- Opowiadanie: Mehiko - Trawnik

Trawnik

Tym razem coś krótszego o – nie do końca naturalnych – interakcjach człowieka z naturą...

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Trawnik

Część 1: Sąsiedzi

– Skaranie boskie z tymi dzikami! Znowu cały trawnik zryty! Grażyna, spójrz no tylko!

Janusz wyglądał przez okno i pienił się na widok trawnika, zdewastowanego po raz kolejny przez stado dzików. Niemal co noc ta sama historia. Nie miał już siły naprawiać ciągłych szkód.

– Mówiłam, żebyśmy kupili mieszkanie na Woli. Ale ty oczywiście musisz mieć rzekę w pobliżu. Ty i te twoje ryby!

– Dobrze wiesz, że wędkowanie mnie uspokaja.

– Raczej piwko z kumplami cię uspokaja. Każde wyjście nad Wisłę kończy się tak samo: popijawa w barze.

– Dwa piwka jeszcze nikomu nie zaszkodziły, a gdy Wodzu przyjeżdża z Ursusa, to już trzeba jakoś to uczcić.

– A mówiłeś, że z Saskiej Kępy?

– Na Saskiej to kiedyś mieszkał, a niedawno przeniósł się do Ursusa.

– Pewnie dzików tam nie ma?

– Ty znowu swoje!

– A znowu! W dodatku Wodzu wpada raz w roku, a ty z kumplami wędkujesz co sobota. A bywa, że i częściej.

Grażyna szykowała się do przypomnienia Januszowi ostatnich wyjść nad Wisłę, więc wolał szybko zmienić temat:

– A zauważyłaś – zapytał – że u Michalaka trawnik zawsze czysty?

– Psy mu nie brudzą? – spytała Grażyna.

– Nie o tym mówię. Dziki mu nigdy nie ryją.

– Widać trzyma sztamę z nimi.

– Prędzej trawę czymś pryska. Muszę go zapytać. – Janusz zapalił się do tej myśli.

– Ja bym raczej wystrzelała albo wywiozła z połowę dzików.

– Co?! Toż to zabójstwo! Nie słyszałaś, co w sejmie o tym mówili?

– Nie w sejmie, a w studiu i zaczęło się od redukcji pogłowia, o ile mnie pamięć nie myli.

Grażynę nigdy pamięć nie myliła, co do tego Janusz miał absolutną pewność.

– No, może się przesłyszałem – zgodził się. – Ale w każdym razie ktoś z posłów mówił o tym.

– Z posłanek? – podpowiedziała żona.

– Nie wdawajmy się w szczegóły! – Janusza zaczęła irytować ta rozmowa. – Ja tu dzieciom klaruję o ochronie przyrody i takie tam dyrdymały, więc muszę trzymać się wersji zabójstwa.

– O, proszę no jaśnie pana nauczyciela! Ochrona przyrody to dyrdymały? I na dziki pan narzeka?

Janusz widział, że tej rozmowy nie wygra. Grażyna zapędziła go w kozi róg. Jak zawsze. Pora na honorowy odwrót na z góry upatrzone pozycje.

– Dzik jest dziki, jakby powiedział Stefan, a trawnik to też część przyrody. Idę go uporządkować.

I zanim żona zdążyła go ustrzelić kolejną celną ripostą, wypadł z kuchni jak oparzony.

– Włóż kurtkę! – zdążyła krzyknąć za nim.

– Nie trzeba! Szybko się uwinę. – I już go nie było.

Zaledwie znalazł się przed blokiem, spotkał się z panem Tomkiem z sąsiedniej klatki. Pan Tomek był małomównym gościem i raczej nie odzywał się bez potrzeby. Tym razem jednak klął jak szewc, oglądając zrujnowany trawnik. Janusz jako ciało pedagogiczne udawał, że nie słyszy tych wszystkich wulgaryzmów, więc i my pozwolimy sobie je pominąć.

– O, dzień dobry, panie Tomaszu! Jak tam zdrowie?

– Jaki tam dobry, panie! Spójrz pan, co te cholerstwa narobiły!

– Ano widzę właśnie. Trzeba by to posprzątać.

– Ja się za to nie biorę. – Pan Tomek aż się wzdrygnął. – Właśnie wczoraj wszystko naprawiałem!

