Wieczorami woda szemrała, obleczona woalem mgiełki marszczyła się i drżała, momentami bulgotała głośno niemal jak we włączonym czajniku. Pod osłoną nocy zdawała się ożywać, tu pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze.
Teraz zaczynał odczuwać rosnące znużenie. Chwyt starych, zgrabiałych dłoni rozluźnił się na wiośle. Rozejrzał się, próbując wymrugać kontury otaczającego go świata. Po lewej stronie widoczny był brzeg, światełko jego domu oraz z tej perspektywy drapieżnie nachylone nad nim Pozszywane. Po prawej majaczyła linia oddzielająca wodę od nieznacznie jaśniejszego nieba. Niektórzy mówili, że to jezioro. Inni twierdzili, że mieszkają nad oceanem.
Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei. Adam obserwował, jak prędko niknie w odmętach. Zastanawiał się, dlaczego wypłynął w nocy. Przecież nie musiał tego robić, w ostatnich dniach zebrał obfity połów: sześć kilogramów artefaktów, buty, które po osuszeniu będą jeszcze zdatne, oraz tygodniowy zapas wodorostów. Fakt, czas obfitości się kurczył, ale na połów równie dobrze mógł wypływać w dzień. Z Pozszywanego po towar przyjdą za osiem dni. Do tego momentu obłowi się jeszcze bardziej. Z pewnością będą zadowoleni. Mimo to na samą myśl o spotkaniu z tymi dziwnymi postaciami zadrżał.
W wodzie znajdowały się teraz dwie sieci. Chwycił linę pierwszej i zaczął ją wciągać na pokład. Podwinął rękawy koszuli, ale i tak została pochlapana, gdy plecionka, pełna muszli i innych drobiazgów, uderzyła w drewno. Na łódce miał zawieszoną lampę. Włączył ją i w skromnym świetle pobieżnie przejrzał zdobycze. Pod przeczesującymi głębinowe treści palcami grzechotała chityna, błysnęło kilka monet, przemknęły żyjątka.
Ściągnął nici i położył skarby na dziobie, żeby było miejsce na to, co znajdzie w drugiej sieci. Gdy szarpnął linę, mięśnie przedramion napięły się jak postronki. Przez chwilę sądził, że się o coś zaplątała, lecz prędko zrozumiał, iż powodem jest ciężar łupu. Z pewnością nie była to ryba, ponieważ nie musiał z liną walczyć. Wiedział już, czego się spodziewać. Zaparł się o burtę nogami i odchylił do tyłu grzbiet. Poczuł rwący ból, ale go zignorował. Wzmocnił chwyt i ciągnął, a obok rósł zwój liny.
Najtrudniejszym etapem było wciągnięcie sieci, kiedy ta znalazła się tuż nad wodą. Wreszcie rozległ się łomot, łódka zakołysała się, wpuszczając do środka więcej wody. Adam przechylił się, oparł dłonie na czymś dużym, miękkim i śliskim, i poleciał do przodu, prawie wypadając za burtę.
Zaczął szukać głowy, bo już wiedział, co wyłowił. Blade, opuchnięte, pod dotykiem mlaszczące ciało musiało należeć do kobiety. Pomimo zniekształconych rysów twarzy Adam zdołał szybko ocenić, że będzie musiał zawieźć je na przeciwległy brzeg. Zamiast tego, czując ogromny zawód, wsunął pod jej barki i nogi swe roztrzęsione ramiona i ze stęknięciem wyrzucił trupa z powrotem w objęcia toni.
To nie ona.
Żwir na plaży zachrzęścił, kiedy łódka dobiła do brzegu. Dom, a właściwie chata zbudowana z falistej blachy i plastików, ze szczelinami wypełnionymi mchem morskim, solą i gliną, przywitała go głuchą ciszą. Z pełną siecią przerzuconą przez ramię wszedł do środka. Drewniana podłoga wyłożona dywanami zaskrzypiała. Przez chwilę stał i mruczał, po czym zostawiwszy łup, wyszedł na zewnątrz, gdzie zdjął mokre ubranie. Wyżął z wody koszulę i spodnie, przewiesił je przez linę biegnącą od chaty do samotnej palmy. Splunął, jakby rzucał wyzwanie wodzie. Patrzył na nią na przemian zły, zlękniony i zahipnotyzowany.
Potem odwrócił się do Pozszywanego. Z odległości jednego lub kilku kilometrów – nie potrafił tego dokładnie ocenić – setką ślepi łypało na niego nieodgadnione miasto. Kiedy był w nim ostatnio? Jak wiele zmieniło się od poprzedniej wizyty? Pozszywane przypominało kolonię pączkujących grzybów kapeluszowych, skomplikowane origami, czasami obraz soczewkowy, bo tak zdawała się zmieniać podczas ruchu percepcja obserwatora. Miasto zdawało się zarazem zbliżać i oddalać. Rozkwitało i obumierało. Oddychało ciężkim powietrzem, pławiło się w kwaśnym deszczu.
Adam otrząsnął się i spojrzał w drugą stronę. Plaża ciągnęła się łukiem setki metrów. Dostrzegł ognisko, z tej odległości wielkości kciuka. Przypomniało mu o jutrzejszym spotkaniu z Grzybnią.
***
Chata składała się z jednego wielkiego pomieszczenia. Przez umieszczone w dachu okna z falistego szkła wpadało światło identycznego jak zawsze poranka. W kącie leżała drewniana lalka. Wiola wszędzie z nią chodziła. Chatę wypełniało mnóstwo przedmiotów, na przestrzeni lat wyłowionych z szarej toni. Worek zaśniedziałych monet, zegarek chodzący do przodu tylko pod wodą, dzwonek owinięty rybią skórą. Skomplikowana proteza ręki, walizka pełna suchych liści, pęk zardzewiałych kluczy. Starodawny aparat fotograficzny, butelka z miniaturowym sztormem w środku. Jak nóż skrobiący rybę, światło dnia wyłuskiwało je z ciemności.
Automatyczny ekspres zmącił ciszę o szóstej rano. Rozległ się dźwięk mielonych ziaren, drżenie plastiku, zachlupotało i powietrze przesycił aromat kawy. Starzec wyplątał zmęczone ciało z barłogu, przetarł oczy – przypominały nieśmiało wyglądające z muszelek ślimaki – i poczłapał do wielkiego kubka. Spojrzał na plecionkę nabrzmiałą wczorajszymi skarbami. Przez moment chciał ją rozsupłać i przejrzeć zdobycze, ale porzucił zamiar, przypomniawszy sobie wyrzucone za burtę ciało.
Minął kasetę VHS z poplątaną taśmą, zrobił krok nad dziecięcym rowerkiem obrośniętym małżami, i wyszedł na zewnątrz. Stalowoszare niebo stężało. Kwaśne powietrze zwiastowało deszcz. Adam zamrugał, przypominając sobie dżdżysty dzień, podczas którego wraz z Wiolą w gumowanych płaszczach, trzymając się za ręce, spacerowali przez miasto. Oczy ośmiolatki błyszczały ekscytacją, wszystko było dla niej wielkie, nieznane i magiczne. Wzdychała, jakby chciała w płucach pomieścić całą niezwykłość świata. Gdy Adam wskazał ręką tęczę, mówiąc, że tam deszcz się kończy, a pogodna pani sprzedaje wielką watę cukrową, Wiola uśmiechnęła się szeroko i mocniej pociągnęła go za rękę. Powiedziała „Chodź, Kapelusiku!”. Bo często nosił kapelusz.
Teraz zarzucił wysłużony prochowiec i ruszył plażą na spotkanie z Grzybnią.
Stado krabów przemknęło na żer w głąb plaży. Wydmy, zazwyczaj głośne śpiewem cykad, ucichły.
Grzybnia, kobieta o twarzy pomarszczonej jak suszona morela, przywitała go serdecznym uśmiechem. Siedziała na zydlu przy wygasłym ognisku. Adam zajął miejsce naprzeciwko. Pogładził brodę, zastanawiając się, od czego zacząć rozmowę. Grzybnię poznał niecałe pół roku temu. W tym czasie odbyli zaledwie kilka spotkań, lecz miał wrażenie, że zna ją od lat. Kobieta, odkąd pamiętała, mieszkała na plaży. Plaża, według jej słów, była ogromna, a ona co pewien czas wyruszała na poszukiwania nowego domu.
– Jak ci idzie połów? – zaczęła. – Jesteś gotowy na przyjście?
Potwierdził skinieniem, przypominając sobie stos artefaktów pod ścianą w chacie.
– Myślę, że będą zadowoleni.
– Kiedy się pojawią?
– Za siedem dni. – Zadrżał.
Grzybnia w ciekawości przechyliła głowę na bok.
– Boisz się ich?
Adam milczał. Niebo chmurzyło się.
– Za każdym razem, kiedy przychodzą – powiedział wreszcie – przynoszą mi prezenty.
– Prezenty? – zdziwiła się kobieta.
– Tak je nazywam.
– Nie rozumiem. Ludzie się cieszą z prezentów.
– Ale ja ich nie chcę. Czasami myślę, że w ten sposób się nade mną znęcają.
– Co masz na myśli?
– Chyba będzie padać.
Zacmokała.
– Zastanawiałeś się, kim są? Po co tak naprawdę przychodzą? Znasz ich zamiary?
Adam spojrzał jej w oczy.
– Są wysłannikami Pozszywanego – odpowiedź przyszła automatycznie. – Przychodzą po artefakty. Potrzebują artefaktów jako waluty.
Jej ciałem wstrząsnął tak mocny śmiech, że aż zagrzechotały koraliki na szyi oraz bransoletki na cienkich przegubach.
– Tak ci powiedzieli. Tak pamiętasz. Ale zastanawiałeś się, czym tak naprawdę jest Pozszywane?
Adam wzruszył ramionami.
Grzybnia westchnęła.
– Poznałam cię trochę. Jesteś dobrym człowiekiem. Czasami mam wrażenie, że cię skądś znam.
Adam poczuł zbierające się łzy. Zacisnął zęby.
– Wiem, że chciałbyś uniknąć pewnych rzeczy, ale masz prawo znów odwiedzić miasto.
Wzmógł się wiatr. Kraby zakopały się w piasku.
– Czym więc jest Pozszywane?
Spadł deszcz.
– Och, to przecież oczywiste. Wielowymiarowym organizmem.
***
Pozszywane z każdą minutą drogi rosło. Zdawało się zmieniać geometrię, jego fragmenty przypominały Butelkę Kleina, Wstęgę Möbiusa, zwariowane geometrie płatały mózgowi figle. Adam skrzywił się przesadnie i pogroził miastu palcem, niby drocząc się z niesfornym dzieckiem. Kiedy dochodził do wielkiej miedzianej bramy, Pozszywane zmalało, jakby wydłużając się do tyłu, spłaszczając, z szelestem na granicy percepcji wchłaniając własne tkanki.
Starzec przypomniał sobie ostatnią wizytę w mieście. Przemierzał przestrzenie z różnych epok i części świata. Miasto było ich patchworkiem, pochłaniało światy, stale się rozrastając; zawsze znajdowało się w trakcie narodzin, niczym niemowlę – komórki pączkowały, różnicowały się – mgliście świadome własnego istnienia.
Wiolu, gdzie jesteś?
Teraz Adam przeszedł bramą i znalazł się na dworcu kolejowym z belle époque, przestronnym, o szklanym dachu, pod którym gruchotały gołębie. Na peronie stał pociąg. Taszcząc walizki, przyciskając do piersi teczki, wsiadali do niego pasażerowie, ludzie z tej oraz innych epok. Niektórzy siedzieli na drewnianych ławkach, inni gorączkowo szukali toalety, jakiś pijak tkwił pod ścianą z popękanych i ukruszonych płytek.
Adam pamiętał, jak jechali z Wiolą pociągiem, dużo nowocześniejszym, kołysani w prywatnym przedziale. Dziewczynka zasnęła, na policzkach niknęły ślady po łzach.
Teraz podchodził do ludzi i pokazywał zdjęcie kobiety. Nikt jej nie znał, nikt nie kojarzył. Twarze przypominały maski, obleczone wątłym światłem kinkietów pociągu, gdy Adam szedł wąskim korytarzem przez zastygły dym papierosowy.
Maszynista krzyknął, zagwizdał, więc Adam wybiegł z pociągu. Gdzie znalazłby się, gdyby w nim został? Maszyna syknęła, rzygnęła kłębami dymu, ze stukotem potoczyła się w świat.
Starzec nagabywał każdego, raz prawie dostał w zęby. Podsuwał zdjęcie pod same oczy, pragnął ujrzeć w nich błysk rozpoznania; mętne spojrzenie pijusa wyostrzyło się, patykowate ramię wskazało kierunek.
– Tam poszła – wymamrotał, oblizując wargi. – Potem pierwsza winda i drzwi numer sześć.
Adam zapamiętał pijackie instrukcje. Wiedział, że kiedy przejdzie dalej, trafi w zupełnie inne miejsce. Rzeczywiście, parę minut później, przekroczywszy szew miasta, znalazł się na dachu drapacza chmur, z metropolią migoczącą niczym klejnoty u stóp.
Zaczął schodzić drabiną na najwyższe piętro. Stare ciało coraz częściej odmawiało posłuszeństwa. Nie trafił nogą w jeden z ostatnich szczebli i spadł na ziemię, uderzając barkiem. Wstał, otrzepał się i rozciągnął zwłókniałe mięśnie. Odezwał się ból pleców, na tyle silny, że sięgnął do kieszeni po tabletkę.
Wybrał odpowiednią windę, z której trafił na korytarz utraconych mieszkań. Zdawał się nieskończenie długi. Adam potarł sztywną brodę i na nogach jak z waty ostrożnie ruszył przed siebie, przez zapach kurzu, wilgoci i obiadu. Jarzeniówki dawały ciepłe światło. Miodowa farba łuszczyła się, odchodziła od ściany. Na podłodze leżały papierki po cukierkach, chusteczki, ukruszony tynk. Jakaś kobieta wyszła z mieszkania, zamiotła to wszystko, wraz z pajęczyną, na kupkę pod przeciwległe drzwi, po czym wróciła do siebie. Zza niektórych wejść dobiegały stłumione dźwięki – grający telewizor, płacz dziecka, szuranie kapci.
Mieszkania ponumerowano chaotycznie. Pierwsze. Ósme. Czwarte. Trzydzieste drugie. Adam mijał drzwi z sercem na ramieniu.
Postanowił skorzystać z okazji, widząc, że te z numerem osiemdziesiąt są uchylone. Zapukał, ale nikt nie odpowiedział. Zajrzał do środka. Na lodówce, przyczepione magnesem, wisiały dziecięce rysunki. Na kuchence w garnku bulgotała zupa. Nagle rozległ się łomot, jakby ktoś przewrócił stół, i z mieszkania wybiegł mężczyzna. Adam ledwo zdążył się odsunąć. Pierwszym, co zauważył, były przypominające dżdżownice wąsy. Spocony, z rozchełstaną koszulą, ciągnąc za sobą alkoholowe opary, nawet starca nie zauważył. W furii przeklinał, uderzał w ścianę i mijane drzwi.
– Kapelusiku! – dobiegło z wnętrza. A potem rozległ się szloch.
Oparty o ścianę, Adam zamknął oczy. Mocno zacisnął powieki, żeby stłumić wspomnienia. Jarzeniówki zamigotały, część zgasła. Pojawił się jego cień, wydłużony tak bardzo, że zajął podłogę, ścianę oraz sufit.
– Nie znam cię – szeptał Adam – nie znam cię. Nie chcę cię znać!
Wciąż z zamkniętymi oczami, dotykając dłonią ściany i drzwi, szedł korytarzem, aż pod opuszkami wyczuł jeden brzuszek.
Wreszcie odszukał drzwi numer sześć.
Nie prowadziły do żadnego mieszkania.
Przekroczył szew i pod stopą pękła muszelka. Owionęło go świeże powietrze.
Znów znalazł się na plaży.
***
Następnego dnia wyłowił dwa ciała. Żadne nie było tym właściwym, więc popłynął na przeciwległy brzeg, gdzie wyrzucił je na piasek. Smukła kobieta w sukni ślubnej wyglądała, jakby wyszła spod prysznica, a nie utonęła. Kolia na dekolcie wciąż skrzyła. Śliczna buzia stężała w lekkim uśmiechu. Na skroni, odgarnąwszy rude włosy niewiasty, zauważył tatuaż słońca. Drugie ciało należało do zwalistego mężczyzny. Wyławiając go, Adam początkowo sądził, że złapał wielkiego suma. Podkoszulek i spodenki, opięte niczym flak na kiełbasie, stanowiły jedyne elementy ubioru. Wyglądał jak pracownik portowy, który przyszedł do pracy pod wpływem pijanego zachwytu i niechcący wpadł do morza.
W chacie wrzucił do kotła z gotującą się wodą glony, po czym zaczął przeglądać wyłowione przedwczoraj przedmioty. Artefakty odkładał do worków, resztę rzeczy rozdzielał na dwie kupki – do wyrzucenia i do zostawienia. Tych pierwszych było znacznie więcej. Rupiecie. Pogniecione, rozpadające się w palcach, śmierdzące czymś gorszym niż śmierć. Znalazł jednak też kilka perełek. I tak na drugą kupkę odłożył zaśniedziałą osiemdziesiątkę długości palca, paczkę z balonami do nadmuchania, piórnik szkolny… Kopertę otworzył bardzo ostrożnie, żeby jej nie podrzeć; ciągnęła się w palcach jak guma do żucia. W środku znalazł list. Powiesił go na lince nad grzejnikiem, gdyż w obecnym stanie nie nadawał się do rozłożenia.
Skarby schował w specjalnej skrzyni. Śmieci wrzucił do kominka, teraz zimnego, ale przydadzą się wieczorem.
Glony były prawie gotowe. Wyłączył ogień, doprawił jedzenie przyprawami, wymieszał chochlą i zostawił jeszcze na chwilę. W chacie przegryzły się zapachy soli, ziemi, jodu, starości i zapomnienia. Posiłek zjadł, mając pustkę w głowie. Przed spotkaniem z Grzybnią kilka razy beknął i wyłuskał z brody zielone nitki. Założył znów prochowiec. Najelegantszy strój, jaki posiadał. Wyłowione wcześniej buty okazały się pasować idealnie.
– Wyłowiłem dwa ciała – powiedział, nie wiedząc, od czego zacząć.
Siedzieli na fotelach z wielkich białych muszli. Stara kobieta paliła fajkę. Opatulona fuliginowym szlafrokiem, troskliwie patrzyła na Adama. Słysząc jego słowa, uniosła brwi, zacmokała.
– Ładnie. Pracowity jesteś, Kapelusiku.
Adam zesztywniał, nie odpowiedział. To słowo – kapelusiku – coś w nim poruszyło.
– Rozumiem, że to nie ona – powiedziała Grzybnia. Nachyliła się ku niemu, poczuł na kolanie jej upierścienioną dłoń. – Jesteś pewien, że umarła?
Zastanowił się.
– Czasem tak, i wtedy mam nadzieję ją wyłowić. Innym razem wierzę, że wciąż żyje. I jest gdzieś w Pozszywanym.
– Widziałeś jej śmierć?
– Nie.
– Skąd zatem wiesz?
– Sam nie wiem… Przepraszam, nie chcę o tym mówić.
Grzybnia zabrała dłoń, z powrotem usiadła w pozycji półleżącej. Wiatr zamarł, na chwilę zniknęła za dymem z fajki.
Adam uciekł spojrzeniem w bok. Żłobił piętą dziurę w piasku. Bardzo pragnął znów spotkać córkę. Ale potrzebował też kogoś, do kogo mógł się odezwać. Kogoś, kto przyjmie jego słowa.
Rozejrzał się. Na piasku widniało sporo śladów stóp. Kawałek dalej leżała czapka, mokasyny… Już wcześniej zauważył, że nie jest jedynym gościem Grzybni. Czasami w dni, kiedy powietrze było czyste, ze swojej chaty widział ją w czyimś towarzystwie. Bywało, że wiatr wiał w jego stronę, niosąc ich słowa, pielęgnując zazdrość Adama.
– Całe życie skupiałam się na sobie – powiedziała, widząc, na co Adam patrzy. – Teraz chciałabym innym dać coś od siebie.
Fuliginowy szlafrok poruszył się, kobieta wstała i poszła do chaty. Został sam. Woda cicho szumiała, na wydmach koncertowały cykady. Z oskrzeli dobiegał szmer.
– To dla ciebie. – Grzybnia szła w jego kierunku, trzymając w ręku jakiś przedmiot. Krewetki na talerzyku z macicy perłowej. – Nie samymi glonami i rybami człowiek żyje.
– Dziękuję. – Wziął owoc morza do ust, rozgryzł miękkie ciało. Zamyślił się. – Odwiedziłem Pozszywane. Nie mogłem jej znaleźć. Pytałem ludzi, lecz nikt Wioli nie rozpoznał. Był tam taki pijany człowiek. – Krewetkę trzymał w palcach uniesionej dłoni, tłuszcz spływał do rękawa, niewidoczny dla szarych oczu; oderwał spojrzenie od wody, zerknął na piasek, na Grzybnię, na macicę perłową, iryzującą, przypominającą tęczę, w kierunku której wiele lat temu szedł za rękę z małą dziewczynką. – Może źle go zrozumiałem?
Później rozmawiali na neutralne tematy. Adam nie chciał poruszać nieprzyjemnych, nie podnosił nawet tych mgliście związanych z czymś trudnym, Grzybnia bowiem przypominała wir, do którego jeśli podpłynie się zbyt blisko, wciągnie z nieustępliwą siłą – pytaniami i odpowiednim podejściem wydobywając wszystko, co w nim zalega. W końcu podziękował za gościnę i ruszył z powrotem do siebie.
Za sześć dni przyjdą po artefakty. Miał coraz mniej czasu. Kiedy zbliżało się spotkanie, woda oddawała coraz więcej rzeczy. Później, gdy zabierali artefakty i wracali do Pozszywanego, następował okres posuchy, w sieci prawie nic się nie zaplątywało. Wiedział, że pomimo zmęczenia musi popłynąć na łowy.
***
List wysechł na tyle, że Adam mógł go otworzyć, nie uszkadzając papieru. Podszedł do okna i w szarym świetle wczytał się w rozmokłe litery.
Tato, jest tu strasznie zimno. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze.
Tęsknię.
Rozległy się intensywniejsze niż zwykle szelesty, chrobotanie i plusk, po czym Adam wskoczył do środka i z całej siły odepchnął się wiosłem, prędko opuszczając płycizny. Na głębinach wyrzucił za burtę pięć sieci wokół łódki.
Wyłowił tyle samo ciał. Pięć cholernych, niemających żadnego znaczenia zwłok. Gejszę z częściowo rozmazanym makijażem oraz ze szramą na brzuchu. Modnie ubranego eleganckiego mężczyznę; dostojności nie odebrała mu nawet śmierć. Wytatuowanego mnicha w przypominającym drugą skórę habicie… Nie interesowały go ani te, ani dwa pozostałe ciała. Bardziej niż wysiłkiem, znużony nagłym opadnięciem emocji, które zalewały go za każdym razem, kiedy wyciągał ciężką sieć z trupem, popłynął na drugi brzeg.
Tylko że wcale tak nie zrobił. Chciał, ale zamiast tego zarzucił sieci raz jeszcze i wyłowił trzy kolejne nieboszczyki. Dotykał je po twarzach, z nadzieją, że jeśli nie oczami, to pod palcami wyczuje Wiolę. Opuszkami coraz nachalniej gładził, macał, naciskał paskudne oblicza.
Zmęczony, roztrzęsiony, wściekły, zaczął pięściami uderzać w miękkie ciała. Coś w nich chlupotało, jakby limfa próbowała uciec przed kolejnymi ciosami. Szarpał je, rozrywał ubrania, żłobił paznokciami żałosne tkanki, a lampa bujała się, tworząc we mgle dziwaczne cienie. Pod ciężarem zwłok łódka przechyliła się, przez burtę powoli wlewała się zimna woda, a potem gwałtownie wdarła się do niej, zabulgotało i wszystko poszło na dno.
***
Woda leniwie podmywała piasek. Obudził się na plaży. Przez długi czas nie wstawał. Leżał na brzuchu, z nadzieją, że ziemia go wchłonie. Jakiś ptak podszedł, skubnął nogawkę, zaskrzeczał i odleciał. Wiatr całkiem zamarł.
Ujrzał szczypce, malutkie oczy – lornetki – oraz falujące czułki. Krab albo wyczuwał zapach jedzenia, albo oceniał niebezpieczeństwo. Rozległ się cichutki szelest, jakby piasek przesypywał się w klepsydrze, gdy zwierzę do połowy się zakopało. Wystawały jedynie szczypce i lornetki, bacznie go obserwujące z odległości niespełna pół metra.
Łódka zatonęła, pomyślał ze znużeniem Adam.
Przysnął.
Krab zbliżył się i wyciągnął mu z brody krewetkę.
Obudził się w nocy. Księżyc dawał niewiele światła, ale krab wciąż tam był.
Zamknął oczy, sen wciągnął go niczym wir.
Koszmar wypluł Adama spoconego. Stare ciało powinno umrzeć.
Następnego dnia poczuł coś wilgotnego na czole. Krab odsunął się, ale uczucie wilgoci pozostało. Adam uniósł rękę, żeby zmazać coś z czoła, i poczuł rzecz niepokojąco miękką. Wypływa mi mózg.
Podrapał się tam, ale prawie nie miał czucia.
I śmierdzi jak cholera.
Mózg drgnął, Adam zerwał się z piasku.
Okazało się, że to ryba.
– Dzięki, przyjacielu – wymamrotał po chwili, zerkając na kraba.
Wstał, rozejrzał się półprzytomnie. Zamknął oczy, zbierając myśli. „Tato, jest tu strasznie zimno”. Łódka. Muszę kupić nową. Nie dość, że zatopił ją, to jeszcze zmarnował trzy dni na plaży. Po artefakty przyjdą niedługo. Powinien jak najlepiej wykorzystać ten czas.
Wstał i udał się do chaty. Przebrał się w niej, zapakował do plecaka butelki z wodą i przekąski, po czym ruszył do Pozszywanego.
Wiszący na środku stacji zegar secesyjny wybił północ. Lampy gazowe roztaczały migotliwe żółte światło. Na ich kloszach, łukach hali dworcowej i tablicach informacyjnych osiadała sadza. Po peronie przebiegły szczury, wyczuwając drgania, które wypełniły przestrzeń, tuż zanim na stację z łomotem wjechał pociąg. Rozległ się pisk, poleciały iskry. Buchnęła para, maszyna zatrzymała się i zamarła.
Adam szedł wzdłuż pociągu. Czuł ciepło bijące od szyn, gryzącą nozdrza siarkę.
Drzwi otworzyły się. Kiedy mijał jedne, wpadła na niego smukła, ruda kobieta. Zawstydzona przeczesała włosy; na skroni miała tatuaż słońca.
– Pan wybaczy. – Ściągnęła brwi, uniosła urękawiczoną dłoń do różowych ust. – Och, czy my się nie znamy?
– Nie sądzę.
– Nie, nie, jestem pewna, że widzieliśmy się… – Przyłożyła dłoń do ust, zamrugała.
W tym samym czasie w innego wyjścia wyskoczył wielki mężczyzna w podkoszulku. Poprawił czapkę morskiego kapitana, przerzucił przez ramię worek żeglarski i dziarskim krokiem udał się do toalety.
Adam rozpoznał w nich wyłowione kilka dni wcześniej ciała. Sprawiło to, że jeszcze mocniej zapragnął jak najprędzej znów wypłynąć na szerokie wody. Muszę odnaleźć Wiolę.
– Proszę dbać o siebie – powiedział rudowłosej kobiecie, po czym wyminął ją i ruszył za kapitanem.
Piersią niewiasty targnął dziki szloch. Nie mogła wiedzieć, dlaczego spotkanie z Adamem tak bardzo ją wzruszyło.
Zanim drzwi łazienki zamknęły się za kapitanem, Adam się za nie wślizgnął. Po drugiej stronie naturalnie nie było toalet. Znalazł się w stoczni, między wielkimi statkami, magazynami i głośnymi jak diabli warsztatami. Zapach smoły, terpentyny, spawanego metalu i znoju zawisł jak gęsta chmura.
– Przepraszam! – krzyknął Adam, pędząc przez błoto przemysłowe, próbując dogonić kapitana. – Halo, stój!
Zagłuszał go huk cięcia stali, z którym rywalizowały mewy. Ludzie w kaskach i kombinezonach gdzieś się spieszyli. Starzec musiał jakoś zdobyć łódkę. Nie wyobrażał sobie życia bez łowienia. Umarłbym z nudów. Jak marynarz w kałuży.
Kapitan zginął w chłodnym cieniu kontenerów. Adam podążył za nim i wkrótce zobaczył, jak wielki mężczyzna wspina się po trapie na statek. Na górze, zauważywszy starca, kapitan zrobił się blady niczym ściana. Zaczął coś mamrotać pod nosem.
– To ty! – rzucił nagle i podskoczył do Adama. Chwycił go za ramiona, potrząsnął. – Śniłeś mi się. Muszę… Chodź! – Pociągnął Adama do niewielkiej szalupy. Gdzieś zaskrzeczała mewa. – Wchodź! Spuszczę cię. Na dole, po tej stronie statku, jest woda. Dobry Boże, skąd żeś się tu wziął?
Śledziłem człowieka do toalety.
– Szukam córki, a po drodze zgubiłem zdrowy rozsądek.
Kapitan poprawił czapkę, skrzywił się.
– No, właź, człowieku! – Splunął za burtę. Poluzował cumy, mrucząc pod nosem: – Sam chyba zwariowałem.
Starzec, zaskoczony, wszedł do łódki z silnikiem. Kapitan, opuszczając go do wody, odchrząkiwał i, nieudolnie jak zacinający się gramofon, próbował zaśpiewać szantę. Chwilę później Adam już płynął. Stocznia malała w oczach. Próbował kierować tak, żeby jak najprędzej dotrzeć do plaży. Rozejrzał się po szalupie, zaskoczony jej rozmiarem. Była niezwykle pojemna.
Czas. Czas rozciągnął się.
Kiedy dotarł do domu, okazało się, że wracał dwa dni. Dziś przyjdą po artefakty! Zanim dopłynął do brzegu, wrzucił trzy sieci do wody. Pomyślał, że los mu sprzyja, skoro w szalupie były plecionki, jednak po dwóch godzinach oczekiwania zmienił zdanie, gdyż zaplątały się w nie jedynie glony. Do chaty wrócił wypruty z emocji i cały obolały.
Nalał do wanny gorącej wody i zanurzył ciało. Zrelaksowany, przypomniał sobie przyjacielskiego kraba na plaży. Uśmiechnął się słabo.
Po kąpieli założył schludne ubranie i zaparzył kawę. Z kubkiem wyszedł na taras, skąd spoglądał w stronę Pozszywanego. Wrócił się jeszcze po worki z artefaktami.
Z miasta po południu przyjdzie człowiek z mechanicznym osłem. Wymienią kilka zdań, Adam odda artefakty, po czym powróci stagnacja. Ale nie, to nie tak. Dostanie jeszcze prezent. Jaki tym razem? Zacisnął dłonie w pięści, poczuł w ciele uderzenia gorąca. Spróbował skupić myśli na czymś innym.
Pozszywane mieniło się kolorami, oddychało spokojnie jak podczas głębokiego snu. Plaża smużyła się od podrywanego wiatrem piasku.
Uspokajał się.
Nie zdąży wyłowić więcej trupów. Czuł w związku z tym zawód, lecz również ulgę. Musiał dać starym kościom odpocząć.
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka. Seweryn, mężczyzna w nieokreślonym wieku. Długi płaszcz, kiedyś elegancki, teraz wyblakły od soli, zamiatał piasek. Pod spodem starannie zapięta, lekko pożółkła koszula, stare garniturowe spodnie, popękane buty z krokodylowej skóry… Zaś obok szedł ogromny, mechaniczny osioł objuczony pakunkami.
– Miasto jest głodne – powiedział Seweryn, zatrzymując się przed starcem. – Pokaż, co masz.
Adam wstał, przeciągnął się, rozprostowując kości. Głęboko odetchnął powietrzem przesyconym jodem. Otworzył worki, pokazując mieniące się bursztynowe kawałki. Każdy miał w sobie smużyste, falujące nagranie przedstawiające scenę z życia. Starzec nie wiedział, czym są dokładnie, ale sądził, że to uwiecznione ludzkie doświadczenia i perspektywy. Z różnych miejsc, z różnych czasów.
Seweryn poprawił wilgotny szalik, nachylił się. Na pobrużdżonej bliznami twarzy pojawił się uśmiech.
Podszedł do osła i odpiął wiszącą z boku torbę. Wyjął z niej papierową teczkę.
– Mam nadzieję, że ci się spodobają.
Adam nie chciał przyjąć prezentu. Zrobił krok w tył, zacisnął usta. Seweryn nosił w sobie spokój głazu i nieustępliwość miasta. Nie sposób było mu się oprzeć. Kiedy starzec wziął od niego teczkę, mężczyzna objuczył osła workami pełnymi artefaktów i ruszył do Pozszywanego.
– Życzę ci, żebyś wreszcie ją odnalazł – powiedział na odchodne. – Zasłużyłeś na spokój.
Wewnątrz teczki były rysunki wykonane przez Wiolę. Przedstawiały różne sceny z życia. Adam przeglądając je, nie mógł opanować dłoni drżących jak w febrze. Na pierwszym rysunku córka klęczała. Na podłodze widniały dwie rzeczy. Cień ojca i kałuża łez.
Miał nadzieję, że kartki porwie wiatr, lecz ten całkowicie zamarł. Nawet ziarnka piasku na plaży nie drgały.
***
– Wiola zawsze zasypiała mi na ramieniu, kiedy wracaliśmy z miasta.
– …i udawała, że śpi, żebyś niósł ją aż do domu – powiedziała Grzybnia, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Grzybnia patrzyła przez Adama, jakby był przezroczysty. Starzec wiedział, że teraz, po wizycie Seweryna, nie ma sensu wypływać łódką. Nic nie znajdzie, poza glonami, a tych miał spory zapas. Mógł oddać się rozpamiętywaniu, którego tak bardzo unikał. Nie, to złe określenie. Po prostu pozwalam wypłynąć wspomnieniom.
Wiola podeszła i pociągnęła go za rękaw koszuli.
– Tata, pobaw się ze mną!
Adam odstawił na stół puszkę piwa i rozdrażniony odtrącił rękę córki, wstał i wyszedł z mieszkania.
W nocy czytał jej bajkę na dobranoc. Usnęła, z kołderką podciągniętą aż na głowę.
Podczas pięknej zimy, szykując się na spacer, popchnął Wiolę do wyjścia, kiedy nie chciała założyć beżowej, gryzącej czapki.
– Nie jesteś normalna, skoro tego nie rozumiesz – powiedział podniesionym tonem, po czym zamilkł i już do końca dnia się do dziecka nie odezwał.
Wspominając te rzeczy, płakał. Zszywanie obrazów przeszłości było bolesne, ale nie miał już sił, żeby je spychać do piwnicy umysłu. Zszywał je razem, parami, wyrządzone krzywdy rosły w jego głowie, frankensteiny ojcostwa, łagodzone pamięcią dobrych chwil, bo takie też zaistniały.
Grzybnia obserwowała Adama ze współczuciem. Widząc jego łzy, nie mogła powstrzymać swoich. Nie wiedziała, co się dzieje, nie chodziło bowiem o zwykłą empatię, a o coś znacznie głębszego. Wstała, poprawiła fuliginowy szlafrok.
– Chodź tu i się przytul.
Adam nie ruszył się. Patrzył na delikatne fale, którymi morze przeczesywało plażę. Na wydmy, falujące, leżące u stóp Pozszywanego. Patrzył na własne dłonie, stare, pomarszczone, pełne blizn. Tymi rękami trzymał Wiolę, kiedy była niemowlęciem. Tymi samymi odsuwał ją od siebie.
Podniósł się i do niej podszedł.
– Pójdziemy na spacer?
Kiedy ruszyli plażą, trzymając się za ręce, poczuł przyjemne swędzenie.
Witaj. :)
Ze spraw technicznych przy czytaniu zatrzymały mnie następujące fragmenty (poniższe sugestie oraz wątpliwości są wyłącznie do przemyślenia):
Pod osłoną nocy zdawała się ożywiać, tu pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – właśnie wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze. – czy ta (i inne – np. Patrzył na nią na przemian zły, zlękniony i zahipnotyzowany; Stare ciało coraz częściej odmawiało posłuszeństwa; Po artefakty przyjdą pojutrze. Powinien jak najlepiej wykorzystać ten czas) aliteracja jest celowa?
Chwycił linę pierwszej i zaczął ją wciągać na pokład. Podwinął rękawy koszuli, ale i tak ją pochlapał, gdy plecionka, pełna muszli i innych drobiazgów, uderzyła w drewno. Na łódce miał zawieszoną lampę. Włączył ją i w skromnym świetle pobieżnie przejrzał zdobycze. – powtórzenia?
Kiedy był w nim ostatnio? Jak wiele zmieniło się od ostatniej wizyty? – i tu?
Dom, a właściwie chata zbudowana z falistej blachy i plastików, ze szczelinami wypełnionymi mchem morskim, solą i gliną, przywitała go głuchą ciszą. Drewniana podłoga wyłożona dywanami zaskrzypiała. – taka myśl: te dywany zdumiewają. :))
Kobieta (przecinek?) odkąd pamiętała, mieszkała na plaży.
Kiedy dochodził do wielkiej (przecinek?) miedzianej bramy, Pozszywane zmalało, jakby wydłużając się do tyłu, spłaszczając, z szelestem na granicy percepcji wchłaniając własne tkanki.
Wiolo, gdzie jesteś? – mam wątpliwość, czy to wtrącenie nie powinno być np. kursywą?
Wciąż z zamkniętymi oczami (przecinek?) dotykając dłonią ściany i drzwi, szedł korytarzem, aż pod opuszkami wyczuł jeden brzuszek.
Adam nie chciał poruszać nieprzyjemnych, nie podnosił nawet tych mgliście związanych z czymś trudnym, Grzybnia bowiem przypominała wir, do którego (przecinek?) jeśli podpłynie się zbyt blisko, wciągnie z nieustępliwą siłą – pytaniami i odpowiednim podejściem wyciągając wszystko, co w nim zalega. – powtórzenie/styl?
Tu w poniższym fragmencie podobnie, jak wcześniej – to zdanie jest chyba myślą bohatera, a nie zostało tak zapisane (?):
Następnego dnia poczuł coś wilgotnego na czole. Krab odsunął się, ale uczucie wilgoci pozostało. Adam uniósł rękę, żeby zmazać coś z czoła, i poczuł rzecz niepokojąco miękką. Wypływa mi mózg.
Podrapał się tam, ale prawie nie miał czucia.
Tutaj – to samo (?):
Adam rozpoznał w nich wyłowione kilka dni wcześniej ciała. Sprawiło to, że jeszcze mocniej zapragnął jak najprędzej znów wypłynąć na szerokie wody. Muszę odnaleźć Wiolę.
Lampy gazowe roztaczały migotliwe (przecinek?) żółte światło.
A tego wytłuszczonego zdania nie rozumiem – ko je mówi i do kogo?
– To ty! – rzucił nagle i podskoczył do Adama. Chwycił go za ramiona, potrząsnął. – Śniłeś mi się. Muszę… Chodź! – Pociągnął Adama do niewielkiej szalupy. Gdzieś zaskrzeczała mewa. – Wchodź! Spuszczę cię. Na dole, po tej stronie statku, jest woda. Dobry Boże, skąd żeś się tu wziął?
Śledziłem człowieka do toalety.
– Szukam córki, a po drodze zgubiłem zdrowy rozsądek.
Wzruszający wyciskacz łez. :) Rodzice, którzy tracą dzieci, często rozpamiętują to, co przykre, wyrzucając sobie każde złe spojrzenie, karę wymierzoną za niesubordynację, złość… Zapominają, ile dobra, miłości i ciepła dali także swoim pociechom. :) Jako matka nie wyobrażam sobie większej tragedii niż utrata dziecka…
Pomysł ze światem, bohaterem oraz jego emocjami i wreszcie samym tytułem opowiadania, znaczącym tak wiele („Zszywanie obrazów przeszłości było bolesne, ale nie miał już sił, żeby je spychać do piwnicy umysłu. Zszywał je razem, parami, wyrządzone krzywdy rosły w jego głowie, frankensteiny ojcostwa, łagodzone pamięcią dobrych chwil, bo takie też zaistniały” – ileż tu jest treści!) zasługuje moim zdaniem na podwójny kliczek. :)
Ogromnie poruszyłeś mnie tą opowieścią, dziękuję. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet
Piękne i smutne, wzruszające.
Pisane pięknym językiem, gratulacje.
Pozdrawiam serdecznie :)
List wyschnął na tyle, […]. ---> to nie błąd, ale wysechł brzmi jakoś lepiej, sądzę.
Znowu stworzyłeś niesamowite ponuractwo. Co gorsza, brzmiące tak jakoś prawdopodobnie, że nie przeszkadzają te wszystkie przeskoki narracyjne i sytuacyjne, wyraźne niespójności przyczyn i skutków, no i brak choćby cienia wyjaśnienia kwestii nieboszczyków, wyławianych z wody, którzy wracają do świata żywych – ale czy do prawdziwego świata? Koncepcja Pozszywanego bardzo interesująca i lekko przerażająca też… Ale ani temu, ani niczemu innemu nie dziwiłem się, wszak wiem, kto to pisał…
Pozdrawiam i lecę na górę…
Wielowymiarowe miasto wspomnień, istniejące poza czasem, surrealistycznie piękne i przerażające, gdzie można spotkać samego siebie. Świetne, poruszające opowiadanie. Polcecam do biblioteki.
bruce, miło Cię widzieć. Dziękuję za dobre słowo i listę rzeczy do poprawy. Bardzo się cieszę, że Ci się opowiadanie spodobało. :-) I że było dla Ciebie poruszające. Poprawki wprowadzone, poza niektórymi sugestiami przecinków, np z tymi lampami gazowymi – tam przecinki są zbędne, o ile dobrze rozumiem. :-) Dzięki za czujność, resztę przecinków poprawiłem, trochę wstyd, że coś mi się zaplątało. 

Teo Max, cześć! Dzięki za wizytę. Super, że przyoadło Ci do gustu. :-)
AdamieKB, dzięki za wizytę i komentarz. Piszę na prywatnym do Ciebie. :-)
kronosie.maximusie, hej! Miło mi, że opowiadanie przypadło Tobie do gustu. Z opowiadaniami jest tak, że niektóre traktuje się bardziej osobiście, trochę jak własne dziecko. Bo są jakby bardziej z trzewi pisane i wydają się jakoś ważne. Tak miałem z tym opowiadaniem i poprzednim – Pragmą. :-)
Pozdrawiam Was serdecznie!
Wzajemnie, dziękuję, Prosiaczku. 
Powodzenia przy nominacjach, trzymam kciuki za Piórko. 
Pecunia non olet
Serwus,
Fajne opowiadanie. Ciekawy pomysł, wciągająca fabuła i sprawne wykonanie. Szkoda, że nie jest dłuższe, bo jest tu spory potencjał. Myślę też, że trochę ułatwiłoby to czytanie, ponieważ w obecnej formie tekst jest dla mnie momentami lekko chaotyczny. Rozumiem jednak, że to kompromis, dłuższa forma miałaby mniej czytelników, stąd być może samoograniczenie długości.
Ogólnie mi się podobało.
Klikam i pozdrawiam
rr
Robercie Raks, dzięki za wizytę! Trudno mi tę kwestię jednoznacznie ocenić, to bardzo subiektywne, ale przyznam, że miałem zamysł, aby tekst był dłuższy. Ostatecznie uznałem, że taki – średniej długości – będzie nieprzegadany i zarazem wystarczająco nasycony, aby stać nastrojem. :-)
Serdecznie pozdrawiam.
Prosiaczku, dwoiste uczucia targały mną podczas lektury, bo choć w opowiadaniu zawarłeś pomysł nad wyraz intrygujący, to jednocześnie szalenie przygnębiający, w dodatku zaprezentowałeś go w sposób dla mnie nie do końca zrozumiały. Nie mogę powiedzieć, że to była miła lektura a jednocześnie trudno było ją przerwać, bo cały czas tliła się we mnie nadzieją, że może w końcu coś pojmę. Niestety, nadzieja okazała się płonna a opisany świat i dziejące się w nim wydarzenia znalazłam jako przedziwne i niełatwe do pojęcia.
Doceniam pomysł na „Pozszywane”, ale nie mogę powiedzieć, że to była w pełni satysfakcjonująca lektura.
Chwyt starych, zgrabiałych dłoni rozluźnił się na wiośle. Rozejrzał się, próbując wymrugać kontury otaczającego go świata. → Czy na pewno chwyt, rozluźniwszy się, rozejrzał się?
Proponuję: Rozluźnił chwyt starych, zgrabiałych dłoni na wiośle i rozejrzał się, próbując wymrugać kontury otaczającego go świata.
Wiolo, gdzie jesteś? → Wiolu, gdzie jesteś?
…pod którym przeleciały gruchające gołębie. → Obawiam się, że lecące gołębie nie gruchają, natomiast mogą trzepotać skrzydłami.
Niektórzy siedzieli na drewnianych ławkach, inni gorączkowo szukali toalety, jakiś pijak siedział pod ścianą z popękanych i ukruszonych płytek. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję w końcówce zdania: …jakiś pijak tkwił pod ścianą z popękanych i ukruszonych płytek.
Dziewczynka zasnęła, po łzach na policzkach niknęły ślady. → A może: Dziewczynka zasnęła, na policzkach niknęły ślady po łzach.
Pojawił się jego cień, wydłużył tak bardzo, że zajął podłogę, ścianę oraz sufit. → Co wydłużył cień?
Proponuję: Pojawił się jego cień, wydłużony tak bardzo, że zajął podłogę, ścianę oraz sufit.
…odłożył zaśniedziałą osiemdziesiątkę długości palca… → Co to jest osiemdziesiątka długości palca?
Wyłączył ogień, doprawił je przyprawami… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Wyłączył ogień, dodał przyprawy… Lub: Wyłączył ogień, doprawił ziołami…
List wyschnął na tyle… → Raczej: List wysechł na tyle…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy, miło Cię widzieć. Dziękuję za poprawki – wprowadzone. :-)
Dodkonale Cię rozumiem, taka literatura może budzić ambiwalentne odczucia. Cóż, new weird rządzi się swoimi prawami, nie wszystko jest jasne, a jeśli coś jest, to często bardziej rozumiane emocjonalne niż racjonalnie. Mimo to starałem się, żeby ważny wątek dało się nie tylko poczuć, ale także zrozumieć.
Natomiast w opowiadaniu najważniejsze jest poczucie winy ojca, jego cierpienie i poszukiwanie odkupienia.
Następnym razem, jak będę pisał new weird, może będzie bardziej strawne, a wtedy, liczę, Ciebie przekona. I da Ci więcej przyjemności oraz satysfakcji z czytania :-)
Pozdrawiam serdecznie!
Bardzo proszę, Prosiaczku. Jak zwykle bardzo się cieszę, że mogłam się przydać. I cieszę się, że rozumiesz moją dezorientację „Pozszywanym”.
Następnym razem, jak będę pisał new weird, może będzie bardziej strawne, a wtedy, liczę, Ciebie przekona. I da Ci więcej przyjemności oraz satysfakcji z czytania :-)
Prosiaczku, miło mi to czytać, ale nie ukrywam, że wolałabym abyś pisał tak jak Ci podpowiadają rozum i serce. Wszystkich czytelników nie zadowolisz, a ja i tak przeczytam wszystko, co stworzysz.
Serdeczności. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dziękuję, reg, tak właśnie zawsze piszę.
To miłe, świadomość, że jesteś.
Spokojnego wieczoru :-)
Dziękuję, Prosiaczku, jestem szczerze wzruszona. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Witaj Prosiaczku. Stworzyłeś przejmująca rzecz. Uniwersum pozostawia wiele zagadek, gdyż jest bardziej światem przeżyć, niż realnym miejscem. Bruce już pisała o przeżyciach rodziców, którzy widzą,że z dziećmi coś dzieje się nie tak jak trzeba w nieskończoność rozpamiętują swoje błędy, zaniedbania i uchybienia. Nie pożałowałeś czasu na piękne opisy, klimatyczne i klarowne, tworzące atmosferę. Nie spodziewałem się, że mi się tak spodoba opowiadanie w którym właściwie nie ma wyrazistej historii. Będę uważniej śledził za Twoją twórczością. Klik
Pozdrowienia
Piękne opowiadanie. Nastrojowe, wciągające i bardzo smutne.
Podoba mi się pomysł na Pozszywane i sama nazwa, taka w punkt, oddająca ideę, adekwatna. Wszystko składa się z wielu części, ma wiele wymiarów.
Podoba mi się bohater – żywy, realny.
Bardzo dobrze się czytało.
Polecam.
Przynoszę radość
Nikolzollern, witaj! Dzięki za czas i komentarz. Zgadza się, to trochę spojrzenie na ten świat przez dziurkę od klucza. Starałem się, żeby dało się zobaczyć wystarczająco dużo, aby wzbudzić zainteresowanie, i żeby Czytelnik część rzeczy zrozumiał, a część poczuł. Dziękuję za klika. :-)
Anet, miło Cię widzieć! Dziękuję, cieszę się, że opowiadanie Cię wciągnęło. :-) Pozszywane też wydawało mi się najtrafniejszą nazwą. Z jednej strony to takie zwykłe słowo, z drugiej może oznaczać dużo różnych rzeczy, jest takie jakieś pojemne. Poza tym, mi, kojarzy się na przykład z nostalgią, bólem, nadzieją, ludzką ułomnością. Dziękuję za polecenie!
Pozdrawiam serdecznie
Zachęcam zadowolonych z lektury Czytelników do nominowania. :)
Pecunia non olet
Prosiaczku – mnie się kojarzy z czymś niepełnym, poskładanym z różnych części, połatanym i właśnie ułomnym. Takim niejednoznacznym. I im dłużej się zastanawiam, tym więcej mam skojarzeń. Pozszywane to też naprawione ;)
Bruce – ja żem nominowała właśnie ;)
Przynoszę radość
Bruce – ja żem nominowała właśnie ;)
Anet, bardzo się cieszę; nie widziałam w wątku piórkowym, dlatego nieśmiało chciałam poprosić, bo tekst naprawdę zasługuje. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
bruce, to bardzo miłe, że tekst tak Ci się spodobał. 
Anet, dokładnie. Pozszywane ubrania, rany, patchworkowe rodziny, pozszywane koncepcje… Pozszywane/zintegrowane części ja. W ogóle język polski jest niezwykle bogaty.
Bruce – dzięki, tak dawno niczego nie nominowałam do piórka, że w ogóle o tym zapomniałam (w poprzednim poście miałam na myśli bibliotekę), ale tak, to jest opowiadanie, które chciałabym zobaczyć w antologii, więc zgłosiłam i tam.
Prosiaczku – i samo życie jest bogate ;)
Przynoszę radość
I ja dziękuję, Anet. :)
O, tak, Prosiaczku, poruszył mnie do głębi. :)
Pozdrawiam Was! 

Pecunia non olet
Anet, dziękuję. :-))
Bruce, bardzo mnie to cieszy 
Pozdrawiam!
Hej, przyznam, że na początku trochę się pogubiłam w tekście i wróciłam do lektury po kilku dniach.
Opowiadanie jest poruszające. Bardzo podobały mi się opisy i sam pomysł na taką morską, podmokłą rzeczywistość.
Historia, w moim rozumieniu, przedstawia ojca, już w podeszłym wieku, który próbuje poradzić sobie ze wspomnieniami o byciu ojcem uzależnionym od alkoholu. Domyślam się, że córka niekoniecznie faktycznie umarła, co mogła się od niego odsunąć. On zaś pozostał w dziwnej, ponurej rzeczywistości, między snem a jawą.
Zastanawiałam się, czy Grzybnia nie jest przypadkiem Wiolą, która również już przeżyła większość swojego życia, ale ojciec nie chce tego zaakceptować i wciąż rozpamiętuje ją jako małą dziewczynkę.
Takie moje skojarzenia:).
Witaj, Cytryno. Dzieki za odwiedziny, poświęcony czas i komentarz. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało.
Interpretacje mogą być różne. Ta napisana przez bruce jest ciekawa i trafna, Twoja także, co ciekawe, trafnie rozpozanłaś w Grzybni Wiolę. :-) Pisząc, własnie to miałem na myśli. Choć, oczywiście, równie dobrze Grzybnia może być kimś innym. Tak samo z ojcem – mógł faktycznie być alkoholikiem, ale mógł też być człowiekiem, który po prostu pamiętał wszystkie krzywdy wyrządzone dziecku, w tym tę, jak zachował się pod wpływem – być może raz w życiu.
Pozdrawiam!
Piękne i niezwykle poruszające opowiadanie. Podobają mi się nuty groteski i wielość możliwych interpretacji. Bardzo mocne zakończenie, wciąż smutne, ale jest w nim coś pokrzepiającego.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
L.Keller, dziękuję za poświęcony czas i dobre słowo. Cieszę się, że Cię opowiadanie poruszyło. :-)
Pozdrawiam!
Pod osłoną nocy zdawała się ożywiać,
A nie ożywać?
Splunął, jakby rzucał wyzwanie wodzie. Patrzył na nią na przemian zły, zlękniony i zahipnotyzowany.
Fajne, fajne.
Łódka zatonęła, pomyślał ze znużeniem Adam.
Przysnął.
Krab zbliżył się i wyciągnął mu z brody krewetkę.
Obudził się w nocy. Księżyc dawał niewiele światła, ale krab wciąż tam był.
Zamknął oczy, sen wciągnął go niczym wir.
Koszmar wypluł Adama spoconego. Stare ciało powinno umrzeć.
Następnego dnia poczuł coś wilgotnego na czole. Krab odsunął się, ale uczucie wilgoci pozostało. Adam uniósł rękę, żeby zmazać coś z czoła, i poczuł rzecz niepokojąco miękką. Wypływa mi mózg.
Podrapał się tam, ale prawie nie miał czucia.
I śmierdzi jak cholera.
Mózg drgnął, Adam zerwał się z piasku.
Okazało się, że to ryba.
A dlaczego tyle akapitów? Tak trochę poucinane, dziwnie komponuje się z tym, że zazwyczaj używasz zdań wielokrotnie złożonych i akapity masz raczej dłuższe. Do tego pierwszoosobowa narracja się wkradła.
Śledziłem człowieka do toalety.
W cudzysłów, albo pierwszoosobowa narracja się wkradła.
Po prostu pozwalam wypłynąć wspomnieniom.
j.w.
No, prosiaczku, umiesz w światotwórstwo, co? Pięknie napisane opowiadanie, po prostu pięknie. Tyle możliwych interpretacji…
Spędziłem z tym tekstem wiele czasu. Przeczytałem, po czym rozmyślałem. I to wielki komplement, bo siedzi mi w głowie, upominając się, bym może jeszcze coś odszukał, jeszcze jakąś ewentualną interpretację, jeszcze jakieś znaczenie, a tych i tak już jest sporo.
Jak rozumiem, Grzybnia to Wiola? Przynajmniej ja to tak odebrałem. Rozumiem to też tak, że to Adam tworzył całe Pozszywane. Wszystkie wspomnienia, emocje które miał, tworzyły jedno, wielkie, żyjące miasto. Artefakty w wodzie widzę jako wspomnienia. Odszukiwał je w głowie dniami, tygodniami. Ciała mogły być kimś ważnym w jego życiu. I potem te ciała i ważne artefakty, coś dla niego symbolizujące, tworzyły miasto, do którego długo nie miał odwagi wejść. Odbieram Adama jako człowieka z olbrzymimi wyrzutami sumienia, który stara się zrozumieć, odpokutować, w pewien sposób przeprosić.
Spodziewam się, że część interpretacji przestrzeliłem, ale one ewoulowały podczas czytania, po nim, i tak naprawde dalej ewoulują.
Jestem zachwycony Twoją wyobraźnią. Nominuję do Piórka i w tym miejscu chciałbym zaapelować do Loży – zanim wystawicie ocenę podumajcie nad tym tekstem, bo łatwy nie jest, ale zasługuje na to, żeby go odkrywać, ja jeszcze troszkę sobie pomyślę, bo jestem pewien, że nadal połowa mi uciekła.
Pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Wpadło mi jeszcze do głowy (tak, dalej myślę XD), że te postacie, które Adam widział z oddali, a które odwiedzały Grzybnię, to symbol, że córka prowadzi dalej życie. Spotyka się, robi coś, po prostu żyje. To on nie potrafi przetrawić traumy. Bo to pojawiło się tylko w jednym miejscu, nie wracałeś do tego motywu, więc odbieram to za jakiś symbol. To by też pasowało do tego, że polecała mu w końcu zmierzyć się z miastem, spróbować “ogarnąć się”, zmierzyć się z wspomnieniami i traumami. Jestem ciekawy co miałeś na myśli i czy chociaż zbliżyłem się do Twojej interpretacji.
You cannot petition the Lord with prayer!
Cześć, Prosiaczek,
Powiem ci, że napisałeś bardzo wciągające opowiadanie. Najlepiej chyba wyszła atmosfera, momentami serio poczułem się przybity.
Fajnie się patrzy, jak ludzie w komentarzach teoretyzują i interpretują tekst, jest w tym coś pokrzepiającego.
Pozdrawiam!
Kapibara
MichealuBullfinchu, dzięki za wizytę! Bardzo mnie ucieszy Twój komentarz. :-D Dzięki za poprawki, zaraz je wprowadzę. Co do tych licznych akapitów w jednym bloku, to chciałem tym oddać stan bohatera. Takiej odpływającej i przypływającej świadomości.
Myślę, że interpretacje mogą być różne. Ja chciałem przemycić to – u Czytelnika podswiadomie – że Grzybnia jest dla Adama ważniejsza, niż może się na początku wydawać. O Twojej interpretacji nie pomyślałem, ale, kurczę, pasuje jak ulał. :-) Ja to powiedział Umberto Eco – Literatura to “maszyna do tworzenia interpretacji”. Być może parafrazuję, ale tak pamiętam. Co więcej, tym kierował się też Gene Wolfe, pisząc tetralogię Kata, którą byłem częściowo zachwycony. Sądzę, że “Pozszywane” jest otwarte, ale zarazem konkretne interpretacje mogą być w miarę wyczerpujące, to znaczy można o opowiadaniu myśleć w jeden konkretny, spójny sposób. I to jest ok. Można też szukać w nim różnych interpretacji.
Artefakty i wyławiane przedmioty – zgadza się, to są rzeczy związane ze wspomnieniami.
Grzybnia to Wiola – z tą myślą pisałem. Ale pisałem też z myślą, że Grzybnia jest kimś innym.
Grzybnia to ciało grzyba, kapelusik, kapelusz, to to, co z niego wyrasta. Może to być zatem symbol odwrócenia ról – Grzybnia daje ukojenie Adamowi, choć jest jego córką. Wiem, że to już odjazd pewnie, ale to chyba dobrze? ;-)
Grzybnia zachęca go do zmierzenia się z miastem, ponieważ ona już mu – ojcu – wybaczyła
…
Adam ma potężne wyrzuty sumienia. Pozszywane może być czymś realnym, prawdziwym miejscem, być może właśnie wielowymiarowym organizmem, można je zinterpretować także jako wytwór psychiki bohatera.
Sam już po napisaniu, kiedy opowiadanie poprawiałem, doświadczałem wypływania spontanicznych interpretacji.
W ogóle tyle na tej stronie słowa “interpretacja”, że mogłaby służyć za jakąś podstronę SEO :-P
Zgadza się, to, że czytałeś i rozmyślałeś, to dla mnie komplement, nawet największy. 
Krzysztofie Kapibara, dziękuję serdecznie za wizytę i dobre słowo. Cieszę się, że Cię opowiadanie wciągnęło. Tak, to pokrzepiające, dla mnie dlatego, bo pokazuje, że ludzie mają potrzebę poszukiwania i rozumienia.
Mamy od pierwszej sceny dwa "silniki" trzymające czytelnika przy kartce, oba to tajemnice. Jedna to sam świat – dziwny, niezrozumiały, a jednak od początku wydający się mieć jakąś wewnętrzną, ukrytą spójność. Drugi to poszukiwana kobieta. Z jednej strony szukamy jej ciała, z drugiej, zda się, jej samej. Skutecznie rozbudza to ciekawość – czytamy, żeby zrozumieć, o co tu właściwie chodzi. Odliczanie do spotkania z kupcem, jeśli też miało taki silniczek w zamyśle stanowić, to się raczej nie sprawdziło (ale to może być moja nadinterpretacja i ono jest tak po prostu).
Z drugiej jednak strony, szczególnie w pierwszej połowie, te "silniki" nie do końca wydają mi się na tyle mocne, by ponieść szczegółowe "akcja po akcji" opisy błahych czynności, jak wyciąganie sieci, czy wyliczanki walających się po mieszkaniu rzeczy. No będę tak zupełnie szczery, momentami przewracałem oczami, pytając w duchu "czy naprawdę muszę wiedzieć, że on podwinął rękawy?".
Druga połowa lepsza, bo dynamiczniejsza, odniosłem wrażenie. Pewnie tak zresztą miało być, że punktem wyjścia jest jakaś stagnacja.
Interpretacja faktycznie trudna. Ja tu widzę ojca, który nie zbudował z córką takiej relacji, jak chciał, być może nawet skrzywdził ją w ten, czy inny sposób i osamotniony na starość, rozpamiętuje, gryzie się z wyrzutami sumienia i żalem, widuje ją rzadko albo wcale i tylko życzy sobie, żeby tak było. Ale nie będę ukrywał, dopiero ostatnie sceny pchnęły mnie w tę stronę, wcześniej byłem pewien, że chodzi o dziecko ordynarnie zmarłe. Może to zresztą celowe skojarzenie ze strony autora, że rozbita relacja bywa równie bolesna, jak przedwczesna śmierć? Trudno stwierdzić.
Językowo jak zwykle bardzo dobrze.
Tak że generalnie, poza tym (moim zdaniem) miejscami przesadnym przeciąganiem, bardzo ładnie :) Ale przed ostatecznym werdyktem jeszcze będę sobie musiał przetrawić. Nie ukrywam, że wszystkie pododmiany weirdu i bizarro to coś, w czym czytelniczo czuję się słabo (a autorsko chyba wcale :O).
Pozdrawiam!
pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze
Można tak tu sobie zastąpić “które” myślnikiem…?
pod dotykiem mlaszczące
Nie ładniej odwrotnie?
pochłaniało światy, stale się rozrastając
A nie: pochłaniając światy, stale się rozrastało? Teraz zastępujesz imiesłowem okolicznik celu…?
To słowo – kapelusiku – coś w nim poruszyło.
Chyba dużą? Przynajmniej przed chwilą tak było.
– Skąd zatem wiesz?
– Sam nie wiem…
Raczej nieatrakcyjne powtórzonko.
Umarłbym z nudów.
Literówka chyba.
enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest
Cześć prosiaczku!
Ponieważ Twoje teksty zwykle trafiają do nominacji piórkowych (jak Ty to robisz?) to gdy wspomniałeś o Pozszywanym, od razu pomyślałam, że na pewno przeczytam, bo przecież zjawi się, gdzie trzeba. I proszę! :)
Cała ta moja opinia jest oczywiście bardzo subiektywna, więc wiesz… bierz poprawkę. :D
Tekst jest nierówny. Tak jakby klawiatura musiała się rozgrzać, by właściwe słowa zaczęły zajmować swoje miejsca. Początek gorszy, nieco kuleje stylistycznie, potem, jakby ktoś naoliwiał maszynę, jest lepiej i lepiej.
Parę przykładów, które mnie zatrzymały (chociaż może niepotrzebnie się czepiam):
Wieczorami woda szemrała, obleczona woalem mgiełki marszczyła się i drżała, momentami bulgotała głośno niemal jak we włączonym czajniku. Pod osłoną nocy zdawała się ożywać, tu pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze.
Dużo podobnych czasowników, czasem rymujących się, melodia tekstu trochę na tym cierpi. Drugie zdanie ma jakiś błąd podmiotów, zaczyna się o wodzie a kończy na łódce i Adamie. Co wyhamowało łódkę? Chlupot czy woda? Niejasne.
Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei.
Mamy pierwszą wzmiankę o sieci, a piszesz, jakby była wspomniana już wcześniej. Jaki dźwięk wydała wcześniej?
Pomimo zniekształconych rysów twarzy Adam zdołał szybko ocenić, że będzie musiał zawieźć je na przeciwległy brzeg.
Zawieźć rysy twarzy? Jeżeli nawiązujesz do poprzedniego zdania, to mowa o kobiecie, czyli raczej „ją”.
Jak nóż skrobiący rybę, światło dnia wyłuskiwało je z ciemności.
Ładnie brzmi, ale jak się nad tym zastanowić, to nie bardzo działa na moją wyobraźnię – nóż skrobiący rybę przecież niczego nie odkrywa tylko bardziej oczyszcza, wygładza… Hmm.
Wzdychała, jakby chciała w płucach pomieścić całą niezwykłość świata.
Ładne!
wyłowił trzy kolejne nieboszczyki.
Raczej: trzech kolejnych nieboszczyków.
Piersią niewiasty targnął dziki szloch. Nie mogła wiedzieć, dlaczego spotkanie z Adamem tak bardzo ją wzruszyło.
Czy nie miało być po prostu: nie wiedziała?
Dobra mamy za sobą warstwę językową. Czasami tam coś nie bangla, ale ogólnie jest ok, Twój styl pisania jest bardzo obrazowy przecież. Umiejętnie wprowadzasz czytelnika w nastrój, wciągasz w świat, który wymyśliłeś, na tyle przekonująco, że staje się rzeczywisty. To Twój największy atut. A w tym opowiadaniu dochodzi jeszcze wielopoziomowość narracji. Fakt, jest wiele niedopowiedzeń, są niejasności, ale tak płynnie przechodzisz pomiędzy różnymi znaczeniami, że czytelnik czuje się zagubiony między wspomnieniami, rzeczywistością, pragnieniami i wreszcie zagadką, której nie rozwiązujesz. I, zadziwiająco, mnie to nie przeszkadzało. Płynęłam z tą opowieścią tam, gdzie mnie prowadziła i zaciekawiona i zaintrygowana – nie utonęłam. :)
Zakończenie trochę mi nie pasowało. Trochę. I poszli w dal, trzymając się za ręce. Hmmm. Ale to drobiazg.
Brawo za słowotwórstwo. Naprawdę.
Myślałam nad tym piórkiem trochę. Bo językowo nie jest idealnie, bo nierówno, bo fabuła. Ale koniec końców, skupiłam się na odbiorze, na wieloznaczności tego, co pokazałeś, bo stworzyłeś miasto, które jest organizmem, które wrosło w świat, ale które jest jednocześnie chore i skrzywione, które jest zlepione z kawałków, jak dusza bohatera, porozrywana i sklejona, chora.
Przekonałeś mnie. Będę na tak.
Pozdrawiam cieplutko.
Dziń dybry!
Patrząc na tytuł opowiadania można odnieść wrażenie, że zrobiłeś jakiś crossover z Michaelem ;p
Pod osłoną nocy zdawała się ożywać, tu pluskiem spowodowanym zrywem ryby, tam szumem zakwitających wirów czy chlupotem pod naporem wiosła – wyhamowało łódkę, na której Adam, nie mogąc zmrużyć oczu, postanowił wypłynąć o tej późnej porze.
Brak podmiotu. Co wyhamowało łódkę? Gdyby stało: wyhamowała, pomyślałabym, że woda.
Gejszę z częściowo rozmazanym makijażem oraz ze szramą na brzuchu.
Czy to nawiązanie do Twojego wcześniejszego opowiadania?
popłynął na drugi brzeg.
Tylko że wcale tak nie zrobił. Chciał, ale zamiast tego zarzucił sieci raz jeszcze
Co tu się wydarzyło? Po co tak oszukiwać czytelnika? Może to jest jakiś zabieg, którego nie znam?
ale krab wciąż tam był.
Zamknął oczy, sen wciągnął go niczym wir.
Krab zamknął oczy?
Koszmar wypluł Adama spoconego.
O, zacne.
Starzec musiał jakoś zdobyć łódkę. Nie wyobrażał sobie życia bez łowienia. Umarłbym z nudów. Jak marynarz w kałuży.
Skąd ta nagła zmiana perspektywy?
poczuł przyjemne swędzenie.
Mmm, gdzie? W całym ciele? Czy w jednym, konkretnym miejscu? XD
Hm, hm, hm.
Hm.
No i znowu wyjdę na wredotę, bo moim zdaniem przepiękna stylizacja językowa to jedyny pozytyw w tym tekście.
Miasto Pozszywane miało duży potencjał, odnoszę wrażenie, że nie został wykorzystany. Na początku wzbudziło we mnie ogromne zainteresowanie, a potem się okazało, że nie dostaniemy tam zbyt wiele akcji.
Nie umiem też połączyć miasta ze zwłokami wyławianymi z jeziora/oceanu, spotkania ich potem na dworcu w Pozszywanym i nie wiem, co ma do tego wszystkiego relacja Adama z córką. Co ma wspólnego z tym wszystkim Seweryn? Czy to on przetrzymuje Wiolę w Pozszywanym? I na co mu te artefakty? Mnóstwo pytań, prawie żadnych odpowiedzi.
Z tych powodów uznaję opowiadanie za zbyt chaotyczne. Nie uwierzyłam w historię, nie zanurzyłam się w niej.
.jpg)
Będę na NIE.
Mimo wszystko pozdrawiam serdecznie i gratuluję dobrego tekstu :)
Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?
Czołem prosiaczku!
Chciałem przybyć bez obowiązku, ale po pierwsze: za dobrze piszesz i dostajesz te nominacje, po drugie: troszkę byłem zawalony życiem.
Stąd wybacz, że wygląda to, jakbym przybywał tylko ze względu na lożowskie obowiązki. Lektura tego tekstu dostarczyła mi sporo przyjemności i cieszę się, że tu zaglądnąłem.
Jakieś sugestie i wątpliwości, które zatrzymały mnie podczas czytania (być może niesłusznie):
Pomimo zniekształconych rysów twarzy Adam zdołał szybko ocenić, że będzie musiał zawieźć je na przeciwległy brzeg. Zamiast tego, czując ogromny zawód, wsunął pod jej barki i nogi swe roztrzęsione ramiona i ze stęknięciem wyrzucił trupa z powrotem w objęcia toni.
W tych dwóch zdaniach coś mi mocno logicznie zazgrzytało.
Pozszywane przypominało kolonię pączkujących grzybów kapeluszowych, skomplikowane origami, czasami obraz soczewkowy, bo tak zdawała się zmieniać podczas ruchu percepcja obserwatora. Miasto zdawało się zarazem zbliżać i oddalać.
Powtórzonko.
Grzybnię poznał niecałe pół roku temu. W tym czasie odbyli zaledwie kilka spotkań, lecz miał wrażenie, że zna ją od lat.
– Poznałam cię trochę. Jesteś dobrym człowiekiem. Czasami mam wrażenie, że cię skądś znam.
Z tymi zdaniami mam kłopot. Rozumiem artystyczność, ale są one trochę bez sensu logicznie tak blisko siebie.
Ogólnie pierwsza rozmowa Adama z Grzybnią średnio mi się podobała, nosiła znamię infodumpu lekko.
popłynął na drugi brzeg.
Tylko że wcale tak nie zrobił. Chciał, ale zamiast tego zarzucił sieci raz jeszcze i wyłowił trzy kolejne nieboszczyki.
Też mi się ta konstrukcja nie podoba za bardzo.
Nie dość, że zatopił ją, to jeszcze zmarnował trzy dni na plaży.
“że ją zatopił” raczej
Powinien jak najlepiej wykorzystać ten czas.
Nie wiem, czy można jak najszybciej wykorzystać czas… ale może można? :)
W tym samym czasie w innego wyjścia wyskoczył wielki mężczyzna w podkoszulku.
“z innego wyjścia”?
Adam nie ruszył się.
Adam się nie ruszył – aby uniknąć “się” na końcu.
No i jak tu ocenić…
Język jest topowy, plastyczny, artystyczny. Nie chcę nikomu umniejszać, ale chyba najsprawniej posługujesz się metaforą na Portalu, jest ich tu mnóstwo, a przy większości miałem myśl “kurczę, ale on to wymyślił!”. Po takich metaforach czuć, że nie są sztuczne, że ich zastosowanie wniosło coś więcej niż zwykły opis. Brawo.
Znów zaserwowałeś świat pełen detalu. Widać to przede wszystkim w mnogich wyliczeniach, na mój gust momentami zbyt mnogich. Zwłaszcza w drugiej części jakoś nie rozumiałem do końca, dlaczego elementów w wyliczeniach jest aż tak dużo i różnych (np. zapachy soli, ziemi, jodu, starości i zapomnienia).
Odnośnie fabuły, to ma ona dla mnie dwa aspekty. Z jednej strony intrygujący świat przedstawiony oparty na motywie “pozszywania”. Z drugiej, trochę ten świat jest dla mnie niezrozumiały, trochę go za mało opisałeś, trochę za mało się w nim dzieje, bym zrozumiał jego mechanizmy. No może świat przedstawiony to nie do końca fabuła, ale myślę, że rozumiesz, o co mi chodzi :).
Podobnie mam z głównym bohaterem – jest on bardzo rozwinięty emocjonalnie – motyw pozszywania jego emocji, jeśli dobrze rozumiem, stanowiący jakąś analogię do miasta, kapitalny, ale równocześnie nie do końca rozumiem tę jego traumę. Jego emocjonalność też wydaje mi się trochę losowa. Zwłaszcza pierwszej wizyty w mieście nie pojąłem.
Oczywiście, rozumiem, że miasto ma taki trochę bizzarny charakter, ale nie pojąłem w pełni jak to rozumieć. Jako metafora? Symbol? Faktyczne miejsce? Świat snu?
W tym kontekście liczyłem, że scena handlu coś mi wyjaśni, ale nie wyjaśniła i tym się trochę rozczarowałem.
Stąd piórkowo będę na NIE – choć ponownie z trudem mi to przychodzi i być może trochę Cię krzywdzę własnym gustem i subiektywnością.
Na pewno jednak jest to tekst warty lektury, niejednoznaczny i wyróżniający się. Po prostu trochę mi się to nie spięło w całość i przez to nie wybrzmiało odpowiednio, choć potencjał interpretacyjny jest tu ogromny – absolutnie nie wykluczam, że może to być efekt mojego deficytu intelektualnego, ale cóż… Tak czy inaczej, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, gratuluję tej publikacji!
Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
GalicyjskiZakapiorze, dzięki za dającą do myślenia opinię. Główna, w moim zamyśle, interpretacja, miałem nadzieję, że jest dość klarowna – Ojciec z poczuciem winy i jego zaginiona lub martwa córka.
Myślę, że nie trzeba się znać na gatunku literackim, żeby go ocenić. Oczywiście, wiadomo, nikt nie chce być dyletantem, ale new weird to tak niszowy gatunek, że chyba mało kto ma z nim duże doświadczenie. Zresztą, moje opowiadanie… Właściwie nie wiem, czym do końca jest gatunkowo. New weird najbardziej mi pasuje, ale i tak nie jestem przekonany. ;-)
Mlaszczące pod dotykiem faktycznie lepiej.
które zamiast myślnika – rzeczywiście tak będzie lepiej.
JolkaK, cześć! Dzięki za opinię. Faktycznie jest coś na rzeczy z pierwszym akapitem. Pisząc go i potem kilka razy poprawiając, miałem ciągle wrażenie, że nie mogę go ułożyć zgodnie z zamysłem.
Jak to robię, że opowiadanie są nominowane? Nie wiem, pewnie jest w tym też trochę szczęścia. :-)
Dzięki za zwrócnie uwagi na potknięcia, lecę poprawić :-)
HolleHell91, witaj! Dzięki za powięcony czas. Z Michaelem może to wyglądać na rodzący się bromance, ale poza podobnym tytułem opowiadań oraz komentowanie sobie tekstów na portalu nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Choć Michael pisze tak fajnie, że kto wie… Znając Ciebie Holly, czekam na uszczypliwy komentarz :-P
Nie wszystko wszystkim musi się podobać, rozumiem i szanuję Twoje zdanie. Umarłbym z nudów – tam chyba było to kursywą, więc jako myśl. Nie wiem, czy przypadkiem portal nie zmienia kursywy na zwykłą czcionkę i po wklejeniu tekstu na stronę należy to poprawiać? Coś mi się tak wydaje.
Poza językiem nic nie ma? Hmm, hmm, pff. Ahha, ha, ok :-P
Poczuł swędzenie głęboko, w końcu to opowiadanie o hemoroidach i pozszywanym pooperacyjnie tyłku. Dokładnie tak. :-)
Ciekawa uwaga z gejszą, ale nie pomyślałem o tym, może podświadomie jakoś…
Nie, krab nie zamknął oczu. Zamykanie oczu jest w drugim zdaniu. Uznalełm, że wiadomo, że chodzi o człowieka. :-)
beeeecki, dzięki za recenzję! Nie gadaj, przecież nie obrażę się, że Ci się opowiadanie nie spodobało na tyle, żeby głosować za piórkiem. I też nie czuję się tym skrzywdzony, więc luz. :-) Dużo ważniejsze niż sama nagroda są dla mnie słowa, które piszecie. Twój komentarz mnie ucieszył i dał do myślenia. Sądzę, że masz rację z wyliczeniami. Może być ich ciut za dużo. Albo za często mają miejsce. Z infodumpami faktycznie jest trudno. Nie sposób ich uniknąć, kiedy chce się, żeby tekst nie był zanadto enigmatyczny. Scena handlu może rzeczywiście mogła więcej wyjaśnić. Nie wiem, w każdym razie będę miał z tyłu głowy, pisząc kolejne teksty.
Dziękuję Wam, częściowe poprawki już wprowadzam.
Pozdrawiam serdecznie!
Sorry, Winnetou, ale będę na NIE.
Głównie dlatego, że nie zrozumiałam.
Znaczy, tę warstwę o ojcu szukającym córki skumałam, tu wszystko jasne. Ale to nie fantastyka, tylko obyczajówka. Samo życie wręcz. :-(
Tak, przemknęło mi przez myśl, że Grzybnia może być Wiolą. Trochę dziwne że ojciec jej nie rozpoznał, ale zapewne możliwe. Widocznie przechowuje w pamięci jakiś bardzo stary obraz, prawdopodobnie tak wyidealizowany, że już mało przypomina oryginał.
Zainteresowało mnie miasto. I tu poległam z kretesem. Ciekawa sprawa – wchodzi się w drzwi i nie wiadomo, gdzie człowiek wyląduje. Bardzo fajne. Tylko nie wiem, czym jest, skąd się wzięło, do czego je wykorzystują mieszkańcy… Ale miało potencjał. Miasto, znaczy.
Znając tematykę Twoich opowiadań, mogę obstawiać, że to jakaś metafora (części) ludzkiej psychiki. Ale takie podejrzenia to za mało, żebym potrafiła docenić tekst.
Trupy ożywające później w mieście mnie dobiły. O co tu może chodzić?
Gdzieś w komentarzach padła sugestia, że wyławiane ciała mają coś wspólnego ze wspomnieniami. No, w takim razie wydaje mi się, że w wodzie powinny pływać całe ławice Wiol. Przecież tych wspomnień Adam miał mnóstwo. No to czemu nigdy nie wpadały w sieci?
Jako się rzekło – nie zrozumiałam opowiadania. Mój umysł się od niego odbił.
A przy okazji – znowu bohater ma na imię Adam. Przypadek?
Nie twierdzę, że nie widzę zalet. Język ładny. Umiesz w opisy, przyjemnie się tekst czytało.
Tylko że ciągle czekałam na wyjaśnienia i się nie doczekałam.
Babska logika rządzi!
Poza językiem nic nie ma? Hmm, hmm, pff. Ahha, ha, ok :-P

Poczuł swędzenie głęboko, w końcu to opowiadanie o hemoroidach i pozszywanym pooperacyjnie tyłku. Dokładnie tak. :-)
Ajajaj, współczuję. Mam coś dla niego!
Pozdrawiam! :D
Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?
Cześć, Prosiaczku!
Tym razem Twój utwór do mnie mniej przemówił – a może przerósł? Warstwa przenośni jest suta, nie ma wątpliwości, że całość stanowi coś w rodzaju studium rodzicielskiego poczucia winy, jednak myślę, że moje zastrzeżenia do opowiedzianej historii wykraczają poza prosty brak obeznania z konwencją new weird. Otóż natura łowów głównego bohatera, wobec ośrodkowości ich roli fabularnej, pozostaje moim skromnym zdaniem zbyt niejasna – nie wiadomo, czemu odpowiadają obce ciała, które odnajduje zamiast Wioli i potem się odradzają; co to symbolizuje, że wyławia nie same wspomnienia, a artefakty, które potem dopiero musi na pamięć wymienić. Szkoda, że nie dałeś więcej miejsca Pozszywanemu, zasługiwałoby, żeby zostać oryginalną, rozbudowaną kreacją fantastyczną, a nie prawie rekwizytem. Pomysł Grzybni i jej niejasnej tożsamości z Wiolą cechuje się pewną elegancją, chociaż odbioru całości także nie ułatwia.
Mam też wrażenie, że poszedłeś tu znów w kierunku nadmiernego poszukiwania ozdób stylistycznych, ze szkodą dla jakości językowej, przykładowo:
Teraz zaczynał odczuwać rosnące znużenie.
Dwa grzyby w barszcz, albo zaczynał odczuwać, albo odczuwał rosnące.
Chwyt starych, zgrabiałych dłoni rozluźnił się na wiośle.
Chwyt na wiośle, a nie rozluźnił się na wiośle.
Niektórzy mówili, że to jezioro. Inni twierdzili, że mieszkają nad oceanem.
Tutaj nie wiedziałem, czy to wstępna informacja o bardzo szczególnych warunkach hydrologicznych, które mają odegrać rolę w dalszej części fabuły (akwen mógłby być połączony z oceanem krótką i szeroką rzeką o niewielkim spadku, która w przypływie syzygijnym odwracałaby bieg), czy po prostu tak napisałeś, żeby było dziwnie.
Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk
Szyk: sieć, kiedy przecięła taflę, wydała dźwięk; przeciąwszy taflę, sieć wydała dźwięk.
buty, które po osuszeniu będą jeszcze zdatne
Zdatne do użytku, przydatne.
Z Pozszywanego po towar przyjdą za osiem dni.
Dziwny akcent zdaniowy – czy po coś innego przyjdą wcześniej?
Gdy szarpnął linę, mięśnie przedramion napięły się jak postronki.
Niezręczne porównanie w tym kontekście, bo “lina” i “postronek” to wyrazy bliskoznaczne.
Najtrudniejszym etapem było wciągnięcie sieci, kiedy ta znalazła się tuż nad wodą. Wreszcie rozległ się łomot, łódka zakołysała się, wpuszczając do środka więcej wody.
Warto by coś zrobić z tym powtórzeniem “wodą – wody”. Pierwsze zdanie jest dość oczywiste, kwestia wyporu…
Pomimo zniekształconych rysów twarzy Adam zdołał szybko ocenić, że będzie musiał zawieźć je na przeciwległy brzeg. Zamiast tego, czując ogromny zawód, wsunął pod jej barki i nogi swe roztrzęsione ramiona i ze stęknięciem wyrzucił trupa z powrotem w objęcia toni.
Z logiki tekstu wynika przecież “musiałby”, a nie “będzie musiał”.
Dom, a właściwie chata zbudowana z falistej blachy i plastików
Blachy falistej (cecha istotowa – blacha falista jest specjalnie wyrabiana i dosyć trudno ją wyprostować).
zostawiwszy łup, wyszedł na zewnątrz, gdzie zdjął mokre ubranie. Wyżął z wody koszulę i spodnie, przewiesił je przez linę biegnącą od chaty do samotnej palmy.
Może czegoś nie rozumiem wskutek braku doświadczeń z rybactwem, ale wydaje mi się to zaskakującym postępowaniem, że dba o to, by rozwiesić wilgotne ubranie na zewnątrz, ale wrzuca sobie do chaty sieć pełną ociekających rybek i skorupiaków.
czasami obraz soczewkowy, bo tak zdawała się zmieniać podczas ruchu percepcja obserwatora. Miasto zdawało się zarazem zbliżać i oddalać.
Oddychało ciężkim powietrzem, pławiło się w kwaśnym deszczu.
Raczej w kwaśnych deszczach jako zjawisku, a nie w pojedynczym kwaśnym deszczu.
Zdawało się zmieniać geometrię, jego fragmenty przypominały Butelkę Kleina, Wstęgę Möbiusa
Dlaczego wielkimi literami?
Starzec wyplątał zmęczone ciało z barłogu, przetarł oczy – przypominały nieśmiało wyglądające z muszelek ślimaki
Bez obaw, nie musisz się powstrzymywać: najwyżej coś mi zacznie przypominać prosiaczki.
W głosowaniu piórkowym będę na NIE, ale doceniam i dziękuję, że z tak imponującą częstotliwością wypuszczasz na Portal zupełnie udane teksty –
Ślimak Zagłady
Finklo, dziękuję za poświęcony czas. Nie ma problemu, rozumiem, że opowiadanie do Ciebie nie trafiło. Bywa. Opowiadanie ma być dość efemeryczne, więc szukanie jednoznacznych interpretacji oraz logicznych punktów zaczepienia skazane jest na porażkę. Tak to widzę. Szanuję i akceptuję, że nie każdemu to się spodoba. :-)
HollyHell91, zatem powiem tak: gdyby taka maść istania w świecie Pozszywanego, wszyscy byliby szczęścliwi. :-D I opowiadanie nie miałoby racji bytu. Bez od.
ŚlimakuZagłady, cześć i dzięki! We własnym tekście nigdy się wszystkiego nie widzi, inni mają lepszą optykę, a Twoja jest wyjątkowo ostra, co bardzo u Ciebie cenię – tę klarowną rzeczowość. Więcej, mogę się też czegoś nauczyć, bo np nie wiedziałem, że słowo zdatny nie może występować samo. Są jednak również uwagi, z którymi się nie mogę zgodzić. Nie wykluczam, że być może czegoś nie rozumiem. ;-)
Dwa grzyby w barszcz, albo zaczynał odczuwać, albo odczuwał rosnące.
Rozumiem uwagę, ale według mnie tu znużenie dopiero narasta, w Twojej wersji proces jest już wyraźniejszy.
Chwyt na wiośle, a nie rozluźnił się na wiośle.
Nie rozumiem chyba. Chwyt na wiośle nie może się rozluźnić?
Tutaj nie wiedziałem, czy to wstępna informacja o bardzo szczególnych warunkach hydrologicznych, które mają odegrać rolę w dalszej części fabuły (akwen mógłby być połączony z oceanem krótką i szeroką rzeką o niewielkim spadku, która w przypływie syzygijnym odwracałaby bieg), czy po prostu tak napisałeś, żeby było dziwnie.
Raczej chodziło o to, żeby wzbudzić niepewność ontologiczną.
Szyk: sieć, kiedy przecięła taflę, wydała dźwięk; przeciąwszy taflę, sieć wydała dźwięk.
Mnie się wydaje jednak, że wersja w opowiadaniu – Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei – brzmi naturalnie, płynnie i dobrze literacko. Tak na moje ucho. ;-)
Z logiki tekstu wynika przecież “musiałby”, a nie “będzie musiał”.
No nie, “musiałby” oznaczałoby, chyba, hipotetyczność, a będzie musiał oznacza konieczność przyszłej czynności.
Może czegoś nie rozumiem wskutek braku doświadczeń z rybactwem, ale wydaje mi się to zaskakującym postępowaniem, że dba o to, by rozwiesić wilgotne ubranie na zewnątrz, ale wrzuca sobie do chaty sieć pełną ociekających rybek i skorupiaków.
Nie ryb i skorupiaków, a rzeczy, które dla bohatera są skarbami. Dlatego wniósł je do chaty. Bo są dla niego cenne. Ale rozumiem uwagę, to może na moment zatrzymać.
Bez obaw, nie musisz się powstrzymywać: najwyżej coś mi zacznie przypominać prosiaczki.
Hmm, no nie wiem, nie wszystkie ślimaki kojarzą mi się z Tobą, nie każdy ślimak w tekście jest puszczeniem oka do Ciebie. Prosiaczków możesz używać do woli, nie obrażę się. :-)
Pozdrawiam serdecznie
inni mają lepszą optykę, a Twoja jest wyjątkowo ostra, co bardzo u Ciebie cenię – tę klarowną rzeczowość.
Dzięki, to bardzo miłe! Chociaż jak czasem prawie nie widzę błędów w tekście, a czasem co drugie zdanie się jeży, nawet u tego samego autora, to zastanawiam się, czy naprawdę są między nimi aż takie różnice, czy to ja mam takie wahania formy redaktorskiej.
Więcej, mogę się też czegoś nauczyć, bo np nie wiedziałem, że słowo zdatny nie może występować samo.
Moim zdaniem nie może, ale gdyby ktoś z komentujących uważał inaczej, to trzeba by porządnie posprawdzać, warto się nawzajem kontrolować.
Są jednak również uwagi, z którymi się nie mogę zgodzić. Nie wykluczam, że być może czegoś nie rozumiem. ;-)
Ależ oczywiście, zawsze zapraszam do dyskusji i jestem wdzięczny za wytykanie, jeśli coś niejasno napisałem – ostatecznie chodzi mi o to, żeby udzielać pomocnych wskazówek, a nie coś komuś udowadniać!
Rozumiem uwagę, ale według mnie tu znużenie dopiero narasta, w Twojej wersji proces jest już wyraźniejszy.
Moim zdaniem początek odczuwania znużenia jest czymś chwilowym, a odczuwanie rosnącego znużenia bardziej rozciągłym w czasie, ale zgodzę się, że jeśli to w ogóle uchybienie, to bardzo drobne.
Nie rozumiem chyba. Chwyt na wiośle nie może się rozluźnić?
Może, ale jeżeli dajesz “na wiośle” po “rozluźnił się”, to okolicznik określa miejsce rozluźnienia, a nie miejsce chwytu – “rurociąg rozluźnił się na spawach”.
Raczej chodziło o to, żeby wzbudzić niepewność ontologiczną.
“Żeby wzbudzić niepewność ontologiczną” to na pewno bardziej profesjonalne ujęcie niż “żeby było dziwnie”, tak tylko informuję, jak to odebrałem w lekturze.
Mnie się wydaje jednak, że wersja w opowiadaniu – Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei – brzmi naturalnie, płynnie i dobrze literacko. Tak na moje ucho. ;-)
Moim zdaniem to jest błąd odwrotny do zawieszenia podmiotu na imiesłowie. Osobowe zdanie podrzędne, w przeciwieństwie do jego imiesłowowego równoważnika, nie zasysa podmiotu z następującego po nim zdania głównego. Dlatego nie można napisać “Łowiąc koło przylądka wczoraj wieczorem, w sieci zaplątało mi się dwoje topielców” (bo nie topielcy łowili koło przylądka) ani “Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk” (bo “przecięła” nie odnosi się tu do “sieci”). Naturalnie, chyba że podmiot byłby zaczerpnięty skądinąd:
Urocza syrenka uczepiła mi się burty, wygłosiła mowę o pożytkach płynących z weganizmu, wykorzystała chyba połowę chwytów z Erystyki Schopenhauera, błysnęła perłowymi ząbkami i plusnęła z powrotem w zatokę. Kiedy [syrenka] przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei.
No nie, “musiałby” oznaczałoby, chyba, hipotetyczność, a będzie musiał oznacza konieczność przyszłej czynności.
I tu jest właśnie hipotetyczność, bo przecież od razu z następnego zdania wynika, że Adam jednak nie zawiózł ciała na przeciwległy brzeg, tylko wrzucił je z powrotem do wody.
Hmm, no nie wiem, nie wszystkie ślimaki kojarzą mi się z Tobą, nie każdy ślimak w tekście jest puszczeniem oka do Ciebie. Prosiaczków możesz używać do woli, nie obrażę się. :-)
Hmm… chyba widać, że wytykam to żartobliwie i tak naprawdę bynajmniej sobie nie wyobrażam, że staję Ci przed oczami za każdym razem, gdy wzmiankujesz w tekście jakieś ślimaki?
Pozdrawiam, dobrej nocy!
Moim zdaniem nie może, ale gdyby ktoś z komentujących uważał inaczej, to trzeba by porządnie posprawdzać, warto się nawzajem kontrolować.
Sprawdziłęm i nie może, więc tak jak sądziłem – masz rację.
Moim zdaniem to jest błąd odwrotny do zawieszenia podmiotu na imiesłowie. Osobowe zdanie podrzędne, w przeciwieństwie do jego imiesłowowego równoważnika, nie zasysa podmiotu z następującego po nim zdania głównego. Dlatego nie można napisać “Łowiąc koło przylądka wczoraj wieczorem, w sieci zaplątało mi się dwoje topielców” (bo nie topielcy łowili koło przylądka) ani “Kiedy przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk” (bo “przecięła” nie odnosi się tu do “sieci”). Naturalnie, chyba że podmiot byłby zaczerpnięty skądinąd:
Urocza syrenka uczepiła mi się burty, wygłosiła mowę o pożytkach płynących z weganizmu, wykorzystała chyba połowę chwytów z Erystyki Schopenhauera, błysnęła perłowymi ząbkami i plusnęła z powrotem w zatokę. Kiedy [syrenka] przecięła taflę, sieć wydała jeszcze inny dźwięk – cichej nadziei.
Ja to widzę wyraźnie, że właśnie sieć przecięła taflę. Nie wykluczam, wynika to z faktu, że to miałem na myśli, pisząc zdanie, i za nic nie potrafię na to spojrzeć inaczej. Ale, co więcej, nie kojarzę tego, że zdanie podrzędne nie może zassać podmiotu. Jesteś tego pewien? A nie jest to, w przypadku omawianego przez nas zdania, po prostu katafora? A przynajmniej nie ma jej elementu?
Przyznam, że na języku znam się bardziej instynktownie niż podręcznikowo, więc mogę się mylić. Swoją opinię opieram w głównej mierze na intuicji, oczytaniu etc.
Ciekawy jestem, co inni sądzą na ten temat.
Nie rozumiem chyba. Chwyt na wiośle nie może się rozluźnić?
Może, ale jeżeli dajesz “na wiośle” po “rozluźnił się”, to okolicznik określa miejsce rozluźnienia, a nie miejsce chwytu – “rurociąg rozluźnił się na spawach”.
A nie jest to zbyt “techniczna logika”, która w literaturze nie zawsze ma zastosowanie? To trochę tak, jakby bardziej niż na odbiorze zdania przez czytelnika skupiać się na relacjach składniowych z lupą pod ręką. :-P Pewnie masz rację, że można to jeszcze poprawić, ale nie sądze, że zdanie to jest jakkolwiek nieczytelnie, dopóki nie wrzuci się go pod mikroskop.
Mam wrażenie, że inaczej cyzelujemy teksty. Ja skupiam się na czuciu zdania, Ty na technicznych aspektach. Pewnie ani ja, ani Ty nie skupiamy się jedynie na nich, ale kładziemy główny akcent właśnie tam? Co sądzisz?
I tu jest właśnie hipotetyczność, bo przecież od razu z następnego zdania wynika, że Adam jednak nie zawiózł ciała na przeciwległy brzeg, tylko wrzucił je z powrotem do wody.
On wiedział, że będzie musiał to zrobić. Będzie musiał oznacza konieczność. Musiałby hipotetyczność. A że wyszło, jak wyszło – inna sprawa.
Hmm… chyba widać, że wytykam to żartobliwie i tak naprawdę bynajmniej sobie nie wyobrażam, że staję Ci przed oczami za każdym razem, gdy wzmiankujesz w tekście jakieś ślimaki?
Czy widać, to subiektywna rzecz. Wiesz, w tych czasach bez emotkikonek czasami trudno wychwycić sarkazm czy żartobliwość tonu. Ponadto jeśli żart się powtarza, to bywa, że jest w nim coś więcej niż żartobliwość, a człowiek żartujący może o tym nawet nie wiedzieć. Zresztą, najwięcej nieporozumień jest właśnie w takim właśnie kontakcie – pisanym. Ale skoro już to wyjaśniłeś, to zakodowałem i będę pamiętał. ;-)
Dzieki za ciekawą dyskusję.
Pozdrawiam serdecznie!
Ja to widzę wyraźnie, że właśnie sieć przecięła taflę. Nie wykluczam, wynika to z faktu, że to miałem na myśli, pisząc zdanie, i za nic nie potrafię na to spojrzeć inaczej. Ale, co więcej, nie kojarzę tego, że zdanie podrzędne nie może zassać podmiotu. Jesteś tego pewien?
Jestem tego absolutnie pewien: zdanie “Kot tak się przestraszył, że aż uciekł” znaczy co innego niż “Tak się przestraszył, że aż kot uciekł”, nie konstruujemy też zdań w rodzaju “Z którym wczoraj rozmawiałaś, student został aresztowany” (to nieznacznie inny przykład). Na stronie http://grzegorz.jagodzinski.prv.pl/web/gram/pl/skladnia19.html#zd_zloz_mie jest ze sto przykładów zdań podrzędnych okolicznikowych bez żadnego w “Twoim” typie. Przyznaję jednak, że poświęciłem już o wiele za dużo czasu na poszukiwania profesjonalnego wyjaśnienia w Internecie i nie znalazłem nic jednoznacznego. Najbliższe, na co trafiłem, to porada https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zaimki-o-niejednoznacznej-referencji;15420.html, dotycząca wprawdzie referencji zaimków, ale to samo można powiedzieć o czasownikach: polski jest językiem typu SVO, więc podmiotu, do którego odnosi się dane orzeczenie, można szukać w tym samym zdaniu składowym lub w poprzednich, ale nigdy naprzód. Wydaje mi się, iż to cecha odbierana na tyle intuicyjnie, że błąd nie pojawia się w popularnych omówieniach, bo prawie się nie zdarza w praktyce szkolnej – następnym krokiem mogłoby być przejrzenie paru dobrych gramatyk języka polskiego. W tej pracy autorka zwraca uwagę, że opisy szyku wyrazów w polszczyźnie są jak dotąd w ogóle niewystarczające, oparte na domniemaniu u odbiorców znajomości zwyczaju językowego.
Poszukiwania zaprowadziły mnie w dość dziwne rejony. Dowiedziałem się przy okazji, że występujące w narracji czasu przeszłego formy typu jak nie grzmotnie, jak się nie przewróci, rzecze są prawdopodobnie śladem aorystu.
A nie jest to zbyt “techniczna logika”, która w literaturze nie zawsze ma zastosowanie? To trochę tak, jakby bardziej niż na odbiorze zdania przez czytelnika skupiać się na relacjach składniowych z lupą pod ręką.
Podrzucam wytyczne CKE, zobacz sekcję VI rozdziału “Błędy nierażące”. Nie wiem, czy w odbiorze typowego czytelnika zdanie będzie udane, czy raczej będzie miał poczucie, że coś jest z nim nie tak, ale nie potrafi tego nazwać – mam do dyspozycji tylko własny odbiór i dzielę się tym, co potrafię wypatrzyć.
Mam wrażenie, że inaczej cyzelujemy teksty. Ja skupiam się na czuciu zdania, Ty na technicznych aspektach. Pewnie ani ja, ani Ty nie skupiamy się jedynie na nich, ale kładziemy główny akcent właśnie tam? Co sądzisz?
Nie wątpię, że jako świadomy autor starasz się kształtować tekst zgodnie ze swoim poczuciem piękna i artyzmu. Kiedy jako czytelnik mam poczucie, że zdanie jest jakieś nienaturalne czy kalekie, wtedy (w mniej oczywistych przypadkach) zaczynam szukać, jak to wyjaśnić i formalnie nazwać. Na podstawie lektury kilku Twoich opowiadań mam silne wrażenie, że te, w których starasz się wprowadzić najwięcej upiększeń i osobliwości stylu, wychodzą najsłabsze językowo. Na pewno kładę na aspekty techniczne większy nacisk od Ciebie.
On wiedział, że będzie musiał to zrobić. Będzie musiał oznacza konieczność. Musiałby hipotetyczność. A że wyszło, jak wyszło – inna sprawa.
Naprawdę nie wiem, czego tu nie widzisz: przecież przyszła czynność pozostała hipotetyczna. Gdyby zdecydował się zapewnić zwłokom godny pochówek wśród bliskich, to musiałby zawieźć je na przeciwległy brzeg. Jak wynika już z następnego zdania, nie zdecydował się jednak.
Ponadto jeśli żart się powtarza, to bywa, że jest w nim coś więcej niż żartobliwość, a człowiek żartujący może o tym nawet nie wiedzieć. Zresztą, najwięcej nieporozumień jest właśnie w takim właśnie kontakcie – pisanym.
Co do nieporozumień, pełna zgoda i cieszę się, że to wyjaśniliśmy. Co do warstwy psychologicznej, ciekawa uwaga – rzeczywiście zauważałem u siebie pewne tendencje do zachowań ksobnych, ale w tym przypadku jestem dość pewien żartobliwości, bo utożsamiam się z tą konwencją ślimaczego roleplayu tylko do pewnego stopnia, nie jestem jakimś szalenie zakręconym członkiem społeczności furry fizycznie przypełzającym na konwenty.
Również dziękuję za dyskusję i pozdrawiam!
Naprawdę nie wiem, czego tu nie widzisz: przecież przyszła czynność pozostała hipotetyczna. Gdyby zdecydował się zapewnić zwłokom godny pochówek wśród bliskich, to musiałby zawieźć je na przeciwległy brzeg. Jak wynika już z następnego zdania, nie zdecydował się jednak.
Bohater wtedy sam wierzył, że będzie musiał to zrobić. Tak to widzę. Oczywiście rozumiem, że z perspektywy narracji konieczność ta nigdy nie zaistniała, ponieważ bohater wybrał inne rozwiązanie.
Jestem tego absolutnie pewien: zdanie “Kot tak się przestraszył, że aż uciekł” znaczy co innego niż “Tak się przestraszył, że aż kot uciekł”, nie konstruujemy też zdań w rodzaju “Z którym wczoraj rozmawiałaś, student został aresztowany” (to nieznacznie inny przykład). Na stronie http://grzegorz.jagodzinski.prv.pl/web/gram/pl/skladnia19.html#zd_zloz_mie jest ze sto przykładów zdań podrzędnych okolicznikowych bez żadnego w “Twoim” typie. Przyznaję jednak, że poświęciłem już o wiele za dużo czasu na poszukiwania profesjonalnego wyjaśnienia w Internecie i nie znalazłem nic jednoznacznego.
Skoro jesteś absolutnie pewien, to mimo że nie znalazłeś nic jednoznacznego, przyjmuję Twoje uzasadnienie, tym bardziej, że widzę u Ciebie epistemiczną pewność w wypowiedzi. Sądzę, że przykleiłem się do tego zdania, to znaczy do czucia go jako zupełnie logicznego i poprawnego, zapewne moją czujność ukołysał i uśpił szerszy kontekst opowiadania, w którym powyższe zdanie jawiło mi się zupełnie okej. Dziękuję za linki!
Nie wątpię, że jako świadomy autor starasz się kształtować tekst zgodnie ze swoim poczuciem piękna i artyzmu. Kiedy jako czytelnik mam poczucie, że zdanie jest jakieś nienaturalne czy kalekie, wtedy (w mniej oczywistych przypadkach) zaczynam szukać, jak to wyjaśnić i formalnie nazwać. Na podstawie lektury kilku Twoich opowiadań mam silne wrażenie, że te, w których starasz się wprowadzić najwięcej upiększeń i osobliwości stylu, wychodzą najsłabsze językowo. Na pewno kładę na aspekty techniczne większy nacisk od Ciebie.
Raczej nie staram się robić nic na siłę. Doceniam zaangażowanie i poszukiwania. Rozumiem, że masz takie wrażenie, trudno mi z tym dyskutować, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej. Więcej, staram się moje teksty odchudzać i odchwaszczać i choć jeszcze trochę mi brakuje umiejętności w tym aspekcie, to naprawdę robię, co mogę.
Co do nieporozumień, pełna zgoda i cieszę się, że to wyjaśniliśmy. Co do warstwy psychologicznej, ciekawa uwaga – rzeczywiście zauważałem u siebie pewne tendencje do zachowań ksobnych, ale w tym przypadku jestem dość pewien żartobliwości, bo utożsamiam się z tą konwencją ślimaczego roleplayu tylko do pewnego stopnia, nie jestem jakimś szalenie zakręconym członkiem społeczności furry fizycznie przypełzającym na konwenty.
Też się cieszę, że tę sprawę wyjaśniliśmy. Pisząc o tej żartobliwości ukrytej w czymś szerszym, miałem na myśli raczej coś innego. Nie trzeba utożsamiać się z ksywką samą w sobie, żeby reagować ksobnie, będąc po niej – ksywce – “wywołanym” do tablicy. Wystarczy kontekst poznawczy i emocjonalny z poprzednich interakcji, aby tak zareagować. Innymi słowy, nie o samą ksywkę chodzi, a o to, jakie ja – na przykłąd prosiaczek – mam skojarzenia z autorem, w którego tekście pojawia się słowo prosiaczek. Nie wiem, czy wyjaśniłem to choćby w przybliżeniu wystarczająco jasno. Wiem już, że tak nie było u Ciebie.
Pewnie z racji zawodu sporo wyczuwam w ludziach, a przez internet, na czacie czy w korespondencji jest to znacząco utrudnione. Być może tym bardziej trudno mi sie odnaleźć, nie widząc rozmówcy.
PS Jesteś po studiach polonistycznych? Skąd ta Twoja imponująca wiedza?
Bohater wtedy sam wierzył, że będzie musiał to zrobić. Tak to widzę. Oczywiście rozumiem, że z perspektywy narracji konieczność ta nigdy nie zaistniała, ponieważ bohater wybrał inne rozwiązanie.
I to byłoby dobre wytłumaczenie, gdyby pomiędzy tymi kwestiami był większy odstęp, dlatego podkreślałem, że pojawiają się w dwóch kolejnych zdaniach. Kiedy bohater stwierdza, że “będzie musiał” coś zrobić, i natychmiast robi coś przeciwnego, powstaje niewytłumaczalny rozdźwięk pomiędzy jego sądem o konieczności, jakiej doznaje, a wdrażaniem jej w czyn.
Więcej, staram się moje teksty odchudzać i odchwaszczać i choć jeszcze trochę mi brakuje umiejętności w tym aspekcie, to naprawdę robię, co mogę.
Nie mam najmniejszej pewności, czy ja akurat szturcham Cię w dobrym kierunku – jak pamiętasz, z Twoich ostatnich pięciu opowiadań najbardziej przypadła mi do gustu “Pragma”, a przeważająca opinia odbiorców była jednak inna.
Nie trzeba utożsamiać się z ksywką samą w sobie, żeby reagować ksobnie, będąc po niej – ksywce – “wywołanym” do tablicy. Wystarczy kontekst poznawczy i emocjonalny z poprzednich interakcji, aby tak zareagować. Innymi słowy, nie o samą ksywkę chodzi, a o to, jakie ja – na przykład prosiaczek – mam skojarzenia z autorem, w którego tekście pojawia się słowo prosiaczek. Nie wiem, czy wyjaśniłem to choćby w przybliżeniu wystarczająco jasno. Wiem już, że tak nie było u Ciebie.
Też nie wiem, czy wystarczająco jasno, ale w przybliżeniu chyba tak. Będę musiał jeszcze się nad tym zastanowić. W każdym razie absolutnie nie chciałbym, żebyś wskutek tej rozmowy zaczął rzeczywiście się wahać przed używaniem słowa “ślimak”. Udawanie w lekkim tonie, że się obruszam, gdy ktoś wzmiankuje ślimaki w niezbyt pochlebnym kontekście, naprawdę nie wydaje mi się czymś niestosownym, to jest drobny aspekt mojej autokreacji portalowej, a nie jakieś konstrukcje typu “myślę, czy Ty pomyślisz, że ja sobie pomyślałem, że masz mnie na myśli”.
PS Jesteś po studiach polonistycznych? Skąd ta Twoja imponująca wiedza?
Jesteś bardzo uprzejmy, ale gdybym był po studiach polonistycznych, na pewno umiałbym ten dyskutowany błąd formalnie nazwać w świetle różnych teorii gramatyki polskiej – albo przynajmniej wiedziałbym, w których książkach tego szukać, i miał je na półce. W liceum byłem w finale OLiJP-a, kiedy coś piszę, odczuwam kompulsywną potrzebę sprawdzania reguł i porad, żeby nie popełnić błędu, i zwykle je zapamiętuję. Też bym się ucieszył, gdyby nawinął się tu ktoś inny, specjalista, i do końca rozwiał wątpliwość.
Czy nie będzie wielkim nietaktem, jeżeli nawzajem zapytam, czy jest coś nietypowego w Twojej relacji z językiem polskim? Chodzi mi o to, że potrafisz pisać bardzo pięknie, a zarazem rzeczywiście zdarzają Ci się osobliwości stylu, których nie spotykam u innych autorów, więc może wychowałeś się w obrębie którejś z rzadkich regionalnych odmian polszczyzny albo może przebywasz od dziesięcioleci w obcym środowisku językowym, coś w tym rodzaju?
Jesteś bardzo uprzejmy, ale gdybym był po studiach polonistycznych, na pewno umiałbym ten dyskutowany błąd formalnie nazwać w świetle różnych teorii gramatyki polskiej – albo przynajmniej wiedziałbym, w których książkach tego szukać, i miał je na półce. W liceum byłem w finale OLiJP-a, kiedy coś piszę, odczuwam kompulsywną potrzebę sprawdzania reguł i porad, żeby nie popełnić błędu, i zwykle je zapamiętuję. Też bym się ucieszył, gdyby nawinął się tu ktoś inny, specjalista, i do końca rozwiał wątpliwość.
Rozumiem, ja też sprawdzam, czy wszystko jest dobrze, ale najwidoczniej nie tak skrupulatnie i wnikliwie jak Ty, Ślimaku.
Czy nie będzie wielkim nietaktem, jeżeli nawzajem zapytam, czy jest coś nietypowego w Twojej relacji z językiem polskim? Chodzi mi o to, że potrafisz pisać bardzo pięknie, a zarazem rzeczywiście zdarzają Ci się osobliwości stylu, których nie spotykam u innych autorów, więc może wychowałeś się w obrębie którejś z rzadkich regionalnych odmian polszczyzny albo może przebywasz od dziesięcioleci w obcym środowisku językowym, coś w tym rodzaju?
Żaden nietakt, ale trochę mnie to ubawiło, bo od urodzenia mieszkam w Warszawie i do dnia dzisiejszego nigdy nie mieszkałem na stałe w innym miejscu. Wyjaśnieniem osoliwości językowych pewnie jest to, że tak działa mój mózg – być może za bardzo zwracam uwagę na płynność i muzykalność, niewystarczająco pochylając się nad składnią etc.