Widzę to coraz wyraźniej, iż się diabłom w piekle się nuży,
tedy wyszły na świat człowieczy, by pohulać.
Arcydagonita Białej Korony, Juliuss Malatesta –
– Rzecz o prawie boskim i karach za grzechy
27 Maeris, roku 1066
Mija osiemdziesiąty czwarty dzień od opuszczenia przez nas murów zakonnych i podjęcia misji w północnym Lillengordzie. Czterokrotnie dościgał nas posłannik z listami, przydzielając kolejne zadania ku chwale Bożej. Mój mistrz przyjmował je bez wahania – chętnie brał na barki więcej, niż potrzeba.
Nie zdradzam swej dezaprobaty, bo nie przystoi mi to, jako słudze i nie chcę uchodzić za infirmis. Przyznam jednak, iż rad bym już wrócił do klasztoru. Na to jednak prędko się nie zanosi. Przed nami trudna rozprawa z daemonis w kraju adeńskim, a potem wyprawa do Halwarii, której szczegółów nie znam – nie chciało mi się jeszcze czytać listu ani wypytywać mistrza.
Jedno natomiast widzę jasno: coś go trawi. Szuka on śmierci, a jeśli jej nie znajdzie – choćby zapomnienia w posłudze. Słyszałem o nim już jako adept: że wyprany jest z radości, że od lat zmaga się z czymś, czego nikomu nie zdradza. Mówili niektórzy, iż mu się w głowie miesza od tak częstego z materią nieczystą obcowania.
Pięć lat temu, na Zorawii w Respublice Halwarskiej, odprawił do tenebor jednego z najsroższych demonów – Immana. Zdobył przez to wielką sławę i mógłby żyć w spokoju aż do śmierci. Wybrał jednak dalszą posługę – tak gorliwą, iż by wystarczyła dla kilku zakonników.
Cieszyłem się, gdy mianowano mnie jego pomocnikiem, i wiele się przy nim nauczyłem. Lecz ten przywilej zaczyna mi ciążyć – bo całkiem on w posłudze jest zatracon. Tedy ja razem z nim być muszę.
Kwintyn kończył pisać ostatnie zdanie, gdy usłyszał narastający tętent koni. Schował przybory do juków, sprawdził, czy ma dobry dostęp do rękojeści osgarotha, i czekał spokojnie.
Wkrótce z ciemności wyłoniły się pochodnie. Na czele jechał niewysoki, krępy mężczyzna w sobolej czapce z klejnotem i pawim piórem. Miał wyniosłe spojrzenie i wąs dodający mu powagi – nie był to zapewne byle kto. Towarzyszyło mu kilkunastu zbrojnych, bez oznaczeń.
Przyjrzał się Kwintynowi surowo, lecz rozpoznając w nim Zniczowca, złagodniał. Uniósł rękę.
– Glorar Iriel et Sefrael!
– Val ad finor mundus – odparł Kwintyn, pozostając czujnym.
– Znasz, święty mężu, język powszechny? – spytał przybysz z twardym adeńskim akcentem.
– Znam.
– Glunzwarth! Jestem Konrad vahr Adler. – Skłonił się lekko.
– Kwintyn.
– Pozwól, że przysiądę się na chwilę, Kwintynie. Nie wypada mijać rycerza tak znakomitego bractwa bez zamienienia z nim słowa.
Zakonnik skinął i wskazał przybyszowi miejsce przy ognisku.
Konrad dał znak ludziom, by zsiedli z koni, sam zaś podszedł bliżej, ściągając rękawice.
Kwintyn obserwował go uważnie. Jego uprzejmość wydawała mu się na pokaz – wiedział dobrze, że w Adenii autorytet Kościoła znaczył niewiele. Przekonali się o tym dzień wcześniej w karczmie w Jegeersdorfie, gdzie skłamano im, że została jeno polewka z prosa.
– Sam jedziesz, Kwintynie? – spytał Konrad, siadając na pieńku i podając rycerzowi manierkę pachnącą śliwowicą.
Kwintyn odmówił.
– Nie. Mistrz udał się do kapliczki na modlitwę.
– Wiedziałem. Zniczowiec rzadko podróżuje bez kapłana.
– Zwykle tak. Lecz mój mistrz nie jest kapłanem, a rycerzem, jak ja.
Konrad uniósł brwi.
– Doprawdy?
– Tak. Włada tak mieczem, jak i słowem.
Konrad uśmiechnął się, odsłaniając szare zęby.
– Rzadki przypadek, jak mniemam. Chętnie bym go poznał.
– Lata posługi czynią swoje.
– To prawda… – przytaknął Konrad, po czym dodał niby od niechcenia: – Dokąd was droga prowadzi?
Kwintyn spojrzał mu w oczy. „Muszę być ostrożny” – pomyślał. – “W tym kraju nie przepadają za takimi jak ja.”
– Na wschód. W stronę Grünbergu.
– Grünbergu? – Konrad zawiesił na nim spojrzenie. – Będziecie więc mijać ziemie mego przyjaciela… Wilhelma Stiglera.
Dźwięk tego nazwiska sprawił, że Kwintyn poczuł ucisk w trzewiach. Brzmiało to tak, jakby Konrad wiedział więcej, niż powinien.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
– Moją służbę rozpozna każdy – odezwał się w końcu Kwintyn. – Złoty znicz trudno przeoczyć. Ale ty… kim właściwie jesteś, Konradzie vahr Adler?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko i rzekł:
– Słusznie, że pytasz. Na obcym trakcie warto wiedzieć, z kim się rozmawia. Jestem ziemianinem. Wszystko od Harpenwaldu po Kennendorfu, wraz z lasem i tym gościńcem, należy do mnie.
– Rozległe masz włości. Nie wiedziałem, że w Adenii gościńce bywają prywatne.
– Bywają, jeśli się je samemu wytyczy.
Kwintyn skinął głową.
Konrad wstał. Uśmiech nagle zniknął z jego twarzy.
– Z szacunku do twojej posługi nie będę udawał, że nie wiem, dokąd zmierzasz. Wilhelma coś prześladuje. Jedziecie mu pomóc.
Uczynił wymowną pauzę.
– Powiem tylko jedno: uważajcie na niego. Nie ma on czystej duszy. To, co go spotyka… nie dzieje się bez powodu.
– Mówiłeś, że to twój przyjaciel – zauważył zakonnik.
Konrad spojrzał uważnie.
– A nie znasz starej prawdy, Kwintynie? Na wrogów trzeba zważać… ale jeszcze bardziej na przyjaciół. – Uśmiechnął się inaczej. – Dlatego wciąż sobie powtarzam, że Wilhelm jest moim przyjacielem.
Odwrócił się do swoich ludzi. Ci niemal równocześnie spojrzeli ku drodze. Z ciemności wyłonił się nagle jeździec. Wysoki, potężny, z dwuręcznym osgarothem u boku i kapturem głęboko nasuniętym na głowę. W półmroku i świetle ognia wyglądał nie jak wysłannik Setriona, lecz samego Rodzeństwa. Najbardziej uderzała jednak jego twarz. Poorana bliznami, zmęczona. W jego spojrzeniu była pustka jakaś, ciężka i głęboka, jakby widział zbyt wiele i nic z tego nie było dobre. Rzekłbyś, że to, co w nim ludzkie, dawno już umarło – a mimo to wciąż trwał.
Konrad, dotąd pewny siebie, nagle przygasł. Choć otaczali go jego ludzie, przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Wreszcie rzekł:
– Cześć Bratu i Siostrze.
– Niechaj będzie po kres świata – odparł rycerz. Głos miał niski, chropowaty.
– Jestem Konrad vahr Adler. Kwintyn mówił, żeś zarówno wojownikiem, jak i kapłanem. Zechcesz wyjawić mi swe imię?
Wszyscy ludzie Konrada, wraz z nim samym, patrzyli na tę olbrzymią postać, wyczekując, co powie. Wreszcie po chwili ciszy, przerywanej jedynie trzaskiem drew w ogniu, dowiedzieli się, że imię rycerza brzmi:
– Lykjard.
♦ ♦ ♦
Parę dni wcześniej zima wróciła na południowo-wschodnie ziemie Adenii, zostawiając ciężkie zwały śniegu. Teraz topniały, zamieniając grunt – i gościniec – w gęste błoto, w którym konie zapadały się po pęciny. Im bliżej byli celu, tym było gorzej. Jakby ziemia nie chciała ich puścić dalej.
W południe dotarli do Kelzhtal, jednej ze wsi należących do Wilhelma Stiglera. Pierwszy napotkany wieśniak był stary i zgarbiony. Kwintyn zapytał o pana:
– Karn, woren sta herg Stiegler?
Chłop zawahał się, po czym wskazał na większe zabudowania.
– Herg stehn im Dorn.
Ruszyli dalej stępa. Na kamiennej drodze błoto odpadało z końskich nóg ciężkimi bryłami. Przed nimi wznosił się dwór.
Lykjard poczuł wilgoć w powietrzu i od razu wiedział, że gdzieś niedaleko musi być woda – jezioro albo rozlewisko. Chłód był przenikliwy, nieprzyjemny. Niebo zasnuło się sinymi chmurami i zdusiło światło dnia.
W pewnym momencie wyczuł coś, czego nie potrafił nigdy nazwać, nie wprost. Nie był to zapach ani dźwięk – raczej ciężar, który osiadał na skórze i w gardle. Coś znajomego. Coś, co już czuł niejednokrotnie.
Zatrzymał konia na ułamek chwili.
To już wiedziało, że on tu jest.
Na majdanie krzątali się ludzie. Odbywało się tu świniobicie. Trzy świnie leżały już zabite, a pachołkowie opalali je słomą. W powietrzu unosił się gryzący smród palonego włosia.
Lykjard podjechał bliżej. Wśród ludzi był ich pan – Wilhelm Stigler. Nieco niższy od Lykjarda, lecz równie barczysty. Twarz miał ostrą, twardą, włosy zaczesane do tyłu, lśniące od pomady. Ręce brudne od pracy. Gdy się przedstawili, skinął tylko głową i rzucił coś do służby. Przyniesiono ławę. Do środka ich nie zaprosił. Kwintyn poczuł ukłucie oburzenia. Lykjard – nie przejął się tym.
Usiedli. Stigler, nie przerywając pracy przy tuszy, mierzył ich chłodnym spojrzeniem.
– Widzę, że błoto na drogach. Każę obmyć wasze konie.
Lykjard skinął głową.
– Głodni po podróży? Przed zmierzchem świeża świnina będzie gotowa.
– Przejdźmy do sprawy – odparł Lykjard.
Na te słowa Stigler spojrzał nań uważniej. W spojrzeniu pojawiło się coś, jakby grom, jakby ważył, czy go zganić – lecz tylko skrzywił usta.
– Jak sobie życzysz.
– Zechce pan, mości Stigler opowiedzieć o całej sprawie. Od początku.
Gospodarz chwycił nóż i począł zeskrobywać nadpalone włosie z maciory. Ostrze sunęło po skórze z suchym, chropawym dźwiękiem.
– Zaczęło się zeszłej zimy, przy pierwszych śniegach, przed Heimfeier… – zawahał się krótko. – Naszym Świętem Rodziny.
Nie przerywając pracy, mówił dalej:
– Wieśniacy znad jeziora zaczęli słyszeć nocą wycie. Ale nie zwierzęce. Raczej… ludzkie. Jakby ktoś krzyczał z bólu albo obłędu. Poszedłem tam z ludźmi. Pierwszej nocy niczegom nie usłyszał. Drugiej też nie. Dopiero trzeciej…
Nóż zatrzymał się w pół ruchu.
– Poszliśmy za tym dźwiękiem aż nad brzeg.
Spojrzenie mu stężało.
– Na wyspę.
Mówiąc, nie patrzył na zakonników, skupiając się na łbie świni. Z pedantyczną dokładnością oskrobywał skórę; tam, gdzie była niedopalona, przykładał tlącą się słomę. Włosie syczało, skóra ciemniała.
– Nocą nie popłynęliśmy. Zostawiliśmy to na dzień. Rankiem wsiedliśmy w czółna, ale niczego na wyspie nie znaleźliśmy. Tylko stare zabudowania: szopa, suszarnia, chata rybacka. Wszystko od lat tam gnije. Nikt tam nie mieszka.
Zeskrobał kolejną warstwę skóry.
– Wróciliśmy. Jedną noc jeszcze czekałem przy brzegu, lecz nic się nie zdarzyło. Zostawiłem więc ludzi z rozkazem, by płynęli, jeśli znów coś usłyszą. Dwa dni później popłynęli, gdy usłyszeli wycie.
Przesunął ostrze niżej.
– I nie wrócili.
Gdy uporał się z łbem, wziął się za racice.
– Znaleźliśmy ich w kawałkach. Rozszarpanych, jakby dopadło ich stado wilków… tylko skąd wilki na wyspie? – Podniósł wzrok. – A nawet gdyby… moich ludzi było tuzin. Uzbrojonych.
Ostrze zgrzytnęło o kość.
– Coś ich tam dopadło.
Cisza zawisła w powietrzu.
– Pytałem kapłana z Grünbergu, co robić. Poradził, by posłać po was. Do Tydaru. Mówił, że w takich sprawach tylko wy pomożecie.
Spojrzał na Lykjarda.
– Miał rację?
Dalsza rozmowa zeszła na szczegóły tego, co znaleziono na wyspie: trupy, ślady walki i wszystko, co mogło wskazywać na obecność sił nieczystych – podejrzane obrzędy, obcych ludzi, możliwe konszachty z demonami. Stigler wszystkiemu zaprzeczał. Przyznawał jedynie, że nie jest człowiekiem szczególnie pobożnym, lecz nigdy nie szukał pomocy u złych duchów.
Im dłużej z nim rozmawiali, tym wyraźniej czuli, że nie jest jedynie nieuprzejmy. Pachołków traktował jak część obejścia – kulili się pod samym jego spojrzeniem. Zniczowców również przyjął bez należnej czci: na ławie, pośród błota, chłodu i smrodu palonego włosia. Lykjardowi nie robiło to jednak różnicy. Liczyła się tylko służba i walka z tym, co nieczyste. Reszta była bez znaczenia.
Gdy rozmowa dobiegła końca, świnia była już rozpołowiona i oprawiona. Lykjard rozważał jeszcze wyprawę na wyspę tego samego dnia, lecz Kwintyn ledwie trzymał się na nogach. Sam także był zmęczony. Ostatecznie postanowił, że poczekają do jutra. Kwintyn wyraźnie odetchnął z ulgą. Stigler oddał im izbę w swoim domu i polecił żonie się nimi zająć, sam zaś wrócił do pracy.
Rycerze odmówili strawy, poprzestając na własnych zapasach. Poprosili jedynie o kąpiel i zmyli z siebie błoto, pot oraz zapach spalenizny. Potem udali się do izby na piętrze. Kwintyn zasnął niemal natychmiast.
Lykjard leżał w ciemności, wsłuchany w odgłosy domu i własny oddech. Znużenie ciążyło mu na ciele, lecz sen nie przychodził. Nie pierwszy raz. Bywało, że przez kilka nocy nie zmrużył oka. Wtedy modlił się – o to, by wystarczyło mu siły i wiary jeszcze na kolejny dzień. Czasem o coś więcej. By Rodzeństwo pozwoliło mu wreszcie odejść.
Nieraz myślał, by zakończyć to w walce – opuścić ręce i dać się rozedrzeć istotom, które poprzysiągł zwalczać. Powstrzymywała go jedynie myśl o Kwintynie. Młodym adepcie z Bellamo, za którego czuł się odpowiedzialny. Wiedział, że gdyby sam się poddał, mógłby pociągnąć go za sobą.
Gdy dom pogrążył się w ciszy, ukląkł przy łożu i począł modlić się w duchu:
Panie mój, Iyrionie, bądź mi przewodnikiem.
Za Tobą jako cień pójdę bez trwogi.
Ochroń mnie, otul płaszczem w noc,
w której zły czyha na mą duszę.
Słowa modlitwy powracały w nim raz po raz, aż zatracił poczucie czasu. Mijały godziny, a on wciąż klęczał z pochyloną głową. Ukojenie jednak nie przychodziło. Przeciwnie – coraz wyraźniej czuł, że coś jest nie tak.
To nie była zwykła obecność, jaką znał z dawnych spraw. Było tu coś cięższego, uporczywego, trwającego mimo modlitwy i woli. Wiedział już, że czeka go trudna walka.
Cóż za demon mieszka na tej wyspie?
Gdy zbliżała się północ, ciszę domu rozdarł krzyk – tak dziki i przeciągły, że trudno było uwierzyć, iż wyszedł z gardła człowieka. Potem rozległ się drugi, nagle urwany.
Lykjard uniósł głowę i nasłuchiwał. Krzyki dochodziły prawdopodobnie z podwórza.
Wstał, podszedł do okna, lecz nie dostrzegł nic prócz ciemności. Otworzył więc drzwi i ruszył schodami w dół.
Dom pogrążony był niemal w całkowitej ciemności. W sieni natknął się na młodego pachołka.
Chłopak siedział skulony na posłaniu. Gdy ujrzał rycerza, poderwał się gwałtownie.
– Panie… czy potrzeba czego? – wyszeptał.
– Leż spokojnie. Powiedz tylko: co to za krzyki?
Chłopak rozejrzał się nerwowo, nim odpowiedział:
– To pan. Znów… szaleje.
– Szaleje?
Skinął głową.
– Ostatnio coraz więcej pije. A jak pije… coraz bardziej się wścieka.
Lykjard milczał przez chwilę.
– Krzyczy tylko czy i bije was?
Pachołek znów obejrzał się niespokojnie.
– Jak sobie którego upatrzy… temu lepiej byłoby nie żyć. – Głos zniżył niemal do szeptu. – Bierze czasem którego „do zabawy”. Przypieka, bije… różne rzeczy robi. – Przełknął ślinę. – Ruprechta zaprzągł ostatnio jak konia. Kazał się wozić po majdanie. A gdy Ruprecht opadł z sił, bił go, aż przestał się ruszać. Na końcu złamał mu plecy. Zostawił go na podwórzu, żeby zdechł. – Zapadła cisza. – A dziewki… – spuścił wzrok. – Tego wam nie powiem, panie rycerzu. Dość, że co rusz której brzuch rośnie. A wszystko to bękarty wilhelmowe.
Lykjard słuchał w milczeniu. Nie była to pierwsza taka historia. Bardziej zastanawiało go, dlaczego chłopak w ogóle zdecydował się mówić. Strach zwykle zamykał ludziom usta. Czasem jednak je otwierał. Odsunął jednak tę myśl. Co innego zaczynało układać mu się w całość.
Przeczekał kolejną serię wrzasków dobiegających z głębi domu, po czym spytał:
– Co wiesz o tej wyspie?
Pachołek zawahał się.
– Ja… nie wiem, panie. Mnie tam nie było.
Lykjard patrzył na niego w milczeniu.
– Jeśli coś wiesz, mów. Jeśli nic tu nie wskóram, wy będziecie mieli tylko gorzej. Chłopak pobladł.
– Pan się zmienił – wydusił w końcu. – Gorszy się zrobił… odkąd panienki zbrakło.
– Jakiej panienki?
– Córki jego. Heleny… Ale ja pewności nie mam.
– Powiedz, co o tym myślisz.
Pachołek spuścił wzrok.
– Panienka Helena dobrze tu miała. Pan dbał o nią, suknie i ozdoby jej sprowadzał, nawet konia z Ternensbell kupił. Ale potem zakochała się w chłopaku od vahr Adlerów. Chcieli się pobrać.
Pokręcił głową.
– Pan wpadł w szał. I tak żył z Adlerami źle, a potem już otwarcie poprzysiągł im wrogość. W domu ciągle były awantury.
Na chwilę umilkł.
– Rok temu, przed Heimfeier, Helena zniknęła. Jedni mówią, że uciekła z tamtym chłopakiem. Inni… że odebrała sobie życie.
Przełknął ślinę.
– Od tamtej pory pan pije bez miary. A kiedy się na kim wyżyje… jakby ulgę mu to przynosiło. Każdego dnia modlę się, żeby Święte Rodzeństwo uchroniło mnie przed jego gniewem.
Zapadła cisza.
Lykjard milczał. Historia zaczynała układać mu się w całość – i żadna z możliwych odpowiedzi nie zwiastowała niczego dobrego.
Postanowił poczekać do świtu, pozwolić Kwintynowi odpocząć, a potem ruszyć na wyspę.
Chciał trwać w modlitwie aż do rana, by wzmocnić ducha i lepiej zrozumieć słowa pachołka.
Ledwie jednak rozpoczął modlitwę „O duszę i ciało”, ciszę domu przeszył wysoki, przeciągły skowyt – niemal nieludzki. Tym razem nie był to krzyk Stiglera.
Lykjard natychmiast ruszył ku źródłu dźwięku.
Zawodzenie prowadziło go przez ciemne korytarze aż do części domu należącej do gospodarza. Zapukał raz, potem drugi, lecz nikt nie odpowiedział.
Nacisnął klamkę i wszedł.
Na łożu siedziała Ottila Stigler – żona Wilhelma. Półnaga, kołysała się lekko, a z jej gardła wydobywał się przeciągły skowyt. Oczy miała szeroko otwarte, lecz widział w nich tylko białka.
Lykjard podszedł i spróbował ją ocucić, lecz nie było w niej żadnej świadomości. Wtedy zrozumiał.
Przyłożył dłonie do jej głowy.
Skowyt zmienił się nagle.
– In veris Iyrion, in lummae di Sefrae, apperio viam iudicii. Istoto plugawa, któraś bez prawa wdarła się w świat żywych. Nie dla ciebie ziemia ta dana, nie dla ciebie światło dnia ni oddech człowieczy. Rozkazuję ci: ustąp i wracaj tam, skądeś przybyła – w mrok, w otchłań, w zapomnienie.
Głos miał niski i pewny.
– Na mocy Brata, który widzi wszystko, i Siostry, która waży dusze, wzywam cię i wiążę. Fiddis allmo nuris, ihis peatrarrum nuvvis.
Ciało kobiety napięło się pod jego dłońmi.
– Niech ciało, któreś skalał, będzie ci wrogie, niech ogień stanie się twoją raną, a święte słowo twoim końcem.
Zawodzenie przeszło w urywany charkot.
– Wyjaw imię swoje, duchu nieczysty, abyś poznany został i potępiony.
Pochylił się niżej.
– Vua ag eisa. Vua ag eisa. Vua ag eisa.
Ciało kobiety wyprężyło się nagle. Z jej ust, obcym głosem, padły słowa w starogoryjskim:
– Jam jest Ahmazar… czwarty z rodu Beazjasza… syn Hezebel… Przeklinam cię… który mnie wypędzasz… przeklinam Iyriona… przeklinam Sefonę…
Ottila szarpnęła się gwałtownie.
– Przeklinam tę kobietę… której ciało opuszczam… przeklinam mój ród… przeklinam siebie…
Ostatnie słowa przeszły w nieludzki wrzask.
Potem wszystko ucichło.
Ottila opadła bezwładnie na łoże. Z nosa i uszu pociekła jej krew.
Lykjard cofnął dłonie.
Dopiero wtedy dostrzegł czeladź stojącą w progu, przyglądającą się egzorcyzmowi w przerażeniu.
Po chwili przepchnął się przez nich Kwintyn.
– Mistrzu… zjawiłem się, jak tylko usłyszałem.
Lykjard spojrzał na Ottilę.
– Pani Stigler jest wyczerpana. Zajmijcie się nią.
Czeladź wciąż się nie ruszała.
Następnie rycerz odwrócił się do Kwintyna.
– Zbieraj się. Płyniemy na wyspę.
♦ ♦ ♦
Księżycowy sierp oświetlał im drogę ku wyspie Kelbrück. Kwintyn wiosłował, a Lykjard siedział z przymkniętymi oczami, korzystając z ostatnich chwil spokoju. Modlił się własnymi słowami i czuł, jak jego umysł staje się jasny. Brat prowadził go i tym razem.
Czy z bożej woli, czy ze zmęczenia, zapadł w krótki, płytki sen.
Ujrzał siebie oraz kobietę, której wspomnienie jako jedyne budziło w nim jeszcze coś żywego. Dostrzegł tylko fragment jej twarzy – piegi przy nosie, jasne włosy, zielone oczy.
Nagle wyrosła przed nimi czarna zawierucha pełna twarzy wykrzywionych cierpieniem. Postać w kapturze uniosła dłoń, a błyskawica rozdarła burzę.
Potem szedł przez krainę skąpaną w słońcu, pośród morza trupów. Upał nagle zmienił się w przenikliwy mróz, odbierający resztki sił i nadziei.
Wtem znalazł się w izbie. Obok leżała ona – kobieta, której kochać nie mógł. Dotknął jej skóry, lecz wtedy pojawił się Sedriam, jego patron, boży świadek.
Nie powiedział ani słowa.
A jednak Lykjard wiedział, że oczekuje od niego gotowości.
Poczuł znajomą żałość – tę samą, z którą nie potrafił pogodzić się od lat.
Czemu, Boże?
Czemu nieustannie wystawiasz mnie na próby?
Czemu nie dajesz mi spokoju?
Czemu nie dasz mi śmierci?
Gdy żałość stała się nie do zniesienia, ze snu wyrwał go głos Kwintyna:
– Lykjardzie! Obudź się!
Rycerz ocknął się gwałtownie. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę zasnął – tutaj, w drodze na spotkanie z demonem.
Spojrzał na majaczącą w ciemności wyspę. Zostało im kilka minut.
Przez chwilę milczał.
– Powiedz mi – odezwał się w końcu – czy czujesz się na siłach stoczyć najcięższą walkę w swojej dotychczasowej posłudze?
Kwintyn spojrzał na niego zaskoczony.
– Najcięższą?
Lykjard potwierdził spojrzeniem.
– Mistrzu, skąd wiesz, że ta właśnie będzie najcięższa?
Lykjard spojrzał ku wyspie.
– Gdy dojdziesz mojego wieku, sam nauczysz się rozpoznawać takie rzeczy. Demon, który tam mieszka, jest potężny. Karmi się wielkim cierpieniem.
Kwintyn wyraźnie walczył ze strachem, lecz trzymał go na wodzy.
Lykjard dobrze znał ten lęk. I nie uważał go, za coś złego. Strach był ludzki – i potrafił ocalić człowieka przed głupią śmiercią.
Kwintyn nie odpowiedział od razu.
– Ten demon… Czy to może być Velm?
– Może. Albo coś podobnego. To zwykle istoty bezcielesne, zdolne szybko zmieniać położenie. Miej w pogotowiu nagat i smyrnę do miecza. I nie przerywaj modlitwy.
– „O duszy nieprzystępność”. Wiem, mistrzu.
Lykjard skinął głową. Wiedział jednak, że wiedza z ksiąg niewiele znaczy wobec prawdziwego starcia.
Gdy byli już blisko brzegu, Kwintyn odezwał się znowu:
– Mistrzu… widzę, że coś cię trapi.
Lykjard spojrzał na niego zaskoczony.
– Tak sądzisz?
– Każdy to widzi. Jeśli naprawdę czeka nas tak ciężka walka… może powinieneś mi w końcu powiedzieć, co nosisz w sercu.
Lykjard mruknął cicho. Dopiero teraz, gdy płynęli ku możliwej śmierci, chłopak zdobył się na odwagę, by go o to zapytać.
Przez chwilę milczał, patrząc na zbliżający się brzeg.
– Droga, którą wyznaczył mi Pan, staje się coraz cięższa. Kilka lat temu mogłem z niej zawrócić. Nie zrobiłem tego. Coraz częściej zastanawiam się, czy słusznie.
– Żałujesz swej posługi? – spytał Kwintyn, przestając wiosłować. – Jesteś legendą wśród Zniczowców.
– Nie rozumiesz – odparł Lykjard. – Kochałeś kiedyś?
Kwintyn zdumiał, po chwili odrzekł, właściwym sobie głosem nieopierzonego ucznia:
– Czy kochałem? Tak. Kocham Boga i Siostrę. Kocham swoją matkę za to, że mnie porodziła.
– Chodzi mi o kobietę… O miłość do kobiety.
Przez chwilę zdawało się, że Kwintyn odpowie „przecież mówiłem, że kocham matkę”, ale wtem pojął w czym rzecz, za czym zdumiał jeszcze bardziej.
– Lykjardzie… Przecież to… Wiesz, że to…
– Tak wiem – uciął zakonnik widząc, że ta rozmowa nie ma sensu. Wstał i wychodząc na brzeg rzucił – Chodź.
♦ ♦ ♦
Wilhelm Stigler opisał im wyspę zgodnie z prawdą. Stało tu jedynie kilka rozpadających się budynków dawnej przystani rybackiej i ciała ludzi, których przysłał tu na śmierć.
Szli ku resztkom pomostu i zabudowań. Lykjard pozostawał czujny. Wiedział, że demon może próbować wedrzeć się do umysłu – bardziej obawiał się o Kwintyna niż o siebie.
Gdy przekroczyli próg rybackiej chaty, przez modlitwę Lykjarda przebił się obcy głos – lodowaty szept:
Odejdź stąd, zakonniku. Nie mieszaj się.
Lykjard spojrzał na Kwintyna. Młody Zniczowiec niczego nie słyszał.
Rycerz na moment przerwał modlitwę i dalej przeszukiwał chatę. Po chwili głos odezwał się znowu:
Nie próbuj ze mną walczyć. Pozwolę wam odejść.
Lykjard zaryzykował i spytał:
Zabiłeś tych ludzi i chcesz, bym ci darował?
Odpowiedź przyszła natychmiast:
Nikt tu nie jest niewinny.
Lykjard odparł:
A Ottila? Ona także była winna?
Po tym pytaniu rozległo się coś pomiędzy warknięciem a wyciem.
Ostatni raz ci mówię – odejdź.
Potem głos zniknął, pozostawiając po sobie pulsujący ból w głowie rycerza.
Wyszli na zewnątrz i przeszukali resztę rozpadających się chat, po czym ruszyli ku niewielkiemu wzniesieniu pośrodku wyspy.
– Co dalej, mistrzu? – spytał Kwintyn.
– Rozpal ogień. Potem dołącz do modlitwy.
Kwintyn skinął głową.
Lykjard uklęknął, otworzył świętą księgę na przypadkowej stronie i zaczął czytać:
„Nie wedle łatwości drogi mierzy się człowieka, lecz wedle tego, czy doszedł, choć droga była przeciw niemu. Bo komu wiele dano, od tego wiele się wymaga.”
Wkrótce ogień palił się już jasno, a Kwintyn dołączył do Lykjarda w modlitwie. Na przemian czytali fragmenty Świętej Księgi, próbując sprowokować demona.
Po godzinie wydarzyło się jednak coś, czego się nie spodziewali. Nie zjawił się Velm ani żadna piekielna istota. Z ciemności wyszła młoda dziewczyna o płomiennych włosach, ubrana jedynie w lnianą koszulę. Nie wyglądała na opętaną.
Zbliżyła się spokojnie i pozdrowiła ich po adeńsku:
– Hil o der Brudner un der Schwyster!
Rycerze zamilkli zdumieni.
Kwintyn odpowiedział niepewnie:
– Bis an de Veltend.
Lykjard przyjrzał się jej uważnie.
– Kim jesteś?
Dziewczyna podeszła bliżej.
– Nazywam się Helena Stigler.
Skłoniła się lekko, unosząc połę koszuli niczym suknię.
Lykjard obserwował ją w milczeniu, szukając choćby śladu opętania. Lecz żadnego nie znalazł.
– Wiesz, kto nas tu przysłał? – spytał Lykjard.
– Wiem. I jeśli myślicie, że do niego wrócę… wolę umrzeć.
– A twój ukochany?
– Oliver? – uśmiechnęła się blado. – Jest tu ze mną. Choć nie tak, jakbym chciała.
– Co to znaczy?
– Oliver… on…
– Nie żyje?
Helena spuściła wzrok.
– Musiał umrzeć.
– Ty go zabiłaś?
– Ja? Nie! – zaprzeczyła gwałtownie. – Chciałam tylko, żeby był ze mną.
Rozszlochała się cicho.
Lykjard poczekał chwilę.
– Kto go zabił?
– On.
– Demon?
Skinęła głową.
– Ostrzegał Olivera. Mówił, że jeśli spróbuje go wygnać, zginie. Oliver nie posłuchał.
– Heleno – odezwał się łagodnie Lykjard. – Opowiedz mi wszystko. Od początku.
Dziewczyna długo milczała.
– On chce, żebyś odszedł. My chcemy.
– Najpierw chcę poznać prawdę.
Cisza.
– Jeśli ci powiem… odejdziesz?
– Nie mogę tego obiecać.
– Więc zginiesz! – krzyknęła, po czym znów zaczęła łkać.
– Spokojnie – powiedział Lykjard. – Wiem, że cierpisz. Chcę zrozumieć.
– Niczego nie rozumiesz.
– To prawda. Ale pozwól mi spróbować.
Helena długo milczała, aż wreszcie uspokoiła płacz.
– On zgadza się, żebym ci opowiedziała.
– Mistrzu – odezwał się nagle Kwintyn – nie słuchajmy podszeptów demona. Kontynuujmy egzorcyzm!
Lykjard gestem nakazał mu milczeć.
– Ostrzega cię – powiedziała Helena obcym, chłodnym tonem. – Pomyśl o swoim uczniu. Dlaczego ma ginąć przez twoje poczucie obowiązku?
Po chwili mówiła już inaczej – znów własnym głosem:
– Nasze rodziny od lat żyły obok siebie. Ojciec i vahr Adlerowie często się spierali, ale nigdy nie kończyło się to wojną.
Spojrzała w ogień.
– Rok temu podczas wspólnego polowania poznałam Olivera. Pokochaliśmy się niemal od razu i postanowiliśmy powiedzieć rodzicom, że chcemy się pobrać.
Uśmiechnęła się blado.
– Myślałam, że ojciec się ucieszy. Oliver był dziedzicem, człowiekiem wykształconym i dobrym. Ale kiedy usłyszał jego nazwisko… wpadł w szał.
Głos jej zadrżał.
– Nigdy wcześniej nie widziałam w nim tyle nienawiści.
Zacisnęła dłonie na materiale koszuli.
– Kłóciliśmy się bez końca. Krzyczałam na niego, życzyłam mu śmierci. Nawet kiedy zaczął mnie bić, nie przestawałam.
Na moment umilkła.
– Potem pił coraz więcej. Bił już nie tylko mnie i matkę, ale wszystkich wokół. Chłopów, dziewki… każdego.
Spojrzała na Lykjarda pustym wzrokiem.
– Wtedy zrozumiałam, że ten potwór zawsze w nim był. Ja tylko pomogłam mu wyjść na zewnątrz.
Helena znów zalała się łzami.
– Pewnej nocy wypędził wszystkich z domu. Matkę też. Potem wszedł do mojej izby. Myślałam, że chce się pogodzić. Ale… – Głos uwiązł jej w gardle. – Zrobił to. Mój własny ojciec.
Zapadła długa cisza.
Kwintyn pobladł wyraźnie.
Helena odezwała się ponownie:
– Powiedział, że teraz już zawsze będę jego własnością. Że po tym, co mi zrobił, żaden mężczyzna mnie nie zechce.
Łzy spływały jej po twarzy, lecz głos miała coraz bardziej pusty.
– Potem przestałam czuć cokolwiek. Nie chciałam żyć, ale nie miałam też siły umrzeć.
Wzięła drżący oddech.
– Wtedy przyszedł Oliver. Chciał mnie stamtąd zabrać. Uciekliśmy i ukrywaliśmy się w lesie, lecz ja zachorowałam, a ludzie naszych rodzin szukali nas wszędzie.
Spojrzała gdzieś w ciemność.
– W końcu przypłynęliśmy tutaj. Oliver wierzył, że na wyspie przeczekamy obławę. Pewnego dnia wrócił z dziwną księgą. Twierdził, że pozwala przyzwać duchowego sprzymierzeńca. Błagałam go, żeby tego nie robił. Ale był zdesperowany.
Głos jej ściszył się niemal do szeptu.
– Pamiętam tylko płonący krąg, obcy język… i smród spalenizny.
Nagle Helena gwałtownie odwróciła głowę, jakby dostrzegła coś obok siebie. Po chwili znów spojrzała na Lykjarda.
– On nie chce, żebym mówiła dalej.
Lykjard uniósł wzrok ponad nią.
– Chyba wiem, co było dalej.
Helena odezwała się znów obcym, chłodnym tonem:
– Poznałeś prawdę, zakonniku. Wiesz już, jakiej krzywdy doznałam. Rozumiesz więc, że mam prawo do zemsty.
– A kogo ona obejmie, Heleno? – spytał Lykjard. – Tylko twego ojca? Czy innych także? A twoja matka?
– Zasłużyła sobie.
– Czym?
– Swoją biernością.
– A vahr Adlerowie?
– To nie twoja sprawa. Odejdź.
– A Oliver? Dlaczego musiał zginąć?
Na moment w oczach Heleny pojawiło się coś ludzkiego. Zaraz jednak znikło.
– Nie powinien był próbować mnie odprawić. Za wiele mi zawdzięczał.
– Kim jesteś? – spytał Lykjard. – Wyjaw swoje imię.
Helena – lub coś w niej – roześmiało się cicho.
– A kim ty jesteś, że nawet nie każesz mi tego zrobić w imię swojego Boga?
– Jestem prostym zakonnikiem i chcę, żebyś zostawił tę dziewczynę w spokoju.
Śmiech Heleny stał się jeszcze bardziej obcy.
– Niech więc spełni się twoje życzenie, zakonniku. Poznasz moje imię… a potem uciekniesz z tej wyspy, jeśli nie chcesz zginąć.
Nagle oczy Heleny rozjarzyły się czerwienią nienaturalnie jaskrawą. Jej ciało wygięło się gwałtownie i uniosło nad ziemię.
– Jestem Azrakh’el. Zrodzony z plugastwa i krzyku. Syn przekleństwa. Dziedzic tych, których imion nie wolno wymawiać.
Kwintyn zbladł, lecz Lykjard pozostał niewzruszony. Zrzucił kaptur i dał uczniowi znak, by gotował broń. Sam wyjął z pochwy miecz.
– Azrakh’elu. Usłysz mnie i bądź posłuszny. Nie twoje jest to ciało ani ten świat. W imię Brata i Siostry wiążę cię i łamię twoją wolę. Ustąp.
Demon roześmiał się ochryple.
– W imię czego ze mną walczysz, zakonniku? Sprawiedliwości? Sam jej nigdy nie zaznałeś. Dzięki mnie Helena przeżyła. Dzięki mnie gwałciciela spotka kara.
Lykjard oblał ostrze smyrną. Miecz rozgorzał błękitnym blaskiem.
– Nie ty będziesz wymierzać sprawiedliwość ludziom. To rzecz Boga.
Azrakh’el zawył przeraźliwie. Wir ciemności rozszedł się wokół niego, a z niego wyłoniły się pomniejsze bestie, rzucając się na Zniczowców.
Błękitne ostrza przecięły mrok.
Rycerze walczyli ramię w ramię, rozrywając demoniczne kształty, które rozpadały się w popiół przy każdym uderzeniu. Nawet sama łuna gorejących mieczy osłabiała piekielne istoty. Kwintyn dotrzymywał mistrzowi kroku.
Rycerze byli jednak tylko ludźmi. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa coraz bardziej, a Velm zdawał się doskonale o tym wiedzieć. Wciąż posyłał do walki nowe bestie, próbując wyczerpać ich siły przed właściwym starciem.
Lykjard wiedział jednak, że demon również słabnie. Każda zniszczona istota odbierała mu część mocy. Pozostawało pytanie: kto wytrzyma dłużej.
Po kilkunastu minutach walki bestie nagle zniknęły. Zapadła ciężka cisza.
Lykjard natychmiast rozpoczął modlitwę:
Bracie, który widzisz wszystko – stój przy mnie.
Siostro, która ważysz dusze – nie odwracaj wzroku.
Umocnij rękę moją, gdy drży.
Utwierdź serce moje, gdy pęka.
Wtedy Velm uderzył. Zmaterializował się nagle, porwał Kwintyna i spowił wyspę gęstą mgłą.
Lykjard ledwie widział własny miecz. Ukląkł i zaczął modlić się żarliwie. Po chwili wokół niego rozbłysło światło.
Niegdyś jego wiara była niezłomna. Dziś jednak stał tu jako człowiek zmęczony i pełen skrywanego żalu do Boga.
Modlił się nie za siebie, lecz za Helenę, Kwintyna i tych, którzy jeszcze mogli zginąć, nim sprawiedliwość dosięgnie Wilhelma Stiglera.
Lecz coś w tej modlitwie było nieszczere.
Jego skupienie rozsypało się nagle, a w umyśle odezwał się głos Velma:
Nie oszukasz własnego serca, zakonniku.
Pamiętasz jej włosy? Dotyk? Ciepło, które odnalazłeś pośród zimna?
Pamiętasz, kto ci to odebrał?
Tułasz się po świecie, modląc się o śmierć. Oto nagroda za twoje posłuszeństwo.
Dlatego odpuść. Pozwól Helenie dokonać zemsty. Wilhelm Stigler zasłużył na swój los.
Odejdź, a daruję życie tobie i Kwintynowi.
Przez chwilę Lykjard niemal przyznał demonowi rację. Był zmęczony cierpieniem i posługą, która zdawała się nagradzać go jedynie kolejnymi stratami.
Dwa głosy ścierały się teraz w jego wnętrzu.
Lecz wtedy pomyślał o Livenne. Żyła. Była wolna. Dzięki komu, jeśli nie dzięki Bogu i Siostrze?
Lykjard zacisnął dłonie mocniej.
Nie mógł zdradzić wszystkiego, co wycierpiał, dla szeptu demona.
Wreszcie w jego umyśle pojawiła się odpowiedź:
Gdyby nie ty i tobie podobni, nie byłoby tego cierpienia.
Nie Bóg skrzywdził Livenne, lecz demon.
To wy jesteście źródłem zła.
I nie do was należy wymierzanie sprawiedliwości.
Myśl ta umocniła go.
Velm raz po raz próbował wedrzeć się do jego umysłu, ciskał klątwami i piekielnymi szeptami, lecz nie potrafił już przebić świetlistej bariery modlitwy.
Demon atakował coraz zacieklej, wytracając resztki sił.
I wtedy nie dostrzegł drugiego Zniczowca.
Kwintyn odnalazł drogę we mgle i błękitne ostrze osgarotha przebiło ciało Velma.
Demon zawył.
Kwintyn wypowiedział modlitwę:
W imię Brata, który widzi wszystko,
i Siostry, która waży dusze,
zamykam przed tobą to ciało i tę ziemię.
Co z krzywdy powstało – niech w krzywdzie sczeźnie.
Co z żalu się zrodziło – niech w zapomnienie wróci.
Rozdzierający krzyk Velma przeciął noc.
Lykjard poczuł, jak opuszczają go siły. Osunął się na ziemię.
Ostatnim, co zobaczył, było zakrwawione ciało Heleny i biegnący ku niemu Kwintyn.
♦
Gdy otworzył oczy, świat tonął w jasnej poświacie.
Nie czuł bólu ani zmęczenia.
Spróbował się podnieść – i wtedy zobaczył własne ciało leżące na ziemi.
Czyżby to był koniec? Spojrzał na swoje dłonie. Nie były już ciałem, lecz światłem.
Wtedy dostrzegł dwoje ludzi idących ku niemu.
Helenę i Olivera.
Uśmiechali się spokojnie, jakby pierwszy raz od dawna zaznali szczęścia.
– Gdzie jesteśmy? – spytał Lykjard.
– Pomiędzy – odparł Oliver. – W miejscu, gdzie ważą się dusze.
Lykjard spojrzał na nich uważnie.
– A więc umarliśmy?
– My tak – powiedziała Helena. – Ty nie.
Poczuł jednocześnie ulgę i rozczarowanie.
– Wpuścili cię tutaj tylko na chwilę – dodała dziewczyna. – Żebyśmy mogli ci podziękować.
Uśmiechnęła się łagodnie.
– I żebyś odzyskał siłę.
Nagle jej twarz się zmieniła.
Lykjard natychmiast padł na kolana.
– Nie trwóż się swoim cierpieniem, synu – przemówiła Siostra. – Ma ono znaczenie, którego jeszcze nie pojmujesz.
Legł na ziemi okazując swe całkowite posłuszeństwo i oddanie, i gotów był całować stopy Heleny, przez którą przemawiała sama Siostra. Lecz te pozbawione były fizyczności i zaraz też spostrzegł, że na powrót ma przed sobą zwykłą dziewczynę, nie zaś Boginię. Powstał tedy i począł ocierać twarz z łez.
Helena i Oliver spojrzeli na niego po raz ostatni.
– Dziękujemy ci, rycerzu.
Potem odwrócili się i odeszli ku światłu.
♦
Zgodnie ze słowami Heleny Lykjard wrócił do żywych.
Wyspę oświetlał już tylko sierp księżyca i dogasające ognisko.
Nad nim pochylał się Kwintyn.
– Lykjardzie? Słyszysz mnie?
Rycerz powoli podniósł się z ziemi.
– Wszystko dobrze? – spytał Kwintyn.
Lykjard spojrzał na niego spokojnie. Po raz pierwszy od dawna nie było w nim zmęczenia ani bólu.
– Wszystko dobrze, Kwintynie – powiedział cicho. – Dawno nie było tak dobrze.
Młody Zniczowiec patrzył na niego ze zdumieniem.
– Jesteś… inny. Co się stało?
Lykjard uśmiechnął się lekko.
– Opowiem ci po drodze. Najpierw znajdźmy ciało Olivera i pochowajmy jego, i Helenę.
♦ ♦ ♦
Nad ranem rycerze opuścili wyspę. Demon został odprawiony, a ciała Heleny i Olivera pochowane.
Mimo to Kwintyn nie zaznał spokoju. Gdy płynęli ku wsi Stiglera, odezwał się w końcu:
– Naprawdę mamy to tak zostawić?
– Co masz na myśli? – spytał Lykjard.
– Wilhelma Stiglera. Po tym, co zrobił własnej córce.
Lykjard milczał chwilę.
– Chcesz dokończyć dzieła demona?
– Nie. Ale nie możemy pozwolić, by uszło mu to bez kary.
– A jaka kara byłaby sprawiedliwa? – spytał spokojnie Lykjard. – Chcesz zostać sędzią i katem?
Kwintyn długo nie odpowiadał.
– Nie wiem – przyznał w końcu. – Wiem tylko, że taki człowiek nie powinien dalej krzywdzić innych.
– I dlatego właśnie musisz uważać – odparł Lykjard. – W gniewie łatwo się rozsmakować, tłumacząc to wymierzaniem sprawiedliwości.
Kwintyn zacisnął dłonie na wiosłach.
– A jeśli Zakon nic z tym nie zrobi?
– Wtedy nadal nie będzie naszą rzeczą wymierzanie wyroków.
Młody Zniczowiec spojrzał na niego z goryczą.
– A zatem odwracamy wzrok.
Lykjard zamyślił się na chwilę.
– Nie pozostawię tej sprawy – powiedział w końcu. – Opowiem Setrionowi wszystko, czego się dowiedzieliśmy.
Kwintyn nie wyglądał na przekonanego.
Resztę drogi przepłynęli w milczeniu.
♦ ♦ ♦
Kiedy o świcie wyprowadzono im konie, rycerze byli gotowi do drogi.
Lykjard polecił jednemu z pachołków przekazać gospodarzowi, że demon został odprawiony i wyspie nic już nie zagraża.
Nim jednak zdążyli odjechać, na podwórzu zjawił się sam Wilhelm Stigler.
Spojrzał na Lykjarda chłodno i rzekł:
– Chcę wiedzieć, co wydarzyło się na wyspie.
– Spełniliśmy naszą powinność – odparł Lykjard. – Na tym kończy się nasza znajomość.
Twarz Stiglera stwardniała.
– Nie radzę okazywać mi pogardy na mojej własnej ziemi.
Lykjard patrzył na niego długo, bez słowa. Potem ujął wodze.
– Żegnaj, Wilhelmie Stiglerze. Obyś kiedyś pojął, czym naprawdę jesteś.
I odjechali.
♦ ♦ ♦
Nasza misja na adeńskiej ziemi dobiegła końca.
Dotąd sądziłem, iż większego zła od demonów nie ma, teraz jednak wiem, że człowiek potrafi być równie plugawy co one. A nawet bardziej.
Wyprawa ta odmieniła także mego mistrza. Odkąd opuściliśmy wyspę Kelbrück, częściej widuję spokój na jego twarzy, a czasem nawet coś, co przypomina dawną radość. Powiadomił mnie też, iż po zakończeniu sprawy w Halwarii wrócimy wreszcie do Tydaru, choćby zwierzchnictwo miało inne życzenie.
Jadę tedy dalej ku ziemiom halwarskim, rozumiejąc już, iż większym jeszcze ciężarem od walki z demonami bywa patrzenie na zło, którego ukarać nie można.