- Opowiadanie: Mehiko - Smok

Smok

Jako że Dzień Dziecka za pasem, tedy ośmielam się Szanownym Czytelnikom bajkę małą zaproponować ku uciesze onych i rozrywce. Miłego czytania!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Smok

Część 1: W grodzie

Zdobysław „Paliwoda” z Koziebrodów herbu Własne Ego wojem był mężnym i w boju niezwalczonym, a mimo nikczemnej postury i haniebnych obyczajów, hojnie od natury dowcipem ostrym obdarzony. Wielkie miał tedy wzięcie tak u książąt ziemi mazowieckiej, jak i dam dworu i panienek z rycerskich i plebejskich rodów. Poprzysiągł on sobie, iż w związki małżeńskie nie wstąpi, nim smoka jakiego znacznego nie ubije. A że klimat wciąż się oziębiał i mimo starań mężów uczonych zaradzić temu nie można było, tedy smoki one, dawniej silnie w puszczach rozplenione, ku cieplejszym migrowały stronom i coraz to mniej ich na Mazowszu i w Prusiech było. Wielce sarkało na to rycerstwo mazowieckie, które zwykło zdobywać laury właśnie w walkach z onymi bestiami, za czym i sława mężnych wojów i wzięcie ich u panien nadobnych ustawicznie rosły. Książę pan kazał nawet wdrożyć program ratowania smoków i objął je ochroną, zakazując łowów na nie każdemu, kto nie miał osobnego zezwolenia z kancelarii książęcej wydanego. Kłusownicy nie zważali zrazu na to, lecz gdy pogłowie smoków drastycznie spadło, musieli przerzucić się na żubry i tury. Te albowiem tak się po lasach mazowieckich rozpleniły, gdy ubyło smoków, zwykle się nimi żywiących, że już niemal za szkodniki uchodzić zaczęły i nikt nie wątpił, że prędzej niebo i ziemia przeminą, niźli Mazurzy pozbędą się z kraju tych bestii kudłatych i rogatych.

Nieciekawa zatem przyszłość jawiła się przed szlachetnym Zdobysławem, który od raz podjętego postanowienia na krok odstąpić nie chciał (lubo mu niejedna dzierlatka okazję po temu sposobną nie raz i nie dwa dawała). Los uśmiechnął się wszakże do niego. Trafiło się razu pewnego, że bawiąc przejazdem w grodzie jednym nad Narwią pięknie położonym, podsłuchał w karczmie kmieci o smoku rozprawiających. Zdziwił się zrazu, ale chciwy będąc wieści, umyślił zasięgnąć języka i przysiadłszy się do onych z garncem piwa, wdał się z nimi w gadkę. Tak i dowiedział się, że już pół roku będzie, jak córę kasztelana samego, nadobną Wisławę smok straszliwy w samo południe z rzeki porwał, kiedy tam w towarzystwie panienek szlachetnych kąpieli zażywała. Zaczaił się ów smok pod wodą, że jeno czubek głowy i pyska widać było i całkiem był do krokodyla podobny. Zdobysław nie wiedział po prawdzie, co to za bestia ów krokodyl, ale karczmarz, który rozmowie się przysłuchiwał i oną piwem podsycał – bo też Zdobysław miał lekką rękę do wydatków – pośpieszył mu zaraz z pomocą.

– Był tu – powiada – razu pewnego Saracen jeden, od króla Jego Mości polskiego księciu panu naszemu podarowany po krucjacie aleksandryjskiej. Ówże nam onego krokodyla akuratnie opisał i jako żywo smok, który panienkę kasztelankę z rzeki porwał, całkiem był do onej bestii nilowej podobny.

– To ciekawe, co mówicie, karczmarzu – podziękował mu Zdobysław. – A możecie mi rzec, gdzie onego Saracena mogę znaleźć?

Umyślił sobie bowiem, że jeśli naocznego świadka wypyta, więcej się o zwyczajach onych krokodylów dowie, które niechybnie takoż ze smoczego rodu idą.

– Za późno na to, miłościwy panie – odrzekł mu karczmarz.

– A co, wyjechał dokądś?

– Gdzieżby! Książę pan, jako władca prawdziwie wiarę naszą miłujący, umyślił onego Saracena nawrócić i kapelana doń wysłał, coby go o wierze chrześcijańskiej pouczył i do chrztu zbawiennego przywiódł. Opierał się on jednak twardo, deklarując, że prędzej zginie, niż się wiary swej mahometańskiej wyrzeknie. Książę pan tak się tym wzburzył, że kazał onego Saracena rzucić niedźwiedziowi, którego mu komtur osterodzki w dowód przyjaźni świeżo był podarował. Chciał tedy książę dzielność owego niedźwiedzia wypróbować i dawszy Saracenowi włócznię i topór dobry rzekł mu, że jeśli żyw z tej przygody wyjdzie, książę puści go wolno, hojnie zlotem daruje i jeszcze glejtem na wolny przejazd do Turek albo Grenady hiszpańskiej opatrzy.

– I cóż się stało? – zaciekawił się Zdobysław.

– Ano cóż… Saracen Mahometa na pomoc wezwawszy śmiało wyszedł niedźwiedziowi na spotkanie, które im książę pan na dziedzińcu zamkowym oznaczyć raczył. Ledwo wszak ujrzał onę pruską bestię, ledwo niedźwiedź podniósł się na tylnych łapach i zaryczał, Saracen wraz oręż precz rzucił i ku księciu panu się obróciwszy zakrzyknął, że już Mahometa swego odstępuje i niczego tak nie pragnie, jak tylko co prędzej chrzest święty przyjąć. Wyciągnięto go tedy zaraz z dziedzińca i prosto do kaplicy zamkowej powiedziono, gdzie do Kościoła naszego rzymskiego z nadzwyczajną ochotą przystąpił.

– Ciekawa historia – zauważył Zdobysław.

– Ano. A i to zważcie sobie panie rycerzu, co się z onym niedźwiedziem potem stało. Gdy się mianowicie biskup płocki od kapelana książęcego dowiedział, jak skutecznie niedźwiedź Saracena do wiary naszej przywiódł, zaraz kazał go od księcia pana naszego odkupić. Po czym woził go ze sobą wszędzie, gdzie tylko na rekolekcje albo kazania, osobliwie wielkopostne lub odpustowe zjeżdżał i kogo by opornym i wielkim grzesznikiem widział, temu zaraz kazał niedźwiedzia karmić i obłaskawiać. I powiadam panu, nie było nikogo w całej naszej diecezji, kto by się zaraz nie pokajał i pokuty by najcięższej nie przyjął.

– Bardzo to ciekawe, ale co z Saracenem? – dopytywał Zdobysław.

– Marnie skończył – smutno powiedział karczmarz.

– Tak?

– Długo nie wytrwał w naszej wierze. Zachciało mu się znów do swego sprośnego Mahometa powrócić i z Żydem jednym o tym traktował, jakby go kształtnie mógł z Mazowsza wywieźć. Dał mu na to nawet sporo pieniędzy, które w darze chrzcielnym od księcia pana naszego był otrzymał. Żyd grosze wziął, po czym poszedł ze sprawą do kasztelana i za dobrą opłatą wydał mu onego Saracena. Tak to dwakroć na nim zarobił. Saracen zaś trafił do lochu książęcego.

– Tedy mi gadaj co prędzej, w którym to grodzie ów loch, a ja już sprawię, że mi dozwolone będzie z onym Saracenem pomówić.

– To musielibyście panie do samej Osterody jechać, bo go książę pan oddarował komturowi jego mości i tam, jako słyszałem, za niedźwiednika u braci zakonnych robi.

Spochmurniał na to szlachetny Zdobysław, bo nie zdało mu się w pruskie kraje jechać. Szczęściem nie musiał onej drogi podejmować, bo się doń przysiadł człek jeden, na kupca wyglądający i tak doń rzekł:

– Wybaczcie panie, ale niechcący posłyszałem, o czym mówicie. Mogę wam w tym dziele pomóc.

– O, a jakże to? – zaciekawił się Zdobysław.

– Wracam oto z Litwy, dokądżem za skórami lisimi i ogonami bobrzymi jeździł. Gdyśmy Narwią płynęli i popasali gdzieś pod Nowogrodem, opowiedzieli nam gospodarze, że nad jeziorem w puszczy ku granicy pruskiej ciągnącej się zagnieździł się smok jeden i tamże pannę jakąś znaczną więzi. Znaczne przy tym szkody w okolicy czyni, barcie plądrując i bydło porywając. Książę pan posłał już przeciw niemu kilku rycerzy, z których atoli żaden nie wrócił i sprawy o sobie nie dał. Co więcej, pobożni bracia z Ortelsburga gromadą zbrojną przeciw niemu wybrali się, będzie z pięć niedziel temu, tę rację dając, że się i w pruskie ziemie smok ów zapuszcza i one plądruje. Do dziś ani słychu ani widu po nich i za pewne to trzymamy, że już tam ich kości nad jeziorem bieleją. Nie wiem ja, czy i cała potęga zakonu bestii onej wydoła?

Zamyślił się cny Zdobysław nad tymi słowami i wychyliwszy jeszcze kufel piwa, zapłacił i udał się na spoczynek.

Śniło mu się, że brnie sam przez gęsty las, zgubiwszy gdzieś konia wraz z pachołkiem. Wtem wypadają mu naprzeciw bracia zakonni. Brody u nich zmierzwione, piana na ustach i obłęd w oczach. „Drache! Drache!” – krzyczą. I „Hilfe! Hilfe!”. Po czym mijają go, nawet się nie oglądając. On zaś idzie dalej, patrzy, a tu Saracen wszeteczny z batem w ręce, wywija onym i woła „Pogromca smoków! Chodźcie zobaczyć! Ostatni pokaz przed zimą! Mistrz egipski zaprasza!”. I rozdaje ryciny z jaszczurami jakiemiś, na których krokodyle w rozmaitych kolorach tęczy wyobrażono. Skąd Zdobysław wiedział, że to krokodyle, tego nie wiedział. Krzyknął jednak Saracenowi: „Precz, oszuście! To nie smoki, a krokodyle zwykłe!” I zaraz Saracen jakby pod ziemię się zapadł. Z lasu zaś doszedł Zdobysława wpierw smród wielki, jakby z zapuszczonej obory, a potem ryk straszliwy bestii. W tej chwili obudził się Zdobysław, cały potem zlany.

– Zaschło mi w gardle – rzekł do siebie i sięgnął po kufel. – Piwo z rana jak śmietana – dodał.

Gdy doszedł do siebie i otrząsnął się z nocnej mary, oporządził się i kazał wieść do kasztelana. Znalazł go jak zwykle pochmurnego i nieskorego do rozmowy. Stary woj stał się takim, odkąd stracił córkę w nurtach Narwi, od smoka porwaną. Zdobysław śmiało zgłosił się z ofertą uwolnienia kasztelanki i zabicia smoka.

Smutno pokiwał głową kasztelan i rzekł mu:

– Rad cię słucham, młodzieńcze. Powiedzieć ci atoli muszę, że nie ty pierwszy zgłaszasz się z tym do mnie. A to dziś nad ranem przywiózł mi goniec z Ortelsburga wieść żałosną, iż całe trzy dziesiątki ludzi stamtąd przeciw smokowi wysłanych, w tym sześciu rycerzy, potwór ów w okrutnej walce zgładził i pożarł. Jeden pachołek ocalał, który z tyłu jadąc, na odgłos walki nie pośpieszył, ale zaszywszy się w krzakach wszystko widział i z przerażeniem stamtąd uszedłszy do Ortelsbutga, wszystko braciom tamtejszym opowiedział. Ci za tchórzostwo do lochu go wrzucili i straże na murach zaciągnęli, bojąc się odwetowej napaści smoka. Posłali zaraz po posiłki do Niborka i Jańsborka, zamków im pobliższych i nam też właśnie znać dają, byśmy się na baczności mieli.

– Ależ to wspaniałe nowiny! – zakrzyknął Zdobysław.

– Jak to, wspaniałe? – zdziwił się kasztelan.

– Żal mi braci zakonnych, ale wyświadczyli nam przysługę. Odwrócili uwagę smoka, który nie spodziewa się nowej napaści. Pewnie wypoczywa po bitwie i twarde kości i pancerze trawi, a jeśli o czym myśli, to o zemście na Prusakach. Ja go tedy stąd idąc zaskoczę, a samowtór z pachołkiem mym wiernym cicho się skradając, uwadze jego tym łacniej ujdę.

Spojrzał nań kasztelan z zaciekawieniem i jakby błysk w oku jego mignął. Rzekł:

– Niegłupio mówisz, cny panie. Zali wszak we dwóch sprostacie tak okrutnej bestii? Nie chcę ja męstwa waszego negować i daleki jestem od tego, ale może wam choć z dziesięciu ludzi dam? Baczcie, że smok trzykroć więcej braci zakonnych wstępnym bojem położył.

Zaśmiał się na to Zdobysław i rzecze:

– Miły panie, z serca wam dziękuję za waszą ochotę, ale sam najlepiej sobie poradzę. Patrzcie na mnie i rzeknijcie: zali widzieliście rycerza nikczemniejszej postury?

– Co też prawicie, panie! – zaprzeczył kasztelan, choć w duchu przyznał rację Zdobysławowi.

– Chociem niewiele od ziemi odrósł – ciągnął ów – tedy serce mam mężne, krzepę niezgorszą, a i dowcip bystry. I na tym plan mój zasadzam: przemknę się niepostrzeżenie, córkę waszą wykradnę i z giermkiem moim, który w lesie koni nam przypilnuje, ujdę bezpiecznie. Nim się smok obejrzy, ze dwie staje lasem ujedziem. A gdy Narwi dopadniem, spokojni już całkiem będziem.

– A toż on w pościg za wami puści się i dopadnie!

– Moja w tym głowa, by ku Prusom ruszył. A jeśli i za nami pójdzie, tedy pozna moc mego ramienia i posmakuje ostrza mego miecza. Wtedy dopiero krew jego utoczę i lubo to od księcia pana naszego zabronione smoki żgać i ubijać, lecz że w obronie własnej to uczynię, pewienem, że z waszą pomocą, panie, nie tylko kary ujdę, ale i nagrodę jaką otrzymam.

– W takim razie, miły panie, możecie być pewni mego wsparcia – rzekł mu kasztelan z promienną twarzą. Taka bowiem moc i pewność siebie biły od Zdobysława, że stary kasztelan nie wątpił już, że swą córkę rychło ujrzy i z miłością ojcowską obłapi.

 

Część 2: W puszczy

Zdobysław przyszykował się do wyprawy i wraz z wiernym giermkiem Hrdiną, rodem z morawskiej Tępawy, ruszył statkiem w górę Narwi. Znalazłszy się zaś w Puszczy Zielonej, w której smok miał przebywać, wysiadł ze statku i ruszył brzegiem rzeczki na północ. Kierował się ku jezioru w środku puszczy. Przedzierali się kilka dni. Hrdina podbierał pszczołom miód z barci i polował na drobną zwierzynę i ptactwo. Zdobysław zaś obmyślał sposoby, jakimi miałby podejść smoka, wywieść go w pole, omamić i zażyć z mańki.

Któregoś ranka, gdy zjedli sute śniadanie, oporządzili się i ruszyli, spotkała ich niespodzianka. Nie uszli daleko, gdy na środek ścieżki wypełzł smok w swej własnej, ohydnie wstrętnej smoczej osobie. Po czym, zamiast groźnie zaryczeć i plunąć ogniem, rzekł:

– Witajcie. Wy do mnie, jak się domyślam? Czy może do panny kasztelanki?

Zdobysław zapomniał języka w gębie. Hrdina drapał się jeno po głowie i patrzył to na swojego pana, to na smoka. Ten zaś rzekł:

– Zapraszam, chodźcie za mną. Tylko nie próbujcie żadnych sztuczek! Pancerz mam twardy, a ogon mocny i zmiotę was jednym machnięciem.

W to akurat nie wątpili, skoro tylko ujrzeli smoka w całej okazałości. Podreptali więc za nim, a Zdobysław zaczął znów myśleć, jakby się z całej kabały z honorem (i życiem!) wykręcić.

Skoro dotarli nad jezioro ujrzeli na jego środku wyspę, a na niej drewnianą wieżyczkę, niezbyt wysoką, ale chędogą. Smok popatrzył na nich, wskazał na wyspę i rzekł:

– Tak, tam właśnie przebywa Wisława. Niestety.

– Niestety? – ośmielił się odezwać Zdobysław.

– Coś wam powiem. Jak myślicie, czy lubię moją robotę?

Zdębieli obaj. Nie tego się spodziewali. Walka, krew, pot i łzy, potem tryumf bądź ucieczka, a może ciemna mogiła – to i owszem. Ale pogadanka o życiowych kłopotach bestii? Na to żaden z nich nie był gotów.

Smok zaś nie tracił czasu, a widząc, że znalazł chętnych – a w każdym razie nieopornych – słuchaczy, rozwinął swą opowieść.

– Każdy myśli, że bycie smokiem to świetna sprawa, a porywanie i pilnowanie młodych, rozkapryszonych panienek to wszystko, o czym smoki marzą i na co je stać. Gówno prawda! – wykrzyknął. – Wybaczcie, poniosło mnie – zwrócił się do nich z czymś, co mogło przypominać przepraszający uśmiech na smoczym pysku (o ile zębiska mogą wyglądać przepraszająco).

Po czym rozgadał się na dobre:

– Wcale nie zamierzałem porywać Wisławy. Po prostu, zawarłem umowę z pewną wiedźmą pod Nowogrodem. Dziewica – czy jej krew – była jej potrzebna do jakichś guseł. Miałem jej dostarczyć dziewczę, a ona dać mi maść na porost sierści. Na zimę. Szlag! Zwichnąłem skrzydło tak fatalnie, że już nie mogę latać. Moi bracia dawno już odlecieli do ciepłych krajów. Czy wiecie, że zaczęła się mała epoka lodowcowa? Nie? No tak. Za krótko żyjecie. Pamiętam czasy, kiedy było cieplej. Do rzeczy jednak. Słuchacie mnie?

Zdobysław i Hrdina mieli tak zdumione gęby, że smok zaczął się zastanawiać, czy wszystko z nimi w porządku i czy nadążają. „Zupełnie jak żacy” – pomyślał. Głośno zaś rzekł:

– Gdy zatem moi bracia dawno odlecieli, ja utknąłem w tej dziurze w środku lasu. Wiedźmę zgarnęli ludzie księcia i sprzedali braciom zakonnym. Ci zaś poddali ją przesłuchaniu, ciągnęli, łamali kołem i takie tam. Wreszcie wyśpiewała im, gdzie jestem i przyszli po mnie. Myślicie, że było mi łatwo? Do dziś mam po nich czkawkę. Plucie szyszakami to nic przyjemnego. A jeszcze ze dwa leżą mi na żołądku!

„To może nas jednak nie zje” – pomyślał Zdobysław. A smok dalej swoje:

– Zima idzie, ja bez sierści, panna kasztelanka ciągle marudzi, żądając Bóg wie czego. Jesteście żonaci? No, przecież! Nie byłoby was tutaj! Wiecie, że smoki łączą się w pary na całe życie? Znałem taką jedną smoczycę i wiecie, mało brakowało. W ostatniej chwili… to znaczy, wasi ją zabili… A ja nie zdążyłem! Do dziś mam po tym kaca…

„Czy mi się zdaje, czy głos mu drży?” – zastanawiał się Zdobysław. Po czym odezwał się:

– Wielmożny panie smoku, mam dla ciebie propozycję.

– Tak?

– To my zabierzemy Wisławę, uwolnimy cię od obowiązku jej pilnowania i będziesz mógł ruszyć na południe.

– Na piechotę?

– Lepsze to, niż tu czekać na zimę.

Smok zamilkł i zastanowił się. Wreszcie rzekł:

– A co mi tam! Nic dobrego mnie tu nie czeka. Bierzcie dziewkę i zabierajcie się stąd!

Po czym wszedł w las, kierując się na południe i zostawiając ich samych. Zdobysław spojrzał na Hrdinę i rzekł:

– Ani słowa! Była bitwa, a po niej smok cudem uszedł.

Hrdina skinął głową. Nie trzeba mu było tego powtarzać. I on liczył na sowitą nagrodę.

Obaj wpław przeprawili się na wyspę, gdzie zastali Wisławę przy porannej toalecie (miała bowiem zwyczaj spać do późna, dzięki czemu przespała ich rozmowę ze smokiem). Ze zdumieniem i radością powitała wybawicieli. Po obowiązkowych ukłonach i grzecznościach Zdobysław na plecach krzepkiego Hrdiny przewiózł kasztelankę na brzeg jeziora, gdzie rozpalili ognisko i zagotowali strawę w krzyżackim szyszaku. Później dosiedli koni i ruszyli ku Narwi.

Nie trzeba długo opisywać radości starego kasztelana, który zdążył już był odżałować Zdobysława i jego giermka. Wnet dano na zapowiedzi, po czym wyprawiono huczne wesele dzielnemu rycerzowi i pannie kasztelance.

Żyli później długo i szczęśliwie (przeważnie). Czasem tylko Zdobysław, siedząc na progu swego dworu spoglądał ku Narwi i zastanawiał się, co też porabia smok?

Koniec

Komentarze

Witaj. ;)

 

Mam trochę wątpliwości odnośnie strony językowej (do przemyślenia), np.:

Książę pan, jako władca prawdziwie wiarę naszą miłujący, umyślił onego Saracena nawrócić i kapelana doń wysłał, coby go o wierze chrześcijańskiej pouczył i do chrztu zbawiennego przywiódł. – w necie widzę, że w znaczeniu: „który by” (a chyba takie jest to znaczenie) wyraz ten piszemy rozdzielnie (?)

Chciał tedy książę dzielność owego niedźwiedzia wypróbować i (przecinek?) dawszy Saracenowi włócznię i topór dobry (i tu?) rzekł mu, że jeśli żyw z tej przygody wyjdzie, książę puści go wolno, hojnie zlotem daruje i jeszcze glejtem na wolny przejazd do Turek albo Grenady hiszpańskiej opatrzy. – czy tam nie powinno być: „obdaruje”?

– Ano (przecinek?) cóż…

Saracen (i tu?) Mahometa na pomoc wezwawszy (i tu?) śmiało wyszedł niedźwiedziowi na spotkanie, które im książę pan na dziedzińcu zamkowym oznaczyć raczył.

Szczęściem nie musiał onej drogi podejmować, bo się doń przysiadł człek jeden, na kupca wyglądający (i tu?) i tak doń rzekł:

A i to zważcie sobie panie rycerzu, co się z onym niedźwiedziem potem stało. – przecinek przy Wołaczu?

– Wybaczcie panie, ale niechcący posłyszałem, o czym mówicie. – tutaj podobnie?

Gdyśmy Narwią płynęli i popasali gdzieś pod Nowogrodem, opowiedzieli nam gospodarze, że nad jeziorem w puszczy (przecinek?) ku granicy pruskiej ciągnącej się (i tutaj?) zagnieździł się smok jeden i tamże pannę jakąś znaczną więzi.

Gdyśmy Narwią płynęli i popasali gdzieś pod Nowogrodem, opowiedzieli nam gospodarze, że nad jeziorem w puszczy ku granicy pruskiej ciągnącej się zagnieździł się smok jeden i tamże pannę jakąś znaczną więzi. Znaczne przy tym szkody w okolicy czyni, barcie plądrując i bydło porywając. – powtórzenie?

Zamyślił się cny Zdobysław nad tymi słowami i (przecinek?) wychyliwszy jeszcze kufel piwa, zapłacił i udał się na spoczynek.

Skąd Zdobysław wiedział, że to krokodyle, tego nie wiedział. – powtórzenie?

Gdy doszedł do siebie i otrząsnął się z nocnej mary, oporządził się i kazał wieść do kasztelana. – ortograficzny?

 

W historycznej nazwie masz niestety też literówkę i powoduje ona z miejsca błąd rzeczowy rażący:

Co więcej, pobożni bracia z Ortelsburga gromadą zbrojną przeciw niemu wybrali się, będzie z pięć niedziel temu, tę rację dając, że się i w pruskie ziemie smok ów zapuszcza i one plądruje. – jest ok

A to dziś nad ranem przywiózł mi goniec z Ortelsburga wieść żałosną, iż całe trzy dziesiątki ludzi stamtąd przeciw smokowi wysłanych, w tym sześciu rycerzy, potwór ów w okrutnej walce zgładził i pożarł. – tu także

Jeden pachołek ocalał, który z tyłu jadąc, na odgłos walki nie pośpieszył, ale zaszywszy się w krzakach wszystko widział i z przerażeniem stamtąd uszedłszy do Ortelsbutga, wszystko braciom tamtejszym opowiedział. – tu jest błędnie

Skoro dotarli nad jezioro (przecinek?) ujrzeli na jego środku wyspę, a na niej drewnianą wieżyczkę, niezbyt wysoką, ale chędogą.

Zwichnąłem skrzydło tak fatalnie, że już nie mogę latać. Moi bracia dawno już odlecieli do ciepłych krajów. – powtórzenie?

Czasem tylko Zdobysław, siedząc na progu swego dworu (przecinek?) spoglądał ku Narwi i zastanawiał się, co też porabia smok?

 

Pogodna, ciepła i dobroduszna opowieść. :) Pomysł z pewnością zasługuje na kliczek. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

Udany, wciągający fragment. Masz wyczucie konwencji. Zwróciłam uwagę na to, jak świetnie potrafisz balansować między stylizacją historyczną a lekkim, ironicznym humorem. Pozdrawiam. smiley

Nowa Fantastyka