jesteś dobrym człowiekiem. Czasami mam wrażenie, że cię skądś znam.
Adam poczuł zbierające się łzy. Zacisnął zęby.
– Wiem, że chciałbyś uniknąć pewnych rzeczy, ale masz prawo znów odwiedzić miasto.
Wzmógł się wiatr. Kraby zakopały się w piasku.
– Czym więc jest Pozszywane?
Spadł deszcz.
– Och, to przecież oczywiste. Wielowymiarowym organizmem.
***
Pozszywane z każdą minutą drogi rosło. Zdawało się zmieniać geometrię, jego fragmenty przypominały Butelkę Kleina, Wstęgę Möbiusa, zwariowane geometrie płatały mózgowi figle. Adam skrzywił się przesadnie i pogroził miastu palcem, niby drocząc się z niesfornym dzieckiem. Kiedy dochodził do wielkiej miedzianej bramy, Pozszywane zmalało, jakby wydłużając się do tyłu, spłaszczając, z szelestem na granicy percepcji wchłaniając własne tkanki.
Starzec przypomniał sobie ostatnią wizytę w mieście. Przemierzał przestrzenie z różnych epok i części świata. Miasto było ich patchworkiem, pochłaniało światy, stale się rozrastając; zawsze znajdowało się w trakcie narodzin, niczym niemowlę – komórki pączkowały, różnicowały się – mgliście świadome własnego istnienia.
Wiolo, gdzie jesteś?
Teraz Adam przeszedł bramą i znalazł się na dworcu kolejowym z belle époque, przestronnym, o szklanym dachu, pod którym przeleciały gruchające gołębie. Na peronie stał pociąg. Taszcząc walizki, przyciskając do piersi teczki, wsiadali do niego pasażerowie, ludzie z tej oraz innych epok. Niektórzy siedzieli na drewnianych ławkach, inni gorączkowo szukali toalety, jakiś pijak siedział pod ścianą z popękanych i ukruszonych płytek.
Adam pamiętał, jak jechali z Wiolą pociągiem, dużo nowocześniejszym, kołysani w prywatnym przedziale. Dziewczynka zasnęła, po łzach na policzkach niknęły ślady.
Teraz podchodził do ludzi i pokazywał zdjęcie kobiety. Nikt jej nie znał, nikt nie kojarzył. Twarze przypominały maski, obleczone wątłym światłem kinkietów pociągu, gdy Adam szedł wąskim korytarzem przez zastygły dym papierosowy.
Maszynista krzyknął, zagwizdał, więc Adam wybiegł z pociągu. Gdzie znalazłby się, gdyby w nim został? Maszyna syknęła, rzygnęła kłębami dymu, ze stukotem potoczyła się w świat.
Starzec nagabywał każdego, raz prawie dostał w zęby. Podsuwał zdjęcie pod same oczy, pragnął ujrzeć w nich błysk rozpoznania; mętne spojrzenie pijusa wyostrzyło się, patykowate ramię wskazało kierunek.
– Tam poszła – wymamrotał, oblizując wargi. – Potem pierwsza winda i drzwi numer sześć.
Adam zapamiętał pijackie instrukcje. Wiedział, że kiedy przejdzie dalej, trafi w zupełnie inne miejsce. Rzeczywiście, parę minut później, przekroczywszy szew miasta, znalazł się na dachu drapacza chmur, z metropolią migoczącą niczym klejnoty u stóp.
Zaczął schodzić drabiną na najwyższe piętro. Stare ciało coraz częściej odmawiało posłuszeństwa. Nie trafił nogą w jeden z ostatnich szczebli i spadł na ziemię, uderzając barkiem. Wstał, otrzepał się i rozciągnął zwłókniałe mięśnie. Odezwał się ból pleców, na tyle silny, że sięgnął do kieszeni po tabletkę.
Wybrał odpowiednią windę, z której trafił na korytarz utraconych mieszkań. Zdawał się nieskończenie długi. Adam potarł sztywną brodę i na nogach jak z waty ostrożnie ruszył przed siebie, przez zapach kurzu, wilgoci i obiadu. Jarzeniówki dawały ciepłe światło. Miodowa farba łuszczyła się, odchodziła od ściany. Na podłodze leżały papierki po cukierkach, chusteczki, ukruszony tynk. Jakaś kobieta wyszła z mieszkania, zamiotła to wszystko, wraz z pajęczyną, na kupkę pod przeciwległe drzwi, po czym wróciła do siebie. Zza niektórych wejść dobiegały stłumione dźwięki – grający telewizor, płacz dziecka, szuranie kapci.
