- Opowiadanie: Lunapark11 - Kamień

Kamień

Cześć, 

chciałbym zaprezentować krótkie opowiadanie science- fiction, które stanowi część tworzonego przeze mnie większego projektu pod tytułem “Klucz”. 

Opowiadanie to,  jest jakby wprowadzeniem, wstępem do wydarzeń, które opisuję w powyższym projekcie. 

Bardzo liczę na komentarze zwrotne. Ciekaw jestem, czy moja propozycja jest na tyle ciekawa, by na jej kanwie budować dalszą fabułę. 

Pozdrawiam serdecznie! 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kamień

Wysoka i niezwykle chuda istota o ciemnym kolorze skóry i kobiecych rysach twarzy wciąż uparcie biegła przez pokryty gorącym piaskiem ląd. Od czasu, kiedy jej statek rozbił się na tych nieznanych ziemiach, nic nie jadła i nie piła. Tutaj nic nie nadawało się dla niej do spożycia. Nie było też wody, którą mogłaby pić. Była sama. Pozostali towarzysze, z którymi podróżowała, nie przeżyli katastrofy.

Nie miała już sił. Biegła już od kilkunastu godzin. Bez odpoczynku. Coś, co usilnie kryła w swoich ramionach, nie pozwalało się jej poddawać. Nakazywało uparcie przeć naprzód w sobie tylko znanym kierunku.

Pościg zbliżał się nieubłaganie. Oni byli silni, wytrenowani, dobrze odżywieni. Mieli odpowiedni sprzęt, który ułatwiał im poruszanie się na tym piaszczystym terenie. Jednak mimo to, skracanie dystansu między nimi a uciekinierką nie było łatwe. Gdyby wyruszyli wcześniej…

 

Chodziło im tylko o jedno. Zdobyć to, co uciekająca istota z całych sił przyciskała do piersi, jakby kryjąc przed całym wszechświatem. 

 

Musieli zdobyć kamień. 

 

W pewnym momencie, kiedy skrajnie wycieńczona słaniała się już na nogach, tracąc świadomość, rozbłysnął złotym blaskiem. Nagle poczuła, że nie może iść dalej. Coś nakazało jej się zatrzymać. Opuściła głowę, gotowa na swój los.

 

Jednak on miał inny plan.

 

Gdy pościg zbliżył się na tyle blisko, że uciekinierka mogła zobaczyć wykrzywione z wysiłku twarze goniących i ich rozwiane na wietrze peleryny, nagle temperatura tego, co skrywała w ramionach, zrobiła się tak wysoka, że musiała upuściła to na piasek.

Napastników było kilkunastu. Przygotowali broń, chodź wiedzieli, że mogą jej użyć tylko w ostateczności. Chieli mieć ją żywą. Ale przecież ona była sama i skrajnie osłabiona. Nie zagrażała im. Podchodzili więc wolno. Bez pośpiechu.

 

Niespodziewanie z kamienia zaczęły powoli wypełzać jarzące się niebieskim światłem cieniutkie wiązki energii, jedna po drugiej. Po chwili były ich setki. Wyglądały jak skłębione małe węże. Wiązki zaczęły teraz wirować coraz szybciej i szybciej, odkleiły się od kamienia i błyskawicznie wystrzeliły ze świstem w powietrze.

 

Tamci nie zdążyli nawet mrugnąć.

 

Tysiące niebieskich wirujących pocisków w ułamku sekundy spadło na nich, przeszywając na wylot ich ciała oraz maszyny. Dla nich pościg się skończył. W powietrzu unosił się nieznośny, ostry swąd spalonych ciał oraz stopionego metalu. W miejscu, gdzie się znajdowali, został tylko szary pył, który szybko pochwycony przez wiatr, przepadł gdzieś w przestworzach. 

 

Wiązki skierowały się teraz z powrotem w stronę kamienia, ale odbiły się od jego powierzchni, wsiąkając z sykiem w piasek.

 

Kamień był zbyt słaby, aby przyjąć wygenerowaną energię.

 

Uciekinierka opadła na kolana i ze złością uderzyła pięścią w rozgrzany piasek.

Wiedziała, że on, ocalając ją, bardzo się osłabił. Oczywiście mógł w łatwy sposób odzyskać energię, ale tego, co by mu to umożliwiło, tutaj nie było.

 

Nie było tutaj wody.

 

Musiała ją zdobyć. Mimo skrajnego wyczerpania postanowiła iść dalej. Na południe. Miała przeczucie, że tam może być woda. Kamień delikatnie jarzył się złotym blaskiem. Był lekko ciepły. Kiedy ruszyła, poczuła, że siła, która wcześniej nie pozwoliła przesunąć się jej nawet o centymetr, teraz również ją hamowała, jednak była już znacznie słabsza. Istota mogła iść. Powoli, ale mogła. Czuła, że coś usilnie stara się, by się zatrzymała, by nie szła dalej. Przedmiot trzymany w rękach raz po raz rozbłyskiwał złotym blaskiem.

 

Kiedy przeszła jakieś kilkaset metrów po rozgrzanym piasku, poczuła, że kamień zaczyna jakby drżeć i robi się coraz bardziej gorący. – Nie idź dalej, nie idź dalej…! Zatrzymaj się! – Mówiło coś wewnątrz niej. Nie posłuchała. Przecież musiała odnaleźć wodę. Kamień jej potrzebował. I ona też.

Kiedy przeszła jeszcze kilkanaście metrów, nagle piasek pod jej stopami zaczął dziwnie falować. Coraz mocniej i mocniej. To było jak trzęsienie ziemi. Drobinki piachu zaczęły wystrzeliwać teraz w powietrze. W końcu straciła równowagę. Upadła. Jednak wciąż trzymała to, co było dla niej najcenniejsze. 

Obok niej powierzchnię pustyni przecięła jak nożem ogromna czarna macka. Za chwilę pojawiła kolejna. I jeszcze jedna. I jeszcze… Czarne macki krążyły wokół niej niespokojnie. Zataczały kręgi jak rekiny. Czuła, jak kamień zamknięty w jej ramionach dosłownie wije się. Z całych sił musiała przyciskać go do piersi.

W końcu największa z macek wystrzeliła w powietrze, ukazując rząd ostrych jak brzytwy haczyków. Spadła na nią z dziką furią. Haczyki wbiły się w cienką jak papier skórę. Czarne ramię oplotło ją szczelnie. Ścisnęło. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Błyskawicznie została wciągnięta pod powierzchnię piasku. Pozostałe macki również zniknęły pod powierzchnią.

W miejscu, w którym przed momentem leżała istota, nie było teraz najmniejszego śladu, który mógłby wskazywać na to, że chwilę temu znajdował się tutaj jakiś żywy organizm walczący o przetrwanie.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej powierzchnia piasku znowu się rozwarła. Coś wypluło na zewnątrz szary nieduży podłużny kształt.

 

*

Wiele lat póżniej… 

 

W niewielkim pomieszczeniu panował półmrok. Przez szpary między niedbale opuszczonymi czarnymi żaluzjami przebijały się pasma popołudniowego słońca. Było nieznośnie gorąco. Klimatyzacja już od dawna nie działała. Znajdującym się wewnątrz mężczyznom pot spływał po karkach i plecach.

Siedzący przy biurku zwalisty mężczyzna w okularach ze złotymi oprawkami spokojnie palił cygaro. Widać było, że on tu rządzi, i że ten piekielny upał wcale mu nie przeszkadza. A może po prostu miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż przejmowanie się tym, że jest trochę zbyt gorąco.

– Twierdzi pan, majorze, że Jack Reusch jest w posiadaniu kamienia?!- Zapytał z niedowierzaniem. Nie mieściło mu się w głowie, że ten niczym specjalnie niewyróżniający się pracownik bazy w sektorze N155 mógł odnaleźć to, czego tak usilnie poszukiwali od wielu lat. Zresztą, nie tylko oni. Sowieci, naziści, Koreańczycy z Północy również.  

– Jesteśmy tego pewni. – Zapewnił stanowczo major. – Reusch zabrał kamień podczas ostatniej wyprawy eksploracyjnej na sektor N154.

– Po prostu zabrał go i schował do plecaka? – W głosie mężczyzny w okularach słychać było irytację.

Dwaj pozostali mężczyźni milczeli. Czekali na jego ruch.

– Skąd wiecie, że to na pewno klucz? Zapytał po chwili, leniwie wydmuchując dym z cygara.

– To jest klucz. Udało nam się go namierzyć już wcześniej, jednak nie znaliśmy jego dokładnego położenia. Wiedzieliśmy tylko, że znajduje się gdzieś na północnym obszarze Sektora N154. Kiedy Jack Reusch znalazł się w tym rejonie ze swoją grupą badawczą, w pewnym momencie jego uwagę przykuł lekko zapadnięty w piasek szary, podłużny kamień. Reusch rozejrzał się, upewnił, że nie ma nikogo w pobliżu, po czym schylił się, podniósł kamień i schował do plecaka. Ale nie zdawał sobie sprawy, że jest obserwowany przez naszego człowieka. Nota bene postąpił wbrew regulaminowi, który zabrania zabierania jakichkolwiek przedmiotów bez uzyskania zgody bazy…

– To wciąż nie wyjaśnia tego, że kamień jest kluczem! – Odrzekł zniecierpliwiony mężczyzna z cygarem.

Major uśmiechnął się lekko. Nie za mocno, by nie rozdrażnić tamtego.

– Mamy w bazie procedury. Po każdym locie na dany sektor wszyscy jego uczestnicy są poddawani szczegółowemu skanowaniu analizatorem fluorescencji rentgenowskiej w celu zbadania, z jakimi pierwiastkami miały styczność ich ciała. Analizie poddawana jest również odzież.

Wiemy, że klucz składa się między innymi z bardzo rzadkich pierwiastków takich jak: terb, tellur i astat. Nie ulega wątpliwości, że nasz sierżant miał styczność właśnie z tymi pierwiastkami. To nie może być zwykły kamień. Peter Reusch z pewnością jest w posiadaniu klucza!

– I tak po prostu pozwoliliście mu spokojnie odjechać do domu z kamieniem? Na twarzy potężnego mężczyzny pojawiła się wściekłość.

– Szczegółowe wyniki analiz, którym poddawani są badacze oraz ich odzież po powrocie, otrzymujemy zazwyczaj po sześciu godzinach… Poza tym… – Major nie potrafił ukryć zakłopotania. – Takie otrzymałem rozkazy. Działać po cichu, ostrożnie i obserwować. To tylko kwestia czasu, kiedy klucz znajdzie się w naszych rękach. Rozkaz brzmiał jasno – nie robić bałaganu! Żadnych świadków!

– Kto wydał taki rozkaz? – Zapytał mężczyzna w okularach, podnosząc się z krzesła.

– Wie pan kto… – Odpowiedział sucho major.

– Rozumiem… To wszystko zmienia… Stwierdził gorzko i opadł ciężko na krzesło.

– W takim razie, jak idą poszukiwania? – Zapytał po chwili.

– Robimy, co możemy! Odparł natychmiast major.

Ogromny mężczyzna zmierzył ich obu władczym spojrzeniem.

– Czy to na pewno tylko kwestia czasu? Uważam, że upłynęło go już zbyt wiele!- Stwierdził stanowczo. – Macie cokolwiek? A może… – Jego twarz wykrzywił sardoniczny uśmiech.– Ten Jack Reusch posiada coś cenniejszego od kamienia?

 

 

 

Koniec

Komentarze

A cóż to za makabreska ?? O coś tu CHODZI ?

Błąd :  "…chodŹ wiedzieli, że mogą…" – "… choĆ wiedzieli, że mogą…"

“W pewnym momencie, kiedy skrajnie wycieńczona słaniała się już na nogach, tracąc świadomość, rozbłysnął złotym blaskiem.”  w tym zdaniu chyba brakuje podmiotu. Domyślam się z kontekstu, że chodzi o kamień, ale zobacz sam.

Jeśli chodzi o projekt – myślę, że masz ciekawy pomysł, ale też wydaje mi się, że jest tu za dużo tajemnicy jak na wstęp. Nie mam o co zaczepić uwagi. 

Powodzenia przy projekcie. Trzymam kciuki.

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

Moje uszanowanie!

 

Wysoka i niezwykle chuda istota o ciemnym kolorze skóry i kobiecych rysach twarzy wciąż uparcie biegła przez pokryty gorącym piaskiem ląd.

To zdanie przerobiłbym tak;

 

“Niezwykle wysoka i chuda istota o ciemnym kolorze skóry i rysach, które człowiek uznałby za kobiece, wciąż uparcie biegła przez pokryty gorącym piaskiem ląd”. 

 

Nie miała już sił. Biegła już od kilkunastu godzin.

Drugie “już” do wyrzucenia. 

 

Obok niej powierzchnię pustyni przecięła jak nożem ogromna czarna macka.

Tu zrobiłbym “jak nóż”.

 

Błyskawicznie została wciągnięta pod powierzchnię piasku. Pozostałe macki również zniknęły pod powierzchnią.

Powtórzenie. To drugie “pod powierzchnią” do usunięcia. 

 

– Kto wydał taki rozkaz? – Zapytał mężczyzna w okularach, podnosząc się z krzesła.

– Wie pan kto… – Odpowiedział sucho major.

– Rozumiem… To wszystko zmienia… Stwierdził gorzko i opadł ciężko na krzesło.

Niby nie bezpośrednie, ale jednak dalej powtórzenie. Któreś z krzeseł zmieniłbym na, na przykład, oparcie. 

 

Ogromny mężczyzna zmierzył ich obu władczym spojrzeniem.

Może nie jest to błąd, ale nie gra mi to stylistycznie. Chodzi o ciągłe precyzowanie, z pomocą praktycznie tych samych słów, o jaką osobę chodzi. Podobnie jest z kamieniem, ale tam można to wybaczyć. Ogromny mężczyzna z cygarem nie jest dodatkiem, a głównym bohaterem w ostatniej scenie, więc wypadałoby, by jednak miał imię. A kto wie, może nawet krótki opis, ba, życiorys?

 

Bardzo liczę na komentarze zwrotne. Ciekaw jestem, czy moja propozycja jest na tyle ciekawa, by na jej kanwie budować dalszą fabułę. 

Bez wątpienia jest na tyle ciekawa, by oprzeć na niej projekt, jednak jako samodzielny tekst niezbyt się broni. Wiem, wiem, to tylko wprowadzanie do uniwersum, ale parę spraw już na tym etapie mógłbyś dopieścić. Proponuję w pierwszej scenie posprawdzać płynność i rozwinąć opisy (np. przy scenie śmierci uczestników pościgu, bo było to, jak mgnienie oka, a szkoda), zaś w drugiej dodać więcej informacji na temat motywacji tych ludzi, a o nich samych stricte też coś zarysować. Jakieś imiona, jakieś backstory (choć to fakultatywnie), no i oczywiście więcej emocji.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Nowa Fantastyka