- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #49 Ogród rozkoszy

Wyzwanie #49 Ogród rozkoszy

Tym razem w wyzwaniach romans i erotyka w łagodnym (?) wydaniu. Prędzej czy później w opowiadaniu zdarzy się “scenka” – niektórzy czują się wtedy jak ryba w wodzie, a niektórzy niczym ryba wyrzucona na brzeg.

Wiosna w pełni, kwiaty kwitną, serca biją szybciej – nie ma lepszej pory, żeby podjąć to wyzwanie!

Specjalnym gościem naszego wyzwania będzie Jim , który obiecał zerknąć na Wasze fragmenty pod koniec terminu – który upływa w niedzielę 24.05, ale wyjątkowo można prosić o przedłużenie ;)

Uwaga! Stosownie do treści fragmentów, wyzwanie może otrzymać dodatkowe oznaczenie – 16+ lub 18+, jeśli będzie to koniecznie. Na razie założyłem, że będziecie grzeczni, ale nie musicie ;)

Oceny

Wyzwanie #49 Ogród rozkoszy

 

Król Alergiusz przechadza się po ogrodzie w towarzystwie córki Dziadumiły. Ogrodnik Bazyl chciałby wyznać jej swe uczucia, a może nawet powiedzieć o skrytych fantazjach. Problem w tym, że ojciec z daleka przysłuchuje się rozmowie, wprawdzie niezbyt uważnie, ale zaniepokoi się, jeśli nie będą rozmawiać o roślinach.

Czy księżniczka odwzajemni uczucie? Będzie ostra jak papryka, a może kłująca jak oset? A może ktoś jest narcyzem lub męczennicą? Zdecydujcie sami! Didaskalia dawkujcie z umiarem, niech kwiatki rosną na łzach czytelników i dojrzewają w blasku ich rumieńców!

Koniec

Komentarze

Trzeba coś będzie skrobnąć i zmierzyć się z wyzwaniem, ale mam jeszcze do odświeżenia dwa ostatnie ^^ W każdym razie z ciekawością przeczytam inne twory :)

Those who don't believe in magic will never find it

Challange accepted “_” 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

akurat pracuję nad Nocą Kupały. Mam dzień poprzedzający, jeśli dam radę całość do końca tygodnia to też wrzucę… a tymczasem element animalny…

 

Duchota zaległa w dolinie, powietrze stało się gęste, namacalne. Gospodarze prowadzili krowy do zagrody Bożydara. Nie spieszyli się. Tworzyli wokół ogrodzenia żywy, porykujący pierścień. Krowy rzucały łbami, ryczały chrapliwie, naciągały powrozy, kopyta wzbijały tumany siwego pyłu.

W środku buchaj odchodził od zmysłów. Krążył wzdłuż ogrodzenia, pod skórą falowały napięte mięśnie. Biała piana pryskała z pyska. Sapał, charczał, rwał darń.

Jedna z krów przystanęła. Napięła zad.

Strumień uderzył o ziemię z sykiem. Ciężki, gryzący zapach wypełnił zagrodę.

Buchaj zamarł. Na chwilę.

Szarpnął łbem, zarzucił nim wysoko, parsknął. Kopyta rozorały ziemię. Ruszył wzdłuż ogrodzenia, coraz szybciej, przeszedł w galop.

Uderzył w żerdź.

Raz.

Drewno jęknęło.

Drugi raz – trzasnęło.

Trzeci raz – żerdzie pękły.

– Już! Wpuśćcie je, bo rozniesie zagrodę! – ryknął Bożydar.

Gospodarze odwiązali powrozy i smagnęli zwierzęta. Wpadły do środka. Buchaj wpadł w stado. Krążył wśród krów, mrucząc. Chłonął ich zapach, zlizując ruję. Pocierały się o niego, ryczały, nadstawiały się, prężyły zadki i prowokowały byka uderzeniami łbów.

Mężczyźni przy płocie zamilkli. Łatwy dotąd śmiech ugrzązł w gardłach. Palce zacisnęły się mocniej na drewnie. Ktoś przełknął ślinę. Ktoś splunął, za słabo, gęsta ślina zawisła na wardze.

Jedna z krów z impetem skoczyła na grzbiet drugiej.

– Patrz… – powiedział jeden, nie dokończył.

Nie musiał.

Zapach. Ciepły. Gęsty. Natarczywy.

 

– Nie mogą się doczekać! – krzyknął ktoś.

Buchaj dopadł łaciatej krowy. Wsparł przednie racice na jej grzbiecie, wbijając się w skórę, wgniatając ją w błoto. Wygiął grzbiet w łuku, odnalazł cel, reszta stada wpadła w amok. Pobudzone widokiem i zapachem zaczęły ryczeć, wspinać się na siebie, tworząc ryczące kłębowisko parujących ciał.

Chłopi przy płocie trwali w napięciu.

– Bożydarze! – zawołał drobny mężczyzna. – Gdybyś miał taką lagę, to byś całe opole synami obsiał, a nie same dziewuchy co rusz robisz! – nerwowy śmiech przebiegł przez zagrodę.

– Mirosławie, nie pleć po próżnicy ino swoją babę przywiedź, niech jej byczek wygodzi, bo się babom wypłakuje na twoją słomkę. – Ryk chłopów niósł się po wsi.

Mirosław splunął pod nogi, poprawiając gacie, które stały się zbyt ciasne. – Chciałbyś mieć taką słomkę co samych synów robi. – odgryzł się.

– Patrzcie, jak ją gnie! Mało mu, zaraz drugą dopadnie bez schodzenia na ziemię!

– U krew nie woda, każda dziura miodu doda! Buchaj robotę robi, co nie chłopy?– zaśmiał się Bożydar. – Jeszcze tak nie było żeby, która nie zaciążyła.

– Dobrze prawisz Bożydarze. Widno sam Jaryło ci byczka dogląda.

Mężczyźni nie odrywali wzroku od kłębowiska ciał. Buchaj odpychał jedną tylko po to, by natychmiast, z głośnym sapnięciem, wspiąć się na kolejną. Kurz, pot i zapach nasienia i rui wypełniał powietrze. Pot mężczyzn, ich przyspieszone oddechy połączyły się ze zwierzętami. Napięcie rosło z każdym uderzeniem racic o ziemię; czuli to w lędźwiach, w gwałtownym biciu serca. Wzrok coraz częściej uciekał w stronę chat.

– No, chłopy… czas na mnie – mruknął Mirosław, nerwowo poprawiając gacie opinające mu się na udach. – Moja krasula w chacie czeka. Nowego byczka czas zrobić. – Poklepał wymownie Bożydara po ramieniu.

– Twoja jedna? – zaśmiał się gardłowo Bożydar, spluwając siarczyście. – Ja tam moim trzem dam dzisiaj radę wygodzić, choćby mi tchu miało braknąć! Noc taka, że i kamień by ożył.

Rozchodzili się, rzucając ostatnie rubaszne uwagi, poprawiając spodnie. Śmiech mieszał się z niskim porykiwaniem bydła.

Robert zastał żonę u Dobrej.

– No, Krasula dostała nagrodę za całą tę ciężką pracę, którą dla nas odwaliła w polu – zażartował, siląc się na lekkość, nienaturalnie niskim głosem.

Zatrzymała się gwałtownie. Spojrzała na niego z oburzeniem. – Głupi żart… Naprawdę głupi – ucięła ostro. – Mnie również wynagradzasz?

Zanim zdążył odpowiedzieć, obróciła się do niego plecami i ruszyła szybkim krokiem w stronę chaty, manifestując urazę ruchem bioder. Nie czekał. Podbiegł do niej w długich susach. Chwycił ją mocno za pośladki, przyciągając do siebie, zatopił usta w jej szyi.

Drgnęła.

– Dajesz mi siłę do walki z tym światem – wysapał jej w ucho, zapach skóry, zmieszany z gorącym powietrzem wieczoru, odurzał go.

– Nie wykpisz się tanim komplementem.

– A kto mówi o komplementach. – Objął ją w talii.

Próbowała wyrwać się z uścisku śmiejąc się głośno, ale nie dała rady.

Minęli ścieżkę prowadzącą do chaty.

Czy wzorem konkursów, mam wrzucać obrazki, że przeczytałem? ;-)

Na razie potwierdzam, że rzeczywiście przyjąłem zaproszenie, a wszystkim śmiałkom sprzedam przy okazji informację w stylu przecieku – że warto ostrzyć erotyczne pióra, bo…

 [spoiler] [/spoiler]

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jimie, czyżbyś szykował Księgę 2.0 i łowił talenty ? :D

Nie musisz dawać obrazków, w wyzwaniach tygodniowych to zwykle krótkie teksty, więc obrazki mogłyby przytłoczyć treść ;)

 

Guru, scenka ładna i nietuzinkowy zabieg z pokazaniem najpierw zwierzęcych godów, a potem przerzuceniem napięcia na widzów. Całość obrazowa, a przy tym zmieściłaby się w niskiej kategorii wiekowej, sprytne ;)

 

Zaznaczę formalnie, że nieco obok zasadniczego wyzwania tygodniowego, które dotyczy nowych tekstów i wątków roślinnych (muszę pilnować porządku laugh), ale, jak rozumiem, dla budowania nastroju?

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Uwaga: off-topic ;)

 

ale mam jeszcze do odświeżenia dwa ostatnie ^^

Oldguard, zaakceptuję spóźnienie w Wytkeloku, jeśli dowiem się od Ciebie, co tam u licha robi Statek Fruwający Jeffersona

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

I wtedy właśnie nadleciała szarańcza…

Już tylko spokój może nas uratować

Rybaku, opis gwałtownej i nieokiełznanej konsumpcji byłby oryginalnym rozwiązaniem. Chyba potraktuję to jako dodatkowe wyzwanie laugh

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

a tak apps… tag #erotyka nie działa.

chciałem zobaczyć co jest akceptowane…☺️

TheGuru. Bardzo ładna scenka. Muszę jednak zauważyć, że lędźwie są z tyłu powyżej pośladków. Ponieważ jestem skażona nadmierną wyobraźnią, więc za każdym razem kiedy czytam coś takiego, ogarnia mnie wesołość.

Oczywiście za niedługo też coś wrzucę.

chciałem zobaczyć co jest akceptowane…☺️

I od tego są wyzwania, między innymi. Co nie oznacza, że zniosą wszystko, ale nasza piaskownica ma wytrzymałe ścianki (proszę tylko nie rzucać w siebie zabawkami).

 

A to była naprawdę dobra literacko scena i fajny pomysł, takie “zwierzęce” zwierciadło naszego wyzwania. Dodatkowo sugerowała, nie tylko opisywała – nie sztuka zastąpić wyobraźni czytelnika, tylko uruchomić ją do działania.

 

Dobrze, wracam do moich szarańczy. Kiedyś się zawziąłem na cukinie i nawet coś z tego wyszło, więc czemu nie? 

 

P.S. Sam otagowałem wątek – wyzwań zwyczajowo się nie taguje, ale nie wiem, jakie jeszcze cuda tu napiszecie, więc na wszelki wypadek ostrzegłem czytelników ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Dobra, ja będę miał do 16-18 lat. Może w weekend wrzucę. Mam już zamysł.

 

Co prawda mógłbym wrzucić scenkę co już napisałem do moich wiedźmińskich opek, ale mam całkiem fajny pomysł na to do Dziadumiły, Bazyla i króla Alergiusza, a nie chcę tego palić tutaj :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Czarna. O rany????! Ale dałaś mi do myślenia. Jest to tak utarta kalka, że użyłem jej bez większego pomyślunku, a powinienem bo dobrze wiem gdzie są kręgi L3 i L5.

Poczytałem trochę o tym i o dziwo broni się to w moim tekście jako archaizm, który ma pochodzenie hebrajski-angielsko-łacińskie. niesamowite są te powiązania. Kiedy będę wklejał cały rozdział to zmienię na coś bardziej swojskiego.

dzięki za dobre słowo.

Marzan, dzięki za dobre słowo. 

zgłoś komu trzeba ten niedziałający tag????

Zaznaczę formalnie, że nieco obok zasadniczego wyzwania tygodniowego, które dotyczy nowych tekstów i wątków roślinnych (muszę pilnować porządku laugh), ale, jak rozumiem, dla budowania nastroju?

 

W sumie to dość duże niedopowiedzenie :P

 

Scenka nie przeczę ciekawa, ewidentnie w klimatach uniwersum, które rozwijasz, ale poza tym, że jest w niej erotyka, to nie wpisuje się w żaden sposób w wymagania wyzwania ;) Masz więc okazję napisać coś stricte pod wyzwanie, mam nadzieję, że podejmiesz rękawicę :)

 

Oldguard, zaakceptuję spóźnienie w Wytkeloku, jeśli dowiem się od Ciebie, co tam u licha robi Statek Fruwający Jeffersona

 

Hah, widzę, że poszło to w ciekawym kierunku 

 

Z niecierpliwością czekam na teksty innych osób. Mi też się rodzi jakiś pomysł ^^

Those who don't believe in magic will never find it

OldGuard.

przysiądę lędźwia????, dokończę rozdział i wkleję zakończenie, które spełni warunki.

dzięki za dobre słowo.

Co prawda mógłbym wrzucić scenkę co już napisałem do moich wiedźmińskich opek, ale mam całkiem fajny pomysł na to do Dziadumiły, Bazyla i króla Alergiusza, a nie chcę tego palić tutaj :) 

 

Melendurze, no właśnie, odgrzewane kluski niby sycące, ale serca się nimi nie zdobędzie :)

To już teraz grzecznie (lub nie) zabieramy się za nowe rzeczy ewidentnie do wyzwania.

 

 

Hah, widzę, że poszło to w ciekawym kierunku 

 

OldGuard, tak, ale brakowało aktywnych “graczy”, ponieważ tura odnawiała się co trzy wpisy. 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Prolog

 

– Ojcze, to okropne, co tu się stało?

Król Alergiusz westchnął. Spacer po ogrodzie miał ukoić nerwy córki, zdruzgotanej po nieudanej próbie wydania jej za mąż. Ostatnio była tak roztrzęsiona, że z błahego powodu od razu wpadała w szloch. Łudził się, że zieleń i zapach kwiatów podniosą ją na duchu, a przy okazji ujmą również jemu nieco ciężaru z barków. Alergiusz miał bowiem znacznie więcej powodów do zmartwień – łzy córki były niczym wobec urażonej dumy jednego z kandydatów na męża, a wojna między królestwami wisiała na włosku.

– Dziadumiło, córuniu, cóż cię znów trapi?

– Ty – zaczęła spokojnie, ale nagle podniosła głos – naprawdę nie widzisz?! – Tupnęła, a potem cisnęła w krzaki ozdobioną złotym haftem chustkę. Podbródek jej zadrżał, a do oczu nabiegły łzy.

Alergiusz uniósł brew. Ogród to ogród, miał ładnie wyglądać i czasem dostarczać coś smacznego na królewski stół, ale władca zupełnie się na tym nie znał. Myślami był już raczej wśród szeregów dzielnych wojaków niż przy równych rządkach kapusty, kopru i rzodkwi.

No właśnie, gdzie podziały się te rządki? Istotnie, ogród wyglądał jakoś nędznie, by nie powiedzieć upiornie. Smętnie zwisające strzępki liści, ogryzione badyle i ziemia usłana szczątkami przypominały raczej pobojowisko – a takich skojarzeń król wolał zdecydowanie unikać.

Alergiusz pstryknął palcami, znacząco, przynajmniej w jego mniemaniu. Ponieważ nic się nie wydarzyło – może poza tym, że gniew Dziadumiły przeszedł w spazmatyczny szloch i wycie, którego nie powstydziłaby się wataha wilków – pstryknął jeszcze raz, i kolejny.

– Tak, najjaśniejszy… – sługa najwyraźniej chciał przybiec w te pędy, ale niechcący potknął się o złamany pęd i wyrżnął prosto w błoto– … panie? – Wypluł ziemię i pół rzodkiewki.

– Wezwać Bazyla, natychmiast! I najlepiej od razu poślij po kata!

– Panie, ale on ledwo z wesela wrócił, i to ledwo w obu znaczeniach.

– To by wiele tłumaczyło – Alergiusz pokręcił głową.

– Nie, nie Bazyl, panie! Wyrwiząb. Bo jego babka…

– Nie obchodzi mnie to, co robiła jego babka! Topór udzierży? Głowę od tyłka odróżni?

– Eee… z ledwością, panie.

– Z ledwością to ja znoszę ten cyrk! A teraz, migiem!

– Najjaśniejszy, kat nie będzie potrzebny, bo los wystarczająco mnie ukarał, lecz jeśli twą wolą jest skrócić me cierpienie, z radością przyjmę dar Waszej Wysokości – odezwał się Bazyl głosem jednostajnym i smętnym niczym jesienna mżawka.

– Cóż to ma znaczyć, gagatku? – Król groźnie zmarszczył brwi, lecz Bazyl nawet nie podniósł spojrzenia wbitego w żałosne szczątki zieleniny rozwłóczone po ziemi.

– Szarańcza, panie. Przyfrunęła znienacka, w nocy. Jeszcze takiej nie widziałem – czarna, chrzęszcząca chmara, niczym bezkształtny demon. Jakby przygnał ją tu zły czar…

Słowa ogrodnika zagłuszył szloch Dziadumiły, która podeszłą do swego ulubionego krzewu różanego, albo raczej tego, co z niego zostało.

– Nie, to nie na moje nerwy! – uniósł się Alergiusz i zaraz kichnął, bo na nadmiar wrażeń również miał uczulenie. – I nie mam czasu na takie zabawy, kiedy wróg u bram! Jak masz takie gadane, to wytłumacz to jej, nie mnie!

Wskazał córkę i uśmiechnął się złośliwie.

– Wezwę generałów na naradę tutaj, do altany. Jeśli skończymy zanim zdołasz ukoić żal Dziadumiły swymi opowieściami, rozerwą cię końmi. Takie krwawe zabawy zawsze poprawiają morale przed bitwą! Pamiętaj: usłyszę choć jeden szloch, a wrony będą żarły twe flaki! – Wysmarkał nos w złoconą chustę.

 

Rosarium

 

– Jak to się stało? Nie mogę uwierzyć, to moja ulubiona róża! – westchnęła Dziadumiła, usłyszawszy za sobą kroki. Siedziała na ziemi przed zniszczonym krzewem, nie bacząc na swą białą suknię.

– Na pewno chcesz to słyszeć, pani? – odezwał się ogrodnik i przykucnął tuż za jej lewym ramieniem. – Może nie być miłe dla twych uszu, dla duszy, dla serca!

– Tak. Chcę! – Przetarła rękawem mokre od łez policzki.

– To nie jest zwykła róża, wiesz o tym? Twej matce podarowała ją potężna czarodziejka, gdy tylko przyszłaś na świat. Wyhodowała ją z nasienia i tchnęła w nią swą jasną magię, byście razem rosły silne i piękne!

– Oni wszyscy tak mówili – Dziadumiła zmarszczyła nos i pokręciła głową. – Ci, którzy się do mnie zalecali, jaka niby jestem piękna, jakby tylko to we mnie widzieli.

– Róża miała ci o tym przypominać, pani. To przekazał mi ojciec, kiedy obejmowałem po nim królewski ogród. Magiczny krzew nie jest tylko zabawką dla oka. Jest żywą istotą, która może rozkwitnąć ogniem, lecz potrzebuje też wody, ziemi i powietrza. Wydaje się krucha, lecz ma kolce i potrafi ranić, a jej siła bierze się nie z kwiatów, lecz z pnia. Dotknij go dłonią, zobacz, jaki jest mocny.

– Jest martwy! – westchnęła księżniczka. – Miała kolce, i co jej to dało? – Po policzku Dziadumiły znów spłynęła łza.

– Nie tak łatwo zabić magiczną różę.

Bazyl pochylił się, przecisnął dłoń między kolcami i położył dłoń na pniu.

– Pod korą pulsuje życie. Wątłe, ale jednak. Chcesz też je poczuć, pani?

Dziadumiła z niedowierzaniem pokręciła głową, ale po chwili powoli wysunęła dłoń. Bazyl najpierw ujął ją w swe chropowate palce, potem poprowadził między gałęziami i delikatnie ułożył na zdrewniałym pędzie.

– Czujesz to, pani? Zamknij oczy, a kiedy zamilknę, niech twe zmysły staną się tylko dotykiem. To twa siostra, chce cię przywitać!

Objęła palcami łodygę, a on zamknął jej dłoń w swojej.

– Bije w niej serce, jak w twej pięknej piersi – wyszeptał księżniczce do ucha. – Płacze i smuci się jak ty. Tak samo chce żyć i rozkwitać.

– Nie wierzę ci! – Dziadumiła gwałtownie cofnęła dłoń, kalecząc się przy tym w nadgarstek. Krew kapnęła na suknię. – Nie ma ani jednego kwiatu, liścia, niczego, co żyje. Zupełnie jak ja. Tylko to nas łączy, ktoś wszystko nam odebrał!

– Odrośnie, jeszcze piękniejsza. Ty również. Pozwól, że opatrzę rękę, pani. Twój ojciec każe mnie stracić, jeśli zauważy, że stała ci się krzywda.

Z kieszeni ogrodniczego fartucha wyjął chustkę, o dziwo, całkiem czystą. Przyłożył do rany.

– A tak w ogóle, miałeś mi powiedzieć, co się stało z różą, a nie czarować, że nic się nie wydarzyło. Zupełnie jak mój tatko! – powiedziała księżniczka nadąsanym tonem. Pozwoliła mu jednak nadal trzymać skaleczoną rękę.

– Myślałem, że jednak oszczędzę ci okropności, lecz skoro nalegasz… Ona przetrwała najdłużej. Szarańcza bała się jasnej magii, omijała ją, jakby krzew chroniła magiczna tarcza. Lecz w końcu plaga zniszczyła wszystko inne i otoczyła różę wirującym kłębem skrzydełek, odnóży i żuwaczek.

– Nie mogłeś jej bronić? – przerwała mu księżniczka.

– Próbowałem, lecz chmara powaliła mnie, a potem przykuła do pergoli. Żywe okowy zacisnęły mi się na nadgarstkach i kostkach, jakby były nie z chityny, a ze stali. Demon chwycił mnie za kończyny i rozpiął niczym zwierzę przed skórowaniem. Zaprawdę, to, co musiałem oglądać, było niczym odzieranie ze skóry, a nawet z ciała, bo nie tylko widziałem i słyszałem, ale czułem to wewnątrz, w myślach i sercu.

– Miało być o róży!

– I jest, bo czułem to, co ona. Dotyk mroku, który więził mnie w swych szponach, napastliwych, palących jak ogień.

Objął palcami szczupłe przedramię księżniczki i zacisnął je mocniej.

– Z początku szarańcza tylko krążyła wokół, niczym drapieżnik, który czeka na odpowiedni moment, by rzucić się na zdobycz. Liście krzewu szeleściły pod podmuchem tysięcy łopoczących skrzydełek, kwiaty drżały na łodyżkach, jakby chciały uciec, lecz nie było już dla nich ratunku.

Przeszedł do szeptu i zbliżył usta do ucha księżniczki. Oddech mężczyzny poruszał jej długie włosy i łaskotał nimi po szyi.

– Zbliżały się, z początku niepewne, czy magia czarodziejki nie spali ich na proch. Zapach soczystych liści wabił je i oszałamiał, silniejszy niż strach i ból.

Na chwilę przerwał. Uniósł nieco nos, wciąż wtulony w puszyste włosy Dziadumiły i wziął głęboki wdech.

– Wkrótce pierwszy owad odważył się usiąść na liściu – Zwolnił uścisk dłoni i przesunął opuszkami palców wyżej, w stronę łokcia. – Reszta czekała, walczyła z głodem, słyszałem to w szeleście skrzydeł, chrzęście pancerzyków, zgrzycie żuwaczek. Narastające napięcie, które zawładnęło ich zmysłami i myślami.

Wsunął palce pod miękki materiał sukni i wodził nimi po gładkim ramieniu zasłuchanej w opowieści księżniczki.

– Szarańcza nie spieszyła się, mimo że jej towarzyszki drżały w oczekiwaniu. Ledwie muskała liść odnóżami, jakby tylko go badała. Nie uszczknąwszy ani kęsa, wspięła się wyżej, na łodygę. Wędrowała po gładkiej, ciepłej korze, widziała już bowiem cel: piękny kwiat, z daleka lśniący czerwienią. Nęciły ją delikatne, zwilżone rosą płatki, lecz jeszcze bardziej przyciągało wnętrze, pełne słodkiego nektaru. Rozchyliła więc miękką, lecz sprężystą tkankę i wślizgnęła się do środka.

Przez chwilę było słychać tylko oddechy księżniczki i ogrodnika, na początku szybkie i rwane, lecz w końcu złączone jednym rytmem.

– Gdy pierwsza szarańcza skosztowała róży, reszta rzuciła się na krzew. Pożerały ją liść po liściu, delektując się smakiem każdego zakątka rośliny. Odnalazły nabrzmiałe pąki i wyssały z nich soki do ostatniej kropelki. Kiedy nie został już żaden liść i kwiat, powędrowały niżej, gdzie w ciasnych splotach gałęzi skryte było gorące serce róży. Po tysiąckroć próbowały wniknąć do wnętrza, dostać się do źródła magii. Rozpychały naprężone łyko, wciskały się między pędy, coraz głębiej i śmielej…

Księżniczka jęknęła. Na ten podejrzany dźwięk z odległej altany wychylił się król i wykonał jakiś gest, zapewne skracania o głowę, po czym wrócił do wnętrza. Ani Dziadumiła, ani Bazyl nawet tego nie zauważyli: słyszeli, widzieli i czuli już tylko siebie.

 

Epilog

 

– Dzisiaj ci się upiekło, Bazylu, ale pamiętaj, za pół księżyca chcę widzieć królewski ogród pełen kwiatów! – rzekł Alergiusz i nieco podejrzliwie spojrzał na córkę, która to uśmiechała się błogo, to czerwieniła.

– Ojcze, chciałabym jutro przyjść i pomóc przy róży. Bazyl mówił, że potrzebuje czułej opieki.

– Więc niech sam się nią zajmie! Zobacz na swoją suknię i na ręce, ukłułaś się! Za każde zadrapanie powinienem wybatożyć tego nicponia, z którym cię zostawiłem – Spojrzał surowo na Bazyla.

– To nic, ojcze. Nasz ogrodnik zajmuje się różami najlepiej na całym świecie, lecz ja też muszę mieć coś, by ukoić smutki!

– Hmm, jest jeszcze tkanie i szydełkowanie. Albo pisanie opowiadań, o, to jest dobre zajęcie dla niewiast w rozpaczy!

– A pamiętasz naszą kuzynkę, która się ukłuła wrzecionem? Zaś te historie… kto ma czas, żeby je czytać?

– Niech ci będzie. – westchnął i demonstracyjnie machnął ręką. – Wezwałem też maga, powie nam, kto przysłał tę plagę szarańczy, i jak mu się odwdzięczyć w równie paskudny sposób. A ty, Bazylu, miej na uwadze, że gawiedź tylko czeka na rozrywanie końmi! – Pogroził ogrodnikowi palcem.

– Najjaśniejszy, będę się starał z całych sił, by ogród wyglądał pięknie – oświadczył Bazyl. – Zaś w kącie warzywnika znalazłem trochę rukoli, szarańcza jakoś ją ominęła. Wiem, że to skromne danie, jak na królewski stół, a ogród zwykle dostarczał wykwintniejszych smaków. Byłbym jednak rad, gdyby trafiła do sałatki, jako obietnica mych starań.

– Rukola, powiadasz? – Alergiusz spojrzał na kosz z zieleniną i pokiwał z uznaniem głową. – Jedna z niewielu roślin, na które nie jestem uczulony! Cóż, może nie jesteś takim niezdarą, na jakiego wyglądasz, Bazyl. Przekaż ją kuchcikowi!

Kiedy król opuszczał ogród, ukradkiem pstryknął palcami. Tym razem sługa pojawił się natychmiast.

– Ściągnij kata Wyrwizęba. Nawet jak jest na kacu. Powiedz, że będzie miał zabawę na całą nockę, a może jeszcze dłużej. I niech przyniesie ulubione zabawki.

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Właściwa część (odpowiedź na wyzwanie) to Rosarium. Prolog to ozdobnik, żeby czytelnik się nie zgubił. A Epilog to zagadka kryminalna. Kto zgadnie i wyjaśni, dlaczego Alergiusz wezwał jednak Wyrwizęba, ma u mnie betę :)

Nie, Alergiusz nie domyślił się, co zaszło przy róży. Odpowiedzi trzeba szukać wiążąc obrazek z tekstem.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Bardzo to tkliwe i romantyczne. Gratuluję pomysłu.

Wydaje mi i się że dziadzia Alergiusz wezwał Wyrwizęba by poprostu wykastrować ogrodnika. To dlatego Wyrwiząb ma mieć "zabawę na całą nockę :]

, a do oczy nabiegły łzy.

Do oczu :)

 

albo moczu :D

 

Widzę, marzanie, że oboje lubujemy się w podobnych klimatach – fabuła, akcja, coco jumbo i do przodu. Co gorsza, muszę znowu się wysilić, aczkolwiek wydaje mi się, że choć podobny mam pomysł, to jednak trochę inny.

 

Podobała mi się idea (z różnych względów dlaczego) tej szarańczy :) 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Ale ładny kawałeczek na wyzwanie. I na razie mamy dwa zupełnie różne ujęcia – dość dosadne opisy z bardziej zamaskowanymi :)

 

sługa najwyraźniej chciał przybiec w te pędy, ale niechcący potknął się o złamany pęd i wyrżnął prosto w błoto

 

Celowa gra słów?

 

Hmm, co do zagadki – rzeczona rukola nie jest rukolą, tylko jakimś chwaściorem? Król się niby na tym nie zna, ale rukola go nie uczula, więc ją jako jedyną rozpoznaje? ;) Zgaduję, bo ja tego nie rozróżniam specjalnie (chociaż akurat rukolę często ładuję na kanapki), a sama robiąc sobie koktajl z pietruszki nawrzucałam tam jakiejś polnej zieleniny, więc żadnego ogrodnika nie mogłabym udawać :P

 

Those who don't believe in magic will never find it

nie wiem czy nie wysłałem odpowiedzi, czy usunąłeś by nie psuć zabawy innym?

nie wiem czy nie wysłałem odpowiedzi, czy usunąłeś by nie psuć zabawy innym?

 

Autor wątku nie ma możliwości usuwania komentarzy innych użytkowników, więc chyba ta pierwsza opcja :)

Those who don't believe in magic will never find it

Podpowiedź była zbyt oczywista.

To nie rukola tylko silnie uczulająca ambrozja.

Nie zasługuję na betę, ale może ktoś wytłumaczy co ona daje????

To nie rukola tylko silnie uczulająca ambrozja.

 

Biorąc pod uwagę Cuiavię, spodziewałem się, że Guru będzie blisko. Ale tylko blisko. Rodzina roślin się zgadza.

Ciekawostka, zdjęcie robione wczoraj przed chatką. Miałem ambitny zamiar zrobić grządkę na dzikie rośliny jadalne, ale chyba zrobię jeszcze jedną na jadalne tylko raz ;)

Ambrozję trudno pomylić z rukolą. Gdyby nawet tak się stało, efekt uczulenia jest dość natychmiastowy (być może śmiertelny dla Alergiusza, skoro jest tak wrażliwy), więc sprawca zostałby znaleziony. Podpowiem, że tutaj znalezienie sprawcy i przyczyny zgonu może być trudniejsze.

 

Guru, oczywiście możesz zgadywać dalej, ale w zasadzie betę (czyli łapankę słowno-gramatyczną, logiczną i ogólne odczucia) robię na bieżąco w Cuiavii. No, może mógłbym przetrzepać pierwsze rozdziały, bo te tylko czytałem, a nie komentowałem ;)

 

Czyli zgadywanka aktualna ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Celowa gra słów?

OldGuard, tak, ale na razie nie mam pomysłu, jak sprawić, żeby te słowa ładniej grały –  na razie są rozstrzelone zbyt daleko od siebie.

 

wezwał Wyrwizęba by poprostu wykastrować ogrodnika.

Melendurze, to z pewnością jedna z pozycji na liście atrakcji wieczoru ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Wyszło moje lenistwo. Jeszcze zanim przeczytałem twoją podpowiedź zacząłem się zastanawiać dlaczego ilustrujesz to mniszkiem lekarskim, szybkę sprawdzenie obrazem dało w wyniku ambrozję i informację o alergenach… pasowało…  teraz już wiem co to????

Google i jego AI właśnie przy tej roślinie robi (śmiertelne) pomyłki. Więc zagadka nie jest łatwa.

W dodatku wszystkie źródła powtarzają, że łatwo ją odróżnić, bo jest gorzka.

Nie jest ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Żona mi podpowiada, że to bylica albo złocień :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Melendurze, sporo bylic jest trujących, ale nie zgadza się kształt liści – są znacznie bardziej postrzępione, często “wiechciowate” i nie przypominają w niczym rukoli.

Złocień również jest postrzępiony, ma zwykle bardziej owalny obrys liścia, albo jest on podzielony na kilka części, ale dalej zachowuje ogólny kształt owalu.

Bohater opowiadania ma zbyt wąskie i długie liście jak na oba wymienione rodzaje roślin. Ten na zdjęciu jest już wyrośnięty i ma wyraźnie podzielone liście, ale kiedy jest młody, zdarzają się listki jedynie z wcięciami wzdłuż brzegów, dokładnie jak u rukoli. Jedyne, co je odróżnia, to wyraźniejsze żyłki i ząbki na obwodzie.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Hej!

Na razie nie czytałam innych, by się nie sugerować! Ale nadrobię! :)

 

 

Ogrodnik Bazyl zbierał się już od dawna, by podejść do księżniczki, jednak zawsze brakowało mu śmiałości. Dzisiaj jednak miał niefortunne spotkanie z pokrzywami, co tak popsuło mu humor, że gdy zobaczył króla z córką w ogrodzie, nie zawahał się ani chwili. Jak już mnie i tak swędzi, to niech już będzie. Raz kozie śmierć!, pomyślał. 

Odczekał tylko, by król nieco się oddalił podziwiać swoje ulubione pomidory i zagadał do ukochanej od tak dawna Dziadumiły, kryjąc się w pobliskiej tui. 

– Pani – skłonił się nieznacznie, bo w krzaku było to trudne. – Za każdym razem, gdy cię widzę… – Tu przerwał, bo król nieco się zbliżył. – …moje warzywa pragną cię jak słońca. 

– Tuja gada do mnie o warzywach! – zdumiała się księżniczka. – Coś takiego!

– To ja, twój wierny ogrodnik – wyszeptał Bazyl. 

– Och, wyłaź z krzaka, bo papcio pomyśli, że rozmawiam z iglakiem!

– Racja! Dziadumiło, twa roztropność…

– Och, przestań! Porozmawiajmy lepiej o tych warzywach na grządkach, potrzebują ponoć słońca… – księżniczka zasłoniła twarz wachlarzem i mrugnęła do ogrodnika. 

– Noo, jeszcze jak! – Rzucił się na kolana, by wskazać marchew. – Bez słońca, pani, nic nie urośnie! Ta marchew, widzisz, jest mała, bo rośnie w cieniu, ale ta widuje słońce swoich snów i zobacz, jaka jędrna, soczysta i twarda! – wykrzyknął, wyciągając warzywo i pokazując dumnie pokaźny korzeń. 

– Czy wszystkie marchwie są takie… duże? – zainteresowała się Dziadumiła, pochylając nad ogrodnikiem. 

Bazyl poczerwieniał i podrapał tam, gdzie pokrzywy dotarły a słońce nie zdążyło. 

– To zależy, pani. Trzeba o taką marchew dbać! Tą, na przykład, należałoby otrzepać z ziemi – podał jej roślinę drżącymi rękoma. 

– Czy tak? – Dziadumiła zaczęła delikatnie usuwać piach z marchewki. 

– Bardziej stanowczo, pani, bardziej stanowczo. – Bazyl spocił się nieco, ale dzielnie trwał na kolanach. 

Księżniczkę pochłonęło oczyszczanie warzywa.

– Sucha jakaś ta marchew. Twarda, ale sucha – stwierdziła zaróżowiona. 

– Może potrzebny jej pomidor – nieśmiało zaproponował ogrodnik, ocierając pot z czoła. – Pomidory są takie wilgotne. 

– Och – jęknęła Dziadumiła. 

– Ja bym wolał marchew z groszkiem – wtrącił się niespodzianie król, który właśnie podszedł. – Ale pomidory uwielbiam i też nie pogardzę. 

Bazyl zerwał się na nogi jak oparzony, choć wcale nie pokrzywami. 

Marchew wypadła księżniczce z rąk i Alergiusz zdziwiony zobaczył, że córka oddycha jakoś nienormalnie, więc zaprowadził ją czym prędzej do zamku. 

Ogrodnik westchnął, bo wiedział, że tyle miłości na razie musi mu wystarczyć. 

Wiedziałem, że będzie lekko i zabawnie – Jolko, potrafisz i rozśmieszyć, i dodać rumieńców, a nawet dwuznaczności są takie… niewinne? 

Masz dar skupienia się na rozwiązaniu wyzwania i pokazujesz to już któryś raz – prosto, ironicznie, bez nadmiaru ozdobników. A z czytania mam zawsze dużo radości!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Marzanie, dziękuję za tak miłe komplementy! 

Tak, zawsze traktuję wyzwanie jak wyzwanie, a więc wczytuję się dokładnie, co mam napisać – dla mnie to są darmowe ćwiczenia pisarskie, zwłaszcza że dostaję zawsze małą informację zwrotną, czy się udało. Czasem piszę je z ochotą, czasem się zmuszam, ale staram się pisać. :)

Dlatego, dla mnie, TheGuru, był wprawdzie w temacie, ale zadania nie wykonał. :) Sorry!

Nie zmienia to faktu, że ten kawałek był dobrze napisany i czytało się przyjemnie! Ten byk!!! Super!

Zatrzymało mnie czasem, np. takie coś:

Biała piana pryskała z pyska.

Czy będzie wyzwanie “wszystko na p”? :D

 

marzan napisał niemal opowiadanko, więc dużo się tam działo, szarańcza, no no, niezły pomysł. 

I co to znaczy, że opowiadania powinny pisać zrozpaczone księżniczki?! No, się pytam, no! Narażasz się!  

Założenia, które autor sam wymyślił, spełnił. Długie trochę, ale dobre – było i wesoło i rozkosznie. I na koniec zagadkowo! :)

 

Właśnie, tak sobie przypomniałam, że kiedyś przy wyzwaniach było podkreślane, żeby pisać krótko (np. 10 zdań, albo 100 słów, albo wręcz jednym zdaniem), bo łatwiej komentować i wspierać się w takich krótkich wprawkach. Może by do tego wrócić? Taka sugestia tylko. Mnie to pasowało… jak widać. :D :D 

 

 

 

 

 

nie idzie mi robota… cały dzień jeszcze mam jako szkic, ale przysiadłem do końcówki (jest okazja dostać opinie to korzystam). Mam również pieśni, ale je zmieszczę w całym fragmencie.

Macie okazję poznać kilka osób, których jeszcze nie ma w opublikowanych fragmentach, ale pózniej będą grały istotną role w fabule.

 

Żar ogniska smagał twarze. Młodzi pląsali wokół sobótki w rytm bębnów i fujarek. Kawałki pieśni tonęły w śmiechu i gwarze, przetykane trzaskiem płonących gałęzi.

Starsi biesiadowali nieopodal, spod zmrużonych powiek śledząc młodzież przy ogniu. Szepcąc między kęsami chleba, układali pary, licząc na sojusze rodów. Najbogatsi trzymali plecy sztywno, z brodami uniesionymi wysoko. Przy nich kręcili się pomniejsi gospodarze, sunąc opowieści o pannach i kawalerach. Wychwalali urodzajne łany, zręczność córek przy krosnach, sprawność synów przy radle i bydle. Ważyli szerokość bioder, siłę chwytu, zapowiedź płodności. Nad pieczonym dzikiem padły twarde liczby: ile krów, ile zboża.

Co chwila któryś z chłopców wyrywał się z korowodu. Kładł wianek na głowę wybranki i razem ruszali ku płomieniom. Splatali dłonie, nabierali rozpędu i skakali ponad strzelającym ku niebu ogniem. Chwilę później z krzykiem znikali w mroku puszczy.

Mściwój puścił dłonie sąsiadów. Oczy omiatały pląsające sylwetki. Jej nie było. Siedziała przy ławie, pod czujnym wzrokiem matki.

– Chodź – rzucił krótko. Chwycił Dziwę za rękę i wsunął wianek na jej jasne włosy.

– Zostaw ją! To nie jej wianek! – matka stanęła, unosząc dłoń.

– Wiłam go, matko.

– Zabroniłam ci! – Krzyk utonął w pieśniach i huku bębnów.

Stanęli przed sobótką. On – barczysty i ciężki. Ona – wątła, jasnowłosa, ledwie widoczna wśród iskier. Żar targał jej włosy. Ścisnęli dłonie tak mocno, aż pobielały im kłykcie. Skinęli głowami i ruszyli. Unieśli się, nogi podkurczone, ramiona spięte. Powieki zacisnęły się same. Płomień liznął skórę, szarpnął len. Buty wbiły się w popiół po drugiej stronie. Nie zwolnili uścisku. Ze śmiechem pobiegli ku puszczy, wśród wycia i okrzyków rówieśników.

Niemir ruszył ku Mirosławie. Wspomnienie słów brata wbijało się w żebra, nie dając o sobie zapomnieć.

– Mam twój wianek. – Wyciągnął ku niej splecione zioła.

– Skąd wiesz, że mój? – Przechyliła głowę, mierząc go wzrokiem.

– Tylko ty splatasz wielosił. Chwycił ją za rękę. Dała się pociągnąć, ale kroki były ciężkie, wolne.

Stanęli przed płomieniami. Pociągnął ją ku ogniowi. Ruszyli. Zbyt wolno. Zrozumieli to tuż przed ścianą ognia. Skoczyli za nisko, zbyt bojaźliwie. Odbili w bok, unikając ognia. Ledwie musnęli krawędź płomieni. Szeroko rozstawili ramiona, tylko ich złączone dłonie przecięły ogień. Wylądowali ciężko. Z kręgu wybuchł śmiech, podniosły się głosy wściekłości.

– Oszukali!

– To nie skok!

– Bogowie odwrócili oczy!

– Ogień ich nie oczyścił!

Niemir poczerwieniał. Objął Mirosławę wpół i niemal wepchnął ją między drzewa, byle dalej od śmiechu tłumu.

– Próbuję sobie coś przypomnieć – odezwała się cicho Agnieszka, wpatrzona w ogień.

Spojrzał na nią, mrużąc oczy przed żarem, usta rozchyliły się w pytaniu.

– Pytałeś kiedyś ojca o moją rękę? – odezwała się cicho, wpatrzona w ogień.

Zastygł, wzrok pobłądził, nie znajdując słów.

– No wiesz… przecież powiedziałaś „tak”.

– Ale to na ślubie… A wcześniej? Żadnego klękania, nic?

Zaśmiał się cicho, chwycił jej dłoń. Pociągnął ją ku sobótce.

– Zrobię to teraz. Przed starymi bogami!

Młodzi wokół wybuchli śmiechem i drwiną.

– Ej! Odejdźcie! To zabawa dla wolnych! Zróbcie miejsce dla młodych!

– Zgłupiałeś?! – krzyknęła, patrząc na buchający żar. – Nie skoczę!

– A więc odrzucasz mnie? – uniósł brwi.

Postukała go palcem w czoło. W odpowiedzi szarpnął ją ku sobie, pocałował gwałtownie i unieruchomił w objęciach.

– Zróbmy to! – zawołał.

Spojrzała w jego rozpalone oczy i skinęła.

Biegli ramię w ramię, prosto w szalejący ogień. Jednym ruchem odbili się od ziemi przed dopalającymi się polanami. Żar uderzył w twarze, wysuszał oczy, skręcał rozwiane włosy. Butami zawadzili o wystające polano. Runęło w żar. Iskry i płomienie objęły ich całkowicie. Dobiegły ich przerażone krzyki tłumu.

Buty wbiły się w ziemię, kolana ugięły się pod ciężarem. Potknęli się, ale nie upadli.

Krzyki strachu przeszły w okrzyki podziwu.

– Zaręczyny przyjęte? – zapytał, ciężko dysząc i odgarniając z jej czoła przypalone kosmyki.

Nie odpowiedziała. Odwróciła się i pognała prosto w las. Stał oszołomiony patrząc, jak biegnie w mrok. Zniknęła między pniami, nim zdążył zareagować.

W mroku puszczy stracił ją z oczu. Biegła przed siebie, byle dalej, byle głębiej w ciemność. Skryła się za pniem. Oddech zdążył się jej uspokoić, zanim go dostrzegła. Rozglądał się, rozgarniał gałęzie, wzrokiem błądził po pniach.

Przyłożyła dłonie do ust.

– Tutaj… taj… aj… Kręcił się w kółko. Echo niosło dźwięki z każdej strony.

– Tutaj… taj… aj… Przywarła plecami do pnia, piersi falowały jej od tłumionego śmiechu.

– Tu… – urwała.

Ich spojrzenia spotkały się. Zerwała się do biegu. Coraz gęstsze zarośla blokowały drogę. Gnał za nią, nie spuszczając z niej wzroku. Liście smagały go po twarzy. Skręciła gwałtownie, uciekając przed splątanymi pnączami. Przestał biec za nią. Ściął drogę, ruszył tam, gdzie miała zaraz dobiec. W kilka długich susów dopadł ją.

Chwycił ją w pasie, uniósł nad ziemię, zakręcił nią w powietrzu. Piszczała, wierzgając nogami.

Całowali się gwałtownie, dysząc w ciemności. Zrywali z siebie ubrania.

Miękki mech ugiął się pod nią. Przyciągnął ją mocno do siebie. Wciągnęła gwałtownie powietrze. Ciała odnalazły wspólny rytm. Nie odrywali od siebie spojrzeń. Woń runa, szum drzew, urywane śmiechy niosące się po puszczy mieszały zmysły. Oddech przyspieszał w rytm odległych bębnów. Palce zaciskały się mocniej, granica między ciałami nie istniała. Dreszcz przebiegł przez ciała, wyginając je w łuk, wbijając pięty w ściółkę. Pocałunkiem stłumił krzyk. Drżeli, wtuleni w siebie.

Patrzyli w swoje rozszerzone źrenice, oddechy wyrównały rytm.

– Tak – wyszeptała rwącym głosem.

Spojrzała w bok. Podążył za jej spojrzeniem.

Tuż przy jej głowie wyrastała niewielka roślina. Miała jeden, gładki, mięsisty, sercowaty liść, który lśnił od wilgoci. Z serca liścia wił się w górę smukły pęd.

– Nasięźrzał… Ophioglossum vulgatum – wyszeptała.

Wyciągnął rękę…

– Zostaw. – Chwyciła go za dłoń. – Niech magia zostanie tutaj, gdzie jej miejsce.

I co to znaczy, że opowiadania powinny pisać zrozpaczone księżniczki?! No, się pytam, no! Narażasz się!  

Bez inspiracji bym tego nie wymyślił :P

No dobra, nie będę się dalej narażał.

 

W jednym zdaniu, powiadasz? Dobrze, zrobię wyzwanie z jednym zdaniem, ale do przekazania będzie coś bardzo trudnego, np. “wytłumacz partnerowi/partnerce/rodzicom/pielęgniarzowi w jednym zdaniu, dlaczego wróciłeś/łaś do domu nad ranem”.

Jak widzisz, zadbałem o zaadresowanie różnych grup wiekowych. Dodaję do tajnego bunkra wyzwań. Jesteś dziś moją inspiracją! A inspiracją do szarańczy było trzech Rybaków.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

A inspiracją do szarańczy było trzech Rybaków.

A nie rybaków trzech? 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

JolkaK

 

podoba mi się! I nawet uśmiechnęło. Bardzo ładnie ograne wyzwanie :D

 

Właśnie, tak sobie przypomniałam, że kiedyś przy wyzwaniach było podkreślane, żeby pisać krótko (np. 10 zdań, albo 100 słów, albo wręcz jednym zdaniem), bo łatwiej komentować i wspierać się w takich krótkich wprawkach.

 

Ja osobiście też jestem za, bo ta edycja wyzwań ma tendencję do rozrastania się ;)

 

TheGuru,

 

a gdzie Dziadumiła, Bazyl, ogród i Alergiusz?

Those who don't believe in magic will never find it

A nie rybaków trzech? 

Może myślami jestem jeszcze przy Wytkeloku ;)

O, tam był limit pięciu zdań!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

OldGuard

dasz wiarę, że nie ogarnąłem zasad???? i skupiłem się na pierwszym wpisie pomijając „ogród rozkoszy” ????‍♂️

 

Hah :P to może do trzech razy sztuka? ;)

Those who don't believe in magic will never find it

to może w którymś z kolejnych wyzwań…

Trochę inaczej niż wszyscy wyszła mi ta scenka. Szczerze nie miałam pojęcia jak ją ugryźć, do dnia dzisiejszego. 

Mamy w pracy takiego Jędrusia, starego kawalera w wieku emerytalnym i Bożenkę, która dwa lata temu pochowała trzeciego męża. Jak spotykają się na obiedzie, to ja po prostu kisnę ze śmiechu, tym bardziej, że Jędruś, który jest bardzo fajnym facetem, niestety nie łapie niedomówień. 

No i stąd wziął się pomysł.

 

 

Nie od dziś wiadomo było, że Bazyl, ogrodnik króla Alergiusza podkochiwał się w księżniczce Dziadumille. Myślał o niej podwiązując pomidorki koktajlowe lub plewiąc szparagi. Wzdychał, ale niezbyt głośno, aby król Alergiusz nie usłyszał. Gdyby tylko te wzdychania wyszły na jaw, bakłażan Bazylego byłby upieczony na miękko i podany królewnie z sosem śmietankowym. A tego, ogrodnik, absolutnie nie chciał.

Z daleka podziwiał królewnę pędzącą w jego kierunku niczym tornado i sylwetkę przypominającą gruszkę. Włosy miała upięte w tak wysoki kuc, że wyglądał jak nać pietruszki, powiewający w rytm kroków.

– Bazylian!- krzyknęła królewna, maszerując raźno. W ręku trzymała zeszyt i pióro.

Zatrzymała się przy nim ciężko dysząc.

– Tatuś, przykazał zrobić projekt. Właściwie kilka. – Otworzyła zeszyt i przeczytała – Jak wygląda techniczne użytkowanie działki oraz pozyskiwanie ogórków.

– Że co? – zdziwił się ogrodnik.

– Więc, jak wygląda użytkowanie grządki?

Bazyli zrobił poważną minę.

– Więc na sam przód potrzeba wina…

Dziadumiła skrzętnie zapisała:

– Podobnie jak u Honoriusza, na sam początek musi być wino, aby móc splunąć.

– Co?

Dziadumiła wywróciła oczami.

– Fechmistrz Honoriusz mówił, że zawsze jak czyści miecz musi mieć wino, bo mu w ustach zasycha i nie ma czym splunąć. U ciebie widzę jest podobnie. Najpierw musisz splunąć na grządkę.

– Nie pluje… A czy to czasem nie on, cię tu wysłał?

– Honoriusz uważa, że księżniczka nie powinna wymachiwać kindżałami.

– No tak – mruknął Bazyli, czerwieniąc się po uszy.

– Wracajmy do działki. Co trzeba najpierw zrobić?

– Zryć grządkę – odparł ogrodnik.

Pióro zazgrzytało po papierze.

– Zaczynasz od góry, czy dołu?

– To zależy.

– Od czego?

– Od położenia, kąta nachylenia…

– Czyli?

– No… góra jest wyżej, a dół niżej.

Królewna przez chwilę intensywnie pisała.

– Co dalej? – Uniosła głowę znad zeszytu, zauważając rumieńce ogrodnika. – Źle się poczułeś?

Bazyli szybko zaprzeczył ruchem głowy.

– Potem trzeba wyplewić i wygrabić – powiedział cicho. Chrząknął i ciągnął dalej. – Następnie robi się rowek i wrzuca nasionko.

Dziadumiła wróciła do pisania:

– Robi się palcem dziurkę, a czasem nawet dwoma – mruczała pod nosem. – Co tak przebierasz tymi nogami, Bazyli? Chce ci się sikać?

– Nie, królewno. Kończmy może szybko.

– Chwilka, chwilka. Szybko to się pchły łapie, tu trzeba wszystko dokładnie zrobić, z uczuciem, a nie po łebkach. I zostaw tego szparaga, bo tylko go pokruszyłeś. – Zerknęła do zeszytu i przez chwilę poruszała ustami. – Co się dzieje po zasadzeniu ogórków?

– Rosną.

– Mhm? Czyli nic już nie potrzebują?

– No muszą mieć mokro, bo jak sucho to są małe i gorzkie, a jak jest wilgotno, rosną duże i są chrupiące – mamrotał ogrodnik pragnąc jak najszybciej uciec, od podchwytliwych pytań.

– Podlewasz je metodą kropelkową, czy inną?

– Konewką.

Dziadumiła zatrzasnęła zeszyt, a Bazyli podskoczył słysząc ostry dźwięk.

– W porządku. Wieczorem przyjdę i ogarniemy grządkę.

– Którą? – zapytał Bazyli.

– Moją.

– Tu są wszystkie twoje.

– Nic się nie martw. Pokaże ci którą – oznajmiła trzepocząc rzęsami zalotnie i niczym tornado popędziła do zamku.

nie lubię mieć długów…

 

Król Alergiusz przystanął przy różach, kichając ceremonialnie.

Dziadumiła skryła uśmiech, gdy Bazyl podał jej gałązkę jaśminu.

– Niektóre róże zakwitają szybciej niż inne – powiedział ogrodnik.

– Niektóre pąki otwierają się dopiero po dotyku – odparła cicho.

Ogrodnik zadrżał. Jej palce przesunęły się po jego dłoni niby bluszcz po murze. Król spojrzał podejrzliwie.

– Papryki też dojrzewają wyjątkowo wcześnie – odchrząknął Bazyl.

Dziadumiła nachyliła się ku ogrodnikowi i szepnęła:

– Przyjdź po zmroku do szklarni. Chcę zobaczyć, jak twoje palce pielęgnują orchidee.

Jej oddech pachniał miętą i mokrą ziemią. Bazyl ukłonił się nisko. Wyobraźnia podsuwała mu widoki księżycowego światła prześwitującego przez rozpuszczone włosy księżniczki.

Czarna, o tej porze nie ogarniam już części językowej (ech, po Twoim tekście wszystko już mi się kojarzy ;) ), ale wrażenie ogólne było bardzo dobre – już na początku pojawiły się warzywne metafory, a potem było już tylko dwuznacznie i śmiesznie zarazem. Dobrze się bawiłem wyobrażając sobie tę parę – takiej dawki humoru przed snem potrzebowałem!

 

Guru, zastanawiałem się, jak wybrnąć z problemu rozdźwięku treści wyzwań a fragmentów Cuiavii. Bardzo pomoże wrzucanie nowych tekstów, stworzonych do wyzwania, zamiast czegoś już napisanego. Widzę również, że masz zasadę, żeby wszystko, co piszesz jakoś współgrało z Twoim uniwersum. Każdy z nas ma jakieś zasady, w naszej wirtualnej wspólnocie dopiero się ich uczymy, więc sprawienie, żeby każdy uczestnik wyzwań czuł się tu w miarę dobrze jest czasem jak strzelanie na oślep w gęstej mgle.

 

Wyzwania z zasady są kreatywne, więc niesztampowe rozwiązania problemu nie powinny być odrzucane – w pewnych granicach, bo kiedy wszyscy grają w piłkę nożną, a ktoś zacznie kozłować piłkę rękami, robi się zamieszanie. 

Czy da się to wyzwanie ograć (Oldguard, Twoje powiedzonka są bardzo zaraźliwe) zrealizować w świecie Cuiavii?

Moim zdaniem tak, przy pewnym wysiłku. Dziadumiła jest autentycznym słowiańskim imieniem, obchodzi imieniny 1 lutego. Alergiusza, który zabrzmiałby obco, można obejść przez “ojciec”, “tatko”. Podobnie z królem – wystarczy pokazać, że ma w społeczności podobną rolę, nie trzeba go wprost tak nazywać. 

Esencją wyzwania jest scenka w ogrodzie (w uniwersum Cuiavii równie dobrze warzywniak, sadów nie mieli, lub na polu, uprawnym) w którym jedna osoba ma drugiej wyznać uczucia lub fascynacje w dwuznaczny sposób – mówiąc o roślinach. Akurat na ilustracji są warzywa, ale przecież kwiaty i drzewa też dostarczają skojarzeń.

U Czarnej nawet nie było króla w scence, ale całość i tak moim zdaniem ładnie rozwiązywała problem.

Pewnie jest jeszcze sporo sposobów na napisanie scenki w wersji “słowiańskiej”.

Jest noc Kupały, kiedy dziewczęta obdarowywały młodzieńców zebranymi w lesie dzikimi owocami.

Są dary przynoszone przez młodzieńca w trakcie swatów – były to często najlepsze warzywa. Trudno o lepszą scenkę, niż ta, w której młodzieniec dwuznacznie “zachwala” warzywa, jego wybranka ukradkiem podgląda z sąsiedniej izby (kiedy mieli już piece, chowała się wedle tradycji za piecem), a mało domyślny nestor rodu nie rozumie aluzji.

 

Co ciekawe, będą wyzwania, które da się zrobić w świecie Cuiavii, nawet mocno go nie nie zmieniając – ale bez spoilerów.

 

Jak zauważyliście, ostatnio mało jest wyzwań językowych i czysto warsztatowych, ale jest ku temu powód – wyjaśni się wkrótce ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

P.S.

 

Do tematów słowiańskich:

 

„Kultura ludowa Słowian” – Kazimierz Moszyński

 

W jednej wersji (było kilka różnych metod, na myśliwego, na pasterza itp.) w trakcie swatów pannę porównywano do jabłoni. Zwyczajowo swat przedstawiał pana młodego jako ogrodnika, który ma dobrą ziemię i potrafi się troszczyć o drzewa, lecz poszukuje jabłoni, która da mu owoce. W innym wariancie porównywano kobietę do kaliny, która posadzona obok dębu ma go zdobić. Jak widać potrafili różnicować potrzeby XD

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Z bardziej dosadnych, które chcę użyć. Akt jako orka i zasiew. Ale twoje też ładne.

No i trzeba odrzucić całą chrześcijańską naleciałość, moralność, pruderię.

 

Morze rzeczywiście za bardzo trzymam się swojego uniwersum. Agnieszka, w prequelu, postanowiła postawić na interdyscyplinarność. Posłucham jej by za bardzo się jej nie narazić.

Jeśli ktoś jeszcze czai się ze swoim fragmentem w krzakach :P i poszukuje inspiracji do kreatywnego rozwiązania wyzwania, innego niż dotąd prezentowane, proszę bardzo – brzmiała mi w myślach całe rano:

 

https://www.youtube.com/watch?v=lDpnjE1LUvE

 

Trzeba będzie wprawdzie potem wskrzesić Dziadumiłę w wyzwaniach, ale od czego jest czarna magia?

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

W duecie z genialnym Nickiem Cave’m to nawet Kylie Minogue da się słuchać :)

 

And if you want to bleed, just bleed

And if you want to bleed, just bleed

And if you want to bleed, don't breathe a word

Just step away and let the world spin

 

https://www.youtube.com/watch?v=5jjdlPWBX0Q

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Noi i masz, rozpisałem się. I tak starałem się dzisiaj z rana, prokrastynując w robocie uciąć i zabić zdania która mi się podobały. NIestety jestem sentymentalnym głupcem :) Mea culpa i przepraszam.

 

Mam nadzieje, że i tak was nie zanudzę. 

 

Alledrogowo, królewskie miasto.

Księżniczka szła powoli, wachlując się irytująco nieskutecznym papierowym wachlarzem. Skwar wdzierał się pod jedwabie, pot spływał delikatnie między jej piersiami, a gorset bezlitośnie wbijał się w żebra. W królewskich ogrodach można było poczuć ulgę od upału, gdyż pod sporymi pergolami wiły się pnącza winogron, latorośli i bluszczu.

Tuż za nią kroczył Bazyl. Znała go. Ogrodnik. Niedawno mianowany głównym, gdyż poprzedni zmarł na czerwonkę. Był pięknym młodzieńcem. Niebieskie oczy, czarne włosy w nieładzie. Jego przedramiona, spalone słońcem, twarde niczym kora dębowa, zupełnie nie pasowały do subtelnej sztuki przycinania róż. A jednak robił to doskonale. Dziadumiła westchnęła. Doskonale pamiętała te przedramiona. Jak i dłonie. Choć szorstkie i surowe, zyskiwały kompletnie inną konotację, gdy…

Zadrżała, czując jednocześnie chłód na łopatkach i palący żar rozchodzący się w piersi.

Zaledwie wczoraj dociskały jej biodra do chłodnej, wilgotnej posadzki oranżerii, a jego dłoń ogrodnika zatykała jej usta, gdy jęczała, wbijając paznokcie w jego szerokie plecy. Sapał, ograniczając się jedynie do urywanych, zwierzęcych pomruków, które w uszach królewny brzmiały o niebo lepiej niż te wszystkie dworskie formułki na zawołanie.

– Mszyce w tym roku wyjątkowo obrodziły, Pani – odezwał się nagle Bazyl, zrównując z nią krok i wskazując palcem na gąszcz pnących się róż. – Spójrz, wasza wysokość. Tak zachłannie przyssały się do pędów. Tak desperacko chłoną…

Ona też bywała taką zachłanną mszycą. Jak przedwczoraj, gdy oplotła udami jego tors w dusznej szopie z narzędziami, w ogrodzie północnym. Czuła, jak twardo pulsuje pod nią, gdy – wygięta w łuk, z włosami rozsypanymi na mokrych plecach – sama dyktowała tempo, z jękiem wyciskając z niego całą energię.

Ponownie zrobiło jej się gorąco i nie była to wina słońca, bo przecież stali w cieniu. Nigdy nie potrafiła zrozumieć tego nieposkromionego pożądania. Wszak ars amandi, sztuka choć piękna, nie przystoi księżniczce. Córce króla nie wypada sypiać z ogrodnikiem. Robili to każdej możliwej nocy. Ale nie tylko z Bazylem. Był też książę Oeliksowa. Mimo posiadania żony, nie umiał się oprzeć jej powabom. To samo było z królewskim Alchemikiem. Ileż razy chadzała do jego pracowni pod pozorem czytania ksiąg i polerowania różnych alambików i retort… A te, po wyczyszczeniu, nadawały się do zupełnie innych, bardziej wyszukanych czynności.

Potknęła się lekko o kamyczek, wybudzając się z godnych sukkuba myśli. Kilkanaście kroków za nimi, utrzymując narzucony protokołem dystans, człapał król Alergiusz. No tak. Ojciec wyczuwał w ostatnim czasie pewne skłonności, zwłaszcza od incydentu, gdy żona księcia Oeliksowa odkryła jej liścik, traktujący bynajmniej nie o naturze wszechrzeczy ani polityce. Napisała z właściwym dla siebie animuszem gdzie język był obrazoburczy, wręcz…namacalny.

Język! Och tak, Bazyl w nim również przodował. Szczególnie nocami, gdy bynajmniej nie używał go do dyskusji o pięknie gwiazd czy czerwonych róż, lecz do konwersacji znacznie głębszej. Jego język niczym płomień tańczył od ust po szyję, od szyi aż po piersi, rozpalając skórę, wzdłuż brzucha, do pępka, aż w dół… prąd ją wtedy przeszedł, aż kotarą szarpnęła i jęknęła, gdy…

Król Alergiusz, dotarłszy w pobliże, kichnął potężnie, opryskując śliną wszystkie rośliny wokoło, a i siebie samego.

– Pyłki! – rzekł, ocierając nos. – Wszędzie te przeklęte pyłki. Przeklęta wiosna. Dziadumiło! Rzecz wspaniałą mam dla ciebie i Miłodziada. Ale najpierw zostańmy sami.

Nagle z zakrętu alejki wyrósł nie kto inny, jak Teloniusz. Drab z krostami na ramionach, wielki jak dwa woły. Królewski kat, który trudnił się także – co interesujące – balwierstwem. Z usług którego rzekomo sam Bazyl zwykł korzystać.

– Teloniuszu! Świetnie, że cię widzę. Zostawcie nas samych, zaprowadźcie Bazyla na postrzyżyny. Coś zarośnięty jest chłopak.

Olbrzym mruknął, a na jego ustach błysnął niepokojący uśmiech, który Dziadumiłę wręcz zmroził. Bazyl chciał ukłonić się królowi, lecz kat złapał go za fraki i pociągnął pewnie za sobą. Ogrodnik, wystraszony, chciał się szarpnąć, lecz drab szybkim uderzeniem czoła skutecznie wybił mu to z głowy. Młodzian padłby zapewne na ziemię, gdyby nie Dziadumiła, która chwyciła go w ostatniej chwili. Opadł na jej ramiona, lecz nie mogła nic zrobić, gdy Teloniusz brutalnie go wyszarpał i przewiesił przez ramię niczym worek kartofli. Na nic zdały się jej płacz i krzyki. Ojciec był nieprzejednany. Gdy chciała w geście rozpaczy uderzyć go w twarz, ten złapał jej dłoń w locie i rzekł:

– A ty, kochana córko… – zaczął, wykrzywiając wargi w szyderczym uśmiechu. – Za tydzień wydaję bal. Miłodziad rzuci pijaństwo, a ty przestaniesz się kurwić, gdzie popadnie. Wychodzicie za mąż. 

– A co z Bazylem?! Błagam, ojcze, nie zabijaj go! 

– Zabijanie to rozwiązanie dla ludzi bez wyobraźni. – Król westchnął z udawanym politowaniem. – Bazyla trzeba będzie po prostu… przesadzić. Że tak to ujmę. 

– Przesadzić? 

– Do Wieży. Tej wieży. 

Dziadumiła pobladła. 

– Koniec z wałęsaniem po alkowach i stajniach – uciął król, z irytacją wycierając nos z pyłków. – Niech zjadą książęta, rycerze i czarodziejki! Wybierzecie sobie małżonków i wreszcie przedłużycie mój ród!

Nazajutrz posłańcy ruszyli z Alledrogowa we wszystkie strony świata. Nikt jeszcze tylko nie wiedział, że z tego balu wyjdzie mniej małżeństw niż trupów, a nad losem Alledrogrowa zostanie postawiony znak zapytania.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

@JolkaK

 

– Sucha jakaś ta marchew. Twarda, ale sucha – stwierdziła zaróżowiona. 

– Może potrzebny jej pomidor – nieśmiało zaproponował ogrodnik, ocierając pot z czoła. – Pomidory są takie wilgotne. 

 

Szkoda, że nie można tutaj rzucić mięsem, ale uśmiechnąłem się, pod nosem i rzuciłbym “Z*****e” :)

 

Bardzo fajna scenka, pełna dwuznacznych tekstów rozbudzająycych wobraźnię. Chapeu-Bas :)

 

@Czarna

 

Cała Ty :) Plastyczne opisy i dwuznaczne dialogi. Jak zwykle mocno i z animuszem godnym mojej wersji Dziadumiły wjechałaś w tekst prezentując mocno śprone i dwuznaczne teksty :) Troche oczywiście są błędy, ale nie sposób ci odmówić wyobraźni i niektórych tekstów, jak te:

 

Chwilka, chwilka. Szybko to się pchły łapie, tu trzeba wszystko dokładnie zrobić, z uczuciem, a nie po łebkach. I zostaw tego szparaga, bo tylko go pokruszyłeś. – Zerknęła do zeszytu i przez chwilę poruszała ustami. – Co się dzieje po zasadzeniu ogórków?

– Rosną.

– Mhm? Czyli nic już nie potrzebują?

– No muszą mieć mokro, bo jak sucho to są małe i gorzkie, a jak jest wilgotno, rosną duże i są chrupiące – mamrotał ogrodnik pragnąc jak najszybciej uciec, od podchwytliwych pytań.

– Podlewasz je metodą kropelkową, czy inną?

 

Creme de la creme! O cholera, dość tych dwuznacznych i moich komentarzy bo to nie polityczne a i – nawet sam ja się rumienię. Co nie znaczy że jestem cnotką ale nie określę jaką. Bo nie przystoi a i to nie prawda :)

 

@TheGuru

 

Fajnie, że aktywnie dołączyłeś do wyzwań. Chylę czoła nad twoją wyobraźnią i mocami przerobowymi. Nie mniej uważam, ze twój ostatni tekst mi najbardziej przypadł do gustu, tam, gdzie przystosowałeś się do warunków tego wyzwania ;) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

melendur, a miało być tak niewinnie i delikatnie. :) Muszę przyznać, że twój tekst też jest bardzo dobry.

Muszę przyznać, że twój tekst też jest bardzo dobry.

 

melendur, a miało być tak niewinnie i delikatnie. :)

 

 

 

Lubię zaskakiwać ;]

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Dobra, mam i ja, w sumie rzutem na taśmę :P 

Inspiracja w odnośniku w ostatnim zdaniu :)

 

– Bazyl, za dziesięć minut widzę cię przy różach.

Ogrodnik odprowadził Alergiusza wzrokiem w stronę rzadziej uczęszczanej części ogrodu. Wiedział, że król ma tam do załatwienia swoje sprawy, a on w tym czasie mógł skupić całą uwagę na księżniczce.

Dziadumiła zatrzymała się przy lilaku i głęboko oddychała jego zapachem. Nie był to może najpiękniejszy okaz w okolicy, ale Bazyl miał do niego słabość. Półprzymknięte oczy i półotwarte usta, pierś wznosząca się miarowo i dłoń wpleciona w bujny, rozłożysty krzew. Tak, ten okaz mógł zachwycić, rozumiał to doskonale.

Mawiano, że księżniczka wdała się w matkę, pierwszą i nieodżałowaną żonę Alergiusza. Z portretów, które widywał na zamku, spoglądała piękna kobieta i ogrodnik łapał się na tym, że porównywał do niej Dziadumiłę. Córka wyglądała trochę inaczej – ciemne oczy zamiast jasnych, usta pełniejsze, nos bardziej zadarty. Podobieństwo było jednak niezaprzeczalne i Bazyl zastanawiał się, czy księżniczka odziedziczyła po matce też przymioty ducha.

Ogrodnik poszukał wzrokiem Alergiusza. Król siedział na ławeczce przed grobowcem żony i żywo gestykulował. Albo odganiał komary, których o tej porze roku było zdecydowanie za dużo. Zostało pięć minut, a pięć minut sam na sam z księżniczką to o pięć minut więcej niż mógłby oczekiwać jeszcze rano.

– Piękny okaz, prawda?

Dziadumiła otworzyła oczy zaskoczona, jakby zapomniała, że nie jest sama w ogrodzie.

– Niektórzy twierdzą, że rwie się do słońca zbyt łapczywie.

– Jest dziki, wasza wysokość – wykrztusił Bazyl, a jego wzrok mimowolnie uciekł ku jej rozchylonym wargom.

– Dzikość bywa męcząca – odparła cicho, ale w jej spojrzeniu pojawiła się iskra. – Szybko dziczeją też te krzewy, o które nikt nie dba.

Zrobiła krok w stronę ogrodnika, zmuszając go do cofnięcia się w głąb fioletowych gałęzi lilaku. Bazyl poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Bliskość Dziadumiły, zapach rozgrzanej słońcem skóry i pełne, prowokujące usta sprawiały, że zapominał o swojej pozycji w hierarchii.

Zza żywopłotu dobiegło potężne, przeciągłe kichnięcie króla.

– Apsik! Na boga, Bazyl, te pyłki mnie wykończą! Chodź no tutaj.

– Już idę, panie! – odkrzyknął, choć jego głos brzmiał o oktawę wyżej niż zwykle.

Dziadumiła jednak ani drgnęła. Wręcz przeciwnie, uśmiechnęła się zuchwale, słysząc nawoływania ojca. Zrobiła jeszcze pół kroku w przód, całkowicie odcinając Bazylowi drogę ucieczki.

– Król wzywa – szepnęła, a jej ciemne oczy błyszczały rozbawieniem. – Czy porzucisz dziki lilak na rzecz jakichś tam róż?

– Lilak ma w sobie zbyt wiele pokus, abym mógł o nim zapomnieć choćby na moment.

– Bazyl! Do diabła, gdzieś jest. – Głos Alergiusza, wyraźnie podszyty irytacją, przeszył powietrze. – Chodźże tutaj, mszyce mi zaraz zjedzą całe wspomnienie o zmarłej małżonce!

– Już pędzę, wasza wysokość!

Dziadumiła ruszyła przodem, a Bazyl szedł krok za nią, starając się nie patrzeć zbyt natarczywie na kołyszące się biodra księżniczki. Ścieżka wiła się wśród starannie przystrzyżonych bukszpanów, prowadząc ich ku chłodniejszej, zacienionej części ogrodów, gdzie nad całością dominował grobowiec zmarłej królowej.

– No, nareszcie! – fuknął król, wskazując palcem na pąki róż. – Spójrz na to, Bazyl. Marnieją w oczach.

Księżniczka podeszła bliżej pomnika i powoli oparła dłoń o chłodną płytę. Jej palce spoczęły dokładnie pod wyrytymi w marmurze literami.

– Mylisz się, ojcze – odezwała się cicho. – Ogrodnik po prostu wie, że niektóre rośliny potrzebują czasu i właściwego podejścia. Prawda, Bazylu?

Bazyl zamarł, czując na sobie jej palący wzrok. Stał naprzeciwko nich z sekatorem w dłoni, uwięziony między bacznym, choć nieco otępiałym spojrzeniem władcy, a wyzywającym wzrokiem księżniczki.

Dziadumiła powiodła palcami po kamieniu, wodząc wzdłuż głębokich bruzd inskrypcji, po czym przeczytała ją szeptem, który dla króla oznaczał wspomnienie, dla Bazylego obietnicę.

Prawdziwy anioł rozkoszy. Słodsza w pożyciu małżeńskim nad wszelką miłość niewieścią.

 

Those who don't believe in magic will never find it

Czarna,

 

fajnie to ograłaś, jest podtekst, jest humor, są warzywne odwołania. Podobało mi się :P

 

TheGuru,

 

no, 3 podejście już w punkt :P

 

Czy da się to wyzwanie ograć (Oldguard, Twoje powiedzonka są bardzo zaraźliwe)

 

Hah, nie wiem skąd mi się to wzięło, ale pasuje do wielu sytuacji, chociaż pod względem językowym nie jest wybitne :P

 

melendur,

 

no, to chyba pierwszy przypadek w naszych wyzwaniach, gdzie Bazyl nie musi sobie niczego wyobrażać, a zamiast tego może sięgnąć do wspomnień :P Podoba mi się też to, że opowieść łączy się z innymi wątkami z pozostałych wyzwań. Ogólnie całkiem udany fragment. Na koniec wyzwań będziesz mógł to skleić w jedną historię.

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Nadrabiam zaległości:

 

Melendurze, dostrzegłem większy nacisk na kontynuację historii, niż rozwiązywanie wyzwania – a jednak była i erotyka (choć dość dosłowna) i scenka całkiem zgrabna. Takie dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Dołączę przemyślenie, że warto cieszyć się z tego, co się pisze, bawić słowem, bo w Twoim fragmencie postacie nie są stworzone tylko do tej historyjki, ależ mają przeszłość i przyszłość. Jednym słowem masz książkową wyobraźnię :)

 

OldGuard, opowieść pasuje klimatem do Witherthorn Dell, i na razie (moim zdaniem) jako jedyna traktuje o miłości, a nie pożądaniu. Ładna, romantyczna, czyta się z przyjemnością, również aluzje – takie niewinne i znaczące zarazem.

 

I jeszcze Guru ostatnia próba, bo jej nie komentowałem – jest naprawdę dobra. To może znak, że po prostu dobrze piszesz i warto czasem wyjrzeć ze skrzynki z napisem “Cuiavia” ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

@OldGuard

 

W zasadzie z moich zwojów jakimś cudem czarnoksiężnik marzan wyciągnął w zasadzie to co, sam zauważyłem i ubrał w słowa które mówią w zasadzie wszystko – bardzo dużo elegancji jest twoim tekście i rzeczywiście znacząco miłosny fragment, pełen niedopowiedzeń. Więcej działa tam wyobraźnia, jest taktowny, bezpieczny ale jednocześnie nie aż tak, żeby się nudzić. Bardzo udany fragmencik

 

Co do mojego – no nie ukrywam, że to minuniwersum daje sporo radości :) Dlatego też, nie mogłem sobie odmówić faktu by do tejże historii nawiązać. 

Na koniec wyzwań będziesz mógł to skleić w jedną historię.

Oby była taka możliwość ;) 

 

Dołączę przemyślenie, że warto cieszyć się z tego, co się pisze, bawić słowem, bo w Twoim fragmencie postacie nie są stworzone tylko do tej historyjki, ależ mają przeszłość i przyszłość. Jednym słowem masz książkową wyobraźnię :)

 

Mam nadzieję, marzanie, że nie czujesz się z tym źle, gdzie twoich de facto (ja mniemam) bohaterów używam i rozwijam w sposób taki a nie inny. Dziękuje, za słowa o książkowej wyobraźni. Lubie dłuższe formy, choć nie ukrywam, że więcej trzeba na to siły i wielkiej dyscypliny by takowe coś napisać. Mam nadzieje, że kiedyś się powiedzie, no, ale nie od razu Rzym zbudowano :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

I jeszcze Guru ostatnia próba, bo jej nie komentowałem – jest naprawdę dobra.

Oparł brodę o pierś, z dołu spoglądając przed siebie, z wysiłkiem tłumiąc drżenie warg.

Nowa Fantastyka