
– Gdyby nie te kajdany z dwimerytu, już dawno zrobiłbym porządek z tym towarzystwem, ech, jak ja nienawidzę przenikania światów! – biadolił Gandalf.
– Myślę, że wiem, jak ci pomóc – odezwała się jedna z Alicji i ukradkiem odchyliła wieczko małego pudełka. Z wnętrza pomachała do nich kolejna, miniaturowa Alicja, po czym, wyposażona w szpilkę, wpełzła przez dziurkę od klucza do mechanizmu zamykającego kajdany czarodzieja.
– Pętla czasowa, wszystko przez pęknięty zegarek Białego Królika – wyjaśniła krótko bohaterka, dostrzegłszy uniesione zdziwieniem brwi Gandalfa. – Mam tylko nadzieję, że jak już pomogę ci się uwolnić, nie znikniesz w chmurze dymu jak wędrowny sztukmistrz i nie zostawisz mnie tu samej na pastwę tych szkaradztw, nieprawdaż?
Gdy białe króliki były zajęte przejmowaniem panowania nad Statkiem Fruwającym Jefferson, kilkaset sążni poniżej mury fortecy drżały od okrzyków. Ulicami toczyła się z wolna furmanka, na której siedział Gandalf, spoglądając z góry na rozwrzeszczanych goblinów, orków oraz trolli, a wraz z nim trzy panienki w niebieskich sukienkach i z czarnymi opaskami na włosach, również usiłujące spoglądać z góry, chociaż miały po temu mniejsze możliwości. Wóz stanął na placu. Czekał tam Pan Gąsienica, ssący nieodłączną fajkę, w towarzystwie doborowego oddziału orków, ze szczególnym uwzględnieniem zwalistego, kosookiego dowódcy, który popatrywał to na więźniów, to na honorowe miejsce, gdzie chwiało się lekko zbite naprędce podwyższenie. Na jego znak podwładni zwlekli pasażerów z furmanki i pchnęli ich przed oblicza person oficjalnych.
– Zgodnie z wolą… khe, khe! – Pan Gąsienica zaniósł się kaszlem od oparów fajkowego ziela. – Zgodnie z wolą Jaśnie Oświeconego Saurona Kier obecne tu Alicje, w liczbie trzech, oraz Gandalf Biały zostają skazani na śmierć… przez ścięcie!
– Ściąć ich! – ryknął entuzjastycznie tłum orków.
– Niedoczekanie wasze! – Gandalf dobył miecza o rękojeści zwieńczonej główką białego królika, lecz kiedy wszyscy zaczęli się na niego gapić, wyzionął z fajki potężny kłąb dymu o duszącym zapachu i już go nie było.
– Khe, khe!… Zaraza… – wydusił starszy sierżant Hubrggog, kiedy oszałamiające działanie fajkowego ziela ustąpiło. – No, na czym żeśmy to stanęli?
– Ile jeszcze będziemy czekać na egzekucję, to nieludzkie! – poskarżyły się Alicje.
– Hehe, prawda, nieludzkie! – zarechotał Hubrggog. – Cierpliwości, prawda, przywoływanie Białego Nazgula trochę potrwa, prawda, ale to prawdziwy król katów!
– A właśnie że nie nieprawda, i pewnie żaden z niego król, tylko jakiś biały królik! – przedrzeźniły go Alicje.
Bluźnierstwo było tak okrutne, że najbliższy skazanych Alicji ork zemdlał, a reszcie zwiędły uszy i opadły szczęki, w tym jedna dosłownie.
– W ramach, prawda, poprawy morale, prawda! – huknął dowódca orkowego oddziału, Hubrggog. Podwładni, nie śmiejąc mierzyć wzrokiem jego, chwiejnej platformy zbitej z desek (na której wyraźnie było widać klapę do szubienicy, ale rusztowanie świeciło absencją) ani furmanki zaprzężonej w szkieletowo-mechanicznego konia, wlepili spojrzenia zaropiałych oczu w obcego orka, który trzymał się skromnie z boku. Nie miał broni. Taszczył za to sporą skrzynkę wymalowaną w białe króliki, z której wystawały nieznane wojakom Mordoru narzędzia.. Na skinienie dowódcy obcy wbiegł na podwyższenie, postawił swoje pudło i wydobył z niego sękaty patyk oraz kapelusz, który wyciągnął przed siebie jak żebrak miskę.
Ork prestidigitator triumfalnym gestem wyciągnął białego królika z bynajmniej nie białego, kiedyś spiczastego, ale zdefasonowanego i pokrytego zaciekami niezidentyfikowanych płynów kapelusza.
– Panie, kto pana uczył sztuki? – zapytał królik, wyraźnie oburzony. – To boli, nie należy łapać za uszy, tylko za skórę na karku!
Zgromadzeni wojacy popatrzyli niepewnie najpierw po sobie, a potem na starszego sierżanta Hubrggoga.
– Jeżeli to rozumny królik – dowódca przeprowadzał proste wnioskowania zupełnie szybko jak na orka – i znaleźliśmy go w kapeluszu czarodzieja, to może znaczyć, że go szukał i teleportował się z namiaru na fant, a to znaczy, że…
Alicje stały z boku, gdy niepozorny biały królik tłukł tuzin orków, wywijając mieczem tak zaciekle, jakby zamiast krwi płynęła w nim czysta energia boga Duracella. Wreszcie wymieniły spojrzenia i z okrzykiem na ustach wpadły między cuchnące cielska żołnierzy Saurona, rąbiąc, tnąc i pchając klingami, aż pole bitwy ucichło, a kamienie pod ich stopami spłynęły brunatną posoką.
– Znajdźmy już wreszcie tego Gandalfa, zanim sobie do reszty stępię nożyk na tych zakutych łbach – warknęła pierwsza Alicja i kopnęła truchło orka.
– Uszy całe? – zachichotała druga, spoglądając na przyjaciela.
– Nie potrzebowałem waszej pomocy – mruknął królik i wytarł zakrawione ostrze w futerko.
Biały królik popatrzył z niesmakiem na rozlewającą się po kamieniach krew. Z natury był pacyfistą, ale Jaśnie Oświecony Sauron Kier wybrał go do tak morderczej misji, w której, swoją drogą, sam zleceniodawca chyba poważnie się pogubił. Królik odczuwał dyskomfort, lecz nie zamierzał oceniać – zwłaszcza skorego do autodestrukcji stwórcy – choć może powinien?
Podniósł wzrok i poprawił rozbite w bitwie okulary. Niestety nie pomogło, skutek walki nadal był widoczny – stały przed nim dwie uzbrojone we wszystkie moce wyobraźni Alicje.
– Załóżmy, że znajdziemy tego Gandalfa, ale jak niby podskoczysz Sauronowi, maleńka? – wychrypiał biały królik głosem wciąż niepewnym, aczkolwiek zdradzającym chęć powrotu do rzeczywistości.
– Zjemy ciasteczka i zadepczemy go – odpowiedziały chórem Alicje.
– Nie wszystkie na raz, i bez tego łeb mi pęka. No i jak, na uszy i wąsy, mam was tam zabrać?
W odpowiedzi każda Alicja wyciągnęła buteleczkę z napisem “wypij mnie”.
W pogoni za Barlogiem, Gandalf zapuścił się w ciemne podziemia Morii. Potwór już dawno zniknął w krętych korytarzach, a czarodziej nadal się po nich błąkał.
Nagle czerwone oko łypnęło na niego z góry, drugie zasłonięte było opaską jak u pirata, stworzenie miało na głowie kowbojski kapelusz.
– Kot w butach? – zapytał czarodziej i podparł się laską.
– Nie, kufa, Alicja – prychnął niewyraźnie biały królik i wyciągnął szluga. – Jedziesz, czy pierdolisz?
Podmuch wiatru przyniósł zapach wilgoci i landrynek. Gandalf puścił uszy białego króliczka i przytrzymał chwiejący się na czaszce kapelutek. Zwierzątko opadło jak puszek, a przy lądowaniu pisnęło ze wzburzeniem.
– Ty dziadu! – zaszczebiotało piskliwym głosikiem.
– Co mówiłaś mała, paskudna dziewczynko? – Gandalf zamrugał oczyma, jakby jakby dopiero zauważył gromadzące się wokoło postaci. – I dlaczego są was dwie?
– To twój koniec, Gandalfie Biały, spotkasz się z przeznaczeniem tu i teraz!
– Łypiesz ciągle tym okiem większym od stodoły – ziewnęła – a nie odróżniasz nawet maga od Alicji.
– Właśnie – potwierdziła druga Alicja.
– I trzeba było wypatrywać białego królika, nie Gandalfa! – dopowiedziały chórem pozostałe Alicje. – Ale teraz jest już za późno i za wcześnie zarazem, więc giń, Sauronie!