- Opowiadanie: Jerzy Trzciński - Weryfikacja proceduralna

Weryfikacja proceduralna

Człowiek nigdy nie powinien być całkowicie przekonany co do realności świata w którym się znajduje.  

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Weryfikacja proceduralna

Prawie każdy od czasu do czasu, zastanawia się nad swoim życiem. On też to robił. Zawsze dochodził do wniosku, że co jak co, ale z życia może być zadowolony. Kwatera MCL1216, którą oddano mu do dyspozycji w zupełności mu wystarczała. W pracy się nie przemęczał. Co prawda to co robił w żaden sposób go nie ekscytowało. Przez dziesięć godzin składał cztery elementy w jedną całość. Nikt mu nie powiedział po co to robił lub czemu miało służyć to co wykonał, lecz on nie musiał tego wiedzieć. Ważne, że wykonywał obowiązującą w danym dniu normę. Więcej od niego nie wymagano. A on zawsze starał się być w porządku.

Nigdy nie odczuwał głodu. Posiłki były znośne i wystarczające. Rano kubek białej, glutowatej, lekko słodkawej brei. Co prawda, gdy ją wciągał odczuwał coś w rodzaju mdłości, lecz mimo to pochłaniał całą zawartość naczynia. Czasami słyszał podszepty innych, że kiedyś smak tego posiłku był orzeźwiający. Ale on nawet nie zastanawiał się nad tym, co to właściwie znaczyło. W ciągu dnia, podczas przerwy w pracy, dostarczali mu kubek z rzadkim kisielem oraz drugi z żółtą, gęstawą cieczą. Smak pierwszego płynu był słonawy, a żółta breja miała posmak goryczy. Za to razem te smaki komponowały się wyśmienicie. A wieczorem w kwaterze, zawsze czekał na niego ten sam duży pojemnik nieomal czarnego płynu. Smak tej potrawy był ostrawy, lecz gdy przed snem wypełnił nią swój żołądek, czuł się nieomal błogo. Tak właściwie nie pamiętał, czy kiedykolwiek jadał coś innego. Lecz nie miało to żadnego znaczenia.

Sypiał wyśmienicie. Zapewne również dlatego, że nie przywiązywał wagi do drobiazgów. Za to zawsze cieszył się pozytywnymi zmianami.  Gdy tak czasami nad tym co go spotyka zastanawiał się, mógłby przysiąc, że komfort życia, nieustannie się poprawiał. Dlatego też z nadzieją patrzył w przyszłość. Tylko czasami na kilka sekund przed przebudzeniem odczuwał dziwny, niezrozumiały niepokój. Gdy o tym rozmyślał, to winił za ten stan brak jakichkolwiek wspomnień. Nie pamiętał skąd i dlaczego znalazł się w Wieży. Bardziej było to przeczucie niż wiedza, że raczej był tu od niedawna. Lecz w sumie nie stanowiło to większego problemu. Może rzeczywiście nie znał odpowiedzi na tak postawione pytanie, lecz ważniejsze było to, że byli tacy, którzy rozwiewali wszystkie jego wątpliwości. Dlatego za każdym razem, gdy poczuł zbędny niepokój, przyrzekał sobie, że więcej nie będzie podejmować takich rozważań.

Już dawno, chociaż nie pamiętał od kiedy, postanowił myśleć jedynie pozytywnie. Coś na kształt szczęścia dawało mu cieszenie się każdym drobiazgiem.  A powody do optymizmu znajdował na każdym kroku. Chociażby fakt, że obecnie przy identyfikacji przez Przezroczystych, zniesiono obowiązek podawania całego indywidualnego identyfikacyjnego numeru. Wystarczyło znać jedynie zasadniczą jego część, czyli w jego przypadku zaledwie MCLM236. Nie tak jak jeszcze niedawno, gdy było to siedem liter i dwanaście cyfr. A należało wyrecytować je bez zająknięcia. Pomyłka, mogła się wiązać z dotkliwymi sankcjami. A wykupienie się od Przezroczystych podobno sporo kosztowało. Jego nigdy nie dotknęła tak drastyczna sankcja. On zawsze był w porządku, to też nigdy nie miał potrzeby, aby się wykupić. Chociaż o Przezroczystych mówili różnie, czasami nawet źle, lecz na szczęście nad wszystkim czuwali Zbawcy.

