- Opowiadanie: Krzysztof Kapibara - Witamy w Lasku Małym

Witamy w Lasku Małym

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Witamy w Lasku Małym

I

 

„Lasek Mały, wszystko zostaje tu między nami” – głosiła tablica. Michał skrzywił się na widok niezbyt udanego rymu.

Siedział w fotelu już dwunastą godzinę, ostatni postój zrobili tylko przez problemy z pęcherzem siostry. Pas, chociaż luźno zapięty, nieustannie ocierał mu szyję.

Oczami wyobraźni zobaczył siebie w obłąkańczym szale – osuwa się na plecy, wierzga lub szarpie wszystkim, co wpadnie mu w ręce.

Łypnął na siedzącą obok Marysię. Siostra spała w foteliku, głową opierała się o ramię, a z otwartych ust sączyła się struga śliny.

Od ogłoszenia przeprowadzki ponure wizje nie dawały mu spokoju. Będzie musiał zapomnieć o wszystkich przywilejach cywilizowanych miast. Jego rozrywka prawdopodobnie ograniczy się do czytania książek i spotkań z lokalną młodzieżą. Oczywiście, o ile z kimkolwiek uda mu się wytrzymać.

Lasek Mały był ukrytą w puszczy wsią, całość składała się z zaledwie kilkudziesięciu domów ułożonych wokół dużego placu. Rodzina wyszła z auta. Michał przeciągnął się, a kręgosłup zaprotestował sztywnością. Pierwsze, co zrobiła Marysia, to zasygnalizowała mamie, że chce do toalety. Dziewczynka skakała z nogi na nogę, wygięła twarz w grymasie i nawet trochę się zaczerwieniła. 

Rodzice pobiegli do drzwi nowego domu, zostawiając chłopaka samego. Na miejscu panowała cisza, której wcześniej mógł doświadczyć tylko wczesnym rankiem, gdy większość świata jeszcze spała. Tutaj jednak był środek dnia. 

Rozejrzał się wokół. Wioska wyglądała jak z poprzedniego wieku. Kilku przechodniów – głównie stare kobiety – mierzyło go wzrokiem. Nie minie kilka godzin, a każdy w wiosce będzie znał ich rodzinę. 

Coś zwróciło jego uwagę. Ubrany w szmaty i łachmany mężczyzna z białą jak śnieg brodą siedział na ławce. U jego nogi spoczywał rząd szklanych butelek. Gibał się w tę i we w tę, nie odrywając wzroku od Michała, mamrotał pod nosem.

Pijaczyna podniósł ton, tak że każdy na ulicy mógł go usłyszeć. 

– Nie jesteście stąd. Nie stąd! – wykrzyczał chrapliwie.

Dreszcz przebiegł chłopakowi po karku. Cofnął się o krok, zawrócił i wbiegł do otwartego domu. Przekroczył próg, podłoga zaskrzypiała.

Wizja stojącego w ramie drzwi pijaka mignęła mu przed nosem. Powoli spojrzał za siebie. Pusto, zniknął. Nie było go ani w drzwiach, ani na ławce. Zamknął więc drzwi, dwukrotnie upewniając się, że są zablokowane.

Następnego dnia pijaczyna był martwy. Ciało mężczyzny leżało bezwładnie na ławce, jego twarz została rozszarpana przez ptactwo.

Marysia pierwsza to zobaczyła. Dziewczynka wyprzedziła rodziców, wybiegła radośnie z domu. Kilka sekund, a ciszę przerwały krzyk i szlochy.

Sama sołtys odwiedziła rodzinę. Złożyła nowoprzybyłym najszczersze przeprosiny za zaistniałą sytuację, popsioczyła trochę na pijaka. W ramach rekompensaty zaoferowała Marysi miejsce na organizowanym przez księdza z lokalnej parafii obozie letnim.

Nazajutrz pijak znowu siedział na ławce. Pod jego nogami walała się dwukrotność poprzednich butelek. 

