- Opowiadanie: Silimaure - KPI: Sapiens. Raport z nielegalnej progresji

KPI: Sapiens. Raport z nielegalnej progresji

Kiedy patrzysz w nocne niebo, czujesz tę dziwną, kłującą pod mostkiem tęsknotę. Naukowcy nazywają to romantyzmem, poeci – nostalgią. Prawda jest jednak znacznie bardziej prozaiczna. KPI: „Sapiens”. Raport z nielegalnej progresji” to nie jest kolejna opowieść o dzielnych łowcach mamutów. To zapis największego przekrętu w historii tej galaktyki. To historia o tym, jak grupa znudzonych genetyków z systemu TRAPPIST-1e, szukając taniej biomasy i komórek macierzystych, założyła na trzeciej planecie od Słońca nielegalny folwark. Dostałeś gen mowy, bo chcieli, żeby obora sama się zarządzała. Dostałeś kciuk przeciwstawny, żebyś sprawniej pakował surowiec do kontenerów. Dostałeś nawet te nieszczęsne sny o lataniu, bo stażysta z działu projektowania nie domknął sesji w Twoim kodzie źródłowym.

Zapnijcie pasy. Oto raport z projektu, który miał być szybkim skokiem na kasę, a stał się galaktyczną katastrofą, którą dziś nazywamy ludzkością.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

KPI: Sapiens. Raport z nielegalnej progresji

Wszystko zaczęło się od egzystencjalnego kryzysu pewnego anonimowego pacjenta, który podczas wędkowania doznał olśnienia o skali międzygwiezdnej. Uznał, że uniwersum cierpi na deficyt dobrych łowisk. Zamiast jednak kupić lepszą wędkę, postanowił „zasiać” kosmos. Metodą wybitnie niskobudżetową zebrał zeskrobiny z przypadkowego krzaka i upchnął je w pożywce z rybiego łba, zamykając całość w skorupie z lodu, węgla i żelaza. Tak powstały pierwsze „Kapsuły Panspermii” – w zasadzie mrożone śmieci niosące w sobie potencjał „Boga”.

 

Jedna z tych biologicznych przesyłek kurierskich uderzyła w Trappista-1e. Tamtejsza biosfera, rozpieszczona brakiem jakichkolwiek katastrof, przyjęła ładunek z entuzjazmem. Dobór naturalny nie miał tam nic do roboty poza estetyką – kreował formy życia tak barwne i absurdalne, że przypominały halucynacje po przedawkowaniu gazu bagiennego. Ukoronowaniem tego procesu zostali Piraci z Trappista-1e. Rasa ta, nie znając pojęcia „selekcja”, opanowała napęd warp, zanim jeszcze nauczyła się przycinać paznokcie.

Miliard lat bezstresowej egzystencji zrobił swoje: zapis genetyczny stał się rzadki jak zupa w korporacyjnej stołówce. Najeźdźcy karleli, organy wewnętrzne przypominały zużytą gąbkę. Mieli technologię, która pozwalała skakać między słońcami, ale DNA rozpadało się od samego patrzenia w lustro. Kadra zarządzająca tkwiła w błędzie geometrycznym. Ubzdurali sobie, że biologia to projektowanie gwiezdnej matrycy – układanie eleganckich run w gałęziach Yggdrasila, gdzie wszystko pasuje z dokładnością do nanometra. Założyli, że odświeżenie korzeni przywróci stabilność systemu.

Pomyłka. Rzeczywista ewolucja to nie gwiezdne schematy, tylko zapasy w błocie z brudnym nożem w zębach. Przefiltrowany, poprawny kod najeźdźców przypominał bezsmakową papkę wywołującą biologiczną depresję. Zbyt sztuczne ciała zapominały, po co w ogóle trwać. Potrzebowali dzikiego, chaotycznego enzymu przetrwania – czegoś, czego nie wygeneruje żadna orbitalna drukarka 3D. Białka, którego nie wyhoduje się w sterylnej koronie drzewa kodów przy muzyce sfer. To musi uwarzyć się w rzezi, huku pękających kości i panice przed lodowcem wjeżdżającym do salonu. Szukali genetycznego bimbru pędzonego na starym kaloryferze – kopa stawiającego trupa na nogi, zamiast słodkawej, papkowatej macierzy Yggdrasila.

Złamali więc paragrafy Rady Galaktycznej i jakieś dwa miliony lat temu założyli nielegalny folwark na naszym globie. Przy dostępnej technologii – skok na trzecią planetę od Słońca przypominał wyjście do piwnicy po słoik ogórków. Ziemia stanowiła jednak przeciwieństwo cieplarni. Tutaj Matka Natura odgrywała rolę psychopatycznego trenera personalnego, co poniedziałek serwując ekosystemowi asteroidę albo wybuch superwulkanu, by sprawdzić, kto przetrwa. Wielkie gady zutylizował błąd nawigacyjny zbłąkanego kamienia, a ocalałe gatunki musiały ewoluować szybciej niż procesor w dniu premiery. W tym huku, kurzu i rzezi wyłonił się Homo habilis. Dla Genetyków z orbitalnej stacji badawczej stanowił objawienie. Żadna tam korona stworzenia – po prostu niezniszczalna biomasa. Małpa, która przetrwała wszystko, co przestrzeń miała najgorszego w zanadrzu. Jako jedyna w tej części galaktyki posiadała wystarczająco „twardy” fundament, by uratować tyłki gnijących bogów z Trappista-1e. Wystarczyło wziąć tę surową bryłę i… zoptymalizować pod kątem dostaw.

