Króciutka wprawka warsztatowa. Brzytwa Ockhama, budowanie klimatu i twist fabularny. Jestem bardzo ciekaw Waszych wrażeń :D. Z góry dziękuję za wszelkie rady, uwagi i konstruktywną krytykę.
Króciutka wprawka warsztatowa. Brzytwa Ockhama, budowanie klimatu i twist fabularny. Jestem bardzo ciekaw Waszych wrażeń :D. Z góry dziękuję za wszelkie rady, uwagi i konstruktywną krytykę.
Wszystko w życiu biegnie swoim rytmem. Na gwizdek rewei zrywam się z koi punkt czwarta. Trzy minuty zimnej wody w umywalce, a potem jedna ciepłej. Śniadanie na metalowej tacy. Sześć dni z rzędu pasta z wodorostów, a siódmego konserwa o smaku rybnym. Szesnaście godzin wachty, z przerwami na herbatę co ósma szklanka, a potem capstrzyk. I od nowa. Wszystko dopasowane jak zapadki i wpusty, zazębione jak koła przekładni. Bo rzeczy mają to do siebie, że pasują albo nie pasują. Z ludźmi jest całkiem inaczej.
Przerwa na herbatę zastała mnie dzisiaj przy otwartej pokrywie prawoburtowego kabestanu, z rękami po łokcie w oleju przekładniowym. Zanim bym go z siebie zeskrobał i wytarł, z przydziałowych ośmiu minut nic by nie zostało. Zamiast tego usiadłem sobie w kucki przy reduktorze i pozwoliłem, żeby brunatna maź spływała z opuszek palców pomiędzy tryby maszyny. Na foredeku byłem sam. Zardzewiały pokład pokrywały kałuże wody lekko opalizujące olejowym filmem. Ukradkiem spojrzałem przez ramię. Stary na sto procent siedział teraz w swoim fotelu na mostku i bacznie lustrował przestrzeń przed dziobem. Ciekawe, kiedy przyczepi się do bosmana o ten olej. Ale to nie była moja sprawa. Ja miałem przydzielone swoje zadania, więc nikt mi nie będzie o to głowy suszył.
Słońce pewnie już wzeszło, ale gruba pokrywa tłustych chmur nie przepuszczała niczego poza szarawą poświatą. Podobno po niebie kiedyś latały białe ptaki. Nigdy ich nie widziałem. Wyginęły na początku wojny, zanim się urodziłem. Horyzontu też nie było widać. Poszarpane opary unoszące się ze stalowoszarego morza sprawiały, że świat skurczył się do bańki o średnicy kilkunastu kabli. W tej bańce było wszystko, co miałem. Mój kąt w kubryku, moja koja, mój ulubiony stolik w mesie, maszyna do wydawania posiłków na moją kartę, warsztat z moją szafką na moje narzędzia. Reszta była wspólna. No, może oprócz zadań. Bo te też były moje. Jako starszemu specjaliście przydzielano mi tylko te, o największym znaczenie do utrzymania sprawności bojowej okrętu. Dziś, na ten przykład, był to serwis reduktora napędu prawoburtowego kabestanu.
Zegarek, który powiesiłem sobie na zaczepie roboczej kamizelki, piknął sygnałem siedmiu minut i trzydziestu sekund od ostatniej szklanki. Koniec przerwy. Trzeba walczyć dalej. Wziąłem głębszy oddech i włożyłem dłonie w przekładnię, próbując wymacać w jej trzewiach kulki łożyska, które wpadły mi tam wcześniej. Wyławiałem je jedna po drugiej, układając równiutko na magnetycznej tacy. Wyglądały tak ładnie. Lśniące, srebrzyste, tłuste od oliwy. Nie pasowały do tego coraz bardziej zardzewiałego i szarego świata.
Po tym, jak upewniłem się, że znalazłem wszystkie, przyszła pora na wymianę oleju. Chociaż wymiana, to już tylko puste słowo, bo świeżej beczki nie wydano mi już od nie-pamiętam-kiedy. Podstawiłem pod korek spustowy obcięty w połowie pojemnik po amunicji, przykryłem go dwiema warstwami płótna i przelałem stary olej jak przez filtr. Dobry specjalista wie, kiedy można nagiąć zasady, żeby wykonać zadanie. Po poluzowaniu korka czarna maź chlusnęła z charakterystycznym bulgotem. Jakiś glut na moment przytkał wylot i musiałem go przepchnąć kawałkiem drutu, ale reszta zeszła bardzo szybko.
Pokręciłem głową z politowaniem. Za mało. Już dawno powinienem dostać dolewkę. To, co zlało się do pojemnika, nie wystarczy nawet na uzupełnienie poziomu do krytycznego minimum. No cóż, ale co ja na to poradzę? Mądrzejsi ode mnie tym zawiadują. Ja mogę co najwyżej wpisać w raport wachtowy.
Zakręciłem korek i ostrożnie przelałem olej z powrotem do przekładni. Na płótnie zostało sporo osadu, ale żadnych opiłków metalu. To dobry znak. Przekładnia mimo marnego smarowania nadal była w doskonałym stanie. Pozwoliłem sobie na odrobinę zadowolenia. Tak, byłem dobry w tym co robiłem. Nawet w kryzysowej sytuacji potrafiłem ogarnąć temat przy użyciu minimum dostępnych środków. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku skręciłem wszystko na odrobinie silikonu, pozbierałem narzędzia i ruszyłem w kierunku nadbudówki.
Na dziś nie miałem nic innego do roboty. To znaczy, w grafiku pozostało mi do wykonania jeszcze sześć zadań, ale wszystkie dotyczyły urządzeń i instalacji zlokalizowanych na rufie. A tych przecież nie mogłem wykonać. Powody były obiektywne, to oczywiste. Pomimo tego miałem poczucie niesmaku, gdy wchodziłem do warsztatu. Dziennik utrzymania ruchu leżał na szafce grodziowej. Nie otwierałem go już od jakiegoś czasu. Nie musiałem, bo wszystkie zlecenia znałem na pamięć. A do tego nie było sensu, bo miejsce na nowe wpisy skończyło się już dawno. Zamiast tego, moim wiernym kawałkiem drutu wyskrobałem na grodzi datę i numer polecenia na pracę, a obok wyniki inspekcji z kodem kabestanu. Musiałem się schylić, bo tylko tuż nad dekiem zostało jeszcze trochę wolnej powierzchni.
Czułem się jak oszust, gdy przy kolejnych numerach wyryłem „nie wykonano z powodów obiektywnych”. Bo przecież próbowałem, prawda? Dzisiaj nie, ale wcześniej próbowałem wiele razy. To by było zupełnie bez sensu, żeby próbować za każdym razem, kiedy wiadomo, że się nie da. Na ten przykład: RPZ-002/Kontrola rufowej pompy zęzowej, pomiar prądu rozruchowego. Prąd był, bo reaktor pracował, ale przecież pompy nie było. I to samo przy pozostałych! Kompresor i zbiornik powietrza, główna rozdzielnia oświetlenia, a nawet, uwaga – instalacja przeciwpożarowa czwartego przedziału! O jak mnie to wnerwiało. Że też żaden umny nie pójdzie i nie sprawdzi, że te układy po prostu nie istnieją. Ile to ja razy patrzyłem w zeszyt, czy ktoś tego nie skorygował. I co? I nic! Każdy miał to głęboko. To czym ja się mam przejmować? Ja robię swoje. Najlepiej jak potrafię, nawet jak nie ma środków czy części, to moja robota jest zrobiona. I nikt nawet nie podziękuje.
Wiem! Pójdę z tym do kapitana. Nie jestem kapusiem, ale po prostu co za dużo to niezdrowo. Bo to już jest przegięcie, pornografia, żeby tyle czasu… Nie chodzi przecież o to, żebym kogoś podpierniczył! Tu chodzi tylko o dobro okrętu. A okręt jest nas wszystkich. Nie będę pisał notatki, bo jeszcze ktoś by zobaczył i potem będą gadać. Pójdę osobiście. Tak, sprawa nabrzmiała do tego stopnia, że trzeba iść osobiście.
Poprawiłem kombinezon, przygładziłem włosy. Trochę za długie, ale przynajmniej byłem dokładnie ogolony. Nie wstyd przecież iść do starego w poplamionym ubraniu, jak się właśnie skończyło robotę. Wytarłem tylko dokładnie ręce ze smaru. Może na koniec będzie chciał mi podziękować i uścisnąć dłoń? Wtedy byłby dopiero wstyd. Ale, nie. Ja to jestem zawsze przygotowany na takie ewentualności.
Po drodze na mostek policzyłem wszystkie spalone lampy. Łatwiej byłoby policzyć te działające. To nic, zapamiętam, które są do wymiany i zostawię notatkę elektrykowi oddziałowemu. To jego robota. W każdym razie nie było to przecież nic pilnego. Drogę i tak znałem na pamięć i mógłbym ją przejść z zamkniętymi oczami.
Drzwi na mostek były jak zawsze lekko uchylone. Nie na tyle, żeby przez nie przejść, ale wystarczająco, by wsunąć głowę i zajrzeć do środka.
– Kapitanie, znaczy, panie kapitanie… – zacząłem tak głośno i wyraźnie, jak potrafiłem – …bo ja melduję, że… ja wiem, że jest alarm bojowy i nie chcę przeszkadzać… ja…
Na mostku poza starym nie było nikogo. Siedział do mnie tyłem, rozparty w swoim fotelu. Lekko przekrzywił się na lewo, odkąd widziałem go ostatnio. Chyba był bardzo zajęty, bo nawet się nie poruszył na moje słowa. To akurat tak samo, jak ostatnio. Przecież kapitan ma na głowie dowodzenie całym okrętem, sprawa za sprawą, problem za problemem, a on nad tym wszystkim panuje. Podziwiałem go. Był dla mnie wzorem. Odkąd zaczął się alarm bojowy, nie opuścił posterunku. Nie zszedł z mostka ani na chwilę. Tytan, po prostu tytan powinności.
– Bo ja chciałem zameldować, że… – ośmieliłem się wreszcie i na jednym wdechu wyrzuciłem z siebie – …że wtedy, jak nas walnęła ta torpeda, pamięta pan, ta torpeda, co nam rozerwała rufę. To ja wtedy byłem w przedziale reaktora. Wyciek chłodziwa w wymienniku, po tym wejściu na minę chwilę wcześniej. I ja miałem za zadanie zespawać i uszczelnić, ważne zadanie, pamięta pan, prawda?
Nie poruszył się, więc kontynuowałem:
– Jak walnęło, tak nami rzuciło, że poleciałem na pokład, na twarz, prawie rozbiłem wizjer kombinezonu radiacyjnego. Palnik plazmowy trzymałem mocno, nawet nie zgasł… i wtedy zrobiłem, znaczy wykonałem uszczelnienie. Opanowałem ten wyciek, pamięta pan? Dwanaście godzin spawałem, bo cały czas się rwało, ale zrobiłem. Uratowałem okręt.
Wydało mi się, że kapitan leciutko się przechylił na lewo, tak jakby chciał nadstawić ucha temu, co mówię. Co ja do niego mówię! Serce aż podskoczyło mi z radości w piersi. Z szerokim uśmiechem nieomal wykrzyczałem:
– I się wszystko udało! Było blisko, prawie nas dostali, ale im się wywinęliśmy. Pan i ja! Pan dowodził, a ja wykonałem zadanie. Tylko…
Przypomniałem sobie, co zobaczyłem, gdy po tych dwunastu godzinach wyszedłem z komory reaktora. Słowa uwięzły mi w gardle. Nie mogłem. Nie dałem rady dalej. Po prostu nie. To nie miało sensu. Nie, nie, nie!
Powietrze zeszło ze mnie, jak z przekłutego balonu. Nie mogłem powstrzymać spazmatycznego westchnienia. Trzeba było kończyć. Nie chciałem przecież, żeby stary pomyślał, że jestem jakaś osmarkana melepeta. Zacisnąłem zęby i wydusiłem:
– Ja melduję tylko, że pracuję nad przywróceniem pełnej sprawności bojowej. Zadania są wykonywane na bieżąco i raportowane zgodnie z procedurą. Proszę o pozwolenie do powrotu do zajęć!
Kapitan siedział dalej nieruchomo. Z jego uwagi nie pozostało już nic. Niepotrzebnie mu przeszkadzałem. Mam za swoje. Trzeba było się nie wychylać. Dobrze mi tak.
Wycofałem się cichutko i bez słowa ruszyłem do warsztatu. Po drodze wydarłem się na elektryka oddziałowego o te pieprzone lampy. Leżał jak zwykle przy grodzi oddziału bojowego wyrzutni rakietowej. Nawet nie mogłem mu wykrzyczeć wszystkiego prosto oczy, bo… nie miał oczu… i większej części głowy. Prawie każdemu teraz brakowało coraz więcej. Było ich coraz mniej. Bosman szczerzył się do mnie znad krawędzi podestu prowadzącego na śródokręcie. Biała czaszka, prawie całkowicie pozbawiona już potężnego niegdyś zarostu kiwała się w rytmie fal przyboju.
– Nie śmiej się ze mnie!!! – zawyłem z całych sił. – Przecież robię, co mogę!!!
Odpowiedziało mi tylko echo odbite od stalowych grodzi. To nic. Ja dam radę. Jutro będzie kolejny dzień.
Spuściłem głowę i powlokłem się do kambuza. Trzeba było uważać, gdzie się stawia stopy. Żeby na kogoś nie nadepnąć.
Witaj. :)
Z technikaliów zatrzymały mnie (zawsze – tylko do przemyślenia):
Zamiast tego usiadłem sobie w kucki przy reduktorze i pozwoliłem, żeby brunatna maź spływała z palców prosto pomiędzy tryby. Pordzewiały pokład pokrywały kałuże wody lekko opalizujące olejowym filmem. – czy aliteracje są celowe?
Dziś (przecinek?) na ten przykład, był to serwis reduktora napędu prawoburtowego kabestanu.
Zegarek, który powiesiłem sobie na zaczepie roboczej kamizelki (i tu?) piknął sygnałem siedmiu minut i trzydziestu sekund od ostatniej szklanki.
Tak, byłem dobry w tym (i tu?) co robiłem.
O (i tu?) jak mnie to wnerwiało.
Podstawiłem pod korek spustowy obcięty w połowie pojemnik po amunicji, przykryłem go dwoma warstwami płótna i przelałem stary olej jak przez filtr. – „warstwa” jest rodzaju żeńskiego
Że też żaden umny, nie pójdzie i nie sprawdzi, że te układy po prostu nie istnieją. – w cudzysłów lub kursywą?
Że też żaden umny, nie pójdzie i nie sprawdzi, że te układy po prostu nie istnieją. – zbędny pierwszy przecinek?
Nie jestem kapusiem, ale po prostu (przecinek, myślnik lub dwukropek?) co za dużo (przecinek?) to niezdrowo.
Nie na tyle, żeby przez nie przejść, ale wystarczająco (przecinek?) by wsunąć głowę i zajrzeć do środka.
– Bo ja chciałem zameldować, że… – ośmieliłem się wreszcie i na jednym wdechu wyrzuciłem z siebie – … że wtedy (i tu?) jak nas walnęła ta torpeda, pamięta pan, ta torpeda, co nam rozerwała rufę.
Nie poruszył się (i tutaj?) więc kontynuowałem: (…).
Wydało mi się, że kapitan leciutko się przechylił na lewo, tak jakby chciał nadstawić ucha temu (i tu?) co mówię.
Biała czaszka, prawie całkowicie pozbawiona już potężnego niegdyś zarostu (i tu?) kiwała się w rytmie fal przyboju.
Na mostku poza starym nie było nikogo. Siedział do mnie tyłem, rozparty w swoim fotelu. Lekko przekrzywił się na lewo, odkąd byłem tu ostatnio. Chyba był bardzo zajęty, bo nawet się nie poruszył na moje słowa. To akurat tak samo, jak ostatnio. Przecież kapitan ma na głowie dowodzenie całym okrętem, sprawa za sprawą, problem za problemem, a on nad tym wszystkim panuje. Podziwiałem go. Był dla mnie wzorem. Odkąd zaczął się alarm bojowy, on cały czas był na posterunku. – powtórzenia?
Niby nie ma oceanu krwi i okrutnie mordowanych na naszych oczach bohaterów, a i tak klimacik zakamuflowanego horroru bardzo fajnie wyszedł, brawa. :) Przy nieruchomym kapitanie zorientowałam się, że coś jest z nim nie tak. :)
Kliczek, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Wrażenia dobre. Ja z kolei zrobiłem eksperyment czy da się przerwać czytanie w połowie. Wynik: nie da się ;). Pozdrawiam!
Jest klimacik:) Przypomina mi pewien film o grupie zagubionej w pętli czasu na jakimś statku. Pozdrawiam:)
LL
Morderco, czy aby dobrze zrozumiałam, że narrator-mechanik jest jedynym ocalałym na okręcie? Że wciąż pełni służbę jakby nigdy nic i robi to najlepiej jak potrafi…?
…przykryłem go dwoma warstwami płótna… → Raczej: …przykryłem go dwiema warstwami płótna…
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/dwoma-i-dwiema;11141.html
… że wtedy jak nas walnęła ta torpeda… → Zbędna spacja po wielokropku.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Ładne to!
Podobało mi się stopniowe odkrywanie rzeczywistości. Przy rozmowie z kapitanem zacząłem nabierać przeświadczenia, że nie żyje, więc cała reszta tylko je potwierdziła, ale i tak efekt był satysfakcjonujący.
Przypomniał mi się bodajże “Terminus” Lema (z serii o Pirxie) – robot wystukiwał wiadomości wymieniane kiedyś przez członków załogi, którzy zostali odcięci przez katastrofę w różnych częściach statku.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Nie wydaje mi się, że przy takich meldunkach kapitan ma pełny ogląd sytuacji… ;-)
Zakończenie należycie zaskoczyło. Tak się zastanawiam, czy narrator jeszcze żyje, czy też już zombiakuje.
Fajnie wplatasz marynarskie słowa, to trzyma nastrój.
Babska logika rządzi!
Cześć bruce :D
Dzięki serdeczne za przecinkarium. Nie nauczę się chyba tej interpunkcji w tym stuleciu :D.
Aliteracje oczywiście niezamierzone i wynikające z braku czujności. Już poprawiam. Muszę puszczać sobie tekst lektorem zanim go opublikuję, żeby wyłapać takie kwiatki. Tak samo jak fragment z byłozą.
Że też żaden umny, nie pójdzie i nie sprawdzi, że te układy po prostu nie istnieją. – w cudzysłów lub kursywą?
Dlaczego? Zwrot jest chyba na tyle popularny, że chyba nie trzeba go oznaczać?
Niby nie ma oceanu krwi i okrutnie mordowanych na naszych oczach bohaterów, a i tak klimacik zakamuflowanego horroru bardzo fajnie wyszedł, brawa. :)
O, i o to mi właśnie chodziło :D. Dzięki wielkie!
Grzesiek
Jeżeli nie zasnąłeś w połowie czytania, to jestem mucho grande zadowolony z siebie :D.
Lesnylutek
Chyba nie widziałem tego filmu. Chociaż motyw faceta gadającego z trupami, jakby nadal byli żywi nie jest specjalnie oryginalny – np. u Gołkowskiego w “Ołowianym Świcie” profesor Łabotkin.
Reg,
…przykryłem go dwoma warstwami płótna… → Raczej: …przykryłem go dwiema warstwami płótna…
Tak, bruce też zauważyła. Przepraszam – spadek czujności z mojej strony :D.
Morderco, czy aby dobrze zrozumiałam, że narrator-mechanik jest jedynym ocalałym na okręcie? Że wciąż pełni służbę jakby nigdy nic i robi to najlepiej jak potrafi…?
Taki miałem pomysł na mojego bezimiennego bohatera. Trochę, jak Koń z “Folwarku zwierzęcego” – jedyną odpowiedzią na okropną rzeczywistość jest coraz cięższa praca, dająca złudzenie, że jeszcze będzie lepiej.
marzan,
Podobało mi się stopniowe odkrywanie rzeczywistości. Przy rozmowie z kapitanem zacząłem nabierać przeświadczenia, że nie żyje,
Czyli mi się udało :D. Kamień z serca. Dokładnie taki efekt chciałem uzyskać. Bez łopatologi, stopniowo odkrywać rzeczywistość, aż do gorzkiego finału.
Finklo,
Nie wydaje mi się, że przy takich meldunkach kapitan ma pełny ogląd sytuacji… ;-)
Jak każdy dowódca, który polega tylko na tym, co mu powiedzą inni ;]. Najgorzej, jak uwierzy na słowo nie tym, co powinien.
Zakończenie należycie zaskoczyło.
Miód na moje serce :D.
Fajnie wplatasz marynarskie słowa, to trzyma nastrój.
Jako niemarynarz staram się jak mogę :D. Zawsze lubiłem powieści marynistyczne, a taki typowy żargon jest ich nieodzowną częścią. Do tego trochę ogólnotechnicznego bełkotu mechaniczno-elektrycznego i mamy receptę na opowiadanie diesel-punk.
Tak się zastanawiam, czy narrator jeszcze żyje, czy też już zombiakuje.
Wtedy reszta sztywnych powinna wchodzić z nim interakcję. Ale to jest niezły pomysł – taki Latający Holender z zombiakami? Hmm, wyczuwam potencjał :D.
pozdro
M.
Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!
Taki miałem pomysł na mojego bezimiennego bohatera. Trochę, jak Koń z “Folwarku zwierzęcego” – jedyną odpowiedzią na okropną rzeczywistość jest coraz cięższa praca, dająca złudzenie, że jeszcze będzie lepiej.
Morderco, to był bardzo dobry pomysł i zrealizowałeś go świetnie. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dzięki wielkie, wszystko jasne. ;)
Pozdrawiam. :)
Pecunia non olet