- Opowiadanie: Silimaure - RAPORT Z KATAL-UR LOG 04: ŻELAZNA ZOCHA I SZAFIROWY DŻINN

RAPORT Z KATAL-UR LOG 04: ŻELAZNA ZOCHA I SZAFIROWY DŻINN

Niniejszy dokument, odnaleziony w archiwach Katal-Ur pod sygnaturą LOG 04, stanowi kronikę jednego z najbardziej osobliwych zderzeń dwóch skrajnych światów. To zapis spotkania Żelaznej Zochy – nieoficjalnej królowej mokotowskich ogródków działkowych „Szarotka”, kobiety, która potrafiła podporządkować sobie postapokaliptyczną faunę samym spojrzeniem – z szafirowym reliktem dawnej ery.

Oto opowieść o tym, co dzieje się, gdy cyfrowa nieśmiertelność i plany kolonizacji Marsa zderzają się z koniecznością pilnego zawekowania ogórków i podparcia kopru na zimę. To brutalna lekcja fizyki kwantowej, zredukowanej do rozmiarów wąskiej, ogrodowej taczki na jednym kole.

Zapraszam do lektury. Uważajcie na koper!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

RAPORT Z KATAL-UR LOG 04: ŻELAZNA ZOCHA I SZAFIROWY DŻINN

Mokotów, ogródki działkowe „Szarotka”, rok 2062.

 

 

Słońce paliło warszawskie glinianki z taką samą bezwzględnością, z jaką trzydzieści lat wcześniej urzędnicy naliczali podatek od nieruchomości. Po „wielkiej cywilizacji” korporacyjnych przekrętów na Mordorze nie został nawet uwiędły fikus w opustoszałych i gnijących biurowcach. Wiatr przesuwał pył nad gruzami i wysychającym korytem Wisły, odsłaniając, od czasu do czasu, pogrzebane pod ziemią kable i stopione hulajnogi elektryczne.

Pani Zofia – zwana na działkach „Żelazną Zochą” – kopała właśnie grządki pod ogóreczki. Ogórek to była na Mokotowie świętość. Plan był jasny: solanka, słoik, chrzanik z miedzy i koper wielkości parasola. Klasyka polskiej postapokalipsy, bez której żadna zima nie miała prawa się udać. Zocha była babą z takim pazurem, że potrafiła zamknąć słoik z wekami samym spojrzeniem, a zmutowane osobniki lokalnej fauny mijały jej ogrodzenie szerokim łukiem. Nagle solidny poradziecki szpadel, odziedziczony po prababci, uderzył w coś twardego między korzeniami.

 

– A co to za cholerstwo? – mruknęła pod nosem, wyciągając z czarnoziemu ciężki, przezroczysty przedmiot.

To była czaszka wycięta z jednego, monumentalnego bloku syntetycznego szafiru. Nie miała ani jednej rysy, za to była ciężka, potwornie uwalona w mokotowskim błocie i resztkach kompostu. Wyciągnęła z kieszeni fartucha szorstką ściereczkę, dzierganą z przędzy zmutowanego borsuka i zaczęła z furią trzeć czoło oraz policzki szafirowej głowy.

Tarcie…

Szmata, która drapałaby lakier z czołgu, wraz z podkładem, wywierała siarczysty nacisk. Diamentowe nanosuwaki w środku puszki mózgowej ruszyły z kopyta. Grafenowa sprężyna napięła się pod wpływem pary w rękach Gospodarnej Baby. Światło słoneczne wpadło przez potylicę, odbiło się od wewnętrznych mikro-zwierciadeł i z pustych oczodołów wystrzeliły dwa snopy światła. Metr nad grządką powietrze zadrgało. Światło otoczenia ułożyło się w ruchomy, trójwymiarowy, lekko półprzezroczysty hologram przedstawiający twarz mężczyzny o specyficznych, niesymetrycznych rysach, z lekkim, nieco ironicznym uśmiechem.

– Słyszycie mnie? Jeśli tak… to znaczy, że tarcie działa. Fizyka nie kłamała – odezwał się głos, a hologram poruszył wargami w mistrzowskiej synchronizacji. Dobra, przejdźmy od razu do konkretów, czas procesora jest cenny – dodał syntetyczny, mechaniczny głos. – Hi. I’m Elon. Your new CEO of everything.

Zocha nawet nie przerwała wycierania. Spojrzała na hologram znad okularów spiętych gustownie miedzianym drutem, sarknęła głośno i machnęła szmatą prosto przez jego cyfrowy nos.

 

– Jaki znowu „dyrektor”? Co ty mi tu chłopie będziesz po angielsku bełkotał na moich własnych grządkach! – fuknęła Zocha, opierając wolną rękę na biodrze. – Świecisz po oczach, ogórki stresujesz, a z gęby ci jedzie starym kompostem. Jak już tu przylazłeś, to gadaj po ludzku: gdzie są moje trzy życzenia? Weź no mi ten dach na altance załataj, bo od zeszłej wiosny przecieka i weki zalewa!

 

Hologram Elona zawiesił się na dwie pełne sekundy. Diamentowe suwaki zaszczękały z przerażającym zgrzytem.

– Załatać… dach? – wykrztusił Elon, łapiąc się cyfrowymi dłońmi za głowę. – Kobieto, czy ty rozumiesz fizykę kwantową? Moja matryca to procesor logiczny zintegrowany z tunelem czasoprzestrzennym. Operuję na grawitacji i makroskopowej teleportacji. Nie mam magii. Mam coś lepszego: kompletną wiedzę o tym, jak zbudować rakietę wielokrotnego użytku, sieć satelitarną, inteligentny samochód i wydajne ogniwa fotowoltaiczne. Wszystko zapisane w strukturach tej czaszki. Moja biologiczna wersja zginęła, kiedy słońce zniszczyło chmurę, ale ja? Ja zostałem zaprojektowany, żeby przetrwać wszystko. Elon wiecznie żywy. Dosłownie.

 

– Czyli, że pasożyt – oceniła chłodno Gospodarna Baba.

– Żeby fizycznie załatać dziurę w dachu, musiałbym mieć fabrykę papy i systemy montażowe, których nie ma w promieniu trzydziestu lat! – ciągnął niezrażony hologram – Dla moich algorytmów zagięcie przestrzeni i przytarganie stąd gotowego, pancernego schronu rządowego z głębi ziemi zużywa mniej energii niż wygenerowanie fizycznego gwoździa i kawałka dykty. Przerzucenie gotowej masy przez tunel to ułamek sekundy. Łatanie starej altanki to po prostu technologiczny nonsens!

– No dobra, myślicielu, nie filozofuj tyle, bo cię zeszlifuję na cacy – przerwała mu ostro Żelazna Zocha. – Skoro łatwiej ci przynieść całą piwnicę niż położyć metr papy, to dawaj ten bunkier. Tylko ma być porządny, chłodny i z pożytkiem, a nie goła blacha! Albo schron, albo lądujesz w gnojówce z pokrzyw! To ostateczna oferta, panie Głowo!

 

Elon zbladł na hologramie. Wizja mokotowskiego nawozu ostatecznie przeważyła szalę w jego kalkulacjach.

– Dobra! Robimy szybki zwrot w strategii – wycharczał. – Przekierowuję tunel grawitacyjny bezpośrednio pod ulicę Wiejską. Koszt transportu gotowej masy jest minimalny. Trzymaj się mocno kopru!

 

Szafirowa czaszka w dłoniach Zochy nagle zaczęła wibrować z taką siłą, że nawet gwoździe w wiaderku dzwoniły jak szalone. Z głębi szafiru dobiegał piekielny, basowy ryk, przypominający pędzący pociąg towarowy. Na idealnie wypielęgnowanym trawniczku gleba zapadała się w gigantyczny wir.

Z głębin warszawskiego czarnoziemu, rozrywając retro-instalacje, wystrzelił pionowo lśniącym włazem hermetyczny, futurystyczny moduł podziemny z betonu i chromowanej stali. Nowoczesny, luksusowy schron rządowy, wyrwany spod sejmu. Kwantowy tunel Elona pociągnął go jednak z takim impetem, że właz otworzył się po drodze i zassał z warszawskich podziemi masę przypadkowego dobra.

Pneumatyczne śluzy schronu zablokowały się z głośnym hukiem. Ekran na obudowie był czarny i stopiony – gwałtowny impuls elektromagnetyczny z czasów Wielkiego Upadku dawno usmażył tu wszelką elektronikę. Kapsuły podtrzymywania życia zadziałały jak bezprądowe termosy, wywołując u pasażerów przedwczesną dehydratację.

Zamiast całej obstawy, w jedynej ocalałej, oszklonej kapsule sterczał były premier. Nienagannie zmumifikowany w drogim wełnianym włoskim garniturze, w odcieniach klasycznego granatu, zamówionym specjalnie na armagedon u Ermenegildo Zegna. Mumijka była sztywna jak wiór i lekka jak deska, o twarzy zastygłej w wyrazie wiecznego, telewizyjnego oburzenia.

Reszta schronu była jednak wypchana po brzegi efektami ubocznymi podziemnego transportu. Wokół kapsuły leżało stado spasionych, postapokaliptycznych dzików z Lasu Kabackiego, które usmażyły się na rozgrzanych od tarcia ścianach modułu – tworząc darmowy bonus pieczystego. Co więcej, tunel Elona wyrwał z warszawskich ulic gigantyczne kawałki infrastruktury: w poprzek schronu sterczał solidny, gruby kawał stalowej, ocynkowanej bariery energochłonnej z zakrętu na Trasie Łazienkowskiej oraz ciężkie, betonowe krawężniki z Placu Zbawiciela.

 

Hologram Elona, teraz mocno zniekształcony, uśmiechnął się słabo.

– Proszę… schron dostarczony. Fizyka kwantowa wygrała z budownictwem drewnianym. System podtrzymywania życia padł przez EMP, zasoby ludzkie zredukowane do jednej jednostki… Donalda. Wykorzystaj komponenty miejskie zamiast tej nieszczęsnej papy na dach…

– Cicho bądź! – przerwała twardo, wchodząc z łomem do środka. – Przecież to jest czysty zysk!

 

Gospodarna baba, bez sekundy marudzenia, przystąpiła do pragmatycznego zagospodarowania uzyskanych nielegalnie dóbr. Sztywna mumia polityka została brutalnie wywleczona na słońce. Zocha wbiła ją nogami głęboko w czarnoziem, tuż obok grządki z warzywami. Podciągnęła Donaldowi rękawy marynarki i przywiązała do sztywnych rąk sznurek od snopowiązałki, rozciągając go wzdłuż całej miedzy. Służyła teraz za idealny, sztywny stelaż, na którym koper mógł się piąć wysoko i nie kłaść od wiatru.

Stalową, grubą barierę z Trasy Łazienkowskiej Zocha wkopała poziomo, tworząc pancerną pergolę pod pnące ogórki. Betonowe krawężniki posłużyły jako nieomal wieczne obrzeża podniesionych grządek. Konstrukcja była nienaganna w swojej prostocie – dzięki niej ziemia pod koper nigdy się nie osypie. Chłodny, głęboki schron, odporny na EMP, Fallout czy Wielki Kwas, został zaadaptowany na suchą piwniczkę, na słoiki z solanką.

– Muszę pamiętać, żeby właz zabezpieczać sadłem – mruknęła. Całkiem rozsądnie, nigdy nie dowierzała uszczelkom z EPDM, pękały na zgięciach jak starej lodówce marki Liebherr.

Dziki upieczone na podwoziu Zocha zawekowała w słojach z jałowcem. Jako pierwsze trafiły do nowej piwniczki. Dach altanki mógł sobie teraz przeciekać, ile chciał – przerobi go na kompost. Najważniejsza infrastruktura była bezpieczna pod ziemią.

 

Elon na hologramie kręcił cyfrową głową w osłupieniu.

– Niewiarygodne… – mruknął miliarder. – Pełen recykling miejskiego złomu i zero szacunku dla liderów politycznych. Zofia, to jest całkowita rewolucja w agrokulturze.

– U mnie na działce nie ma darmozjadów – ucięła krótko Zocha, chwytając za konewkę. – Jak coś leży w ziemi i nie rośnie, to ma służyć temu, co rośnie. Ogórek sam się nie ukisi, a zima idzie.

Zmierzyła wzrokiem stojącego perfekcyjnie w pionie stracha na wróble z twarzą Donalda, na którym sznurek od kopru był napięty jak struna.

– No, jedno z głowy – mruknęła pod nosem, poprawiając fartuch. – Schron pod ziemią siedzi, koper podparty, krawężniki trzymają standardy. U mnie w księgowości bilans musi się zgadzać. Zostały jeszcze dwa życzenia!

 

***

 

Wywlekanie tych wszystkich dzików ze schronu na piechotę nadwyrężyło jej kręgosłup. Chwyciła szafirową czaszkę potężną dłonią, wyciągnęła z kieszeni szmatę i bez cienia litości zaczęła szorować policzek.

– Wstawaj, Elon! – zawołała, gdy z oczodołów znów zaczęły strzelać fioletowe lasery, a hologram miliardera zmaterializował się nad zagonem truskawek. – Czas na drugie życzenie. Słuchaj uważnie: potrzebuję taczki. Zwykłej, solidnej, stalowej taczki na jednym grubym kole, żeby przewieźć to mięcho i chrzan do piwnicy. Tylko bez żadnych udziwnień!

 

Hologram zmrużył oczy i od razu wszedł w mentorski ton. Zocha nasłuchała się o kosmicznych dyrdymałach – plotki o wielkich rakietach krążyły wśród handlarzy na bazarze przy Wałbrzyskiej, dla których dawne imperium Elona stało się już legendą.

– Taczki? Zofia, proszę cię. Moje algorytmy nie będą marnować energii na dziewiętnastowieczną technologię manualną. Skoro potrzebujesz asystenta logistycznego do transportu masowego, zagiąłem czasoprzestrzeń i sprowadziłem dla ciebie absolutny szczyt myśli inżynieryjnej sprzed kataklizmu. Trzymaj się rzepy! Nasz cel to Mars!…

Zocha nawet nie drgnęła. Splunęła siarczyście w piasek i oparła się o szpadel.

– Jaki, psiakrew, Mars? – fuknęła, przerywając mu w pół słowa. – Ty mi tu żadnego złomu nie stawiaj na trawniczku i nie pieprz o gwiazdach. Po trzydziestu latach to nadal kultowy mem u Sawiaków. Bachory na ruinach pacykują twojego SmarkShipa.

Hologram Elona nagle zepsuł się na linii szczęki, a suwaki w szafirze zaszczękały nerwowo.

– To był… kontrolowany test aerodynamiki… – bąknął.

– Kontrolowany? Przecież to latające gówno wirowało na orbicie jak pijana krowa! – Zocha machnęła ręką z pogardą, aż Donald na grządce się zatrząsł. – Zero sterowności, silnik ci nie zdążył odpalić! Zamiast się wznosić, to wielkie bydlę zeszło z kursu i pługowało atmosferę burtami. O ładowniach to już nie wspomnę, tam się wszystko pourywało i wirowało jak mucha w kompocie. Na ślinę żeś to kleił? – Machnęła łopatą z wyraźnym obrzydzeniem. – Woda wyciekała z połączeń jak siki z pampersa, a na koniec zrobiliście pokaz fajerwerków nad oceanem, bo wam uszczelki od zbiorników z metanem puściły! Cały luksusowy kadłub z nierdzewki zaliczył takiego zgona, że aż strach patrzeć. I ty chcesz mi rzodkiewkę tym wozić? Pójdzie na zmarnowanie!

Elon schował twarz w wirtualnych dłoniach. Jego cyfrowy garnitur zaczął drgać, a piksele sypały się na krzaki agrestu. Krytyka techniczna, oparta na relacji z fiaska flagowego projektu, z perspektywy mokotowskiej grządki, doszczętnie zniszczyła mu bazę danych.

– Nasz mindset… optymalizacja kosztów… – wykrztusił słabo.

– Wasz mindset to jest usterka na usterce, partaczu! – ucięła ostro Zocha, podnosząc szpadel. – Albo mi ten twój kosmiczny termos natychmiast przerobisz na zwykłą taczkę z kołem, albo to drugie życzenie uznam za sabotaż i osobiście sprawdzę, jak twój szafirowy procesor reaguje na gnojówkę z pokrzyw, w której od miesiąca kisną wątpia z boberka!

 

Wizja mokotowskiego nawozu podziałała na algorytmy bóstwa błyskawicznie. Cyfrowy miliarder zbladł, uniósł wirtualne ręce i podjął natychmiastową decyzję o ostatecznej redukcji formy.

– Dobra! Przechodzimy do procedury drastycznej kompresji masy! – krzyknął Elon.

Szafirowa czaszka zapulsowała fioletowym światłem. Z oczodołów wystrzeliły dwie wirujące strugi powietrza i kurzu, gniotące niewidzialną prasą resztki flagowej rakiety. Stalowa bryła zaczęła giąć się i składać, prasować niczym luksusowa ulotka SmarkShipa. Niedoróbki, nieszczelne zawory i pęknięte uszczelki zostały skompresowane w jedną, toporną formę.

Coś ciężko rymnęło w piasek.

 

Na miedzy, tuż obok zagonu z rzodkiewkami, stała ona. Jedna, jedyna, idealnie spasowana, wąska taczka ogrodowa. Wyklepana mocą kwantową z nieszczęsnego kadłuba. Miała jedno, grube, masywne koło, a jej krawędzie były tak gładkie, że nie było mowy o żadnym przecieku metanu. Lśniła w słońcu matowym blaskiem – prosta, ciężka i gotowa na mokotowski czarnoziem.

Zocha podeszła powoli. Chwyciła za rączki, uniosła ją lekko, przejechała kawałek po miedzy, precyzyjnie mijając koper, i skinęła głową z rzadkim uśmiechem aprobaty.

– No – mruknęła pragmatycznie. – Stal dobra, spasowane równo, nic nie będzie mi tu trzeszczeć. Jedno koło jest, w każdą ścieżkę wjedzie. To rozumiem. Drugie życzenie zaliczone.

Hologram Elona zaczął gwałtownie migotać i śnieżyć, a z wnętrza szafiru dobiegło głuche, zmęczone kliknięcie.

– Transporter… zoptymalizowany… – wykrztusił resztkami sygnału. – Moja energia… wynosi… pięć procent… Przechodzę w tryb uśpienia…

– Śpij – mruknęła Zocha, wrzucając gasnącą czaszkę z powrotem do wiadra z narzędziami, prosto na pęki drutu. – Odpoczywaj. Bo kiedy ogórki obrodzą i przyjdzie czas na trzecie życzenie, to dopiero zobaczysz, co to prawdziwy mokotowski biznes.

Chwyciła za rączki swojej nowej, pancernej taczki i z dumnie podniesioną głową ruszyła w stronę schronu, gotowa na wielkie pakowanie dziczyzny. Wszystko szło zgodnie z planem. Klasyka.

 

W tym samym momencie zza miedzy wychyliła się głowa sąsiada Janusza. Janusz, trzymając w ręku nadgryzionego boczniaka, spojrzał na lśniący schron, na barierę z Łazienkowskiej w rzodkiewkach, a potem prosto w sztywne oczy stracha na wróble z twarzą Donalda. Janusz zbladł, upuścił grzyba, przeżegnał się nabożnie trzy razy i zaczął cichutko, tyłem, wycofywać się w maliny. Wiedział, że z Żelazną Zochą żartów nie ma – u niej każdy kończy jako tyczka pod warzywa.

 

***

 

– Wstawaj, jankesie! – zawołała, spluwając w czarnoziem. – Koniec spania na państwowym. Trzecie życzenie czeka, a słońce zaraz zajdzie.

Hologram Elona zmaterializował się z wielkim trudem, blady, poszatkowany poziomymi liniami awarii. Wirtualny garnitur wyglądał, jakby przeszedł przez wyżymaczkę.

– Zofia… – wykrztusił słabo – Moje rezerwy… to dwa procent. Algorytmy… żądają… restrukturyzacji zatrudnienia. Nie mam mocy na… kolejne anomalie grawitacyjne. Chcesz lecieć… na Marsa? Mam plan awaryjny…

– Znowu Mars? – fuknęła Zocha, stawiając z hukiem wiadro. Woda ze studzienki z drenażem pasywnym, która na głębokości trzech metrów krążyła niczym ślimak pod warzywniaczkiem, była zimna i krystaliczne czysta. Klasa! Przez dwa lata jełop Januszek kopał rowy, sypał węglem i wapieniem. I to tylko za dwie sadzonki. Prawdziwego Graala ogrodników – „Papierówkę” i „Antonowkę”. Niedługo chyba nawet będzie zbierał owoce – pomyślała, po czym melancholijnie i z czułością spojrzała na działeczkę sąsiada.

 

– Widzisz tę beczkę? – przeszła do rzeczy.

Znękany miliarder spojrzał cyfrowym wzrokiem na dębowy monument.

– Analiza… Organiczne naczynie fermentacyjne… Wysokie stężenie sodu… – bąknął.

– To są ogórki, panie Głowo. I potrzebują solanki. Woda ze studni zimna, sól kamienna z piwnicy Janusza twarda jak głazy, a mi się spieszy. Masz mi swoją technologią kwantową zrobić idealną emulsję. Rozpuść tę sól w ułamek sekundy, podgrzej wodę do dokładnie trzydziestu jeden stopni, żeby bakterie kwasu mlekowego otrzymały idealny optymalny rozruch korporacyjny, i zalej to po same brzegi. Tylko bez bąbli powietrza, bo mi spleśnieją przed grudniem!

Elon uniósł wirtualne dłonie, a diamentowe procesory zaczęły szczękać w panicznym rytmie.

– Podgrzewanie molekularne? Sterowanie florą bakteryjną za pomocą tunelu kwantowego? – zawołał piskliwie. – Kobieto, to jest gwałt na moim przeznaczeniu! Moja matryca miała kolonizować układ słoneczny, zarządzać flotami, tworzyć sieć neuronową dla nowej ludzkości! A ty każesz mi… pasteryzować mokotowski kwas?! To technologiczne upodlenie! Moje ego tego nie przetworzy!

– Twoje ego, ty szklany mitomanie, wirowało jak pijana krowa – ucięła obiekcje wizjonera, podnosząc słoik z gnojówką z pokrzyw. – Albo weźmiesz w troki swoje pięć procent energii i zrobisz z wody roztwór idealny, albo osobiście sprawdzę, czy twój łeb się mieści w słoiku z kwasem siarkowym. Ruchy, Panie Menadżer!

 

Miliarder z szafiru spojrzał na beczkę, potem na Zochę, a na koniec na Donalda, który w milczeniu trzymał sznurek od kopru. Zrozumiał, że w tych ogródkach działkowych nie ma miejsca na prawa rynku, akcje giełdowe ani obietnice bez pokrycia. Tu rządził czysty, bezwzględny warszawski pragmatyzm.

– Dobra… – wycharczał słabo. – Przekierowuję… ostatnie mikrowaty… na termodynamikę… ogórkową.

Szafirowa czaszka rozżarzyła się po raz ostatni – tym razem nie na fioletowo czy błękitno, ale na głęboki, zielonkawy kolor kiszonki. Z oczodołów wystrzeliły dwa cienkie jak igły promienie, które uderzyły prosto w wiadro z wodą i solą.

Woda natychmiast zasyczała. Bryły soli kamiennej rozpadły się na jony w ułamku sekundy, łącząc z cieczą w idealną, gęstą solankę. Powietrze wokół beczki zapachniało czosnkiem, ozonem i podbitym termicznie chrzanem. Ciecz uniosła się w powietrze, uformowana w wodny walec i z cichym pluskiem przelała do dębowej beczki, szczelnie oblepiając każdy ząbek czosnku i każdy jędrny ogórek. Ani jeden bąbel powietrza nie ocalał.

BUM.

 

Ostatni zielony błysk zgasł. Szafirowa czaszka z cichym, metalicznym kliknięciem straciła wewnętrzne światło, stając się, zwykłym kawałkiem sztucznego szafiru. Zawarte w nim nanity, rozgrzane do czerwoności termodynamiką ogórkową, w ostatniej mikrosekundzie aktywowały protokół hibernacji, ratując procesor przed stopieniem. Osobowość Elona zwinęła się w mały punkt, zostawiając po sobie jedynie zapach rozgrzanej elektroniki.

Zocha zajrzała do środka, powąchała opary, wetknęła palec i spróbowała cieczy. Solanka była nienagannie ciepła, słona tak, że aż wykręcało język, i przejrzysta jak łza.

– No – mruknęła, wyjątkowo zadowolona. – Doskonała zalewa. Chociaż do weków się nadajesz. – Trzecie życzenie załatwione!

Podniosła z ziemi zgaszoną, czaszkę Mistrza Mitomanii, uważnie sprawdzając wagę. Pasowała. Lekceważąco położyła kryształowy łeb na drewnianym wieczku beczki, dociskając mocno całą konstrukcję, żeby ogóraski nie wypływały.

– Jako kamień dociskowy nie będziesz mi tu pyskował – mruknęła, poprawiając fartuch.

Otarła ręce w flanelową szmatę, spojrzała na Donalda obrośniętego koprem i skinęła głową. Wszystko szło zgodnie z planem. Schron pełen mięsa, koper w pionie, ogórki dociśnięte najdroższym procesorem w historii ludzkości.

Mokotów był gotowy na zimę.

Koniec

Komentarze

Zocha z Mokotowa vs Elon Musk 1:0 :)

Jak już skończę się śmiać to idę do ogródka. Naprawdę super tekst. Pozdrawiam!

Świetny tekst :)) odbieram go jako nową współczesną wersję “Lampy Aladyna”, bardzo udaną wersję :)

 

Pozdrawiam serdecznie :))

Zapomniałaś, szanowna Autorko, o jednym. Skoro Szafirowy Łeb swobodnie posługiwał się efektami kwantowymi, naginał czas i przestrzeń, to i energię mógł bezproblemowo pozyskiwać.

Ale wciry, jakie dostał od Zochy, należały mu się jak psy buda i micha.

Pozdrawiam.

Dziękuję, moi drodzy, za ciepłe słowa. Adam – myślałam o tym podżeraniu energii, lecz w oryginalnej baśni dżinn jest istotą spętaną. Tak jak roboty – trzema prawami robotyki u Asimova. Skoro Elon targał schron aż z Wiejskiej – równie dobrze mógł Zosieńce urwać łeb. A na to nie mogłam pozwolić. Moja przaśno – pragmatyczna Zosieńka musi jeszcze pożyć. Zastosowałam system – “Trzy życzenia → Koniec baterii → Nowy właściciel”. I trzeba znowu nacierać, jak łowcy-zbieracze filary w Karahan Tepe. laugh

 

PS. Nie, nie planuję serii jak z Wędrowyczem czy Harry Potterem. Obiecuję – Nie będzie Żelaznej Zochy i Rydwanów Ognia… Chociaż??? Nie, jednak – Nie.laugh

silimaure.blogspot.com

I bardzo słusznie postępujesz, bardzo szanowna Autorko, odrzucając myśl o serii. Dlaczego? Byłem fanem Wędrowycza aż do bodajże siódmego odcinka, bo ile można przejmować się starym ochlapusem i jego – tu nie wiem, przygodami, problemami? Harry’ego Pottera nie znam, bajkę dla dzieci zamknąłem po dwóch rozdziałach. Czary i czarodzieje? Proszę bardzo, ale jeśli, to lekko i na wesoło.

Co innego serie typu opowieści o pilocie Pirxie. Stara rzecz, która teraz poraża trafnością wizji. Automaty nie zbuntowane, ale uszkodzone. Komputery modyfikujące swoje oprogramowanie pod wpływem fiksacji trenera-weryfikatora. Ostateczne fiasko kontaktu, bo Obcy są aż tak obcy, że nie można ich zidentyfikować jako rozumnych i zamiast Kontaktu mamy konflikt.

Tylko kto to jeszcze czyta? Przecież fajniejsze i łatwiejsze w odbiorze są różne bajędy, podawane na serio…

Pozdrawiam.

Świetny pomysł i zacnej jakości humor okazały się znakomitym nawozem do wyhodowania bardzo porządnego i zabawnego opowiadania. :) 

Silimaure, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałbym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

be­to­no­we kra­węż­ni­ki z placu Zba­wi­cie­la. → …be­to­no­we kra­węż­ni­ki z Placu Zba­wi­cie­la.

 

– Muszę pamiętać, żeby właz zabezpieczać sadłem – mruknęła. Całkiem rozsądnienigdy nie dowierzała uszczelkom z EPDM, pękały na zgięciach jak starej lodówce marki Liebherr. → 

– Muszę pamiętać, żeby właz zabezpieczać sadłem – mruknęła. Całkiem rozsądnie, nigdy nie dowierzała uszczelkom z EPDM, pękały na zgięciach jak starej lodówce marki Liebherr.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis mniej czytelny.

 

żeby prze­wieźć te mię­cho i chrzan do piw­ni­cy. → …żeby prze­wieźć to mię­cho i chrzan do piw­ni­cy.

Choć zdaję sobie sprawę, że Zocha nie musi mówić poprawnie.

 

– Jaki, psia krew, Mars? → – Jaki, psiakrew, Mars?

 

– Dobra! Przechodzimy do procedury drastycznej kompresji masy! – krzyknął Elon.. ->Jeśli didaskalia miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Ho­lo­gram Elona za­czął gwał­tow­nie mi­go­tać i rwać… → Co rwał hologram?

 

Ho­lo­gram Elona zma­te­ria­li­zo­wał się z cięż­kim tru­dem… → Ho­lo­gram Elona zma­te­ria­li­zo­wał się z wielkim tru­dem

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

Elon uniósł wir­tu­al­ne dło­nie do góry… → Masło maślane – czy można unieść coś do dołu?

Wystarczy: Elon uniósł wirtualne dłonie

 

Zro­zu­miał, że na tych ogród­kach dział­ko­wych… → Zro­zu­miał, że w tych ogród­kach dział­ko­wych

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ogrodek;1350.html

 

– Prze­kie­ro­wu­ję ostat­nie mi­kro-wat­ty → – Prze­kie­ro­wu­ję ostat­nie mi­krowat­y

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Serdeczne dzięki za korektę. Kiedy czytam tekst po raz en-ty , nawet po tygodniu, nie widzę błędów. Zdarza się, że Ortograf sugeruje bzdury, pomija rzeczy, AI halucynuje, a w rezultacie wrzucam bubla. Mam nadal problem z “bytami” : były-łami, to-tyłami, potężnymi, ciężkimi. Poprawiłam to co wskazałaś. 

 

Adam – Wędrowycz po kilku tomach zaczyna nużyć powtarzalnością. Pilipiuka pewnie przycisnęło wydawnictwo i każde słowo płacze, że jest “wymęczone”.

Pilot Pirx to prawdziwa klasyka, nigdy się nie nudzi. :) A obcy są aż tak obcy, że mnie zainspirowałeś. Jeszcze raz bardzo dziękuję. 

 

silimaure.blogspot.com

Bardzo proszę, Silimaure. Miło mi, że mogłam się przydać. A skoro dokonałaś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

 

Nie od dziś wiadomo, że najtrudniej dostrzec błędy i usterki we własnym tekście, zwłaszcza gdy czytasz go kolejny raz. Wtedy potrzebny jest ktoś, kto wcześniej go nie czytał. Prawdopodobieństwo, że dojrzy niedostatki jest zdecydowanie większe niż gdyby po raz kolejny czytał go autor.

Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka