- Opowiadanie: d.pankovski - Chwasty – Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Majówka w Grasowie)

Chwasty – Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Majówka w Grasowie)

Przedmowa może jedynie jeszcze bardziej pogorszyć odbiór.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Chwasty – Cukierki z waty i inne smaki rozpaczy (Majówka w Grasowie)

Piąta rano. Budzik wali łbem o szafkę nocną, aż szkło pęka. Wyskakuję z pościeli, bo dzisiaj wielkie grillowanie. Majówka. Chuj z tym, że chmury wiszą ołowiane. Chuj z wiatrem, który smaga twarz. Zaprosiłem całą zgraję: Starego, Młodego, Grubego, Chudego, tego skurwysyna Marka z jego nową laską, co ma oczy jak dwa spodki po mleku. W ogrodzie śmierdzi naftą z poprzedniego sezonu. Rozpalam węgiel drzewny. Jebnięcie zapalniczką – płomień liże brykiety. Dym wali w nozdrza, szczypie w płuca. Sąsiad zza płotu wygląda, pokazuje środkowy palec. Odpowiadam tym samym.

Godzina szósta. Niosę stół z pizzerii, złamany w nogach. Stawiam na trawie, która wygląda jak gnijąca zielenina. Kiełbasy wyjmuję z lodówki. Pachną jak stare gacie. Krwawią na desce. Nóż tępy, więc rwę opakowania zębami. Plastik wchodzi pod język. Wypluwam. Mięso – łopatki wieprzowe, karkówka, boczek w plastrach. Układam na blasze. Słońce jeszcze śpi, ale ja już czuję ten skwar, który nadejdzie.

O siódmej zjawia się pierwszy. Stary. Ma w ręku flaszkę czystej, oblepioną pajęczyną. Uśmiecha się, a z zębów wygląda resztka czegoś czarnego.

– Naparzasz się, kutasie? – pyta.

– Rozpalę ci ryj, dziadku – odpowiadam.

Stary chichocze, łyka prosto z butelki. Siada na leżaku, który trzeszczy. Jego wątroba pracuje na najwyższych obrotach. Widzę przez skórę, jak pulsuje.

Ósma. Młody przychodzi z głośnikiem. Puszcza death metal. Bas rozsadza bębenki. Gruby i Chudy taszczą siatę piwa – czterdzieści puszek, każda z potem na wierzchu. Marek pojawia się sam. Nowa laska go wystawiła, mówi. Wzruszam ramionami. Jego prywatne piekło.

– Rozpierdolę ten grill – oznajmia Marek, kopiąc ruszt. Węgiel skacze w górę. Jedna głownia ląduje na jego dłoni. Skóra syczy. Marek ryczy, ale uśmiecha się. Ból jest jego przyjacielem.

Rozkładam mięso na ruszcie. Tłuszcz kapie na żar. Płonie. Dym staje się gęsty, oleisty. Wypełnia ogród. Sąsiad znowu wygląda, tym razem z nożem do chleba.

– Ugasisz to, ty chuju? – wrzeszczy.

– Wypierdalaj na ryby – odpowiada Gruby, odkręcając puszkę. Piwo tryska mu w twarz.

Godzina jedenasta. Słońce wreszcie razi. Temperatura skacze do piętnastu stopni. Muchy zlatują się zewsząd. Mięso na grillu skwierczy, ale coś jest z nim. Nie brązowieje, tylko robi się sine.

– Przypaliłeś, debilu – mówi Stary, szturchając kawałek karkówki widełkami. Mięso jęczy. Dosłownie jęczy. Niski, gardłowy dźwięk. Wszyscy zamierają. Głośnik nagle cichnie. Puszka Chudego spada na ziemię, rozlewając bursztynową strugę.

– Pierdolisz, nagrałeś to? – pyta Młody.

Marek podchodzi bliżej. Jego spalona dłoń jest teraz czarna, ale on wtyka palec w mięso. Wyciąga – palec zmienia się w galaretę. Odpadają mu dwa człony. Leżą na ruszcie, sycząc obok żeber.

Chudy mdleje. Twarz uderza o blat stołu. Otwiera się brew, krew tryska cienką strużką, znaczy drewno.

– Zrób coś, ty zjebie! – ryczy Gruby.

Nie wiem, co robić. Próbuję zdjąć mięso z rusztu. Kiełbasy oplatają moje przedramię, jak żywe węże. Czuję ich zimny dotyk. Taśma z szynki ściska mi nadgarstek. Krzyk wydobywa się z mojej gardzieli, ale nie słyszę własnego głosu.

Marek chichocze, patrząc na swoje resztki dłoni.

– Majówka – mówi. – Grill. Co może pójść źle?

Jego twarz zaczyna topnieć. Skóra zsuwa się z czaszki, odsłaniając różową, drgającą powierzchnię. Kości policzkowe wysuwają się do przodu. Marek staje się czymś pomiędzy psem a człowiekiem. Węszy powietrze, oblizuje wargi – tam, gdzie jeszcze istnieją.

Stary otwiera drugą flaszkę. Pije, aż wódka przelewa się przez brodę.

– Zawsze chciałem poznać smak pieczonego sąsiada – mówi, patrząc w kierunku płotu. Sąsiad już tam nie stoi. Na jego miejscu wisi tylko fartuch z naszytym napisem "Bosch".

Grzybnia wyrasta spod stołu. Białe, pulsujące nitki oplatają nogi Chudego, wciągają go pod deskę. Jego strzępek krzyku niknie w mazi. Ziemia się rozwiera. Ogród oddycha. Każdy oddech wydmuchuje chmurę zarodników. W płucach czuję ukłucia tysięcy maleńkich igieł.

Młody próbuje uciec. Biegnie w kierunku furtki, ale ta zamienia się w ścianę z surowego mięsa. Uderza w nią głową. Nos mu pęka, krew barwi kotlety. Ściana wsysa go. Po sekundzie zostaje tylko jego głośnik, który znowu zaczyna grać – tym razem kołysankę. Głos śpiewa o śpiących dzieciach i drutach kolczastych.

Gruby klęczy na trawie. Wymiotuje żywymi pchłami. Każda pchła skacze na moje nogi. Czuję ich żuwaczki wgryzające się w skórę. Gryzę własną rękę, żeby zagłuszyć ból. Krew smakuje metalem i wiśnią. Dziwne, bo nigdy nie jadłem wiśni.

Stary podchodzi do grilla. Jego flaszka jest pusta. Wkłada łeb w ruszt, między węgle. Włosy płoną żółtym płomieniem.

– Czuję zapach zwycięstwa – mamrocze, zanim głowa eksploduje jak balon z wodą. Części mózgu lądują na talerzach. Sos barbecue zmienia kolor na granatowy.

Nie wiem, kiedy zacząłem tańczyć. Moje ciało porusza się wbrew woli. Stopy wdeptują w ziemię, nogi zginają się w stawach, które nie istnieją. Ogrodowy kran pęka. Zamiast wody leje się smoła. Smoła spływa do miski z sałatką. Kapusta pekińska czernieje. Pomidory robią się przezroczyste. W środku jednego pomidora widzę twarz Chudego. Mruga do mnie.

Grill rozgrzewa się biało. Metal topnieje, ale mięso pozostaje nienaruszone. Kiełbasy śpiewają hymn. Nie znam słów, ale czuję znaczenie: wszystko jest jedzeniem, wszystko jest zjedzone. Biorę widełki i nakłuwam kawałek czegoś, co mogło być Markiem. Wpycham do ust. Smakuje jak mój własny język. Bo nim jest.

Zwierciadło w ogrodowej altanie pokazuje moje odbicie. Albo raczej jego brak. Stoję tam, gdzie powinienem być, ale lustro ukazuje tylko puste powietrze. Za to w trawie widzę swój cień, który porusza się niezależnie. Cień podnosi nóż. Cień podchodzi do mnie.

– Przepraszam – mówi. – Skorumpowałeś nas.

Nie rozumiem. Nóż wbija mi się w brzuch. Nie czuję bólu, tylko ucisk. Z rany wydostaje się dym. Siwy, zimny, śmierdzący lodówką sprzed tygodnia. Cień wyciąga z mojego wnętrza coś na kształt pępowiny. Przywiązuje koniec do grilla.

Mięso na ruszcie ożywa. Skacze w powietrze. Formuje się w postać. Wysoka, chuda, z oczami jak węgle. To ja. To mój sobowtór. Uśmiecha się.

– Majówka udana – mówi. – Zapraszam za rok.

Znika w kłębie pary.

Zostaję sam. Ogród wygląda normalnie. Trawa zielona. Stół stoi. Grill stygnie. Na ruszcie zwęglone resztki kiełbasy. Piwo w puszkach rosiste. Ale żadnych ciał. Żadnych znajomych. Tylko pusta flaszka Starego i na niej napis: "Wypij mnie".

Podnoszę flaszkę. Na dnie widzę miniaturowe postaci. Oni. Wszyscy. Tańczą w kolorowej mazi. Marek macha do mnie odciętą dłonią. Stary unosi kciuk. Chudy leży w kałuży. Młody wali głową o ścianę butelki.

Odstawiam flaszkę. Siadam na leżaku. Słońce zachodzi. Jutro kolejny dzień. Może przyjdą inni. Może znowu rozpalam grill. W końcu majówka zdarza się raz w roku.

Biorę puszkę. Piwo jest ciepłe. Piję. Smakuje jak łzy mojej matki, która umarła w szpitalu psychiatrycznym. Przełykam.

– Chuj z tym – mówię do pustego ogrodu.

Wiatr przynosi śmiech sąsiada.

Koniec

Komentarze

Tekst pełen bólu, wkurwienia, że tak to ujmę i gritty realismu. Widzę, że wróciłeś, chociaż zapowiadałeś, że znikasz na zawsze :)

 

No cóż. Aeren Voss był lepszy, jak dla mnie dało się go czytać, był to dość świeży pomysł. Ale też nie jestem targetem takich opek, jak to co zaproponowałeś. Jestem człowiekiem akcji i przygody :)

Napewno duże nagromadzenie wulgaryzmów, moim zdaniem za dużo. Ale może spojrzy ktoś, kto takowe lubi.

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Aeren Voss wróci w pełnowymiarowej powieści – prace trwają. Planowany termin premiery to początek września.

Jeśli chodzi o powyższy tekst, seria „Chwasty” ma szokować zarówno językiem, jak i samą historią.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Nowa Fantastyka