– Ani ja – zgodził się Janusz. – To co z tym zrobimy?

– Chodź pan do mnie.

Janusza zdziwiło to nieoczekiwane zaproszenie, ale że pan Tomek obrócił się bez słowa na pięcie i ruszył w stronę klatki, Janusz podążył za nim. W mieszkaniu pana Tomka był raz jeden, pomagając mu wtaszczyć lodówkę. Panował tu iście muzealny porządek. Strach było dotknąć czegokolwiek, aby nie skazić idealnej czystości. Wszystko tchnęło po trosze świętością, a po trosze szpitalem.

– Napijmy się! – zaordynował pan Tomek, wcale nie zważając na to, czy Janusz miał ochotę na drinka. Ponieważ jednak sięgnął po Grant`sa, Janusz nie zaoponował.

– Lodu?

– Poproszę.

Usiedli przy stoliku i zaczęli sączyć w milczeniu trunek. Janusz ledwo śmiał oddychać. Wreszcie pan Tomek przerwał ciszę:

– Ryją.

– A tak, ryją.

– Wszędzie?

– No pewnie!

– Nieprawda – pan Tomek spojrzał uważnie na Janusza, pierwszy raz odkąd się dziś spotkali. – U Michalaka czysto.

– To prawda – zgodził się Janusz.

Znów zapadła cisza. Janusz przypomniał sobie, że wszak sam mówił rano Grażynie o tym dziwnym fakcie. Trawniki przy całej ulicy były zryte, a tylko przed posesją Michalaka, jednego z ostatnich właścicieli domów jednorodzinnych, jacy się tu ostali, trawa rosła nienaruszona. Jakby dziki w ogóle jej nie widziały. A przecież także ta zachodnia strona ulicy, gdzie od Wisły ciągnęły się prywatne posesje, była dokładnie zryta i splądrowana przez dziki. Cała – oprócz trawnika Michalaka.

– To dziwne – rzekł do siebie Janusz.

– Słucham? – zainteresował się gospodarz.

– Dziwne, mówię – powiedział głośno Janusz – wszędzie, ale to wszędzie zryte do imentu, a Michalaka dziki się nie imają. Czarownik jaki czy co?

– Daj pan spokój! – żachnął się pan Tomek. – Pewnie oprysk jaki stosuje.

– I mi tak się widzi – zgodził się Janusz. – Sam o tym dziś żonie wspomniałem.

– Na pewno nocą to robi, żeby nikt nie widział. À propos, jak tam pańska małżonka?

– Dziękuję, świetnie. Robi tiramisu na bonitkach maczanych w kawie z kremem i ze smażonymi wiśniami. Wie pan, siostra z mężem przyjeżdża…

Janusz rozwinął dłuższą opowieść o rodzinnych upodobaniach kulinarnych swej siostry i tak się zapamiętał, że ani się spostrzegł, jak pan Tomek polał mu drugą kolejkę.

– Och, jest jeszcze wcześnie! – zaczął się bronić.

– Musimy to sprawdzić – rzekł pan Tomek.

– Co sprawdzić?

– Czym Michalak spryskuje trawnik. Mógłby się z nami podzielić tą informacją.

– To prawda, święta racja! Chodźmy go zapytać!

– Oszalałeś pan? – mina gospodarza mówiła sama za siebie. – On nie rozmawia z blokersami. To ostatni Mohikanin. Czasem zastanawiam się, czy to nie on te dziki tu sprowadza.

– Panie Tomku, no co pan? – tym razem Janusz zdębiał.

– Oto plan. – Niczym nie zrażony gospodarz spojrzał po raz drugi Januszowi w oczy. – Dziś w nocy, kiedy tylko wzejdzie księżyc…

 

Część 2: Zasadzka

W czasie, gdy Janusz z sąsiadem naradzali się nad sposobem odkrycia tajemnych machinacji Michalaka, a pani Grażyna wstawiała do lodówki pyszne ciasto, „ostatni Mohikanin” wyszedł na swój pięknie przystrzyżony i zadbany trawnik. Z troską rozejrzał się po ulicy, przypatrując się spustoszeniom dokonanym przez dziki. Po raz kolejny tej jesieni zniszczyły dokładnie wszystko oprócz jego trawnika. Nie mógł pojąć, dlaczego tak się dzieje. Ukłonił się z daleka Januszowi z bloku naprzeciwko, który przemykał z klatki do klatki.

– Dzień dobry, sąsiedzie! – krzyknął Michalak.

– A dzień dobry, dobry! – odkrzyknął Janusz i zagłębił się w korytarzu własnej klatki.

„Wygląda, jakby mnie nie zauważał” – pomyślał Michalak. Przywołał żonę i powiedział:

– Musimy to zrobić. Podjąłem decyzję.

– Na pewno? Przecież tak kochasz swój trawnik – zdziwiła się żona.

– Nie mamy wyjścia. Inaczej nas zjedzą.

– Kiedy chcesz się za to wziąć?

– Dziś w nocy, gdy wzejdzie księżyc.

– Żebyś potem nie żałował – powiedziała i wróciła do domu.

Gdy zapadł zmrok, Michalak poszedł do garażu. Odczekał chwilę, rozejrzał się, czy nikt nie widzi i wyszedł ze szpadlem na trawnik. Zaczął kopać, naśladując rycie dzików. Musiał przecież jakoś wyglądać przed sąsiadami.

Nie wiedział, że w tym samym czasie Janusz z Tomaszem obserwowali go z ukrycia.

– Widzisz pan? – zapytał Janusz.

– Tak jak myślałem – rzekł pan Tomek – on sam rozkopuje trawniki.

– No co pan? – Janusz mało nie krzyknął i zaraz sam przesłonił usta dłonią. – Po co miałby to robić? – dodał ciszej.

– Nie cierpi nas, jak wszyscy ci sadownicy, którzy tu jeszcze zostali. Dorobili się na sprzedaży gruntów deweloperom, a teraz im bloki i samochody zawadzają. Za nasze pieniądze postawili sobie te swoje wypasione chawiry. – Pan Tomek mówił cicho, ale głos miał dziwnie zjadliwy, aż Janusza ciarki przeszły.

– No i? – spytał Janusz.

– Michalak chce nam dać do zrozumienia, że mamy się wynosić – skonkludował pan Tomek.

– No, ale przecież to dziki ryją nam trawniki! – zaoponował Janusz.

– A widziałeś pan któregoś, jak to robi? – zapytał pan Tomek.

I na to Janusz nie znalazł odpowiedzi. Faktycznie, dziki wałęsały się nad Wisłą i wszyscy bez namysłu uznali, że to one ryją trawniki. Nikt jednak żadnego na tym nie przyłapał. „Jezu!” – pomyślał Janusz. „Albo ja jestem szalony, albo pan Tomek!”

– Wiesz pan, co musimy zrobić? – zapytał sąsiad Janusza.

– Tak?

– Bierzemy go! Na gorącym uczynku!

Po czym pan Tomek dał znak i we dwóch wypadli z krzykiem na Michalaka.

– Tuś mi bratku! – krzyknął Janusz, łapiąc Michalaka za rękaw. – To ty nam niszczysz trawniki!

Michalak odwrócił się gwałtownie i niewiele myśląc zdzielił Janusza szpadlem. Ten złapał się za prawą rękę i fiknął kozła do tyłu. Na to pan Tomek rzucił się na Michalaka, objął wpół i zaczął wzywać policji i pomocy. Pierwsza wypadła Michalakowa. Idąc na pomoc mężowi, rzuciła się na pana Tomka. Tymczasem Janusz doszedł do siebie i złapał Michalakową za ramiona. Podniósł się krzyk, który wywołał jednomyślne gaszenie świateł i zamykanie okien. Nikt nie zamierzał wdawać się w awanturę. Tylko Grażyna zachowała zimną krew. Chwyciła za telefon i wezwała policję. Po czym porwawszy patelnię, wybiegła z mieszkania na pomoc mężowi.

Policji jak zwykle nie ma, kiedy jest potrzebna, ale tym razem mieszkańcom ulicy dopisało szczęście – akurat przejeżdżał patrol straży miejskiej, wezwany do zabrania z przystanku śpiącego pijaczka. Strażnicy wmieszali się do walki i nim rozdzielili blokersów od sadowników, jeden zarobił limo pod okiem, a drugi zwichnął rękę w nadgarstku. W każdym razie zdołali uspokoić sytuację i zatrzymać krewkich sąsiadów do przyjazdu policji.

Na posterunku wszyscy usłyszeli zarzuty spowodowania bójki i uszczerbku na zdrowiu. Janusz z żoną i panem Tomkiem dodatkowo oskarżyli jednomyślnie Michalaka o niszczenie mienia publicznego, a Michalakową o współudział. Przesłuchujący wszystkich aspirant Krawczyk ośmielił się wtrącić coś o dzikach, ale jawny dowód przestępstwa, jakim był szpadel w rękach Michalaka i częściowo rozkopany przezeń własny trawnik – dla niepoznaki, jak zgodnie oświadczyli skarżący – był wystarczającym dowodem przeciw niemu. No i sam aspirant musiał przyznać, że mimo częstych („Ha! Ha! Częstych?” – roześmiał się w duchu Janusz) patroli, żaden z nich nie widział w okolicy dzików niszczących trawniki.

– Może za rzadko jeździcie? – zapytał Michalak, ale nie pomogło mu to bynajmniej. Rzeklibyśmy, że wręcz zaszkodziło.

Tak czy siak, wszyscy zostali profilaktycznie zatrzymani na 48 godzin.

 

Część 3: Sprawiedliwość

Sąsiedzi z bloku umilali swoim zuchom pobyt w areszcie wizytami, gratulując im złapania przestępcy na gorącym uczynku. Według ich jednomyślnych oświadczeń, w pamiętną noc wszyscy dzwonili na policję i gotowali się do przyjścia z odsieczą Januszowi i Tomkowi, a tylko patrol straży miejskiej ich uprzedził. Bohaterowie, chcąc mieć życzliwych świadków w razie sprawy, dziękowali wylewnie za ich ochotę, wyrażając radość z ich gotowości.

– Mieć takich sąsiadów, to zaszczyt! – mówili.

Tymczasem Michalak sam siedział w celi. Żonę zwolniono, gdyż musiała zająć się małym dzieckiem, a i nie uważano, by jakoś szczególnie zaszkodziła komukolwiek. On jednak przeżywał gorycz porażki i obmyślał zemstę. Tym razem to już naprawdę nie znosił tych wstrętnych blokersów. „Że też muszą wszędzie pchać swoje wścibskie nosy!” – myślał.

Dumając tak nad sposobami, jakimi mógłby pognębić przeciwników, zwrócił się w myślach do swego Anioła Stróża, by mu coś podpowiedział. Gdy pogrążył się w modlitwie poczuł dziwny spokój i chęć wybaczenia wszystkim. Wzruszył się, popłakał i poszedł spać.

Nazajutrz, gdy wstał pełen najlepszych chęci, policjant uprzedził go, by do wszczęcia sprawy nie pokazywał się sam na ulicy.

– Bardzo źle o panu mówią – rzekł mu Krawczyk. – Najchętniej przytrzymałbym pana w areszcie, ale nie mogę. Czas minął. Uważaj pan jednak na siebie!

W rzeczy samej, gdy Michalak wrócił do domu, zastał przed trawnikiem pikietę blokersów ze szpadlami.

– Może rozkopać panu trawnik? – pytali szyderczo. – Jak dla pana, za darmo zrobimy!

Zamknął się w domu i posłał ich w myślach do wszystkich diabłów. Po czym zebrał się na odwagę, wyszedł i uporządkował trawnik. Gwizdy i wrogie okrzyki puszczał mimo uszu. Blokersi postali trochę, poszumieli i wreszcie, widząc patrol policji, rozeszli się do swych mieszkań.

Jeszcze tej samej nocy potężne stado dzików przybiegło znad Wisły. Było ich co najmniej kilkadziesiąt, a może i ponad sto. Wiódł je wielki odyniec, czarny jak smoła. Ci, co widzieli to przez okna, ze strachu dygotali jeszcze nad ranem. Dziki przebiegły ulicą, ryjąc i niszcząc metodycznie wszystkie starannie odnowione trawniki. Wszystkie – oprócz Michalakowego.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Pełna humoru opowieść o typowych ludzkich przywarach. I tylko zastanawia mnie, ile tu jest “żywej, mocnej i solidnej fantastyki”… wink

 

Z technikaliów mam wątpliwość, czy nie powinno być wielką literą:

– Oszalałeś pan? – mina gospodarza mówiła sama za siebie.

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka