W-1015 zapiął ostatni guzik koszuli i znów przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Czarne włosy miał starannie zaczesane do tyłu, dopiero co przycięta broda nie szpeciła gładkich policzków, a kołnierz stał, okalając krótką szyję. Wszystko było w doskonałym porządku. Chwycił między palce przypinkę Regionalnego Urzędu Kontroli Myśli, wsłuchując się w dobiegający z sąsiedniego pomieszczenia głos spikera radiowego:
– Przechodzimy do harmonogramu pogody. Wielki Dobroczyńca obdarzył nas słonecznym dniem. Do czternastej będzie niewielkie zachmurzenie, a temperatura utrzyma się w okolicach dwudziestu dwóch stopni. Między czternastą a piętnastą chmury zagęszczą się, a Wielki Dobroczyńca wspomoże deszczem rolników wytrwale pracujących dla dobra Państwa. Potrwa on dwie godziny, albo dłużej, jeśli Wielki Dobroczyńca uzna to za stosowne. Na wieczór chmury przerzedzą się, w związku z czym w godzinach dziewiętnasta dwudziesta otrzymamy dar w postaci pięknego zachodu słońca.
Dobroczyńcy dzięki – pomyślał W, a błękitne pudełeczko myśloodbiornika zawieszonego pod sufitem przyjęło te słowa i posłało do któregoś z wielu Urzędów Kontroli Myśli, by ktoś je usłyszał, zatwierdził ich zgodność z dobrem publicznym i przeszedł do następnego obywatela. Albo by nikt ich nie usłyszał. Nigdy nie było wiadomo, czy jakiś dobrotliwy urzędnik nie wsłuchuje się w wewnętrzny monolog, gotowy zgłosić występki, czy może myśli pozostaną w tylko jednej głowie, zupełnie jak w zamierzchłych czasach skazanych przez Wielkiego Dobroczyńcę na zapomnienie.
Dlatego właśnie system kontroli myśli tak dobrze uczył pokory oraz miłości do Państwa i Dobroczyńcy. W-1015 uśmiechnął się na myśl, że tak przecież stara idea panoptikonu pod kuratelą Wielkiego Dobroczyńcy zapewniała doskonały porządek trzem miliardom szczęśliwych obywateli Państwa.
Jego myśli rozpierzchły się na dzwonek telefonu. Odłożył przypinkę i popędził do korytarza. Przy drzwiach wejściowych wmontowany w ścianę był panel telefonu stacjonarnego z klawiaturą numeryczną. Słuchawka drgała, domagając się odebrania. Małe magnesy trzymające ją przy ścianie ustąpiły, gdy W-1015 chwycił ją i przystawił do ust.
– Tu W-1015. Kto dzwoni?
– Cześć, W. Tu K.
– Och, witaj. To coś pilnego? Zaraz muszę wychodzić.
– Nie, nic takiego… Słuchaj, spotkamy się o dziewiętnastej zagrać w tenisa? W dwudziestym piątym ośrodku rekreacji?
– Jasne, do zobaczenia.
– Do zobaczenia. – Między słowa wbił się klin ciszy. – I chwała Dobroczyńcy – dokończył K-821.
– Chwała Dobroczyńcy. – W-1015 oddał słuchawkę magnesom i wrócił do łazienki.
Spiker w radiu w ciągu krótkiej rozmowy zdążył przejść do następnego tematu:
– Wielki Dobroczyńca z radością informuje, że testy myślonadajników wykonane na skierowanych na reedukację myślozbrodniarzach niskiego szczebla wypadły pomyślnie. Wdrożono je do produkcji masowej i do końca tygodnia zostaną one udostępnione zarządom osiedli do montażu w mieszkaniach. Wielki Dobroczyńca zauważa, że jest to epokowe wydarzenie, które w każdym umyśle zakorzeni prawomyślność i umiłowanie porządku. Zapewnia przy tym, że osobiście będzie tworzył codzienny program. Dzięki myślonadajnikom głos mądrości Wielkiego Dobroczyńcy oświeci każdego z nas, a jego myśli staną się naszymi myślami. Dzięki długotrwałemu nadawaniu w każdym, nawet najbardziej zwyrodniałym umyśle zakorzeniona zostanie mądrość i dobroć Wielkiego Dobroczyńcy. Wszyscy staniemy się doskonale równymi, szczęśliwymi członkami wielkiej rodziny, której ojcem był, jest i już zawsze będzie Wielki Dobroczyńca.
Ręka W-1015 wraz z trzymaną przypinką zadrżała. Przez jego głowę przemknęła irracjonalna opinia, że wolałby samemu kształtować swoje myśli. Zaraz jednak skarcił się za to. Zgiął się wpół i zaczął szlochać, przerażony tym, że sprzeciw wobec Wielkiego Dobroczyńcy obejmuje choćby mały zaułek jego umysłu.
Przepraszam, Dobroczyńco! Przepraszam cię, Dobroczyńco, za moją godną pożałowania ludzką słabość i niezrozumienie twej wielkości! – zaczął powtarzać w głowie.
Kiedy poczuł, że przepędził precz tę parszywą myśl, wyprostował się i spojrzał wilgotnymi oczami na swoje odbicie w lustrze.
Nieszczęście było największą tragedią w historii ludzkości i jedynie pod opieką Wielkiego Dobroczyńcy możemy nie powtórzyć tych błędów – powtórzył kilka razy państwową mantrę i poczuł się lepiej.
Wpiął przypinkę w koszulę i czym prędzej wyszedł z mieszkania, nie chcąc spóźnić się do pracy.
Wnet znalazł się na szerokim wybrukowanym chodniku biegnącym wzdłuż rzędu bloków zamieszkiwanych przez pracowników Dwunastego Regionalnego Urzędu Kontroli Myśli. W-1015 czuł się lepiej, będąc otoczonym przez dobrze znanych mu mężczyzn i kobiety, co do których myśli nie miał żadnych wątpliwości. Zawsze czuł się lepiej w tłumie. W morzu zaufania i rozsądku, który opanowywał również jego. Dobrze było wiedzieć, że nawet jeśli zawiedzie, utrata jednego trybika nie zatrzyma potężnej maszyny dobra.
Chwała Dobroczyńcy. Niech żyje Dobroczyńca – powtórzył w myślach kilka razy, by upewnić się, że bezczelna poranna myśl wycofała się z powrotem do swojego bastionu.
Pośrodku chodnika ciągnęły się słupy, na których wisiały lampy i myśloodbiorniki. Co pięć lamp wisiały również niewielkie telebimy wyświetlające najnowsze wiadomości.
WIELKI DOBROCZYŃCA STANOWCZO POTĘPIA WYELIMINOWANEGO WCZORAJ MYŚLOZBRODNIARZA – głosił jeden, obok którego W-1015 przechodził.
W-1015 uśmiechnął się na myśl o wczorajszej eliminacji. Transmitowano ją w telewizji, jak zresztą każdą. Wyeliminowany został pisarz, którego numer obił się kilka razy o uszy W-1015, odpowiedzialny za tak poważną myślozbrodnię, że dla dobra publicznego nie podano jej do informacji publicznej. Widok był równie żałosny, co komiczny. Mężczyzna bił w drzwi do komory i widać było, że krzyczał, choć w komorze nie montowano mikrofonów, by myślozbrodniarze nie dostali możliwości namawiania do swoich wypaczeń innych obywateli. Później, kiedy był zbyt wyczerpany, a ulatniający się gaz dodatkowo osłabił jego organizm, klęczał tylko, aż w końcu, ciężko dysząc, oparł się o ścianę i płakał, jakby chciał tym wzbudzić litość Wielkiego Dobroczyńcy. Wszyscy eliminowani myślozbrodniarze tacy byli, zetknięci z potęgą Państwa, przeciw któremu bluźnili, zamieniali się w zwierzęta. Ale Wielki Dobroczyńca wiedział, że będąc ojcem trzech miliardów dzieci, niekiedy musi być w swej miłości bezwzględny.
Rozmyślania zajęły W-1015 całą drogę i szybko znalazł się przed wrotami Dwunastego Regionalnego Urzędu Kontroli Myśli.
Powinienem się bardziej pilnować. Błądzenie myślami to marnowanie potencjału, który mógłby zostać wykorzystany dla dobra Państwa – skarcił się.
Wszedł do środka i dał swoją przypinkę ochroniarzowi pilnującemu dostępu do budynku. Gdy ten znalazł numer W-1015 w liście pracowników, oddał przypinkę i życzył udanej pracy.
– Chwała Dobroczyńcy! – rzucił W-1015, przechodząc przez bramkę.
Spojrzał na duży zegar ścienny. Wskazówka minutowa zatrzymała się na zatartej liczbie pięćdziesiąt siedem, a wskazówka godzinowa cierpliwie czekała, by wskazać ósmą. W-1015 przyspieszył kroku. Urząd był ogromny, a jego gabinet znajdował się w niedawno wzniesionej części, miał więc niemałą drogę do przebycia.
Wpadł do swojego gabinetu dwie po ósmej. Usiadł w skórzanym fotelu i rozejrzał po ciasnym pokoiku identycznym z setkami innych w urzędzie. Zaraz przeniósł wzrok na biurko, na którym stał ciężki panel obsługi myśloodbiornika, a nad nim górował wielki, ciężki monitor. W ścianie była wąska, podłużna dziura, do której wkładało się raport. Pod nią leżała stustronicowa instrukcja składania raportów i pudełeczko z gotowymi formularzami, które wystarczyło wypełnić. W szarym kubku było kilka długopisów.
W-1015 westchnął i wcisnął na panelu duży biały przycisk podpisany „START”. Monitor zaświecił się i po chwili pokazał chodnik, którym kroczyło niewielu ludzi, głównie stróżów trzymających karabiny zwieszone lufą w dół. W końcu uliczny myśloodbiornik wybrał młodego stróża w granatowym mundurze, na którym skupiła się kamera. Z głośników popłynęła kakofonia trzasków i szumu, aż W-1015 musiał zatkać uszy. Spojrzał na panel i obrócił pokrętło podpisane „DŁUGOŚĆ FAL MYŚLOWYCH”. Szum przycichł, a trzaski ustały. Dało się zrozumieć pojedyncze słowa wewnętrznego monologu, a na monitorze w rubryce „NUMER” swoje miejsce upatrzyła litera G, jedynie liczba wahała się między kilkunastoma opcjami. U każdego człowieka numer, a w zamierzchłych czasach imię, było ciągle powtarzane w myślach, mimo że sam myśliciel nie zdawał sobie z tego sprawy, i dało się je odseparować, odpowiednio regulując myśloodbiornik.
W-1015 przeciągnął na lewo suwak podpisany „PRECYZJA REGULOWANIA DŁUGOŚCI FAL MYŚLOWYCH”, by precyzyjniej dostosować się do myśli stróża. Powoli obracał pokrętło, aż numer stróża stał się jasny. G-9732. Z głośników popłynęły słowa wewnętrznego monologu:
– …i po co wysyłają nas tylu do patrolowania ośrodków rekreacji? Jeden by wystarczył, a resztę by się wysłało do pilnowania obiektów o wysokim stopniu zagrożenia. Po co tyle chłopa ma stać i pilnować filmów?
W-1015 skrzywił się i chwilę rozważał, czy włączyć magnetofon. Otworzył instrukcję raportowania na temacie „Kwestionowanie systemu o niskim stopniu zagrożenia”. Tak jak pamiętał, nic poważnego, jedynie kilka kursów reedukacyjnych. Już chciał włączyć magnetofon i wyciągnąć formularz, gdy z głośników dobiegło:
– A, co ja pieprzę, stróżem jestem, nie logistykiem zasobów ludzkich. Widocznie czegoś nie rozumiem. Trudno. Wysłali nas tu, więc musi to być ważne.
Niech mu będzie – pomyślał W-1015 – Zrozumiał swoje miejsce. Reedukacja nie jest potrzebna.
Na panelu nacisnął mały trójkąt i przeniósł się do następnej osoby.
Monitor pokazał halę, w której w równych rzędach ustawione były krosna obsługiwane przez pracowników w niebieskich kombinezonach. Po chwili kamera zogniskowała się na jednej z kobiet, a z głośników znów popłynął szum. Kiedy W-1015 wyregulował długość odbieranych fal myślowych, dowiedział się, że kontrolowana kobieta nazywa się B-3206.
– Przydałoby się coś przygotować na tę ostatnią kolację z L – myślała kobieta. – Bo skurwysyny z Urzędu Miłosnego nie przedłużą nam umowy. Nie, bo przecież rok spotykania się z jednym facetem to już zbyt wiele…
W-1015 wytrzeszczył oczy. Podważanie słuszności instytucji… Pokręcił głową. Jeśli dobrze pamiętał, to materiał na ciężką reedukację. Albo od razu eliminacja. Z całego tego szoku zapomniał włączyć magnetofon. Dopiero po chwili się opamiętał i wcisnął na panelu odpowiedni przycisk, i od tego momentu gdzieś głęboko w trzewiach maszyny każde słowo było zapisywane na taśmie. Wyciągnął formularz i chwycił długopis, gdy z głośników popłynęły następne słowa:
– Bo cholerny Dobroczyńca przykazał, że długie związki prowadzą do degeneracji… kurwa, co za pierdolenie. Niby co jest złego w znajomości z L… – Na ekranie kobieta podniosła głowę i spojrzała prosto na myśloodbiornik. – Cholera, oby nikt nie słuchał… Ale przecież ilu ich tam może być?
No, to się zdziwi – pomyślał W-1015, wydymając usta w obrzydzeniu do kobiety. – Teraz to już prosto na eliminację, jak nic.
Kobieta opamiętała się i jej myśli ucichły, więc W-1015 nacisnął przycisk kończący nagrywanie. Po chwili odsłonił klapkę po lewej stronie panelu i wyciągnął stamtąd gotową do wysłania szpulę magnetofonową. Podpisał ją „B-3206”, szybko uzupełnił formularz i wrzucił oba do szpary w ścianie, skąd popłynęły nieznanymi kanałami prosto do Urzędu Ochrony Dobra Publicznego. Usatysfakcjonowany dobrze wykonaną pracą ku chwale Państwa, przeszedł do następnego obywatela.
Po kilka minut przysłuchiwał się kolejnym osobom, a jego serce rozpierała radość, gdy przysłuchiwał się doskonale słusznym myślom. Kobieta układająca bukiet na Sesję Kontemplacji w ośrodku rekreacji, pracownik uczestniczący w budowie nowego osiedla, nauczycielka przedstawiająca swoim podopiecznym otaczającą je miłość Wielkiego Dobroczyńcy. Wszyscy poświęceni pracy, posłuszni wobec Państwa i wielbiący Wielkiego Dobroczyńcę. W-1015 kochał wsłuchiwać się we wzorowe myśli dziesiątek przykładnych obywateli. Czuł się wtedy jak technik przyglądający się działającej bez zakłóceń maszynie, albo rolnik doglądający zdrowej rośliny.
Nacisnął trójkąt na panelu, a ekran pokazał bibliotekę pełną książek.
Ośrodek rekreacji, jak nic.
Pośród metalowych regałów krzątał się tylko jeden mężczyzna, który wydał się W-1015 znajomy. Myśloodbiornik, nierozproszony między dziesiątki różnych myśli, zaraz go wybrał, a kamera skupiła się na nim. W-1015 zmarszczył brwi, przeczuwając, kogo widzi. Po dostrojeniu myśloodbiornika w rubryce „NUMER” pojawiło się K-821.
O cholera – przemknęło W-1015 przez myśl. – Żebym trafił akurat na K, cóż za przypadek. – Roześmiał się, rozsiadł wygodniej w fotelu i dodał: – Zobaczmy, co sobie myśli.
Na ekranie K-821 podszedł do kolejnego regału, ciągnąc za sobą mały wózek. Wyjął książkę, przeczytał tytuł, spojrzał na trzymaną w drugiej ręce kartkę, znów na szpulę i z głośników wydobyło się:
– Kurwa, naprawdę? „Pod kopułą cyrku” idzie do spalenia? I co im zrobiła ta biedna książka? Cholera, dobra była. – Spojrzał na regał i pokręcił głową. – I zaraz kilkadziesiąt książek do pieca? Co za paranoja. I z jakiego powodu? – K-821 wbił spojrzenie w kartkę.
Moment – pomyślał W-1015 – Przecież autor był…
– No tak – odezwały się głośniki – autor poszedł do eliminacji. Ale że raz biedaka przyłapali i teraz wszystko, co napisał, ma zniknąć?
W-1015 pobladł. Kwestionowanie zagrożenia dobra publicznego. Ciężka reedukacja i zmiana przydziału. Chwilę się wahał i drżącym palcem nacisnął przycisk rozpoczynający nagrywanie. Nienawidził się zarówno za to, że go nacisnął i za to, że jakaś część jego mózgu chciała go nie nacisnąć. Żołądek zawiązał mu się na supeł, gdy usłyszał dalsze słowa.
– Cholera… Kiedy to kawał dobrej literatury. Nie tego chłamu, który dają nam teraz. – Zaczął tupać nogą i raz jeszcze spojrzał na książkę. – Kurwa, jebać Dobroczyńcę, niby jaka jest szansa, że mnie ktoś teraz słyszy? – Włożył książkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza, a te leżące na regale zgarnął do wózka. – Jedną zostawię… może nikt nie zauważy. – Poszedł dalej, ciągnąc za sobą nieco cięższy wózek.
W-1015 patrzył na to przerażony. Spojrzał na panel, a przyciski, które znał lepiej niż własne mieszkanie, zaczęły mu się zlewać. Wodząc po nich palcem, szukał tego odpowiedzialnego za zakończenie nagrania.
Kurwa, kurwa, kurwa… K, dlaczego ty mi to robisz?!
Znalazł i nacisnął. Wyjął szpulę i chwilę się jej przyglądał. Zadarł głowę i spojrzał na zawieszone pod sufitem pudełeczko myśloodbiornika.
Kurwa, i co teraz zrobić? Słuchają mnie? Nie… Tak… Może… Kurwa!
Schował szpulę do kieszeni płaszcza i nacisnął trójkąt na panelu. Odetchnął z ulgą, widząc, że nic się nie stało. Zupełnie jakby oczekiwał, że kiedy tylko schowa szpulę, zacznie się ulatniać gaz, a on w kilka minut skona, plując krwią. Ale nic się nie działo. Z głośników popłynął znajomy szum, gdy na ekranie pojawiła się kolejna kobieta. Wszystko toczyło się swoim biegiem.
Ja… kurwa, ja… – urwał myśl w pół, obawiając się, że może ktoś właśnie zaczął go słuchać – zrobiłem… to. – Nie był w stanie ocenić, czy właśnie się zbeształ, czy pochwalił. – Chyba oba naraz – pomyślał po chwili.
Minął kwadrans, a serce W-1015 wróciło do normalnego rytmu. Dostrajał myśloodbiornik do pewnego pracownika pralni, gdy drzwi do gabinetu otwarły się i stanął w nich mężczyzna ubrany w czarny mundur.
– Tak…? – zaczął W-1015, gdy mężczyzna chwycił go za gardło i wyciągnął z gabinetu. – Przepraszam, coś się stało? – wydusił piskliwym głosem przez ściśniętą krtań.
Dopiero wtedy zauważył dwóch innych mężczyzn w czerni, którzy wpadli do gabinetu i zaczęli wszystko przewracać do góry nogami, jakkolwiek niewiele było tam rzeczy. Jeden z nich chwycił płaszcz i zaczął grzebać w kieszeniach.
O cholera – przemknęło przez myśl W-1015. Pierwsza kieszeń, druga kieszeń…
Wyciągnął kliszę magnetofonową, która była dla K-821 biletem do komory eliminacyjnej. I dla W-1015 prawdopodobnie też.
Pierwszy mężczyzna, jak szybko wydedukował W-1015, oficer, spojrzał mu w oczy i burknął:
– Kryjecie myślozbrodniarzy, co, obywatelu?
Z twarzy W-1015 odpłynęła cała krew. Mógłby grać w filmie trupa. Właściwie był trupem. Stał się nim w momencie, w którym inspektor wyjął kliszę z kieszeni płaszcza.
– Podajcie mi to, T-742 – powiedział oficer, a funkcjonariusz posłusznie wręczył kliszę. – J-2009, nie musicie już szukać. – Drugi funkcjonariusz przestał roztrząsać niewypełnione formularze i odwrócił się do oficera.
– Obywatelu oficerze – wydukał W-1015 – to jest… pusta klisza. Przypadkiem nacisnąłem przycisk i zaczęły się nagrywać myśli przykładnego obywatela… naprawdę, to nic takiego.
– Doprawdy? Dlaczego więc schowaliście ją do płaszcza, obywatelu kontrolerze, co?
– Ja… chciałem ją zutylizować po pracy…
Oficer pokiwał głową, szyderczo się uśmiechając:
– Zutylizujemy ją za was, obywatelu. Ale wpierw odsłucha ją wyrocznia sprawiedliwości.
W-1015 chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle. Pokiwał smętnie głową, a dwaj inspektorzy chwycili go mocno pod ramię i podążyli za oficerem.
– Teraz już porozmawiajmy na poważnie, W-1015 – odezwał się w połowie korytarza oficer, nie spoglądając na oskarżonego. – Jak człowiek z człowiekiem, jakkolwiek człowiekiem nie jesteście. Jesteście przecież myślozbrodniarzem kryjącym innego myślozbrodniarza. Powiedzcie więc, jaki numer ma ten K?
– Słucham? – wydukał W-1015.
– Chciałem z wami porozmawiać jak z człowiekiem, ale widocznie się nie da. – Zatrzymał się i odwrócił. – Jaki jest numer K, którego próbujecie kryć? – rzekł, sylabizując, jak do dziecka.
– Kiedy ja nie…
Oficer chwycił go za gardło tak, że przed oczami W-1015 mignęła czekająca na niego kostucha. Uścisk zelżał, pozwalając mu zaczerpnąć haust powietrza.
– Wielki Dobroczyńca by się porzygał na widok tak obrzydliwie tępego tworu, jak wy. – Oficer samemu miał skwaszoną minę, widocznie podzielając myśli Wielkiego Dobroczyńcy. – Mam transkrypt waszych myśli, obywatelu. Wiem, że kryjecie jakiegoś K, a teraz wyszczekacie mi jego numer, albo zdechniecie już tutaj.
Na potwierdzenie swoich słów znów zacisnął dłonie na szyi W-1015, zacieśniając je z każdą milczącą sekundą. W głowie W-1015 przyjaciel walczył z Wielkim Dobroczyńcą o to, czy zostanie wydany. Zamiast któregoś z nich pierwszy odezwał się instynkt przetrwania:
– 821! – krzyknął przez ściśnięte gardło W-1015, szlochając. Dłonie puściły, a oficer wraz z podwładnymi poszli dalej, ciągnąc płaczącego oskarżonego.
Dlaczego Dobroczyńca mi to robi?! – zapytał się w myślach W-1015, aż przyszła odpowiedź: – Ja naprawdę jestem myślozbrodniarzem. I K też jest myślozbrodniarzem…
Potok myśli przerwał surowy głos oficera:
– W-1015, zachowajcie tę odrobinę godności, której macie mniej niż karaluch, i nie przeszkadzajcie pracującym obywatelom waszym żałosnym płaczem.
W-1015 posłuchał i jedynie co jakiś czas chlipał, podczas gdy inspektorzy ciągnęli go korytarzami urzędu. Na zewnątrz był cichy, ale wewnątrz trwała głośna walka.
Przecież ja nie jestem myślozbrodniarzem! – pomyślał W-1015. – Nigdy nie byłem! Cholera, ja przecież kocham Wielkiego Dobroczyńcę! Dlaczego to się stało? – Wewnętrzny spór ucichł, aż po chwili nadeszła odpowiedź: – To przez K! Kurwa, to on jest myślozbrodniarzem! Wykorzystał mnie! Powinienem był zaraportować na tego skurwysyna. Zmanipulował mnie!
Korytarz słyszał tylko kroki trzech par ciężkich butów, ale myśloodbiorniki były świadkami kontrataku drugiej strony sporu w umyśle W-1015.
Co ja pieprzę?! Przecież K nic nie zrobił… Ja wystawiłem przyjaciela! Ale jeśli on jest niewinny, to znaczy, że prawo Wielkiego Dobroczyńcy jest niesprawiedliwe… Kiedy przecież Dobroczyńca nie może się mylić! Kurwa, jak to może być możliwe, że K jest niewinny, a Dobroczyńca się nie myli? Czyli jednak K jest winny? Kuźwa!
Chłodne powietrze przerwało potok myśli. Rozejrzał się wokoło. Na wybrukowanym placyku stał helikopter, do którego ciągnęli go inspektorzy. Dalej rosły zaniedbane krzaki, a za nimi stał budynek przypominający Dwunasty Urząd Kontroli Myśli.
Urząd Ochrony Dobra Publicznego? – przeszło mu przez myśl, gdy został wrzucony na tylną kanapę helikoptera. Nigdy nie zapuścił się w tamte okolice, ale UODP nie mógł być daleko od UKM, skoro klisze i raporty płynęły tak szybko.
Jeden z inspektorów przecisnął się między nim a wsuniętym fotelem pilota i usiadł na prawo od W-1015. Po chwili do helikoptera wgramolił się drugi inspektor, który zajął miejsce na lewo od oskarżonego i wysunął z powrotem fotel pilota, przykliszczając W-1015 nogi. Na fotelu usiadł oficer, który zatrzasnął za sobą drzwi i zaraz włączył radio, by zdać raport:
– Centrala? Tu oficer szesnastej grupy operacyjnej. Aresztowaliśmy sabotażystę, W-1015. Zeznał, że numer myślozbrodniarza, którego krył to K-821. Transportujemy sabotażystę do Pałacu Sprawiedliwości. Odbiór.
Po chwili z radia wydobył się kobiecy głos:
– Tu centrala. Przyjęliśmy. Lokalizujemy myślozbrodniarza i wysyłamy grupę operacyjną. Bez odbioru.
Oficer przeniósł wzrok na panel pełen przycisków. Nacisnął kilka z nich i pociągnął dźwignię, a helikopter wzbił się pionowo do góry. Po chwili lecieli nad białymi zabudowaniami i połaciami niezagospodarowanej zieleni.
– W-1015 – rzekł oficer – chcę, żebyście wiedzieli, że jesteście jebanym zwierzęciem, najniższą formą życia na Ziemi. Gdybym miał odpowiednie uprawnienia, zajebałbym was na miejscu. Powinniście sobie uświadomić, że żyjecie wciąż jedynie dzięki łasce Wielkiego Dobroczyńcy, ale wasz zdeprawowany umysł nie jest w stanie tego pojąć. Gardzę wami, W-1015.
Do oczu W-1015 napłynęły łzy. Pochylił głowę i rzekł:
– Tak jest.
On ma rację – pomyślał. – Dobroczyńca ma rację. Ja to naprawdę zrobiłem. Wystąpiłem przeciwko Państwu. Ja jestem… – szukał przez chwilę odpowiedniego określenia – wadliwy.
Helikopter sunął po niebie, a w środku panowała cisza. Oficer omiatał spojrzeniem rozciągające się poniżej miasto, inspektorzy wbili wzrok przed siebie, a W-1015 wciąż siedział skulony. Na jego spodnie spadło kilka łez.
Jestem wadliwy – powtórzył sobie. – Kiedy ja nie chciałem… To przez to, że byłem nieuważny. Pozwoliłem na to, by w moim sercu zakwitł sprzeciw wobec Dobroczyńcy. To wszystko moja wina.
Kolejne łzy spływały mu po policzkach, by zebrać się na podbródku i spaść na spodnie, kiedy przyszła jedyna pocieszająca myśl:
Jak to dobrze, że Państwo obędzie się beze mnie.
Po kilku minutach helikopter znalazł się nad Pałacem Sprawiedliwości. Był to wielki, monumentalny i jeszcze bielszy od innych budynek, który przedstawiał sobą wszystko, co najwspanialsze w Państwie. Maszyna osiadła na czarnym lądowisku w kształcie koła i po chwili W-1015 zdał sobie sprawę, że wirniki przestały się obracać. Podniósł głowę i wbił spojrzenie w oparcie fotela tuż przed nim.
Oficer otworzył drzwi i wyszedł. Inspektor po lewej W-1015 wsunął fotel pilota i dołączył do niego, ciągnąc ze sobą trzymanego za nadgarstek oskarżonego. Po chwili helikopter opuścił drugi inspektor, zatrzaskując za sobą drzwi. Również chwycił W-1015 za nadgarstek i we dwójkę podążyli za oficerem.
W-1015 szedł wraz z nimi, powłócząc nogami. Miał spuszczoną głowę. Nie płakał już. Wypełniał go wstręt wobec samego siebie i świadomość tego, że zawiódł Wielkiego Dobroczyńcę.
Nie zauważył nawet, gdy został poprowadzony kilka pięter w dół. Dopiero skrzypienie potężnych dębowych drzwi wyrwało go z letargu i skłoniło do podniesienia głowy.
Za drzwiami znajdowała się pogrążona w półmroku sala sądowa. Na jednej ze ścian zawieszony był ogromny miecz, którego ostrze umoczone było we krwi. Naprzeciw niego ustawione były dwie ławy, a za jedną z nich siedział mężczyzna trzymany za ramiona przez dwóch funkcjonariuszy w czarnych mundurach. Brwi W-1015 opadły, a wzrok się wyostrzył. Skądś znał tego mężczyznę.
– K! – krzyknął.
K-821 odwrócił głowę w jego kierunku. Miał bladą twarz.
– W – powiedział cicho, nieznacznie poruszając ustami, i z powrotem odwrócił się w kierunku miecza.
Oficer pozostawił W-1015 z inspektorami, którzy usadowili go przy drugiej ławie, trzymając za ramiona. W-1015 w milczeniu patrzył na miecz, początkowo myśląc jeszcze nad niefortunną sytuacją, w której się znalazł. Szybko przestał, nie mając na to siły. Nie mógł znieść sprzecznych ze sobą myśli o K. Jego przyjaciel nie mógł być przecież niewinny. Wystąpił przeciwko Państwu i W-1015 był tego świadom, a jednak coś szeptało mu do ucha, że to wszystko jest niesprawiedliwe. Po chwili coś innego kontrowało, że przecież prawo Wielkiego Dobroczyńcy nie może być niesprawiedliwe. Ten konflikt był nieznośny.
Miecz rozbłysnął oślepiającym światłem. Światłem równie jasnym co mądrość Wielkiego Dobroczyńcy. Światłem, od którego sabotażyści i myślozbrodniarze odwracali wzrok. Równocześnie zewsząd zaczął dobiegać potężny, pozbawiony emocji głos:
– Wyrocznia stawia w stan oskarżenia obywateli K-821 i W-1015, którzy wystąpili przeciwko Wielkiemu Dobroczyńcy, Państwu i szczęściu współobywateli. O winie K-821 świadczy pozyskany zapis jego myśli.
Popłynął głos K-821 rozważającego, co powinien zrobić z książką. Słowa, które W-1015 znał aż nazbyt dobrze.
– Czy obywatel K-821 przyznaje się do świadomego niedopełnienia otrzymanych poleceń i narażenia współobywateli na projekcję myślozbrodni czającej się w umyśle autora książki, a tym samym zagrożenia dobru publicznemu?
Funkcjonariusze pociągnęli K-821 do góry, a ten stanął, odchrząknął i rzekł:
– Ja, K-821, przyznaję się do w pełni świadomego niedopełnienia otrzymanych poleceń i próby uratowania książki „Pod kopułą cyrku”. – Zamilkł na chwilę, a po chwili dodał: – I nie żałuję swoich czynów.
Funkcjonariusze usadzili go z powrotem, a potężny głos zapytał:
– Czy obywatel W-1015 przyznaje się do świadomego zatajenia cudzej myślozbrodni i narażenia współobywateli na duchowe niebezpieczeństwo wynikające z obecności myślozbrodniarza w społeczeństwie, a tym samym zagrożenia dobru publicznemu?
W-1015 poczuł ból, gdy funkcjonariusze chwycili go mocniej za ramiona i pociągnęli do góry. Zdawało mu się, że gdyby nie ich żelazny uścisk, upadłby na ziemię. Na jego czole pojawiły się krople potu, gdy zaczął mówić:
– Ja, W-1015 przyznaję się do zatajenia myślozbrodni K-821. – Chciał powiedzieć więcej, ale język zaczął mu się plątać.
– Czy obywatel W-1015 przyznaje, że dokonał tego świadomie?
Do jego oczu napłynęły łzy i z opuszczoną głową wyjąkał:
– Przyznaję się do tego, że świadomie dokonałem sabotażu. – Nagle jakaś blokada w jego mózgu ustąpiła i zaczął szlochać, a z ust wyrwał się potok słów: – I wyrażam skruchę z tego powodu! Zapewniam, że kocham Wielkiego Dobroczyńcę! – Reszta wnet przerodziła się w niezrozumiały bełkot.
Funkcjonariusze usadowili go z powrotem, ale zamilkł dopiero po otrzymaniu bolesnego ciosu w policzek. Opuścił głowę, ale zaraz jeden z funkcjonariuszy pociągnął go za włosy, zmuszając do patrzenia w kierunku miecza. Oczy szybko zaczęły mu łzawić, wystawione na oślepiające światło. Zmrużył je, gdy Wyrocznia znów się odezwała:
– W obliczu przytłaczających dowodów na popełnione przez oskarżonych zbrodnie przeciwko Wielkiemu Dobroczyńcy, Państwu oraz współobywatelom K-821 i W-1015 zostają pozbawieni tytułu obywatela Państwa, a tym samym tracą prawo do życia.
W-1015 pobladł. Mógł się tego spodziewać. To było oczywiste. Pomimo tego te słowa uderzyły go. Poczuł ucisk w klatce piersiowej. Jego głowa mimowolnie opadła, ale ból szybko przywołał go do rzeczywistości.
– Jednak z racji litości miłościwie nam panującego Wielkiego Dobroczyńcy otrzymują prawo do wyboru. Pozwala się im zdecydować, czy chcą zostać poddani ciężkiej reedukacji z użyciem myślonadajników i dogłębnemu przeprogramowaniu osobowości na zgodną z dobrem publicznym, czy eliminacji ze społeczeństwa. – Po chwili milczenia potężny głos dodał: – Decyzję należy podjąć natychmiast.
Funkcjonariusze zmusili W-1015 do wstania, a ten ze łzami radości odwrócił się w stronę K-821. Przyjaciel również odwrócił się w jego kierunku, ale na bladej twarzy nie było widać żadnych oznak szczęścia.
– K! – krzyknął do niego W-1015. – Zbłądziliśmy, ale wszystko może wrócić do normy! Oni nas naprawią! – Na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech. – Wszystko będzie jak dawniej! Będziemy dalej szczęśliwie żyli pod opieką Dobroczyńcy! K!
Ale K-821 milczał. Jego nieobecny wzrok wyostrzył się i skoncentrował na oczach W-1015. Nieznacznie poruszył ustami.
– W – powiedział – nie warto.
W-1015 oczekiwał rozwinięcia, ale się go nie doczekał. Jego brwi lekko opadły.
– K… K, co to pieprzysz? Nie warto żyć? Słuchaj, rozumiem, że możesz być oszołomiony, ale my właśnie dostaliśmy szansę na odkupienie! K, oni nas naprawią! Wszystko będzie jak dawniej! K…
– Nie warto – przerwał K-821.
– K, proszę cię…
K-821 odwrócił się w kierunku zawieszonego miecza i rzekł:
– Ja, K-821, decyduję o wyeliminowaniu mnie.
W-1015 spojrzał na przyjaciela i rzucił się w jego kierunku, krzycząc:
– K! K, nie rób tego! K, co ty robisz, do cholery?!
Funkcjonariusze próbowali go powstrzymać, ale W-1015 wyrwał się z ich chwytu, wciąż krzycząc.
– K, jest jeszcze szansa! Cofnij to! Natychmiast!
Funkcjonariusz powalił W-1015, ale ten wciąż krzyczał:
– K, nie wiesz, co robisz! K, nie rób tego! Wycofaj się! K, kurwa, czemu się tak patrzysz?!
Zamilkł dopiero, gdy drugi funkcjonariusz z całej siły kopnął go pod żebra. Zwinął się w kłębek, a funkcjonariusz chwycił go mocno za nadgarstki i przycisnął do podłogi. Pomimo tego spojrzał na bladą twarz przyjaciela.
– W – odezwał się K-821 – nie rób tego. To ty niczego nie rozumiesz. To już nie będziesz ty. Zginiesz.
– K! – krzyknął wściekły W-1015, ale zamilkł po otrzymaniu kopniaka od drugiego funkcjonariusza.
Wszechobecny głos rzekł:
– Wyrocznia skazuje K-821 na eliminację ze społeczeństwa. Wyprowadzić.
Funkcjonariusze chwycili mocniej K-821 za ramiona i odwrócili się w kierunku drzwi.
– W, proszę cię – szepnął K-821, potrząsając głową. – Nie rób tego.
W-1015 zaczął drżeć, a łzy przesłoniły mu oczy. Chciał coś powiedzieć, ale zanim się zorientował, trzasnęły drzwi. K nie żył. Można go już było uznać za martwego.
– Wyrocznia żąda otrzymania odpowiedzi od W-1015. W przeciwnym razie wybór zostanie podjęty za niego.
Funkcjonariusze pociągnęli go do góry.
– Ja, W-1015, chcę… – wyjąkał, a w uszach zadudniły mu ostrzeżenia przyjaciela, potrząsnął głową i dokończył: – zostać reedukowany.
– Wyrocznia decyduje o reedukacji W-1015 i ponownym przyznaniu mu obywatelstwa po leczeniu. Wyprowadzić.
Funkcjonariusze chwycili go mocniej za ramiona i pociągnęli za sobą. Stracił kontakt z otaczającym go światem. Przed oczami raz za razem widział tylko stojącego nad nim K, patrzącego smutnymi oczami i odradzającego reedukacji. Nie zorientował się, gdy funkcjonariusze przeciągnęli go przez korytarze, spotkali oficera i razem z nim poszli do helikoptera, którym wzbili się w powietrze. W tym momencie nie istniał dla niego świat oprócz K stojącego nad nim w sali sądowej. Jego ciało było ślepe i głuche, odtwarzając to samo wspomnienie.
– W-1015… W-1015!
Już nie był w sali sądowej. Przed nim stał K odziany w lekarski fartuch. W-1015 zmarszczył brwi i skupił się na twarzy przed sobą. Była pogodna i miała zdrową barwę.
To nie K – uświadomił sobie W-1015.
Mężczyzna przed nim zdawał się być już rozdrażniony, ale wkładał wiele wysiłku, by to ukryć.
W-1015 rozejrzał się. Był w pomieszczeniu z białą podłogą, ścianami i sufitem. Funkcjonariusze już go nie trzymali, stanęli przy jedynych drzwiach. Oficer znów gdzieś zniknął.
– Tak…? – wyjąkał do mężczyzny.
– W-1015 – odezwał się, widocznie zadowolony – jesteście chorzy. Zdajecie sobie z tego sprawę, prawda?
W-1015 opuścił głowę.
– Jestem wadliwy – mruknął.
Mężczyzna w kitlu pokiwał głową.
– Właśnie. Jesteście wadliwi. – Spojrzał na W-1015 wzrokiem pełnym troski. – Ale ja was naprawię. Znów będziecie zdrowi. Przywrócę was do ustawień fabrycznych, rozumiecie?
W-1015 podniósł głowę i pod wpływem impulsu spytał cicho:
– Co z K…?
Mężczyzna potrząsnął głową, uśmiechając się.
– K-821 jest myślozbrodniarzem. Wiecie o tym, ale wasz wadliwy umysł nie pozwala tej informacji do was dotrzeć. Ja to naprawię.
W-1015 pokiwał smętnie głową.
– Ale najpierw musicie usiąść tu. – Mężczyzna postąpił krok w lewo, odsłaniając biały fotel z otaczającą go aparaturą. – Zrobię skan waszych myśli, rozumiecie? Dzięki temu sporządzimy program, który wam pomoże.
W-1015 znów pokiwał głową. Czuł się jak dziecko, które wysłano z bólem brzucha do przychodni przy ośrodku wychowania. Nieporadne, zagubione dziecko.
Niepewnym krokiem podszedł do fotela i usiadł na nim. Mężczyzna stanął przy panelu zamontowanym z tyłu i kilka minut ustawiał coś, powtarzając, że jest tu, by pomóc W-1015.
– Za moment zacznę – rzekł mężczyzna. – Musicie być spokojni, rozumiecie? To nie różni się wiele od zwykłego myśloodbiornika, po prostu sięga głębiej. Rozumiecie?
– Tak jest – wymamrotał W-1015.
Na wysokość jego głowy zsunęła się masywna, metalowa obręcz.
– To potrwa kilka minut – powiedział mężczyzna w kitlu. – Nie myślcie o niczym konkretnym. Rozsiądźcie się w fotelu i czekajcie, aż skończę.
W-1015, choć bardzo się starał, nie mógł nie myśleć o K. Czy już został wyeliminowany? Czy dopiero czeka? Może właśnie w tym momencie dusi się i puka do drzwi, przysięgając, że kocha Wielkiego Dobroczyńcę? Nie wiedział tego. Ilekroć któraś z tych myśli się pojawiła, odpędzał ją, ale zawsze wracała.
– Gotowe. – To jedno słowo ucięło w pół kolejną wątpliwość.
Aparatura podniosła się z powrotem. W-1015 rozejrzał się dookoła.
– Wszystko gotowe – powtórzył mężczyzna w kitlu. – Możecie wstać, W-1015.
Zrobił, jak mu kazano. Mężczyzna nacisnął jeszcze kilka przycisków, po czym podszedł do leczonego i poklepał go po ramieniu.
– Już niedługo będziecie zdrowi. Naprawieni – rzekł, uśmiechając się szeroko. – Jak się z tym czujecie?
– Dobrze – mruknął W-1015, nieśmiało odwzajemniając uśmiech. – Bardzo dobrze. Świetnie – poprawił się po chwili.
– Wspaniale! – rzekł mężczyzna i roześmiał się serdecznie. – W-1015, jesteście naszym pierwszym pacjentem! Tak się cieszę, że wnet zostaniecie wyleczeni. A za wami rzesze myślozbrodniarzy, którzy powrócą do społecznego obiegu jako wzorowi obywatele! Czy już teraz nie czujecie się lepiej, W-1015?
– Ja… od początku żałowałem. I chyba z każdą minutą rozumiem coraz lepiej, że źle zrobiłem – wyjąkał.
– To bardzo dobrze! Wprawdzie nie testowaliśmy jeszcze tak ciężkiej reedukacji myślonadajniczej, ale sądzę, że choćby szczątkowa świadomość znaczenia swoich czynów pomaga przy terapii. Znacznie łatwiej jest wygrać z nieprzyjacielem, gdy na jego terytorium mamy już swój bastion, czyż nie?
– Zdaje się, że tak – przyznał W-1015.
– Podoba mi się wasze nastawienie! – Mężczyzna znów się roześmiał. – Ale my tu rozmawiamy, a terapia czeka! Przygotuję wam program, a panowie odprowadzą was do poczekalni. – Wskazał na funkcjonariuszy czekających pod drzwiami.
Wyszli z pomieszczenia, a funkcjonariusze wraz z W-1015 weszli do pokoju obok, kiedy mężczyzna popędził dalej korytarzem. Po chwili wstąpił do środka i na małym stoliczku przed fotelem, na którym siedział W-1015, postawił talerzyk z sernikiem.
– Na dobrą waszą terapię! – rzekł i zaraz wyszedł.
Poczekalnia nie była duża, również była cała wymalowana na biało. Przy niskim stoliczku stały dwa fotele. W rogu pokoju stała biblioteczka. W-1015 zawiesił na niej wzrok, a oczy mu zwilgotniały.
„Pod kopuła cyrku” to tam nie będzie – pomyślał ze smutkiem.
Ale jakby wbrew całemu ciału podszedł tam i zaczął przeglądać tytuły. Ze zdziwieniem odkrył szybko, że książki to atrapy. Wrócił na fotel i szybko zjadł sernik, nękany myślami o K-821. Był równie mocno przekonany, że przyjaciel jest niewinny i że prawo Wielkiego Dobroczyńcy jest sprawiedliwe. Ten paradoks prowadził go na skraj szaleństwa i cieszył się, że już niedługo reedukacja rozwiąże ten problem raz na zawsze.
Po kwadransie, kiedy znudzony W-1015 chodził po pokoju, wrócił mężczyzna w kitlu i radosnym tonem obwieścił:
– Już wszystko gotowe. Chodźcie, W-1015.
Więc poszli długim korytarzem i wstąpili do jednego z pomieszczeń, zostawiając funkcjonariuszy przed drzwiami.
Pokój wyglądał łudząco podobnie do miejsca, w którym W-1015 odczytywano pamięć. Różnił się tylko tym, że fotel ustawiony był prostopadle do drzwi, przed nim stała kamera, a zawieszona obecnie pod sufitem aparatura była pomalowana na czerwono. W-1015 spostrzegł jeszcze niewyróżniające się drzwiczki prowadzące do jakiegoś innego pokoju.
Nie mógł im się dobrze przyjrzeć, bo mężczyzna w kitlu zaraz usadowił go w fotelu i zaczął wydawać polecenia.
– Proszę położyć ręce na podłokietniku, a stopy postawić na tych miejscach. – Wskazał pomalowane na czarno blaszki przytwierdzone do nóg fotela.
W-1015 wykonał polecenie, ale przy swoich nadgarstkach zobaczył przytwierdzone do podłokietników opaski uciskowe. Pobladł, podniósł wzrok na mężczyznę i przerażony spytał:
– Po co to…?
Mężczyzna westchnął położył dłonie na udach i współczującym tonem rzekł:
– Możliwe że wasz umysł będzie chciał przerwać terapię, skonfrontowany z prawdą. To spodziewana reakcja obronna. Zupełnie jak organizm z alergią walczący z lekiem. Więc na czas leczenia musimy was unieruchomić, rozumiecie? – Smętnie pokręcił głową. – Nie będę was oszukiwać, terapia nie będzie przyjemna. Ale po niej znów będziecie zdrowi, rozumiecie? To jak bardzo gorzka tabletka, która wnet zwalczy chorobę. Jej przełknięcie to nic przyjemnego, ale to dla większego dobra, rozumiecie?
W-1015 pokiwał głową.
– Bardzo mnie cieszy wasza postawa. – I zaczął zapinać opaski na nadgarstkach i kostkach.
– A po co ta kamera…? – spytał W-1015.
– Jesteście pierwszym przypadkiem tak ciężkiej reedukacji z użyciem myślonadajników. Nagranie z terapii posłuży nam do jej udoskonalania oraz zostanie wyemitowane w telewizji, by pokazać obywatelom tę wspaniałą metodę, rozumiecie?
– Tak jest – odparł W-1015.
Mężczyzna podszedł do panelu z tyłu fotela i zaczął wprowadzać przygotowany wcześniej program, a W-1015 z niepokojem wpatrywał się w kamerę naprzeciw niego. Było w niej coś niepokojącego, ale nie mógł tego określić. Wnet jej widok przesłonił mu opuszczony właśnie masywny, okrągły myślonadajnik.
– Zaczynamy! Do zobaczenia po terapii – powiedział mężczyzna w kitlu i ulotnił się przez drzwiczki spostrzeżone wcześniej przez W-1015.
Pacjent z początku nic nie zauważył i zastanawiał się, czy nie popełniono jakiegoś błędu. Dopiero po chwili zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że niektóre pojawiające się w jego głowie myśli pochodzą z zewnątrz.
K-821 popełnił straszliwą zbrodnię. Jest winny. To pospolity wywrotowiec. Jak to dobrze, że go wyeliminowano. Nienawidzę K. Świat byłby lepszy, gdyby się nie urodził. Wielki Dobroczyńca jest uważny. Kocham Wielkiego Dobroczyńcę. Wielki Dobroczyńca kocha mnie.
Chwilę płynął wraz z prądem podobnych myśli. Jednak szybko pojawiły się takie, które miały dokładnie odwrotny wydźwięk, a czasem przeczyły poprzednim.
K jest niewinny. Kocham K. Wielki Dobroczyńca odebrał mi przyjaciela. Wielki Dobroczyńca zabił mojego przyjaciela. Nienawidzę Wielkiego Dobroczyńcy!
– Halo…? – pisnął W-1015. – Halo?! Coś się popsuło!
Ale nikt nie przybył. W-1015 został sam z potokiem myśli. Na przemian słyszał te, jak mu się zdawało, poprawne i niepoprawne. Szybko jednak przestał je rozróżniać.
Pełnię bardzo ważną i odpowiedzialną rolę w Państwie. Jak to dobrze służyć Państwu i Wielkiemu Dobroczyńcy. Wielki Dobroczyńca jest okrutny. Kocham Wielkiego Dobroczyńcę. Nic nie znaczę. Moja służba nie jest nic warta. Jestem myślozbrodniarzem. Nigdy nie popełniłem myślozbrodni.
– Halo?! Coś naprawdę się zepsuło! Halo!
Ale pozostał sam. Próbował się uwolnić, ale opaski były bardzo wytrzymałe. Więc wierzgał, nie rozumiejąc co się dzieje.
– Pomocy!
Wielki Dobroczyńca nie istnieje. Kocham Wielkiego Dobroczyńcę. O ile lepszy byłby świat, gdyby Wielki Dobroczyńca nie istniał.
– Co się dzieje?! Halo!
Zaczął się pocić. Ciężko mu się oddychało, a serce biło szybciej. Do oczu napłynęły mu łzy.
– Pomocy! Błagam, przyjdźcie tu! Coś się zepsuło!
W pokoju było cicho, ale w jego głowie nieustannie huczały sprzeczne ze sobą myśli. Wszystko zdawało mu się przeczyć sobie nawzajem.
Świat jest taki piękny. Świat może byłby choć odrobinę mniej okropny, gdyby nie było myślozbrodniarzy. Ja jestem myślozbrodniarzem. Gdybym nie żył, świat byłby gorszym miejscem.
Łzy ściekały mu po podbródku i spadały na spodnie. Cały się trząsł. Przez huk nadawanych myśli przedarła się jedna jego własna:
I gdzie on, do cholery, jest, gdy go potrzebuję?!
Ale zaraz odezwała się maszyna. W-1015 przeszedł dreszcz, gdy we własnej głowie usłyszał:
Wielki Dobroczyńca mnie kocha, bo mnie nienawidzi.
* * *
– No, tak imponujące jak eliminacja to to nie jest – napomknął dowódca szesnastej grupy operacyjnej Urzędu Ochrony Dobra Publicznego, patrząc na ekran.
– Ale musicie przyznać, że prezentuje to sobą wysokie walory wychowawcze dla społeczeństwa – zauważył lekarz w białym kitlu, który jeszcze pół godziny wcześniej uspokajał W-1015.
Zza drzwi dobiegał głośny szloch. Przed dziesięcioma minutami był głośniejszy, ale najwidoczniej W-1015 opadł z sił.
– Właśnie niespecjalnie je dostrzegam. Co to zmieni, że taki sukinsyn będzie zdychał, dajmy na to, czterdzieści minut, a nie pięć?
Lekarz zachichotał i potrząsnął głową.
– Nie rozumiecie, że nie chodzi tu o samą eliminację. Teraz Państwo daje takiemu szansę na odkupienie, a ten i tak zdycha. To wiele mówi o myślozbrodniarzach, czyż nie? Jako przewodniczący Grupy Badawczej do spraw Eliminacji Myślowej – mówił, po raz kolejny w rozmowie pyszniąc się swoją funkcją – otrzymałem do oceny zarys artykułu o tej reedukacji, który zostanie jutro wydrukowany w Słońcu Państwa. Miał bardzo ładny, trafiający w sedno nagłówek. Tylko gdzie ja to schowałem?
Zaczął po kolei otwierać kolejne szuflady w biurku, które było jedynym meblem obecnym w ciasnym pomieszczeniu. Dowódca z kolei przyjrzał się W-1015 na ekranie. Cały drżał, a z zasłoniętych myślonadajnikiem ust wypływał strumień śliny zmierzający po koszuli na krocze. Pokiwał głową z uznaniem dla stojącego obok autora maszynerii, która była w stanie doprowadzić człowieka do takiego stanu.
– O! – krzyknął lekarz, wyjmując z jednej z szuflad pomiętą kartkę. – Jak mówiłem, autor artykułu wymyślił bardzo ładny nagłówek. – Odchrząknął i przeczytał: – „Myślozbrodniarz woli umrzeć, niż zrozumieć swój błąd – czy dla niektórych nie ma ratunku?”. Dobre, co?
Oficer pokiwał głową, ale jego myśli były gdzie indziej. Wskazał papierosem ekran i spytał:
– Jak wy to robicie, że po trzydziestu minutach nadawania doprowadziliście tego sukinsyna do takiego stanu? Naprawdę nie może znieść myśli o wspaniałości Wielkiego Dobroczyńcy?
Lekarz się zaśmiał, a po chwili rzekł:
– Oczywiście, że nie. Gdybyśmy chcieli, zrobilibyśmy z niego najprzykładniejszego obywatela ze wszystkich. Albo najgorszego bluźniercę. Albo kogokolwiek innego. Mamy lepszy trik, by doprowadzić go do takiego stanu. – Wskazał na ekran.
Oficer pokiwał głową z zainteresowaniem.
– Najpierw skanujemy delikwentowi umysł. Wszystkie myśli, przekonania i aksjomaty zapisujemy w programie. Potem przygotowujemy program dokładnie odwrotny do oryginalnego i nadajemy oba na przemian. To tyle! Mózg dostaje sprzeczność na sprzeczności i paradoks na paradoksie, które musi ze sobą pogodzić. A mózg przecież nienawidzi paradoksów. Bo co to niby znaczy, że Wielki Dobroczyńca mnie jednocześnie kocha i nienawidzi? Więc próbuje wydedukować, która z tych dwóch informacji jest prawdziwa. Musi rozważyć nie jedną czy kilka sprzeczności, ale całe tysiące! I właśnie natłok paradoksów, które trzeba rozważyć, doprowadza myślozbrodniarza do takiego stanu.
– Mądre. – Oficer z jeszcze większym uznaniem pokiwał głową. – Ale kiedy on zdechnie?
Lekarz wzruszył ramionami.
– Niedługo, to pewne. Kiedy już uzbiera się wystarczająco wiele paradoksów, mózg oddelegowuje do ich rozwiązania kolejne swoje obszary, w tym te odpowiedzialne za trywializmy takie jak oddychanie. – Uśmiechnął się. – Więc najpierw jest ślinotok, potem utrata zdolności mowy, pod koniec… hmm… zezwierzęcenie? I w końcu delikwent dusi się, albo serce przestaje mu bić, bo mózg w całości jest poświęcony rozważaniu, czy Wielki Dobroczyńca go kocha, czy nienawidzi.
– Czyli ten tam już długo nie pociągnie?
– Może kilka minut. I tak myślałem, że pójdzie szybciej.
– No, to może… – zaczął oficer, ale uciął w pół zdania, gdy lekarz podniósł palec wskazujący i zmarszczył brwi.
Nie było już słychać płaczu.
Lekarz spojrzał na ekran. W-1015 wciąż żył. Widać było, jak jego klatka piersiowa raz za razem podnosi się i opada. Ciężko dyszał, ale potok śliny przestał płynąć. Nie drgał już. Kończyny były sztywne, a pięści zaciśnięte.
Obaj obserwowali z podniesionymi brwiami to, co działo się na ekranie. Wszystkie mięśnie W-1015 zdawały się być napięte. Lekarz pomyślał, że lada chwila skazaniec wyzionie ducha.
A wtedy zza drzwi dobiegł przerażający, zwierzęcy wrzask.