- Opowiadanie: Alicja Jonasz - Domek w lesie

Domek w lesie

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Domek w lesie

Trud­no było się jej skon­cen­tro­wać na pracy. Myśli same ucie­ka­ły od rów­nych ko­lumn liczb. Od go­dzi­ny sie­dzia­ła przy biur­ku, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co jest przy­czy­ną nie­ty­po­we­go za­cho­wa­nia Ka­ro­la. Może po­win­na go po pro­stu za­py­tać. Czuła jed­nak, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem bę­dzie cier­pli­we ocze­ki­wa­nie na roz­wój wy­pad­ków, nawet jeśli mia­ło­by to trwać kilka dni. Mąż nie na­le­żał do ga­tun­ku ludzi, któ­rzy da­rem­nie strzę­pią sobie język. By­wa­ło, że nie roz­ma­wia­li przez całe po­po­łu­dnie, bo prze­cież ab­sur­dem by­ło­by na­zwać roz­mo­wą te kilka wy­ra­zów, które wy­mie­nia­li pod­czas ką­pie­li albo wspól­ne­go przy­rzą­dza­nia ko­la­cji. Nika uwiel­bia­ła te ciche wie­czo­ry. Wy­obra­ża­ła sobie, że spę­dza­ją je nie w cia­snym miesz­ka­niu w ob­skur­nej ka­mie­ni­cy w cen­trum mia­sta, ale w przy­tul­nym domku na wsi.

Karol nie po­dzie­lał jej ma­rzeń. Odkąd bab­cia Fran­cisz­ka zmar­ła pięć lat temu, coś w nim się zmie­ni­ło. Nika za­uwa­ży­ła, że czę­sto prze­glą­dał do­ku­men­ty spad­ko­we, choć prze­cież sta­rusz­ka nie po­sia­da­ła ni­cze­go, co można by­ło­by uznać za cenne. Tak przy­naj­mniej się jej wy­da­wa­ło. Nie­wiel­kie miesz­ka­nie w sta­rej ka­mie­ni­cy, jesz­cze bar­dziej ob­skur­nej niż ta, w któ­rej miesz­ka­li, a w nim mnó­stwo ru­pie­ci i dość po­kaź­ny księ­go­zbiór.

– Bab­cia chcia­ła, żebyś ty wszyst­ko po niej prze­ję­ła – po­wta­rzał Karol. – Tylko ty się nią opie­ko­wa­łaś.

To była praw­da, ale jego na­tar­czy­wość w tej kwe­stii za­czy­na­ła nie­po­ko­ić.

W miesz­ka­niu pa­no­wa­ła cisza. Je­dy­nie zza ścia­ny do­bie­ga­ły stłu­mio­ne roz­mo­wy są­sia­dów, któ­rzy mieli zwy­czaj wie­czo­rem urzą­dzać ro­dzin­ne na­ra­dy, czę­sto prze­cią­ga­ją­ce się aż do świtu. To­a­stom, pi­jac­kim śpie­wom i prze­ko­ma­rza­niom nie było końca. Wy­czer­py­wa­ła się za to cier­pli­wość Niki. Od­gło­sy bie­sia­dy prze­ni­ka­ły przez cien­kie ścia­ny, spę­dza­jąc jej sen z oczu. Była zmę­czo­na i wście­kła. Zde­cy­do­wa­nie miała dość tego miej­sca i da­ła­by wiele, by wy­rwać się stąd raz na za­wsze. Nie­ste­ty, wciąż nie było ich stać na wła­sny dom.

Urlop, spę­dza­ny za­zwy­czaj w ja­kiejś za­bi­tej de­ska­mi wsi, przy­no­sił jej ra­dość i coraz więk­sze pra­gnie­nie wy­pro­wa­dze­nia się z za­tę­chłej po­nie­miec­kiej ka­mie­ni­cy sto­ją­cej na rogu dwóch naj­bar­dziej ru­chli­wych ulic mia­sta. Co­ty­go­dnio­wa ana­li­za przy­cho­dów i wy­dat­ków nie na­pa­wa­ła jed­nak opty­mi­zmem. W tym tem­pie na nowy dom bę­dzie ich stać za dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat, może nigdy. Nawet nie ma sensu ślę­czeć nad tymi ko­lum­na­mi, nic z tego do­bre­go nie wy­nik­nie, oprócz ner­wów i cią­głe­go za­ci­ska­nia pasa, któ­re­go Nika miała już ser­decz­nie dość.

Karol ostat­nio prze­stał na­rze­kać na pie­nią­dze. Wy­da­wał się dziw­nie pewny sie­bie, jakby wie­dział coś, czego ona nie wie­dzia­ła.

– Wkrót­ce wszyst­ko się zmie­ni – po­wie­dział kie­dyś, uśmie­cha­jąc się ta­jem­ni­czo.

Nie chcia­ła do­py­ty­wać. Bała się od­po­wie­dzi.

Wście­kle zmię­ła kart­kę i rzu­ci­ła pa­pie­ro­wą kulę w sto­ją­cą na­prze­ciw­ko szaf­kę z książ­ka­mi. Mała fi­gu­ra wilka wy­ko­na­na z bursz­ty­nu trą­co­na po­ci­skiem spa­dła z półki na pod­ło­gę, z trza­skiem ude­rzy­ła o twar­de płyt­ki i po­to­czy­ła się pod biur­ko.

– Cho­le­ra! Tylko nie wil­czek babci Fran­cisz­ki! – za­klę­ła wi­no­waj­czy­ni i z im­pe­tem ze­rwa­ła się na równe nogi, po czym za­nur­ko­wa­ła pod blat, chcąc oce­nić stra­ty bez­tro­skie­go rzutu do­mo­wą księ­gą ra­chun­ków.

Na szczę­ście pa­miąt­ka po uko­cha­nej sta­rusz­ce le­ża­ła cała pod biur­kiem. Nika chwy­ci­ła dro­go­cen­ny przed­miot i za­czę­ła mu się uważ­nie przy­glą­dać. Nie za­uwa­ży­ła ani jed­nej rysy. Wtedy wła­śnie stało się coś nie­zwy­kłe­go. Bursz­tyn na uła­mek se­kun­dy za­lśnił na nie­bie­sko i zgasł. Nika onie­mia­ła. Przez chwi­lę pa­trzy­ła na bursz­tyn, potem jak opa­rzo­na rzu­ci­ła go z po­wro­tem na pod­ło­gę i wrzesz­cząc, za­czę­ła gra­mo­lić się spod biur­ka.

***

– Ostat­nio za dużo pra­cu­jesz. Ślę­czysz w re­dak­cji do późna, jak­byś była je­dy­ną ko­rek­tor­ką w fir­mie. Nie do­sy­piasz, no i pro­szę… mamy tego skut­ki! Świe­cą­cy na nie­bie­sko bursz­tyn! – grzmiał nad nią Karol, pod­czas gdy ona trzy­ma­ła przy gło­wie ze świe­żo na­bi­tym guzem za­mro­żo­ne udko kur­cza­ka.

Nie miała siły po raz ko­lej­ny tłu­ma­czyć, co się stało. Jed­ne­go była pewna, trze­ba ko­niecz­nie po­zbyć się fi­gur­ki. Uśmiech­nę­ła się po­jed­naw­czo do męża i za­pro­po­no­wa­ła:

– Z przy­jem­no­ścią po­pro­szę szefa o kilka dni urlo­pu. Wcze­śniej jed­nak udamy się na imie­ni­ny do two­jej ma­mu­si i speł­ni­my jej ma­rze­nie…

Przy tych sło­wach zer­k­nę­ła wy­mow­nie na sto­ją­cą na biur­ku bursz­ty­no­wą fi­gur­kę wilcz­ka. Karol skrzy­wił się, jakby za­le­d­wie przed se­kun­dą wypił sok z cy­try­ny, po czym po­krę­cił prze­czą­co głową:

– Nie, nie, to nie naj­lep­szy po­mysł! Ta figu…

– Ow­szem, to wspa­nia­ły po­mysł! Pierw­szo­rzęd­ny! – prze­rwa­ła mu i nie od­ry­wa­jąc mro­żon­ki od głowy, po­mknę­ła do biur­ka, za­czę­ła ner­wo­wo prze­szu­ki­wać szu­fla­dę. – Mam tu gdzieś ide­al­ną to­reb­kę na taki imie­ni­no­wy skarb…

– Nika! – pró­bo­wał ją po­wstrzy­mać. – Nika, po­słu­chaj! Czy za­po­mnia­łaś, co przy­rze­kłaś babci Fran­cisz­ce?

Pa­mię­ta­ła, ale woli teraz o tym nie my­śleć. Po­dob­no fi­gur­ka bursz­ty­no­we­go wilka była w ro­dzi­nie od po­ko­leń i sta­no­wi­ła coś w ro­dza­ju ta­li­zma­nu ochra­nia­ją­ce­go przed złem.

– Chro­ni przed chci­wo­ścią i zdra­dą – ma­wia­ła bab­cia, pa­trząc zna­czą­co na Ka­ro­la.

Wtedy Nika uzna­ła to za ob­ja­wy cho­ro­by. 

– Bo do tej pory była to zwy­czaj­na ro­dzin­na pa­miąt­ka, a dzi­siaj… – urwa­ła i wes­tchnę­ła cięż­ko. – Dzi­siaj to cho­ler­stwo za­świe­ci­ło na nie­bie­sko. Nie chcę spać z tym czymś pod jed­nym da­chem!

"Nie chcia­ła" to za mało po­wie­dzia­ne, była prze­ra­żo­na per­spek­ty­wą dal­sze­go po­sia­da­nia tego przed­mio­tu. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, fi­gur­ka kryła w sobie jakąś ta­jem­ni­cę, któ­rej Nika nie miała ocho­ty po­znać. Mając przed ocza­mi świe­ży obraz błę­kit­nej po­świa­ty ema­nu­ją­cej z bursz­ty­nu, drża­ła na myśl o tym, co może jesz­cze się zda­rzyć. Po­mi­mo obiet­ni­cy danej świę­tej pa­mię­ci babce, pra­gnę­ła za wszel­ką cenę po­zbyć się ro­dzin­ne­go skar­bu.

– A to się Fran­cisz­ka w gro­bie prze­wró­ci na wieść o po­stęp­ku wnucz­ki! – za­śmiał się Karol, po czym dodał szep­tem: – Ale zanim to się sta­nie, nas już tutaj nie bę…

Urwał nagle, po­dra­pał się z za­kło­po­ta­niem w głowę i rzu­cił z uda­wa­ną tro­ską:

– Boli jesz­cze?

Za późno, Nika swym dzien­ni­kar­skim wę­chem już zwie­trzy­ła in­try­gu­ją­cy temat:

– Jak to nas tutaj nie bę­dzie? Ka­ro­ool, co masz na myśli? Coś przede mną ukry­wasz…

– Oj, to jesz­cze nic pew­ne­go! – wy­krę­cał się lekko zde­ner­wo­wa­ny. – Chcia­łem po pro­stu, aby­śmy w week­end obej­rze­li pewne miej­sce. Nikuś, jest pe­wien dom, wła­ści­wie to taki, o jakim ma­rzy­my, o jakim ty ma­rzysz, z dala od cy­wi­li­za­cji, w lesie, dosyć stary, z bo­ga­tą hi­sto­rią, cichą ma­low­ni­czą oko­li­cą i co naj­waż­niej­sze, nie­dro­gi. Pra­wie za darmo. Sta­szek, ko­le­ga z pracy, dał mi cynk. Mówi, że to oka­zja stu­le­cia.

– Jedź­my tam! – za­wo­ła­ła, upusz­cza­jąc na po­sadz­kę za­mro­żo­ne­go kur­cza­ka. – Jedź­my na­tych­miast! Jesz­cze dziś chcę obej­rzeć to miej­sce!

– Je­stem umó­wio­ny na so­bo­tę. Ru­szy­my z sa­me­go rana, a na razie pokaż, co zdzia­łał okład z mro­żon­ki. Na nic mi się zda żona z guzem na gło­wie – po­wie­dział Karol i przy­gar­nął ją do sie­bie.

Nika nie pro­te­sto­wa­ła, choć była tak pod­eks­cy­to­wa­na, że naj­chęt­niej jesz­cze tego wie­czo­ru wsko­czy­ła­by do roz­kle­ko­ta­ne­go forda i ru­szy­ła w teren. Domek w lesie! Czyż­by ma­rze­nia miały się wkrót­ce speł­nić?

Nie rób sobie zbyt wiel­kiej na­dziei, idiot­ko – po­my­śla­ła, jed­no­cze­śnie czu­jąc na ple­cach dotyk chłod­nych pal­ców Ka­ro­la, które gim­na­sty­ko­wa­ły się przy za­pin­ce biu­sto­no­sza.

***

– Z wła­ści­cie­lem spo­tka­my się na miej­scu – po­wie­dział Karol, pa­ku­jąc do auta wy­pcha­ną po brze­gi torbę z je­dze­niem. – Na razie mapa i na­wi­ga­cja!

– A Sta­szek? – za­py­ta­ła Nika. – My­śla­łam, że po­je­dzie z nami.

– Zmia­na pla­nów. Po­je­chał wczo­raj wie­czo­rem. Przy­go­tu­je wszyst­ko. Spo­tka­my się na miej­scu.

Pla­no­wa­li zo­stać dłu­żej i urzą­dzić coś w ro­dza­ju pik­ni­ku. Nika uwiel­bia­ła gril­lo­wać, nie obe­szło się więc bez spe­cjal­ne­go oprzy­rzą­do­wa­nia, które za­ku­pi­li po oka­zyj­nej cenie w mar­ke­cie wła­śnie na tego typu wy­ciecz­ki w ple­ner, on zaś wci­snął na tylne sie­dze­nie wia­trów­kę w po­krow­cu i sprzęt do węd­ko­wa­nia.

– Zlecą się wszyst­kie lisy z oko­li­cy, a może wilki… – rzekł Karol, wsia­da­jąc do forda wy­peł­nio­ne­go aro­ma­tem mocno czosn­ko­wej kieł­ba­sy. – Wia­trów­ka dla po­stra­chu!

Nika spoj­rza­ła na broń. To nie była wia­trów­ka, którą znała. Inny po­kro­wiec.

– Ku­pi­łeś nową? – za­py­ta­ła.

– Po­ży­czy­łem od Stasz­ka – od­parł szyb­ko Karol, nie pa­trząc na nią.

Kiedy wy­je­cha­li z mia­sta, ruch na szo­sie zma­lał. Więk­szość week­en­do­wi­czów uda­wa­ła się o tej porze roku w zu­peł­nie innym kie­run­ku. Z rzad­ka tylko do­ga­niał ich war­kot ja­kie­goś auta. Jak to bywa wio­sną, ranek tęt­nił ży­ciem. Po prze­je­cha­niu paru ki­lo­me­trów za­trzy­ma­li się w przy­droż­nej za­tocz­ce, by do­kład­nie prze­stu­dio­wać mapę i usta­wić na­wi­ga­cję. Nika wy­sia­dła z sa­mo­cho­du i z nie­po­ko­jem spoj­rza­ła na pół­noc. Przez te kil­ka­na­ście minut po­dró­ży miała wra­że­nie, że tego dnia wy­da­rzy się coś nie­zwy­kłe­go. Trud­no jej było za­po­mnieć, co wy­da­rzy­ło się tego wie­czo­ru, gdy fi­gur­ka bursz­ty­no­we­go wilcz­ka spa­dła pod biur­ko. Szosa za nimi była pusta. Mia­sta na szczę­ście nie było już widać, zni­kły nawet wieże ka­te­dry. Ode­tchnę­ła z ulgą.

Stra­chy ja­kieś, a tu taki pięk­ny, świe­ży po­ra­nek – po­my­śla­ła, na­bie­ra­jąc po­wie­trza w płuca.

Świer­got pta­ków mie­szał się z szu­mem drzew, two­rząc miłą dla ucha me­lo­dię. Za­mknę­ła oczy i wsłu­cha­ła się w ten nie­zwy­kły kon­cert, tak rzad­ki w jej szyb­kim, peł­nym ha­ła­su, życiu.

– A jed­nak go za­bra­łaś! – usły­sza­ła tu­bal­ny głos męża do­bie­ga­ją­cy z auta. – I zro­zum tu ko­bie­ty…

Otwo­rzy­ła oczy. Ka­ro­la wy­raź­nie coś roz­ba­wi­ło. Coś? A może… Boże, tylko nie to! Po­czu­ła nagły ucisk w brzu­chu. Prze­czu­cie? Nie, teraz była pewna. Szyb­ko po­de­szła do sa­mo­cho­du, po­chy­li­ła się i zaj­rza­ła przez opusz­czo­ną szybę do wnę­trza. A więc miała rację! Mimo to widok przed­mio­tu le­żą­ce­go na przed­nim sie­dze­niu zmro­ził jej krew w ży­łach. W pro­mie­niach słoń­ca po­ły­ski­wa­ła bursz­ty­no­wa fi­gur­ka. Nika była tak pod­eks­cy­to­wa­na wy­jaz­dem, że cał­kiem za­po­mnia­ła o ro­dzin­nej pa­miąt­ce, tym­cza­sem nie­zwy­kły amu­let babci Fran­cisz­ki po­sta­no­wił je­chać z nimi na gapę.

– Kto się czubi, ten się lubi – po­wie­dział Karol, eks­po­nu­jąc rząd rów­niut­kich zębów. – Witaj z po­wro­tem w ro­dzi­nie, wilcz­ku!

Mil­cza­ła przez chwi­lę, potem wes­tchnąw­szy, osu­nę­ła się na zie­mię. Nie ze­mdla­ła, nadal była wszyst­kie­go świa­do­ma, po pro­stu nogi od­mó­wi­ły jej po­słu­szeń­stwa. Usia­dła na wil­got­nej ziemi i za­czę­ła się śmiać.

– Do­brze się czu­jesz? – za­py­tał Karol, wy­chy­la­jąc głowę przez okno. – Dziw­nie się za­cho­wu­jesz…

– Dziw­nie? Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści trzy­mam się świet­nie, wspa­nia­le, bom­ba­stycz­nie! – skan­do­wa­ła, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać śmiech. – Ja do­pie­ro teraz za­czy­nam ro­zu­mieć ostat­nie słowa babki: "Nikuś, za­ufaj wilcz­ko­wi, a on cię nie opu­ści". Wtedy wy­da­wa­ły mi się głu­pie, nie­do­rzecz­ne, na­iw­ne, jak z pie­przo­nej bajki o ga­da­ją­cych ka­my­kach, a teraz… Karol, ja tej fi­gur­ki nie przy­nio­słam do sa­mo­cho­du.

– Ja też nie – szep­nął, a potem dodał gło­śniej – ale na pewno da się to jakoś wy­tłu­ma­czyć. Któ­reś z nas zro­bi­ło to au­to­ma­tycz­nie, bez udzia­łu świa­do­mo­ści, to się zda­rza, szcze­gól­nie lu­dziom czymś mocno za­afe­ro­wa­nym. A my wła­śnie tacy je­ste­śmy! Mocno za­afe­ro­wa­ni.

– Karol, po­słu­chaj… – prze­rwa­ła mu, ocie­ra­jąc twarz rę­ka­wem bluzy. – Z tym bursz­ty­nem coś jest nie tak. Nie wiem co, ale na samą myśl o nim do­sta­ję gę­siej skór­ki i po­mie­sza­nia zmy­słów. Boję się tego cho­ler­stwa jak dia­bli, z dru­giej stro­ny in­tu­icja pod­po­wia­da mi, że nic nam nie grozi. Za­sta­na­wiam się tylko nad jed­nym… fi­gur­ka jest w mojej ro­dzi­nie od wie­ków, dla­cze­go aku­rat teraz się uak­tyw­ni­ła. Po­wiedz, co ta­kie­go nie­zwy­kłe­go się dzie­je?

– Je­steś pewna, że w ogóle coś się dzie­je? Może po pro­stu zgar­nę­łaś bursz­tyn z biur­ka wraz z mapą? – prze­ko­ny­wał tonem scep­ty­ka, ob­ra­ca­jąc w pal­cach fi­gur­kę. – Twoja babka nie żyje od pię­ciu lat, przez dzie­sięć cho­ro­wa­ła na schi­zo­fre­nię, przez ostat­ni rok nie po­zna­wa­ła ani cie­bie, ani ni­ko­go z ro­dzi­ny, miała ha­lu­cy­na­cje, plo­tła od rze­czy, a ty przej­mu­jesz się jej sło­wa­mi?

Przej­mo­wa­ła się i to bar­dzo, aż ści­ska­ło mocno w pier­si, a nogi i ręce drża­ły, jakby ktoś pod­łą­czył je do prądu. Strach spa­ra­li­żo­wał ją zu­peł­nie, do tego po­ja­wił się ner­wo­wy śmiech. Za­wsze tak re­ago­wa­ła pod wpły­wem stre­su. Karol znał ją wy­star­cza­ją­co do­brze i wie­dział do­sko­na­le, że sy­tu­acja jest po­waż­na, mimo to pró­bo­wał po­cie­szyć żonę, po­zor­nie ba­ga­te­li­zu­jąc pro­blem. Była to jego naj­częst­sza stra­te­gia, za­zwy­czaj sku­tecz­na, tym razem Nika nie dała się zwieść.

– Wło­ży­my bursz­tyn do schow­ka i na czas po­dró­ży za­po­mni­my o nim – po­wie­dzia­ła cicho. – Bę­dzie­my do­brze się bawić, a potem… kto wie, może ku­pi­my ten domek.

– To mi się po­do­ba, Nikuś! Ru­sza­my na spo­tka­nie przy­go­dy – tonem do­bro­dusz­ne­go dziad­ka chwa­lą­ce­go wnucz­kę Karol za­mknął temat, wrzu­ca­jąc bursz­tyn na półkę przy kie­row­ni­cy.

Usia­dła na sie­dze­niu pa­sa­że­ra i po­pa­trzy­ła na mapę. Mimo że plan był dosyć szcze­gó­ło­wy, nie­ła­two było od­na­leźć drogę do­jaz­do­wą do miej­sca, gdzie stał domek. Karol kie­ro­wał się wska­zów­ka­mi zna­jo­me­go, ale i tak miał pro­blem z usta­wie­niem na­wi­ga­cji. Ner­wo­wo na­ci­skał gu­zi­ki, pa­trzył na ekra­n urzą­dze­nia, aż w końcu zre­zy­gno­wał, za­klął i rzu­cił bez­u­ży­tecz­ny sprzęt na tylne sie­dze­nie. Byli zdani na mapę. Nika wi­dzia­ła przed sobą dużą plamę ja­snej zie­le­ni.

To pusz­cza… Gdzieś tam jest nasz nowy dom – my­śla­ła z eks­cy­ta­cją.

Prze­czu­wa­ła nad­cho­dzą­ce zmia­ny. Nie mogła po­wstrzy­mać ra­do­ści, jed­no­cze­śnie czuj­nie zer­ka­ła w stro­nę schow­ka.

– Ko­mór­ka Stasz­ka mil­czy. Pew­nie tam nie ma za­się­gu – oznaj­mił Karol. – Mu­si­my tra­fić do celu sami.

Wkrót­ce ru­szy­li dalej na po­łu­dnie. Szosa wiła się wśród pól po­kry­tych o tej porze de­li­kat­ną zie­le­nią. Mi­ja­li wio­ski bądź po­je­dyn­cze domki, brzo­zo­we za­gaj­ni­ki i so­sno­we bory. Gdy zjeż­dża­li z głów­nej trasy na leśną drogę, za­wie­sze­nie forda po­dej­rza­nie za­skrzy­pia­ło. Nika obej­rza­ła się. Pa­trzy­ła na nik­ną­cy skra­wek świa­tła z nie­ja­snym uczu­ciem lęku. Po­wo­li po­grą­ża­li się w mrok pusz­czy.

Je­cha­li przez dłuż­szy czas w mil­cze­niu. Nika z uwagą stu­dio­wa­ła mapę i za­pi­ski Stasz­ka, które oka­za­ły się bez­cen­ne. W plą­ta­ni­nie dróg nie­ła­two było zna­leźć wła­ści­wą. Wszyst­kie, bliź­nia­czo po­dob­ne, nikły wśród drzew. Je­dy­nie wpraw­ne oko ob­ser­wa­to­ra mogło wy­pa­trzeć strzał­ki na­ma­lo­wa­ne białą farbą na ol­brzy­mich pniach. Wska­zy­wa­ły kie­ru­nek jazdy.

– Ten twój zna­jo­my zadał sobie wiele trudu, aby nas tutaj ścią­gnąć – stwier­dzi­ła Nika. – A swoją drogą, dziw­ny czło­wiek, za­miast je­chać z nami autem, ozna­ko­wał trasę jak pie­przo­ny har­ce­rzyk ba­wią­cy się w pod­cho­dy.

– Po­je­chał wcze­śniej, żeby przy­go­to­wać wszyst­ko na nasze przy­by­cie – tłu­ma­czył Karol. – Wy­pa­truj le­piej strza­łek, bo jeśli któ­rąś prze­ga­pi­my, to ko­niec z nami!

– Do­brze, do­brze… A wła­ści­wie co ty wiesz o tym Stasz­ku? – wni­ka­ła dalej, a po­nie­waż zbli­ża­li się do skrzy­żo­wa­nia, zmru­ży­ła oczy w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­ne­go znaku. – Gdy tak się za­sta­na­wiam teraz, hm… Nigdy go nie spo­tka­łam. Nigdy o nim nie wspo­mi­na­łeś. Nagle po­ja­wia się z ofer­tą wy­ma­rzo­ne­go domu za bez­cen? Nieee, to nie­do­rzecz­ne, ale ta spra­wa z dom­kiem wy­da­je mi się po­dej­rza­na.

– Oj, ten twój dzien­ni­kar­ski nosek! – za­wo­łał Karol i się ro­ze­śmiał, ale śmiech za­brzmiał sztucz­nie. – Fakt, nie znam Stasz­ka zbyt do­brze. Pra­cu­je w fir­mie nie­dłu­go. Za­pro­po­no­wał mi obej­rze­nie domku po tym, gdy do­wie­dział się, że po­przed­nia ro­dzi­na zre­zy­gno­wa­ła. Byli za­in­te­re­so­wa­ni na bank, ale w ostat­niej chwi­li tra­fi­ło im się co in­ne­go i wy­je­cha­li.

– Po­przed­nia ro­dzi­na zre­zy­gno­wa­ła? – po­wtó­rzy­ła po­wo­li Nika. – Dla­cze­go?

– Nie wiem. Może dom im się nie spodo­bał. Może zna­leź­li coś lep­sze­go.

– A może coś było nie tak z tym domem?

Karol mil­czał.

– Po pro­stu lubię sobie po­ga­dać – do­da­ła, wy­pa­tru­jąc ko­lej­nej wska­zów­ki. – Ta pusz­cza jest nie­sa­mo­wi­ta! Gdyby nie strzał­ki, mapa oka­za­ła­by się także bez­u­ży­tecz­na. Gość do­brze zna teren.

– Zna, zna, bo jest my­śli­wym i czę­sto tutaj po­lu­je, ale mówię ci, czło­wiek dusza! Po­dob­ny tro­chę do tego tra­pe­ra z "Kro­ko­dy­la Dun­dee". Zresz­tą wkrót­ce się prze­ko­nasz! Wy­pa­truj strza…

Nie do­koń­czył. Gwał­tow­nie na­ci­snął pedał ha­mul­ca, ford zarył ko­ła­mi w wil­got­nym le­śnym pod­ło­żu i sta­nął jak wryty, a nie­przy­pię­ta pa­sa­mi Nika po­le­cia­ła do przo­du.

– Jezu, co ta stara tutaj robi! – krzyk­nął. – Ko­cha­nie, nic ci nie jest?

– Chyba nie… – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem. – Jaka stara?

Spoj­rze­li na ko­bie­tę sto­ją­cą po­środ­ku le­śnej drogi. Za­mar­li. Bab­cia Fran­cisz­ka we wła­snej oso­bie, mi­li­gra­mo­wa, chuda i po­marsz­czo­na jak su­szo­na śliw­ka. Stara chu­s­ta w szkoc­ką kratę okry­wa­ła wątłe ra­mio­na. Włosy spię­te w kok bie­li­ły się na tle ciem­nej ścia­ny lasu. Sta­rusz­ka wpa­trzo­na w Nikę, zna­czą­co ki­wa­ła głową.

Za życia za­wsze tak ro­bi­ła, gdy chcia­ła mnie przed czymś prze­strzec – prze­mknę­ło przez myśl dziew­czy­nie.

Była tak prze­ra­żo­na, że nie zwró­ci­ła uwagi na struż­kę krwi spły­wa­ją­cą po po­licz­ku z roz­cię­tej na czole skóry. Sta­ru­cha zmarsz­czy­ła brwi wy­raź­nie z cze­goś nie­za­do­wo­lo­na, jesz­cze raz kiw­nę­ła prze­czą­co głową i po­wo­li ru­szy­ła w gąszcz. Wkrót­ce zni­kła w mroku lasu. Sie­dzie­li jak spa­ra­li­żo­wa­ni, bojąc się wy­mó­wić ja­kie­kol­wiek słowo. Pierw­sza ode­zwa­ła się Nika:

– Po­wiedz, że to nie była bab­cia Fran­cisz­ka. Nie­moż­li­we, żeby to była ona! Prze­wi­dzia­ło mi się! Karol, po­wiedz tak…

Był blady. Pa­trzył przed sie­bie jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny, a usta mu drża­ły.

– Ktoś po­dob­ny do niej… – wy­krztu­sił wresz­cie. – Sły­sza­łaś prze­cież, że każdy ma gdzieś so­bo­wtó­ra. Ja też się na­bra­łem, ale…

– A chu­s­ta? – za­py­ta­ła. – Chu­s­ta w szkoc­ką kratę?

– Co druga sta­rusz­ka ma taką chu­s­tę – po­wie­dział nieco już pew­niej­szym gło­sem. – Nikuś, ule­gli­śmy su­ge­stii. Przez szmat czasu nie ga­da­li­śmy o babci Fran­cisz­ce i nagle w ciągu dwóch, trzech dni awan­so­wa­ła, jest bo­ha­ter­ką wła­ści­wie każ­dej na­szej roz­mo­wy.

Po babce ani śladu, zni­kła w mroku rów­nie ta­jem­ni­czo, jak się po­ja­wi­ła. Karol szyb­ko od­zy­skał rów­no­wa­gę psy­chicz­ną, ochło­nął z szoku, a chwi­lę póź­niej był pe­wien swo­ich słów na sto pro­cent, wprost dałby sobie rękę uciąć, że spo­tka­na ko­bie­ta to tylko spa­ce­ru­ją­ca po lesie miesz­kan­ka ja­kiejś po­bli­skiej wio­ski.

– Wy­obraź­nia płata figle – orzekł i wy­siadł z sa­mo­cho­du.

Fakty prze­czy­ły tej teo­rii. Nika wie­dzia­ła o tym do­brze. Na mapie nie ozna­czo­no żad­nej osady, a poza tym, która osiem­dzie­się­cio­let­nia, nie­mra­wa sta­rusz­ka włó­czy­ła­by się o tak wcze­snej porze po lesie, chyba tylko jakaś wa­riat­ka. Po­dej­rza­na spra­wa, po co jed­nak za­drę­czać męża oba­wa­mi? Na pewno nie zmie­ni­ło­by to ich obec­ne­go po­ło­że­nia. Na dro­dze do celu wy­ro­sła bo­wiem nowa prze­szko­da. Ford po gwał­tow­nym ha­mo­wa­niu za­ko­pał się w grzą­skim pod­ło­żu. Jak­kol­wiek nie­sa­mo­wi­te było wtar­gnię­cie na drogę ko­bie­ty po­dob­nej do babci Fran­cisz­ki, na­tych­miast trze­ba wziąć się w garść i po­my­śleć o ra­tun­ku. Brak za­się­gu ozna­czał jedno, muszą li­czyć tylko na sie­bie, ina­czej utkną na noc w środ­ku pusz­czy. Wtedy wła­śnie na mapę skap­nę­ła pierw­sza kro­pla krwi. Nika wrza­snę­ła.

 – To tylko mała ranka, wła­ści­wie za­dra­pa­nie – uspo­ka­jał Karol. – Mu­sia­łaś ude­rzyć się o bocz­ny słu­pek pod­czas ha­mo­wa­nia. Oba­wiam się, że to jesz­cze nie ko­niec wra­żeń. Utknę­li­śmy.

– Jak to? – za­py­ta­ła lekko zde­ner­wo­wa­na. – Nawet nie spró­bo­wa­łeś ru­szyć!

– W ten spo­sób za­ko­pie­my się jesz­cze bar­dziej – do­wo­dził. – Dalej pój­dzie­my pie­szo, to prze­cież już nie­da­le­ko, dwa, trzy, naj­wy­żej czte­ry ki­lo­me­try. Póź­niej Sta­szek wy­cią­gnie nas land ro­ve­rem, póki co weź naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, do­ku­men­ty, tro­chę picia…

– W po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła i za­czę­ła roz­glą­dać się po aucie za ple­ca­kiem, potem ukrad­kiem wy­cią­gnę­ła ze schow­ka bursz­tyn.

Na wszel­ki wy­pa­dek – po­my­śla­ła i wsu­nę­ła fi­gur­kę do kie­sze­ni dżin­sów.

Nie była prze­sąd­na, ostat­nie wy­da­rze­nia dały jej jed­nak do my­śle­nia. Nie za­szko­dzi ubez­pie­czyć się przed po­dob­ny­mi in­cy­den­ta­mi.

Duchy zmar­łych po­wra­ca­ją na zie­mię nie bez przy­czy­ny, naj­czę­ściej chcą nam o czymś przy­po­mnieć albo ostrzec przed gro­żą­cym nie­bez­pie­czeń­stwem – lu­bi­ła ma­wiać bab­cia Fran­cisz­ka.

Nika pa­mię­ta­ła te wszyst­kie mro­żą­ce krew w ży­łach opo­wie­ści o zmo­rach drę­czą­cych ludzi. Z cza­sem zro­zu­mia­ła, że były wy­two­rem cho­re­go umy­słu sta­rusz­ki, jed­nak jako dziec­ko wie­rzy­ła w ich au­ten­tycz­ność. Bab­cia Fran­cisz­ka wró­ci­ła, sta­nę­ła na środ­ku drogi, by ich za­trzy­mać. Może nie po­win­ni iść dalej? Jesz­cze nie jest za późno na po­wrót. Po­cząt­ko­wa ra­dość pry­sła jak bańka my­dla­na, a w jej miej­sce po­ja­wi­ły się wąt­pli­wo­ści i nie­okre­ślo­ny lęk.

Wkrót­ce jed­nak dzien­ni­kar­ska do­cie­kli­wość wzię­ła górę, a poza tym domek w lesie to wy­ma­rzo­ne miej­sce na letni wy­po­czy­nek, kto wie, może kie­dyś za­miesz­ka­ją tutaj na stałe. Ta pusz­cza prze­ra­ża, a jed­no­cze­śnie fa­scy­nu­je róż­no­rod­no­ścią, któ­rej trud­no się oprzeć. Nika spoj­rza­ła w górę, w ga­łę­ziach ol­brzy­mich drzew za­wo­dził wiatr. Na skraw­ku błę­kit­ne­go nieba do­strze­gła klucz dzi­kich gęsi. Le­cia­ły na pół­noc z krzy­kiem.

Nie czas na po­że­gna­nie – prze­mknę­ło jej przez myśl, kiedy ptaki zni­kły.

– Go­to­wa? – usły­sza­ła.

Za­czę­ła z uwagą przy­glą­dać się przed­nim kołom forda za­ko­pa­nym w bło­cie. My­ślała nad czymś in­ten­syw­nie, aż w końcu rze­kła:

– Dziw­ne. Spójrz sam… Cała droga ubita, za­pew­ne przez sa­mo­cho­dy wy­wo­żą­ce w zimie drew­nia­ne bale z wy­rę­bu, a je­dy­nie tutaj dwa głę­bo­kie ko­ry­ta wy­peł­nio­ne błot­ni­stą breją. Skąd tutaj się wzię­ły? Wy­glą­da na to, że ktoś je wy­ko­pał i wy­peł­nił. Pu­łap­ka? To nie­moż­li­we! Gdy­byś wcze­śniej za­ha­mo­wał… Karol, nie po­do­ba mi się to wszyst­ko. Za­wróć­my le­piej… – szep­nę­ła głu­cho, roz­glą­da­jąc się nie­spo­koj­nie po lesie.

– No coś ty, prze­je­cha­li­śmy kawał drogi! Wra­cać pie­szo? Nieee… Pój­dzie­my do chaty i Sta­szek po­mo­że land­kiem! Taka bryka na pewno da radę!

Była już dzie­wią­ta, gdy do­tar­li do ko­lej­ne­go roz­wi­dle­nia dróg. Do pnia wiel­kie­go dębu przy­twier­dzo­no drew­nia­ną ka­plicz­kę z wi­ze­run­kiem Matki Bo­skiej z Dzie­ciąt­kiem Jezus.

– Uwiel­biam takie miej­sca – po­wie­dzia­ła z en­tu­zja­zmem Nika. – A czy wiesz, że ka­plicz­ki wie­sza­no na roz­sta­jach, by od­stra­szyć dia­bły czy­ha­ją­ce na po­dróż­nych? Ta musi być bar­dzo stara…

Nie wie­dzieć czemu umil­kła, a Karol spo­strzegł, że twarz żony w oka­mgnie­niu stała się śmier­tel­nie blada. Coś mu­sia­ło ją wy­stra­szyć. Pa­trzy­ła w jeden punkt, nie mogąc po­wstrzy­mać drże­nia pod­bród­ka. Po­wę­dro­wał wzro­kiem w tym samym kie­run­ku. Na gru­bym po­wro­zie przy­wią­za­nym do ga­łę­zi wi­sia­ła ludz­ka czasz­ka.

– Wy­glą­da na praw­dzi­wą – rze­kła zmie­nio­nym gło­sem. – Karol, to ludz­ka czasz­ka!

– Prze­cież widzę – od­po­wie­dział cicho, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni ko­mór­kę. – Nadal brak za­się­gu.

– Wy­da­je mi się, że ktoś pró­bu­je nas na­stra­szyć. Chyba nawet wiem kto. Jest tylko jedna osoba, która wie­dzia­ła o na­szej wy­ciecz­ce, Sta­szek, ten pie­przo­ny har­ce­rzyk! Naj­pierw strzał­ki, pu­łap­ka na dro­dze, teraz ta czasz­ka, a co potem? To jakiś psy­chol! Może sie­dzi w krza­kach i nas ob­ser­wu­je. Karol, wra­caj­my! – mó­wi­ła szyb­ko, gło­śno i nie­wy­raź­nie, mocno przy tym ge­sty­ku­lu­jąc.

Jakby w od­po­wie­dzi, usły­sze­li od­da­la­ją­ce się trza­ski ła­ma­nych ga­łę­zi. Ja­kieś ogrom­ne zwie­rzę, naj­wi­docz­niej spło­szo­ne ha­ła­sem, prze­dzie­ra­ło się przez gąszcz lesz­czy­ny. Zdą­ży­li do­strzec je­dy­nie ol­brzy­mi łeb i ło­pa­cia­ste po­ro­że.

– Łoś… – wes­tchnę­ła z ulgą, a na jej twa­rzy po­ja­wił się cień uśmie­chu. – Ile­kroć go spo­ty­kam, mam wra­że­nie, że do­świad­czam cze­goś nie­sa­mo­wi­te­go, jakby cała siła i spo­kój drze­mią­ce w tym po­tęż­nym zwie­rzu prze­cho­dzi­ły na mnie.

Wy­raź­nie od­prę­żo­na spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Dzie­wią­ta dwa­dzie­ścia. Pora ru­szać, tylko dokąd. Słoń­ce było już wy­so­ko nad ho­ry­zon­tem. De­li­kat­ne pro­mie­nie prze­ni­ka­ły przez ko­ro­ny drzew, zna­cząc drogę pla­ma­mi świa­tła. Karol mil­czał. Nie mogła od­gad­nąć, o czym myśli, ale była pewna, że się de­ner­wu­je. Znała go do­brze. Sto­ic­ki spo­kój był tylko przy­kryw­ką dla głę­bo­ko skry­wa­nych lęków i obaw. Zde­cy­do­wa­nie za dużo wra­żeń jak na jeden dzień.

– Chodź­my z tego pa­skud­ne­go miej­sca – rzekł wresz­cie. – Sta­szek wspo­mi­nał, że gdzieś tu w oko­li­cy jest cmen­tarz ra­dziec­kich żoł­nie­rzy. Pew­nie jakiś głu­pek dla za­ba­wy wy­grze­bał szkie­let…

– Kto robi takie rze­czy? Boże, prze­cież ży­je­my w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku, w cy­wi­li­zo­wa­nym kraju! – po­wie­dzia­ła, uno­sząc ręce w ge­ście roz­pa­czy. – Karol, cie­bie to nie prze­ra­ża?

Pra­gnę­ła, aby ją przy­tu­lił, po­cie­szył. On tym­cza­sem nawet nie uśmiech­nął się, tylko spoj­rzał spod przy­mru­żo­nych po­wiek. Znów po­czu­ła nie­po­kój, ale tym razem miał zwią­zek z Ka­ro­lem. W jego oczach do­strze­gła coś, co się jej nie spodo­ba­ło, coś ob­ce­go, dzi­kie­go, nie­do­stęp­ne­go, jakby dwie zło­wro­gie iskier­ki. Na uła­mek se­kun­dy szy­der­czy gry­mas znie­kształ­cił jego twarz.

– Ko­cha­nie? – za­py­ta­ła nie­pew­nym gło­sem.

– Chodź­my wresz­cie! – po­wie­dział szorst­ko i ru­szył w prawe roz­wi­dle­nie drogi. – To już nie­da­le­ko!

Nie za­wa­hał się, prze­cież gdzieś tutaj po­win­na być ko­lej­na wska­zów­ka Stasz­ka – po­my­śla­ła, bacz­nie lu­stru­jąc oto­cze­nie.

Nic. Pusto. Przyj­rza­ła się uważ­nie dro­dze, żad­nych zna­ków. Zaraz… Są ślady! Obok zwie­rzę­cych wy­raź­ny od­cisk ludz­kiej stopy! Nie jeden, lecz kilka, trop bie­gnie od drze­wa z ka­plicz­ką w prawą stro­nę. Obu­wie spor­to­we z cha­rak­te­ry­stycz­ną wa­flo­wą po­de­szwą marki Nike.

– Mamy mi­ło­śni­ka ludz­kich cza­szek – po­wie­dzia­ła cicho.

Jesz­cze jedno spoj­rze­nie, tym razem na ślady, które po­zo­sta­wił w pia­sku Karol, były iden­tycz­ne.

Ale to prze­cież jesz­cze o ni­czym nie świad­czy – my­śla­ła go­rącz­ko­wo, czu­jąc jed­no­cze­śnie zimny dreszcz prze­szy­wa­ją­cy ją od we­wnątrz.

Karol… Te ślady zo­sta­wił on. Był tutaj wcze­śniej. Okła­mał ją, ale po co miał­by to robić?

Nie, to ab­surd. Musi być ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie.

Szu­ka­ła go­rącz­ko­wo cze­goś, co oczy­ści­ło­by męża z po­dej­rzeń. To tylko ślady, każdy mógł je zo­sta­wić, każdy, kto ma takie same buty, taki sam roz­miar stopy. Nike to naj­po­pu­lar­niej­sza marka na świe­cie, prze­cież po­ło­wa ludzi nosi takie buty!

Ale skąd Karol wie­dział, że prawe roz­wi­dle­nie drogi jest wła­ści­we? Nie było tam żad­nej strzał­ki, żad­ne­go znaku. A jed­nak ru­szył bez wa­ha­nia, jakby… jakby znał drogę.

Nie. To nie­moż­li­we.

Za­po­mniał się, prze­stał kon­tro­lo­wać sy­tu­ację, coś wy­trą­ci­ło go z roli tro­skli­we­go męża. Ale to jesz­cze nic nie zna­czy! Może po pro­stu zgadł? Może miał szczę­ście?

To nie­moż­li­we! Myli się, na pewno się myli. Karol nigdy nie zro­bił­by cze­goś tak po­twor­ne­go, nie oszu­kał­by jej. Znają się od dzie­się­ciu lat, są mał­żeń­stwem od pię­ciu. Zna go. Zna każdy jego gest, każde spoj­rze­nie. To jej mąż, czło­wiek, któ­re­mu ufa bez­gra­nicz­nie.

A jed­nak… dla­cze­go nie pró­bo­wał wy­je­chać z tego cho­ler­ne­go ba­jo­ra? Prze­cież wy­star­czy­ło wci­snąć wstecz­ny, rzu­cić kilka ga­łę­zi pod koła. Karol za­wsze był prak­tycz­ny, za­rad­ny. A tym razem nawet nie spró­bo­wał.

Serce za­czę­ło jej walić coraz szyb­ciej.

Nie, nie, nie. To tylko zbieg oko­licz­no­ści. Musi być ja­kieś lo­gicz­ne wy­tłu­ma­cze­nie. Musi być.

Od­po­wiedź przy­szła sama, bo­le­sna, mro­żą­ca krew w ży­łach, ale tłu­ma­czą­ca wszyst­ko. Nie chcia­ła w nią uwie­rzyć, bro­ni­ła się przed nią całą sobą, a jed­nak… Wy­star­czy­ło spoj­rzeć przed sie­bie.

Kilka me­trów przed nią stał Karol. Od­wró­co­ny tyłem, sztyw­ny, z bro­nią prze­wie­szo­ną przez ramię.

– Mia­łaś zgi­nąć w nocy od kuli kłu­sow­ni­ków, któ­rych wię­cej w tych la­sach niż zwie­rząt, ale ty oczy­wi­ście za­wsze wszyst­ko mu­sisz ze­psuć! Ta twoja dzien­ni­kar­ska do­cie­kli­wość – usły­sza­ła suchy, po­zba­wio­ny emo­cji głos.

To nie był głos Ka­ro­la. To zna­czy… był, ale jakiś inny. Obcy. Zimny.

– Na pewno za­da­jesz sobie py­ta­nie "dla­cze­go"? No cóż, nie będę ory­gi­nal­ny, po­wo­dem jest księ­go­zbiór świę­tej pa­mię­ci babci Fran­cisz­ki. To cenne książ­ki… Nie­by­wa­le cenne. Mam na nie klien­ta. Naj­pierw ona, teraz ty jako je­dy­na jej spad­ko­bier­czy­ni… Nie wie­dzia­łaś? Ale ja wie­dzia­łem. Od po­cząt­ku. Cze­ka­łem tylko na od­po­wied­ni mo­ment.

– Jak to? – wy­du­si­ła spa­ra­li­żo­wa­na prze­ra­że­niem. Głos jej się za­ła­mał. – Jak to… naj­pierw ona?

To nie może być praw­da. Nie Karol. Nie jej Karol.

– Nor­mal­nie, wzię­ła za dużą dawkę leków uspo­ka­ja­ją­cych! Nikt nie wni­kał, czemu stara wy­cią­gnę­ła ko­py­ta. Pa­mię­tasz, co po­wie­dział le­karz, gdy przy­je­cha­li­śmy po trupa? "Pani bab­cia umar­ła we śnie, tylko każ­de­mu ży­czyć ta­kiej śmier­ci". Pro­ste. Sku­tecz­ne.

– A Sta­szek? – za­py­ta­ła, choć już znała od­po­wiedź.

Karol ro­ze­śmiał się gło­śno, szcze­rze roz­ba­wio­ny.

– Sta­szek? – po­wtó­rzył, krę­cąc głową. – Nie ma żad­ne­go Stasz­ka. To ja na­ma­lo­wa­łem te strzał­ki, wy­ko­pa­łem dziu­rę w dro­dze, po­wie­si­łem tę czasz­kę. Wszyst­ko sam. Nie po­do­ba ci się? Źle się ba­wisz? "Ko­le­ga z pracy", "my­śli­wy", "dusza czło­wiek"… – prze­drzeź­niał wła­sne słowa. – Ty na­praw­dę w to uwie­rzy­łaś? Nie za­py­ta­łaś nawet o na­zwi­sko, numer te­le­fo­nu, nic. Tak łatwo było cię oszu­kać.

Nika po­czu­ła, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi jej do gar­dła. Oczy­wi­ście. Nigdy nie wi­dzia­ła Stasz­ka. Nigdy nie roz­ma­wia­ła z nim przez te­le­fon. 

– To ja to wszyst­ko przy­go­to­wa­łem na twoje przy­by­cie, ko­cha­nie. – Uśmiech­nął się sze­ro­ko, po­ka­zu­jąc zęby. – Mu­sia­łem mieć pew­ność, że wszyst­ko pój­dzie gład­ko.

Chi­cho­cząc, zdjął z ra­mie­nia po­kro­wiec z bro­nią.

To nie była wia­trów­ka, lecz strzel­ba my­śliw­ska, dwu­rur­ka. Karol pew­nym ru­chem prze­ła­do­wał broń i wy­ce­lo­wał w Nikę.

Jej umysł wciąż nie mógł tego pojąć. Karol. Jej mąż. Czło­wiek, z któ­rym dzie­li­ła łóżko, po­sił­ki, ma­rze­nia. Czło­wiek, któ­re­go ko­cha­ła. Stoi przed nią z bro­nią i mówi, że za­mor­do­wał bab­cię Fran­cisz­kę, że za­mie­rza zabić ją.

– Pora obej­rzeć wy­ma­rzo­ny domek, ko­cha­nie – po­wie­dział szy­der­czo i znów za­chi­cho­tał.

To nie był już ten sam czło­wiek, któ­re­go znała i ko­cha­ła. W jed­nej chwi­li z sym­pa­tycz­ne­go, czu­łe­go męż­czy­zny prze­obra­ził się w po­two­ra go­to­we­go zabić. 

– To jakiś głupi żart? – za­py­ta­ła, nie mogąc za­pa­no­wać nad drże­niem rąk. – Karol, to żart, praw­da? Prze­stań, to nie jest śmiesz­ne!

De­spe­rac­ko szu­ka­ła w jego oczach cze­goś zna­jo­me­go, cze­goś, co po­twier­dzi­ło­by, że to po­mył­ka, że zaraz się ro­ze­śmie­je i powie, że to tylko głupi kawał. Ale jego oczy były puste. Obce.

Bała się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Jakaś cząst­ka umy­słu bro­ni­ła się jesz­cze przed świa­do­mo­ścią, że stoi przed nią bez­względ­ny psy­cho­pa­ta, który przez tak długi czas ją zwo­dził. Dzie­sięć lat. Dzie­sięć lat kłam­stwa. Nie ma co, per­fek­cyj­nie ode­grał swoją rolę. Dała się oszu­kać jak na­iw­na idiot­ka.

Tym­cza­sem Karol – nie, to już nie był Karol – stał obok i przy­sta­wia­jąc jej lufę do głowy, wy­ce­dził przez zęby:

– Dobra, suko, idzie­my!

To słowo… Nigdy wcze­śniej tak do niej nie mówił. Nigdy.

Pierw­szy krok był naj­trud­niej­szy. Oszo­ło­mio­na, sztyw­na z prze­ra­że­nia stra­ci­ła kon­tro­lę nad wła­snym cia­łem. Do­pie­ro, gdy po­czu­ła zimny metal przy skro­ni, otrzą­snę­ła się i po­wo­li ru­szy­ła we wska­za­nym kie­run­ku. Las roz­brzmie­wał ka­ko­fo­nią dźwię­ków. Za­zwy­czaj wsłu­chi­wa­ła się w nie z przy­jem­no­ścią, tym razem każdy od­głos niósł zło­wróżb­ną nutę.

Karol szedł za nią, cięż­ko dy­sząc. Od czasu do czasu po­ka­sły­wał. Wkrót­ce do uszu Niki do­bie­gło cha­rak­te­ry­stycz­ne po­świ­sty­wa­nie. Za­czy­nał się atak astmy.

Znowu za­po­mniał wziąć leków – po­my­śla­ła, uświa­do­miw­szy sobie, że in­ha­la­tor wło­ży­ła do ple­ca­ka, ma go teraz ze sobą.

W in­nych oko­licz­no­ściach od razu się­gnę­ła­by po nie­za­wod­ny śro­dek, jed­nak tym razem po­sta­no­wi­ła mil­czeć i cze­kać na roz­wój wy­pad­ków. 

Prze­szła kilka me­trów. Na końcu drogi uj­rza­ła nie­wiel­ką po­la­nę po­ro­śnię­tą trawą i pę­da­mi dzi­kich jeżyn. Miej­sce, oto­czo­ne drze­wa­mi, tęt­ni­ło ży­ciem, śpie­wa­ły ptaki, brzę­cza­ły owady, gdzieś w po­bli­żu szem­ra­ła rzeka. Spoj­rza­ła w prawo. Mię­dzy drze­wa­mi do­strze­gła zruj­no­wa­ną chatę z za­pad­nię­tym da­chem, po­wy­krzy­wia­ny­mi okien­ni­ca­mi zwi­sa­ją­cy­mi na jed­nym za­wia­sie. Ścia­ny po­kry­te mchem i grzy­bem, część dachu cał­ko­wi­cie za­wa­li­ła się do środ­ka. Wokół po­roz­rzu­ca­ne prze­próch­nia­łe deski, za­rdze­wia­łe na­rzę­dzia, po­ła­ma­ne meble. Wszyst­ko po­ro­śnię­te mchem, dzi­ki­mi je­ży­na­mi i trawą. Miej­sce wy­glą­da­ło, jakby nikt nie miesz­kał tu od lat. To miał być ich nowy dom? To miała być "oka­zja stu­le­cia"?

Par­sk­nę­ła gorz­kim śmie­chem. Strach nagle od­pły­nął, a w jego miej­sce po­ja­wi­ło się zu­peł­nie inne uczu­cie, o wiele sil­niej­sze.

– Wymarzony domek w lesie – wy­du­si­ła przez ści­śnię­te gar­dło.

Za­pra­gnę­ła spoj­rzeć Karolowi w oczy, na­pluć mu w twarz, po­ka­zać, jak bar­dzo nim gar­dzi. Czy to nie wszyst­ko jedno, kiedy ją za­strze­li? Spro­wo­ku­je go teraz. Za­trzy­ma­ła się i obej­rza­ła.

***

Karol klę­czał, a nad nim po­chy­la­ła się fi­li­gra­no­wa po­stać, którą po­zna­ła od razu.

– Bab­cia Fran­cisz­ka? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

– Ty tutaj? – wy­ję­czał Karol, łap­czy­wie chwy­ta­jąc po­wie­trze. – Jak to? Prze­cież nie ży­jesz…

Wy­raź­nie się dusił. Jego od­dech stał się płyt­ki i prze­ry­wa­ny. Pró­bo­wał jesz­cze coś po­wie­dzieć, z gar­dła wy­do­by­wał się jed­nak tylko beł­kot. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­ły sine, nie­mal­że nie­bie­skie, usta.

Po­win­na mu pomóc… Jesz­cze przed go­dzi­ną go­to­wa była umrzeć za niego, teraz pra­gnę­ła jego śmierci. Wszyst­ko się zmie­ni­ło. Podle ją oszu­kał, zdra­dził.

Pod­nio­sła z ziemi strzel­bę.

– Ty su­kin­sy­nu – wy­ce­dzi­ła.

***

Nika upu­ści­ła broń. Serce wa­li­ło jej jak osza­la­łe. Spoj­rza­ła na Ka­ro­la. Leżał nie­ru­cho­mo. Oczy miał sze­ro­ko otwar­te. Obok, na tra­wie, wid­nia­ła ciem­na plama.

Krew. Nie, to nie­moż­li­we. Prze­cież to nie ona po­cią­gnę­ła za spust… Dla­cze­go nie pa­mię­ta tego mo­men­tu?

Ręce jej drża­ły. W kie­sze­ni dżin­sów, do któ­rej scho­wa­ła bursz­ty­no­wą ­figurkę wilcz­ka, czu­ła pul­su­ją­ce cie­pło. 

Bab­cia Fran­cisz­ka stała obok, pa­trząc na nią z wy­ro­zu­mia­ło­ścią. Na ko­niec ski­nę­ła głową, tym samym ge­stem, któ­rym za­wsze wy­ra­ża­ła apro­ba­tę, od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w stro­nę le­śnej gę­stwi­ny. Po chwi­li zni­kła.

Nika stała jak spa­ra­li­żo­wa­na. Nie wie­dzia­ła, ile czasu mi­nę­ło… Se­kun­dy? Mi­nu­ty?

***

Wró­ci­ła do forda około osiem­na­stej, wcze­śniej grze­biąc zwło­ki męża. Sa­mo­chód nadal tkwił w bło­cie. Usia­dła za kie­row­ni­cą i prze­krę­ci­ła klu­czyk. Sil­nik za­kasz­lał, potem za­war­czał. Wrzu­ci­ła wstecz­ny bieg i de­li­kat­nie do­da­ła gazu. Koła za­wi­ro­wa­ły, zła­pa­ły przy­czep­ność. 

Do­je­cha­ła do głów­nej szosy, kie­ru­jąc się strzał­ka­mi. Na chwi­lę za­trzy­ma­ła się na po­bo­czu i wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni bursz­ty­no­wą fi­gur­kę, która na uła­mek se­kun­dy po­now­nie za­lśniła nie­bie­ska­wym świa­tłem. 

– Za­ufaj wilcz­ko­wi, a on cię nie opu­ści – wy­szep­ta­ła z uśmie­chem.

Koniec

Komentarze

Alicjo, niespełna siedem i pół tysiąca znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejma zmienić oznaczenie na SZORT.

Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam!

 

Zakrzepła bryłka żywicy była żywa, co więcej inteligentna i sprytna, zdolna zapewne do przybrania dowolnego kształtu.

Mam wrażenie, że wkradł się jeden z częstych błędów – kiedy piszemy historię, wiemy, co będzie dalej, ale czytelnik nie. W tym miejscu chyba wyprzedziłaś znacznie fabułę. To nie tylko złamanie zasady “pokaż, nie opisuj” ale popsucie dramaturgii opowiadania – przypisujesz figurce cechy, które się jeszcze nie ujawniły w żaden sposób. Na razie figurka zmieniła kształt, nawet nie opisałaś, na jaki. Jeśli świeca roztopi mi się na gorącej blasze, nie świadczy to o jej sprycie ani inteligencji, a również zmieniła kształt.

Poza taką “wpadką” czytało się całkiem nieźle.

 

Tekst trzeba oznaczyć jako fragment. Jak rozumiem, rozpięcie biustonosza nie jest zamierzoną pointą i będzie ciąg dalszy :)

Dziękuję za podpowiedzi. Wstawiłam całość tekstu i spróbuję dopracować szczegóły. :) 

Cześć

Najpierw odrobinę uwag

 

W innych okolicznościach od razu sięgnęłaby po niezawodny środek, jednak tym razem postanowiła milczeć i czekać na rozwój wypadków. Karol należał do tego gatunku ludzi, którzy podchodzili do tematu zdrowia dość beztrosko. Zdarzało mu się pominąć zaleconą dawkę leku, co przy jego schorzeniu było postępkiem nieroztropnym.

---> Pisząc w ten sposób, napięcie, które budujesz sypie się. To informacja niewiele wnosząca w akcję. Odwracasz uwagę czytelnika od akcji, przenosząc w formę… tłumaczenia się u lekarza. 

 

Parsknęła gorzkim śmiechem. Oczywiście. Nigdy nie chodziło o dom. Nigdy nie chodziło o wspólną przyszłość. Chodziło tylko o to, żeby ją tu zwabić. Żeby zniknęła w lesie, daleko od ludzi, gdzie nikt by jej nie szukał. Gdzie "nieszczęśliwy wypadek" nie wzbudziłby podejrzeń.

---> Powtarzasz to, co czytelnik już wie :-) 

 

Strach nagle ucichł, a w jego miejsce pojawiło się zupełnie inne uczucie, o wiele silniejsze.

–--> W jaki sposób cichnie strach? Proponuję: uleciał, odpłynął :-) 

 

Nienawidziła przemocy. Stykała się z nią wystarczająco często podczas pracy w terenie, zbierając materiały do kolejnego artykułu, aby stronić od tego typu zachowania w życiu prywatnym. Sporne sytuacje zawsze rozwiązywała pokojowo, wspomagając się odziedziczonym po babce poczuciem humoru. Od pracy w terenie zdecydowanie wolała korektę tekstów. Mniej pieniędzy, ale przynajmniej spokój.

---> Ponownie. Wprowadzony opis powoduje, że dynamika się sypie, akcja traci na mocy. Przecież to kulminacyjna scena. 

 

Dojechała do głównej szosy, kierując się instynktem.

---> W sensie, że miała coś podobnego, co posiadają np. bociany, gdy wracają z Afryki do tego samego gniazda w Polsce?

 

Temat domku w horrorze zawsze na czasie. Lubię takie klimaty. To trochę podobnie, jak z oklepanym motywem zachodzącego słońca w fotografii lub stojącą pod drzewem kobietą. Niby tandetka, ale jak się dobrze to zrobi, to można sporo wycisnąć :-) 

Widzę, że pomysł był. Trochę niewykorzystany motyw figurki, ale dlatego, że tak naprawdę to niewiadomo, dlaczego od wieków jest własnością rodziny. Postać babci Franciszki jest poboczna, drugoplanowa i co prawda pojawia się pod koniec, jak diabełek wyskakujący z pudełka. Staram się powiązać figurkę z babcią, ale nie za bardzo mi to wychodzi. Podczas czytania miałem wrażenie porwanej historii, pewnej niespójności. Może, gdyby wprowadzić więcej emocji pomiędzy bohaterami, w końcu to małżeństwo, zbudować między nimi więcej więzi, myślę, że postacie i samo opowiadanie by na tym zyskało. Polecam tworzyć postacie takie, z którymi czytelnik będzie się mógł utożsamić, polubić je lub nie, wtedy tekst wciąga i losy bohaterów nie są obojętne. Szczególnie w horrorze jest to ważne.

Pozdrawiam

Hesket, dziękuję za wskazówki. Myślę, jak wprowadzić je w życie. Mam nadzieję, że się uda, starczy umiejętności. 

Dasz radę.

Życzę wszystkiego dobrego w dalszej pracy twórczej i czekam na kolejne opowiadania.

Pozdrawiam

dobry tekst z dreszczykiem. dobrze pokazany las. akcja mnie wciągnęła, czytałem z zaciekawieniem co będzie za chwilę!

Nowa Fantastyka