Trudno było się jej skoncentrować na pracy. Myśli same uciekały od równych kolumn liczb. Od godziny siedziała przy biurku, próbując zrozumieć, co jest przyczyną nietypowego zachowania Karola. Może powinna go po prostu zapytać. Czuła jednak, że najlepszym rozwiązaniem będzie cierpliwe oczekiwanie na rozwój wypadków, nawet jeśli miałoby to trwać kilka dni. Mąż nie należał do gatunku ludzi, którzy daremnie strzępią sobie język. Bywało, że nie rozmawiali przez całe popołudnie, bo przecież absurdem byłoby nazwać rozmową te kilka wyrazów, które wymieniali podczas kąpieli albo wspólnego przyrządzania kolacji. Nika uwielbiała te ciche wieczory. Wyobrażała sobie, że spędzają je nie w ciasnym mieszkaniu w obskurnej kamienicy w centrum miasta, ale w przytulnym domku na wsi.
Karol nie podzielał jej marzeń. Odkąd babcia Franciszka zmarła pięć lat temu, coś w nim się zmieniło. Nika zauważyła, że często przeglądał dokumenty spadkowe, choć przecież staruszka nie posiadała niczego, co można byłoby uznać za cenne. Tak przynajmniej się jej wydawało. Niewielkie mieszkanie w starej kamienicy, jeszcze bardziej obskurnej niż ta, w której mieszkali, a w nim mnóstwo rupieci i dość pokaźny księgozbiór.
– Babcia chciała, żebyś ty wszystko po niej przejęła – powtarzał Karol. – Tylko ty się nią opiekowałaś.
To była prawda, ale jego natarczywość w tej kwestii zaczynała niepokoić.
W mieszkaniu panowała cisza. Jedynie zza ściany dobiegały stłumione rozmowy sąsiadów, którzy mieli zwyczaj wieczorem urządzać rodzinne narady, często przeciągające się aż do świtu. Toastom, pijackim śpiewom i przekomarzaniom nie było końca. Wyczerpywała się za to cierpliwość Niki. Odgłosy biesiady przenikały przez cienkie ściany, spędzając jej sen z oczu. Była zmęczona i wściekła. Zdecydowanie miała dość tego miejsca i dałaby wiele, by wyrwać się stąd raz na zawsze. Niestety, wciąż nie było ich stać na własny dom.
Urlop, spędzany zazwyczaj w jakiejś zabitej deskami wsi, przynosił jej radość i coraz większe pragnienie wyprowadzenia się z zatęchłej poniemieckiej kamienicy stojącej na rogu dwóch najbardziej ruchliwych ulic miasta. Cotygodniowa analiza przychodów i wydatków nie napawała jednak optymizmem. W tym tempie na nowy dom będzie ich stać za dwadzieścia, trzydzieści lat, może nigdy. Nawet nie ma sensu ślęczeć nad tymi kolumnami, nic z tego dobrego nie wyniknie, oprócz nerwów i ciągłego zaciskania pasa, którego Nika miała już serdecznie dość.
Karol ostatnio przestał narzekać na pieniądze. Wydawał się dziwnie pewny siebie, jakby wiedział coś, czego ona nie wiedziała.
– Wkrótce wszystko się zmieni – powiedział kiedyś, uśmiechając się tajemniczo.
Nie chciała dopytywać. Bała się odpowiedzi.
Wściekle zmięła kartkę i rzuciła papierową kulę w stojącą naprzeciwko szafkę z książkami. Mała figura wilka wykonana z bursztynu trącona pociskiem spadła z półki na podłogę, z trzaskiem uderzyła o twarde płytki i potoczyła się pod biurko.
– Cholera! Tylko nie wilczek babci Franciszki! – zaklęła winowajczyni i z impetem zerwała się na równe nogi, po czym zanurkowała pod blat, chcąc ocenić straty beztroskiego rzutu domową księgą rachunków.
Na szczęście pamiątka po ukochanej staruszce leżała cała pod biurkiem. Nika chwyciła drogocenny przedmiot i zaczęła mu się uważnie przyglądać. Nie zauważyła ani jednej rysy. Wtedy właśnie stało się coś niezwykłego. Bursztyn na ułamek sekundy zalśnił na niebiesko i zgasł. Nika oniemiała. Przez chwilę patrzyła na bursztyn, potem jak oparzona rzuciła go z powrotem na podłogę i wrzeszcząc, zaczęła gramolić się spod biurka.
***
– Ostatnio za dużo pracujesz. Ślęczysz w redakcji do późna, jakbyś była jedyną korektorką w firmie. Nie dosypiasz, no i proszę… mamy tego skutki! Świecący na niebiesko bursztyn! – grzmiał nad nią Karol, podczas gdy ona trzymała przy głowie ze świeżo nabitym guzem zamrożone udko kurczaka.
Nie miała siły po raz kolejny tłumaczyć, co się stało. Jednego była pewna, trzeba koniecznie pozbyć się figurki. Uśmiechnęła się pojednawczo do męża i zaproponowała:
– Z przyjemnością poproszę szefa o kilka dni urlopu. Wcześniej jednak udamy się na imieniny do twojej mamusi i spełnimy jej marzenie…
Przy tych słowach zerknęła wymownie na stojącą na biurku bursztynową figurkę wilczka. Karol skrzywił się, jakby zaledwie przed sekundą wypił sok z cytryny, po czym pokręcił przecząco głową:
– Nie, nie, to nie najlepszy pomysł! Ta figu…
– Owszem, to wspaniały pomysł! Pierwszorzędny! – przerwała mu i nie odrywając mrożonki od głowy, pomknęła do biurka, zaczęła nerwowo przeszukiwać szufladę. – Mam tu gdzieś idealną torebkę na taki imieninowy skarb…
– Nika! – próbował ją powstrzymać. – Nika, posłuchaj! Czy zapomniałaś, co przyrzekłaś babci Franciszce?
Pamiętała, ale woli teraz o tym nie myśleć. Podobno figurka bursztynowego wilka była w rodzinie od pokoleń i stanowiła coś w rodzaju talizmanu ochraniającego przed złem.
– Chroni przed chciwością i zdradą – mawiała babcia, patrząc znacząco na Karola.
Wtedy Nika uznała to za objawy choroby.
– Bo do tej pory była to zwyczajna rodzinna pamiątka, a dzisiaj… – urwała i westchnęła ciężko. – Dzisiaj to cholerstwo zaświeciło na niebiesko. Nie chcę spać z tym czymś pod jednym dachem!
"Nie chciała" to za mało powiedziane, była przerażona perspektywą dalszego posiadania tego przedmiotu. Nie ulega wątpliwości, figurka kryła w sobie jakąś tajemnicę, której Nika nie miała ochoty poznać. Mając przed oczami świeży obraz błękitnej poświaty emanującej z bursztynu, drżała na myśl o tym, co może jeszcze się zdarzyć. Pomimo obietnicy danej świętej pamięci babce, pragnęła za wszelką cenę pozbyć się rodzinnego skarbu.
– A to się Franciszka w grobie przewróci na wieść o postępku wnuczki! – zaśmiał się Karol, po czym dodał szeptem: – Ale zanim to się stanie, nas już tutaj nie bę…
Urwał nagle, podrapał się z zakłopotaniem w głowę i rzucił z udawaną troską:
– Boli jeszcze?
Za późno, Nika swym dziennikarskim węchem już zwietrzyła intrygujący temat:
– Jak to nas tutaj nie będzie? Karoool, co masz na myśli? Coś przede mną ukrywasz…
– Oj, to jeszcze nic pewnego! – wykręcał się lekko zdenerwowany. – Chciałem po prostu, abyśmy w weekend obejrzeli pewne miejsce. Nikuś, jest pewien dom, właściwie to taki, o jakim marzymy, o jakim ty marzysz, z dala od cywilizacji, w lesie, dosyć stary, z bogatą historią, cichą malowniczą okolicą i co najważniejsze, niedrogi. Prawie za darmo. Staszek, kolega z pracy, dał mi cynk. Mówi, że to okazja stulecia.
– Jedźmy tam! – zawołała, upuszczając na posadzkę zamrożonego kurczaka. – Jedźmy natychmiast! Jeszcze dziś chcę obejrzeć to miejsce!
– Jestem umówiony na sobotę. Ruszymy z samego rana, a na razie pokaż, co zdziałał okład z mrożonki. Na nic mi się zda żona z guzem na głowie – powiedział Karol i przygarnął ją do siebie.
Nika nie protestowała, choć była tak podekscytowana, że najchętniej jeszcze tego wieczoru wskoczyłaby do rozklekotanego forda i ruszyła w teren. Domek w lesie! Czyżby marzenia miały się wkrótce spełnić?
Nie rób sobie zbyt wielkiej nadziei, idiotko – pomyślała, jednocześnie czując na plecach dotyk chłodnych palców Karola, które gimnastykowały się przy zapince biustonosza.
***
– Z właścicielem spotkamy się na miejscu – powiedział Karol, pakując do auta wypchaną po brzegi torbę z jedzeniem. – Na razie mapa i nawigacja!
– A Staszek? – zapytała Nika. – Myślałam, że pojedzie z nami.
– Zmiana planów. Pojechał wczoraj wieczorem. Przygotuje wszystko. Spotkamy się na miejscu.
Planowali zostać dłużej i urządzić coś w rodzaju pikniku. Nika uwielbiała grillować, nie obeszło się więc bez specjalnego oprzyrządowania, które zakupili po okazyjnej cenie w markecie właśnie na tego typu wycieczki w plener, on zaś wcisnął na tylne siedzenie wiatrówkę w pokrowcu i sprzęt do wędkowania.
– Zlecą się wszystkie lisy z okolicy, a może wilki… – rzekł Karol, wsiadając do forda wypełnionego aromatem mocno czosnkowej kiełbasy. – Wiatrówka dla postrachu!
Nika spojrzała na broń. To nie była wiatrówka, którą znała. Inny pokrowiec.
– Kupiłeś nową? – zapytała.
– Pożyczyłem od Staszka – odparł szybko Karol, nie patrząc na nią.
Kiedy wyjechali z miasta, ruch na szosie zmalał. Większość weekendowiczów udawała się o tej porze roku w zupełnie innym kierunku. Z rzadka tylko doganiał ich warkot jakiegoś auta. Jak to bywa wiosną, ranek tętnił życiem. Po przejechaniu paru kilometrów zatrzymali się w przydrożnej zatoczce, by dokładnie przestudiować mapę i ustawić nawigację. Nika wysiadła z samochodu i z niepokojem spojrzała na północ. Przez te kilkanaście minut podróży miała wrażenie, że tego dnia wydarzy się coś niezwykłego. Trudno jej było zapomnieć, co wydarzyło się tego wieczoru, gdy figurka bursztynowego wilczka spadła pod biurko. Szosa za nimi była pusta. Miasta na szczęście nie było już widać, znikły nawet wieże katedry. Odetchnęła z ulgą.
Strachy jakieś, a tu taki piękny, świeży poranek – pomyślała, nabierając powietrza w płuca.
Świergot ptaków mieszał się z szumem drzew, tworząc miłą dla ucha melodię. Zamknęła oczy i wsłuchała się w ten niezwykły koncert, tak rzadki w jej szybkim, pełnym hałasu, życiu.
– A jednak go zabrałaś! – usłyszała tubalny głos męża dobiegający z auta. – I zrozum tu kobiety…
Otworzyła oczy. Karola wyraźnie coś rozbawiło. Coś? A może… Boże, tylko nie to! Poczuła nagły ucisk w brzuchu. Przeczucie? Nie, teraz była pewna. Szybko podeszła do samochodu, pochyliła się i zajrzała przez opuszczoną szybę do wnętrza. A więc miała rację! Mimo to widok przedmiotu leżącego na przednim siedzeniu zmroził jej krew w żyłach. W promieniach słońca połyskiwała bursztynowa figurka. Nika była tak podekscytowana wyjazdem, że całkiem zapomniała o rodzinnej pamiątce, tymczasem niezwykły amulet babci Franciszki postanowił jechać z nimi na gapę.
– Kto się czubi, ten się lubi – powiedział Karol, eksponując rząd równiutkich zębów. – Witaj z powrotem w rodzinie, wilczku!
Milczała przez chwilę, potem westchnąwszy, osunęła się na ziemię. Nie zemdlała, nadal była wszystkiego świadoma, po prostu nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Usiadła na wilgotnej ziemi i zaczęła się śmiać.
– Dobrze się czujesz? – zapytał Karol, wychylając głowę przez okno. – Dziwnie się zachowujesz…
– Dziwnie? Zważywszy na okoliczności trzymam się świetnie, wspaniale, bombastycznie! – skandowała, próbując powstrzymać śmiech. – Ja dopiero teraz zaczynam rozumieć ostatnie słowa babki: "Nikuś, zaufaj wilczkowi, a on cię nie opuści". Wtedy wydawały mi się głupie, niedorzeczne, naiwne, jak z pieprzonej bajki o gadających kamykach, a teraz… Karol, ja tej figurki nie przyniosłam do samochodu.
– Ja też nie – szepnął, a potem dodał głośniej – ale na pewno da się to jakoś wytłumaczyć. Któreś z nas zrobiło to automatycznie, bez udziału świadomości, to się zdarza, szczególnie ludziom czymś mocno zaaferowanym. A my właśnie tacy jesteśmy! Mocno zaaferowani.
– Karol, posłuchaj… – przerwała mu, ocierając twarz rękawem bluzy. – Z tym bursztynem coś jest nie tak. Nie wiem co, ale na samą myśl o nim dostaję gęsiej skórki i pomieszania zmysłów. Boję się tego cholerstwa jak diabli, z drugiej strony intuicja podpowiada mi, że nic nam nie grozi. Zastanawiam się tylko nad jednym… figurka jest w mojej rodzinie od wieków, dlaczego akurat teraz się uaktywniła. Powiedz, co takiego niezwykłego się dzieje?
– Jesteś pewna, że w ogóle coś się dzieje? Może po prostu zgarnęłaś bursztyn z biurka wraz z mapą? – przekonywał tonem sceptyka, obracając w palcach figurkę. – Twoja babka nie żyje od pięciu lat, przez dziesięć chorowała na schizofrenię, przez ostatni rok nie poznawała ani ciebie, ani nikogo z rodziny, miała halucynacje, plotła od rzeczy, a ty przejmujesz się jej słowami?
Przejmowała się i to bardzo, aż ściskało mocno w piersi, a nogi i ręce drżały, jakby ktoś podłączył je do prądu. Strach sparaliżował ją zupełnie, do tego pojawił się nerwowy śmiech. Zawsze tak reagowała pod wpływem stresu. Karol znał ją wystarczająco dobrze i wiedział doskonale, że sytuacja jest poważna, mimo to próbował pocieszyć żonę, pozornie bagatelizując problem. Była to jego najczęstsza strategia, zazwyczaj skuteczna, tym razem Nika nie dała się zwieść.
– Włożymy bursztyn do schowka i na czas podróży zapomnimy o nim – powiedziała cicho. – Będziemy dobrze się bawić, a potem… kto wie, może kupimy ten domek.
– To mi się podoba, Nikuś! Ruszamy na spotkanie przygody – tonem dobrodusznego dziadka chwalącego wnuczkę Karol zamknął temat, wrzucając bursztyn na półkę przy kierownicy.
Usiadła na siedzeniu pasażera i popatrzyła na mapę. Mimo że plan był dosyć szczegółowy, niełatwo było odnaleźć drogę dojazdową do miejsca, gdzie stał domek. Karol kierował się wskazówkami znajomego, ale i tak miał problem z ustawieniem nawigacji. Nerwowo naciskał guziki, patrzył na ekran urządzenia, aż w końcu zrezygnował, zaklął i rzucił bezużyteczny sprzęt na tylne siedzenie. Byli zdani na mapę. Nika widziała przed sobą dużą plamę jasnej zieleni.
To puszcza… Gdzieś tam jest nasz nowy dom – myślała z ekscytacją.
Przeczuwała nadchodzące zmiany. Nie mogła powstrzymać radości, jednocześnie czujnie zerkała w stronę schowka.
– Komórka Staszka milczy. Pewnie tam nie ma zasięgu – oznajmił Karol. – Musimy trafić do celu sami.
Wkrótce ruszyli dalej na południe. Szosa wiła się wśród pól pokrytych o tej porze delikatną zielenią. Mijali wioski bądź pojedyncze domki, brzozowe zagajniki i sosnowe bory. Gdy zjeżdżali z głównej trasy na leśną drogę, zawieszenie forda podejrzanie zaskrzypiało. Nika obejrzała się. Patrzyła na niknący skrawek światła z niejasnym uczuciem lęku. Powoli pogrążali się w mrok puszczy.
Jechali przez dłuższy czas w milczeniu. Nika z uwagą studiowała mapę i zapiski Staszka, które okazały się bezcenne. W plątaninie dróg niełatwo było znaleźć właściwą. Wszystkie, bliźniaczo podobne, nikły wśród drzew. Jedynie wprawne oko obserwatora mogło wypatrzeć strzałki namalowane białą farbą na olbrzymich pniach. Wskazywały kierunek jazdy.
– Ten twój znajomy zadał sobie wiele trudu, aby nas tutaj ściągnąć – stwierdziła Nika. – A swoją drogą, dziwny człowiek, zamiast jechać z nami autem, oznakował trasę jak pieprzony harcerzyk bawiący się w podchody.
– Pojechał wcześniej, żeby przygotować wszystko na nasze przybycie – tłumaczył Karol. – Wypatruj lepiej strzałek, bo jeśli którąś przegapimy, to koniec z nami!
– Dobrze, dobrze… A właściwie co ty wiesz o tym Staszku? – wnikała dalej, a ponieważ zbliżali się do skrzyżowania, zmrużyła oczy w poszukiwaniu kolejnego znaku. – Gdy tak się zastanawiam teraz, hm… Nigdy go nie spotkałam. Nigdy o nim nie wspominałeś. Nagle pojawia się z ofertą wymarzonego domu za bezcen? Nieee, to niedorzeczne, ale ta sprawa z domkiem wydaje mi się podejrzana.
– Oj, ten twój dziennikarski nosek! – zawołał Karol i się roześmiał, ale śmiech zabrzmiał sztucznie. – Fakt, nie znam Staszka zbyt dobrze. Pracuje w firmie niedługo. Zaproponował mi obejrzenie domku po tym, gdy dowiedział się, że poprzednia rodzina zrezygnowała. Byli zainteresowani na bank, ale w ostatniej chwili trafiło im się co innego i wyjechali.
– Poprzednia rodzina zrezygnowała? – powtórzyła powoli Nika. – Dlaczego?
– Nie wiem. Może dom im się nie spodobał. Może znaleźli coś lepszego.
– A może coś było nie tak z tym domem?
Karol milczał.
– Po prostu lubię sobie pogadać – dodała, wypatrując kolejnej wskazówki. – Ta puszcza jest niesamowita! Gdyby nie strzałki, mapa okazałaby się także bezużyteczna. Gość dobrze zna teren.
– Zna, zna, bo jest myśliwym i często tutaj poluje, ale mówię ci, człowiek dusza! Podobny trochę do tego trapera z "Krokodyla Dundee". Zresztą wkrótce się przekonasz! Wypatruj strza…
Nie dokończył. Gwałtownie nacisnął pedał hamulca, ford zarył kołami w wilgotnym leśnym podłożu i stanął jak wryty, a nieprzypięta pasami Nika poleciała do przodu.
– Jezu, co ta stara tutaj robi! – krzyknął. – Kochanie, nic ci nie jest?
– Chyba nie… – powiedziała drżącym głosem. – Jaka stara?
Spojrzeli na kobietę stojącą pośrodku leśnej drogi. Zamarli. Babcia Franciszka we własnej osobie, miligramowa, chuda i pomarszczona jak suszona śliwka. Stara chusta w szkocką kratę okrywała wątłe ramiona. Włosy spięte w kok bieliły się na tle ciemnej ściany lasu. Staruszka wpatrzona w Nikę, znacząco kiwała głową.
Za życia zawsze tak robiła, gdy chciała mnie przed czymś przestrzec – przemknęło przez myśl dziewczynie.
Była tak przerażona, że nie zwróciła uwagi na strużkę krwi spływającą po policzku z rozciętej na czole skóry. Starucha zmarszczyła brwi wyraźnie z czegoś niezadowolona, jeszcze raz kiwnęła przecząco głową i powoli ruszyła w gąszcz. Wkrótce znikła w mroku lasu. Siedzieli jak sparaliżowani, bojąc się wymówić jakiekolwiek słowo. Pierwsza odezwała się Nika:
– Powiedz, że to nie była babcia Franciszka. Niemożliwe, żeby to była ona! Przewidziało mi się! Karol, powiedz tak…
Był blady. Patrzył przed siebie jak zahipnotyzowany, a usta mu drżały.
– Ktoś podobny do niej… – wykrztusił wreszcie. – Słyszałaś przecież, że każdy ma gdzieś sobowtóra. Ja też się nabrałem, ale…
– A chusta? – zapytała. – Chusta w szkocką kratę?
– Co druga staruszka ma taką chustę – powiedział nieco już pewniejszym głosem. – Nikuś, ulegliśmy sugestii. Przez szmat czasu nie gadaliśmy o babci Franciszce i nagle w ciągu dwóch, trzech dni awansowała, jest bohaterką właściwie każdej naszej rozmowy.
Po babce ani śladu, znikła w mroku równie tajemniczo, jak się pojawiła. Karol szybko odzyskał równowagę psychiczną, ochłonął z szoku, a chwilę później był pewien swoich słów na sto procent, wprost dałby sobie rękę uciąć, że spotkana kobieta to tylko spacerująca po lesie mieszkanka jakiejś pobliskiej wioski.
– Wyobraźnia płata figle – orzekł i wysiadł z samochodu.
Fakty przeczyły tej teorii. Nika wiedziała o tym dobrze. Na mapie nie oznaczono żadnej osady, a poza tym, która osiemdziesięcioletnia, niemrawa staruszka włóczyłaby się o tak wczesnej porze po lesie, chyba tylko jakaś wariatka. Podejrzana sprawa, po co jednak zadręczać męża obawami? Na pewno nie zmieniłoby to ich obecnego położenia. Na drodze do celu wyrosła bowiem nowa przeszkoda. Ford po gwałtownym hamowaniu zakopał się w grząskim podłożu. Jakkolwiek niesamowite było wtargnięcie na drogę kobiety podobnej do babci Franciszki, natychmiast trzeba wziąć się w garść i pomyśleć o ratunku. Brak zasięgu oznaczał jedno, muszą liczyć tylko na siebie, inaczej utkną na noc w środku puszczy. Wtedy właśnie na mapę skapnęła pierwsza kropla krwi. Nika wrzasnęła.
– To tylko mała ranka, właściwie zadrapanie – uspokajał Karol. – Musiałaś uderzyć się o boczny słupek podczas hamowania. Obawiam się, że to jeszcze nie koniec wrażeń. Utknęliśmy.
– Jak to? – zapytała lekko zdenerwowana. – Nawet nie spróbowałeś ruszyć!
– W ten sposób zakopiemy się jeszcze bardziej – dowodził. – Dalej pójdziemy pieszo, to przecież już niedaleko, dwa, trzy, najwyżej cztery kilometry. Później Staszek wyciągnie nas land roverem, póki co weź najpotrzebniejsze rzeczy, dokumenty, trochę picia…
– W porządku – powiedziała i zaczęła rozglądać się po aucie za plecakiem, potem ukradkiem wyciągnęła ze schowka bursztyn.
Na wszelki wypadek – pomyślała i wsunęła figurkę do kieszeni dżinsów.
Nie była przesądna, ostatnie wydarzenia dały jej jednak do myślenia. Nie zaszkodzi ubezpieczyć się przed podobnymi incydentami.
Duchy zmarłych powracają na ziemię nie bez przyczyny, najczęściej chcą nam o czymś przypomnieć albo ostrzec przed grożącym niebezpieczeństwem – lubiła mawiać babcia Franciszka.
Nika pamiętała te wszystkie mrożące krew w żyłach opowieści o zmorach dręczących ludzi. Z czasem zrozumiała, że były wytworem chorego umysłu staruszki, jednak jako dziecko wierzyła w ich autentyczność. Babcia Franciszka wróciła, stanęła na środku drogi, by ich zatrzymać. Może nie powinni iść dalej? Jeszcze nie jest za późno na powrót. Początkowa radość prysła jak bańka mydlana, a w jej miejsce pojawiły się wątpliwości i nieokreślony lęk.
Wkrótce jednak dziennikarska dociekliwość wzięła górę, a poza tym domek w lesie to wymarzone miejsce na letni wypoczynek, kto wie, może kiedyś zamieszkają tutaj na stałe. Ta puszcza przeraża, a jednocześnie fascynuje różnorodnością, której trudno się oprzeć. Nika spojrzała w górę, w gałęziach olbrzymich drzew zawodził wiatr. Na skrawku błękitnego nieba dostrzegła klucz dzikich gęsi. Leciały na północ z krzykiem.
Nie czas na pożegnanie – przemknęło jej przez myśl, kiedy ptaki znikły.
– Gotowa? – usłyszała.
Zaczęła z uwagą przyglądać się przednim kołom forda zakopanym w błocie. Myślała nad czymś intensywnie, aż w końcu rzekła:
– Dziwne. Spójrz sam… Cała droga ubita, zapewne przez samochody wywożące w zimie drewniane bale z wyrębu, a jedynie tutaj dwa głębokie koryta wypełnione błotnistą breją. Skąd tutaj się wzięły? Wygląda na to, że ktoś je wykopał i wypełnił. Pułapka? To niemożliwe! Gdybyś wcześniej zahamował… Karol, nie podoba mi się to wszystko. Zawróćmy lepiej… – szepnęła głucho, rozglądając się niespokojnie po lesie.
– No coś ty, przejechaliśmy kawał drogi! Wracać pieszo? Nieee… Pójdziemy do chaty i Staszek pomoże landkiem! Taka bryka na pewno da radę!
Była już dziewiąta, gdy dotarli do kolejnego rozwidlenia dróg. Do pnia wielkiego dębu przytwierdzono drewnianą kapliczkę z wizerunkiem Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus.
– Uwielbiam takie miejsca – powiedziała z entuzjazmem Nika. – A czy wiesz, że kapliczki wieszano na rozstajach, by odstraszyć diabły czyhające na podróżnych? Ta musi być bardzo stara…
Nie wiedzieć czemu umilkła, a Karol spostrzegł, że twarz żony w okamgnieniu stała się śmiertelnie blada. Coś musiało ją wystraszyć. Patrzyła w jeden punkt, nie mogąc powstrzymać drżenia podbródka. Powędrował wzrokiem w tym samym kierunku. Na grubym powrozie przywiązanym do gałęzi wisiała ludzka czaszka.
– Wygląda na prawdziwą – rzekła zmienionym głosem. – Karol, to ludzka czaszka!
– Przecież widzę – odpowiedział cicho, wyciągając z kieszeni komórkę. – Nadal brak zasięgu.
– Wydaje mi się, że ktoś próbuje nas nastraszyć. Chyba nawet wiem kto. Jest tylko jedna osoba, która wiedziała o naszej wycieczce, Staszek, ten pieprzony harcerzyk! Najpierw strzałki, pułapka na drodze, teraz ta czaszka, a co potem? To jakiś psychol! Może siedzi w krzakach i nas obserwuje. Karol, wracajmy! – mówiła szybko, głośno i niewyraźnie, mocno przy tym gestykulując.
Jakby w odpowiedzi, usłyszeli oddalające się trzaski łamanych gałęzi. Jakieś ogromne zwierzę, najwidoczniej spłoszone hałasem, przedzierało się przez gąszcz leszczyny. Zdążyli dostrzec jedynie olbrzymi łeb i łopaciaste poroże.
– Łoś… – westchnęła z ulgą, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. – Ilekroć go spotykam, mam wrażenie, że doświadczam czegoś niesamowitego, jakby cała siła i spokój drzemiące w tym potężnym zwierzu przechodziły na mnie.
Wyraźnie odprężona spojrzała na zegarek. Dziewiąta dwadzieścia. Pora ruszać, tylko dokąd. Słońce było już wysoko nad horyzontem. Delikatne promienie przenikały przez korony drzew, znacząc drogę plamami światła. Karol milczał. Nie mogła odgadnąć, o czym myśli, ale była pewna, że się denerwuje. Znała go dobrze. Stoicki spokój był tylko przykrywką dla głęboko skrywanych lęków i obaw. Zdecydowanie za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
– Chodźmy z tego paskudnego miejsca – rzekł wreszcie. – Staszek wspominał, że gdzieś tu w okolicy jest cmentarz radzieckich żołnierzy. Pewnie jakiś głupek dla zabawy wygrzebał szkielet…
– Kto robi takie rzeczy? Boże, przecież żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, w cywilizowanym kraju! – powiedziała, unosząc ręce w geście rozpaczy. – Karol, ciebie to nie przeraża?
Pragnęła, aby ją przytulił, pocieszył. On tymczasem nawet nie uśmiechnął się, tylko spojrzał spod przymrużonych powiek. Znów poczuła niepokój, ale tym razem miał związek z Karolem. W jego oczach dostrzegła coś, co się jej nie spodobało, coś obcego, dzikiego, niedostępnego, jakby dwie złowrogie iskierki. Na ułamek sekundy szyderczy grymas zniekształcił jego twarz.
– Kochanie? – zapytała niepewnym głosem.
– Chodźmy wreszcie! – powiedział szorstko i ruszył w prawe rozwidlenie drogi. – To już niedaleko!
Nie zawahał się, przecież gdzieś tutaj powinna być kolejna wskazówka Staszka – pomyślała, bacznie lustrując otoczenie.
Nic. Pusto. Przyjrzała się uważnie drodze, żadnych znaków. Zaraz… Są ślady! Obok zwierzęcych wyraźny odcisk ludzkiej stopy! Nie jeden, lecz kilka, trop biegnie od drzewa z kapliczką w prawą stronę. Obuwie sportowe z charakterystyczną waflową podeszwą marki Nike.
– Mamy miłośnika ludzkich czaszek – powiedziała cicho.
Jeszcze jedno spojrzenie, tym razem na ślady, które pozostawił w piasku Karol, były identyczne.
Ale to przecież jeszcze o niczym nie świadczy – myślała gorączkowo, czując jednocześnie zimny dreszcz przeszywający ją od wewnątrz.
Karol… Te ślady zostawił on. Był tutaj wcześniej. Okłamał ją, ale po co miałby to robić?
Nie, to absurd. Musi być jakieś wytłumaczenie.
Szukała gorączkowo czegoś, co oczyściłoby męża z podejrzeń. To tylko ślady, każdy mógł je zostawić, każdy, kto ma takie same buty, taki sam rozmiar stopy. Nike to najpopularniejsza marka na świecie, przecież połowa ludzi nosi takie buty!
Ale skąd Karol wiedział, że prawe rozwidlenie drogi jest właściwe? Nie było tam żadnej strzałki, żadnego znaku. A jednak ruszył bez wahania, jakby… jakby znał drogę.
Nie. To niemożliwe.
Zapomniał się, przestał kontrolować sytuację, coś wytrąciło go z roli troskliwego męża. Ale to jeszcze nic nie znaczy! Może po prostu zgadł? Może miał szczęście?
To niemożliwe! Myli się, na pewno się myli. Karol nigdy nie zrobiłby czegoś tak potwornego, nie oszukałby jej. Znają się od dziesięciu lat, są małżeństwem od pięciu. Zna go. Zna każdy jego gest, każde spojrzenie. To jej mąż, człowiek, któremu ufa bezgranicznie.
A jednak… dlaczego nie próbował wyjechać z tego cholernego bajora? Przecież wystarczyło wcisnąć wsteczny, rzucić kilka gałęzi pod koła. Karol zawsze był praktyczny, zaradny. A tym razem nawet nie spróbował.
Serce zaczęło jej walić coraz szybciej.
Nie, nie, nie. To tylko zbieg okoliczności. Musi być jakieś logiczne wytłumaczenie. Musi być.
Odpowiedź przyszła sama, bolesna, mrożąca krew w żyłach, ale tłumacząca wszystko. Nie chciała w nią uwierzyć, broniła się przed nią całą sobą, a jednak… Wystarczyło spojrzeć przed siebie.
Kilka metrów przed nią stał Karol. Odwrócony tyłem, sztywny, z bronią przewieszoną przez ramię.
– Miałaś zginąć w nocy od kuli kłusowników, których więcej w tych lasach niż zwierząt, ale ty oczywiście zawsze wszystko musisz zepsuć! Ta twoja dziennikarska dociekliwość – usłyszała suchy, pozbawiony emocji głos.
To nie był głos Karola. To znaczy… był, ale jakiś inny. Obcy. Zimny.
– Na pewno zadajesz sobie pytanie "dlaczego"? No cóż, nie będę oryginalny, powodem jest księgozbiór świętej pamięci babci Franciszki. To cenne książki… Niebywale cenne. Mam na nie klienta. Najpierw ona, teraz ty jako jedyna jej spadkobierczyni… Nie wiedziałaś? Ale ja wiedziałem. Od początku. Czekałem tylko na odpowiedni moment.
– Jak to? – wydusiła sparaliżowana przerażeniem. Głos jej się załamał. – Jak to… najpierw ona?
To nie może być prawda. Nie Karol. Nie jej Karol.
– Normalnie, wzięła za dużą dawkę leków uspokajających! Nikt nie wnikał, czemu stara wyciągnęła kopyta. Pamiętasz, co powiedział lekarz, gdy przyjechaliśmy po trupa? "Pani babcia umarła we śnie, tylko każdemu życzyć takiej śmierci". Proste. Skuteczne.
– A Staszek? – zapytała, choć już znała odpowiedź.
Karol roześmiał się głośno, szczerze rozbawiony.
– Staszek? – powtórzył, kręcąc głową. – Nie ma żadnego Staszka. To ja namalowałem te strzałki, wykopałem dziurę w drodze, powiesiłem tę czaszkę. Wszystko sam. Nie podoba ci się? Źle się bawisz? "Kolega z pracy", "myśliwy", "dusza człowiek"… – przedrzeźniał własne słowa. – Ty naprawdę w to uwierzyłaś? Nie zapytałaś nawet o nazwisko, numer telefonu, nic. Tak łatwo było cię oszukać.
Nika poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Oczywiście. Nigdy nie widziała Staszka. Nigdy nie rozmawiała z nim przez telefon.
– To ja to wszystko przygotowałem na twoje przybycie, kochanie. – Uśmiechnął się szeroko, pokazując zęby. – Musiałem mieć pewność, że wszystko pójdzie gładko.
Chichocząc, zdjął z ramienia pokrowiec z bronią.
To nie była wiatrówka, lecz strzelba myśliwska, dwururka. Karol pewnym ruchem przeładował broń i wycelował w Nikę.
Jej umysł wciąż nie mógł tego pojąć. Karol. Jej mąż. Człowiek, z którym dzieliła łóżko, posiłki, marzenia. Człowiek, którego kochała. Stoi przed nią z bronią i mówi, że zamordował babcię Franciszkę, że zamierza zabić ją.
– Pora obejrzeć wymarzony domek, kochanie – powiedział szyderczo i znów zachichotał.
To nie był już ten sam człowiek, którego znała i kochała. W jednej chwili z sympatycznego, czułego mężczyzny przeobraził się w potwora gotowego zabić.
– To jakiś głupi żart? – zapytała, nie mogąc zapanować nad drżeniem rąk. – Karol, to żart, prawda? Przestań, to nie jest śmieszne!
Desperacko szukała w jego oczach czegoś znajomego, czegoś, co potwierdziłoby, że to pomyłka, że zaraz się roześmieje i powie, że to tylko głupi kawał. Ale jego oczy były puste. Obce.
Bała się bardziej niż kiedykolwiek. Jakaś cząstka umysłu broniła się jeszcze przed świadomością, że stoi przed nią bezwzględny psychopata, który przez tak długi czas ją zwodził. Dziesięć lat. Dziesięć lat kłamstwa. Nie ma co, perfekcyjnie odegrał swoją rolę. Dała się oszukać jak naiwna idiotka.
Tymczasem Karol – nie, to już nie był Karol – stał obok i przystawiając jej lufę do głowy, wycedził przez zęby:
– Dobra, suko, idziemy!
To słowo… Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Nigdy.
Pierwszy krok był najtrudniejszy. Oszołomiona, sztywna z przerażenia straciła kontrolę nad własnym ciałem. Dopiero, gdy poczuła zimny metal przy skroni, otrząsnęła się i powoli ruszyła we wskazanym kierunku. Las rozbrzmiewał kakofonią dźwięków. Zazwyczaj wsłuchiwała się w nie z przyjemnością, tym razem każdy odgłos niósł złowróżbną nutę.
Karol szedł za nią, ciężko dysząc. Od czasu do czasu pokasływał. Wkrótce do uszu Niki dobiegło charakterystyczne poświstywanie. Zaczynał się atak astmy.
Znowu zapomniał wziąć leków – pomyślała, uświadomiwszy sobie, że inhalator włożyła do plecaka, ma go teraz ze sobą.
W innych okolicznościach od razu sięgnęłaby po niezawodny środek, jednak tym razem postanowiła milczeć i czekać na rozwój wypadków.
Przeszła kilka metrów. Na końcu drogi ujrzała niewielką polanę porośniętą trawą i pędami dzikich jeżyn. Miejsce, otoczone drzewami, tętniło życiem, śpiewały ptaki, brzęczały owady, gdzieś w pobliżu szemrała rzeka. Spojrzała w prawo. Między drzewami dostrzegła zrujnowaną chatę z zapadniętym dachem, powykrzywianymi okiennicami zwisającymi na jednym zawiasie. Ściany pokryte mchem i grzybem, część dachu całkowicie zawaliła się do środka. Wokół porozrzucane przepróchniałe deski, zardzewiałe narzędzia, połamane meble. Wszystko porośnięte mchem, dzikimi jeżynami i trawą. Miejsce wyglądało, jakby nikt nie mieszkał tu od lat. To miał być ich nowy dom? To miała być "okazja stulecia"?
Parsknęła gorzkim śmiechem. Strach nagle odpłynął, a w jego miejsce pojawiło się zupełnie inne uczucie, o wiele silniejsze.
– Wymarzony domek w lesie – wydusiła przez ściśnięte gardło.
Zapragnęła spojrzeć Karolowi w oczy, napluć mu w twarz, pokazać, jak bardzo nim gardzi. Czy to nie wszystko jedno, kiedy ją zastrzeli? Sprowokuje go teraz. Zatrzymała się i obejrzała.
***
Karol klęczał, a nad nim pochylała się filigranowa postać, którą poznała od razu.
– Babcia Franciszka? – zapytała z niedowierzaniem.
– Ty tutaj? – wyjęczał Karol, łapczywie chwytając powietrze. – Jak to? Przecież nie żyjesz…
Wyraźnie się dusił. Jego oddech stał się płytki i przerywany. Próbował jeszcze coś powiedzieć, z gardła wydobywał się jednak tylko bełkot. Najbardziej przerażały sine, niemalże niebieskie, usta.
Powinna mu pomóc… Jeszcze przed godziną gotowa była umrzeć za niego, teraz pragnęła jego śmierci. Wszystko się zmieniło. Podle ją oszukał, zdradził.
Podniosła z ziemi strzelbę.
– Ty sukinsynu – wycedziła.
***
Nika upuściła broń. Serce waliło jej jak oszalałe. Spojrzała na Karola. Leżał nieruchomo. Oczy miał szeroko otwarte. Obok, na trawie, widniała ciemna plama.
Krew. Nie, to niemożliwe. Przecież to nie ona pociągnęła za spust… Dlaczego nie pamięta tego momentu?
Ręce jej drżały. W kieszeni dżinsów, do której schowała bursztynową figurkę wilczka, czuła pulsujące ciepło.
Babcia Franciszka stała obok, patrząc na nią z wyrozumiałością. Na koniec skinęła głową, tym samym gestem, którym zawsze wyrażała aprobatę, odwróciła się i ruszyła w stronę leśnej gęstwiny. Po chwili znikła.
Nika stała jak sparaliżowana. Nie wiedziała, ile czasu minęło… Sekundy? Minuty?
***
Wróciła do forda około osiemnastej, wcześniej grzebiąc zwłoki męża. Samochód nadal tkwił w błocie. Usiadła za kierownicą i przekręciła kluczyk. Silnik zakaszlał, potem zawarczał. Wrzuciła wsteczny bieg i delikatnie dodała gazu. Koła zawirowały, złapały przyczepność.
Dojechała do głównej szosy, kierując się strzałkami. Na chwilę zatrzymała się na poboczu i wyciągnęła z kieszeni bursztynową figurkę, która na ułamek sekundy ponownie zalśniła niebieskawym światłem.
– Zaufaj wilczkowi, a on cię nie opuści – wyszeptała z uśmiechem.
Alicjo, niespełna siedem i pół tysiąca znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejma zmienić oznaczenie na SZORT.
Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Witam!
Zakrzepła bryłka żywicy była żywa, co więcej inteligentna i sprytna, zdolna zapewne do przybrania dowolnego kształtu.
Mam wrażenie, że wkradł się jeden z częstych błędów – kiedy piszemy historię, wiemy, co będzie dalej, ale czytelnik nie. W tym miejscu chyba wyprzedziłaś znacznie fabułę. To nie tylko złamanie zasady “pokaż, nie opisuj” ale popsucie dramaturgii opowiadania – przypisujesz figurce cechy, które się jeszcze nie ujawniły w żaden sposób. Na razie figurka zmieniła kształt, nawet nie opisałaś, na jaki. Jeśli świeca roztopi mi się na gorącej blasze, nie świadczy to o jej sprycie ani inteligencji, a również zmieniła kształt.
Poza taką “wpadką” czytało się całkiem nieźle.
Tekst trzeba oznaczyć jako fragment. Jak rozumiem, rozpięcie biustonosza nie jest zamierzoną pointą i będzie ciąg dalszy :)
Dziękuję za podpowiedzi. Wstawiłam całość tekstu i spróbuję dopracować szczegóły. :)
Cześć
Najpierw odrobinę uwag.
W innych okolicznościach od razu sięgnęłaby po niezawodny środek, jednak tym razem postanowiła milczeć i czekać na rozwój wypadków. Karol należał do tego gatunku ludzi, którzy podchodzili do tematu zdrowia dość beztrosko. Zdarzało mu się pominąć zaleconą dawkę leku, co przy jego schorzeniu było postępkiem nieroztropnym.
---> Pisząc w ten sposób, napięcie, które budujesz sypie się. To informacja niewiele wnosząca w akcję. Odwracasz uwagę czytelnika od akcji, przenosząc w formę… tłumaczenia się u lekarza.
Parsknęła gorzkim śmiechem. Oczywiście. Nigdy nie chodziło o dom. Nigdy nie chodziło o wspólną przyszłość. Chodziło tylko o to, żeby ją tu zwabić. Żeby zniknęła w lesie, daleko od ludzi, gdzie nikt by jej nie szukał. Gdzie "nieszczęśliwy wypadek" nie wzbudziłby podejrzeń.
---> Powtarzasz to, co czytelnik już wie :-)
Strach nagle ucichł, a w jego miejsce pojawiło się zupełnie inne uczucie, o wiele silniejsze.
–--> W jaki sposób cichnie strach? Proponuję: uleciał, odpłynął :-)
Nienawidziła przemocy. Stykała się z nią wystarczająco często podczas pracy w terenie, zbierając materiały do kolejnego artykułu, aby stronić od tego typu zachowania w życiu prywatnym. Sporne sytuacje zawsze rozwiązywała pokojowo, wspomagając się odziedziczonym po babce poczuciem humoru. Od pracy w terenie zdecydowanie wolała korektę tekstów. Mniej pieniędzy, ale przynajmniej spokój.
---> Ponownie. Wprowadzony opis powoduje, że dynamika się sypie, akcja traci na mocy. Przecież to kulminacyjna scena.
Dojechała do głównej szosy, kierując się instynktem.
---> W sensie, że miała coś podobnego, co posiadają np. bociany, gdy wracają z Afryki do tego samego gniazda w Polsce?
Temat domku w horrorze zawsze na czasie. Lubię takie klimaty. To trochę podobnie, jak z oklepanym motywem zachodzącego słońca w fotografii lub stojącą pod drzewem kobietą. Niby tandetka, ale jak się dobrze to zrobi, to można sporo wycisnąć :-)
Widzę, że pomysł był. Trochę niewykorzystany motyw figurki, ale dlatego, że tak naprawdę to niewiadomo, dlaczego od wieków jest własnością rodziny. Postać babci Franciszki jest poboczna, drugoplanowa i co prawda pojawia się pod koniec, jak diabełek wyskakujący z pudełka. Staram się powiązać figurkę z babcią, ale nie za bardzo mi to wychodzi. Podczas czytania miałem wrażenie porwanej historii, pewnej niespójności. Może, gdyby wprowadzić więcej emocji pomiędzy bohaterami, w końcu to małżeństwo, zbudować między nimi więcej więzi, myślę, że postacie i samo opowiadanie by na tym zyskało. Polecam tworzyć postacie takie, z którymi czytelnik będzie się mógł utożsamić, polubić je lub nie, wtedy tekst wciąga i losy bohaterów nie są obojętne. Szczególnie w horrorze jest to ważne.
Pozdrawiam
Hesket, dziękuję za wskazówki. Myślę, jak wprowadzić je w życie. Mam nadzieję, że się uda, starczy umiejętności.
Dasz radę.
Życzę wszystkiego dobrego w dalszej pracy twórczej i czekam na kolejne opowiadania.
Pozdrawiam
dobry tekst z dreszczykiem. dobrze pokazany las. akcja mnie wciągnęła, czytałem z zaciekawieniem co będzie za chwilę!