To oni w ostatnim Nakazie „Twoje prawa”, potocznie nazywanym „kagańcem”, wprowadzili te korzystne uproszczenia. Wszyscy, a on w szczególności był za to wdzięczny Zbawcom. Bo to Oni najlepiej wiedzieli, co potrzebują mieszkańcy Wieży. Zbawcy powtarzali, że „Twoje prawa pomagają wszystkim”, a chociaż niektórym obowiązujące lub nowowprowadzane regulacje mogły wydawać się trudne, dopóki nie zostały zniesione to obowiązywały. Zbawcy wszystko wiedzieli najlepiej. Gdy było to zasadne, niepotrzebne prawo było przez nich znoszone lub zmieniane. Dla zwykłych Numerów ten proces mógł wydawać się niejasny i skomplikowany. Chociażby dlatego, że na dobrą sprawę nikt nie był pewny, który Nakaz obowiązuje, a którą Zasadę w między czasie zniesiono. Zbawcy w swej mądrości zawsze tłumaczyli – nie rób innym kłopotu, stosuj prawo. On to rozumiał, a nawet dziwił się Numerom, które okazywały jakieś szemrane niezadowolenie. Zbawcy najlepiej wiedzieli, co i kiedy jest dla wszystkich najlepsze. Zwykłe Numery nie musiały zaprzątać sobie głowy trudnymi sprawami. Za nich myśleli Zbawcy. A jemu to pasowało

A co do warunków życia, to miał je całkiem wygodne. Kwadrat, który został mu przydzielony, był wyposażony w łóżko, stolik, krzesło, wieszak. W ścianie po lewej stronie znajdowały się dwa półokrągłe otwory. W pierwszym, tym mniejszym rano i wieczorem pojawiały się posiłki. Drugi otwór służył do odbierania czystych ubrań oraz oddawania zużytych okryć do utylizacji. W centralnym miejscu największej ściany wbudowany był ekran. Na środku pomieszczenia stała podstawa, na której spoczywał osobisty kontraktor ze Zbawcami. Przy jego pomocy mógł przekazać do Zbawców swoje uwagi lub informacje. Dla sprawności działania systemu, połączenie było jednokierunkowe. Czyli bez problemów przekazywane były informacje jedynie do Zbawców. Przebieg takiego kontaktu precyzyjnie opisywał stosowny Nakaz. Dla wygody kontraktor służył również do wybierania pożądanego w danym momencie kanału w TV. Telewizja była najlepszą formą relaksu. Dla wygody, a zarazem bezpieczeństwa mieszkańców Wieży, programy informacyjne ze znakiem Q, nadawane były równocześnie na wszystkich kanałach. Mało tego, gdy nadawano wiadomości ze znakiem Q, ekran TV uaktywniał się samoistnie. Tym sposobem ważne informacje docierały jednocześnie do wszystkich.  

Poza wiadomościami największą popularność miała piłka próżniowa. Była to bardzo emocjonująca i barwna gra, której zasady wymyślili Zbawcy. Znali je wszyscy. Rywalizacja odbywała się w pomieszczeniu, w którym obniżona była grawitacja, a tam dwa piętnastoosobowe zespoły, przynajmniej w momencie rozpoczęcia meczu, ubrane w stroje ochronne dążyły do umieszczenia stalowej kuli w otworze w kształcie litery Q. Kula miała średnicę 25 cm, a tzw. Złota Dziura Q, około 100 na 60 cm. Uczestnicy, a tym bardziej kula, dzięki zredukowanej grawitacji poruszali się ze zwielokrotnioną prędkością. Zawodnicy rozpędzali siebie lub partnera, co przy zastosowaniu różnych technicznych układów umożliwiało wystrzeliwanie kuli z dużą siłą i prędkością w kierunku Złotej Dziury. Zdarzało się, że kula celowo wystrzeliwana była w kierunku zawodnika drużyny przeciwnej, co w efekcie czasami powodowało jego eliminację z gry. Wszystko było bardzo widowiskowe i ekscytujące. Najciekawszy moment był wtedy, gdy kula z brzękiem lądowała w Złotej Dziurze. Nie mniej emocjonujące było upolowanie kulą gracza drużyny przeciwnej. Nie było to łatwe, lecz zdarzało się, że ten czy ów nie zdążył zastosować odpowiedniego uniku albo nie zakrył się tarczą ochronną. Gdy dochodziło do przejęcia przez gracza znacznej energii uderzenia, zdarzało się, że taki gracz tracił przytomność. Nie raz na kombinezonie pojawiały się również czerwone plamy. Czasami dochodziło do pęknięcia maski lub hełmu, co mogło doprowadzić do krwawych urazów twarzy lub głowy. Takie były twarde reguły gry. Próżniacy, bo tak wszyscy nazywali dzielnych zawodników, byli powszechnie uwielbiani. Mieszkali na poziomie Q3, w sąsiedztwie poziomu Q. A właśnie tam żyli Zbawcy.  

Szczególne miejsce wśród nadawanych w TV programów zajmowała Transmisja. Znaczna część Numerów uważała, że właśnie Transmisja była najważniejsza. Co prawda statystyki mówiły, co innego, bo jej oglądalność wynosiła zaledwie 89%, podczas gdy Próżniaków oglądało aż 95% Numerów. To nie zmieniało faktu, że Transmisja była programem z głębokim przesłaniem. Prowadził ją jeden ze Zbawców, którego tytułowano Ten Wyznaczony. To właśnie On wygłaszał uduchowionym głosem zapewnienia i deklaracje o lojalności mieszkańców Wieży dla Zaświatów. Najważniejszym momentem Transmisji było telepatyczne łączenie się Wyznaczonego z Zaświatami. Tą drogą uzyskiwał on odpowiedzi na dręczące mieszkańców Wieży pytania. Każdy Numer mógł przesłać do Wyznaczonego własne pytanie. Do tego między innymi służył indywidualny kontraktor. Transmisje odbywały się każdego wieczoru. Dlatego wszyscy mogli być spokojni, że kiedyś doczekają się odpowiedzi na przekazane przez nich pytanie. Podobno nie wszyscy wierzyli w Zaświaty, lecz oglądanie Transmisji w zasadzie było obowiązkowe.

Nie mniejszą popularnością cieszył się program o życiu Zbawców. Ci niesamowicie mądrzy, skromni i przyzwoici ludzie, często przez mieszkańców Wieży postrzegani, jako nadludzie, opowiadali o bieżących trudach i problemach z życia wszystkich Numerów. Często też obrazowo snuli wizje dotyczące przyszłości. Wieża, a dokładniej pobyt w niej, to stan przejściowy. Chociaż Numery prawdopodobnie przebywały tu od zawsze, wszyscy wiedzieli, że kiedyś ją opuszczą. Jak mieszkańcy innych Wież, na tak zwanym całym świecie. Zbawcy twierdzili, że naturalnym stanem dla ludzi było życie na wolnej przestrzeni, pod gołym niebem. Poza Zbawcami, którzy wiedzieli wszystko, pozostałe Numery, w tym on, nie wiedzieli, co znaczyło, żyć poza Wieżą. Tym bardziej pod gołym niebem. Nikt nigdy nie widział tak zwanego nieba. Lecz z tym, co mówili Zbawcy nie dyskutowano. Jeżeli Zbawcy tak mówili, to zapewne mieli rację. On był o tym przekonany.

Gdy któregoś wieczoru odpoczywał po pracy i oczekiwał na pojawienie się na ekranie wiadomości Q, nagle jakby zapadł się w czarną dziurę. Nie rozumiał tego. Stracił orientację, tak właściwie w tym momencie nie istniał. Jedyne, co gdzieś w oddali majaczyło, to przekonanie, że nie był to sen. Był przekonany, że gdy człowiek śni, to zdaje sobie z tego sprawę. W tym dziwnym momencie było inaczej. Z pewnym żalem, a nawet trwogą pomyślał, że niestety czasami wątpił w istnienie Zaświatów. Wszystko wskazywało na to, że jednak się mylił.

Po trudnym do sprecyzowania czasie, mógł wreszcie otworzyć oczy. Gdy to zrobił oślepiło go nieprzyjemne w swej ostrości światło. Przez jego umysł przemknęła myśl, że taka jasność może istnieć jedynie w Zaświatach. Gdy jego oczy w końcu zdołały przystosować się do wszechobecnej światłości powoli zaczął dostrzegać krzątające się wokół niego dziwne postacie. W pierwszej chwili skojarzyły mu się one z robotami, a potem w większym stopniu z żołnierzami. Ich ruchy były krótkie, precyzyjne, a do tego do przesady oszczędne. Gdy zdjęto mu z głowy masywny hełm, zrozumiał, że żyje i zapewne miejsce, gdzie się znalazł, nie były Zaświatami. Po chwili usłyszał pytanie: – Jak się pan nazywa? A potem kolejne kwestie skierowane w jego kierunku: – No, wreszcie. Witamy. Gdzie tak długo pan błądził. Proszę już wracać, za pół godziny ma pan spotkanie z panem Docentem. Nie rozumiał, o co chodzi, gdzie się znalazł, a nawet kto i co do niego mówi. Gorączkowo zastanawiał się kim właściwie jest, a może nawet czy w ogóle jest. Lecz jednocześnie jedna po drugiej, kiełkowały nieuporządkowane myśli. Na moment przeraził się, że zapomniał swojego numeru.  Lecz zaraz też uświadomił sobie, że nie ma potrzeby przywoływać w pamięci numeru. Przecież kiedyś miałem imię i nazwisko. Tak. Chyba nazywam się Jan Popendowski?  Właśnie Jan Popendowski, a nie MCL…. Nie był pewny, czy przekonanie co do swojej tożsamości ucieszyło go. Lecz opanował się, a potem pewnym, chrapliwym głosem, krótko odpowiedział pytającym: – Jan Popendowski.

– Dobrze panie Janie – usłyszał potwierdzenie, które go uspokoiło. Teraz już bez stresu mógł obserwować, co działo się wokół niego. Kilka osób w szarych uniformach odpinało zatrzaski na jego tułowiu, rękach i nogach. Był w pozycji półsiedzącej. Jeszcze przez chwilę tkwił w twardej kapsule. Po wyswobodzeniu z pancerza, personel odpinał z jego ciała setki czujników. Poczuł ból, gdy usuwano z ramion i dłoni wkłucia do żył oraz zapach potu, a także innych substancji chemicznych. Przy pomocy dwóch podpierających go osób trafił do kabiny, a tam z każdej strony delikatne strumienie ciepłej wody przywracały go do pełni życia. Potem zaprowadzono go do obszernego i eleganckiego gabinetu. Ciągle jeszcze oszołomiony zajął miejsce na skórzanym, bardzo wygodnym fotelu. Jego zmysły odnotowały zapach konserwowanej skóry, a zaraz potem przyjemny aromat kawy. Właśnie w tym momencie zbliżała się do niego efektowna blondynka, która spoglądając na niego ciepło się uśmiechała, a jednocześnie postawiła przed nim filiżankę z czarnym płynem. Piękna kobieta – właśnie w taki sposób pomyślał o niej powiedziała do niego: – Jak pamiętam, pije pan czarną. Bez wahania potwierdził: – Tak. Czarna kawa to esencja życia.

Gdy delektował się podanym mu napojem, zastanawiał się jak też wyszło to całe badanie. W tej chwili wszystko co wiązało się z sytuacją, w której Jan się znalazł, przypomniało mu się. Dwa tygodnie wcześniej stawił się w Instytucie badającym przydatność kandydatów do objęcia wysokich stanowisk w administracji państwowej. Badanie było dobrowolne, lecz brak pozytywnego certyfikatu dokumentującego przejście badań, praktycznie eliminował z procesu rekrutacji. Po chwili do gabinetu energicznie wszedł elegancko ubrany, a przy tym uśmiechnięty mężczyzna. Jego sposób poruszania się, a tym bardziej aparycja wzbudzała zaufanie.

– Jak pan się czuje? – spytał, jednocześnie potrząsając jego dłonią. Jan syknął z bólu, ponieważ uścisk Docenta uraził jego rany. Mimo tego bez zwłoki odpowiedział równie dziarsko – bardzo dobrze.

– O przepraszam – Docent zreflektował się i dodał – jestem bardzo zadowolony z pana wyników. Zaadoptował się pan do zupełnie skrajnych warunków i to z pełną wewnętrzną akceptacją. Może pan liczyć na wysoką notę. Takich ludzi w państwowej administracji potrzebują.  Na pewno zrobi pan niezłą karierę.

– Dziękuję panie Docencie – powiedział z przekonaniem, a potem zapytał – ale właściwie, to gdzie ja byłem?

– Już wszystko panu opowiem – odpowiedział Docent – nasi VR-owcy wygenerowali taką złożoną i niekonwencjonalną rzeczywistość – mężczyzna opowiadał z zadowoleniem – gdyby pan przykładowo, był kandydatem na dowódcę misji kosmicznej, to znalazłby się pan w Polis na Marsie, po totalnej katastrofie na Ziemi. Ale w tym przypadku najważniejsze było sprawdzenie pana lojalności i akceptacji wszelkich, nawet niezbyt korzystnych uwarunkowań. To, dlatego trafił pan do Wieży. Wykreowaliśmy kilkanaście podstawowych i kilkaset pochodnych VR-rzeczywistości. W ten sposób otrzymaliśmy super twardą procedurę HR.

– To ciekawe. – Jan potwierdził i dodał– Gdy wyraziłem zgodę na poddanie się tej procedurze powiedziano mi, że na chwilę znajdę się w innym świecie. Jednak nie przypuszczałem, że tak właściwie, poza tym innym światem niczego innego nie będzie – odpowiedział refleksyjnie.

– No i właśnie, o to nam chodziło– ucieszył się Docent i uzupełnił – zbudowaliśmy te różne wirtualne światy, żeby badany był całkowicie przekonany o realności tego, co odbierają jego zmysły.

– Fascynujące – Jan zachwycił się, a potem dodał – nie ruszając się z miejsca człowiek, a właściwie jego świadomość zostaje przeniesiona, do innego świata. To prawie jak magia.

– Rzeczywiście, kiedyś może ktoś użyłby takiego określenia – zgodził się Docent – a to jedynie najzwyklejsza totalna biostymulacja. Po prostu w hełmie i na całym ciele Stymulanta znajdują się liczone w dziesiątki tysięcy mikro elektrody i przekaźniki, ale nie będę wchodził w techniczne szczegóły procesu. Tym nie mniej, to one pozwalają na formatowanie i programowanie pracy całego układu nerwowego Stymulanta. W trakcie tego procesu wszystkie przeżycia, a jednocześnie odczucia organizmu Stymulanta wydają mu się całkowicie realne, autentyczne i prawdziwe.

– To niesamowite – Jan odpowiedział z emocją w głosie, a po zastanowieniu dodał – aż strach pomyśleć, jak można by to wykorzystać, gdyby proces mógł być zaimplementowany do konkretnej osoby albo i wielu osób jednocześnie w sposób zdalny, bez kapsuły, hełmu i tych wszystkich elektrod.

– Proszę pana, czy ma mnie pan za kogoś bez wyobraźni – z dumą odpowiedział naukowiec, a potem z nieskrywaną wyższością dodał – od dłuższego czasu już nad tym pracujemy – uśmiechną się i kontynuował – może niezbyt prędko to się stanie, ale tak czy inaczej, to jedynie kwestia czasu. Wie pan – z pewną rezerwą w głosie powiedział Docent – tak się zastanawiam, a może chciałby pan wejść w nasz projekt. Potrzebuję ludzi o pana predyspozycjach. Niezbędną wiedzę szybko pan nabędzie, dam panu wszystko, co będzie do tego potrzebne. Analizując pana osobowość, niezależnie dokonaliśmy też oceny potencjału w obszarze chłonności umysłu i gotowości na zmiany. Nie bez znaczenia jest również pańska nieskrępowana wyobraźnia. Bo żadne dotychczasowe standardy nie przystają do naszego wybitnego projektu.

