- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #50 Podróż do korzeni
Wyzwanie #50 Podróż do korzeni
Tym razem wyzwanie krótko sformułowane i bez obrazka – żeby nie sugerować rozwiązań.
Fragmenty wysyłamy do niedzieli 31 maja. Limit jest dość obszerny, ale wcale nie znaczy, że musicie go wykorzystać – więcej nie zawsze znaczy lepiej i zabawniej!
Dla tych czytających co drugą linijkę: istotą wyzwania jest stylizacja dialogu!
Oceny
Wyzwanie #50 Podróż do korzeni
Podczas przelotu nad słowiańską wioską podróżnik w czasie gubi nieodzowny element zakrzywiacza czasoprzestrzeni. Opisz scenkę, w której próbuje odzyskać zgubę. Skup się na stylizacji dialogu. Jako tło możesz wybrać dowolny moment pomiędzy VI a XVi wiekiem n.e. Fabuła zależy od Twojej inwencji, ale nie powinna zdominować tekstu. Obowiązuje limit 5.000 znaków.
Koniec
Komentarze
– Panie? Panie? Żyjecie?
Nim zdołałem otworzyć oczy, poczułem zapach obory.
Chłop był pomarszczony od słońca, o rękach żylastych – styranych ciężką pracą. Otarłem krew z czoła. Oprócz rozciętej skóry na głowie miałem złamaną rękę i kilka żeber, ale żyłem.
– Co to jest? Jakiś samolot? Czołg? Czy co?
Rozejrzałem się po wnętrzu kokpitu, zupełnie jakbym widział go pierwszy raz. Szybko sprawdziłem parametry – wszystko było sprawne, choć wahadłowiec międzyczasowy zarył się na dwa metry w ziemi. Wszystko oprócz przyłącza skokowego.
– Musiało odpaść, gdy walnął we mnie pocisk przeciwlotniczy – wymamrotałem.
– Nie wiem, po czyjej stronie walczysz – zaczął przytomnie chłop – ale na pewno będą szukać tego… no, tego, czymś przyleciał.
– Pomożesz mi?
– Rodakowi zawsze.
*
Zaniósł mnie do rozpadającej się chaty z oborą i jedną zabiedzoną krową. Odstawił mnie na łóżko i wrócił na miejsce katastrofy zamaskować wahadłowiec.
*
Lizałem rany, gdy chłop wpadł i od progu zaczął wrzeszczeć:
– Wojsko! Idzie wojsko!
– Spokojnie, to już koniec wojny.
– Skąd możecie to wiedzieć?! Przyjdą, podpalą, powieszą za ukrywanie szpiega!
– Chwila. – Spojrzałem na panel iPoda, który w gospodarzu wzbudzał jeszcze większy niepokój niż cała Trzecia Rzesza. – Na pewno to już koniec. A wiem to, bo… no cóż, musisz mi zaufać. Tak jak z tą jałowcówką.
Chłop przeniósł wzrok ze mnie na iPoda. Nie wyglądał na uspokojonego.
– Pomóż mi wstać. Zobaczymy, czy to czerwoni, czy brunatni.
*
Chłop stał z dłonią przy czole, osłaniał oczy przed słońcem. Ja, wsparty o jego ramię – żebra wciąż się zrastały.
– Iwany – rzucił chłop.
– Tylko trzech – dodałem.
– Stado prowadzą. Będzie ze trzy tuziny zdrowych, mlecznych muciek.
– Szkoda. Przydałaby mi się taka choćby jedna zdrowa – westchnął chłop.
– Leć no szybko po te jałowcówki, co je schowałeś za oborą.
– Ale…
– Leć. Coś czuję, że możemy zrobić dobry interes.
Gdy zostałem sam, wyciągnąłem przewód i podłączyłem iPoda do interfejsu za prawym uchem. Zaaplikowałem słownik języka rosyjskiego, co prawie przypłaciłem utratą przytomności od nadmiaru danych.
– Źle wyglądacie – powiedział chłop, gdy znalazł mnie na trawie z krwawiącym nosem.
– To nic. Pomóż mi wstać.
Gospodarz odstawił flaszki, a gdy tylko mnie postawił na nogi, zawołałem:
– Towarzysze!
– Co robisz?! Zatłuką nas! – jęknął.
– Spokojnie. Ruski mało je, ale zawsze chętnie wypije.
*
Trzech Iwanów dyskutowało na boku. Podobały im się flaszki jałowcówki, ale mieli problem.
– Nie – rzucił brodacz w futrze, śmierdzący tanim tytoniem.
Towarzysz za nim, o brzydkiej, dość świeżej ranie na policzku, dodał, gładząc lufę pepeszy:
– Sztuki nam się muszą zgadzać.
Chłop drapał się w głowę, myślał, jak przerwać impas w negocjacjach. A ja patrzyłem na trzeciego Iwana – rudzielca z zawieszonym na szyi przyłączem skokowym, które służyło teraz jako błyskotka.
– Krowa z obory – wtrąciłem.
– Moja Jadzia? – dopytał chłop.
– Jest już stara, mleka nie daje, a im to jedno.
Brodacz pokiwał głową, podrapał się po tyłku, splunął:
– Tak. Jeśli macie krowę na wymianę, to pohandlujemy.
– Ale chcę jeszcze to. – Pokazałem palcem przyłącze, gdy chłop w podskokach ruszył po Jadzię.
Powstała konsternacja, gdy młody Iwan chwycił błyskotkę i pokręcił głową. Towarzysze szybko go oblegli, zaczęli tłumaczyć, a gdy to nie pomogło – użyli pięści. Nim gospodarz wymienił starą krowę na młodą i dorzucił jałowcówkę, ja już schowałem do kieszeni przyłącze skokowe.
*
– Jesteś pewny? – zapytał gospodarz.
– Już mi dość pomogłeś. Żebra prawie się zrosły. Czas odkopać mój wahadłowiec… mój samolot i ruszać do domu.
– Dziękuję. Ta krowa… – zaczął chłop – dzięki niej przeżyję zimę. Nie wiem, jak mogę jeszcze ci się odwdzięczyć.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, kolby załomotały w drzwi. Do chaty wpadli ruscy, pijani w sztok jałowcówką. Nie strzelali, ale też nie szczędzili razów.
*
W baraku zapadła cisza. Gułag nocą był cichszy niż przestrzeń międzyczasowa.
Konający na szkorbut Wasyl zakaszlał i powiedział:
– Tak… teraz cię poznaję. Zabijesz. Za to, co wam zrobiliśmy?
– Nie – powiedziałem po chwili milczenia. – Co by to zmieniło? Już dziesiąty rok „zwiedzam” twój piękny kraj i pewnie tu umrę. Jesteś jedyną osobą, którą znam w tym… czasie.
Wasyl zakaszlał, zajęczał tak, że pomyślałem – to już koniec. Ale sięgnął pod poduszkę. Długo grzebał w sienniku, nim wyciągnął przyłącze.
– Mnie wsadzili tu – wycharczał – za to, żeśmy zjedli tę waszą krowę. Czysło się nie zgadzało oficerowi.
To były ostatnie słowa Wasyla. Wyciągnąłem brakujący element wahadłowca z jego już sztywnych dłoni.
*
Wahadłowiec jest tam, gdzie zarył w ziemię. Chłop podobno zmarł gdzieś na Syberii, więcej go nie widziałem. Teraz w miejscu jego chaty rośnie las, nieopodal wykopano sztuczny zbiornik wodny. Jestem już stary i bezzębny – wakacje w Rosji zrobiły swoje.
Zacząłem tę wyprawę, by zdobyć informacje, gdzie w trakcie historii popełniliśmy błędy. Czy zdobyta przeze mnie wiedza coś by zmieniła? Może. Ale po tych wszystkich latach nie mam już do czego wracać.
Wiek się nie zgadza, ale trudno :P reszta jest ok. Tekst jest na podstawie piosenki, zachęcam do zgadywania tytułu.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Bardzie, witaj na pokładzie!
Zaiste, długi był to rejs, i nie będę pytał, jakie krakeny albo co gorsza syreny spotkałeś po drodze, ale cieszymy się z powrotu!
Tarnino, skoro o łapkach mowa…
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Dawać TARDIS i nie kręcić :D
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
To był urlop, zasłużony wypoczynek i jeszcze się nie skończył, więc jest to powrót, być może, chwilowy :). A po drodze spotkałem jedynie kalorie i długie godziny zmarnowane na nic nierobieniu ;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dawać TARDIS i nie kręcić :D
Tarnino, bez zakrzywiacza czasoprzestrzeni też nie działa. Odzyskasz zakrzywiacz, będzie Tardis :P
Negocjacje z miejscowymi mogą być trudniejsze niż ze Strażnikami Rewolucji, ale chociaż język ten sam… czy na pewno? ;)
Bardzie, ja poza forum tracę kalorie. Jak tu piszę, to chociaż siedzę na tyłku. A tylko się oderwę, to w jakieś góry mnie ciągnie, dziś 11 godzin bez przerwy ;)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me