Nikt. Nikt poza Michałem nie pamiętał, by ktokolwiek ostatnio umarł.

 

II

 

Michał przetarł mokre od potu czoło. Rodzice wygonili go z domu. Posłał gniewne spojrzenie w stronę jednego z okien, lecz nie doczekał się odpowiedzi.

Jak dotąd ograniczał wychodzenie na dwór. Nie chodziło tylko o zmartwychwstałego pijaka, to dawno temu uznał za zwid czy efekt przemęczenia.

Po prostu nie czuł takiej potrzeby; zobaczył raptem paru rówieśników, każdy bez wyjątku łaził i wyglądał jak skończony prostak. O czym miałby z nimi rozmawiać? 

Pogwizdując pod nosem, przechadzał się po kolejnych ulicach, posyłał przy tym niepewne spojrzenia w okolicę. 

Po drodze spotkał kilka osób, kiwał im głową, a oni się uśmiechali. Od razu zapominał o spotkaniu i truchtał dalej.

Dom zgubił kilka przecznic temu. Mógłby gdzieś przysiąść, a po godzinie czy dwóch wrócić ze smutną informacją, iż nie udało mu się spotkać nikogo ciekawego.

Dość szybko upatrzył sobie kąt. Jedno z drzew było wyraźnie większe od pozostałych, jego korona przerastała większość okolicznych domów. Idealnie.

Stanął w cieniu, plecami oparł się o gruby konar, tańcząca od powiewów wiatru trawa muskała jego kostki.

Wziął głęboki wdech i napełnił płuca powietrzem. Chociaż tlen nie ma smaku, odniósł wrażenie, jakby właśnie obudził w sobie nowe kubki smakowe.

Zaczął zamykać oczy. Zapadła ciemność. Stał tak, nie czekając na nic konkretnego. Sekundy i minuty zlały się dla niego w jedno, a on sam odpłynął błogo.

Może ta wieś nie jest taka zła?

– Hej – odezwał się nieznajomy głos, wyciągając chłopaka z transu.

Mrugnął kilka razy, bo mgła przed oczami była wyjątkowo uparta. Ukazała mu się nieznajoma dziewczyna, o nader osobliwym spojrzeniu. 

– Cześć. 

– Co tak siedzisz tutaj sam? – zapytała. 

– Odpoczywam. Odpoczywałem, znaczy się. 

Zbliżyła się i zajrzała mu w oczy.

– Ty jesteś tym nowym? Maja coś mi tam mówiła, że ktoś nowy się do nas wprowadził ostatnio. Ile już tutaj mieszkasz?

– Będzie jakieś dziesięć dni.

– Czemu o wszystkim zawsze muszę dowiadywać się ostatnia? – westchnęła, a w jej głosie pojawił się wyrzut i pretensja. – Zakładam, że jeszcze nie poznałeś się ze wszystkimi.

– W sumie to nie znam tu prawie nikogo.

Spróbował się uśmiechnąć, ale nic z tego nie wyszło.

– Świetnie! – krzyknęła z błyskiem w oku. – Może pokażę ci, co i jak, no wiesz.

– Byłoby miło.

– Dobra, najpierw pokażę ci…

– Czekaj – przerwał. – Jak masz na imię?

Na jej twarzy wystąpił rumieniec, po chwili zniknął i zastąpił go chytry uśmiech.

– O… – wykrztusiła z gardła – rzeczywiście. Wybacz, proszę. Na imię mam Flora, a ty? 

– Michał.

Flora zaczęła mówić, on jednak nic nie usłyszał, podążał wzrokiem za włosami, które odgarnęła za ucho. Słońce mocniej zabłysło, a one zalśniły w złotych pasmach.

 

III

 

Najgorszym przewinieniem dla lokalnej społeczności było nieoddanie pieniędzy za wzięte na krechę piwo. Miejscowi nie lubili też wciągać w swoje sprawy ludzi z zewnątrz. Bo, co taki mieszczanin będzie wiedział o ich życiu.  

„Nie jesteście stąd. Nie stąd”.

Michał stanął w miejscu, gdy Flora szła dalej.

– O co chodzi? Stało się coś? – zapytała.

„W Lasku Małym wszystko zostaje między nami”.

Pochyliła się i zlustrowała kompana. 

– Spokojnie. Są rzeczy, o których nie warto myśleć.

– Co? 

– Chodź. To zajmie tylko chwilę.

Złapała go za dłoń i pociągnęła. Dał się ponieść parę metrów, ostatecznie jednak zaparł się, na znak sprzeciwu. Obydwoje poczuli, jak atmosfera nabiera ciężaru.

– Nie wiem do końca, jak to wytłumaczyć – podjął niezgrabnie. – Proszę, nie uznaj mnie za wariata, ale gdy tutaj przyjechaliśmy, spotkałem jakiegoś menela… 

Flora położyła palec na jego ustach, skutecznie go uciszając.

– Nie tutaj.

Poprowadziła go na ubocze, stanęli pomiędzy dwoma domami. Flora opadła mu na pierś i przyszpiliła do ściany. 

– Są rzeczy, o których się tutaj nie mówi. Nie ma sensu, żebym teraz ci tłumaczyła. Jutro wszystko zrozumiesz. 

– Jutro?

Spróbował się odsunąć. Spojrzeć jej w twarz, upewnić się, czy nie jest ofiarą żartu.

Ona nie pozwoliła mu się jednak ruszyć. Zwiększyła nacisk i przytuliła, następnie bez ostrzeżenia musnęła ustami jego policzek.

Ciepło rozpłynęło się po całym jego ciele. Ramiona, dłonie, aż w końcu dotarło do klatki.

– Poczekaj do jutra. Dostaniesz nagrodę. 

– Tak… tak. Tak – odparł zawstydzony po chwili ciszy.

Wyszła z zaułka, gdy Michał wpatrywał się w nią tak, że można by to uznać za nieodpowiednie. Uczyniła lekki gest dłonią, zapraszając go do siebie. 

Wkroczył na teren głównego placu. Mieszkańcy wznosili stragany i namioty, na samym środku składane było coś na kształt wielkiego paleniska. Ludzie podchodzili i kawałek po kawałku wrzucali do kamiennego kręgu wszystko, co się pali.

– Po co to wszystko?

– Jutro organizujemy taki mały festiwal. Zobaczysz.

Wrócił wzrokiem do paleniska, które nie miało nic wspólnego z byciem małym.

Gdzie by nie spojrzał, widział szerokich jak dęby mężczyzn. Nosili stoły lub latarenki i ustawiali je w równych odstępach. Tymczasem kobiety w podeszłym wieku prowadziły zażarte dyskusje na tematy, których mógłby się tylko domyślać. 

Spostrzegł, że Flora zniknęła. 

Spoglądał to tu, to tam. Nic. Jeszcze raz dokładniej. Jest. Flora stała przy grupie dwóch chłopaków i dwóch dziewczyn. Rozmawiała roześmiana, gestykulując rękoma. 

Musiała poczuć jego spojrzenie, bo od razu obejrzała się przez ramię. Uśmiechnęła się zachęcająco, jakby posyłała mu ciche zaproszenie. 

Początkowo do grupy podszedł dość sztywno. Flora bez wątpienia była pięknością, ale ci, którzy ją otaczali, niekoniecznie.

Przedstawiła wszystkich. To Michał. A tu Zuzia, Halina, Bartek i Kazik.

Dalej stał wyprostowany jak żołnierz. Bartek klepnął go w plecy, Kazik skarcił kolegę. Halina przywitała się z grzecznością i elegancją prawdziwej damy. Zuzia tylko stała z boku, widocznie skrępowana. 

Flora wyszła przed swoich kolegów. Opadła Michałowi na klatkę. Odruchowo ją złapał, a ona wtuliła się w niego tak, jak wcześniej. 

Popatrzył w stronę nowo poznanej grupy, próbując jednocześnie zapanować nad zakłopotaniem. Bartkowi i Kazikowi zajście zdawało się imponować, Halina stała niewzruszona, a Zuzia uchyliła głowę tak, że włosy zasłoniły większość jej twarzy.

 

IV

 

Oparła się o drzewo. Trawa łaskotała jej stopy. Szum brzozowych liści został zagłuszony przez stukot serca. Powoli osunęła się na ziemię i zwinęła w kłębek.

– Marysiu – odezwał się przeciągle głos. – Twoi przyjaciele się o ciebie 

martwią. Nie rób im przykrości i wyjdź. 

Jęknęła, po czym od razu zakryła usta. Oślizgły szmer wybrzmiał zza jej pleców. Trzy, pięć metrów. Oby jak najdalej.

– Niegrzeczna. Wredna. Złośliwa.

Schowała zaczerwienioną twarz w udach. Nie spojrzy na to już więcej. Już nie.

Ohydne odgłosy nabierały na sile. 

Ścisnęło ją w żołądku. Chociaż nic nie widziała, była pewna. Znalazł ją.

Jego twarz została zasłonięta przez białą maskę. Cały czas krył się w półmroku, balansując na granicy cudzego spojrzenia. Pochylił się nad Marysią. 

Czuła obecność i bliskość, ale nic się nie działo. Stał tylko jak pająk nad złapaną w sieć muchą.

Kropla wody spadła z nieba i rozbiła się o ziemię, po niej kolejna i kolejna. Uniósł się zapach mokrej kory i ziemi.

Usłyszała kroki – dużo kroków – tłumione warstwą mokrych liści i rozpaćkanej ziemi. Uciekać? Nie zdążyłaby.

Inne dzieci podeszły do niej ruchem przypominającym nakręcane zabawki. 

W jednej chwili ruszyli na rozedrganą Marysię. Siłą położyli ją na ziemi, spętali ręce i nogi. W powietrzu uniósł się kłujący zapach siarki. Próbowała się wyrywać, szarpać. Nic z tego. 

Ledwo widząc, spostrzegła, jak do grona dołącza kolejna postać. Klęknęła przy niej i wyciągnęła ku niebu maskę. Ciepło szybko rozlało się po ciele Marysi, a świat zdał się dziwnie odległy.

– Kocham cię. 

– Ja ciebie też – odparła bezwiednie.

Wyskoczył z łóżka, stracił dech, zakaszlał. Myślał, że się udusi, w ostatniej chwili złapał jednak pół oddechu. Plecy miał spocone, a z oczu… płakał? Potrząsnął głową w nadziei na opamiętanie się. 

Marysia jest bezpieczna, jego siostra siedzi teraz na obozie letnim i pewnie jeszcze się nie obudziła. Nie trzeba było wczoraj myśleć o tym pijaczynie. 

Nie, gdy właśnie poznał najpiękniejszą dziewczynę w swoim życiu, a ona zaprosiła go do swojego domu. Nie trzeba było.

Oparł się o krawędź łóżka i pozwolił organizmowi wrócić do normy. Raz, dwa, trzy… liczył wdechy. Jego serce nie biło już tak intensywnie, rozprostował więc plecy i się rozciągnął. 

Jest bezpieczna.

 

V

 

Stał pod domem Flory, dzień chylił się ku końcowi. Stuknął grzecznie o drzwi.

Cisza. Odzew, coraz głośniejsze kroki nadchodziły z wewnątrz. Zawiasy ruszyły, drzwi zaskrzypiały. Flora przywitała go promiennym uśmiechem.

– Wejdź.

Wszedł posłusznie. Od razu uderzyła w niego kwiecista woń lawendy. Gardło mu się zwęziło, zakaszlał.

– Usiądź, a ja ogarnę coś do picia. – Wskazała palcem na wejście do jednego z pokoi.

Zniknęła za jego plecami. Obrócił głowę, lecz ona była już w innym pokoju. 

Spodziewał się, że zaproszony zostanie do salonu, tymczasem wskazany mu pokój najprawdopodobniej należał do niej.

Usiadł sztywno na łóżku. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, utkwił wzrok w podłodze. 

Dzisiejszy sen. Nie. Nie będzie o tym myślał.

Nie spostrzegł, gdy weszła do pokoju. W dłoniach trzymała butelkę słodkiego napoju i słone przekąski. Nikt się nie odezwał. Odstawiła jedzenie na ziemię i przysiadła obok niego. Dłoń miał zaciśniętą tak, że jeden z paznokci wbijał mu się w skórę. Spojrzał ukradkiem na Florę.

Wciąż nie do końca pewny otworzył usta, ale nie wydusił z siebie nic konkretnego. 

Dziewczyna patrzyła tylko za okno. Wtem zauważył, jak ciemno zrobiło się na zewnątrz.

Wyciągnął rękę, dopiero teraz zauważył, jak czerwona i wilgotna była. 

Dłoń spoczęła na barku dziewczyny, nie zareagowała. Szturchnął ją lekko, tak lekko, że bliżej było temu do głaskania.

W końcu, nie ruszając głową, musnęła go wzrokiem.

– No tak. Najmocniej przepraszam.

– Spoko. Znaczy się no… nie ma problemu. – Uśmiechnął się i wypuścił z ust trochę powietrza.

Zachichotała pod nosem, całkowicie obróciła głowę, jej oczy zalśniły. 

Nie mógł oderwać od niej wzroku. Była piękna.

Odsunęła się do tyłu. Chciał za nią podążyć, ale nakazała mu się nie ruszać.

Siedziała teraz za nim. Opierała się o jego plecy, jej usta niemal stykały się z jego uchem. 

– Wybacz. Pewnie jestem zbyt nachalna, prawda?

– Nie… skądże.

– Wiem, jak to wygląda. Pewnie myślisz, że kleje się do ciebie, bo czegoś chcę. Że jestem jakąś tanią laską.

– Nie mów tak, proszę.

– Nie wiem, jak to nazwać. Odkąd tylko cię zobaczyłam… chciałam. Nie. Pragnęłam, żebyś był mój. Żebyś był jednym z nas. Wiesz, nigdy wcześniej jeszcze nie byłam w związku.

– Ja też.

Wycofała się w głąb łóżka.

– Chodź tutaj.

Odwrócił się, a ona zachęcającym ruchem zbliżyła go do siebie.

– Obiecałam ci nagrodę, pamiętasz? – Chwyciła Michała za nadgarstek i poprowadziła dłoń tak, że ta spoczęła na jej piersi. – Czujesz coś?

Palce mu zadrżały, a nadgarstek zesztywniał. Nie powinien. Już odsuwał dłoń, ale coś mu nie pozwoliło.

– Czuję.

Nadal trzymała jego dłoń na piersi. Jej głowa powoli zbliżała się do twarzy chłopaka.

Ich usta były prawie złączone. Nie czekał. Sam zbliżył się do niej i zwieńczył moment.

 

VI

 

Wtem coś poczuł, uścisk. Nadgarstek trzymany przez Florę zapiekł. 

Nacisk nie malał – rósł. Skurcz przeszył jego ciało od dłoni do pleców. 

Flora nie reagowała, z każdą sekundą umacniała chwyt.

Jak złapane przez drapieżnika zwierzę wił się i szarpał, machał ręką w tę i we w tę. 

Spróbował się odsunąć, lecz Flora złapała go za głowę i znów przyciągnęła do swoich ust. 

W nagłym przypływie sił porwał się na tyle do tyłu, by rozerwać połączone wargi. 

Nie czekał. Z całej siły uderzył czołem o jej głowę. Jęknęła, a jej głowa trzasnęła o ścianę.

Zawirowało mu przed oczami. Upadł na ziemię. Jedynym, co do niego docierało, był nasilający się pisk, łzy zaczęły spływać po jego policzkach. Mamo! Tato!

– Wracaj! – rzuciła Flora.

Nie odpowiedział nic sensownego, jedynie majaczył. 

Przeciągnęła się od niechcenia, minęła go i schyliła do szafki. 

Pisk rósł. Stawał się coraz bardziej utrapiający. Nagle przestał. 

Michał podniósł się szybko z ziemi. Flora spojrzała na niego i wróciła do przeszukiwania zawartości szafy. 

Wybiegł z domu, jakby goniło go co najmniej dziesięciu zbirów. Zimna bryza przeszyła jego ciało, wypuścił oddech, a z jego ust wyleciała gęsta chmurka.

Cała wieś skąpana była w ciemności. Jedynym źródłem światła poza gwiazdami był unoszący się ponad wszystkie domy płomień. Główny plac. 

Musiał wrócić do domu. Nie. Wszyscy powinni być na placu, to tam musi iść. 

Na miejsce dotarł cały zdyszany. Flegma stanęła mu w przełyku, krztusił się przez chwilę, aż finalnie splunął na ziemię.

Wodził wzrokiem po okolicy, wypatrując krewnych. Zatrzymał się. Za gigantycznym płomieniem czaiła się postać. Snuła się i gibała nieznacznie jak czyhający wąż.

– Czemu uciekłeś? 

Zakuło go w złamanym nadgarstku.

– Nie podchodź do mnie!

Już otwierał usta, by krzyczeć. W ostatniej chwili spostrzegł, że wszyscy zebrani wpatrują się w niego.

Armia białych twarzy. Wszyscy stali nieruchomo jak posągi, ogień rzucał na ich maski pomarańczowy blask.

– Kocham cię.

– Odsuńcie się!

Tłum postąpił o krok, potem kolejny i kolejny. Każdemu ruchowi towarzyszyło głębokie tupnięcie. Okrążyli go.

– Michał – zabrzmiał znajomy głos.

Obejrzał się odruchowo. Marysia stała w tłumie, nawet mimo maski ją poznawał, zawsze by ją poznał.

– Błagam – mruknął pod nosem.

Tłum się nie zatrzymywał. Parę sekund i wszyscy zebrani chwycili go jak jeden mąż.

Leżał na ziemi, nawet się nie wił.

Flora stanęła nad jego głową, w ręce trzymała białą maskę. Schyliła się i przywdziała mu nową twarz.

– Ani jedno z moich słów nie było kłamstwem. 

Stargała noszoną przez chłopaka koszulę. Jej palce zanurzyły się w mięsie jego brzucha. Szarpnęła.

Na zabarwionej krwią ziemi spoczywało ciało Michała. Nie ruszał się, oddechu też mu brakowało. Każdy mógł teraz zobaczyć, co jeden z nowych mieszkańców miał w środku.

 

VII

 

Utulił i pożegnał siostrę, pozdrowił rodziców. 

Szedł po chodniku, wsłuchując się w szelest liści i świergot ptaków. Niedługo koniec wakacji. Nie martwił go fakt, iż nie będzie już mieć wolnego. Co to, to nie. Zastanawiał się, do jakiej klasy go przydzielą. 

Zmarszczył lekko brwi.

Jak dotąd każdą chwilę dnia starał się spędzać z Florą. Co się stanie, jeśli zostaną rozdzieleni? 

Będąc w połowie drogi, spostrzegł, jak jeden z jego sąsiadów – pan Maurycy – maluje pod oknem swego domu napis „Lasek Mały, wszystko zostaje tu między nami”. Uśmiechnął się, a ocierający czoło mężczyzna zrobił to samo.

Dotarł. Pierwsze, drugie – łącznie trzy stuknięcia, drzwi zaskrzypiały.

Flora przywitała go promiennym uśmiechem, a następnie rzuciła mu się w ramiona.

– Rodzice będą siedzieli do późna w urzędzie. Mamy czas dla siebie.

Objął ją w uścisku i przekroczył próg. Drzwi domu zatrzasnęły się, posyłając w okolicę huk.

Koniec
Nowa Fantastyka