- Opowiadanie: Kurojatka - Gospoda nad Wietrzną

Gospoda nad Wietrzną

Ot dla Was krót­ka spra­wa o bur­dzie. Mam na­dzie­ję, ku we­so­ło­ści... O tym kto pan, a kto pro­stak, tym, gdzie miej­sce bab jest a i tym, co mówić komu przy­stoi. A także o dłu­gach i ich eg­ze­kwo­wa­niu. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Gospoda nad Wietrzną

Wietrz­na, wbrew może na­zwie, była rzeką. A tak ją na­zwa­no dla­te­go, że wi­cher nad jej nur­tem le­ni­wym hasał i swa­wo­lił, na­przy­krza­jąc się lu­dziom okrut­nie. Cie­kła łu­ka­mi de­li­kat­ny­mi w oto­cze­niu gę­ste­go drze­wia, te­re­nem pła­skim niby pod­pło­myk, czy inszy pla­cek z nie­licz­ny­mi tylko wznie­sie­nia­mi, któ­rym do wszel­kiej oka­za­ło­ści sporo bra­ko­wa­ło. Sama woda była nie­ru­cha­wa, bez krzty życia spły­wa­ła sze­ro­kim cie­kiem, niby ospa­ła. Sko­rzy ją tedy lu­dzie ujarz­miać i usi­dlać.

Latem fli­sa­cy spła­wia­li wo­da­mi Wietrz­nej zwią­za­ne w wiąz­ki ogrom­ne bale drew­na, cię­te­go w górze biegu do mia­sta Or­den­slau, które na rzece się roz­sia­dło niby baba nad stru­mie­niem szczyn wła­snych, a nawet dalej, ku Szcza­wii. W Or­den­slau bu­do­wa­no rzecz­ne barki, któ­ry­mi do Szcza­wii i z po­wro­tem wo­żo­no wszel­kie dobra, które warte były, by za nie i trans­port ich za­pła­cić.

Nie­ca­ły dzień drogi od Or­den­slau przez sze­ro­kie wody le­ni­wej Wietrz­nej most prze­rzu­co­no. Jako, że wcze­śniej­sze kon­struk­cje zimą wie­lo­krot­nie lód miaż­dżył i tra­to­wał, po­sta­wio­no tam wiel­kie jak dom cały fi­la­ry z ka­mie­nia, nad któ­ry­mi roz­par­to łuki i przę­sła drew­nia­ne. Nie­ma­łym kosz­tem kon­struk­cję wznie­sio­no, a przy brze­gu pół­noc­nym go­spo­da sta­nę­ła ze staj­nią i przy­tuł­kiem spo­rym.

Pięk­ne to było miej­sce, ze­szpe­co­ne je­dy­nie wie­ży­cą na wzgór­ku po­bli­skim, która pio­ru­nem ra­żo­na spło­nę­ła do­szczęt­nie i ni­czym strup pa­skud­ny złe sko­ja­rze­nia bu­dzi­ła. Roz­trop­ni jed­nak lu­dzie i ci, co świa­tlej­si, ocho­czo w po­dob­nych miej­scach prze­by­wa­li wie­dząc, że bu­dow­la okrut­na wszel­kie złe duchy do sie­bie ścią­ga. A te kre­atu­ry, zwie­dzio­ne szka­radz­twem wieży prze­klę­tej, sie­dzą tam niby kwoki na grzę­dach za­do­wo­lo­ne, i ani myślą się po­czci­we­mu czło­wie­ko­wi na­przy­krzać.

Go­spo­da kwi­tła ni­czym kwiat zimy nie­zna­ją­cy, będąc ostat­nim po­sto­jem tak na dro­dze lą­do­wej jak i wod­nej, na dzień przed Or­den­slau. Część tar­gów, chcąc miej­skie opła­ty omi­nąć, do­bi­ja­no tutaj wła­śnie, przy wa­rzo­nym na miej­scu piwie z ro­sną­ce­go przy Wietrz­nej jęcz­mie­nia, ku ucie­sze rol­ni­ków oko­licz­nych i sa­me­go go­spo­da­rza.

Rzecz jasna ksią­żę swe łap­sko w in­te­res wci­snął, niby pod suk­nię nie­wie­ścią, danin i po­dat­ków się do­ma­ga­jąc, oraz czę­ści od zy­sków na­leż­nych mu z tego tylko po­wo­du, że armię miał silną i bitną. Przy­dał się jed­nak mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cy, wspo­mnia­ny most fun­du­jąc, za któ­re­go prze­kra­cza­nie opła­ty uisz­czać sobie za­ży­czył i w tym celu w go­spo­dzie na stałe swo­ich osił­ków po­sta­wił. Ospa­łe to były gnoje jak sama Wietrz­na, zdol­ne tylko żreć i srać, i myto po­bie­rać. To, i ba­czyć, by nikt barką to­wa­rów prze­pra­wiać się nie po­dej­mo­wał opłat uni­ka­jąc, in­te­re­su ksią­żę­ce­go tym samym nie pod­ko­pu­jąc.

Wszyst­ko to pięk­nym było, póki śnie­gi nie spa­dły. A spa­dły, jak to miały w swym co­rocz­nym zwy­cza­ju. Rzeka zmar­z­ła i za­szła lodem w trze­ciej czę­ści, zaspy białe w jedną noc uro­sły wiel­kie i licz­ne jak kre­cie kop­czy­ki. Tym na­głym ata­kiem uwię­zi­ła przy go­spo­dzie barkę spław­ną oraz han­dla­rza, który z niej towar chciał pod­jąć i w dal­szą drogę ru­szyć, a prze­pę­dzi­ła eko­no­ma, co w imie­niu księ­cia wy­so­kość da­ni­ny miał okre­ślić. Jedno i dru­gie ku ucie­sze pro­wa­dzą­ce­go go­spo­dę Wrzesz­cza.

Pora była późna, słon­ko błysz­cza­ło zło­tem, żółte i czer­wo­ne li­ście z tych, które opu­ścić ga­łę­zi przed śnie­giem nie zdą­ży­ły, mie­ni­ły się po­god­nie. Wi­cher znad Wietrz­nej roz­pę­dzał się na gołym polu i walił w mury, te­le­pał za­trza­śnię­ty­mi okien­ni­ca­mi i szar­pał bło­na­mi zwie­rzę­cy­mi w oknach roz­po­star­ty­mi. Niósł wil­goć okrut­ną, zimno wzma­ga­jąc i wy­so­ką nie­wy­go­dę zsy­ła­jąc. Nie dzi­wo­ta tedy, że straż­ni­ki nawet, pół­głów­ki dwa za­tra­co­ne, do go­spo­dy się po­cho­wa­ły.

W cie­ple wnę­trza było przy­jem­nie. Umiesz­czo­ne w cen­trum głów­nej izby ogni­sko strze­la­ło we­so­łym pło­mie­niem, pod­ska­ku­jąc na brzo­zo­wych po­la­nach, a w po­wie­trzu niósł się za­pach tłusz­czu i zupy gro­cho­wej. Dwaj mo­sto­wi straż­ni­cy sie­dzie­li w rogu, po­nu­ro spo­glą­da­jąc przez błonę okien­ną na swój przy­sy­pa­ny pu­chem po­ste­ru­nek, a go­spo­darz, Wrzeszcz, szcze­rzył się i nie krył za­do­wo­le­nia z nie­ocze­ki­wa­ne­go za­rob­ku. Gość przy­jezd­ny bo­wiem za­wi­tał nie­daw­no, jadło za­mó­wił, za staj­nię opła­tę uiścił i nie­chyb­nie za noc­leg rów­nież przyj­dzie mu za­pła­cić. Wrzeszcz tedy żar­to­wał i do­ka­zy­wał.

– A wia­do­mo, skąd ten przy­bysz? – spy­tał Kamil Kle­mens, jeden z mo­sto­wych straż­ni­ków.

– Z pół­no­cy – od­po­wie­dział Wrzeszcz. – Pew­ni­kiem opo­wie cosik wię­cej, niż te smut­ne wasi ko­le­dzy, co tędy ta­bo­rem je­cha­li. Oj, nie­mra­we to było to­wa­rzy­stwo i po­nu­re. Nie­spo­koj­ne tak wiel­ce, iżem wiary zbyt­nio nie dał w wie­ści, ja­ko­by swa­wol­ni­ka Kru­cze­go Cie­nia ubili.