– Pan Docent mnie zaskakuje. Ja naiwny myślałem, że są jakieś granice magii – powiedział ciągle jeszcze oszołomiony Jan, a może i trochę przerażony zaprezentowaną mu nie wprost, wizją przyszłości.

– Ciekawy jest ten pana sposób myślenia. Widzę, że nie myliłem się, co do pana – Docent ponownie uśmiechnął się i protekcjonalnie dodał – porównywanie naszych działań do magii, to taki zabawny, nieskrępowany anachronizm. Jak pan zauważył nadprzyrodzona rzeczywistość miała pewne, z góry ustalone granice. Natomiast dla nas tak naprawdę ograniczenia mogą wynikać jedynie ze złożoności zlecenia. Lecz nasza kreatywność nie ma granic – Docent znowu chwile się zastanowił, a potem jakoś tak refleksyjnie powiedział – chociaż może również ta niegdysiejsza magia ograniczona była jedynie przez wyobraźnię jej animatorów lub, co bardziej prawdopodobne sponsorów. Bo jakby nie patrzeć, wszystko sprowadza się do władzy i pieniędzy. Do Jana dotarło, że Docent był człowiekiem nietuzinkowym, a tak właściwie nie do końca normalnym. Ta myśl przeraziła go. Jeszcze bardziej przestraszyły słowa jakby od niechcenia, wypowiedziane po chwili przez Docenta.

– Wie pan to wszystko jest względne – stwierdził Docent, a widząc brak zrozumienia w oczach rozmówcy, dodał – no to, kto jest normalny. Bo ważniejsze są inne sprawy, a przede wszystkim nieskrępowana kreatywność.

– Ale ja o sobie wolę myśleć tak standardowo – Jan odpowiedział z naciskiem.

– Panie Janie – usłyszał i uświadomił sobie, że Docent po raz pierwszy użył jego imienia – To niechże pan tak o sobie myśli, któż tego panu broni – naukowiec jakoś dziwnie nerwowo kontynuował – wszyscy będą tak o sobie myśleć. Ale tylko wtedy, gdy ja tak zechcę i na to pozwolę. Już niedługo będę mógł zapanować nad waszymi myślami.

Wyglądało jakby na moment docent stracił nad sobą kontrolę. Jego ciało zaczęło dygotać, twarz wykrzywiał dziwny grymas, a z ust popłynęło lekkie rzężenie. Wszystko trwało krótką chwilę. Mężczyzna opanował się, a Jan zupełnie nie wiedział, jak interpretować to, co w tej krótkiej chwili działo się z Docentem. Dlatego zaniemówił.

Opanowany już naukowiec znowu przemówił: – Nic się nie stało. – a potem beznamiętnie wyjaśnił – To tylko te stresy i nieustanne napięcie. Dziękuję panu, panie Janie. – Docent już opanowany wstał i podał Janowi rękę. W tej chwili całkowicie przypominał już tego człowieka, którego Jan poznał jakiś czas wcześniej. Na koniec naukowiec powiedział – jeszcze raz gratuluję. Wyniki pana „Weryfikacji proceduralnej” prześlemy bezpośrednio do pracodawcy.

Jan Popendowski, dobrze zapowiadający się młody człowiek, wstał odczuwając wyraźną ulgę, że ta dziwna rozmowa dobiegła końca. Gdy wyszedł z budynku, postanowił więcej nie myśleć o tym, co tam widział i słyszał. Zdecydował również, że nikomu o tym nie opowie. Ostatecznie miał zamiar zrobić karierę, a gdy zacznie rozwodzić się nad tym wszystkim, to może być uznany za mitomana lub wariata. Niespodziewanie przez jego świadomość przemknęła nieoczywista myśl, że w Wieży wszystko było prostsze i poukładane. Pomyślał też, że Docent zapewne zrobi większą karierę od niego. Tak się dziwnie składa, że na świecie 99% ludzi jest normalnych, a niestety rządzących nami ludzi, których najczęściej powinno się zaliczyć do wariatów.

Koniec

Komentarze

Hej,

 

wrzucanie hurtem opowiadań nie jest najlepszym pomysłem. Szczególnie że z tego, co widzę, ten tekst cierpi na podobne mankamenty, co pierwszy (i co wskazali Ci tam komentujący).

Warto więc dopracować tamten, przeczytać podrzucone tam poradniki i dopiero potem, po obrobieniu kolejnego tekstu według wytycznych, publikować dalej :)

Those who don't believe in magic will never find it

Popieram zdanie OldGuardyes

Pecunia non olet

Nie czytając tekstu już go krytykujesz. Ok. Tak też można. Dziękuję. 

Nie ma tu krytyki tekstu Jerzy. Jest odniesienie do rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka po przeskanowaniu go wzrokiem: długie bloki tekstu czy źle zapisane dialogi. 

 

Dzięki bruceheart

Those who don't believe in magic will never find it

Jerzy, usuń kropkę z tytułu. Kropka w tytule jest błędem. 

Ponadto, mówię to z przykrością, „Weryfikacja proceduralna” w zaprezentowanym, stanie raczej nie nadaje się do czytania – zwarte bloki tekstu i liczne błędy nie ułatwią lektury.

Z pewnością przyda Ci się poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie czytając tekstu już go krytykujesz. Ok. Tak też można. Dziękuję. 

 

Jerzy Trzciński, poddajemy krytyce wyłącznie stronę językową, bo usterki są takie same, jak przy poprzednim Twoim opowiadaniu, wstawionym niedawno. Akurat tamto czytałam dokładnie i nie dokonałeś w nim żadnych poprawek, a już zamieszczasz kolejne. Nikt tu nie pisze o treści. Zerknij do podanych Ci Poradników, a sam zobaczysz, ile masz tutaj błędów. Albo chcesz, by Czytelnicy skupili się na samej fabule, albo – by ciągle wypisywali Ci usterki. Decyzja należy do Ciebie. :) 

Pozdrawiam. :) 

 

OldGuard, pozdrawiam. heart

Pecunia non olet

OK usunąłem pierwsze opowiadanie. Natomiast Weryfikacja Proceduralna napisane przeze mnie trochę później może i zawiera błędy redakcyjne, lecz ją pozostawię. Uważam, że na się broni. A za wszelkie uwagi oczywiście dziękuję. 

Jerzy,

 

no cóż – cieszę się, że nie komentowałam pierwszego tekstu, bo ktoś się napracuje, wskazując, co warto poprawić, a zamiast wprowadzić te poprawki, usuwasz opowiadanie…

Poza tym mając świadomość błędów, zostawiasz je w drugim tekście, pokazując, że średnio liczysz się ze zdaniem komentujących. Może tekst się “broni”, ale mało kto to sprawdzi, odbijając się od formy, w jakiej go prezentujesz.

Those who don't believe in magic will never find it

Jak najbardziej, Szanowny Jerzy Trzciński; robisz, jak uważasz, tu też widzę zwarte bloki tekstu oraz błędy w zapisie dialogów czy myśli, ale – to zawsze Twoja rzecz; zawsze ostateczna decyzja należy do Autora. ;) 

I ja dziękuję, pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

OldGuard

Nie powiedziałem, że go jeszcze kiedyś nie wstawię, a poza tym podziękowałem za wszelkie uwagi. Bez urazy. A co do drugiego tekstu (pewne rzeczy poprawiłem) lecz uważam i jest na tyle dobry, że da się go czytać bez odbijania się z uwagi na jego formę, jak mówisz. Tak piszę, może kiepsko, ale mogę mieć swoje zdanie. Tobie oczywiście też dziękuję. 

Bruce

Dzisiejsza swego rodzaju rozgrywka zapewne była dla mnie pewna lekcja pokory. Z większą starannością podejdę do kolejnych publikacji na portalu. Dziękuję również Tobie za przenikliwość oraz szczerość. Niestety wszystko robię sam, lecz i tak jestem przekonany, że najważniejszy w utworze jest pomysł. Tematyka SF jest dla mnie jednym obszarów, który zawsze mnie interesował. Lecz częściej piszę o teraźniejszości i przeszłości. 

 

pozdrawiam 

Jerzy Trzciński, ponownie dziękuję; cieszę się, że wyciągasz wnioski z naszych opinii; proponuję zerknąć do opowiadań innych Autorów – akurat mamy na Portalu znakomite, świeżo nagrodzone opowiadanie OldGuard – poczytaj, przemyśl, spójrz na dialogi czy myśli, porównaj, aby dostrzec usterki u siebie. :) 

A potem sobie wyobraź, że jesteś Dyżurnym i masz obowiązek zopiniować wskazaną ilość tekstów w ciągu miesiąca (więcej – Poradnik Drakainy, który już parokrotnie Ci podano tu i przy usuniętym tekście), czytasz więc, wypisujesz usterki, poświęcasz na nie czas (a bywa, że liczą sobie nawet prawie 80 tysięcy znaków!), a potem nagle widzisz ze zdumieniem, że Autorzy je pousuwali, bo… nie spodobała Im się krytyka licznych błędów w nich zawartych. I wówczas dopiero zrozumiesz, o czym pisze Ci w komentarzu OldGuard. ;) Szanujmy się nawzajem. :) Swój czas i chęć pomocy. :) 

Więcej pokory zawsze się przydaje, bo nikt z nas tu nie jest wszechwiedzącym, każdy to amator i też popełnia błędy. Sęk w tym, aby je poprawiać i uczyć się to robić samodzielnie. ;) Zajrzą do Ciebie Czytelnicy, którzy będą wiedzieć, że warto, bo czytasz Ich opinie i podchodzisz do nich z szacunkiem, :) Jeśli uparcie nie poprawia się wskazywanych błędów, po co liczyć na jakichkolwiek Czytelników? Lepiej pisać samemu dla siebie i wierzyć, że się to robi doskonale. ;) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

P.S.

Widzę, że zamieściłeś już trzecie opowiadanie. Nasze rady nic nie dają… sad

Pecunia non olet

Jerzy witam ponownie :]

 

Tak piszę, może kiepsko

Spokojnie – każdy kiedyś zaczynał. Jeśli trochę "atakujemy" tu w kwestii błędów, to tylko dlatego, że z doświadczenia wiemy, że o ile niektórzy czytelnicy są skłonni przymknąć oko na błędy u nowicjusza, to po dwóch, trzech tekstach, gdzie technikalia stoją na tak słabym poziomie, po prostu ktokolwiek przestanie je czytać.

 

mogę mieć swoje zdanie

Wiesz, to zależy. Jeśli ktoś Ci napisze, tak jak ja, że przesadzasz z ekspozycją, to faktycznie, w pewnym sensie przynajmniej, jest to kwestia gustu. Ale te duże bloki tekstu po prostu zdecydowanej większości odbiorców przeszkadzają – zwyczajnie fizycznie trudniej po nich wodzić oczami. A już zapis dialogów ma konkretną poprawną wersję i po prostu trzeba się jej trzymać.

 

Oczywiście, koniec końców, Ty jesteś autorem i sam decydujesz, jaką formę będzie miało opowiadanie. Jeśli ktoś tu wytyka błędy albo coś, co mu się nie spodobało, to zawsze są to tylko sugestie.

 

Z większą starannością podejdę do kolejnych publikacji na portalu.

No i to jest podejście, które tu szanujemy! Aczkolwiek liczymy też, że autorzy będą poprawiać błędy w już istniejących opowiadaniach, zamiast je usuwać. Obowiązku nie ma. Ale tak jakby był ;)


Po tym krótkim wstępie, przejdźmy do tekstu.

 

da się go czytać bez odbijania się z uwagi na jego formę

No cóż – na pewno jest lepiej niż w tym skatiowanym tekście, gdzie już w pierwszym zdaniu było kilka błędów przymuszających czytelnika do ciężkiej umysłowej pracy. Nie można jednakowoż powiedzieć, że da się czytać bez odbijania. Niektóre błędy wciąż są na tyle dużego kalibru, że odbijają nawet przy sporej dozie dobrej woli. Pozwoliłem sobie wypisać kilka takich grubszych, najbardziej odbijających i tylko z pierwszego paragrafu.

 

Pod względem konstrukcji tekstu są tu podobne problemy jak w poprzednim. Zaczynasz masywnym potokiem ekspozycji (opisu świata przedstawionego). Nim cokolwiek w opowiadaniu się stanie, dowiadujemy się, co mieszkańcy Wieży jadają, a nawet co oglądają w telewizji. Potem budzimy się i ponownie jesteśmy atakowani ekspozycją, tym razem dostarczaną przez Docenta.

 

Pomysł i zawarta w opowiadaniu myśl również nie są szczególnie oryginalne; chyba każdy pisarz SF ma na koncie opowiadanie o symulowaniu rzeczywistości.

 

Pozdrawiam i trzymam za słowo, że przyszłe publikacje będą bardziej staranne!


Rano kubek białej, odrobinę glutowatej, gęstej cieczy o słodkawym posmaku. Czasem odrobinę mdły.

Z tych zdań wynika, że narrator czasem oprócz (lub zamiast) kubka białej cieczy dostawał na śniadanie odrobinę mdły. Co to jest mdła? No właśnie. Zamiast czytać, trzeba się domyślać, że to posmak czasem jest mdły. To jest gruby błąd gramatyczny.

 

Nie znał odpowiedzi na te tematy

Tu z kolei błąd semantyczy. Odpowiedź może być na pytanie, nie na temat. Ponownie, zamiast czytać, czytelnik musi się zastanawiać i tym samym odbija się od tekstu.

 

nie podejmować ich ponownie[.] Postanowił

Wystarczyło znać jedynie jego główną część[,][.] Dla niego było to MCLM236

Tu z kolei niepostawione kropki. Może się wydawać, że to tylko kropka – ale kropka to najmocniejszy znak interpunkcyjny i jej brak również "odbija" czytelnika. Jeśli się przeoczy na końcu paragrafu czy w dialogu, to jeszcze, jeszcze. Ale tak wewnątrz paragrafu, to spory problem.

 

Dla niego było to MCLM236, nie tak jak wcześniej kombinacja siedmiu liter oraz dwunastu cyfr. I to bez zająknięcia.

Ponownie, jedno zdanie zupełnie nie łączy się z drugim w gramatyczną całość. Było bez zająknięcia – to nic nie znaczy.

 

który Nakaz obowiązuje, a którą nową regulację należy stosować

Spójrzmy, co znaczy spójnik "a": "do tego, co zostało powiedziane na jakiś temat, mówiący dodaje coś, co jest pod pewnym względem inne". Tutaj mamy dwa razy identyczną sytuację, więc czytelnik będzie się spodziewał, że czegoś nie zrozumiał (albo że Ty coś pominąłeś) – innymi słowy, odbije się.

 

niech, że

Kolejny mocno odbijający błąd, co prawda spoza pierwszego paragrafu, ale tak unikalny, że aż musiałem go wypisać – nie tylko mamy słowo "niechże" rozbite na dwa, ale jeszcze do środka wjechał nam przecinek.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bruce

 Według Ciebie ciągle nie mama racji. Ale “Mel” według mnie jest dobrze napisany. Nie mogę być obiektywny, lecz tak po prostu uważam. Nie ma tu z mojej strony przekory. Co nie oznacza, że nie przyjmuję krytyki. 

Łubu-dubu! Łubu-dubu ! Niech nam żyje prezes naszego klubu! To mówiłem JA.

Bruce

 Według Ciebie ciągle nie mama racji. Ale “Mel” według mnie jest dobrze napisany. Nie mogę być obiektywny, lecz tak po prostu uważam. Nie ma tu z mojej strony przekory. Co nie oznacza, że nie przyjmuję krytyki. 

 

Jerzy Trzciński, czy ja gdzieś napisałam, że on nie jest dobrze napisany? 

Niestety, nie zrozumiałeś naszych rad, a szkoda. Póki nie poprawisz starannie jednego tekstu, nie wrzucaj kolejnych.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Bruce

OK. Opowiadanie MEL poprawiłem. Zmieniłem. Może rzucisz okiem. To oczywiście prośba. Nad Weryfikacją pracuję.

Bruce

OK. Opowiadanie MEL poprawiłem. Zmieniłem. Może rzucisz okiem. To oczywiście prośba. Nad Weryfikacją pracuję.

 

Jerzy Trzciński, dziękuję za wiadomość, ale nie mam niestety żadnej gwarancji, że wspomnianego tekstu też nie usuniesz. ;) 

Radzimy Ci, aby nie wrzucać hurtem opka za opkiem, a Ty robisz dokładnie odwrotnie, usuwając wcześniejsze. Czytałbyś i komentował na naszym miejscu? 

 

Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Bruce

Opowiadania MEL nie usunę. To ostateczna wersja. Lecz w Jerrym Bielu było zbyt wiele do poprawy. Dlatego biorąc pod uwagę Wasze uwagi usunąłem. Może kiedyś go znowu wstawię, lecz po dłuższej refleksji. Weryfikację…. kończę poprawiać. A kolejny tekst wstawię, gdy będę pewny za niego. Tak jak sugerowałaś.

Ok, cóż… uwierzę, że nie usuniesz. Zatem na razie popraw według wskazówek Komentatorów to i kolejne opowiadanie, bo do tej pory tego nie zrobiłeś. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Galicyjski Zakapior oraz bruce

 

Mam nadzieję, że nowy tekst “Weryfikacji proceduralnej” przynajmniej w pewnym stopniu spełni Wasze zalecenie, a przede wszystkim spodoba się pomysł. 

pozdrawiam 

Galicyjski Zakapior oraz bruce

 

Mam nadzieję, że nowy tekst “Weryfikacji proceduralnej” przynajmniej w pewnym stopniu spełni Wasze zalecenie, a przede wszystkim spodoba się pomysł. 

pozdrawiam 

 

Jerzy Trzciński,

dziękuję za wiadomość, ale widzę, że nadal – wbrew radom Komentujących – masz dialogi wplecione w wielkie i zwarte bloki tekstu, np.:

 Właśnie Jan Popendowski, a nie MCL…. Nie był pewny, czy przekonanie co do swojej tożsamości ucieszyło go. Lecz opanował się, a potem pewnym, chrapliwym głosem, krótko odpowiedział pytającym: – Jan Popendowski.

 

Tutaj dialog też jest błędnie zapisany:

– Dobrze panie Janie – usłyszał potwierdzenie, które go uspokoiło.

 

I tu:

– To ciekawe. – Jan potwierdził i dodał– Gdy wyraziłem zgodę na poddanie się tej procedurze powiedziano mi, że na chwilę znajdę się w innym świecie. Jednak nie przypuszczałem, że tak właściwie, poza tym innym światem niczego innego nie będzie – odpowiedział refleksyjnie.

 

I tutaj także:

– No i właśnie, o to nam chodziło– ucieszył się Docent i uzupełnił – zbudowaliśmy te różne wirtualne światy, żeby badany był całkowicie przekonany o realności tego, co odbierają jego zmysły.

 

Przykro mi bardzo, ale nie jestem w stanie czytać dodatkowych (i znikających nagle) opowiadań kilkakrotnie, aby wypisywać już wypisywane wcześniej błędy. 

Za ostateczną wersję tekstu zawsze odpowiada tylko i wyłącznie autor – każde opowiadanie to jego wizytówka. To opowiadanie jest pełne błędów. Szczegółowe dane co do zapisu dialogów podałam Ci poprzednio. To, czy z nich skorzystasz, zależy tylko od Ciebie. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka