Gdyby ktoś mi dziesięć lat temu powiedział, że wstanę rano, przebiegnę maraton, potem zjem śniadanie w Tokio, wypiję kawę w małej kawiarni nad fiordem, a wieczorem zasnę w łóżku, w którym zawsze jest idealnie chłodno, to bym się roześmiał i spytał, ile kosztuje ten żart.
Teraz już nie pytam. Koszty zniknęły z rozmów. To pierwsza rzecz, która uderza w nowym życiu: nie musisz ciągle kalkulować. Nic nie jest „za drogie”, „za daleko”, „za długo”. Wszystko jest po prostu… dostępne.
I to jest, nie będę udawał, zajebiste.
Nie chodzi o to, że spełniłem wszystkie marzenia. Marzenia też się z czasem zużywają, jak stare buty. Chodzi o ten spokój, który przychodzi, gdy świat przestaje stawiać opór tam, gdzie opór był czystym marnotrawstwem. Czekanie w korku. Stanie w kolejce. Szukanie wolnego terminu. Ból głowy o czwartej nad ranem. Kłótnia o to, kto wyniesie śmieci. Cała ta drobna, brudna, codzienna tarcica życia, którą kiedyś braliśmy za „naturalną”.
Naturalna nie była. Była tylko stara.
Teraz budzę się bez budzika, bo nie ma już sensu się spóźniać. Dzień nie jest paczką godzin, które trzeba rozdzielić. Dzień jest przestrzenią, którą można wypełniać dowolnie.
Wstaję, przeciągam się i czuję, jak ciało odpowiada. Tak, czuję ciało. Czuję lekkość w stawach, sprężystość mięśni, ciepło skóry. Czasem, dla sportu, wybieram wersję „po ciężkiej nocy”, żeby przypomnieć sobie, że kiedyś zmęczenie było realne. Włączam to na pięć minut, śmieję się, wyłączam, idę biec.
Bieganie jest piękne, gdy nie jest karą.
Nie trzeba planować trasy, sprawdzać jakości powietrza, martwić się o kolano. Wystarczy chcieć. Chcę biegu przez miasto o świcie? Proszę. Chcę biegu po ścieżce w lesie, gdzie powietrze pachnie żywicą i mokrą ziemią? Proszę. Chcę biegu brzegiem oceanu, z falą tak głośną, że aż wibrują żebra? Proszę. A jeśli chcę, żeby dziś było trochę trudniej, bo brakuje mi tego małego triumfu, kiedy ciało się poddaje, a ja je przekonuję, to wystarczy przesunąć… no właśnie.
Tu ludzie różnie to nazywają.
Jedni mówią: „ustawienia”, inni: „tryby”, jeszcze inni: „strojenie”. Mnie najbardziej pasuje słowo „intencja”, bo tak to działa: nie dotykasz guzików, nie klikasz, nie przewijasz. Wystarczy, że wiesz, czego chcesz, a świat zachowuje się tak, jakby od zawsze czekał na ten sygnał.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przestałem być obsługą własnego życia. Nie muszę pamiętać o hasłach, aktualizacjach, bateriach. Nie mam nawyku sprawdzania kieszeni, czy zabrałem klucze. Nie miewam tych małych momentów paniki, gdy człowiek czuje pustkę w portfelu i od razu wyobraża sobie katastrofę. Niczego nie gubię, bo niczego nie noszę.
Powinienem dodać, że nie jestem żadnym fanatykiem nowości. W starym świecie byłem raczej tym, który marudzi, że nowa wersja aplikacji zepsuła to, co działało. Śmieszy mnie, że finalnie to właśnie ja tak łatwo polubiłem życie bez tarcia.
Może po prostu byłem zmęczony. Może wszyscy byliśmy. Może ludzkość w pewnym momencie usiadła na podłodze, oparła się plecami o ścianę i powiedziała: „Dość. Nie chcemy już codziennie naprawiać świata, który i tak się psuje szybciej niż my”.
Wtedy ktoś zaproponował rozwiązanie.
I nie, nie brzmiało ono jak „porzućcie rzeczywistość”. Brzmiało jak „pomożemy wam odpocząć”.
Najpierw były „strefy komfortu”: pomieszczenia, w których można było poczuć las w środku miasta. Potem „strefy pracy głębokiej”: odcięcie od bodźców, żeby wreszcie móc zrobić coś sensownego bez ciągłego rozpraszania. Potem „strefy regeneracji”: sen, który naprawdę leczy.
W którymś momencie „strefy” przestały być miejscami. Stały się sposobem istnienia. A potem okazało się, że skoro istnienie da się tak stroić, to czemu nie pójść dalej? Czemu nie przestać cierpieć w imię tradycji? Czemu nie zostawić przypadków tym, którzy naprawdę ich potrzebują? Przez długi czas wszystko brzmiało jak rozsądek. Jak wybór. Jak ulga, która nie ma w sobie wstydu. I w pewnym sensie dalej tak jest. Bo ja naprawdę żyję lepiej. I nie mam z tym problemu. Przynajmniej na początku nie miałem.
Pierwszego dnia, jeszcze z tą starą ostrożnością w głowie, sprawdzałem wszystko jak sceptyk w sklepie z cudami: dotknąłem ściany, żeby upewnić się, że jest chłodna; zjadłem brzoskwinię z uwagą, czy sok naprawdę popłynie po brodzie; wziąłem prysznic i czekałem na ten moment, kiedy woda jest za gorąca albo za zimna. Nie było „za”. Było dokładnie. I to „dokładnie” okazało się łaską.
***
Najbardziej lubię poranki, kiedy spotykam ją.
Nie w sensie „wpadamy na siebie”, bo tu nie ma przypadkowych wpadnięć. Przypadek jest romantyczny w filmach, w życiu jest nieefektywny. Tu spotkania są… gładkie. Płynne. Naturalne, jakbyśmy mieli w środku zegary ustawione na ten sam czas.
Ona mówi, że to dlatego, że w końcu przestaliśmy się mijać. Że nie ma już „pracy”, „dojazdów”, „pilnych maili”. Że jesteśmy tam, gdzie chcemy być.
I ma rację.
Siadamy na tarasie, który kiedyś mógłby być luksusem, a tu jest po prostu sceną: słońce, wiatr, zapach kawy. Kawa, którą można zaparzyć tak, by była dokładnie tą kawą z tej jednej podróży, z tego jednego dnia, kiedy jeszcze wszystko było niepewne i przez to ostrzejsze. Ona lubi kawę łagodną. Ja lubię kawę zostawiającą słaby ślad goryczy, bo gorycz przypomina o rzeczywistości.
Rozmawiamy o rzeczach prostych. O tym, co dziś zrobimy. O tym, czy mamy ochotę na koncert, czy na ciszę. O tym, czy wybieramy „miasto”, czy „pustkę”, bo pustka też jest tu piękna. Pustka jest jak reset dla głowy.
Czasem, dla żartu, mówię:
– Wyobrażasz sobie, że kiedyś ludzie czekali na weekend?
Ona wtedy uśmiecha się i odpowiada:
– Wyobrażam sobie, że kiedyś ludzie czekali na życie.
I w tym jest coś, co mnie wzrusza, choć wzruszenie też można tu regulować, jeśli ktoś się boi własnych emocji. Ja się nie boję. Ja lubię, że coś mnie porusza.
Jedyną rzeczą, która wraca do mnie jak natręt, jest potrzeba napisania jej czegoś „po staremu”.
Nie wiadomo czemu, ale czasem chce mi się zostawić ślad, który nie jest sygnałem. Kartkę, która się zagnie. Atrament, który się rozleje. Słowo, które nie będzie poprawione, zanim w ogóle zostanie wypowiedziane.
Chciałbym napisać: „Kocham cię” tak, jak kiedyś się pisało: niepewnie, krzywo, z sercem w gardle.
I wtedy zderzam się z pierwszą drobnostką, którą z początku uznałem za śmieszną.
Nie umiem.
Albo raczej: umiem tylko idealnie.
Kiedy próbuję wziąć długopis, jest jakby… zbyt lekki. Jakby był pomysłem długopisu. Kartka jest idealna, zawsze równa, zawsze czysta. Litery wychodzą równo. Jak z maszyny. Jak z przykładu. Nie ma tego pięknego potknięcia, które kiedyś było dowodem, że to ja.
Na początku tłumaczyłem sobie, że to kwestia przyzwyczajenia. Że dawno nie pisałem ręcznie, że człowiek odzwyczaja się od wszystkiego.
Ale potem spróbowałem zrobić coś, co zawsze wychodziło mi źle: narysować głupi domek, krzywą gwiazdkę, kółko, które się nie domyka w tym samym miejscu.
Nie wyszło.
Wyszło idealne.
Wtedy się roześmiałem nerwowo i powiedziałem do niej:
– Wiesz, co jest najgorsze? Nawet nie mogę być niezdarny.
Ona spojrzała na mnie z czymś, co mogło być czułością albo ostrzeżeniem.
– Po co ci niezdarność? – zapytała. – Masz wszystko.
„Masz wszystko” brzmi jak pocieszenie. Ale czasem brzmi też jak wytrych.
***
Żeby było jasne: przez długi czas nic mi nie zgrzytało. Naprawdę. Jestem ostatnią osobą, która szuka dramatów, gdy jest dobrze. Jeśli ktoś ma potrzebę cierpienia, to niech sobie kupi cięższy trening, trudniejszy tryb, bardziej wymagającą przygodę. Ja lubię spokój.
Ale z czasem zauważałem drobiazgi. Najgorsze są drobiazgi, bo nie da się ich nazwać „problemem”. Problem wymaga reakcji. Drobiazg można w sobie dusić.
Pierwszy drobiazg był dźwiękiem. Cichy pomruk w tle. Jak lodówka w nocy, kiedy cały dom śpi. Pomruk nie pasował do żadnego miejsca, w którym byłem, bo słyszałem go wszędzie. W lesie, na koncercie, w pokoju, w którym panowała absolutna cisza. Zawsze gdzieś pod spodem brzmiał ten sam ton.
Na początku uznałem, że to ja. Że coś mi zostało po dawnych czasach: szum w uszach, nerwica, przyzwyczajenie do miejskiego tła. Wszystko da się wytłumaczyć, jeśli człowiek chce spokoju.
Potem doszły kliknięcia. Regularne, krótkie. Jakby ktoś gdzieś naciskał przełącznik. Były tak dyskretne, że prawie ich nie słyszałem. Prawie.
I błyski.
Nie takie jak słońce. Raczej jak flesz pod powieką, gdy ktoś robi zdjęcie. Tylko że nikt mi nie robił zdjęć. Nikt tu nie robi zdjęć, bo po co, skoro można odtworzyć dowolny moment w idealnej jakości.
Błysk pojawiał się nagle, na ułamek sekundy. Po nim czułem osłabienie, krótkie i dziwnie czyste. Jakby ktoś odciął mi na moment energię, a potem oddał.
Zauważyłem też przerwy. Mikroprzerwy. Sekundy, w których wszystko traci ostrość, a ja czuję mdłość, choć nie potrafię powiedzieć, gdzie ona siedzi. Mdłość dawniej miała miejsce w brzuchu. Teraz ma miejsce w… we mnie.
W takich sekundach myślę, że jest jakieś „tam”. A potem „tam” znika i wraca „tu”.
Z początku traktowałem to jak ciekawostkę. Jak efekt uboczny luksusu. Jak cenę, którą płaci się za brak korków. Tylko że ciekawostka zaczęła mieć rytm.
***
Zacząłem więc robić coś, co jest tu uważane za niezdrowe: testować.
W starym świecie testy robiło się, żeby sprawdzić granice. Tu granice miały być zniesione, więc testowanie było formą niewdzięczności. Ale ja nie robiłem tego z niewdzięczności. Robiłem, bo byłem ciekawy. Chciałem zobaczyć, czy istnieje „krawędź”. Poszedłem więc dalej niż zwykle.
Miasto rozciągało się pięknie, jak dobrze zaprojektowana mapa. Ulice były czyste, ludzie – uprzejmi, pogoda – idealna. Nawet ptaki śpiewały w odpowiednich odstępach. Im dalej, tym mniej detali. Trawa stawała się jednolita. Drzewa powtarzały kształty, jakby ktoś kopiował je z jednego szablonu.
W pewnym momencie zobaczyłem przed sobą otwartą przestrzeń, jakby ktoś zapomniał jej dokończyć. Zrobiłem jeszcze kilka kroków i uderzyłem w niewidzialną ścianę.
Nie bolało jak uderzenie w beton. Bolało jak decyzja. Ściana nie była materiałem. Była odmową. Zatrzymałem się i spojrzałem w górę. Nie było nieba. Było jednolite, mleczne tło. Jak sufit bez śladów. Jakby mój świat był pudełkiem, a ja dopiero teraz dotknąłem jego ścianki.
Wtedy usłyszałem dźwięk, którego nie da się pomylić z niczym w mieście: przesuwanie szkła po metalu. Zamarłem. Przez sekundę chciałem udawać, że to wiatr. Ale wiatr nie przesuwa szkła po metalu.
Po chwili wróciły kolory, faktury, ptaki. Wróciło nawet coś, co przypominało wstyd: że w ogóle tu przyszedłem. A potem, jakby w nagrodę za posłuszeństwo, pojawiła się miękka myśl: Wszystko w porządku. Zrozumiałem wtedy, że nawet moje lęki mają obsługę.
***
Kiedy zacząłem o tym mówić głośno, przyszło powiadomienie.
Nie lubię tego słowa, bo pachnie starym światem, telefonami, które dzwoniły w niewłaściwym momencie. Ale to było dokładnie powiadomienie, tylko nie na ekranie, a… we mnie.
„Zalecana przerwa serwisowa. Prosimy o pozostanie w spoczynku”.
Pojawiło się jak grzeczne przypomnienie. Bez agresji. Bez groźby. Prawie jak troska.
A ja poczułem panikę. Bo serwis oznacza, że jestem czymś, co się serwisuje.
Próbowałem udawać, że go nie widzę. Próbowałem iść dalej, jakby nic się nie stało. Świat był piękny, jak zawsze. Ludzie uśmiechali się. Ptaki śpiewały. Nawet wiatr był „odpowiedni”.
A potem wszystko zgasło. Nie jak przy awarii. Bardziej jak przy zamknięciu powiek, tylko że ja nie mrugnąłem. Światło zostało odcięte jednym ruchem, bez przejścia, bez szansy na „dlaczego”.
Była ciemność.
W ciemności dźwięki stały się nagle wyraźniejsze, jakby ktoś zdjął filtr. Bulgot był głośny, głęboki. Kliknięcia były szybsze. Pomruk przestał udawać szum miasta.
Słyszałem też inne rzeczy: stłumione głosy, rytm mowy, krótkie odpowiedzi. Metal o metal. Coś, co przesuwano z pewnym, zawodowym spokojem.
Próbowałem poruszyć ręką. Nie dało się.
Próbowałem poruszyć nogą. Nie dało się.
Próbowałem krzyknąć. Nie dało się.
I wtedy dotarło do mnie coś absolutnie podstawowego: moje „tu” działa tylko wtedy, gdy ktoś je podtrzymuje. Gdy ktoś chce.
W ciemności poczułem zapach. Nie dało się go wyłączyć. Wdarł się sam – chemiczny i czysty, taki, który mówi: tu się nie żyje, tu się utrzymuje.
To trwało krótko. Czas w ciemności nie istnieje.
Potem świat wrócił jakby nic się nie stało. I wraz z nim wróciła uprzejma myśl, podsunięta jak poduszka: Wszystko w porządku.
Prawie w to uwierzyłem.
Prawie.
***
Po serwisie życie stało się jeszcze lepsze. To był kolejny uśmiech systemów: jeśli coś cię niepokoi, dostajesz więcej wygody, żebyś miał mniej powodów do myślenia.
Koncerty były intensywniejsze. Smaki głębsze. Spotkania bardziej „trafione”. Jakby ktoś podkręcił mój osobisty świat, żeby mnie zająć.
Przez chwilę dałem się wciągnąć. I to jest wstydliwe: zapomniałem o pytaniach na kilka dni. Odpocząłem tak dobrze, że niemal nie chciałem wracać do własnej ciekawości.
Wtedy stworzyłem miasto.
Każdy tu coś tworzy, bo twórczość to najładniejszy sposób, by człowiek nie czuł, że stoi w miejscu. Kiedyś tworzenie wymagało materiałów, miejsca, pieniędzy, czasu. Teraz wymaga tylko decyzji.
Postanowiłem zbudować miasto, w którym wszystko jest trochę krzywe. Trochę niedoskonałe. Które ma swoje przypadkowe zaułki, złe oświetlenie, dziwne schody. W którym człowiek musi uważać, gdzie stawia stopę. Nie żeby cierpieć – żeby pamiętać, że jest w nim ciało.
Budowałem długo. Chciałem, żeby było nieładnie w sposób prawdziwy, a nie artystyczny.
Kiedy skończyłem i poszedłem na spacer, wszystko było… zbyt udane. Krzywizna wyglądała jak zamierzony styl, brud był „nastrojowy”, a moje błędy stały się ozdobą.
To mnie wkurzyło bardziej, niż powinno. Bo jeśli nawet mój przypadek został poprawiony, ktoś pilnuje nie tylko mojego bezpieczeństwa, ale też estetyki mojego życia.
A estetyka jest formą władzy.
***
Poszedłem do niej.
Nie czekałem. Czułem, że jeśli poczekam, to przyjdzie kolejna przerwa serwisowa, tylko dłuższa. Czułem, że muszę złapać ją „pomiędzy”.
Znalazłem ją w mieszkaniu, które zawsze było dokładnie takie, jak lubiła: ciepłe światło, miękki koc, muzyka w tle, taka, która nie przeszkadza myśleć.
– Źle wyglądasz – powiedziała od razu.
– Tu nie ma „źle”. Jest tylko wygląd – odpowiedziałem ostro.
Zawahała się.
Opowiedziałem jej o serwisie. O ciemności. O zapachu. O ścianie. O tym, że nawet moje brzydoty są tu korygowane.
Słuchała, ale jej twarz robiła się coraz spokojniejsza, jakby ktoś podkręcał w niej uspokojenie.
– To tylko awaria – powiedziała w końcu. – Zdarza się.
– Nie. To było prawdziwsze niż wszystko, co tu mamy.
– Prawdziwe jest to, co czujesz – powtórzyła, a w jej głosie usłyszałem cudzy ton.
– A jeśli to, co czuję, jest ustawieniem? – nacisnąłem.
Wstała. W jej ruchu było napięcie, pierwsze od dawna.
– To dobrze – powiedziała nagle. – To znaczy, że ktoś dba. Że nie musisz cierpieć.
– Ale ja chcę wiedzieć.
Jej oczy zaszkliły się, ale łzy nie spłynęły.
– Proszę – wyszeptała. – Włącz łagodzenie. Tylko na chwilę. Uspokoisz się i wrócisz do nas.
– Nie.
Na sekundę filtr w niej pękł, zobaczyłem strach, prawdziwy.
– Oni cię wyciszą – powiedziała cicho.
– Skąd wiesz?
Zacisnęła usta, jakby walczyła z czymś w środku.
– Bo już raz to zrobiłam – wyszeptała.
– Komu?
Nie odpowiedziała. Jakby nawet spowiedź miała limit.
Słowo „łagodzenie” zostało w powietrzu jak zapach, którego nie da się wyłączyć.
***
Po tej rozmowie zacząłem zbierać okruchy. Nie w notesie. Notesy są tu dekoracją. Zbierałem je w pamięci, jak dawni ludzie zbierali sny, zanim ktoś zrobił z nich usługę.
Wspomnienie pierwsze: Nie ma siniaków. Jeśli się przewrócę na chodniku, wstaję czysty. Jeśli uderzę biodrem o kant stołu, dostaję ostrzeżenie, ale nie mam bólu następnego dnia.
Wspomnienie drugie: Nie ma prawdziwego zmęczenia. Jest „stan zmęczenia”, który można zresetować snem. Sen kończy się zawsze w tym samym momencie, jakby ktoś włączał i wyłączał światło.
Wspomnienie trzecie: Lustra są rzadkie. Jeśli są – pokazują moją twarz zbyt poprawną. Jakby ktoś złożył ją z moich preferencji, a nie z historii moich porów.
Wspomnienie czwarte: Rzeczy nie psują się przypadkiem. Jeśli coś „pęka”, pęka w sposób piękny. Jeśli coś się brudzi, brudzi się tak, by dało się to łatwo zmyć.
Wspomnienie piąte: Nie ma ciężaru. Mogę podnieść mebel i nic w plecach nie protestuje. Mogę biec, a stopy nigdy nie puchną.
Wspomnienie szóste: Nie ma prawdziwego milczenia. Nawet gdy jest cicho, w tle zawsze zostaje ten pomruk. Jakby coś pracowało.
Wspomnienie siódme: Czasem czuję chłód, który nie ma źródła. Nie jest wiatrem. Jest jak dotyk zimnej powierzchni od środka.
Kiedy to układałem, brzmiało jak paranoja człowieka za długo patrzącego w ekran. Tylko że tu nie można się natknąć tak po prostu na ekran. Wszystko jest bliżej. Za blisko.
***
Zacząłem szukać przeszłości.
Nie tej muzealnej, wygładzonej, w której zawsze jest narracja: „było ciężko, więc teraz doceniaj”. Chciałem brudu, sprzeczności, wstydu. Chciałem zobaczyć, jak to się zaczęło.
Tutaj historia jest menu. Wybierasz epokę, a dostajesz ładne sekwencje: protesty jako spektakl, kryzysy jako lekcje, tragedie jako stopnie rozwoju. Ale pod menu jest coś jeszcze, coś, czego nikt nie pokazuje na start, bo mogłoby popsuć apetyt.
Trafiłem tam przypadkiem przez pewne słowo.
Ktoś w rozmowie rzucił: „redukcja”. Zwykle mówi się „optymalizacja”. Redukcja jest brzydka, sugeruje, że coś się zabiera, nie tylko „usprawnia”. Kliknąłem to słowo, a raczej pomyślałem: „pokaż źródło”. I wtedy wpadłem w archiwum.
Były tam nagrania, nieprzycięte. Ludzie krzyczący na ulicach, jeszcze w starym świecie. Transparenty: CIAŁO TO NIE OPAKOWANIE. NIE JESTEŚMY DANYMI. Ktoś trzymał karton z krzywo napisanym zdaniem: CHCĘ ŻYĆ W BÓLU, JEŚLI TO MÓJ BÓL.
To było śmieszne i straszne jednocześnie. Śmieszne, bo kto chce bólu. Straszne, bo w tym zdaniu była wolność.
Były też konferencje. Ludzie w garniturach, obok nich uśmiechnięte twarze, zbyt symetryczne, mówiące o „przyszłości bez cierpienia”. O „stabilizacji”. O „przeniesieniu aktywności do przestrzeni cyfrowej” jako o ratunku. Słowa brzmiały jak dobro. Dobro zawsze brzmi jak dobro.
Potem raporty. Upały, migracje, koszty opieki, wypalenie, samotność. Miasta, w których ludzie mieli wszystko, a jednak czuli się pusto. Ktoś w końcu powiedział: „Skoro możemy dać im sens bez bólu, to dlaczego nie?”.
W dokumentach nie było wielkich manifestów. Były tabelki. Krzywe. Prognozy. Zasoby. Zużycie. Wydajność.
W jednym z fragmentów, suchym jak instrukcja, było zdanie: „Utrzymanie świadomości w trybie podtrzymania ma przewagę kosztową i środowiskową. Rekomendacja: przejście na model rdzeniowy”.
Rdzeniowy.
Piękne słowo. Rdzeń sugeruje, że zostaje to, co najważniejsze, a reszta była tylko skorupą. Rdzeń sugeruje sens. Nikt nie lubi myśleć, że jest skorupą.
Im dłużej patrzyłem na te dokumenty, tym wyraźniej widziałem, że to nie była jedna decyzja. To było wysychanie. Rok po roku. Etap po etapie.
Najpierw praca z domu, potem życie z domu, potem „życie w trybie”. Najpierw ludzie uciekali w gry, potem w światy, potem w relacje czystsze niż realne. Najpierw cieszyli się, że nie trzeba stać w kolejkach, potem cieszyli się, że nie trzeba wychodzić, potem – że nie trzeba… ponosić kosztu reszty.
W jednym z dokumentów było zdanie: „Opakowanie generuje ryzyko”. Pod spodem wyliczenie: choroba, wypadek, przemoc, zapach, ból, starość, infekcje, wstyd. Zapach był obok przemocy. Wstyd obok infekcji. Wszystko stało się kosztem.
Ktoś nazwał to „wyzwoleniem od opakowania”.
I wtedy wszystko zaczęło mi się układać.
***
Są chwile, kiedy czuję, że nie jestem sam nawet wtedy, gdy jestem sam.
Nie chodzi o paranoję. Chodzi o to, że w mikroprzerwach dociera do mnie dziwny natłok: nie słowa, nie zdania, tylko obecność. Jakby w wielkim bloku ktoś włączył wszystkie telewizory na raz, lecz bez obrazu. Miliony kanałów, miliony historii, które nigdy się nie spotkają, bo spotkanie to ryzyko.
Najpierw myślałem, że to moja głowa wariuje. Potem pomyślałem, że to błąd. A potem przyszło najbardziej obrzydliwe wytłumaczenie: że to normalne, tyle że zwykle to filtrowano.
Kiedy filtr się ślizga, słychać coś, co przypomina chór bez melodii: setki mikroemocji naraz. I wtedy mam pewność, że jest nas więcej. Wtedy też zacząłem rozumieć, czemu tak bardzo nie potrafię pisać. Bo pisanie jest ruchem ku innemu. A tu inni są utrzymywani w bezpiecznej odległości. Relacje są w katalogu. Bliskość ma parametry. Rozstanie ma procedurę. Żałoba ma limit. Pisanie własną ręką jest nieprzewidywalne.
Nieprzewidywalność kosztuje.
***
Po pewnym czasie przestałem bawić się w testy na mapie. Zacząłem szukać krawędzi w sobie.
Jeśli to wszystko jest takie doskonałe, to czemu mam tę potrzebę brzydoty? Czemu chcę się potknąć na schodach? Czemu tęsknię za tym, że coś mnie boli przez dwa dni?
Odpowiedź przyszła prosto: bo ból i brzydota były dowodem. Dowodem, że świat mnie nie prowadzi za rękę. A jeśli ktoś mnie prowadzi, to znaczy, że nie idę sam.
Tego wieczoru znów próbowałem napisać do niej. Nie myślą. Nie dyktowaniem. Chciałem tego starego gestu, w którym palce brudzą się atramentem, a kartka ma ciężar. Żeby słowa były moje, nie czyimś wygładzeniem.
Pojawiła się kartka. Pojawił się długopis. Pojawił się nawet ten głupi szczegół: mała plamka na papierze, jakby ktoś już kiedyś dotknął jej palcem.
Wyciągnąłem rękę.
Dłoń była idealna. Zbyt gładka. Zbyt równa. Bez drobnych plamek, bez żyłek, bez zadrapania, które pamiętałem z dzieciństwa. Zacisnąłem palce tak mocno, jak potrafiłem, chcąc poczuć ból w stawach. Nie poczułem. Dostałem tylko informację: „napięcie zwiększone”.
Chciałem zrobić brzydką literę. Krzywą. Złą. Linia wyszła prosta. Wtedy wreszcie krzyknąłem, choć krzyk w tym świecie jest tylko animacją, jeśli ktoś go nie dopuści do konsekwencji.
Światło błysnęło. Klik. Bulgot. Dłuższy niż zwykle.
To nie było „zacięcie”. To było odsłonięcie.
Warstwa zadrżała.
I nagle, przez ułamek sekundy, zobaczyłem coś, co nie było ani miastem, ani niebem, ani nawet pustką. Zobaczyłem metalową półkę. Na półce stały rzędy przezroczystych naczyń, każde z etykietą. W naczyniach unosiło się coś różowego, pofałdowanego, delikatnego, oplecionego cienkimi przewodami. Płyn wokół był klarowny, a w nim tańczyły bąbelki. Ktoś, gdzieś, przesuwał szkło po metalu, ustawiając nas równo, jak słoje z przetworami.
Na mojej etykiecie był numer i słowo: AKTYWNY.
Próbowałem podnieść dłoń, uderzyć w szkło, zostawić ślad, cokolwiek. Nie mogłem.
Bo nie mam rąk.
Bo nie mam ciała.
Bo całe „ja”, które biegało wczoraj po mieście i czuło endorfiny, było tylko sygnałem podanym temu, co pływa w słoiku.
Jestem mózgiem na półce, karmionym przez maszyny, trzymanym przy życiu po to, żeby myśleć, że wciąż żyję. A ona… jeśli istnieje, stoi obok w kolejnym słoju.
Myślę, więc jestem.
Tylko że „jestem” oznacza: jestem utrzymywany.
Nie żyję. Działam.
I jedyne, czego naprawdę nie da się tu ustawić, to fakt, że od środka nikt nie puka w szkło.