- Opowiadanie: Kurojatka - Gospoda nad Wietrzną 2/2

Gospoda nad Wietrzną 2/2

Wobec niezadowolenia kiepskim stanem fabularnym poprzedniego tworu, zamieszczam mały epilog do historii, która w gospodzie pod Wietrzną miała miejsce. Niby wiele się nie dzieje, a celem tegoż fragmentu jest opis samej Alfidy. Historię, która wydarzyła się  w gospodzie też podsumowuje, przynajmniej do roztopów...

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Gospoda nad Wietrzną 2/2

Polej zaciskał palce na cynowym kubku, jakby chciał go koniecznie zgnieść. Potaknął skwapliwie głową, potrząsając ściętą od garnka, bujną blond czupryną.

– Tak właśnie było, jak mówię, nic nie zmieniając, ni dodając od siebie! – powiedział.

Polej miał imię, miał nawet nazwisko i brzmiały one nie inaczej, jak Bernard Fritz. Nazwisko nieco dziwnym i obcobrzmiącym mogło się wydawać dlatego, że młody Bernard potomkiem był odległym podróżnika, który osiadł tu skuszony bez wątpliwości niewieścimi wdziękami. Dziwnie się ludzie na Bernarda Fritza jednak patrzyli i stukali po czołach, gdy się tak przedstawiał. Kto bowiem widział takie cudactwa wymyślne u prostego, chłopskiego gołowąsa. Wyjątkowo się na to imię i nazwisko Wrzeszcz uwziął, gospodarz karczemny, wiecznie Polejem przezywając, a kiedy chłopak na posługę do gospody poszedł, nadane miano przylgnęło niczym rzep i bardziej upierdliwym było, niż astma.

– To gnój parszywy – powiedział Egeus Geiger, naciągając jędrne niczym młoda pierś kobieca podgardle. Tylko sutka mu brakowało, żeby mógł za niego pociągnąć. – Knur krnąbrny i podły rębajło. A wiesz, młody Poleju, że ja od zawsze wiedziałem, że z niego taki urwis jest i ancymon. Mordę ma hultaja zwykłego, swawolnikowi chód typowy, a do tego Klemens! Zza gór i lasów, z krain obcych przybłęda, który nie potrafi nawet porządnie się wysłowić, język ludzki kalecząc swym chamskim akcentem.

Polej skrzywił się, na złe słowa o podróżnikach. Nie powiedział jednak nic, nie pisnął sprzeciwu ni skargi.

Egeus Geiger sapnął, cmoknął i pokręcił głową.

– No, mówże, co dalej było?

– Potem, to pan strażnik Klemens mówił, że nie jego to wina, ale ten drugi mostowy nie czekał, jak i pan Wrzeszcz. Obaj Klmensa, który teraz to już strażnikiem nie jest, jak mi się zdaje, związali i pod ścianą ustawili, niby wór z pszenicą. A mnie tu jechać polecili.

– A długo żeś jechał?

– Noc całą. Co koń wyskoczy, ale to i skakać mu trudno było, bo za Wietrzną lasek a dalej pola. I tam śniegu tyle, żeśmy ledwo przeszli. A śnieżyca taka się okrutna zerwała, wicher dąć zaczął, żem już przeraził się, iż drogę zgubiłem. To i z konia musielim zejść, bo koń jest pana handlarza, a on obiecał mi, że pasy zedrze, jak zajadę czy okulawię. Chciałem klaczkę tej panny pokłutej, ale zwierzę to widać bojowe, ledwiem palce wyratował. Niechybnie by je bestia połknęła. Ale spieszył się ja, żeby pannie może i życie uratować!

– No właśnie. Uratować – powiedział Egeus. Przestał skubać podbródek i rozparł się w krześle, masywne ręce ciężko na drewnianym blacie wsparł i znów sapnął.

– To mówisz, że panna tam przekłuta nadziakiem, co po stylisko się w żebra zagłębił, a ty tu całą nockę jechał?

– Właśnie tak – powiedział Bernard, Polejem zwany.