– Zbój, Kru­czym Cie­niem zwany, tfu, nie­chaj sczeź­nie razem z tym pa­dal­cem cała ro­dzi­na jego plu­ga­wa, prze­krę­cił się był na nasze szczę­ście – po­wie­dział Kamil Kle­mens z cał­ko­wi­tą pew­no­ścią, jakby wła­sne za­twar­dze­nie ob­wiesz­czał, po czym przez błonę zwie­rzę­cą spoj­rzał na ze­wnątrz, na budę straż­ni­czą przy mo­ście wi­docz­nym nie­opo­dal. Most drew­nia­ny był wy­krę­co­ny wil­go­cią i przy­sy­pa­ny war­stwą śnie­gu, a drew­nia­ne ba­rier­ki roz­chy­la­ły się na boki, jakby zer­ka­jąc na rzekę po­ni­żej.

– Jako że ty czło­wie­kiem je­steś by­wa­łym i obe­zna­nym, co to kur­su­je mię­dzy łóż­kiem, budą swoją i la­try­ną wy­łącz­nie, z pew­no­ścią wiesz, co mó­wisz, panie Kle­mens, co? – za­kpił Wrzeszcz zza kon­tu­aru, o który opie­rał się łok­cia­mi.

– Takoż po­wie­dział mi Franz! – burk­nął Kle­mens, ude­rza­jąc pię­ścią w stół i pio­ru­nu­jąc Wrzesz­cza wzro­kiem. – Co go Dłu­gim prze­zy­wa­ją, co z wie­leb­nym arcyje­go­mo­ścią prze­jeż­dżał tędy ledwo dwa dni temu, do Or­den­slau się kie­ru­jąc. I cho­ciaż co chył­kiem do mia­sta śmi­ga­li, sta­nę­li byli tu przy rzecz­ce, żeby zwie­rzę­ta na­po­ić. A Franz mi ro­dzi­ną od lat trzech, kiedy z moją Lynet, sio­strą ro­dzo­ną, się zwią­zał był. Nie od dzi­siaj więc go znam i nie ze­łgał­by mi, tego je­stem pe­wien. I tak mi rzekł, że Prawa Ręka zbója ubił.

– Do­brze, toż ja ci kłamu nie za­da­ję! – po­wie­dział Wrzeszcz, śmie­jąc się. – Acz jakoś jed­no­cze­śnie wiary mi zwy­czaj­nie bra­ku­je. Dla­cze­góż­by śmi­ga­li w takim po­śpie­chu, na popas nawet nie sta­jąc, a?

– A mnie in­te­res bie­rze, jak to się zda­rzy­ło? – spy­tał han­dlarz Oleg Win­kler. Prze­stał opie­rać się o ścia­nę, a po­chy­lił nad koń­czą­cą życie świe­cą, ry­zy­ku­jąc spa­le­nie futra, któ­rym ob­szy­to spory koł­nierz jego żu­pa­nu. – Jak do­szło? Wszak Kru­czy Cień nie byle jakim był zbó­jem, a zbroj­nym wpra­wio­nym i z par­tią sporą, w konie licz­ną. A sami tam za­bi­ja­ki i mor­der­cy szu­bra­wi. Jak to więc za­szło?

– Cie­ka­wi­ście samej wo­jacz­ki opisu? Trze­ba wam szcze­gó­ło­wiej wy­sta­wić, kto i kogo jak pa­tro­szył, jak kisz­ki wy­wi­jał? – spy­tał Kle­mens. – Dziw­ny z was czło­wiek, panie Win­kiel.

– Win­kler – po­pra­wił go Oleg Win­kler. – I nie, nie o to mi się roz­cho­dzi. Co wy w ogóle su­ge­ru­je­cie, panie Kle­mens? Idzie mi o to je­dy­nie, czy aby na pewno wszyst­kich zbó­jów Kru­cze­go Cie­nia po­ło­żo­no, czy się może jeden z dru­gim ostał, by nas nękać? Szcze­gól­nie teraz, kiedy już śnieg spadł, za­wzię­ci wszel­kie zbóje będą, bo im głód i ziąb.

– A ja po­wie­dzia­łem, że Kru­czy Cień nie żyje! – burk­nął Kle­mens.

Wrzeszcz ro­ze­śmiał się gło­śno, aż cały kon­tu­ar trząść się za­czął i drżeć.

– Toż prze­cież ci mówią, panie straż­ni­ku, że py­ta­nie tyczy się jego ludzi, nie jego sa­me­go! – ryk­nął, wciąż się śmie­jąc. – Oj panie Kle­mens, nie dzi­wo­ta mnie, że was ze­sła­li mostu pil­no­wać.

– Tak? A to czemu?

– Bo­ście nie­zbyt lot­nym jest czło­wie­kiem. Ale szczę­śli­wie nikt jesz­cze mostu kraść nie za­mie­rzał, a i most sam z sie­bie do uciecz­ki nie­zbyt ru­cha­wy.

– Nie bądź­cie zbyt śmiesz­ni, panie Wrzeszcz – roz­sier­dził się Kle­mens. – Tu cho­dzi o ma­je­stat ksią­żę­cy, który pan ob­ra­żasz, pró­bu­jąc straż­ni­ka przez sa­me­go rząd­cę mia­no­wa­ne­go ob­ra­zić.

– Nie bądź­cie tacy znowu ob­raź­li­wi – od­pa­ro­wał Wrzeszcz. – Bo w tej karcz­mie jam pan i tyle. I kiedy po­wiem, że masz stąd pójść precz, tedy precz pój­dziesz do tej swo­jej budy przy mo­ście, w po­ło­wie już przez śnieg przy­sy­pa­nej.

Kle­mens skrzy­wił się i znów spoj­rzał przez błonę. Śnie­gu wcale nie na­wa­li­ło jesz­cze wiele, ale ogrom­ne płaty pa­da­ły nie­ustan­nie, a ostry wiatr mio­tał nimi za­wzię­cie. Wokół budy, w któ­rej wi­nien sie­dzieć, prze­pra­wy do­glą­da­jąc i opła­ty bio­rąc, ufor­mo­wa­ła się spora zaspa. Na sam jej widok Kle­mens za­trzą­snął się z zimna.

– Głu­pi­ście wszy­scy, jak te pa­cho­lę­ta – po­wie­dział Hans Sil­ber­mund. Sap­nął, wy­pro­sto­wał się i otarł po­bla­dłe czoło, a sie­kier­kę wbił w pie­niek.

– No, ode­zwał się wiel­mo­ża – prych­nął Wrzeszcz. – A drwa na­rą­bał, że gębę otwie­ra, a?

– Grzań­ca mi zrób, miast do­ka­zy­wać – na­ka­zał Sil­ber­mund. Otrze­pał z wió­rów haj­da­we­ry i ko­szu­lę, się­gnął po swój żół­ta­wy, po­pla­mio­ny żupan i za­czął się w niego odzie­wać.

– Grzań­ca! – Wrzeszcz prych­nął. – A jak niby stać was na to, panie wiel­mo­żo, a? Ja mam tu listę pań­skich zo­bo­wią­zań długą tak, że mnie wzro­kiem objąć trud­no, a zli­czyć nie spo­sób.

– Dług mój znam. Do­pisz tam, com za­żą­dał, co też z resz­tą za pracę mi się na­le­ży oprócz za­pła­ty.

– Na­le­ży, to się jeno micha, jak psu – mruk­nął Wrzeszcz. – Nie zbyt­nio­ście się na­ma­cha­li tą sie­kier­ką, drew le­d­wie co­ście do­cię­li.

– Zda się – po­wie­dział Sil­ber­mund, opie­ra­jąc się o wy­pa­czo­ny kon­tu­ar, tuż obok Wrzesz­cza. – A głu­pi­ście jak mówię, co widać po upodo­ba­niu, jakie znaj­du­je­cie w ba­ja­niu po próż­ni­cy. Tym bar­dziej, że prze­cież od stro­ny Wol­nej Twier­dzy konny zje­chał. Toć star­czy za­cze­kać, aż konia opo­rzą­dzi i nie­ba­wem za­szczy­ci wła­sną osobą, jak i opo­wie­ścią.

 – Zna­lazł się, wiel­mo­ża wiel­ki! – prych­nął Wrzeszcz. – Niby ja­śnie uro­dzo­ny, ciem­no­ta na dwie stro­ny, ha! Gdyby taki mądry był, jak prawi, to by nie sie­dział tutaj, dłu­gów od­ra­biać nie mu­siał. O! Co nam szko­dzi po­du­mać, nim się dzie­wusz­ka zjawi, a?

– Dzie­wusz­ka? – zdzi­wił się Oleg Win­kler. – A co z kon­nym po­dróż­nym, o któ­rym pan Sil­ber­mund, wiel­mo­ża zu­bo­ża­ły, na­po­mi­nał?

– Ha! Dzie­wusz­ka, a dzie­wo­ja ci ona! – krzyk­nął Wrzeszcz, kła­dąc na bla­sze grzej­nej gar­nu­szek z winem dla Sil­ber­mun­da. – Co taką zdzi­wio­ną minę ro­bi­cie, panie Win­kiel? Baby na koniu ście nie wi­dzie­li, a?

 – Win­kler – po­pra­wił go Oleg Win­kler. – I ow­szem, wi­dzia­łem. Nie­jed­nom w życiu wi­dział, co nie musi zna­czyć, że mam i wie­rzać. A już na pewno słowa bia­ło­gło­wy nie są w sta­nie prze­ko­nać mnie do ni­cze­go. Stra­ci­łem na opo­wieść ocho­tę! Ma rację pan wiel­mo­ża, cho­ciaż, co widać, nie­zbyt w fi­nan­sach by­stry, to jed­nak na lu­dziach się zna. Głu­pi­ście jak te od płotu szta­che­ty, jeśli macie za­miar wy­słu­chi­wać, co wam dzie­wo­ja na­opo­wia­da!

Wrzeszcz pod­sta­wił grzań­ca przed Sil­ber­mun­dem. Ten oparł się o kon­tu­ar, aż drew­no za­skrzy­pia­ło, przy­gła­dził sobie włosy i po­pra­wił wąs, żeby go nie za­mo­czyć. Potem do­pie­ro napił się i uśmiech­nął, ukon­ten­to­wa­ny nie­zmier­nie.

Wrzeszcz oparł się na po­wrót o blat, tuż obok szlach­ci­ca.

– Kto by po­my­ślał, panie Win­kiel, że z pana taki nagle roz­trop­ny człek się zro­bił. Tylko co to za roz­trop­ność, żeby bab nie słu­chać? Co to one, gor­sze?

– W ich gło­wach jeno siu-bździu, słoma i twa­róg. One winny w go­spo­dzie pil­no­wać, nie za włó­cze­nie po świe­cie się za­bie­rać. Każda po­rząd­na panna o tej porze dnia i roku dźga pod strze­chą na dru­ci­kach, por­t­ki ce­ru­je czy stra­wę rych­tu­je.

– Nie­po­rząd­ne panny, jak to na­zwa­li­ście, panie han­dlarz pe­cho­wy, też czło­wie­ko­wi po­trzeb­ne – za­uwa­żył Sil­ber­mund, uśmie­cha­jąc się zna­czą­co. Wziął ko­lej­ny łyk na­pit­ku, a po­licz­ki na­szły mu czer­wie­nią i roz­bły­sły ra­do­ścią.

– I o tym wła­śnie mówię – po­wie­dział Win­kler. – To i co taka panu powie? W któ­rej wsi hi­gie­na no­wo­żyt­na już i się chłop w ty­go­dniu przed mszą opłu­cze, a w któ­rej knury brud od świę­ta jeno zdra­pu­ją?

Wrzeszcz ryk­nął śmie­chem, waląc w kon­tu­ar tak mocno, że Sil­ber­mund znie­sma­czo­ny od­su­nął się, trzy­ma­jąc grzań­ca przy ustach dla pew­no­ści, żeby kro­pli nie uro­nić. Dwaj straż­ni­cy je­dy­nie przy­glą­da­li się smęt­nie, zer­ka­jąc co chwi­la na most przez zwie­rzę­cą błonę. Nie wy­glą­da­li na we­so­łych, a już na pewno nie Kle­mens, który w trak­cie wy­mia­ny zdań kil­ku­krot­nie pró­bo­wał się wtrą­cić, ale mu nie wy­szło. Na­bur­mu­szył się więc i ki­piał zło­ścią.

– Jest, jak mówię. Wię­cej wam po­wiem, pa­no­wie! – po­wie­dział Oleg Win­kler, uno­sząc w górę palec.

Nagły trzask prze­rwał mu wy­po­wiedź. Drzwi z sieni pro­wa­dzą­cej na po­dwó­rze roz­war­ły się, ude­rzo­ne ra­mie­niem. Do wnę­trza we­szła czar­na po­stać, roz­chla­pu­jąc błoto, które się tam ze­bra­ło. Po­de­szła do naj­bliż­szej ławy i z ra­mie­nia zrzu­ci­ła spory to­bo­łek. Na to wy­lą­do­wał ka­wa­le­ryj­ski młot z na­dzia­kiem, o dłu­gim trzon­ku, koł­czan po­zba­wio­ny strzał i łuk. Do­pie­ro, gdy zdję­ła głę­bo­ki kap­tur, ob­ja­wi­ła się ze­bra­nym jako ko­bie­ta. Mokre włosy ob­le­pia­ły zsi­nia­łą z zimna twarz. Bie­siad­ni­cy ob­ser­wo­wa­li ją, jak zrzu­ca z sie­bie sze­ro­ki pas ob­cią­żo­ny sa­kwa­mi i kil­ko­ma no­ża­mi w po­chwach, roz­dzia­wia­jąc gęby.

– Mó­wi­łem, panie Win­kiel – za­re­cho­tał Wrzeszcz. – Żebyś się pan nie zdzi­wił!

Oleg Win­kler nie po­pra­wił go, wpa­tru­jąc się w nie­co­dzien­ny dość widok.

Ko­bie­ta zrzu­ci­ła z sie­bie gruby, mokry płaszcz, pod któ­rym miała wy­strzę­pio­ną, czar­ną pe­le­ry­nę i bry­gan­ty­nę, za­cho­dzą­cą po­wo­li rdzą. Dłu­gi­mi kro­ka­mi prze­mie­rzy­ła kle­pi­sko, we­szła na część wy­ło­żo­ną drew­nia­ny­mi bel­ka­mi, a miecz o zdo­bio­nej rę­ko­je­ści oraz nóż z dru­giej stro­ny obi­ja­ły jej się o jeź­dziec­kie spodnie. Przy­tu­li­ła się do ka­mien­ne­go pieca. Gerta, która do­kła­da­ła polan do ognia, od­su­nę­ła się trwoż­nie. Nie tra­fi­ła do­rzu­ca­ną żer­dzią, roz­sy­pu­jąc żar i po­piół, któ­re­go było aż nadto.

Para uno­si­ła się z no­wo­przy­by­łej nie go­rzej, niźli z sa­ga­na.

– Azali to praw­da, pa­nien­ko? – spy­tał Oleg, który prze­mógł się jako pierw­szy.

– Co ta­kie­go? – mruk­nę­ła, obej­mu­jąc ka­mien­ny piec.

– Co lu­dzie ga­da­ją – wy­bą­kał Oleg.

– Nie.

– Nie?

– Nie.

Wrzeszcz za­czął chi­cho­tać, czym za­ra­ził Sil­ber­mun­da. Oleg spio­ru­no­wał ich wzro­kiem.

– Ale nie wy­sta­wi­łem spra­wy jesz­cze – po­wie­dział zmie­sza­ny han­dlarz.

– Jak lu­dzie ga­da­ją, co wiem z do­świad­cze­nia, to głów­nie o tym, co im się wy­da­je – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Albo o tym, co by chcie­li żeby było, a nie ma.

– A i naj­czę­ściej o tym, jak to im nie­do­brze, a? – dodał Wrzeszcz, uśmie­cha­jąc się za kon­tu­arem.

Ko­bie­ta od­kle­iła po­li­czek od pieca, by wy­chy­lić się i spoj­rzeć na karcz­ma­rza.

– Jak po­traw­ka, jest już?

– A jakże! Jako że­ście pa­nien­ko przy­ka­za­li, takem uczy­nił. Do­cho­dzi już od dłuż­sze­go czasu – po­wie­dział Wrzeszcz, po czym zwró­cił się do Gerty: – Nie stój tak. Nałóż i podaj go­ścio­wi.

Wszy­scy przy­glą­da­li się pa­ru­ją­cej ko­bie­cie. Gerta usta­wi­ła gli­nia­ną miskę na ławie, obok jej rze­czy. Do­pie­ro wtedy nie­zna­jo­ma od­kle­iła się od pie­cy­ka, usia­dła i za­bra­ła do je­dze­nia. Wy­da­wa­ło się, że wpa­trzo­ne w nią oczy zgro­ma­dzo­nych zu­peł­nie jej nie prze­szka­dza­ją.

Oleg Win­kler od­chrząk­nął i pod­szedł bli­żej.

– Oleg Win­kler na mnie wo­ła­ją – przed­sta­wił się. – Zaj­mu­ję się han­dlem. Pew­nie wi­dzia­ła pani dwa wozy na za­ple­czu. Są moje.

– Al­fi­da Jahn – mruk­nę­ła ko­bie­ta.

Była cał­ko­wi­cie za­ję­ta po­traw­ką, którą szu­flo­wa­ła drew­nia­ną łyżką, za­gry­za­jąc na prze­mian serem i chle­bem. Nie unio­sła oczu na mówcę, ale czego można się było spo­dzie­wać po ko­bie­cie?

 – Com chciał za­py­tać, to skoro pa­nien­ka z pół­no­cy zdąża, pew­ni­kiem przy Wol­nej Twier­dzy droga wio­dła, czyż nie tak? – spy­tał Oleg Win­kler.

– Nie ina­czej – od­par­ła, mla­ska­jąc z peł­ny­mi usta­mi.

– Po­wia­da­ją, że Kru­czy Cień, który swa­wo­lił z od­le­głej straż­ni­cy, tak się roz­zu­chwa­lił, że na Wolną Twier­dzę na­je­chał.

– Tak po­wia­da­ją?

– W rze­czy samej.

– W takim razie, jako rze­kłam wcze­śniej, bzdu­ry to i kłam­stwa, co lu­dzie ga­da­ją. Kru­czy Cień bo­wiem, bę­dzie z dwa księ­ży­ce temu, jak ducha wy­zio­nął ze wszyst­kim, co przy nim stało.

– Ducha wy­zio­nął? – spy­tał Oleg, jakby zlęk­nio­ny.

– Ducha wy­zio­nął? – spy­tał straż­nik Kle­mens, pro­stu­jąc się ze swej pół­le­żą­cej po­zy­cji.

– Ducha wy­zio­nął – po­twier­dzi­ła Al­fi­da.

– Jakże to? Skąd pa­nien­ka wie?

Mruk­nę­ła, po­łknę­ła i za­ma­cha­ła w po­wie­trzu łyżką, jakby miało to co­kol­wiek wy­ja­śniać.

– Bo tam byłam, oczy­wi­ście – po­wie­dzia­ła z peł­ny­mi usta­mi. Żuła przez chwi­lę, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu karcz­my.

 – Ha! – wy­krzyk­nął sie­dzą­cy z tyłu Kle­mens. – A więc jed­nak! Jak Prawa Ręka Gah­bert de Ne­ve­au po­wie­dział, takoż uczy­nił. Cho­ciaż nie spie­szy­ło mu się z ro­bo­tą zbyt­nio. I on teraz, pani Al­fi­do, na straż­ni­cy stoi?

– Prawa Ręka to teraz przed straż­ni­cą leży, a tuszą jego po­ży­wia się wszel­kie peł­za­ją­ce pa­skudz­two tam­tych lasów – po­wie­dzia­ła Al­fi­da, uśmie­cha­jąc się. – Ale druga par­tia po­szła, którą po­pro­wa­dził sta­ro­sta opol­nik spod Wol­nej Twier­dzy.

– Opo… zna­czy ten, tfu! Sta­ro­sta Ro­mo­ate­aux? – zdzi­wio­ny Hans Sil­ber­mund pra­wie za­chły­snął się grzań­cem. – W to uwie­rzyć, pro­szę o wy­ba­cze­nie, nie spo­sób. A Vigo Mund­sen na to po­zwo­lił?

– Sam sta­ro­sta to się fak­tycz­nie do bitki nie gar­nął za­nad­to. Ale wraz z ludź­mi pana dru­żyn­ni­ka straż­ni­cę zdo­by­li­śmy, całą ob­sa­dę wpró­d za­sie­kł­szy. Tedy wasze zmar­twie­nia panem Kru­czym Cie­niem są bez­pod­staw­ne – wy­ja­śni­ła Al­fi­da, po czym wpa­ko­wa­ła sobie do ust ko­lej­ną por­cję po­traw­ki.

– No a Wolna Twier­dza? – zdzi­wił się Kamil Kle­mens. – Kiedy to Kru­czy Cień Wolną Twier­dzę na­je­chał? Czy może mi po­wiesz, pa­nien­ko, że to rów­nież bujda?

– Bujda – od­par­ła, wy­plu­wa­jąc kilka okrusz­ków chle­ba. – Bo Wolną Twier­dzę, to na­szedł po ciem­ku wie­leb­ny Armen.

Oleg Win­kler usiadł na­prze­ciw­ko Al­fi­dy, roz­wie­ra­jąc ze zdzi­wie­nia usta. Ręce opa­dły mu bez­wład­nie na ławę. Hans Sil­ber­mund za­tch­nął się za­cią­ga­nym grzań­cem, po czym roz­kasz­lał.

– Nie może to być! – krzyk­nął Kamil Kle­mens. – Szwa­gier mój, Franz zwany Dłu­gim po­wie­dział, że straż­ni­cę lu­dzie Kru­cze­go Cie­nia na­je­cha­li. Że on sam, wraz z ludź­mi dru­żyn­ni­ka, po­cię­li ban­dy­tów, jak zboże! Tak po­wie­dział.

– I wi­dzisz pan? Jest tak, jak po­wie­dzia­łam na wstę­pie. Lu­dzie wy­star­czy, że ja­dacz­kę otwo­rzą, a już z niej wy­pa­da­ją słowa po­plą­ta­ne i fał­szy­we.

– O nie! Jakem Kamil Kle­mens, nie mogę tego słu­chać. Jeśli jak mąż się pani ubie­ra i mę­skim za­ję­ciom od­da­je, tedy ła­twiej mi po­wie­dzieć, że pani łże i szka­lu­je! Zwo­dzi pani tak, jak wcze­śniej nam obec­ny tu Oleg su­ge­ro­wał! I nie mam za­mia­ru tych ka­lum­ni wy­słu­chi­wać.

– Tedy uszy połóż – mruk­nę­ła Al­fi­da, uśmie­cha­jąc się zło­wiesz­czo – bo praw­da tak wy­glą­da, że sam wie­leb­ny Armen do Twier­dzy wtar­gnął, w pełną pły­to­wą zbro­ję się odziaw­szy i za­dźgał dru­żyn­ni­ka, gdy ten w noc­nej ko­szu­li i por­t­kach jeno ster­czał, jak ten chwost psi z trawy.

– Nie może to być! – wrza­snął Kle­mens.

– To nie może być praw­dą – wy­szep­tał Oleg.

– Młoda panna, to się le­piej za­sta­no­wi, co mówi i przy kim – po­wie­dział Hans Sil­ber­mund. – Po pierw­sze nie­ład­nie tak za­rzu­cać wie­leb­ne­mu prze­moc, jesz­cze brzy­dziej wdar­cie się gwał­tem na Wolną Twier­dzę. A grze­chem cięż­kim i czy­nem plu­ga­wym twier­dzić, że wie­leb­ny kogoś zabił. Al­bo­wiem księ­ża są nie od mie­cza, a od krzy­ża. Nie od mordu, a od zba­wie­nia dusz. Tedy się pani le­piej za­sta­no­wi i prze­my­śli, czy warto he­re­zje w świat roz­sy­łać, czy może…

 – O! To wła­śnie! – wrza­snął Kle­mens. Wstał ze swo­jej ławy i po­stą­pił kilka kro­ków do przo­du.

– Pan się tak nie roz­sier­dzaj – jęk­nął Sil­ber­mund, ale Kle­mens go zi­gno­ro­wał.

– Pani, trzy­maj gębę za­war­tą! Bo za­sta­na­wiam się, czy­żeś ko­bie­tą, czy de­mo­nem pod­stęp­nym, per­fid­nie pró­bu­ją­cym mą cier­pli­wość nad­wą­tlić! Teraz, wobec wszyst­kich, cze­kam na słowa prze­pro­sin, które za­dość­uczy­nią wy­su­nię­tą wobec mojej ro­dzi­ny znie­wa­gę, a także uni­ża­nie sa­me­mu ar­cy­wie­leb­ne­mu! Każdy z ze­bra­nych, myślę, zgo­dzi się, iż pani słowa fał­szem pod­szy­te, nie­go­dzi­we i nie­god­ne.

– Myślę? – prych­nę­ła Al­fi­da. – Do­brze, że nie za my­śle­nie ci się płaci, panie straż­ni­ku Kle­mens, tylko za ścią­ga­nie opłat mo­sto­wych. Bo za twoje my­śle­nie pła­cić, to tak, jakby świni za deszcz dzię­ko­wać.

– Za utrzy­ma­nie po­rząd­ku też pan bie­rzesz za­pła­tę bez­pod­staw­nie, śmiem za­uwa­żyć – śmiał za­uwa­żyć Hans Sil­ber­mund.

– Pa­no­wie, czy ja mo­gła­bym zjeść, zanim roz­wie­ję wasze wąt­pli­wo­ści, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia, któ­rych za­da­wać nie chce­cie, bojąc się od­po­wie­dzi? – spy­ta­ła Al­fi­da Jahn, mlasz­cząc.

– Co? – żach­nął się Kle­mens. Z na­głej wście­kło­ści omal się wła­sną śliną nie za­dła­wił.

– Stań­cie w końcu, jak mówię, panie straż­ni­ku – wtrą­cił Hans Sil­ber­mund. – I na­staw­cie uszu, kiedy mą­drzej­szy mówi. A rzek­nę wam, że to ko­bie­ta, co samo przez się zna­czy, ho­no­ro­wi ona wa­sze­mu urą­gać nie może. Toż baby ga­da­ją, za­wsze będą gadać i o wszyst­kim. Tylko głu­piec by słu­chał. A już idio­tą trze­ba być skoń­czo­nym, jak wy, straż­ni­ku, żeby na bab słowa re­ago­wać nad wyraz.

– Co­ście ga­da­ją? Mnie? Idio­tą? Mi się zdaje, że­ście już za­po­mnie­li, mości panie już nie wiel­moż­ny, że­ście po­stra­da­li ma­jąt­ki i w dłu­gach tu sie­dzi­cie! Kto tu teraz idio­ta, ha?

– Ja w dłu­gach wiecz­nie sie­dział nie będę, jużem po­ło­wę od­ro­bił. A szlach­ci­co­wi ma­ją­tek od­ro­bić nie pro­blem, jeśli tylko umysł lotny.

– Aku­rat, po­ło­wę spła­cił! – burk­nął Wrzeszcz. – Cie­ka­wym, kiedy, a?

– Głup­ca ze mnie nie rób­cie, hul­ta­ju tam za szyn­kiem! – po­wie­dział Sil­ber­mund, uno­sząc groź­nie palec.

– Głup­ca ja nie robię, bo i po co miał­bym, skoro tak świet­nie sobie mości pan sam samoj radzi! – za­kpił Wrzeszcz, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – I w po­ło­wie długu tylko i by­ście wy i może byli, gdyby nie za­licz­ki wiecz­ne, które ode mnie bie­rze­cie!

– Za­licz­ki? – zdzi­wił się Sil­ber­mund. – Jakie znowu za­licz­ki?

– To wino, na przy­kład, które w dłoni dzier­ży­cie, to niby co? Nie aby w po­życz­kę?

 – To? – spy­tał Hans, po­trzą­snął na­czy­niem i upił łyk. – To nie ten sam dług! Pan po­ję­cia my­lisz. Jeden dług spła­cam, co mnie praw­nie na­ka­za­no, a drugi mi pan udzie­lasz. Toż prze­cie oczy­wi­ste, że dwóm oso­bom ja dłuż­ny je­stem dwoma dłu­ga­mi, nie jed­nym, tak?

– Prze­ca ja pań­ski dług wy­ku­pił, dla­te­góż dla mnie bę­dziesz drwa rąbał i usłu­gi­wał.

– Nie usłu­gi­wał, tylko od­pra­co­wy­wał, kmio­cie jeden. I dla­te­go tylko, że mam honor i moje słowo nie łajno. A to, żeś mój dług pan wy­ku­pił, to pań­ska spra­wa. Teraz masz pan dwa!

– Oba pań­skie!

– Jeden dru­gie­mu po­dob­ny, lecz dwa różne, jako pół­dup­ki. Niby po­dob­ne, a każdy z osob­na inszy.

– Ha! – krzyk­nął Oleg Win­kler, po czym za­śmiał się ru­basz­nie, bijąc rę­ko­ma o uda. – Ta­ke­ście to przed­sta­wi­li, żem pra­wie wiary dał, choć sam han­dlem się param i ku­piec­twem zaj­mu­ję! Jakem pan Oleg Win­kler, bli­żej po­ezji szwin­dlu jesz­czem nie ob­co­wał.

Sil­ber­mund chrząk­nął i skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

– Bli­żej, to do chama, niż do pana, Olegu Win­kiel! A ku­piec­two za­ję­ciem jest nie­god­nym. Już bli­żej mi drwa rąbać. Nieco tę­ży­zny nabyć, mu­sku­la­tu­rę od­ku­rzyć i dobru ogółu się przy­słu­żyć w ge­ście do­brej i wiel­ko­dusz­nej woli.

– Win­kler – burk­nął Oleg, nie­za­do­wo­lo­ny z ob­ro­tu roz­mo­wy. – Śmiem za­uwa­żyć, że mości pan zu­bo­ża­ły prze­wa­gą brzuch swój tre­nu­je, nie­ustan­nie winem go wy­peł­nia­jąc do gra­nic jego po­jem­no­ści.

– Ot, i o tym wła­śnie mó­wi­łem! Gmin­ne próby ob­ra­zy są ża­ło­sne i nie­wia­ry­god­nie w swych za­ło­że­niach błęd­ne. Ale nie­chaj bę­dzie, zniżę się, co muszę z resz­tą ostat­nio robić nad wyraz czę­sto. Zmierz­my się, panie Win­kler!

– Zmierz­my? – zdzi­wił się Oleg Win­kler.

– Pijmy! – wy­krzyk­nął Hans Sil­ber­mund. – A kto z nas przez dru­gie­go prze­pi­tym zo­sta­nie, ten za trun­ki płaci. Nadto, jeśli wy­gra­cie, nie będę pod­wa­żał wa­sze­go ni po­cho­dze­nia, ni han­dlem pa­ra­nia wy­ty­kał. Przez jeden dzień!

Nagły rumor z tyłu od­wró­cił ich uwagę.

– Krew! – ktoś krzyk­nął.

– Oj – jęk­nął straż­nik Kamil. – O matko!

 

***

 

 – Stań­cie w końcu, jak mówię, panie straż­ni­ku – po­wie­dział swym tu­bal­nym gło­sem Hans Sil­ber­mund. – I na­staw­cie uszu, kiedy mą­drzej­szy mówi. A rzek­nę wam, że to ko­bie­ta, co samo przez się zna­czy, że ho­no­ro­wi ona wa­sze­mu urą­gać nie może. Toż baby ga­da­ją, za­wsze będą gadać i o wszyst­kim. Tylko głu­piec y słu­chał. A już idio­tą trze­ba być skoń­czo­nym, jak wy, straż­ni­ku, żeby na bab słowa re­ago­wać nad wyraz.

– Co­ście ga­da­ją? Mnie? Idio­tą? Mi się zdaje, że­ście już za­po­mnie­li, mości panie już nie wiel­moż­ny, że­ście po­stra­da­li ma­jąt­ki i w dłu­gach tu sie­dzi­cie! Kto tu teraz idio­ta, ha?

– Kim­kol­wiek jest ów gru­bas prze­mą­drza­ły, do­brze po­wie­dział – stwier­dzi­ła Al­fi­da, do­kań­cza­jąc po­traw­kę. Za­czę­ła wy­cie­rać drew­nia­ną miskę reszt­ką chle­ba. – Gębę za­wrzyj, kiedy mą­drzej­si prze­mó­wić ra­czy­li. A ja wiem, co mówię, bo tam byłam. Byłam w kom­na­cie dru­żyn­ni­ka Vigo Mund­ste­na, kiedy wie­leb­ny Armen doń za­pu­kał. A by­naj­mniej nie ręką to zro­bił nagą, a pię­ścią pan­cer­ną i głow­nią mie­cza.

– Nie! Gra­nic nie znasz, ko­bie­to i za to za­pła­cisz. Skar­cę cię, oba­czysz! – wark­nął Kamil Kle­mens. To mó­wiąc, wyjął zza pasa to­po­rek. Ujął go przy obu­chu, sty­li­sko wy­su­wa­jąc przed sie­bie jak pałkę.

– No! – mruk­nę­ła Al­fi­da z uda­wa­nym po­dzi­wem, wkła­da­jąc sobie chleb w usta. Wy­szarp­nę­ła młot o dłu­gim trzon­ku spod góry że­la­stwa, którą usy­pa­ła na stole. – Pan je­steś straż­nik, mó­wisz o ho­no­rze, a na ko­bie­tę kij pod­no­sisz?

– Jak na każ­de­go plu­ga­we­go szczu­ra, który się w cha­łu­pie za­lągł! Bo jeśli trze­ba ro­zu­mu wlać do łba, to kijem wła­śnie naj­le­piej!

– Dość słów, któ­re­mi je­steś wy­peł­nio­ny, ni­czym wia­dro po­my­ja­mi – po­wie­dzia­ła Al­fi­da.

Wsta­ła od stołu, uno­sząc swój ka­wa­le­ryj­ski młot, z obu­chem tępym z jed­nej stro­ny i na­dzia­kiem z dru­giej. Za­wi­nę­ła nim spraw­nie, tak jak gó­ra­le wy­wi­ja­ją swo­imi wiel­gach­ny­mi to­po­ra­mi. Po­tęż­nie, za­ma­szy­ście i bez sensu.

W tym samym mo­men­cie stało się wiele rze­czy. Gerta, która skoń­czy­ła już do ognia do­kła­dać i dło­nie ob­my­wa­ła, pi­snę­ła. Kot wsko­czył na kon­tu­ar, z któ­re­go dał nura na za­ple­cze. Kamil po­stą­pił krok w kie­run­ku Al­fi­dy, a ona przy­go­to­wa­ła broń do za­sta­wy. A drugi straż­nik, Sto­for­son, na któ­re­go nikt uwagi nie zwra­cał, przy­padł do ko­bie­ty od tyłu i objął ją, blo­ku­jąc obie ręce.

Al­fi­da szarp­nę­ła się, ale bez­sku­tecz­nie. Kamil do­sko­czył, prze­rzu­cił to­po­rek do lewej dłoni, a prawą zdzie­lił ją w twarz, na za­wsze po­zba­wia­jąc ją pięk­nej krzy­wi­zny lekko za­dar­te­go nosa. Krew buch­nę­ła z obu dziu­rek, nogi się pod nią za­ła­ma­ły, ręce opa­dły. Szarp­nę­ła się raz jesz­cze, a trzy­ma­ją­cy ją So­for­son za­to­czył się do przo­du. Sple­ce­ni stra­ci­li rów­no­wa­gę. Sto­for­son upadł na Al­fi­dę, Al­fi­da na swój młot, wbi­ja­jąc sobie na­dziak mię­dzy żebra. Razem padli na deski pod­ło­gi z ję­kiem.

 Sto­for­son uniósł się, przy­trzy­mu­jąc ko­bie­tę na ziemi, a Kamil kop­nął ją w bok. Zgię­ła się w spa­zmie bólu.

– Krew! – krzyk­nął Sto­for­son.

Kamil od­dy­chał głę­bo­ko, na­bu­zo­wa­ny przy­pły­wem ad­re­na­li­ny. Zaraz jed­nak za­mru­gał, zo­ba­czył juhę na na­dzia­ku i dużo wię­cej w roz­cię­ciu bry­gan­ty­ny.

– Oj – jęk­nął. – O matko!

– No i masz! – wark­nął Sto­for­son, wsta­jąc. – Tak to jest z ba­ba­mi!

– Co wy­ście tam na­ro­bi­li? – krzyk­nął Wrzeszcz. – Na łby po­upa­da­li? Co wy, chło­py? Ro­zu­mu nie macie? Albo umia­ru?

– Cy­ru­li­ka! Bal­wierz jaki w po­bli­żu? – spy­tał Kamil drżą­cym gło­sem, co­fa­jąc się.

– Skąd ja ci tu bal­wie­rza wy­naj­dę, a? Spod śnie­gu może? – spy­tał Wrzeszcz, ob­cho­dząc kon­tu­ar. Pod­szedł bli­żej, by przyj­rzeć się Al­fi­dzie, zwi­nię­tej w kłę­bek i od­dy­cha­ją­cej z tru­dem. Potem prze­niósł wzrok na straż­ni­ka Ka­mi­la. – Pod moim da­chem są mor­der­cy!

– Hola! To nie tak! Samoś panie wi­dzie­li! – krzyk­nął Kamil, prze­stra­szo­ny.

– Com wi­dzie­li, a? – za­pe­rzył się Wrzeszcz. – Ja­ko­ście jedną babę we dwóch brali tak, żeby ją na kolec nabić?

– Może wy­ży­je? – spy­tał Kamil, nagle po­bla­dły.

– To­ście sobie na­ro­bi­li, pa­no­wie straż­ni­cy – dodał od sie­bie Hans Sil­ber­mund. – Ho­ło­ta i swo­łycz.

Ob­ma­cał się po brzu­szy­sku i stwier­dził brak pasa, który wraz z mie­czem o wiel­kiej gar­dzie wi­siał na kołku.

Kamil żach­nął się, za­ma­chał rę­ko­ma, ale opa­dły mu one bez­sil­nie.

– Za­bi­li­śmy ją? – spy­tał trwoż­nie.

– Jacy my? – burk­nął Sto­for­son. Zro­bił kilka kro­ków wstecz i otarł ręce, jakby czy­ścił je o brzuch z tłusz­czu. Albo z prze­stęp­stwa.

 – Tyś ją zła­pał i znie­wo­lił! – krzyk­nął Kamil. Bli­ski był przy tym pła­czu.

– Kat – po­wie­dział Sil­ber­mund po­nu­ro.

– Kat? Wy­pra­szam sobie! To… To się stało przez przy­pa­dek zu­peł­nie – jęk­nął Kamil. – Sa­mi­ście sły­sze­li, co ga­da­ła bia­ło­gło­wa, sa­mi­ście świad­ka­mi, że dia­beł z jej ust prze­ma­wiał!

– Baby nam trza – stwier­dził Wrzeszcz, kom­plet­nie igno­ru­jąc straż­ni­ka. – Sta­rej baby. Ona po­mo­że.

– Kat. Rymko Prod – znów za­pro­po­no­wał Sil­ber­mund.

– Kto? Tylko nie on, niech nas zmar­li bro­nią! – jęk­nął Sto­for­son. – Prze­cież to, no wie­cie… Kat.

– Dla­te­góż i do­sko­na­le się na­da­je – po­wie­dział Sil­ber­mund, po czym prze­chy­lił swój gar­niec z grzań­cem. Na­czy­nie oka­za­ło się puste. – On rów­nie spra­wie tnie, co szyć po­tra­fi.

– A ja wam mówię, że stara baba. Ot i tyle. Jak się da coś zro­bić, to ona do­ko­na.

– To pchnij­cie, panie obe­rży­sto, pa­choł­ka – za­su­ge­ro­wał Kamil Kle­mens.

– A co ja z tego będę miał? – spy­tał Wrzeszcz. – Płać­cie naj­pier­wej, bo czas mo­je­go pa­cho­la­ka cenny.

– Co? – zdzi­wił się Kle­mens. – Cie­kaw je­stem, czym takim się zaj­mu­je, oprócz ho­dow­li smar­ków i wszy wsze­la­kiej, ten wasz ku­dła­ty obi­bok?

– Spi­chle trza oba­czyć, zli­czyć psze­ni­cę, jęcz­mień i groch. Sło­ni­ną i sa­dłem się zająć. Pracy grom, a zima, jak pew­ni­kiem sam pan za­uwa­ży­łeś, na­szła nas szyb­ciej, niź­lim się spo­dzie­wa­li.

– I to waż­niej­sze od życia tej nie­wia­sty?

– Sam sobie idź­cie, panie Ka­mi­lu. Ja­ke­ście tacy ry­chli byli babę kłuć że­la­zem, to i do­ska­kać po pomoc dacie radę – po­wie­dział Wrzeszcz, uśmie­cha­jąc się po­nu­ro.