Mieszkania ponumerowano chaotycznie. Pierwsze. Ósme. Czwarte. Trzydzieste drugie. Adam mijał drzwi z sercem na ramieniu.
Postanowił skorzystać z okazji, widząc, że te z numerem osiemdziesiąt są uchylone. Zapukał, ale nikt nie odpowiedział. Zajrzał do środka. Na lodówce, przyczepione magnesem, wisiały dziecięce rysunki. Na kuchence w garnku bulgotała zupa. Nagle rozległ się łomot, jakby ktoś przewrócił stół, i z mieszkania wybiegł mężczyzna. Adam ledwo zdążył się odsunąć. Pierwszym, co zauważył, były przypominające dżdżownice wąsy. Spocony, z rozchełstaną koszulą, ciągnąc za sobą alkoholowe opary, nawet starca nie zauważył. W furii przeklinał, uderzał w ścianę i mijane drzwi.
– Kapelusiku! – dobiegło z wnętrza. A potem rozległ się szloch.
Oparty o ścianę, Adam zamknął oczy. Mocno zacisnął powieki, żeby stłumić wspomnienia. Jarzeniówki zamigotały, część zgasła. Pojawił się jego cień, wydłużył tak bardzo, że zajął podłogę, ścianę oraz sufit.
– Nie znam cię – szeptał Adam – nie znam cię. Nie chcę cię znać!
Wciąż z zamkniętymi oczami, dotykając dłonią ściany i drzwi, szedł korytarzem, aż pod opuszkami wyczuł jeden brzuszek.
Wreszcie odszukał drzwi numer sześć.
Nie prowadziły do żadnego mieszkania.
Przekroczył szew i pod stopą pękła muszelka. Owionęło go świeże powietrze.
Znów znalazł się na plaży.
***
Następnego dnia wyłowił dwa ciała. Żadne nie było tym właściwym, więc popłynął na przeciwległy brzeg, gdzie wyrzucił je na piasek. Smukła kobieta w sukni ślubnej wyglądała, jakby wyszła spod prysznica, a nie utonęła. Kolia na dekolcie wciąż skrzyła. Śliczna buzia stężała w lekkim uśmiechu. Na skroni, odgarnąwszy rude włosy niewiasty, zauważył tatuaż słońca. Drugie ciało należało do zwalistego mężczyzny. Wyławiając go, Adam początkowo sądził, że złapał wielkiego suma. Podkoszulek i spodenki, opięte niczym flak na kiełbasie, stanowiły jedyne elementy ubioru. Wyglądał jak pracownik portowy, który przyszedł do pracy pod wpływem pijanego zachwytu i niechcący wpadł do morza.
W chacie wrzucił do kotła z gotującą się wodą glony, po czym zaczął przeglądać wyłowione przedwczoraj przedmioty. Artefakty odkładał do worków, resztę rzeczy rozdzielał na dwie kupki – do wyrzucenia i do zostawienia. Tych pierwszych było znacznie więcej. Rupiecie. Pogniecione, rozpadające się w palcach, śmierdzące czymś gorszym niż śmierć. Znalazł jednak też kilka perełek. I tak na drugą kupkę odłożył zaśniedziałą osiemdziesiątkę długości palca, paczkę z balonami do nadmuchania, piórnik szkolny… Kopertę otworzył bardzo ostrożnie, żeby jej nie podrzeć; ciągnęła się w palcach jak guma do żucia. W środku znalazł list. Powiesił go na lince nad grzejnikiem, gdyż w obecnym stanie nie nadawał się do rozłożenia.
Skarby schował w specjalnej skrzyni. Śmieci wrzucił do kominka, teraz zimnego, ale przydadzą się wieczorem.
Glony były prawie gotowe. Wyłączył ogień, doprawił je przyprawami, wymieszał chochlą i zostawił jeszcze na chwilę. W chacie przegryzły się zapachy soli, ziemi, jodu, starości i zapomnienia. Posiłek zjadł, mając pustkę w głowie. Przed spotkaniem z Grzybnią kilka razy beknął i wyłuskał z brody zielone nitki. Założył znów prochowiec. Najelegantszy strój, jaki posiadał. Wyłowione wcześniej buty okazały się pasować idealnie.
– Wyłowiłem dwa ciała – powiedział, nie wiedząc, od czego zacząć.
Siedzieli na fotelach z wielkich białych muszli. Stara kobieta paliła fajkę. Opatulona fuliginowym szlafrokiem, troskliwie patrzyła na Adama. Słysząc jego słowa, uniosła brwi, zacmokała.
– Ładnie. Pracowity jesteś, Kapelusiku.
Adam zesztywniał, nie odpowiedział. To słowo – kapelusiku – coś w nim poruszyło.
– Rozumiem, że to nie ona – powiedziała Grzybnia. Nachyliła się ku niemu, poczuł na kolanie jej upierścienioną dłoń. – Jesteś pewien, że umarła?
Zastanowił się.
– Czasem tak, i wtedy mam nadzieję ją wyłowić. Innym razem wierzę, że wciąż żyje. I jest gdzieś w Pozszywanym.
– Widziałeś jej śmierć?
– Nie.
– Skąd zatem wiesz?
– Sam nie wiem… Przepraszam, nie chcę o tym mówić.
Grzybnia zabrała dłoń, z powrotem usiadła w pozycji półleżącej. Wiatr zamarł, na chwilę zniknęła za dymem z fajki.
Adam uciekł spojrzeniem w bok. Żłobił piętą dziurę w piasku. Bardzo pragnął znów spotkać córkę. Ale potrzebował też kogoś, do kogo mógł się odezwać. Kogoś, kto przyjmie jego słowa.
Rozejrzał się. Na piasku widniało sporo śladów stóp. Kawałek dalej leżała czapka, mokasyny… Już wcześniej zauważył, że nie jest jedynym gościem Grzybni. Czasami w dni, kiedy powietrze było czyste, ze swojej chaty widział ją w czyimś towarzystwie. Bywało, że wiatr wiał w jego stronę, niosąc ich słowa, pielęgnując zazdrość Adama.
– Całe życie skupiałam się na sobie – powiedziała, widząc, na co Adam patrzy. – Teraz chciałabym innym dać coś od siebie.
Fuliginowy szlafrok poruszył się, kobieta wstała i poszła do chaty. Został sam. Woda cicho szumiała, na wydmach koncertowały cykady. Z oskrzeli dobiegał szmer.
– To dla ciebie. – Grzybnia szła w jego kierunku, trzymając w ręku jakiś przedmiot. Krewetki na talerzyku z macicy perłowej. – Nie samymi glonami i rybami człowiek żyje.
– Dziękuję. – Wziął owoc morza do ust, rozgryzł miękkie ciało. Zamyślił się. – Odwiedziłem Pozszywane. Nie mogłem jej znaleźć. Pytałem ludzi, lecz nikt Wioli nie rozpoznał. Był tam taki pijany człowiek. – Krewetkę trzymał w palcach uniesionej dłoni, tłuszcz spływał do rękawa, niewidoczny dla szarych oczu; oderwał spojrzenie od wody, zerknął na piasek, na Grzybnię, na macicę perłową, iryzującą, przypominającą tęczę, w kierunku której wiele lat temu szedł za rękę z małą dziewczynką. – Może źle go zrozumiałem?
Później rozmawiali na neutralne tematy. Adam nie chciał poruszać nieprzyjemnych, nie podnosił nawet tych mgliście związanych z czymś trudnym, Grzybnia bowiem przypominała wir, do którego jeśli podpłynie się zbyt blisko, wciągnie z nieustępliwą siłą – pytaniami i odpowiednim podejściem wydobywając wszystko, co w nim zalega. W końcu podziękował za gościnę i ruszył z powrotem do siebie.
Za sześć dni przyjdą po artefakty. Miał coraz mniej czasu. Kiedy zbliżało się spotkanie, woda oddawała coraz więcej rzeczy. Później, gdy zabierali artefakty i wracali do Pozszywanego, następował okres posuchy, w sieci prawie nic się nie zaplątywało. Wiedział, że pomimo zmęczenia musi popłynąć na łowy.
***
List wyschnął na tyle, że Adam mógł go otworzyć, nie uszkadzając papieru. Podszedł do okna i w szarym świetle wczytał się w rozmokłe litery.
Tato, jest tu strasznie zimno. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze.
Tęsknię.
Rozległy się intensywniejsze niż zwykle szelesty, chrobotanie i plusk, po czym Adam wskoczył do środka i z całej siły odepchnął się wiosłem, prędko opuszczając płycizny. Na głębinach wyrzucił za burtę pięć sieci wokół łódki.
Wyłowił tyle samo ciał. Pięć cholernych, niemających żadnego znaczenia zwłok. Gejszę z częściowo rozmazanym makijażem oraz ze szramą na brzuchu. Modnie ubranego eleganckiego mężczyznę; dostojności nie odebrała mu nawet śmierć. Wytatuowanego mnicha w przypominającym drugą skórę habicie… Nie interesowały go ani te, ani dwa pozostałe ciała. Bardziej niż wysiłkiem, znużony nagłym opadnięciem emocji, które zalewały go za każdym razem, kiedy wyciągał ciężką sieć z trupem, popłynął na drugi brzeg.
Tylko że wcale tak nie zrobił. Chciał, ale zamiast tego zarzucił sieci raz jeszcze i wyłowił trzy kolejne nieboszczyki. Dotykał je po twarzach, z nadzieją, że jeśli nie oczami, to pod palcami wyczuje Wiolę. Opuszkami coraz nachalniej gładził, macał, naciskał paskudne oblicza.
Zmęczony, roztrzęsiony, wściekły, zaczął pięściami uderzać w miękkie ciała. Coś w nich chlupotało, jakby limfa próbowała uciec przed kolejnymi ciosami. Szarpał je, rozrywał ubrania, żłobił paznokciami żałosne tkanki, a lampa bujała się, tworząc we mgle dziwaczne cienie. Pod ciężarem zwłok łódka przechyliła się, przez burtę powoli wlewała się zimna woda, a potem gwałtownie wdarła się do niej, zabulgotało i wszystko poszło na dno.
***
Woda leniwie podmywała piasek. Obudził się na plaży. Przez długi czas nie wstawał. Leżał na brzuchu, z nadzieją, że ziemia go wchłonie. Jakiś ptak podszedł, skubnął nogawkę, zaskrzeczał i odleciał. Wiatr całkiem zamarł.
Ujrzał szczypce, malutkie oczy – lornetki – oraz falujące czułki. Krab albo wyczuwał zapach jedzenia, albo oceniał niebezpieczeństwo. Rozległ się cichutki szelest, jakby piasek przesypywał się w klepsydrze, gdy zwierzę do połowy się zakopało. Wystawały jedynie szczypce i lornetki, bacznie go obserwujące z odległości niespełna pół metra.
Łódka zatonęła, pomyślał ze znużeniem Adam.
Przysnął.
Krab zbliżył się i wyciągnął mu z brody krewetkę.
Obudził się w nocy. Księżyc dawał niewiele światła, ale krab wciąż tam był.
Zamknął oczy, sen wciągnął go niczym wir.
Koszmar wypluł Adama spoconego. Stare ciało powinno umrzeć.
Następnego dnia poczuł coś wilgotnego na czole. Krab odsunął się, ale uczucie wilgoci pozostało. Adam uniósł rękę, żeby zmazać coś z czoła, i poczuł rzecz niepokojąco miękką. Wypływa mi mózg.
Podrapał się tam, ale prawie nie miał czucia.
I śmierdzi jak cholera.
Mózg drgnął, Adam zerwał się z piasku.
Okazało się, że to ryba.
– Dzięki, przyjacielu – wymamrotał po chwili, zerkając na kraba.
Wstał, rozejrzał się półprzytomnie. Zamknął oczy, zbierając myśli. „Tato, jest tu strasznie zimno”. Łódka. Muszę kupić nową. Nie dość, że zatopił ją, to jeszcze zmarnował trzy dni na plaży. Po artefakty przyjdą niedługo. Powinien jak najlepiej wykorzystać ten czas.
Wstał i udał się do chaty. Przebrał się w niej, zapakował do plecaka butelki z wodą i przekąski, po czym ruszył do Pozszywanego.
Wiszący na środku stacji zegar secesyjny wybił północ. Lampy gazowe roztaczały migotliwe żółte światło. Na ich kloszach, łukach hali dworcowej i tablicach informacyjnych osiadała sadza. Po peronie przebiegły szczury, wyczuwając drgania, które wypełniły przestrzeń, tuż zanim na stację z łomotem wjechał pociąg. Rozległ się pisk, poleciały iskry. Buchnęła para, maszyna zatrzymała się i zamarła.
Adam szedł wzdłuż pociągu. Czuł ciepło bijące od szyn, gryzącą nozdrza siarkę.
Drzwi otworzyły się. Kiedy mijał jedne, wpadła na niego smukła, ruda kobieta. Zawstydzona przeczesała włosy; na skroni miała tatuaż słońca.
– Pan wybaczy. – Ściągnęła brwi, uniosła urękawiczoną dłoń do różowych ust. – Och, czy my się nie znamy?
– Nie sądzę.
– Nie, nie, jestem pewna, że widzieliśmy się… – Przyłożyła dłoń do ust, zamrugała.
W tym samym czasie w innego wyjścia wyskoczył wielki mężczyzna w podkoszulku. Poprawił czapkę morskiego kapitana, przerzucił przez ramię worek żeglarski i dziarskim krokiem udał się do toalety.
Adam rozpoznał w nich wyłowione kilka dni wcześniej ciała. Sprawiło to, że jeszcze mocniej zapragnął jak najprędzej znów wypłynąć na szerokie wody. Muszę odnaleźć Wiolę.
– Proszę dbać o siebie – powiedział rudowłosej kobiecie, po czym wyminął ją i ruszył za kapitanem.
Piersią niewiasty targnął dziki szloch. Nie mogła wiedzieć, dlaczego spotkanie z Adamem tak bardzo ją wzruszyło.
Zanim drzwi łazienki zamknęły się za kapitanem, Adam się za nie wślizgnął. Po drugiej stronie naturalnie nie było toalet. Znalazł się w stoczni, między wielkimi statkami, magazynami i głośnymi jak diabli warsztatami. Zapach smoły, terpentyny, spawanego metalu i znoju zawisł jak gęsta chmura.
– Przepraszam! – krzyknął Adam, pędząc przez błoto przemysłowe, próbując dogonić kapitana. – Halo, stój!
Zagłuszał go huk cięcia stali, z którym rywalizowały mewy. Ludzie w kaskach i kombinezonach gdzieś się spieszyli. Starzec musiał jakoś zdobyć łódkę. Nie wyobrażał sobie życia bez łowienia. Umarłbym z nudów. Jak marynarz w kałuży.
Kapitan zginął w chłodnym cieniu kontenerów. Adam podążył za nim i wkrótce zobaczył, jak wielki mężczyzna wspina się po trapie na statek. Na górze, zauważywszy starca, kapitan zrobił się blady niczym ściana. Zaczął coś mamrotać pod nosem.
– To ty! – rzucił nagle i podskoczył do Adama. Chwycił go za ramiona, potrząsnął. – Śniłeś mi się. Muszę… Chodź! – Pociągnął Adama do niewielkiej szalupy. Gdzieś zaskrzeczała mewa. – Wchodź! Spuszczę cię. Na dole, po tej stronie statku, jest woda. Dobry Boże, skąd żeś się tu wziął?
Śledziłem człowieka do toalety.
– Szukam córki, a po drodze zgubiłem zdrowy rozsądek.
Kapitan poprawił czapkę, skrzywił się.
– No, właź, człowieku! – Splunął za burtę. Poluzował cumy, mrucząc pod nosem: – Sam chyba zwariowałem.
Starzec, zaskoczony, wszedł do łódki z silnikiem. Kapitan, opuszczając go do wody, odchrząkiwał i, nieudolnie jak zacinający się gramofon, próbował zaśpiewać szantę. Chwilę później Adam już płynął. Stocznia malała w oczach. Próbował kierować tak, żeby jak najprędzej dotrzeć do plaży. Rozejrzał się po szalupie, zaskoczony jej rozmiarem. Była niezwykle pojemna.
Czas. Czas rozciągnął się.
Kiedy dotarł do domu, okazało się, że wracał dwa dni. Dziś przyjdą po artefakty! Zanim dopłynął do brzegu, wrzucił trzy sieci do wody. Pomyślał, że los mu sprzyja, skoro w szalupie były plecionki, jednak po dwóch godzinach oczekiwania zmienił zdanie, gdyż zaplątały się w nie jedynie glony. Do chaty wrócił wypruty z emocji i cały obolały.
Nalał do wanny gorącej wody i zanurzył ciało. Zrelaksowany, przypomniał sobie przyjacielskiego kraba na plaży. Uśmiechnął się słabo.
Po kąpieli założył schludne ubranie i zaparzył kawę. Z kubkiem wyszedł na taras, skąd spoglądał w stronę Pozszywanego. Wrócił się jeszcze po worki z artefaktami.
Z miasta po południu przyjdzie człowiek z mechanicznym osłem. Wymienią kilka zdań, Adam odda artefakty, po czym powróci stagnacja. Ale nie, to nie tak. Dostanie jeszcze prezent. Jaki tym razem? Zacisnął dłonie w pięści, poczuł w ciele uderzenia gorąca. Spróbował skupić myśli na czymś innym.
Pozszywane mieniło się kolorami, oddychało spokojnie jak podczas głębokiego snu. Plaża smużyła się od podrywanego wiatrem piasku.
Uspokajał się.
Nie zdąży wyłowić więcej trupów. Czuł w związku z tym zawód, lecz również ulgę. Musiał dać starym kościom odpocząć.
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka. Seweryn, mężczyzna w nieokreślonym wieku. Długi płaszcz, kiedyś elegancki, teraz wyblakły od soli, zamiatał piasek. Pod spodem starannie zapięta, lekko pożółkła koszula, stare garniturowe spodnie, popękane buty z krokodylowej skóry… Zaś obok szedł ogromny, mechaniczny osioł objuczony pakunkami.
– Miasto jest głodne – powiedział Seweryn, zatrzymując się przed starcem. – Pokaż, co masz.
Adam wstał, przeciągnął się, rozprostowując kości. Głęboko odetchnął powietrzem przesyconym jodem. Otworzył worki, pokazując mieniące się bursztynowe kawałki. Każdy miał w sobie smużyste, falujące nagranie przedstawiające scenę z życia. Starzec nie wiedział, czym są dokładnie, ale sądził, że to uwiecznione ludzkie doświadczenia i perspektywy. Z różnych miejsc, z różnych czasów.
Seweryn poprawił wilgotny szalik, nachylił się. Na pobrużdżonej bliznami twarzy pojawił się uśmiech.
Podszedł do osła i odpiął wiszącą z boku torbę. Wyjął z niej papierową teczkę.
– Mam nadzieję, że ci się spodobają.
Adam nie chciał przyjąć prezentu. Zrobił krok w tył, zacisnął usta. Seweryn nosił w sobie spokój głazu i nieustępliwość miasta. Nie sposób było mu się oprzeć. Kiedy starzec wziął od niego teczkę, mężczyzna objuczył osła workami pełnymi artefaktów i ruszył do Pozszywanego.
– Życzę ci, żebyś wreszcie ją odnalazł – powiedział na odchodne. – Zasłużyłeś na spokój.
Wewnątrz teczki były rysunki wykonane przez Wiolę. Przedstawiały różne sceny z życia. Adam przeglądając je, nie mógł opanować dłoni drżących jak w febrze. Na pierwszym rysunku córka klęczała. Na podłodze widniały dwie rzeczy. Cień ojca i kałuża łez.
Miał nadzieję, że kartki porwie wiatr, lecz ten całkowicie zamarł. Nawet ziarnka piasku na plaży nie drgały.
***
– Wiola zawsze zasypiała mi na ramieniu, kiedy wracaliśmy z miasta.
– …i udawała, że śpi, żebyś niósł ją aż do domu – powiedziała Grzybnia, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Grzybnia patrzyła przez Adama, jakby był przezroczysty. Starzec wiedział, że teraz, po wizycie Seweryna, nie ma sensu wypływać łódką. Nic nie znajdzie, poza glonami, a tych miał spory zapas. Mógł oddać się rozpamiętywaniu, którego tak bardzo unikał. Nie, to złe określenie. Po prostu pozwalam wypłynąć wspomnieniom.
Wiola podeszła i pociągnęła go za rękaw koszuli.
– Tata, pobaw się ze mną!
Adam odstawił na stół puszkę piwa i rozdrażniony odtrącił rękę córki, wstał i wyszedł z mieszkania.
W nocy czytał jej bajkę na dobranoc. Usnęła, z kołderką podciągniętą aż na głowę.
Podczas pięknej zimy, szykując się na spacer, popchnął Wiolę do wyjścia, kiedy nie chciała założyć beżowej, gryzącej czapki.
– Nie jesteś normalna, skoro tego nie rozumiesz – powiedział podniesionym tonem, po czym zamilkł i już do końca dnia się do dziecka nie odezwał.
Wspominając te rzeczy, płakał. Zszywanie obrazów przeszłości było bolesne, ale nie miał już sił, żeby je spychać do piwnicy umysłu. Zszywał je razem, parami, wyrządzone krzywdy rosły w jego głowie, frankensteiny ojcostwa, łagodzone pamięcią dobrych chwil, bo takie też zaistniały.
Grzybnia obserwowała Adama ze współczuciem. Widząc jego łzy, nie mogła powstrzymać swoich. Nie wiedziała, co się dzieje, nie chodziło bowiem o zwykłą empatię, a o coś znacznie głębszego. Wstała, poprawiła fuliginowy szlafrok.
– Chodź tu i się przytul.
Adam nie ruszył się. Patrzył na delikatne fale, którymi morze przeczesywało plażę. Na wydmy, falujące, leżące u stóp Pozszywanego. Patrzył na własne dłonie, stare, pomarszczone, pełne blizn. Tymi rękami trzymał Wiolę, kiedy była niemowlęciem. Tymi samymi odsuwał ją od siebie.
Podniósł się i do niej podszedł.
– Pójdziemy na spacer?
Kiedy ruszyli plażą, trzymając się za ręce, poczuł przyjemne swędzenie.
Witaj. :)
Ze spraw technicznych przy czytaniu zatrzymały mnie następujące fragmenty (poniższe sugestie oraz wątpliwości są wyłącznie do przemyślenia):
Pod osłoną nocy zdawała się ożywiać, tu pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – właśnie wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze. – czy ta (i inne – np. Patrzył na nią na przemian zły, zlękniony i zahipnotyzowany; Stare ciało coraz częściej odmawiało posłuszeństwa; Po artefakty przyjdą pojutrze. Powinien jak najlepiej wykorzystać ten czas) aliteracja jest celowa?
Chwycił linę pierwszej i zaczął ją wciągać na pokład. Podwinął rękawy koszuli, ale i tak ją pochlapał, gdy plecionka, pełna muszli i innych drobiazgów, uderzyła w drewno. Na łódce miał zawieszoną lampę. Włączył ją i w skromnym świetle pobieżnie przejrzał zdobycze. – powtórzenia?
Kiedy był w nim ostatnio? Jak wiele zmieniło się od ostatniej wizyty? – i tu?
Dom, a właściwie chata zbudowana z falistej blachy i plastików, ze szczelinami wypełnionymi mchem morskim, solą i gliną, przywitała go głuchą ciszą. Drewniana podłoga wyłożona dywanami zaskrzypiała. – taka myśl: te dywany zdumiewają. :))
Kobieta (przecinek?) odkąd pamiętała, mieszkała na plaży.
Kiedy dochodził do wielkiej (przecinek?) miedzianej bramy, Pozszywane zmalało, jakby wydłużając się do tyłu, spłaszczając, z szelestem na granicy percepcji wchłaniając własne tkanki.
Wiolo, gdzie jesteś? – mam wątpliwość, czy to wtrącenie nie powinno być np. kursywą?
Wciąż z zamkniętymi oczami (przecinek?) dotykając dłonią ściany i drzwi, szedł korytarzem, aż pod opuszkami wyczuł jeden brzuszek.
Adam nie chciał poruszać nieprzyjemnych, nie podnosił nawet tych mgliście związanych z czymś trudnym, Grzybnia bowiem przypominała wir, do którego (przecinek?) jeśli podpłynie się zbyt blisko, wciągnie z nieustępliwą siłą – pytaniami i odpowiednim podejściem wyciągając wszystko, co w nim zalega. – powtórzenie/styl?
Tu w poniższym fragmencie podobnie, jak wcześniej – to zdanie jest chyba myślą bohatera, a nie zostało tak zapisane (?):
Następnego dnia poczuł coś wilgotnego na czole. Krab odsunął się, ale uczucie wilgoci pozostało. Adam uniósł rękę, żeby zmazać coś z czoła, i poczuł rzecz niepokojąco miękką. Wypływa mi mózg.
Podrapał się tam, ale prawie nie miał czucia.
Tutaj – to samo (?):
Adam rozpoznał w nich wyłowione kilka dni wcześniej ciała. Sprawiło to, że jeszcze mocniej zapragnął jak najprędzej znów wypłynąć na szerokie wody. Muszę odnaleźć Wiolę.
Lampy gazowe roztaczały migotliwe (przecinek?) żółte światło.
A tego wytłuszczonego zdania nie rozumiem – ko je mówi i do kogo?
– To ty! – rzucił nagle i podskoczył do Adama. Chwycił go za ramiona, potrząsnął. – Śniłeś mi się. Muszę… Chodź! – Pociągnął Adama do niewielkiej szalupy. Gdzieś zaskrzeczała mewa. – Wchodź! Spuszczę cię. Na dole, po tej stronie statku, jest woda. Dobry Boże, skąd żeś się tu wziął?
Śledziłem człowieka do toalety.
– Szukam córki, a po drodze zgubiłem zdrowy rozsądek.
Wzruszający wyciskacz łez. :) Rodzice, którzy tracą dzieci, często rozpamiętują to, co przykre, wyrzucając sobie każde złe spojrzenie, karę wymierzoną za niesubordynację, złość… Zapominają, ile dobra, miłości i ciepła dali także swoim pociechom. :) Jako matka nie wyobrażam sobie większej tragedii niż utrata dziecka…
Pomysł ze światem, bohaterem oraz jego emocjami i wreszcie samym tytułem opowiadania, znaczącym tak wiele („Zszywanie obrazów przeszłości było bolesne, ale nie miał już sił, żeby je spychać do piwnicy umysłu. Zszywał je razem, parami, wyrządzone krzywdy rosły w jego głowie, frankensteiny ojcostwa, łagodzone pamięcią dobrych chwil, bo takie też zaistniały” – ileż tu jest treści!) zasługuje moim zdaniem na podwójny kliczek. :)
Ogromnie poruszyłeś mnie tą opowieścią, dziękuję. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet
Piękne i smutne, wzruszające.
Pisane pięknym językiem, gratulacje.
Pozdrawiam serdecznie :)
List wyschnął na tyle, […]. ---> to nie błąd, ale wysechł brzmi jakoś lepiej, sądzę.
Znowu stworzyłeś niesamowite ponuractwo. Co gorsza, brzmiące tak jakoś prawdopodobnie, że nie przeszkadzają te wszystkie przeskoki narracyjne i sytuacyjne, wyraźne niespójności przyczyn i skutków, no i brak choćby cienia wyjaśnienia kwestii nieboszczyków, wyławianych z wody, którzy wracają do świata żywych – ale czy do prawdziwego świata? Koncepcja Pozszywanego bardzo interesująca i lekko przerażająca też… Ale ani temu, ani niczemu innemu nie dziwiłem się, wszak wiem, kto to pisał…
Pozdrawiam i lecę na górę…
Wielowymiarowe miasto wspomnień, istniejące poza czasem, surrealistycznie piękne i przerażające, gdzie można spotkać samego siebie. Świetne, poruszające opowiadanie. Polcecam do biblioteki.
bruce, miło Cię widzieć. Dziękuję za dobre słowo i listę rzeczy do poprawy. Bardzo się cieszę, że Ci się opowiadanie spodobało. :-) I że było dla Ciebie poruszające. Poprawki wprowadzone, poza niektórymi sugestiami przecinków, np z tymi lampami gazowymi – tam przecinki są zbędne, o ile dobrze rozumiem. :-) Dzięki za czujność, resztę przecinków poprawiłem, trochę wstyd, że coś mi się zaplątało. 

Teo Max, cześć! Dzięki za wizytę. Super, że przyoadło Ci do gustu. :-)
AdamieKB, dzięki za wizytę i komentarz. Piszę na prywatnym do Ciebie. :-)
kronosie.maximusie, hej! Miło mi, że opowiadanie przypadło Tobie do gustu. Z opowiadaniami jest tak, że niektóre traktuje się bardziej osobiście, trochę jak własne dziecko. Bo są jakby bardziej z trzewi pisane i wydają się jakoś ważne. Tak miałem z tym opowiadaniem i poprzednim – Pragmą. :-)
Pozdrawiam Was serdecznie!
Wzajemnie, dziękuję, Prosiaczku. 
Powodzenia przy nominacjach, trzymam kciuki za Piórko. 
Pecunia non olet
Serwus,
Fajne opowiadanie. Ciekawy pomysł, wciągająca fabuła i sprawne wykonanie. Szkoda, że nie jest dłuższe, bo jest tu spory potencjał. Myślę też, że trochę ułatwiłoby to czytanie, ponieważ w obecnej formie tekst jest dla mnie momentami lekko chaotyczny. Rozumiem jednak, że to kompromis, dłuższa forma miałaby mniej czytelników, stąd być może samoograniczenie długości.
Ogólnie mi się podobało.
Klikam i pozdrawiam
rr
Robercie Raks, dzięki za wizytę! Trudno mi tę kwestię jednoznacznie ocenić, to bardzo subiektywne, ale przyznam, że miałem zamysł, aby tekst był dłuższy. Ostatecznie uznałem, że taki – średniej długości – będzie nieprzegadany i zarazem wystarczająco nasycony, aby stać nastrojem. :-)
Serdecznie pozdrawiam.