CZĘŚĆ I: OPOWIEŚĆ
Olbrzym, który szedł pod prąd
W rodzinie Neptuna wszystkie dzieci krążyły w prawo. Tak jak tata kazał. Tak jak robią wszyscy porządni członkowie Rodziny Słońca.
Wszystkie… oprócz jednego.
Tryton był największym synem Neptuna. Wielkim – większym od Plutona. W tej rodzinie pełnej maluchów czuł się jak dorosły, który przypadkiem trafił do przedszkola.
I robił wszystko na odwrót.
Płynął w lewo.Retrogradacyjnie – to znaczy, że kiedy wszyscy biegli do przodu, on biegł do tyłu. Jak ktoś, kto próbuje wejść schodami w dół, podczas gdy tłum biegnie w górę. W „złą” stronę.
Pewnego bardzo zimnego poranka (a u Neptuna każdy poranek jest zimny, bo rok trwa tam 165 ziemskich lat i Słońce ledwo grzeje) Tryton zatrzymał się na swojej orbicie i spojrzał na resztę rodzeństwa.
Proteusz – drugi co do wielkości, ale pierwszy, jeśli chodzi o zarozumiałość – prężył swoją kamienną klatkę piersiową.
– Ja to mam idealną orbitę – chwalił się. – Okrągłą jak piłka. Nie to co niektórzy.
Zerknął znacząco na Nereidę, która akurat wykonywała jeden ze swoich słynnych „skoków” – raz była blisko Neptuna, raz uciekała hen daleko, jakby nie mogła się zdecydować.
– Przynajmniej nie jestem nudna! – odkrzyknęła Nereida, wirując.
Larissa i cała czternastka małych księżyców sunęła grzecznie w prawo.
– Moja orbita! – pisnęła nagle Larissa, poprawiając swój tor. – Tryton znowu robi zamieszanie!
– Ja nic nie robię – burknął Tryton.
– Właśnie że robisz! Lecisz w złą stronę i psujesz mi estetykę!
Larissa była bardzo przywiązana do estetyki. Uważała się za najładniejszy księżyc w rodzinie, chociaż – prawdę mówiąc – wyglądała jak ziemniak.
Wtedy jeden z maluchów – Talassa, najmniejsza z całej gromadki – zakręciła się za mocno i poleciała prosto w stronę pierścieni Neptuna.
– Aaaa! – pisnęła. – Nie umiem wyhamować!
Proteusz nawet nie drgnął. Larissa poprawiała „fryzurę”. Nereida była za daleko. Ale Tryton – lecący „pod prąd” – zobaczył ją pierwszy. Nie myślał. Zanurkował w bok, wyciągnął wielką, lodową rękę i złapał Talassę tuż przed tym, jak wpadła w chmury.
– Mam cię – powiedział spokojnie.
Talassa trzęsła się jak listek.
– Dz-dzięki – wyjąkała.
Tryton posadził ją delikatnie na bezpiecznej orbicie.
– Uważaj na zakrętach – mruknął.
I poleciał dalej. W lewo. Pod prąd. Jak zawsze. Nawet nie zauważył, że Neptun patrzył na to wszystko z góry. I że w jego wielkim, niebieskim oku błysnęło coś ciepłego.
Wieczorem (choć przy Neptunie trudno powiedzieć, co jest wieczorem, a co nocą) Tryton zatrzymał się daleko od reszty rodziny.
– Dlaczego ja muszę lecieć w lewo? – zapytał głośno, ale nikogo konkretnego. – Dlaczego jestem jedyny, który wszystko robi na odwrót?
Neptun – wielki, ciemnoniebieski i wietrzny – usłyszał. Zawsze słyszał, nawet gdy udawał, że nie słyszy. Podpłynął bliżej. Jego chmury falowały łagodnie, ale Tryton zauważył, że są ciemniejsze niż zwykle. Jakby tata nosił w sobie coś ciężkiego.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedział Neptun cicho. – Powinienem był to zrobić dawno temu.
Tryton poczuł dziwny chłód w brzuchu. Nie ten zwykły, kosmiczny chłód. Inny.
– Jesteś adoptowany – powiedział Neptun.
Cisza.
Słowo zawisło między nimi jak lodowa bryła.
– Przyleciałeś do nas bardzo dawno temu – ciągnął Neptun. – Z Pasa Kuipera. Z miejsca, gdzie nie ma rodzin. Gdzie wszystko lata bez celu, zderza się, rozpada. Gdzie nikt nikogo nie trzyma.
Tryton milczał. Słuchał.
– Widziałem, jak lecisz – Neptun mówił wolno, jakby każde słowo było trudne. – Pędziłeś prosto w ciemność. Tam, gdzie nie ma już Słońca. Byłeś sam. I bardzo, bardzo szybki.
Neptun zbliżył się jeszcze bardziej.
– Mogłem cię przepuścić. Pozwolić lecieć dalej. Ale pomyślałem: „Nie. Nie pozwolę, żeby zginął w pustce”. Złapałem cię. Może ścisnąłem trochę za mocno – i dlatego zawróciłeś. Dlatego teraz lecisz w drugą stronę niż wszyscy.
Tryton spojrzał na swoje ręce – czarne, pokryte lodem azotowym.
– Czyli nie jestem prawdziwym synem?
Neptun pokręcił wielką głową. Pierścienie zadzwoniły cicho.
– Jesteś prawdziwy. Tylko przyszedłeś inną drogą.
Tryton odwrócił się i pomknął dalej – w lewo, pod prąd. I jeszcze szybciej niż zwykle.
Musiał pomyśleć. Musiał zrozumieć.
Za nim jeden z jego gejzerów (bo Tryton czasem strzelał gejzerami, kiedy emocje nie mieściły się w środku) wystrzelił tak mocno, że czarny pył poleciał aż do Neptuna i zabarwił jego chmury na ciemno.
– O, świetnie – mruknął Proteusz z daleka. – Teraz tata wygląda jak zebra.
– Cicho bądź – syknęła Nereida.
Neptun nie zwrócił uwagi na plamy. Patrzył tylko za Trytonem. Wiedział, że syn musi to przetrawić sam. Ale wiedział też, że Tryton wróci.
Bo dzieci, które przyszły „inną drogą”, często kochają najmocniej. Muszą tylko najpierw to zrozumieć.
Głos z Pasa Kuipera
Tryton poleciał dalej niż zwykle. Nie trzymał się blisko Neptuna. Może się bał, że słowa „jesteś adoptowany” przykleją mu się do skóry na zawsze. Oddalił się na sam skraj swojej orbity – ponad trzysta tysięcy kilometrów od taty – najdalej, jak pozwalała niewidzialna lina grawitacji, którą Neptun na niego zarzucił.
Tam było inaczej.
Nie dlatego, że było cieplej (nie było). Nie dlatego, że było jaśniej (nie było). Tylko… ciszej. Tak, jakby nawet wichury Neptuna przestawały tu gadać.
Tryton zatrzymał się i spojrzał w ciemność. Gwiazdy migotały bladym światłem. Nie robiły takiego wrażenia jak Słońce, które jest głośne i bliskie. Gwiazdy były dalekie i spokojne – takie, jakie zapamiętał się z miejsca, z którego uciekł. I nagle coś w nim drgnęło. Nie wspomnienie w głowie – tylko w lodzie. W tej części, której nie da się zagłuszyć.
Pas Kuipera.
Nie obrazek jak z podręcznika. Tylko uczucie: zimno tak ostre, że aż czarne. Tłok, choć przestrzeń ogromna. Zderzenia bez przeprosin. Śmiech bez ciepła.
I głos. Cienki, ostry, kłujący jak sopel.
– Wracaj, uciekinierze – syknął głos. – Jesteś za duży. Za wolny. Tylko przeszkadzasz.
Tryton zacisnął palce.
Eris.
Nie widział jej teraz. Ale natychmiast rozpoznał, bo zapamiętuje się kogoś, kto potrafi zepsuć dzień samym spojrzeniem. Eris była potężna, twarda i zawsze miała rację – nawet wtedy, kiedy nie miała.
Pamiętał jej śmiech, kiedy popychała mniejsze obiekty. Sprawdzała, który wypadnie z toru pierwszy. Pamiętał też, że Eris zawsze była sama. Nie jak „samotna na chwilę”, tylko taka, co nawet nie udaje, że to nie boli.
– Nie wrócę – powiedział Tryton do ciemności. Głos miał cichy, ale twardy. – Tam jest tylko bałagan.
Głos Eris zadrżał w jego wnętrzu jak pękający lód.
– Bałagan to jedyne, co umiesz. Wróć. Wróć!
Tryton zamknął oczy i zobaczył siebie sprzed dawna: pędził przez czarne przedmieścia Układu Słonecznego, coraz szybciej, byle dalej od jej śmiechu. Nie wiedział dokąd. I naprawdę go to nie obchodziło.
A potem pojawił się błękit. Wielki, spokojny, niemożliwy do opisania błękit. I coś, co go złapało. Mocno. Zbyt mocno. Ale… nie po to, żeby zrobić krzywdę. Po to, żeby zatrzymać. Neptun.
Tryton otworzył oczy.
– Nie jestem stąd – powiedział cicho. – Ale cieszę się, że tu jestem.
– Ja też – odezwał się ktoś tuż obok.
Tryton odwrócił się gwałtownie. Za nim wisiała Nereida.
Niewielka, poszarpana, z orbitą tak rozbujaną, jakby cały czas była w połowie kroku, a pod nogami miała śliską podłogę. Raz wyżej, raz niżej – jak szalona baletnica na niewidzialnej linie.
– Szybko lecisz jak na kogoś, kto jest smutny – powiedziała.
– Śledziłaś mnie? – burknął Tryton.
Nereida wzruszyła ramionami, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
– Martwiłam się. To co innego.
Tryton tylko przez chwilę na nią patrzył. Często widział ją roztańczoną i pyskatą. Teraz była cicha. Prawie poważna. Jakby schowała „show” do kieszeni.
– Ty też jesteś… adoptowana? – zapytał w końcu, ciszej.
Nereida zawahała się.
– Nie wiem – przyznała. – Czasem mam sny. O zimnym miejscu daleko stąd. I o głosie, który się ze mnie śmiał.
Tryton poczuł, jak coś mu zamarza w środku.
– Eris?
Nereida skinęła głową.
– Nazywała mnie „chudzielcem”. „Patyczkiem”. I… lepiej nie powtarzać. – Przełknęła z niesmakiem. – Może to tylko koszmary. A może wspomnienia. Wiem tylko, że moja orbita jest… dziwna. I że nikt tutaj nie rozumie, czemu latam tak, jakbym co chwila zmieniała zdanie.
Tryton podpłynął bliżej.
– Ja krążę w lewo. Ty latasz jakbyś miała własne zasady. Jesteśmy inni.
Nereida uniosła brew.
– „Jak roztańczona wariatka”, tak? – przypomniała mu z wyraźną urazą.
Tryton udawał niewinnego.
– Ja tego nie powiedziałem.
– Powiedziałeś.
– To powiedzmy, że jesteś… artystką interpretacyjną.
– O, widzisz. Teraz brzmi to jak komplement – odparła z godnością. – Wariatka nie wie, co robi. Artystka wie. Tylko inni za nią nie nadążają.
Tryton parsknął śmiechem. Pierwszy raz od ostatniej rozmowy z tatą Neptunem. Nereida uśmiechnęła się lekko, a potem spoważniała.
– Wiesz, co jest najgorsze w byciu „innym”? – zapytała.
– Że wszyscy to widzą.
– I że sam też to widzisz – dodała. – Ale wiesz, co jest najlepsze?
Tryton spojrzał na nią pytająco.
– Że „inny” czasem znaczy: potrzebny. Bo kiedy wszystko idzie w prawo… ktoś musi umieć iść w lewo. Choćby po to, żeby pierwszy zauważyć, że ktoś spada.
Tryton spojrzał na swoje czarne gejzery. Milczące. Może w środku siedziały słowa, których nie potrafił powiedzieć.
– Czyli… te gejzery to nie wulkan – mruknął. – To ja…?
Nereida delikatnie dotknęła jego lodowej powierzchni.
– Albo płaczesz. Albo śpiewasz. Zależy, jak na to patrzysz.
Tryton zamknął oczy.
Poczuł, jak w środku narasta ciśnienie – nie złość, nie smutek. Coś większego. Coś, co przez długi czas było zamknięte, bo nie było komu pokazać. Pozwolił. Jeden gejzer wystrzelił wysoko. Czarny pył poleciał w przestrzeń jak salut dla gwiazd – dla tych bladych, starych świateł, które pamiętały jego dawny dom.
Tryton otworzył oczy.
– To ja śpiewam – powiedział cicho.
Nereida uśmiechnęła się.
– I masz piękny głos.
Przez chwilę wisieli razem w ciszy i patrzyli, jak fontanna opada powoli w próżnię.
Dwa księżyce, które przyszły „inną drogą”. Dwie dziwne orbity w rodzinie, która lubi, gdy wszystko jest równo.
– Wracamy? – zapytała w końcu Nereida.
Tryton skinął głową.
– Wracamy. Ale nie przestanę lecieć w lewo.
– A ja nie przestanę skakać – odpowiedziała.
– Nawet jak komuś psuje estetykę?
– Zwłaszcza wtedy – prychnęła Nereida.
I razem ruszyli w stronę niebieskiego blasku Neptuna.
Kiedy tata wybucha
Na Neptunie nigdy nie jest cicho. Zawsze wieje. Zawsze huczy. Wiatry pędzą z prędkością dwóch tysięcy kilometrów na godzinę – szybciej niż jakikolwiek samolot na Ziemi. Ale Tryton znał te wiatry. Przez miliardy lat nauczył się rozpoznawać, kiedy tata oddycha spokojnie, kiedy jest zamyślony, a kiedy…
Kiedy coś jest nie tak.
Tego dnia wiatry pachniały inaczej. Gorąco. Jakby Neptun dusił w sobie coś, co chciało wyjść.
Tryton zatrzymał się na swojej orbicie.
– Tato? – zapytał ostrożnie. – Wszystko w porządku?
Neptun nie odpowiedział.
Jego chmury ciemniały. Wirowały szybciej niż zwykle. A gdzieś w głębi – tam, gdzie nikt nie sięgał wzrokiem – coś bulgotało. Rosło. Wrzało. Gorące wnętrze Neptuna budziło się do życia.
Widzicie, Neptun ma sekret.Pod tymi pięknymi, niebieskimi chmurami – głęboko, bardzo głęboko w środku – było gorąco. Tak gorąco, że mógłby stopić każdą lodową skałę w Układzie Słonecznym. Naukowcy mówią, że Neptun wypromieniowuje prawie trzy razy więcej energii niż dostaje od Słońca. Cała ta energia musi gdzieś pójść. I idzie – w górę, przez chmury, jako wichury szybsze niż dźwięk.
Ale czasem…
Czasem tego ciepła bywa za dużo. Czasem, gdy coś Neptuna zdenerwowało, zasmuciło, przestraszyło – i wtedy jego wnętrze wrze tak mocno, że traci kontrolę. Nie dlatego, że był zły. Dlatego, że kochał za mocno. I czuł za mocno. I nie wiedział, jak to powstrzymać.
Tryton rozpoznał znaki. Nie dlatego, że był mądrzejszy od innych. Dlatego, że widział to wcześniej. Nie tutaj, przy Neptunie. Tam – w Pasie Kuipera. Gdzie wszystko było chaosem. Zderzenia, wybuchy, ciała pędzące bez celu. Tam nauczył się jednego: Kiedy wokół ciebie szaleje burza – ty musisz być spokojny.
– Proteusz! – krzyknął. – Zbieraj maluchy! TERAZ!
Proteusz akurat prężył klatkę piersiową, próbując wyglądać na niezwyciężonego.
– Spokojnie, ja tu dowodzę! – odpowiedział. – Jestem drugi co do wielkości! Dam radę uspokoić tatę…
Poleciał w stronę Neptuna.
– PROTEUSZ, NIE!
Za późno.
Podmuch wiatru złapał Proteusza i obrócił trzy razy wokół własnej osi. Potężny, kamienny księżyc, który przed chwilą się chwalił swoją siłą, teraz leciał przez przestrzeń jak liść w jesiennej wichurze.
– Mamooooo! – pisnął, zapominając o godności.
Wielka Ciemna Plama pojawiła się nagle. Granatowe oko na brzuchu Neptuna – wielkie jak cała Ziemia, wirujące coraz szybciej, wciągające wszystko wokół.
Czternastka maluchów zaczęła piszczeć.
– Ratunku!
– Ratunku!
– Ratunku!
Pędziły w panice – ale pędziły W STRONĘ burzy. Bo tak działała grawitacja. Bo tak działał strach. Biegły prosto w niebezpieczeństwo.
– STÓJCIE! – krzyknął Tryton.
Ale one nie słyszały. Albo słyszały i nie rozumiały. Panika jest głucha. Tryton podjął decyzję w ułamku sekundy. Nie poleciał do burzy. Nie próbował jej zatrzymać. Wiedział, że jest za mały, za słaby. Wiedział, że prawa fizyki nie pozwalają księżycowi powstrzymać wiatru planety.
Ale mógł zrobić coś innego. Zanurkował – nie w dół, ale w bok. Prosto w ścieżkę uciekających maluchów. Jego wielka masa – większa od Plutona (który kiedyś był planetą) – stanęła im na drodze jak góra.
– MALUCHY! – krzyknął. – Nie patrzcie na burzę! Patrzcie na MNIE! I trzymajcie się mojej grawitacji!
Pierwszy maluch wpadł prosto w niego i odbił się jak piłeczka. Drugi też. Trzeci. Tryton nie puszczał. Jego grawitacja – ta sama, która przez miliardy lat krążyła „w złą stronę” – teraz działała jak kotwica. Łapał maluchy, przyciągał je do siebie, trzymał.
– Nereida! – krzyknął. – Pomóż mi!
Nereidzie nie trzeba było powtarzać dwa razy. Jej szalona, „roztańczona” orbita nagle miała sens. Skakała raz tu, raz tam, wyłapując maluchy, które uciekały Trytonowi, i popychając je z powrotem w jego stronę.
– Mam Talassę! – wołała.
– Tu Naida!
– Galatea ucieka w lewo!
– Już ją mam!
Tryton stał nieruchomo pośród chaosu.
Wokół niego – czternaście przerażonych, piszczących, trzęsących się maluchów. Tulili się do jego lodowej powierzchni, jakby był jedynym stałym punktem w świecie, który oszalał.
A on… był spokojny. Nie dlatego, że nie czuł strachu. Czuł.Ale w Pasie Kuipera nauczył się czegoś ważnego: Kiedy jesteś przerażony – udawaj, że nie jesteś. Dla tych, którzy są jeszcze bardziej przerażeni od ciebie.
– Ciii – szeptał do maluchów. – Jestem tu. Trzymam was. Tata za chwilę się uspokoi. Zobaczcie.
– A jeśli nie? – pisnął jeden z nich.
– To będziemy tu siedzieć, dopóki się nie uspokoi. Mamy czas.
– A jeśli nas wciągnie?
– Nie wciągnie. Jestem za duży. I lecę w złą stronę, pamiętacie?
Maluchy zamilkły.
I wtedy Talassa – mała Talassa, którą kiedyś uratował bez namysłu – powiedziała:
– To dobrze, że lecisz w złą stronę.
Tryton poczuł, jak coś ciepłego rozpływa się w jego lodowym wnętrzu.
– Tak – powiedział. – Czasem to dobrze.
Burza trwała godzinę. A może dzień. Przy Neptunie trudno powiedzieć. Ale w końcu wiatry zaczęły słabnąć. Wielka Ciemna Plama zachwiała się, rozpadła, zniknęła.
Neptun oddychał ciężko. Jego chmury były zmierzwione, poszarpane. Wyglądały jakby przeszła przez nie armia maruderów. Wielkie, niebieskie oko Neptuna było zmęczone. I smutne.
– Dzieci? – zapytał ochrypłym głosem. – Dzieci, gdzie jesteście?
Tryton wypłynął powoli z cienia. Za nim – czternaście maluchów, wciąż trzymających się jego orbity. Nereida z boku. Proteusz (lekko poobijany) z tyłu. Larissa poprawiająca „fryzurę”.
– Jesteśmy tu, tato – powiedział Tryton.
Neptun spojrzał na nich. Na wszystkich.
I coś w nim pękło.
– Przepraszam – powiedział. Głos mu drżał. – Przepraszam, dzieci. Czasem… czasem moje wnętrze jest za gorące. I nie panuję nad wiatrami. Zawahał się.
– Nie chciałem was skrzywdzić. Nigdy nie chcę. Ale…
– Wiemy, tato – powiedział Tryton cicho. – Wiemy.
Neptun spojrzał na niego długo.
– Ty jeden nie panikujesz, gdy ja tracę kontrolę – szepnął. – Wiesz dlaczego?
Tryton pokręcił głową.
– Bo widziałeś już chaos. Tam, skąd przyleciałeś. I przetrwałeś. – Neptun zbliżył się. – Może… może właśnie dlatego cię wtedy złapałem. Nie przypadkiem.
Tryton poczuł, że coś ściska mu lodowe gardło.
– Myślisz?
– Nie myślę. Ja to wiem. – Neptun położył wietrzną dłoń na ramieniu syna. Delikatnie, jakby bał się, że go połamie. – Dziękuję ci, synku. Za to, że zostałeś. Za to, że ich trzymałeś, gdy ja nie mogłem.
Jeden z maluchów podpłynął do Trytona i przytulił się do jego lodowej powierzchni.
– Tryton jest najlepszym starszym bratem! – pisnął.
Tryton zamrugał.
– Ale ja nie jestem…
– Jesteś – powiedziały księżyce naraz, wszystkie czternaście. – Bo zostałeś.
I wtedy Tryton – wielki, potężny Tryton, który przyleciał znikąd i przez miliardy lat myślał, że jest błędem… pierwszy raz poczuł, że ma rodzinę.
Nie dlatego, że ktoś mu ją dał.
Dlatego, że ją kochał. I ona kochała jego.
Śmiech po burzy
Minęło kilka godzin. A może kilka dni. Przy Neptunie trudno powiedzieć – wszystko jest niebieskie i wietrzne. Burza ucichła. Wiatry zwolniły do „normalnych” dwóch tysięcy kilometrów na godzinę. Neptun drzemał, wyczerpany.
Ale maluchy nie spały. Tuliły się do siebie w małej grupce. Drżały. Niektóre cicho popłakiwały – lodowe łzy zamarzały w locie i spadały jak maleńkie diamenty. Tryton patrzył na nie z daleka.
Nereida podleciała do niego.
– Wciąż się boją – powiedziała cicho.
– Wiem.
– Burza minęła.
– Wiem.
– To dlaczego się boją?
Tryton milczał przez chwilę.
– Bo pamiętają – powiedział w końcu. – A pamięć to nie wichura, która mija.
Nereida spojrzała na niego.
– I co zrobimy?
Tryton zawahał się.
W starej wersji siebie powiedziałby: „Nic”. Albo uciekłby na skraj orbity, żeby być sam.
Ale coś się zmieniło.
– Poczekaj tu – powiedział do Nereidy.
I podleciał do maluchów.
Czternastka podniosła głowy. Niektóre odsunęły się odruchowo – był taki duży, taki inny, taki… dziwny.
Ale Talassa nie odsunęła się.
– Tryton! – pisnęła i natychmiast przytuliła się do jego lodowej powierzchni.
– Hej – powiedział Tryton, niezgrabnie klepiąc ją po czubku głowy. – Hej, spokojnie. Już po wszystkim.
– Wiem – szepnęła Talassa. – Ale wciąż słyszę wiatr. W głowie.
Tryton skinął głową.
– Ja też – powiedział cicho. – Czasem.
Talassa spojrzała na niego zdziwiona.
– Ty? Ale ty się nie bałeś.
– Bałem się – przyznał Tryton. – Tylko udawałem, że nie.
Inne maluchy przysunęły się bliżej.
– Naprawdę? – zapytała Naida.
– Naprawdę.
Tryton rozejrzał się. Na spokojniejsze chmury Neptuna. Na drzemiącego tatę. Na oczy maluchów, które patrzyły na niego bez paniki.
– Teraz jest dobrze – powiedział.
I wtedy coś w nim drgnęło.
Poczuł, jak rośnie w nim ciśnienie. Jak gejzer chce wystrzelić. Ale tym razem… nie jak krzyk. Wystrzelił mały, krzywy strumień pyłu. Taki, który wyglądał jak kichnięcie.
Naida zachichotała.
– Co to było?
– Nie wiem – powiedział Tryton z kamienną twarzą. – Chyba się przeziębiłem.
Wystrzelił drugim – jeszcze bardziej krzywym.
Dwa maluchy się roześmiały.
– Jeszcze! – pisnęła Talassa.
Tryton wystrzelił trzecim – tym razem długim, który zrobił w próżni spiralkę, a potem opadł powoli jak zmęczony balon.
Cała czternastka rechotała.
– Wyglądasz jak fontanna w parku! – krzyknęła Galatea.
– Jak słoń, który kicha!
– Jak fajerwerk, który zapomniał eksplodować!
Tryton strzelał dalej. Małe gejzery, duże gejzery, krzywe, proste, spiralne, falujące. Czarny pył azotowy rysował w próżni śmieszne kształty.
A maluchy śmiały się. Z radości zapominania strasznych chwil.
Nereida podleciała bliżej.
– Od kiedy umiesz robić takie rzeczy?
– Zawsze umiałem – powiedział Tryton. – Tylko nigdy nie wiedziałem, po co.
– A teraz wiesz?
Tryton spojrzał na maluchy.
– Teraz wiem.
Nie zauważył, że Neptun się obudził. Wielka, niebieska planeta patrzyła na swojego adoptowanego syna i uśmiechała się tak szeroko, że jej chmury rozjaśniły się o cały odcień.
Proteusz podleciał do Neptuna.
– Tato? – zapytał cicho. – Czy Tryton zawsze tak umiał?
– Nie wiem – odpowiedział Neptun. – Ale myślę, że zawsze mógł. Tylko musiał znaleźć powód.
Wieczorem (albo tym, co przy Neptunie uchodzi za wieczór) Neptun podpłynął do Trytona.
– Dzisiaj nauczyłeś mnie czegoś – powiedział. – Że można być silnym bez krzyczenia. Że czasem największa siła to zostać.
Tryton przez chwilę milczał. A potem powiedział cicho:
– Kocham cię, tato.
Neptun zadrżał.
– Ja ciebie też, synku. Od pierwszego dnia, gdy cię złapałem.
Tej nocy Tryton nie leciał na skraj orbity. Został blisko. W domu, który wybrał.