– Albo i do­ska­ka jak naj­da­lej i już się w oko­li­cy nie po­ja­wi – mruk­nął Sil­ber­mund. – Znam ja ta­kich opor­tu­ni­stów, z ho­no­ru wy­zu­tych jak z wody szma­ta. Pry­śnie i już hu­la­ki nie bę­dzie.

– To nie praw­da! – żach­nął się Kamil Kle­mens.

– Aku­rat. Swa­wol­nik i awan­tur­nik, czemu do­wo­dów szu­kać nie muszę, bo tu oto jeden leży, po­ję­ku­jąc – dodał Sil­ber­mund.

– Straż­ni­ku, Kle­mens! Wy broń na kle­pi­sko złóż­cie. A ko­leż­ka, Sto­for­son, to nie­chaj go ujmie co żywo, a? – za­wo­łał Wrzeszcz. – Bo jak się pa­nien­ka prze­krę­ci to jeno wyrok!

Kamil Kle­mens upu­ścił to­po­rek, roz­glą­da­jąc się trwoż­nie.

– No co wy? Jam straż­nik! Jam czło­wiek rząd­cy!

Ro­zej­rzał się wo­ko­ło i zbyt­nio go nie po­cie­szy­ło to, co zo­ba­czył. Han­dlarz Oleg Win­kler wci­snął się w róg izby, sta­pia­jąc się z cie­niem. Wrzeszcz trzy­mał za ple­ca­mi to­po­rek i otwie­rał już drzwi na sień i za­ple­cze, gdzie nie­chyb­nie jego pa­cho­łek wciąż zaj­mo­wał się końmi. Kle­mens do­brze wie­dział, że w przed­sion­ku prze­sia­dy­wał też woźny, nie­gdyś za­pie­kły rę­baj­ło. Spoj­rzał na ko­le­gę, Sto­for­so­na. A ten ujął miecz, cho­ciaż nie wyjął go jesz­cze z po­chwy.

– Zaraz! To nie ja ją na­dzia­łem! – wrza­snął, wska­zu­jąc ko­le­gę pal­cem. – To on! To Sto­for­son oba­lił ją na na­dziak!

Al­fi­da leżąc na kle­pi­sku za­ka­sła­ła z bólem.

Sto­for­son wi­dząc, co się świę­ci, wy­szarp­nął miecz.

– Nie uchy­laj się od od­po­wie­dzial­no­ści! Wszy­scy wi­dzie­li, cóżeś uczy­nił!

Koniec

Komentarze

Wietrzna rzeką była, wbrew nazwie. A ją tak nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił naprzykrzając się ludziom okrutnie.

Te dwa zdania są zawiłe, dziwne i powodują, że nie chce się brnąć dalej.

 

 

Jeśli rzeka jest rozlana, płytka i ospała, to ani flisacy, ani barki. 

 

 

 

https://sjp.pl/sukmana

https://sjp.pwn.pl/slowniki/dokazywa%C4%87.html

 

Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali.

 

Co smutne?

 

I tak mi rzekł, że Prawa Ręka zbója ubili.

Kogo/czego prawą rękę.

 

https://sjp.pwn.pl/sjp/interes;2466578.html 

Nie znam fraz z braniem interesu, to znaczy tych obyczajnych nie znam;) Takoż i SJP nie zna, czyli widać nie ma ich.

 

Biesiadnicy obserwowali ją, jak zrzuca z siebie szeroki pas obciążony sakwami i kilkoma nożami w pochwach, rozdziawiając gęby.

Zrzucał pas rozdziawając gęby, bo miał ich kilka? ;)

 

Nieco mnie stylizacja męczy, ale wrócę.

 

 

 

 

delulu managment

Witaj. :)

 

Już samą Przedmową „nastraszasz”, pisząc: „O tym kto pan, a kto prostak, tym, gdzie miejsce bab jest a i tym, co mówić komu przystoi”.

Czyżby miejsce „chłopów” miało być inne? A skąd niby taki podział? :) Wracamy do dawnych czasów? :)

 

Sprawy językowe i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

A ją tak nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił (przecinek?) naprzykrzając się ludziom okrutnie.

Ciekła łukami delikatnymi w otoczeniu gęstego drzewia, terenem płaskim niby podpłomyk, czy inszy placek z nielicznymi tylko wzniesieniami, którym do wszelkiej okazałości daleko było. Sama woda była nieruchawa, bez krzty życia spływała szerokim ciekiem, niby ospała. Skorzy ją tedy byli ludzie ujarzmiać i usidlać. – powtórzenia?

Jako, że drewniane konstrukcje zimą wielokrotnie lód miażdżył i tratował, postawiono tam wielkie jak dom cały filary z kamienia, nad którymi rozparto łuki i przęsła drewniane. – powtórzenie?

Nie małym kosztem konstrukcję wzniesiono, a przy brzegu północnym gospoda stanęła ze stajnią i przytułkiem sporym. – ortograficzny?

Piękne to było miejsce, zeszpecone jedynie wieżycą na wzgórku pobliskim, która (przecinek?) piorunem rażona (i tu?) spłonęła doszczętnie i (i tu?) niczym strup paskudny (i tu?) złe skojarzenia budziła.

Roztropni jednak ludzie i ci (i tu?) co światlejsi (i tu?) ochoczo w podobnych miejscach przebywali wiedząc, że budowla okrutna wszelkie złe duchy do siebie ściąga.

A te kreatury, zwiedzione szkaradztwem wieży przeklętej (i tu?) siedzą tam niby kwoki na grzędach zadowolone, i ani myślą się poczciwemu człowiekowi naprzykrzać.

Gospoda kwitła niczym kwiat zimy nie znający, będąc ostatnim postojem tak na drodze lądowej jak i wodnej, na dzień przed Ordenslau. – ortograficzny?

Część targów, chcąc miejskie opłaty ominąć, dobijano tutaj właśnie, przy ważonym na miejscu piwie z rosnącego przy Wietrznej jęczmienia, ku uciesze rolników okolicznych i samego gospodarza. – ortograficzny rażący?

Tym nagłym atakiem uwięziła przy gospodzie barkę spławną oraz handlarza, który z niej towar miał podjąć i w dalszą drogę ruszyć, a przepędziła ekonoma, co w imieniu księcia wysokość daniny miał określić. – powtórzenie?

Nie dziwota tedy, że strażniki nawet, półgłówki dwa zatracone, do gospody się pochowały. W murach gospody było przyjemnie. – i tu?

– A wiadomo (przecinek?) skąd ten przybysz? – spytał Kamil Klemens, jeden z mostowych strażników.

Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali. – składniowy?

– Zbój (przecinek?) Kruczym Cieniem zwany, tfu, niechaj sczeźnie razem z tym padalcem cała rodzina jego plugawa, przekręcił się był na nasze szczęście – powiedział Kamil Klemens z całkowitą pewnością, jakby własne zatwardzenie obwieszczał, po czym przez błonę zwierzęcą spojrzał na zewnątrz, na budę strażniczą przy moście widocznym nieopodal.

– Jako że ty człowiekiem jesteś bywałym i obeznanym, co to kursuje między łóżkiem, budą swoją i latryną wyłącznie, z pewnością wiesz (przecinek?) co mówisz, panie Klemens, co?

– Takoż powiedział mi Franz! – burknął Klemens (przecinek?) uderzając pięścią w stół i piorunując Wrzeszcza wzrokiem.

– Co go Długim przezywają, co z wielebnym arcy jegomością przejeżdżał tędy ledwo dwa dni temu, do Ordenslau się kierując. – ortograficzny?

– Nie bądźcie zbyt śmieszni, panie Wrzeszcz – rozsierdził Klemens. – brak „się”?

 

 

Hmmm… Mam problem z nazwiskiem, które wprowadzasz: 23 razy pada, że tytułową gospodę prowadzi „Wrzeszcz”, np.:

„Jedno i drugie ku uciesze prowadzącego gospodę Wrzeszcza”.

A potem nagle, podczas wymiany zdań, pojawia się, nie wiadomo skąd, jakiś „Wrzask”, też prowadzący gospodę; występuje w tekście10 razy i zastępuje poprzedniego „Wrzeszcza”:

„– No, odezwał się wielmoża – prychnął Wrzask. – A drwa narąbał, że gębę otwiera, a?

– Grzańca mi zrób, miast dokazywać – nakazał Silbermund”.

 

To niepotrzebnie tworzy w sumie 33 błędy rzeczowe. Bo Czytelnik nie wie, jak się ten gospodarz nazywał…

 

Inne nowe pojęcie: „Wolna Twierdza” też nie jest zapisywane jednolicie, np.: „Tym bardziej, że przecież od strony Wolniej Twierdzy konny zjechał”.

I kolejne błędy rzeczowe.

 

Wprowadzając nowe nazwy własne trzeba dbać o ich staranny zapis, bo Czytelnicy nie wiedzą, jak zamierzałeś je zapisać, skoro piszesz w sposób różnoraki.

Gdyby taki mądry był, jak prawi, to by nie siedział tutaj (przecinek?) długów odrabiać nie musiał.

A co z konnym podróżnym, o którym pan Silbermund, wielmoża zubożały (i tu?) napominał?

Co to one (przecinek?) gorsze?

– Nieporządne panny, jak to nazwaliście panie handlarz pechowy, też człowiekowi potrzebne – zauważył Silbermund, uśmiechając się znacząco. – przecinek przy Wołaczu?

Nie trafiła dorzucaną żerdzią (przecinek?) rozsypując żar i popiół, którego było aż nadto.

Albo o tym, co by chcieli (i tu?) żeby było, a nie ma.

Kobieta odkleiła policzek od pieca (i tu?) by wychylić się i spojrzeć na karczmarza.

Kruczy Cień bowiem, będzie z dwa księżyce temu, jak ducha wyzionął ze wszystkim, to przy nim stało. – czy tu nie miało być: „co”?

– Prawa Ręka to teraz przed strażnicą leży, a tuszą jego pożywia się wszelkie pełzające paskudztwo tamtych lasów. – powiedziała Alfida, uśmiechając się. – błędny zapis dialogu?

Ale wraz z ludźmi pana drużynnika strażnicę zdobyliśmy, całą obsadę zasiekłwszy w przódy. – kolejny ortograficzny?

Czy może mi powiesz panienko, że to również bujda? – przecinek przy Wołaczu?

– Pani trzymaj gębę zawartą! – i tu?

– Panowie, czy ja mogłabym zjeść, zanim rozwieję wasze wątpliwości (przecinek?) odpowiadając na pytania, których zadawać nie chcecie (i tu?) bojąc się odpowiedzi? – spytała Alfida Jahn, mlaszcząc.

– Ciekawym (przecinek?) kiedy, a?

 

Ok, reszty usterek już nie wypisuję, skupiając się jedynie na fabule, lecz całość trzeba jeszcze bardzo starannie przejrzeć i poprawić.

 

Ładna stylizacja języka dodaje klimatu. :)

Dużo brutalności, za to bardzo mało fantastyki.

Całość wydaje się być fragmentem większej całości, jakby brakowało zakończenia. :) Czy to na pewno jest całe opowiadanie? 

 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Dzień dobry i witam! Dziękuję za wizytę. 

 

Ambush

Tak, zagmatwane te dwa zdania, podobnie zresztą, jak cała dalsza część :-)

Co do flisaków, to się nie zgodzę. Lepiej na leniwej, niż zbyt wartkiej… Głębokość też znaczenia tu nie ma, byle by zbytnich płycizn nie było. Ale… Tam słowa o głębokości Wietrznej nie znalazłem ;-)

“Smutne koledzy” No gadał tak, żeby czytelnikom uszy więdły :-)

Biesiadnicy obserwowali ją rozdziawiając gęby. Skomplikowałem, co?

Nieco mnie stylizacja męczy, ale wrócę.

Jeśli męczy, to nie zachęcam. Oni do samego końca toczą rozmowy w ten sposób. A ma być miło, nie męcząco. 

bruce

Już samą Przedmową „nastraszasz”

No cóż, bohaterowie o tym rozmawiają. Więc pewnie i twierdzą, że jakieś konkretne miejsce “bab” jest. 

Wracamy do dawnych czasów?

Te czasy nie minęły, ale przynajmniej w naszym kręgu kulturowym sprawa równouprawnienia ma się całkiem dobrze, jak mniemam.

I kolejne błędy rzeczowe.

Oj, to litrówka :(

przecinek przy Wołaczu?

Nie rozumiem…

Ładna stylizacja języka dodaje klimatu. :)

A dziękuję! Starałem się. Nie wszystkim to leży…

Całość wydaje się być fragmentem większej całości, jakby brakowało zakończenia. :) Czy to na pewno jest całe opowiadanie? 

Uznałem, że w tym zakresie twór jest względnie kompletny. Nie jestem dobry w opowiadania, niestety. Ani w pisanie generalnie:-) Wrzeszcza i Wrzaska, to już nie skomentuję (dzięki! Wstyd jak diabli). Nie ma tu zbytnio fabuły, ponad charaktery, które miały być osią. To mała kontynuacja serii Ciekawskiego Świata Duszka, którym podzieliłem się w 11 częściach kilka miesięcy temu. Jest tu tyle fantasy, ile: Alfida Jahn umarła jakiś czas temu temu… 

 

Dziękuję, miłe panie, za odwiedziny!

 

 

Szanowny Autorze,

 

Te czasy nie minęły, ale przynajmniej w naszym kręgu kulturowym sprawa równouprawnienia ma się całkiem dobrze, jak mniemam.

Mam nadzieję, że czasy z podziałem (jakimkolwiek) na “my i oni” minęły. :) My, “baby”, i Wy, Panowie, mamy te same miejsca. :) 

 

I kolejne błędy rzeczowe.

Oj, to litrówka :(

Niestety, ale literówki w nazwach własnych powodują błędy rzeczowe, uznawane zazwyczaj za gorsze od ortograficznych. Dlatego z wprowadzaniem nazw własnych trzeba bardzo uważać i pilnować ich każdorazowego prawidłowego zapisu. 

 

 

przecinek przy Wołaczu?

Nie rozumiem…

Podaję przykładowy link wyjaśniający z netu:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wolacz-a-przecinek;9258.html

 

Cytuję:

“wołacze należy oddzielać przecinkami od reszty zdania”. 

 

Twój przykład:

“Czy może mi powiesz panienko, że to również bujda?”

I ja napisałam: “przecinek przy Wołaczu?”.

Wołacz to jeden z przypadków, ten ostatni. Tu, w tym przykładowym zdaniu, jest nim słowo: “panienko”. Jak podaje zasada z podlinkowanego poradnika językowego, Wołacz wymaga oddzielenia go przecinkami od reszty zdania. W Twoim zdaniu słowo “panienka” nie jest tak oddzielone. :)

 

To mała kontynuacja serii Ciekawskiego Świata Duszka, którym podzieliłem się w 11 częściach kilka miesięcy temu.

 

To się właśnie czuje, że to raczej fragment. :)

 

Jest tu tyle fantasy, ile: Alfida Jahn umarła jakiś czas temu temu… 

Otóż to. :)

 

Pozdrawiam i także dzięki. :) 

Pecunia non olet

W Twoim zdaniu słowo “panienka” nie jest tak oddzielone

A, takie coś. Płaci człowiek za ignorancję. Przepraszam :/ I dziękuję!

A, takie coś. Płaci człowiek za ignorancję. Przepraszam :/ I dziękuję!

 

Jeśli mam być szczera, sama do końca nie ogarniam tych Wołaczy, zresztą co pewien czas na Portalu toczą się o nich dyskusje. ;) 

 

Także dziękuję. :) Zdrów! :)

Pecunia non olet

Początek był bardzo ciężki, to realny info dump, który odrzuca. W prakcyce nie potrzebny tak bardzo w opowieści. Opowiadanie jak na ilość treści ciągnie się długo. Sama scena i rozwiązanie dają radę. Stylizacja wydaje się na granicy, na mój gust nieco za dużo.

Tymczasowy lakoński król

Tak, większość tych informacji faktycznie niepotrzebna… Wystarczyłoby rzec, że oto zima przyszła szybciej, a w karczmie byli handlarz, szlachcic i strażnicy – jak w dobrym kawale :-).

 

Dzięki za wizytę!

Tak, większość tych informacji faktycznie niepotrzebna… Wystarczyłoby rzec, że oto zima przyszła szybciej, a w karczmie byli handlarz, szlachcic i strażnicy – jak w dobrym kawale :-).

 

Nie zapominajmy jednak o drugiej tytułowej bohaterce – Wietrznej. winklaugh

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka