- Opowiadanie: Szuwar - Szajtel chciwości

Szajtel chciwości

 

albo zapiski skrupulatne lichwiarza Haima

 

Jun’ichirō Tanizakiemu poświęcam,

 

[1] Szajtel – demon

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Szajtel chciwości

Lubelszczyzna

22 dnia miesiąca Adar 5623

(13 marca 1863 roku)

 

Czy te Polaki nie mogą choć raz zachować spokój i dać uczciwym ludziom robić

interesa? Nu, dla nich to za duża rzecz! Jedna rana ledwie się zabliźni, już drugiej

pragną, jakby naród cały chorował na gorączkę krwi. Wąpierze, tak te diablęta zowią

w podaniach? Ni chybi to dla tego luda, polskiego luda, drugie miano rodzajowe!

Najlepiej by w ogniu wszystko wypalić, aż po ostatnią chatę… ich własną – wtedy

dopiero są zadowoleni, gdy z niczem skończą.

Zatem i mamy powstanie.

Styczniowe, jak je ochrzcili, podług ichniego datownika. Trzydzieści lat już minęło,

odkąd poprzednie powstańce wywołali zamęt w Królestwie przeciwko umiłowanemu

carowi Mikołajowi, teraz – jak ich dzieci i wnuki wyrośli, syny tego bezmyślnego

szczepu, zapomniała latorośl, jak cierpiały przez swe błędy starsze grządki – i cyk,

kolejnego buntu im się zachciało, tym razem, co by pokarać biednego cara

Aleksandra…

Zimno jak cholera, aż kości strzelają. Wiatr ciągnie przez pola jak przez pustą

kieszeń.

A pracować komu?

Te goje idą w szaleńcze boje i nie patrzą, co po drodze zadepczą. Dwory płoną,

wsie pustoszeją, ludzie w lasach, a długi – nu – długi kto spłaci, hę?

Trzech klientów mi carskie sołdaty postrzelali albo powstańcy wciągnęli do lasu i

jużem ich nie uwidział więcej. A należność? Gdzie ona?

Gdzie rubelki?!

 

Jan Kolski – 10 tys.

Grzegorz Nowak – 1 tys.

Józef Siombęda Siembieda – 4 tys.

 

Tylem stracił.

A rodziny ich? Wypędzą niecnego Żydziocha z podwórza i jeszcze krzyczą, że

wstydu nie mam. Bo tragedyja, bo świeże mogiły, a ja – o interesach tylko.

Co, moja wina, że się wycenili?

Moja, żeście, Polaki, kraj zaprzedali i teraz płaczecie?

Nu…

Ciężkie były te dnie. Takem moga podsumować. Powstańcy kręcili się po siołach

jak wilki głodne – o jadło prosząc, o konie, o pieniądz. (Rubli nie śmierdzą, hę?) A

gdzie sołdat carski, tam zaraz strzelanie, krzyk, płacz i dym.

Trupy wszędzie można było podziwiać.

Ilekroć wyjeżdżałem z domu, to któryś leżał przy drodze – powstaniec przez

Moskala ustrzelon. A w lasach, gdy jechałem na pańskie włości… tam to dopiero

widok. Cała paleta nieboszczyków, jeno że barw nie było – tylko sinizna twarzy i

śnieg czerwony.

 

Jirme Jeremi Waśniewski – 5 tys.

 

Tegom gagatka rozliczył przeszło temu kwadransa, choć nieobecny był doma,

pewno nieboszczyk.

Żona jego, blada jak płótno, w dobrach dworskich oddała mi należność. Pytała

tylko szeptem:

– Panie Haim… tyle już wam wystarczy?

Bo skąd ona, wdowa młoda, biedna, zszokowana, niemal szalona, mogła

wiedzieć? Jakżeby niewiasta, takim nieszczęściem tchnięta, mogła ogarniać finansa

małżeńskie, w takim nieładzie pozostawione?

No właśni, nie było możliwości.

Posłuchała mię, i jam skrzętnie na tym skorzystał.

Wyniosłem z dwora Waśniewskich srebra, lichtarze, kilka złotych bibelotów,

zegarek kieszonkowy i pierścień. Może siedem tysięcy rubli razem warte. Dwa

tysiące na plus, a to i po najlichlejszym kursie.

Tak się robi interesa, gdy czasy ciężkie.

Trza zarabiać.

Trza się bogacić.

Bo zanim Mesjasz zstąpi na ziemię i Królestwo Jego nastanie – ktoś musi tu

pilnować Jego rachunków.

Jam, Haim Rebe, prosty sługa Najwyższego jest, i robotę tę, najbrudniejszą,

poczynię w Imię Boże!

 

23 dnia miesiąca Adar 5623

(14 marca 1863 roku)

 

Cierpienie to dobra waluta.

Wracam właśnie z doma jednych paniszczy spod Bychawy, nu. Dwór ich ostał się

spalony, pan na włościach zabity gdzieś w lesie, syn poszedł do powstania – i

Szajtel wie, gdzie jest? – a matka z dwiema córkami siedziała w chacie bez drzwi.

Takie gruzowisko zastałem, gdym przyjechał. Cudone jeszcze, niby na pierwszy

rzut oka niewzruszone… a jednak już do grobu się słaniające…

Powiedziałem domowniczce, że dług po mężu wynosi trzy tysiące.

Kobiecina załkała.

– Panie Haim – zwodziła mię tymi pełnymi oczętami – my już nic nie mamy.

Ale miała.

Obrączkę po mężu, krzyżyk srebrny, krowę jedną i skrzynię z pościelą.

Wszystko poszło, może i siedem okrągłe uda mi się z tego wziąć, śmiało rachuję.

Zaczynam lubić tę powstańczą dolę, przyznaję – z żonami dłużników lepiej mi

rozmawiać, zwłaszcza w stanie ledwie co szaleństwa nie przekraczającym. Nie mają

głowy, nie potrafią liczyć, cenić…

Ach, Jahwe najmilszy, jakże piękne to życie!

Adam Kutrzeba – 3 tys.

Druga historia z tego dnia była jeszcze lepsza.

Pewien panicz, ranny po potyczce, przywlekł się do wsi pod Kraśnikiem. Leżał w

stodole i konał dwa dni. Gdy się dowiedziałem, kto to, przyjechałem zaraz.

Dług miał – cztery tysiące.

Nie mógł podpisać papieru, bo ręka strzaskana kulą kikut w zasadzie po sobie

jeno pozostawiła.

To przycisnąłem mu palec rozpołowiczony do atramentu i do księgi przyłożyłem.

Nazajutrz i tak już miał nie żyć, podług wszelkich lekarzy, tom nie kłopotał się o

zakażenia, czy jakiekolwiek uboczne skutki.

Ziemia jego przeszła na mnie w zastaw.

Takie to czasy.

 

Kazimierz Gruszka – 4 tys.

 

(…)

Mówią mię w twarz goje, żem okrutnik.

Żem krwiopijca.

A przeca to ja jedyny, co się na ich głupocie karmi?

To nie chłopstwo, co miało „jak jeden mąż z nimi stanąć”, teraz służy carowi i

powstańców wydaje?

Myślą Polaki, że prosty lud nie widzi podstępu panów?

Że krew swoją, i tak przetrzebioną, jeszcze raz za nich przeleje, choć

wystarczająco już zdradzon został?

Sam widziałem coś, co mnie rozśmieszyło bardziej niż Mosze w Purim, w sztok

pijany, a żonę swą – jak polski pan – wyklinający.

Było to bodaj po potyczce pod Fajsławicami, gdzie oddział powstańczy wpadł na

rosyjską kolumnę.

Jechałem powozem przez las.

Śnieg wiał świeży, niezbyt mocny na me szczęście, ale powietrze zimne

obłaskawiało mię jak nóż.

A na drodze – trupy, jeszcze przez wilki i kruki ich nieruszone.

Ale kmiecie już byli.

Szwendali się między ciałami jak handlarze na jarmarku.

Jeden zdjął buty.

Drugi płaszcz.

A trzeci… trzeci próbował zdjąć obrączkę.

Palec był spuchnięty, a zdobyczne – nie do ruszenia.

Więc chłop wyjął nóż.

I zabrał łup wraz z cuchnącym paluchem.

Alem to ja jest zły? Bo co, gorszy, bo obcy? Bo nieswój, bom z uczciwa się

dorabiam, a jak kmieć – okradać mogiły żem powinien?

Oj, głupie goje… głupie goje…

 

7 dnia miesiąca Nisan 5623

(27 marca 1863 roku)

 

Dzień wstał świeży.

Mróz lekki, słońce bladym się jawiło niczym chory bachor. Na strzechach lód skrzył

się jak szkło tłuczone, a konie parskały parą, jakby im z nozdrzy dym wychodził –

niby z karabinów carskich sołdatów!

Robota nagliła.

Coś czułem w kościach, że dziś dobro mię nad wyraz spotka.

Wylazłem z domu, w futro się owinąłem, księgę rachunkową pod pachę wsadziłem

i na wóz siadłem. Mordechaj zaprzągł konia i pojechaliśmy przez wieś. Wyjątkowo

wziąłem ze sobą swojego pierworodnego, nu – niech się uczy, jak ciężko zarabia się

na chleb, jak pracować dla Jahwe trzeba.

Ludzie patrzyli na nas, gdyśmy z Lublina wyjeżdżali, spode łbów.

Jedna baba splunęła w śnieg, jakem przejeżdżał.

Nie pierwszy raz.

Bo to od dziś wiadoma, że Polaki gardzą uczciwą pracą?

A dług to dług. Co mię, że zawzięli go, gdy moskalski mieli nóż na gardle?

Dziś do młynarza spod lasu jadę. Tysiąc winien, jeszcze po zeszłorocznej

pożyczce. Mówił, że odda po żniwach.

Nu, żniwa minęły… a rubli u mię brak.

Potem mówił, że odda po Bożym Narodzeniu, tym święcie gojskim pokracznym,

co se ustanowili, jak Proroka Jezusa za Mesjasza uznali…

Głupi bardziej oni, czy ja – bom grzecznie zgodził się poczekać?

A potem przyszło powstanie – ot, kolejna wymówka.

(…)

Koła skrzypiały na zmarzniętej drodze, aż nagle Mordechaj przystanął wpół drogi

do celu.

– Tatte… – mówi cicho. – Patrzcie no tam!

Podniosłem głowę.

Na skraju drogi, hen za wzgórzem, coś się ruszało.

Najpierw myślałem, że to chłopi z saniami…

…Ale powstańcy to byli.

Psotnicy.

W liczbie kilkunastu.

Szli szybko przez pola, w szarych płaszczach, z karabinami na ramionach. Jeden

niósł sztandar zwinięty na drzewcu. Inny miał czapkę z orłem, aż błyszczącym w

oddali… pewno nie było to srebro byle jakie, uznałem, ciekaw, czy…

Nu, zol zayn (Pal licho) , nie chcę mieć nic wspólnego z tymi rozrabiakami!

Serce mi się na chwilę ścisnęło jak pięść, gdy nas uwidzieli.

Bo z Polaki to nigdy nie wiadomo.

Jedni pieniądze biorą i jadą dalej.

Drudzy krzyczą, że Żyd carowi służy.

A trzeci…

Trzeci potrafią człowieka powiesić na pierwszej gruszy.

Oddział schodził właśnie ku wsi.

Nie wydawali się zainteresowani starym Żydziskiem.

Jeszcze mogli przejść obok.

Albo skręcić ku drodze.

Zacisnąłem palce na księdze rachunkowej.

W niej zapisane było wszystko: kto winien, ile winien i kto jeszcze zapłaci…

…A kto już nie.

– Jedź – powiedziałem do Mordechaja.

Koń ruszył powoli.

Powstańcy byli coraz bliżej.

I nagle pomyślałem jedną rzecz.

Może pierwszy raz od dawna.

Że długi… długami…

…Ale czasem rachunki zbiera ktoś inny…

(…)

O, Jahwe, dzięki Ci, że te wrzody na rzyci Miłościwie Nam Panującego nie uznali

nas za cenny łup. Może ju się nachapali? – po pyskach obmierzłych nic nie szło

ustalić. Nu, nie wiedziałem, czym zasłużyłem se na tę „łaskę niemożebną”, że nas

nie okradli czy nie powiesili… ale lach shayne i do roboty!

Gnaliśmy przez knieje, bom uznał, że po wizycie w młynie należa nam pod

Lubartów jechać. Z krańca Lublina to niedługa droga, a cel nielichy, jakże smakowity i

kuszący w powstańczej zawierusze.

 

Weld Waldemar Przyborowski – 35 tys.

 

Toż zrobię ci ja z nadobnego pana na włościach bankruta – już na samą myśl mię,

nu, rozsadzało. Widział ju żem, jak rodzina, jak pachołki łkają, jak byliby gotowi

błagać, byle na litość mię wziąć.

A ja był stał nieugięcie i dokonywał swego dzieła, jak Stwórca, co potop zesłał na

grzeszników przed wieki.

A przecie dziwna rzecz była z panem Waldemarem.

Przyjmował mię zawsze potulnie, grzecznie. Głos miał cichy, ręce spokojne, choć

w oczach coś się tliło jak świeca w przeciągu. O pieniądze pytałem – nie zaprzeczał,

że mamy należność. Winę przyjmował, zdawał się chcieć wyjść na zero. Oddać

jednak „nie mógł”, nie teraz.

Nie mówił czemu.

Cwany jestem, nie od dziś żyję między goje. Kto winien, ten zwykle krzyczy albo

klęczy. A ten – ani jedno, ani drugie.

Tej nocy przeto jeszcze zasadzkę nań poczyniłem.

Ciemno było jak w jamie, a ja za płotem jego ogrodu czatowałem. I widzę –

wychodzi pan Waldemar, płaszcz na ramiona, torba pod pachą. W drogę rusza. Ja za

nim jak cień.

Nie do karczmy poszedł. Nie do sąsiada.

Do starej stodoły na skraju wsi.

A tam – szept, ogień mały i chłopy w szarych kapotach. Jeden z bandażem na

ręce, drugi z karabinem. Szajtele, powstańcy chędożeni!

I widzę, jak pan Waldemar z torby pieniądze wyjmuje. Moją walutą operuje,

psubrat jeden! Ruble, talary, wszystko im daje. I na co? Na wojnę z umiłowanym

carem!

Krew mię wtedy zalała.

Bo nie dość, że mi nie płaci – to jeszcze na buntowników trwoni, jakby to jego były

pierwszej wody zobowiązania (czy jak tam Polaki między sobą mówią).

Nazajutrz jechałem już do urzędu, jeszcze nim pierwsze koguty chłopów budzić

poczęły, nim najwcześniejsze budziki zdążyły niegodziwie zbudzić posiadaczy.

Carscy oficjele słuchali mię pilnie.

I tak się stało, że nim południe minęło, przyszli sołdaty po pana Waldemara.

Wyprowadzili go z domu wraz z żoną i dziećmi. Stali wszyscy na ganku, bladzi, a

chłopiec najmłodszy płakał tak, że aż psy w obejściu wyły.

Patrzałem na to z drogi.

I pomyślałem tylko, że rachunek rachunkiem jest – a car wypłacił mi należne z

dużą nawiązką.

 

8 dnia miesiąca Nisan 5623

(28 marca 1863 roku)

 

Dzień zapowiadał się spokojny.

Słońce szło wysoko nad lasem, a droga była pusta. Ni wiatru, ni śniegu. Jechałem

sam, powóz wolno się kołysał, koń parskał leniwie. Myśli miałem lekkie, jak to bywa,

gdy interes już domknięty. Cieszał żem się z tej fortuny, co Miłościwy Władyka mię

przekazał za zasługi, ponad 50 tys. ich byli…

Wtem usłyszałem brzęk.

Cichy zrazu.

Jakby wiele monet o siebie się ocierało… i to między knieje, nu!

Stanął żem i nasłuchiwał źródła.

Brzęk znowu.

Zszedłem tedy z powozu i ku strumieniowi poszedłem, bo stamtąd dźwięk szedł.

Tam, na płytkiej wodzie, trzy ciała leżały, przez rybki z wolna objadane. Dwóch

żołnierzy carskich i jeden Polaszka w sukmanie. Strumień płynął powoli, a przy

każdym ruchu wody monety w ich kieszeniach pobrzękiwały.

Że też taka cichość moich uszu z drogi dobiegła…

Człowiek jest człowiekiem – pomyślałem, że jak się nagodziło, sprawdzę.

Ledwie jednak schyliłem się nad pierwszym trupem, gdy brzęk nagle urósł w hałas

taki, jakby całe skrzynie pieniędzy ktoś rozsypywał.

Odwróciłem się.

Za mną stało coś wielkiego, ludzkiego kształtu, lecz z rubli ulepione. Ramiona z

monet, pierś z monet, twarz z monet. A gdy się poruszało, tysiące krążków o siebie

dzwoniło.

Golem.

Z rubli wykuty!

Uciekłem, nim zdążył mię chwycić w mocarne ramiona.

Wolny był, tom chociaż w tym miał szczęście – i nie wydawał się gorliwie mię

gonić… choć żem nie oglądał się za siebie!

Nie pamiętam powrotu, tylko las mi migał przed oczami i ziemia spod nóg znikała.

Gdy wróciłem na ścieżkę – powozu nie było.

Konia nie było.

Ktoś musiał zabrać.

Ukradł!

Powstaniec moża jeszcze?!

A choć strata mię ubodła, pomyślałem sobie, że dobrze, iż wiele w nim chociaż nie

zostawiłem…

W głowie wciąż miałem ten dźwięk.

Ruble przesuwały się w myślach, układały w kształt potwora i znów się

rozsypywały.

Od tamtej pory każda moneta brzmiała mi inaczej.

W karczmie, na targu, w kieszeni kupca.

Gdy tylko usłyszałem szczęk srebra – serce ściskało się jak w imadle, bo zamiast

zysku doglądałem raczej, czy gdzieś za plecami nie stoi znowu on.

A bywało, że niemal czułem wrogą obecność.

Czy to kara była za pana Przyborowskiego?

Za to, że widziałem, jak go wyprowadzali z domu, aby nigdy doń nie wrócił?

Nie.

Niedorzeczność to, rzekam, nu!

Świat nie jest księgą rachunkową Boga.

A ja przecie tylko rachunek ludzki wyrównałem…

 

16 dnia miesiąca Nisan 5623

(5 kwietnia 1863 roku)

 

Wstałem przed świtem, kiedy jeszcze mroźne mgły leżały nad polami. Wydawało

mi się, że świat śpi, ale ja nie mogłem – serce pełne było nagromadzonych monet,

które niby w dłoniach dźwięczały spokojnie, a jednak szajtel azoy! (Niech to diabli!) – ich brzęk przeszywał ciszę i wypełniał moje myśli złowrogim głosem. Każda kolejna zdobyta

rublica była jak oddech demonów powstania, przypomnienie, że nic w tym triumfie

nie jest moje. Że Polaczki nie śmią mi dać niczego, bom sprytniejszy od nich!

 

Klemens Junosza – 1,2 tys.

Gerty Gerald Jasiński – 750

Jan Józef Gaz – 500

 

Tychże to, jakże lichych w porównaniu z ubiegłym łupem, udało mi się wycyckać.

Były łzy, były niewieście płakania, oczęta maślane, niby ciało mi oddające… i brzęki,

nie z sakw jednak wyciekające.

Postać wielka, może metra trzy osiągająca, zawsze czaiła się w oddali – niby

pomnik, którym sam se wybudował.

Bo to ja jedyny? – żaliłem się, niezdolen do cieszenia sukcesem. – Przeca cały

polski naród sam się zaprzedał i to zanim mię matka na świat wydała!

Milczał głucho, golem potwory, jeno przy ruchach dźwięk upiorny wydając. Nie

odważył żem się do niego podejść, więc…

Skoro na życie mi nie nastawał, jakoś żyć z nim musiałem?

Przechadzałem się wąskimi ścieżkami, przez lasy i zagajniki, czy sam pośród

gojów, którzy patrzyli na mnie podejrzliwie. A tam – w cieniu drzew, zgaszony wśród

mrozu, za ludem swemi sprawy pochłoniętym – stał i on, golem z monet. Zawsze!

Twarzy nie miał, lecz jego obecność była wyczuwalna jak napięcie powietrza przed

burzą. Patrzał na mnie nieruchomo, jakby czekał na odbiór długu, na to, by

przypomnieć, że wszystko, com zgromadził, jest pożyczone od świata, który nie

przebacza…

Nu, toć ci ja prosił żem o przebaczenie?!

Synkowie moi, córy czy żona – nie widzieli go nigdy, choć nieraz, choćby na

pustym polu wskazywałem potwora…

– Tatte, zima jest, chłopów nawet nie ma na polach – im słyszał w odpowiedzi, z

czasem coraz większym niepokojem obłaskawion.

Rozmawiałem z rabinem, błagałem w myślach o łaskę, modliłem się, choć słowa

drżały na języku. Nic nie działało. Golem był wszędzie i nigdzie, przypominając mi, że

moje trudy i oszustwa mogą zostać zniszczone w każdej chwili, i to nie przez

chędożone powstańce, a…

Far Got (Na Boga), przez co właściwie?!

 

17 dnia miesiąca Nisan 5623

(6 kwietnia 1863 roku)

 

Wstałem zanim wschód słońca złamał noc. Chyba często będzie mi się to

zdarzać, uznałem, bo sen z nocy na noc był tylko gorszy. Wypełzłem do powozu,

niby robak, zmęczony i nieruchliwy. Oporządziłem konia i udał żem się w drogę.

 

Mariusz Lotka – 200

 

Ot, takiego gagatka, piekarzynę pospolitego uwidziałem za cel.

Skręciłem do Lubartowa, a las był tak cichy, że słyszałem własne serca bicie.

Chciałem sprowokować golema – rzucałem w powietrze stare, zakurzone bluzgi,

podnosiłem głos, szeptałem w jidysz: „Bo, arur! Bo, arur! („Przybądź, przeklęty! Przybądź, przeklęty!)” – a mimo to cisza nie została przerwana. Czułem, że jest tuż obok, że patrzy, wstrzymuje oddech razem ze mną.

– Czego chcesz, demonie? – ryczałem, samemu się sobie dziwiąc, że po polsku. –

Po coś mię nawiedzasz?!

Nagle szelest przeszył powietrze, krzyki mię nawiedziły, świst broni zakrył

przestrzeń. Nie wiedziałem, alem tak głośny – prosił się sam o kłopota. Z krzaków

wyskoczyli powstańcy, ci cholerni… Polaki obmierzłe!

Jeden, wyższy od reszty, z zimnym spojrzeniem i przedstawił się.

– Jam jest Joachim Przyborowski, brat Waldemara.

Więcej w zasadzie mówić nie było potrzeby, a powód mojego zatrzymania – tylko

w oczach głupa byłby niejasnym.

Zaciągnęli mnie pod stare drzewo, jak drogowskaz ze ścieżki widoczne, a ich oczy

były jak ognie zimnej sprawiedliwości. Patrzałem, jak wyciągają z mojego

zapasowego powozu ruble i talary, które zdobyłem podstępnie, a których żem

odłożyć wczoraj nie znalazł siły. Kradli i źrebaka nowego a młodziutkiego, nawet

nieświadomego, że zmieniał właściciela gwałtem – się do mię przyzwyczaić nie

mógł!

Choć sam byłem złodziejem i zdrajcą w oczach świata, widziałem w tym ich gniew

za zbrodnie – za moje wojenne grzeszki, które wcisnęły mi na ręce worki pieniędzy.

Mogłem wrzeszczać, jęczeć, że mię biją, bom Żyd… a on jak swego traktowali,

swego, co nóż im w pleca cisnął.

W ostatnim zrywie usłyszałem ich głosy, wibrujące jak echo w lesie:

– Zdrajca! Carski wspólnik!

– Morderca!

Obaczyłem i sznur wiszący na gałęzi, jakby czekał na mnie od zawsze.

On też majaczył mię w oddali, golem złoty, cierpliwy… to ci był jego rachunek do

uregulowania?

Życie za życie?

Więcej doma nie wrócę, wiedziałem…

I za co? Za kilka srebrników, które myślałem, że mogę zgromadzić w ciszy, w

cieniu powstania? Fortuna w gabinecie czeka, a błahostka to teraz, fraszka – z

włoska gałązką zwana, ta? Czyż to nie ironiczne, że to właśnie na gałązce zaraz

zadyndam?

Jahwe najmilszy… nawet pieniądze nie dadzą spokoju, bo tam, gdzie była

chciwość, czaił się duch zemsty – niemy, ale zawsze obecny.

I on najdłużej oglądał, gdy uciekało ze mię życie, nawet kieda sędziowie i kaci

opuścili miejsce kary…

Stał jeno.

I brzęczał monetami…

…Tymi, których nigdy już nie wydam…

Koniec

Komentarze

Szuwarze, dlaczego tekst nie jest wyjustowany?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawy pomysł. Długo się zaczyna i spokojnie, ale warto przebrnąć.

Według mojej wiedzy, Żyd nie powiedziałby “Jahwe najmilszy” , po prostu nie wypada mu mówić do Boga po imieniu. Raczej “Adonaj” tj. Panie, i zapewne – nie “najmilszy”, lecz np. wielki, wspaniały. Ale – to tylko według mojej wiedzy, być może niepełnej.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Nowa Fantastyka