– Na to ja ci powiem, młody Poleju, żeś się fatygował na darmo do mnie – powiedział Egeus i wstał z krzesła z sapnięciem. – Bo po ranie, jaką opisujesz, to zanim ja tam dojadę, pewnikiem na wieczór kolejny, to pannie ja już nie dopomogę. – To powiedziawszy Egeus westchnął i sapnął, bo wzdychać i sapać lubił, po czym oparł się o stół i nachylił nad chłopakiem. – Nie miej żalu do siebie. Tak się dzieje, niestety. Odpocznij trochę i wracaj. Albo o miasto zahacz. Za mury się pchać nie ma musu, wystarczy księdza wołać, to kapłan wylezie. Jeśli oczywiście twoja wola klechę do gospody zaprowadzić, by swoje odprawił. I dla zmarłej i nad gospodą, dla pewności, co by duch żaden, ni zło się w murach nie zalęgło.

– Znaczy się, do gospody pan nie pójdzie? – spytał Polej.

Egeus znów sapnął, z rezygnacją tym razem.

– Pójdę. Pójdę, bo co mnie innego zostało?

– Ani mi się waż! – Z sąsiedniej izby dobiegł kobiecy głos. – Po co niby zamiarujesz się tam tarabanić?

– No przecież udać się muszę, żeby mnie nie pozwali, żem sprawę zlekceważył.

– Samoś powiedział, że ty tam zbędny! Że tam, to już kapłana!

– Tak, ale… – Egeus znów podrapał się po podbródku, ujął go mocniej w palce i potrząsnął. – Ale tego zuchwalca też w pętach trza do miasta odstawić!

– O, kolejna wymówka. Akurat! Ja już wyczuwam, że to wymówka kolejna, żeby do gospody nad miodem pieniądze przepijać. I nie ma na to mojej zgody!

– Kobieto, no! – Egeus jęknął, ale nie dane mu było dokończyć.

– Wykluczone. Nie ma na to mojej zgody. A na pewno nie teraz, kiedy ja strawę naszykowałam. O nie!

 

***

 

Egeus Geiger końmi nie gardził, ale wolał na ich grzbiety nie wskakiwać. Respekt przed nimi czuł, a czasami wręcz w przerażenie go wprawiały. Człowieka kaźnić i trzy dni potrafił, a i postawić szalunek taki, by wisielec opadł karku nie zrywając. A jeśli taka wola była pana, tak dyndulca oprawił, by ten dzień cały konał, w moczu własnym i ekskrementach. Ludzkie ciało, a jego słabości w szczególności, tajemnic przed nim nie miało. Koń jednak zdawał się dlań źródłem tortur nie mniejszym, niż on sam potrafił być dla bliźnich.

To właśnie powodem, że Egeus do gospody nad Wietrzną dotarł następnego dnia dopiero, w śniegu po pas brodząc. Z każdym krokiem żałował swej decyzji coraz bardziej. Młody Polej powiedział, że po księdza mu iść nie kazano, tako on po klechę żadnego zamiaru nie ma się fatygować. To nie było aż takie dziwne, jako że leniwe świątobliwe bractwo generalnie nie miało ochoty wybierać się poza miasto, a szczególnie w taką pogodę. Egeus sapał unosząc wysoko nogi, by jakoś kroczyć w śniegu zadziwiająco głębokim, oddychał płytko przez wełniany szal i wcale się leniwcom nie dziwił. Za to obiecał sobie, że za swą fatygę sowicie każe się opłacić.

Z początkiem drogi nie było tak źle. Potem znów zaczęło padać, wielkie płaty śniegu leciały wolno, lecz gęsto, tworząc głębokie i trudne do przebycia zaspy, a Egeus zaczął męczyć się coraz bardziej. Obracał swój szal, by nie wdychać zimna, gdy powietrze skraplało się na materiale i obrastało go rosnącymi kryształami. Podpierał się kijem i brnął naprzód.

Silnym był człowiekiem i wytrzymałym.

Siły te i wytrzymałość w końcu go jednak opuściły. Szurał nogami nie mając już energii przeskakiwać nad śniegiem. Wełniane spodnie całkiem mu przesiąkły i pewnie odmroziłby sobie już co nieco, gdyby nie drugie, skórzane, podszyte futrem i zaimpregnowane łojem, odporne na wilgoć. Musiał się zatrzymywać, by odpocząć, podtrzymywał się kijem, by nie upaść. I klął. Och, ile nowych wiązanek nawymyślał cudacznych, jakich kalumni i obelg przemyślnych!

Drogę znał na pamięć a i tak miał niejednokrotnie wrażenie, że zgubił się i przepadł. Mostem przepełzł na czworakach, bo konstrukcja tak lodem zarosła, iż większa była z niej pułapka niż pomoc w przeprawie. Śnieg padał tak gęsto, że nie widział chłopskich chałup, choć wiedział, gdzie powinny być. Podniecony obietnicą ciepła, strawy i napitku końcówkę drogi prawie przebiegł. Był tak niecierpliwy, że nawet nie zaintrygowało go, że psów szczekania nie słyszy. Zima miała to do siebie, że potrafiła zatknąć wszelkie odgłosy, niby w butelkę.

Pchnął drzwi do gospody i prawie wpadł do wnętrza. Resztką sił zamknął skrzydło drzwiowe za sobą, na sztywnych z zimna nogach przeszedł długą, wąską sień i przebił się przez futra i skóry, chroniące izbę przed zimnem. Otupał buty, otrzepał się ze śniegu pobieżnie i wlazł do karczmy.

Była pusta, chłodna i tonęła w mroku.

Na ścianach dopalały się dwie mizerne świeczki. Palenisko zaniedbano. Sporo popiołu rozrzucono z niego na deski podłogi nie wynosząc nigdzie, a nowych polan nie dołożono, choć były przygotowane pod ścianą. Żar był jeszcze, kopcąc mocno białym, gryzącym dymem, który uformował już ospałą taflę niby rzeki, tyle, że pod sufitem.

– Halo! – zawołał, choć kiepsko mu to wyszło, bo gardło miał obolałe z zimna.

Wszedł ze zmrożonego klepiska na pokrytą deskami część podłogi i podszedł do kominka. Zrzucił swą torbę na pobliski stół. Wysypała się część narzędzi. W tym kleszcze, szczypce i dwa skalpele, oraz długi, prosty nóż. Dwa woreczki z ziołami zwinięte w kulki, owiązane rzemieniem potoczyły się po blacie. Nie miał jednak teraz na nie czasu. Cały trząsł się z zimna, a im dłużej przebywał w cieple, tym bardziej odczuwał kłujący i piekący chłód, którym przesiąkł.

Kucnął przy kominkowym żarze i dygotał tam przez chwilę.

– Jest tu kto? – zakwiczał, przemagając ból gardła.

Podmuchał w żar, mrugając łzawiącymi oczyma. Rozmasował dłonie. Po dłuższej chwili zrzucił mokry płaszcz i podszedł po drewno. Dorzucił siana, patyków i grubszych polanek. Znów zaczął dmuchać, próbując wzniecić płomienie i rozgrzać się choć trochę.

– Jest tu kto? – krzyknął, po dłuższym czasie. – Okażcie się, do cholery!

Popili się, świnie. Popili i pospali, co do jednego, dranie przeklęte. Wiedział to. Dziw brał, że tak wszyscy na raz, ale przecież możliwe. Nie spodziewali się gości w taką śnieżycę. No, ale jak mogli się nie spodziewać, skoro sami po niego posłali?

– Bądźcie przeklęci! – krzyknął, gdy już przepędził zamróz z kości. – Słyszycie mnie? Oby was zimno wzięło i ścisnęło, za jądra, do bólu! Obyście obesrali się przez sen, pijackie mordy niegodziwe!

Odkleił się od pieca i chociaż wciąż czuł się sztywny, pokuśtykał do kontuaru, przeszedł zań i sięgnął po odszpuntowaną beczkę. Znalazł metalowy kufel z klapką, nalał sobie, jak się okazało nie piwa, a wina. Było zimne, ale nie było to problemem. Złapał naczynie we wciąż zgrabiałe palce i odwrócił się w stronę paleniska. Dopiero wtedy zobaczył leżący pod ścianą kształt, przypominający człowieka.

– Hej! – krzyknął. Podszedł bliżej i szturchnął leżącego nogą. – Hej, moczymordo ty do imentu zalana! Zbudź się!

Leżący nie obudził się, ani żadnego innego znaku życia nie okazał.

Egeus napił się, zdjął ze ściany dopalającą się świeczkę i przyjrzał kształtowi. Szczęka mu opadła z wrażenia.

Na klepisku leżał Kamil Klemens, strażnik mostowy, hultaj i obibok okrutny. Egeus chętnie widziałby go w podobnej sytuacji, ale teraz jakoś niezbyt mu ten obraz odpowiadał. Wyprostował się i cofnął dwa kroki, chociaż z racji zawodu odpornym był człowiekiem. Strażnik bowiem skrępowane miał ręce, a na nich głębokie nacięcia, z których krwawił obficie, co wskazywały zastygłe już zacieki. Blady był jak pańska koszula. Juha dawno już wsiąkła w ziemię i pozostał po niej tylko lekko wyczuwalny smród. Dopiero teraz Egeus to poczuł, wcześniej zbyt skupiony na mrozie i charakterystycznym zapachu dopalonej sośniny.

Poczuł lekkie ukłucie, prosto w ego. Złamas Klemens dostał bowiem to, na co zasłużył. Ale od tortur, to w okolicy był Egeus, nie kto inny. A na tortury właśnie to wyglądało.

W tym momencie brak ciżby zaczął go niepokoić. Egeus nie był człowiekiem, którego łatwo było wystraszyć. Czego mógł bać się mężczyzna, żyjący ze śmiercią za pan brat? To przecież jego się obawiano – pomyślał. Potaknął sam sobie w myślach i napił się wina z kufla, tak dla odwagi.

Usłyszał trzask belki stropowej nad sobą i kucnął, wystraszony. Drewno strzeliło kilkukrotnie naprężone, po czym wróciło do poprzedniego kształtu. Spomiędzy desek nad jego głową wysypało się nieco pyłu, mchu i starej, sczerniałej słomy, którą zastosowano jako warstwę ocieplającą. Po odgłosach rozpoznał jednak, że ktoś tam na górze jest.

Chociaż powinno go to uspokoić, poczuł się podenerwowany. Wyszedł naprzeciwko drzwi z sieni wiodącej na zaplecze. Słyszał nad sobą kroki zmierzające w tamtym kierunku, tam też były schody. Drewniane stopnie zaskrzypiały pod utwardzoną podeszwą. Światła rzucanego choćby świecą czy kagankiem nie dostrzegał. Egeus spiął się nieco i wpatrzył wyczekująco. Kostki zbielały, zaciśnięte na rączce kufla. W mroku sieni pojawiła się postać. Pluskając w mokrej ziemi klepiska weszła do głównej izby gospody i wyprostowała się.

Egeus zobaczył, że to kobieta i odetchnął. Zaczął się powoli bać, ale widok białogłowy upewnił go, że niebezpieczeństwa nie ma. Potem jednak weszła w światło i drgnął.

– Nie jestem uzbrojony! – powiedział Egeus Geiger rozkładając na boki ręce. – Nie mam broni!

Białogłowa miała na sobie skórzane buty jeździeckie i wysokiej jakości spodnie. Na to naciągnęła wełnianą kamizelkę i zawinęła pas obciążony długim mieczem z jednej i sztyletem z drugiej strony.  Ręce po łokcie brudne miała od zakrzepłej już krwi.

– To dobrze. Wystarczy, że ja mam – odparła kobieta. – Kim jesteś?

– Na imię mi Egeus. Jestem katem – dodał. Ta informacja zwykle ludzi odstraszała. Nawet grasantów raz przepędził w ten sposób. Kobieta jednak przekrzywiła głowę i spojrzała zaciekawiona.

– Katem? No to chyba dobrze poznać kogoś tej profesji. Szczególnie, kiedy akurat profesji swej nie praktykuje a i nie dzierży topora żadnego – mruknęła.

– Zazwyczaj ta informacja przegania potencjalnych rozmówców niczym deszcz muchy.

– Przegania? – uśmiechnęła się. Mimo sińców pod oczyma jej uśmiech można śmiało zaliczyć było do przyjemnych widoków. – Myślałam, że lepiej mieć w kacie przyjaciela niźli wroga, w razie, gdyby relacja miała przejść na zawodową drogę, zawsze można by się wówczas jakoś dogadać, co?

– Mam wrażenie, że ludzie woleliby nie znać mnie w ogóle, tak dla bezpieczeństwa. A od profesjonalnej strony tym bardziej. Jak zwać panią?

– Zawiłe to sprawy – mruknęła, przeszła przez izbę, minęła palenisko i weszła za kontuar. – A zwą mnie Alfida. Bądźcie tak łaskawi i drew dorzucie. To, co tam jest, prawie się dopaliło.

Egeus odchrząknął. Obejrzał się na leżącego w kącie trupa.

– No dobrze – mruknął. – A ten strażnik mostowy?

– Co z nim? – spytała, znikając gdzieś za szynkiem. – Pląsać zaczął?

– Skąd? Zdechły już całkiem przecie. Cóż też panienka wygaduje – mruknął, choć w głębi duszy uznał to za niezły dowcip. Nabrał kilka drew sosnowych, dla szybszego ognia wzniecenia i dorzucił do paleniska. Popiół wysypał się na deski pokrywające klepisko. – Dziw, że nie przeszkadza panience. Może dla nastroju poprawy pozbyć się go gdzieś należy?

– Wedle woli, mości panie kacie. Według mnie on sztywny i wiela pożytku z niego nie będzie.

– Pożytku? – zdziwił się, wciskając w palenisko większe polana bukowe.

– No, w końcu katem jesteście, panie Egeusie, czyż nie tak? Takim, co to ludzi kaźni? – spytała. – I kogo przybyłeś tu kaźnić, jeśli nie chłystka tego, co już pańskich usług doczekać się nie mogąc usechł i zesztywniał samodzielnie?

Egeus otrzepał ręce i wyprostował się. Raz jeden spojrzał na trupa nie mogąc skryć uśmiechu, jaki wpełzał mu na usta. Bo tak, w jego fachu, człowiek humor umieć musi wynaleźć nawet tam, gdzie innym jeno łez przyczyna.

– Leczyć – odparł, wycierając ręce kaftan. – Pojawił się u mnie Polej, pachołek tutejszy, z prośbą o przybycie. Twierdząc, jakoby jakaś niewiasta wojownicza ugodzona została. Po mnie posłano, bym ranę opatrzył, o ile jest taka możliwość. Chociaż po takim czasie, to już mnie się nie wydaje, żeby cokolwiek do ratowania zostało.

– Ach, rozumiem. O mnie to musiało chodzić – powiedziała. – Rana zabliźniona, nie ma tedy strachu ni potrzeby.

– Zabliźniona? – Egeus obejrzał się na kobietę, która pod kranik podkładała właśnie kufel.

– Tak jest. A ja pełna życia, jako się zwiduje. Napijecie się? W cieple antałek specjalny trzymany tu w piecyku obok paleniska, żeby ziąb z człowieka wypędzić.

– Chętnie – mruknął, oblizując spierzchnięte usta odruchowo. – Z opisu pacholaka wynikało, iż rana głęboka, a cieknąca krwią obficie. Jakże to?

Kobieta postawiła na wygiętym, sękatym blacie kufel drewniany z przeźroczystym dnem, po czym zaczęła go napełniać.

– Na daremno żeście się tutaj, mości panie Eugenie, kacie, tarabanili – powiedziała. – Ni tu kogo leczyć, bom żywa, ni kaźnić, bo jakeście sami zauważyli, strażnik mostowy Kamilem zwany, mąż dumny choć agresywny, juchą się własną zatknął i leży tam bez ducha. No dalejże, wylewajcie, co tam w pucharze zimnego macie.

– Na to wygląda – mruknął Egeus, raz jeszcze rozglądając się po pustej izbie. Zawartością naczynia chlusnął na podłogę i podstawił do napełnienia.

Kobieta trzasnęła kuflem o blat, napełniła, po czym wzniosła go niczym toast proponując. Napili się oboje. Tym razem napój był ciepły o mocnym, korzennym smaku. Egeus nie wiedział, czy nazwać go winem, piwem, czy inszym jeszcze specyfikiem.

– A więc to pani ranną została, szczęśliwie niegroźnie – zagaił. – A prawda to, com od pacholika słyszał, co pani o Wolnej Twierdzy mówiła?

– Nie wiem, co młody powiedział, którego po mości pana kopnięto. Prawda jeno taka, iż wielebni drużynnika tamtejszego najechali i zakłuli w jego własnej komnacie. Cudem stamtąd uszłam z życiem. A historia ta tak pana Klemensa, nieboszczyka, co tam się teraz w kącie wyleguje, rozsierdziła, że za siekierkę złapał i prędzej mu było do bitki, niźli porządku pilnowania.

– W to uwierzyć jestem w stanie – mruknął Egeus, po czym wziął kolejny łyk, albowiem rozgrzać trzewia chciał i potrzebował. – Swawolnik był z niego, gałgan i rozrabiaka. Rad jestem widzieć hultaja oprawionego tak, jak leży. Lecz niemądre to słowa o arcywielebnym, jakoby złych czynów się dopuszczał, niezgodę podniecał czy najazdy praktykował. Toteż i nie dziwię się, jakoby wiary panience nie dawano.

– Tak to się dzieje często, że człowiek bez pomyślunku pytanie zadaje, na które odpowiedzi słuchać nie zamierza – powiedziała. Uniosła kufel i oboje się napili.

– Jam kat, jako się opowiedziałem – mruknął Egeus. – A pani, ciekawość, czym się para? Jakieś to zajęcie, jeśli można wiedzieć?

Aflida Jahn uśmiechnęła się i poklepała po orężu.

– Toż widać chyba, nieprawdaż? Ja, podobnież do pana, pomoc niosę. A czasami dla jednych pomoc, to innym śmierć, niestety. Niech mnie pan jednak do hultajstwa czy innego zbójeckiego pomiotu nie równa, bo ja te czasy swawoli mam już za sobą. W świetle prawa się najmuję.

– W świetle prawa? Zgodnie z nim, egzekucje to ja przeprowadzam, nie najęty choćby i przez księcia rębajło. Za przeproszeniem pani…

– Och, pewnikiem rację masz, a i nie dziwi mnie, że tak pan mówisz, wszak o stały napływ klienteli dbać musisz – powiedziała uśmiechając się. – Nie każdy jednak równie skory do współpracy. Nie po równi chętni watażkowie spętać się i doprowadzić.

Egeus potaknął, zupełnie kobiecie nie wierząc. Białogłowa, z białą bronią? Któż by dziewczę za łowcę bandyctwa najął? Z drugiej jednak strony w młodości podróżował, a i ludzi wszelakich napoznawał. W więziennej samotności wiela rzeczy można było się nasłuchać, fantazję napoić.

– A reszta ciżby? – spytał. – Spotkam ja Wrzeszcza?

– Gospodarza trzeba? Śpią – powiedziała, wskazując palcem na powałę.

– I pani jako jedna gospody strzeże?

– Jest, jak pan zauważyłeś, Egeusie. Bo i przed kim strzec nie ma za bardzo, kiedy trakty śniegiem zasypane i nieprzejezdne. Tedy ja pilnuję, czy się aby nie przebudzą. Ciżba znaczy, w tym te baby, kuchareczki, parobkowie czy nawet pan szlachecki, co tu swoje długi u Wrzeszcza, oberżysty, odrabiał.

Egeus nie wierzył już kobiecie w żadne słowo. Znał dobrze bowiem Wrzeszcza i wiedział, iźli co jak co, ale wredny był i zawzięty w strzeżeniu prywatności swojego pokoiku. Nikomu, nawet tutejszej Gerdzie, podkomorzą zwanej, nie pozwoliłby we własnych komnatach grzebać. Zazdrość jego chorobliwą była do tego stopnia, iż razu jednego pod nakazem straży rozewrzeć komnatę mu kazano, gdy pomówionym został o nekromancję.

A to te właśnie komnaty nad salą gospody się znajdowały, gdzie Alfida palcem wskazywała. I skąd wcześniej rumor dochodził.

– I mnie przydałby się wypoczynek – powiedział Egeus. – Gdzież to, jeśli może mnie pani pokierować, mógłbym pierwej swoje sprawy z gospodarzem załatwić?

– Ja zaprowadzę – mruknęła. Wzięła kolejny łyk piwa, po czym wyszła zza kontuaru.

Egeus wstał ostrożnie. Wyczuwał, że coś jest nie tak, jak powinno, ale białogłowy się nie bał. Nie czuł się jednak zbyt pewnie. Alfida odpaliła od paleniska świeczuszkę, na niewielkim kaganku natkniętą i weszła w sień, potem na schody. Egeus ruszył za nią.

– Tylko cicho, jeśli mogę prosić, niech się pan zachowuje. Nie chcemy snu zruszyć.

Wbrew słowom zbytnio nie zważała na stukot swych podeszew. Na piętrze stanęła obok drzwi o szerokich szparach, od wnętrza materiałem obitych, by światła nie przepuszczały.

– Pukaj, mości kacie, a opowiedz się. Obaczym, czy gospodarz wpuści.

 Egeus skrzywił się, ale wnętrzem gospodarza komnaty był zainteresowany. Podszedł do drzwi i rękę uniósł, by zapukać, gdy poczuł nagle dotkliwy ból. Długi nóż wlazł mu oddzielając prostownik od kręgosłupa, spenetrował trzewia i wylazł brzuchem. Nie przebił kaftanu, lecz wypiętrzył go dziwacznie.

Egeus stęknął, nogi się pod nim zachwiały. Oberwał drugi raz. Zesztywniał.

– Dobrze – usłyszał kobiecy głos zza pleców. – Bo zbyt wielkim jesteś człowiekiem, panie Egeus, żebym na dole siekła i po schodach taszczyć musiała.

Koniec
Nowa Fantastyka