 

Dostrzeżenie tego właśnie gatunku, dwa miliony lat temu, załoga placówki uznała za czysty prezent od losu. Oferował to, czego pożądali najbardziej: witalność i zwierzęce przystosowanie. Operacja ruszyła natychmiast. Porwali 2000 sztuk i nafaszerowali nanitami. Asystenci entuzjastycznie splunęli na szalkę (tworząc tajemnicze 3% naszej matrycy), by zapobiec odrzuceniu przeszczepów. Następnie, w warunkach mikrograwitacji, przeprowadzili fuzję chromosomu 2 z dwóch mniejszych jednostek. Cel: kompatybilność z zewnętrznym interfejsem sterującym. Powstałą strukturę ustabilizowano, zatykając wewnętrzne centromery śmieciowymi białkami, co miało zabezpieczyć proces mejozy.

Przy okazji doszło do pierwszej awarii systemu. Technik sprzątający prysznice w kwaterach miał dość: odpływy wiecznie zapychały kłaki, w których gnieździła się inwazja kosmicznych mrówek. Zakradł się więc do centrum badawczego i radośnie „wyciął” gęste futro z instrukcji nowej wersji. Dzięki sabotażowi Adam stał się nagą małpą. To, co miało ułatwić życie sprzątaczowi, nieświadomie odpaliło procesy cywilizacyjne – pierwszy prototyp był zmuszony wynaleźć ubrania i opanować ogień, żeby nie zamarznąć przy pierwszej lepszej mżawce.

Zmutowane osobniki wypuszczono na Ziemię, tatuując na tyłkach napis: Homo erectus ver. 1.0, Made in Trappist-1e. Genetycy posprzątali próbki, umyli kubki po kawie i wrócili na podwieczorek do domu.

 

Adam i Ewa mieli trochę przechlapane – blokada genetyczna uniemożliwiła rozmnażanie z Homo habilis. Ewa posmutniała. Włochaty, przystojny i spokojny zbieracz, co ciągał za sobą kijek nad rzeką, choć atrakcyjny, stał się niedostępny. Opcja była jedna – Adam – wysoki, potężny prototyp, o dwa łby wyższy od Stefana znad rzeki.

Najeźdźcy potrzebowali wytrzymałych dawców, dlatego „produkt” dostał gęstsze kości i silniejsze przyczepy mięśniowe. Wgrane protokoły dominacji terytorialnej pozwalały mu skutecznie bronić „obory”, chroniąc zapasy komórek macierzystych przed drapieżnikami. Ewa się go bała, ”narzeczony” dzierżył kij prosto, wywijał nim i okładał Stefka. Nie było prostego wyjścia z matni, a zegar biologiczny tykał. Po roku powiła słodkie, nagie maleństwo: pierwszego Homo erectus z wolnego wybiegu. Ojciec, znakomity łowca, przerażał z patykiem w garści, zwłaszcza podczas polowań na tygrysa. Gdy drapieżnik stawał się historią, Ewa jako jedyna w stadzie wylegiwała się na miękkich skórach, hołubiąc synka.

Czas płynął. Populacja rosła w postępie geometrycznym. Silni, zdeterminowani, zoptymalizowani i cwańsi od kuzynów, opanowali najlepsze miejscówki z tygrysami i bananami na globie. Kobiety dawno zapomniały o Stefku; uwielbiały partnerów, wspólnie z nimi urządzając wyścigi po lwa czy gazelę. Wieczorami pochrumkiwały zalotnie i pieściły tłuste bobaski. Trwało to prawie milion lat. Milion cudownych, niezapomnianych lat w raju. 

 

800 tysięcy lat temu Piraci – wnukowie pierwotnych inżynierów – przybyli ponownie, by zakłócić sielankę. Produkt dojrzał, nadeszła pora na korporacyjny raport zysków i strat. Okazało się, że mózg Erectusa próżnował, a „pracownik” skupiał się na uganianiu za spódniczkami. Zarząd postawił sprawę jasno: albo cięcie (niekoniecznie budżetowe), albo eksterminacja.

Z dostępnej puli genetycznej wybrano około 2000–4000 najokazalszych i najmniej leniwych jednostek. W laboratoriach ruszyła intensywna obróbka. Powiększono puszkę mózgową do 1200 cm³ i zaimplementowano rozszerzone struktury korowe, niezbędne do obsługi protokołów Mores (kod społeczno-techniczny). Dodano szczyptę kreatywności, mnóstwo empatii i przyprawiono wstydem. Wtedy Adam i Ewa po raz pierwszy poczuli, że raportowanie nago przed prezesem jest „dziwne”. Choć technik od pryszniców usunął im futro milion lat wcześniej, dopiero nowy procesor pozwolił im przetworzyć pojęcie obciachu.

Mistrzowie, przy udanej implementacji skomplikowanych algorytmów społecznych (które zmusiły Adamów i Ewy do współpracy i planowania), nieświadomie dołożyli zdolność do kłamstwa i manipulacji – narzędzi niezbędnych w „korporacyjnej” strukturze stadnej. Erectus v. 2, przemianowany w bełkocie zarządu na Homo heidelbergensis, z powodu błędów raportowania za poprzedni okres rozliczeniowy, stał się jednostką wybitnie społeczną. To wtedy narodził się polityk, plotkarz i krawiec.

Najlepsze „okazy” starannie wyselekcjonowano i oczipowano. Gustowne klipsy, którymi Ewa chwaliła się kumpelom, to w rzeczywistości pasywne transpondery. Pozwalały genetykom z orbity szybko namierzyć jednostkę z upgrade’em 1200 cm³, gdy przychodziła się popluskać nad rzeką. Do dziś dziurkujemy sobie uszy i wieszamy błyskotki – atawistycznie tęskniąc za czasami, gdy pilnowali nas kosmiczni Mistrzowie.

Genetycy nie czekali na cud. Prowadzili selekcję negatywną. Jeśli Adam tłukł Ewę, klips nadawał sygnał o błędzie w kodzie (np. 404 – agresja wobec personelu labu), a osobnik po cichu znikał z puli. Dzień po zatrzymaniu pozwalano mu ruszyć w dzicz na polowanie… ku zachwytowi tygrysa, który otrzymywał darmową dostawę cateringu. Obiecujące mutacje – te z większą empatią i lepszą obsługą „Mores” – objęto ochroną. Taki Adam i Ewa przestali ulegać ciężkim urazom; umierali „na starość”, trzymając się za dłonie. Stanowili zbyt cenne prototypy, by skończyć w paszczy drapieżnika.

Idylla trwała, aż pewnego popołudnia Ewa, z wyraźnie naburmuszoną miną, wparowała do strefy skanowania przy rzece. Machała rękami w stronę nieba, żądając rozmowy z managerem. Uznała, że ciało jest absolutnie nieadekwatne do nowych standardów. Pokazywała na talię z taką pretensją, jakby kupiła wadliwy toster. Zażądała poprawek: węższej talii (żeby Adam miał za co złapać, gdy znów zacznie opowiadać te nudne historie o mamutach) oraz bioder o profilu „dojrzała brzoskwinia”. Argumentowała, że przy takim tempie wzrostu głowy noworodka – co stanowiło efekt uboczny upgrade’u procesora – obecny model miednicy to żart inżynierów. Genetycy uznali reklamację; w końcu klient, nawet jako prototyp, ma zawsze rację, zwłaszcza gdy głośno krzyczy. Poprawki naniesiono od ręki, wpisując w raport: Optymalizacja stabilności podwozia oraz poprawa walorów estetycznych na wniosek jednostki dominującej. Ewa wróciła do jaskini zadowolona, kręcąc nowymi biodrami tak, że Adamowi z wrażenia wypadł krzemień z ręki.

Skoro o poprawkach mowa, nie sposób pominąć największego skandalu biurowego w historii Trappist-1e: męskich sutków. To był klasyczny przypadek „kopiuj-wklej” w wykonaniu stażysty, który na trzecim roku studiów dorabiał w dziale projektowania ssaków. Młody, ambitny, ale skrajnie niewyspany uznał, że robienie dwóch osobnych szablonów klatki piersiowej to strata czasu. „Wrzucę im to samo, najwyżej się nie włączy” – pomyślał, ziewając nad klawiaturą. Kiedy główny inżynier zauważył, że Adam ma w pakiecie wyposażenie, które do niczego nie służy, projekt był już w fazie masowej produkcji na orbicie. Zmieniono tylko opis w dokumentacji na: Atrapy czujników temperatury (wersja dekoracyjna) i puszczono do realizacji, licząc na farta.

Ewa, oczywiście, zauważyła błąd od razu. Kiedy Adam prężył się przed nią po udanym polowaniu, patrzyła na te dwa zbędne guziki z mieszanką politowania i rozbawienia. Adam jednak, dzięki nowo nabytej korze przedczołowej, szybko dorobił do tego ideologię: twierdził, że to specjalne punkty orientacyjne do nawigacji w ciemnych jaskiniach.

Prawdziwy popis humoru Piraci dali przy projektowaniu mechanizmu porodu. Skoro Ewa wymusiła „brzoskwiniowe biodra”, genetycy w odwecie (lub ze zwykłego zmęczenia materiału) zostawili w kodzie błąd znany jako „Ewolucyjne Wąskie Gardło”. Powiększony mózg Heidelbergensis ledwo przeciskał się przez nową, stylową miednicę. Na korporacyjnym Slacku krążył wtedy mem: „User zażądał większego procesora i cieńszej obudowy jednocześnie. Powodzenia z instalacją!”. Ewa, zamiast rodzić w ciszy jak małpie kuzynki, wydawała dźwięki niosące się po całej dolinie Rift. Wtedy Adam wynalazł drugą najważniejszą rzecz po ogniu: „wychodzenie z jaskini, by sprawdzić, czy nie idzie tygrys”, gdy tylko zaczynały się skurcze.

Zmiany konstrukcyjne pozytywnie wpłynęły na populację. Adam przestał uganiać się za wszystkimi spódniczkami – miał „brzoskwinkę” w domu. Stał się przewidywalnym pracownikiem, skupionym na opiece nad potomstwem. Tłuszczyk pokrywający biodra Ewy stał się „powerbankiem” – sygnałem dla mózgu, że jednostka posiada nadmiar zasobów, a jej DNA pozostaje stabilne. Tak narodził się kanon piękna, czyli wizualna weryfikacja stanu akumulatorów.

Liczebność kolonii rosła, jednostki zdegenerowane zostały zjedzone, a Genetycy z czystym sumieniem, po dokładnym wyczyszczeniu laboratoriów z zalegających biologicznych odpadów powrócili na ojczystą planetę. Odpowiedni raport trafił do rąk mózgu operacji w Podziemnym Zakładzie Planowania Rodziny (PZPR).Uczestnikom tego nielegalnego kantu korporacyjnego przyznano nagrody za efektywność i zaangażowanie, rozdano roczne premie. Potem zaproszono ekipę „Projektu Erectus” na naradę.

Po firmowym lunchu hucznie świętującym sukces, przedstawiono Nowego Managera. Zaczął od walenia w stół.

– Jednowektorowa progresja to nieudolność! Erectus 3.0 jako nasza kopia? Iluzja! – grzmiał. Stół przetrwał, ale dotychczasowa wizja legła w gruzach. Zapadła grobowa cisza. Genetycy, dumni ze stabilnego v.2, nerwowo miętosili kubki po kawie.

– Słuchajcie, ekipa – zaczął Nowy, poprawiając krawat z ciekłego światła. – Jeden, choćby nie wiadomo jak, wyspecjalizowany „produkt” to marnowanie budżetu. Koniec z pojedynczym profilem. Ziemia to nie sanatorium, to poligon! Rozsiewamy zasoby po skrajnych środowiskach. Musimy sprawdzić, który wariant wyprodukuje najwięcej komórek macierzystych w najkrótszym czasie. Tak zaczęła się Środkowoplejstoceńska Rewolucja – brutalny audyt, który nauka nazwie później genetycznym wyścigiem zbrojeń.

 

Światła orbitalnych laboratoriów znów zaczęły emitować fotony w pustkę. Dobudowano 3 kolejne moduły orbitalne. Transportowce z surowcami z księżyca sunęły przez przestrzeń bezustannie – jak duchy. (dlatego nam księżyc dzwoni do dziś) Ekipy budowlane ścigały się z czasem przez całą dobę, czując, że lada moment polecą głowy, albo Rada Galaktyczna zrobi im z dupy jesień średniowiecza za bezprawną progresję i pobieranie tkanek.

To była jazda po krawędzi. Infrastrukturę techniczną maskowano polami zanikowymi, a każdy fragment tkanki ewidencjonowano jako „odpad biologiczny”, by w razie kontroli udawać legalne sprzątanie po archaicznym projekcie „Panspermia”. Manager zauważył, że pasywne transpondery (kolczyki) to za mało. Aby jednostki same się nadzorowały i szybciej „pozyskiwały surowiec”, potrzebowały sprawnego kanału komunikacji.

– Koniec ze stukaniem się po klipsach i tym irytującym małpim chrząkaniem! To ma gadać! – krzyknął Nowy. – Wgrywamy pakiet językowy.

 

Wdrożono modyfikację o gen FOXP2. To nie był prezent dla Adama i Ewy, lecz system operacyjny do wydawania poleceń wewnątrz „obory”. Jednostki miały same się organizować, planować dyżury przy ogniu i raportować o zagrożeniach – zwłaszcza tych z orbity – oszczędzając cenny czas genetyków z Trappista-1e. Nikt nie przewidział, że wgranie interfejsu głosowego zadziała jak systemowy jailbreak. Terminy goniły; beztroski update z pominięciem procedur testowych zaowocował katastrofą. Żaden skok cywilizacyjny – po prostu awaria, której nikt nie odważył się zgłosić do Zarządu.

Zamiast suchego raportowania o stanie pogłowia, Adam i Ewa zaczęli szkolić młodych. Wbijali w puste mózgownice, które jagody można zjadać a które fundują darmowy przelot w zaświaty bez biletu powrotnego. Zamiast ostrzegać przed tygrysem szablozębnym, Adam nadawał, że Kazik z sąsiedniej doliny „ma za dużą maczugę i na pewno rekompensuje nią inne braki”. Odkrył też, że podłożenie nogi Stefanowi niosącemu ciężki kamień jest „śmieszne”. Kod nie przewidywał funkcji “rozrywka kosztem innych”, więc system nie wiedział, jak raportować anomalie. W logach labu pojawiały się wpisy: „Jednostka 001 wydaje dziwne serie dźwięków (ha-ha) po upadku jednostki 002. Prawdopodobna awaria synaps”. Ewa, zamiast meldować o ciąży, zaczęła wymyślać imiona dla chmur i twierdzić, że księżyc to oko jej prababci. Wykrzykiwała w stronę orbity, że oświetlenie nocne jest za mocne, a błękit nieba gryzie się z jej nową skórą z lwa.

Genetycy siedzieli w sterylnych modułach, drapali się po głowach i patrzyli na wykresy. Widzieli Adama uczącego młode, jak pokazywać środkowy palec w stronę gwiazd, gdy tylko skaner mignie na czerwono. Przy ognisku stada wymieniały dane o tym, który z Mistrzów to „miękka faja”, a nawet układały o personelu labu mało pochlebne pieśni, rymując „Trappist” z najgorszymi przekleństwami w narzeczu heidelberskim. Po konsumpcji sfermentowanych owoców Ewa zażądała dostaw świeżych błyskotek, a Adam próbował reklamować brak WiFi, wymachując w stronę orbity nadgryzionym udźcem gazeli.

W efekcie, zamiast zoptymalizowanej obory, najeźdźcy dostali międzygwiezdne reality show z elementami dramatu psychologicznego. Projekt „Sapiens” przestał być inwestycją. Stał się najdroższym i najbardziej irytującym błędem w historii korporacji Trappist-1e.

 

By zapobiec masowym buntom i strajkom, kolejne prototypy z „Darem Mowy” rozsiano po planecie, tworząc regionalne warianty o skrajnie różnych specyfikacjach. .

Linia 3.1 (Model Heavy Duty) – Homo neanderthalensis został wysłany prosto do europejskiej zamrażarki. Postawiono na masę i bezawaryjność. „Po co im kreatywność? Niech mają mięśnie, beczkowate klaty i naturalną izolację. Mają przetrwać w lodówce i nie narzekać na brak słońca!” – grzmiał Nowy.

Linia 3.2 (Model Mikro) – Homo floresiensis: gdy logistyka doniosła o brakach paliwa (jedzenia) na wyspach, kierownictwo zażądało skalowania w dół. „Przeskalować prototyp do metra! Mniejszy model to mniejszy koszt utrzymania magazynu i niższe zapotrzebowanie na kalorie. Nazwijcie ich 'Hobbitami' w dokumentacji”.

Linia 3.3 (Model Wysokościowy) – Homo denisova wyekspediowano w mroźne góry Azji. Dostali upgrade krwi, by mogli oddychać rzadkim powietrzem tam, gdzie inne modele dostawały zadyszki i psuły statystyki.

Kierownictwo nie zamierzało czekać. Wprowadzono rygorystyczne KPI. Jeśli dana kolonia przez dziesięć pokoleń tłukła te same pięściaki, Nowy zarządzał restart. Te momenty, w których archeolodzy przecierają oczy ze zdumienia, widząc nagłe znikanie całych grup ludzi, to nie ewolucja – to był twardy reset systemu po niezaliczeniu kwartalnego raportu. Ziemia stała się areną battle royale, zoptymalizowanym procesem do destylacji komórek, a Piraci z orbity obstawiali zakłady: „Czy silny śnieżny zje sprytnego chudzielca, zanim ten wymyśli łuk?”.

Faza „wrogiego przejęcia” zaczęła się niespodziewanie. Nowy Manager, popijając syntetyczną kawę, zauważył, że linia 3.1 jest zbyt kosztowna, a 3.2 nieskalowalna. Jego wzrok padł na Linię 3.0 – Model Homo sapiens agresywny startup z Afryki. Genetycy, chcąc mu się przypodobać, wgrali w podstawkę ukrytą funkcję: Hiper-Socjalizację 2.0.

Około 60 tysięcy lat temu Homo Sapiens zerwał się ze smyczy. Wyposażony w pakiet językowy i zdolność do tworzenia abstrakcyjnych mitów, przestał widzieć w innych grupach zagrożenie, a zaczął dostrzegać partnerów biznesowych. Genetycy szukali biomasy, tymczasem niechcący wynaleźli globalną korporację.

– Patrzcie na nich! – krzyknął analityk od sortowania komórek. – Oni nie walczą, oni handlują! Wymieniają muszelki na krzemień, jakby grali na giełdzie!

Neandertalczycy, siedzący w swoich jaskiniach, byli jak stare, rodzinne firmy – solidni, silni, ale operujący tylko w lokalnym ekosystemie. Sapiens był inny. Gdy jedna grupa wpadała w kłopoty, dziesięć innych przesyłało wsparcie i „know-how”. Spotkanie linii 3.1 i 3.0 na Bliskim Wschodzie nie stało się krwawą wojną, jakiej spodziewali się najeźdźcy. Była to fuzja. Sapiens, z całym wdziękiem „nagiej małpy” i bajerą genu FOXP2, ver 1.1 uwiódł model pancerny. Neandertalki patrzyły na wygadanych przybyszów z południa, myśląc: „Może i chudy, ale jak pięknie opowiada o gwiazdach!”. Doszło do wymiany kodów źródłowych. Genetycy z przerażeniem patrzyli, jak ich „czyste linie produktowe” zaczynają się swobodnie mieszać. Bilans był nieubłagany: Neandertalczyk, potrzebujący 5000 kcal dziennie, przestał być rentowny. Sapiens przeżywał na garści orzechów i opowieściach o przodkach. Linię 3.1 powoli wygaszono przez absorpcję.

Wtedy stało się coś, czego Nowy Manager nie przewidział w żadnym arkuszu Excela. Adam i Ewa, zamiast potulnie produkować komórki macierzyste, zaczęli używać swojej kreatywności do hakowania klipsów.

– Panie Managerze – zameldował Technik – oni malują w jaskiniach. Mówią, że klipsy to „głosy bogów”. Budują ołtarze!

Nowy Manager uderzył w stół tak mocno, że pękł blat z ciemnej materii.

– Ołtarze?! Mają dostarczać DNA, a nie tworzyć teologię!

– Może być gorzej… – dukał przerażony asystent. – Na wizerunkach dorysowali nam rogi i wielkie zęby. A obok układają paleniska… I wyglądają na głodnych.

Ludzie odkryli, że mogą kłamać, tworzyć sztukę i wierzyć w rzeczy, których nie ma. Zrozumieli, że nawet bogów da się zjeść. Kierownictwo wydało nakaz natychmiastowego zamknięcia projektu.

– Czyścimy logi panowie! Pakować sprzęt, palić twarde dyski!

To była najbrutalniejsza część historii. W stronę Trappista-1e odpłynęły kontenery-chłodnie wypełnione ludzką tkanką. A według legend Indian Hopi, gdy Pierwszy Świat stracił doskonałość, z nieba spadł ogień.

To nie był epicki koniec świata z podniosłą muzyką w tle. To było zwykłe, brutalne sprzątanie magazynu przed przeprowadzką. Manager z Trappista-1e, wychodząc z orbitalnego biura, rzucił tylko przez ramię: „Zdezynfekujcie to, zanim Rada Galaktyczna dobije do portu”. I jakiś technik, pewnie ten sam, co wcześniej „wyciął” nam futro, odpalił Tobę jak zwykłą zapalniczkę. Po prostu pstryknął, a Sumatra zamieniła się w gigantyczny komin, przez dekadę plujący popiołem prosto w słońce.

Piraci patrzyli na pożar „obory” bez grama żalu. Dla nich Sapiens stanowił tylko wadliwy arkusz w Excelu, który należało skasować. Mieli gdzieś, że Adam nauczył się strugać kciukiem figurki, a Ewa zaczęła nadawać imiona chmurkom. „Błąd w kodzie, brak rentowności” – tak pewnie brzmiał ostatni wpis w logach. Odlecieli, zostawiając za sobą czarny, lodowaty glob, przekonani, że w „wąskim gardle” udusi się każdy, kto ma czelność nazywać się człowiekiem.

 

***

No i co? I nic. Przeżyliśmy.

To nie był cud. Kilka tysięcy sztuk, które przetrwało „dezynfekcję”, to nie kapłani ani królowie – to byli najbardziej wredni, wytrzymali i cyniczni gracze, jakich ta galaktyka widziała. Czysty upór biomasy, której w pośpiechu wgrano za dużo danych. Siedzieli w głębokich jaskiniach, jedli korzonki, kradli mięso hienom i – co najważniejsze – cały czas rozmawiali. O przetrwaniu i o tym, co zrobią tym (niecenzuralne), gdy tamci wrócą.

Kiedy pył w końcu osiadł, Adam wyszedł z dziury, otrzepał resztki wulkanicznego syfu z ramion i spojrzał w górę. Nie płakał za Mistrzami. Wymownie pokazał niebu międzynarodowy znak pokoju, po czym mocniej ścisnął maczugę nowym, precyzyjnym kciukiem. Mruknął tylko do Ewy: „Teraz urządzimy to po swojemu”.

 

Zostaliśmy sami na tym poligonie, z fuzją chromosomu 2 i dziwnym kolczykiem w uchu, gotowi budować miasta na zgliszczach ich nieudanego eksperymentu. Projekt się nie skończył. Projekt właśnie przeszedł na samofinansowanie.

 

 

* KPI (Key Performance Indicators) Kluczowe Wskaźniki Efektywności.

* TRAPPIST-1e to skalista egzoplaneta krążąca wokół ultrachłodnego czerwonego karła TRAPPIST-1, oddalona od Ziemi o około 39 lat świetlnych

* Know-how – zasób specyficznej, praktycznej i poufnej wiedzy technicznej lub organizacyjnej, która nie jest powszechnie znana i daje przewagę nad konkurencją.

Koniec

Komentarze

Silimaure, to jest taki piękny odjazd, że momentami człowiek nie wie, czy jeszcze czyta opowiadanie, czy już korporacyjny raport pisany po trzech energetykach i załamaniu nerwowym. Pomysł masz naprawdę świetny.

https://www.wattpad.com/story/406199428-chadowy-pamiętnik

Witaj. :)

Gratuluję Ci debiutu i zachęcam do zerknięcia w dział Publicystyka, gdzie znajdują się – pomocne całej naszej Społeczności – PORADNIKI, w tym: Drakainy – dla Nowicjuszy, a także językowe, ortograficzne, dialogowe, interpunkcyjne, myślowe itd. :)

 

Sprawy techniczne i nasuwające się podczas czytania sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Niestety, miliard lat bezstresowego życia zrobił swoje: ich kod genetyczny stał się rzadki jak zupa w korporacyjnej stołówce. Piraci karleli, a ich organy wewnętrzne zaczęły przypominać zużytą gąbkę. Napęd warp pozwalał im skakać między słońcami, ale co z tego, skoro ich własne DNA rozpadało się od samego patrzenia w lustro. – powtórzenia/nadmiar zaimków?

Przy ich technologii skok na trzecią planetę od Słońca był jak wyjście do piwnicy po słoik ogórków. Ziemia była jednak przeciwieństwem ich cieplarni. – tu też?

A następnie – ustabilizowano powstały chromosom zatykając mu śmieciowymi białkami wewnętrzne centromery (przecinek?) by zabezpieczyć” mejozę. – cudzysłów nie ma początku?

Ewa wróciła do jaskini zadowolona, kręcąc nowymi biodrami tak, że Adamowi aż wypadł z wrażenia krzemień z ręki”. – i tu także?

„Skoro już przy poprawkach jesteśmy, nie sposób pominąć największego skandalu biurowego w historii TRAPPIST-1e. Chodzi o męskie sutki. To był klasyczny przypadek 'kopiuj-wklej' wykonany przez stażystę, który na trzecim roku studiów genetycznych dorabiał w dziale projektowania ssaków. – a tu z kolei cudzysłów nie ma zakończenia?

To właśnie wtedy Adam wynalazł drugą najważniejszą rzecz po ogniu: „wychodzenie z jaskini pod pretekstem sprawdzenia, czy nie idzie tygrys”, gdy tylko zaczynały się skurcze”. – tu też pomyłki z cudzysłowami?

I choć technik od pryszniców usunął im futro już milion lat wcześniej (przecinek?) dopiero nowy procesor pozwolił im przetworzyć pojęcie obciachu. – powtórzenie?

Erectus v. 2, przemianowanego w bełkocie korporacyjnym na Homo heidelbergensis, z powodu błędów raportowania za poprzedni okres rozliczeniowy, stał się jednostką wybitnie społeczną. To wtedy narodził się polityk, plotkarz i krawiec. – tu posypała się składnia i – czy na pewno tyle wyrazów ma być kursywą?

Jeśli Adam tłukł Ewę, klips nadawał sygnał o błędzie w kodzie (np. (brak spacji?) 404 – agresja wobec personelu labu) i osobnik po cichu znikał z puli genetycznej.

Zażądała poprawek w projekcie: węższej talii (żeby Adam miał za co złapać, gdy znów zacznie jej opowiadać te swoje nudne historie o łapaniu mamutów) oraz bioder o profilu 'dojrzała brzoskwinia'. – powtórzenie?

Argumentowała, że przy takim tempie wzrostu głowy noworodka – co było efektem ubocznym tego całego 'upgrade’u procesora' – obecny model miednicy to jakiś żart inżynierów. – powtórzenie/nadmiar zaimków?

W korporacyjnym Slacku Piratów krążył wtedy mem: User zażądał większego procesora i cieńszej obudowy jednocześnie. Powodzenia z instalacją!. – zbędna kropka po wykrzykniku?

– Słuchajcie, ekipa – zaczął Nowy, poprawiając krawat z ciekłego światła. – Ta wasza „jednostajna progresja” to marnowanie budżetu. Koniec z jednym wektorem. Ziemia to nie sanatorium, to poligon! Rozsiewamy zasoby po skrajnych środowiskach. Musimy sprawdzić, który wariant wyprodukuje najwięcej komórek macierzystych w najkrótszym czasie. Tak zaczęła się Środkowoplejstoceńska Rewolucja – brutalny audyt, który nauka nazwie później genetycznym wyścigiem zbrojeń. – błędny zapis dialogu?

Transportowce z surowcami z księżyca sunęły przez przestrzeń bezustannie – jak duchy. (dlatego nam księżyc dzwoni do dziś) Wewnątrz bazy ekipy budowlane ścigały się z czasem przez całą dobę. – błędnie postawiona w środku kropka?

Czuli, ze jeszcze chwila i polecą głowy, albo Rada Galaktyczna zrobi im z dupy jesień średniowiecza za nielegalną progresję i pobieranie tkanek. – literówka?; może wyrażenie dać w cudzysłów lub kursywą?

Linia 3.2 (Model Mikro) – Homo floresiensis: Gdy logistyka doniosła o brakach paliwa (jedzenia) na wyspach, kierownictwo zażądało skalowania w dół. – czy celowo po dwukropku jest wielka litera?; czemu tu dwukropek, skoro wcześniej przy neandertalczyku był myślnik, a to dalsze wymienianie?

„Przeskalować prototyp do 100 cm! Mniejszy model to mniejszy koszt utrzymania magazynu i niższe zapotrzebowanie na kalorie. Nazwijcie ich 'Hobbitami' w dokumentacji”. – błędny zapis wypowiedzi bohatera?

Neandertalczycy, siedzący w swoich jaskiniach, byli jak stare, rodzinne firmy – solidni, silni, ale operujący tylko w obrębie swojej doliny. – powtórzenie?

– Może być gorzej… – dukał przerażony asystent. – Na tych wizerunkach to My mamy rogi i wielkie zęby. – ten wyraz trzeba uwypuklić inaczej, bo to błąd ortograficzny?

 

Ogólnie sporo jest rozmaitych form czasownika „być”, stojących niedaleko siebie i też niepotrzebnie powielających błędy stylistyczne, np.:

Przy ich technologii skok na trzecią planetę od Słońca był jak wyjście do piwnicy po słoik ogórków. Ziemia była jednak przeciwieństwem ich cieplarni. Tutaj Matka Ewolucja była psychopatycznym trenerem personalnym, który co poniedziałek spuszczał na planetę asteroidę albo wybuch superwulkanu, tylko po to, by sprawdzić, kto przeżyje.(…)

Dla Piratów z ich orbitalnym labem habilis był objawieniem. Nie był koroną stworzenia – był po prostu niezniszczalną biomasą. Małpą, która przeżyła wszystko, co wszechświat miał najgorszego do zaoferowania. Była to jedyna rzecz w tej części galaktyki, która miała wystarczająco „twardy” kod, by uratować tyłki gnijących bogów z Trappista. (…)

Kolejnego dnia po zatrzymaniu pozwalano mu ruszyć w dzicz na polowanie… a tygrys był zachwycony darmową dostawą cateringu . Obiecujące mutacje – te z większą empatią i lepszą obsługą „Mores” – były chronione. Taki Adam i Ewa nagle przestali ulegać ciężkim urazom i umierali „na starość”, trzymając się za dłonie. Byli zbyt cennymi prototypami. (…)

To była jazda po krawędzi. Cała infrastruktura wokółziemska była maskowana polami zanikowymi. Każdy pobrany fragment tkanki był ewidencjonowany jako „odpad biologiczny”, by w razie kontroli udawać legalne sprzątanie po dawnym projekcie „Panspermia”. (…)

Neandertalczycy, siedzący w swoich jaskiniach, byli jak stare, rodzinne firmy – solidni, silni, ale operujący tylko w obrębie swojej doliny. Sapiens był inny.

 

 

Wyraz „G/genetycy” zapisujesz dwojako, co niepotrzebnie tworzy dodatkowe błędy ortograficzne i rzeczowe (prawie 20!), bo Czytelnik nie wie, jak ostatecznie chcesz to słowo zapisać, np.:

Liczebność kolonii zaczęła rosnąć, jednostki zdegenerowane zostały zjedzone, a Genetycy z czystym sumieniem, po wyczyszczeniu laboratoriów z zalegających biologicznych odpadów powrócili na ojczystą planetę.

Dotychczasowi genetycy, dumni ze swojego stabilnego Erectusa v.2, nerwowo miętosili w dłoniach kubki po kawie.

Jednostki miały się same organizować, planować dyżury przy ogniu i raportować o zagrożeniach – zwłaszcza tych z orbity – oszczędzając cenny czas genetyków z Trappista.

 

Skróty, stosowane w tekście (np. „KPI”, „TRAPPIST-1e”), dobrze jest na początku rozstrzygnąć/rozwinąć/wyjaśnić, ewentualnie podać je w słowiczku, dołączonym do opka (np. przypis na końcu) czy Przedmowy, aby Czytelnik miał jasność, czego dotyczą.

 

Nareszcie wiemy, czemu Adam musiał nosić listek figowy. :))

 

Bez wątpienia jest tu dużo humoru, zaskakującej pomysłowości, przeplatania mnóstwa zdarzeń, nazw, szybkich zwrotów akcji oraz zachowań bohaterów, natomiast w ogólnym odczuciu mam wrażenie przeczytania jedynie streszczenia większej powieści SF, do której napisania gorąco Cię zachęcam. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)  

Pecunia non olet

No ! Nareszcie doczekałem się czegoś wysokich lotów. Jest pomysł, jest (lekko zakamuflowana) wiedza, jest humor. Szkoda, że trzeba tu przeczytać dziesiątki … hmmm … , żeby wreszcie trafić na taką perełkę.

 I wiele rzeczy z historii ludzkości mi to wyjaśniło… ;) Podoba mi się się taki rodzaj poczucia humoru, więc za to ocena 5*. Pozdrawiam!

Serdecznie dziękuje za wszystkie komentarze – postaram się jak najszybciej poprawić błędy techniczne w stylistyce.

Opowiadanie miało być w zamyśle skróconym raportem z przesłuchania “Pirata z Trappista-1e”. Może wydawać się krótkie i niewystarczające. Atrakcyjność krótkiej formy daje spójną, gęstą narrację. W przypadku kilkunastu (powtarzalnych w większości) rozdziałów efekt padnie. Rozciąganie tej historii na kilkanaście rozdziałów zabiłoby efekt, dynamikę i lekkość; opisy akcji w laboratorium czy radosne pochrumkiwanie w jaskiniach byłyby powtarzalne i nudne. Nikt nie potrzebuje kolejnego klona „Walki o ogień”.

W historii Erectus/Sapiens istnieją co najmniej cztery skoki ewolucyjne, których oficjalna nauka nie potrafi wyjaśnić lub które świadomie przemilcza. Zamiast silić się na suchy opis procedur, który mógłby sparaliżować odbiorcę, w protokół wpleciono wtrącenia o „brzoskwince” czy „szykowaniu kotła”. Ten absurdalny humor to warstwa ochronna – lekkość narracji ma neutralizować przerażenie. Gdyby zestawić twarde fakty z moją “teorią” o technologii z Trappista, “prawda” o pochodzeniu gatunku stałaby się dla czytelnika przygnębiająca.

Oryginalny pomysł.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Wyłamię się i nie dołączę do grona usatysfakcjonowanych czytelników, bo choć doceniam osobliwy pomysł, to lektura mocno mnie znużyła i raczej nic nie zdołało mnie rozbawić. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka