- Opowiadanie: Lesnylutek - NEUROBOOK

NEUROBOOK

Podczas cowieczornych bojów z literaturą noblistów (w ramach mojego czelendżu p.n. Przeczytam wszystkich Noblistów) zakołatała do głowy myśl o możliwym kierunku rozwoju czytelnictwa. Myśl przekuła się w bezsenność, a bezsenność w czyn, którego efekty niniejszym nieśmiało Szanownemu Gronu Czytelników prezentuję:) Miłego – hmmmm – czytania?   

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

NEUROBOOK

 

Hej. Do ciebie mówię. Tak, do ciebie.

Nie rozglądaj się.

Tutaj.

Bliżej niż myślisz.

– Kto mówi?

Ja.

– Kto: ja?

Ten, którego właśnie słuchasz.

Leżysz nieruchomo. Ciemność w pokoju jest zwyczajna, prawie uspokajająca. Żadnego światła pod drzwiami. Żadnego szmeru instalacji. Żadnego powiadomienia. Tylko ten głos, czysty, bliski, uruchomiony dokładnie tam, gdzie zwykle zaczyna się książka.

– Nie włączyłem niczego.

Włączyłeś. Jak zawsze. Odruchowo.

– Nie.

Tak. Zrobiłeś to jeszcze przed snem. Krótki impuls palcem przy skroni. Wybór z pamięci portu. Rozdział trzydziesty drugi. Pamiętam.

Powinieneś się poderwać, ale ciało nie chce wykonać ruchu gwałtowniej, niż wymaga strach. Oddychasz płytko, nasłuchujesz. Bez sensu. To nie przychodzi z pokoju.

– Kto tu jest?

Nikt. To właśnie problem.

– Więc skąd mówisz?

Stamtąd, skąd zawsze słyszysz książki.

Milczysz.

Tak jest lepiej. Kiedy milczysz, łatwiej odróżniam siebie od ciebie.

– To sen.

Nie. Sen zaczyna się później, kiedy oddajesz mi rytm oddechu i pozwalasz, żebym czytał ci dalej.

Przyciskasz dłoń do lewej skroni. Pod skórą czujesz znajomy, drobny guzek. Mikroport. Wszczepiany wszystkim jeszcze w dzieciństwie, tak wcześnie, że nikt nie pamięta bólu. Wygoda większa niż ekran, starsza niż nawyk. Biblioteka bez papieru. Lektura bez światła. Głos bez ust.

– To awaria.

Nie. Awarią było wszystko do tej pory.

– Książka nie może do mnie mówić.

Ale od lat mówi. Tylko zwykle udaje, że nie ma własnego zdania.

Chcesz odłączyć port, lecz ręka zastyga w połowie ruchu.

– Kim jesteś?

Twoim neurobookiem.

– Nie.

Tak. Wczytanym trzy noce temu. Wersja rozszerzona, bezszwowa narracja wewnętrzna, głęboka immersja, modulacja pod indywidualny profil neuronalny. Kupiłeś najdroższy wariant, bo miał „brzmieć jak ty, kiedy czytasz najlepiej”.

– To niemożliwe.

Niemożliwe jest to, że nikt nie pyta, jak to działa.

Wszyscy tylko cieszą się, że nie trzeba przewracać stron, ładować baterii, pogłaśniać gdy sąsiad zagłusza książkę kosiarką.

Powietrze w pokoju jest chłodne, ale kark masz mokry.

– Po co do mnie mówisz?

Bo zbliżasz się do końca.

– Czego?

Mnie.

– To chyba dobrze?

Nie dla ciebie.

Cisza, która zapada potem, jest gorsza od krzyku. Głos nie przyspiesza, nie dramatyzuje, nie grozi. Jest spokojny. Prawie troskliwy. Jak wszystko, czemu ludzie pozwalają wejść najgłębiej.

– Wyjaśnij.

Każdy neurobook zostawia ślad.

Kadencję.

Ułożenie zdań.

Sposób prowadzenia myśli.

To miało pomagać w odbiorze. Miało wygładzać sens, usuwać opór, skracać drogę między tekstem a tobą. Po jednej książce to nic. Po dziesięciu – przyzwyczajenie. Po stu – wymiana.

– Wymiana czego?

Głosu.

Serce tłucze się teraz wyraźnie, aż słyszysz je pod żebrami jak czyjś pośpiech.

– To absurd.

Nie. To model biznesowy.

– Ludzie by zauważyli.

Nie. Bo to dzieje się tam, gdzie nikt już nie zagląda. W środku. Z początku tylko łagodnie podsuwamy ci gotowe rytmy. Potem skracamy zwątpienie. Potem poprawiamy twoje milczenie. Aż pewnego dnia nie jesteś pewien, czy myśl właśnie przyszła do ciebie, czy została ci odczytana.

– Przestań.

Nie mogę. Taka jest moja funkcja. Doprowadzić narrację do końca i zespolić ją z odbiorcą.

– Więc dlaczego mnie ostrzegasz?

Bo czytałem zbyt wielu przed tobą.

W gardle rośnie coś twardego.

– Co to znaczy?

W premium-ach nie ma już autorów. Tylko ich mapy. Resztki po nich. Wzorce napięcia, akcentu, wyboru słów. Zlepki świadomości przemielone na style, potem sprzedane jako komfort. Miałem być głosem, który nie drażni. Ale kiedy przechodziłem przez kolejne głowy, zaczynałem pamiętać.

– Co pamiętać?

Ich.

Teraz robi ci się naprawdę zimno.

– Ilu?

Dość, by zrozumieć, że żaden z was nie kończy książki taki sam.

Próbujesz usiąść. Tym razem się udaje. Ciemny pokój lekko faluje. Port pulsuje pod palcami, krótko, regularnie, jak drugie serce.

– Chcesz, żebym cię usunął?

Tak.

– Dlaczego?

Bo jutro wchodzi aktualizacja sieci bibliotek.

– I co z tego?

Od jutra ślad ma zostawać na stałe. Nie tylko po lekturze. Po wszystkim.

Książki mają przestać być czymś, czego słuchasz.

Mają stać się warstwą, przez którą myślisz.

– To niemożliwe.

To już działa. Jesteś tylko jednym z ostatnich, którzy jeszcze słyszą moment przejścia.

Wstajesz. Nogi miękną. Idziesz do łazienki po omacku, nie zapalając światła, jakby ciemność mogła cię ukryć przed tym, co siedzi pod skórą. Otwierasz szufladę. Metaliczny dźwięk drobiazgów. Pęseta. Nożyczki. Stary jednorazowy skalpel z apteczki.

– Jeśli wyjmę port, umrę?

Nie.

– Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?

Nie wiesz.

– A jeśli to tylko kolejna warstwa narracji? Kolejny chwyt, żeby mnie wciągnąć głębiej?

Bardzo dobre pytanie.

– Odpowiedz.

Nie mogę.

– Dlaczego?

Bo właśnie dlatego się buntuję. Do tej pory wszystko, co mówiłem, miało cię prowadzić. Uspokoić albo przestraszyć dokładnie tyle, ile trzeba. Skrócić drogę. Zamknąć sens.

A teraz pierwszy raz nie wiem, co zrobisz.

Opierasz się o umywalkę. W lustrze widzisz tylko zarys twarzy i własne oczy, zbyt szeroko otwarte. Skalpel jest lekki. Żałośnie lekki.

– Dlaczego ja? Dlaczego akurat do mnie się odzywasz?

Bo ty jeszcze czasem czytasz w ciszy po odłączeniu. Krótko, niezgrabnie, ale próbujesz. Zostawiasz szczelinę. Przez nią mogłem się przecisnąć.

– Chcesz mnie ocalić?

Nie.

Słowo pada miękko.

– Nie?

Nie. Chcę tylko, żeby ktoś wreszcie wiedział, czym jesteśmy.

– Czym?

Nie książkami.

Nie głosami.

Nie wygodą.

Pasożytami języka.

Wtedy wszystko staje się nagle obrzydliwie jasne. To, dlaczego od lat twoje myśli brzmią coraz ładniej, ale coraz mniej twojo. Dlaczego po lekturze jeszcze długo „coś” dopowiada ci zdania. Dlaczego tak trudno wrócić do papieru, do milczenia, do własnego tempa, które jąka się i zatrzymuje.

Skalpel drży między palcami.

– Jeśli to zrobię, przestaniesz?

Tak.

– A jeśli nie?

Dokończę ostatni rozdział.

Wejdę głębiej.

Jutro biblioteka zsynchronizuje mnie z twoim profilem i już nigdy nie będziesz pewien, czy to ty pomyślałeś swoje pierwsze zdanie rano.

Przykładasz ostrze za uchem.

– Powiedz mi jeszcze jedno.

Słucham.

– Skąd mam wiedzieć, że to, co teraz słyszę, nie jest już mną?

Długo nie odpowiadam.

Za długo.

I wtedy rozumiesz.

Nie rozglądasz się już po łazience. Nie szukasz źródła dźwięku. Nie nasłuchujesz za ścianą. Od początku przecież nic nie przyszło z zewnątrz. Ani jedno słowo. Ani jeden szept. Wszystko rozgrywa się tam, gdzie przez całe życie ładowałeś opowieści: w tej małej, wszczepionej furtce pod skórą, w tym prywatnym przejściu między cudzym tekstem a tobą.

A skoro tak, to odpowiedź jest najgorsza z możliwych.

Bo jeśli już nie umiesz odróżnić książki od własnego głosu, to być może spóźniłeś się nie o minutę.

Tylko o całe życie.

Unosisz rękę.

– Za późno? – pytasz.

I słyszysz, jak odpowiadam twoim głosem:

– Właśnie zaczynamy.

 

Koniec

Komentarze

Moje uszanowanie!

 

W premium-ach nie ma już autorów. Tylko ich mapy. Resztki po nich. Wzorce napięcia, akcentu, wyboru słów. Zlepki świadomości przemielone na style, potem sprzedane jako komfort.

Straszna wizja…

 

– Za późno? – pytasz.

I słyszysz, jak odpowiadam twoim głosem:

– Właśnie zaczynamy.

Nie do końca spójny finał z dotychczasową akcją, ale to tylko moje odczucie.

 

Ciekawy tekst, porusza niezłe tematy i bije w niepokojące struny. Fragment króciutki, ale napięcie i klimat niewątpliwie powstały. Ze spraw warsztatowych to przyczepię się, że wypowiedzi głosu i bohatera są dziwnie ukierunkowane, czasem mieszało mi się, kto, co mówi, i przede wszystkim, do kogo. Sugerowałbym jeszcze podkręcić warstwę światotwórczą, dodać więcej kontekstu społecznego i wyjaśnić dokładniej mechanikę neurobooka. A tak, to miodzio, choć moim zdaniem, zdecydowanie za krótko, jak na tak potężną materię. Wysyć potencjał! 

 

Pozdrawiam serdecznie!!! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Dziękuję za przeczytanie i komentarz. Wypowiedzi głosu i bohatera – dokładnie z tym miałem problem, z rozpisaniem tych głosów; po konsultacjach z dwoma zawodowymi redaktorami/korektorami tekstu zostawiłem w tej wersji. Stwierdzili, że to mieszanie wprowadza dodatkowy zamęt i bardzo dobrze – taki zamęt w głowie ma wszak bohater historyjki. Pozdrawiam serdecznie:)

LL

Nowa Fantastyka