Ot dla Was krótka sprawa o burdzie. Mam nadzieję, ku wesołości... O tym kto pan, a kto prostak, tym, gdzie miejsce bab jest a i tym, co mówić komu przystoi. A także o długach i ich egzekwowaniu.
Ot dla Was krótka sprawa o burdzie. Mam nadzieję, ku wesołości... O tym kto pan, a kto prostak, tym, gdzie miejsce bab jest a i tym, co mówić komu przystoi. A także o długach i ich egzekwowaniu.
Wietrzna, wbrew może nazwie, była rzeką. A tak ją nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił, naprzykrzając się ludziom okrutnie. Ciekła łukami delikatnymi w otoczeniu gęstego drzewia, terenem płaskim niby podpłomyk, czy inszy placek z nielicznymi tylko wzniesieniami, którym do wszelkiej okazałości sporo brakowało. Sama woda była nieruchawa, bez krzty życia spływała szerokim ciekiem, niby ospała. Skorzy ją tedy ludzie ujarzmiać i usidlać.
Latem flisacy spławiali wodami Wietrznej związane w wiązki ogromne bale drewna, ciętego w górze biegu do miasta Ordenslau, które na rzece się rozsiadło niby baba nad strumieniem szczyn własnych, a nawet dalej, ku Szczawii. W Ordenslau budowano rzeczne barki, którymi do Szczawii i z powrotem wożono wszelkie dobra, które warte były, by za nie i transport ich zapłacić.
Niecały dzień drogi od Ordenslau przez szerokie wody leniwej Wietrznej most przerzucono. Jako, że wcześniejsze konstrukcje zimą wielokrotnie lód miażdżył i tratował, postawiono tam wielkie jak dom cały filary z kamienia, nad którymi rozparto łuki i przęsła drewniane. Niemałym kosztem konstrukcję wzniesiono, a przy brzegu północnym gospoda stanęła ze stajnią i przytułkiem sporym.
Piękne to było miejsce, zeszpecone jedynie wieżycą na wzgórku pobliskim, która piorunem rażona spłonęła doszczętnie i niczym strup paskudny złe skojarzenia budziła. Roztropni jednak ludzie i ci, co światlejsi, ochoczo w podobnych miejscach przebywali wiedząc, że budowla okrutna wszelkie złe duchy do siebie ściąga. A te kreatury, zwiedzione szkaradztwem wieży przeklętej, siedzą tam niby kwoki na grzędach zadowolone, i ani myślą się poczciwemu człowiekowi naprzykrzać.
Gospoda kwitła niczym kwiat zimy nieznający, będąc ostatnim postojem tak na drodze lądowej jak i wodnej, na dzień przed Ordenslau. Część targów, chcąc miejskie opłaty ominąć, dobijano tutaj właśnie, przy warzonym na miejscu piwie z rosnącego przy Wietrznej jęczmienia, ku uciesze rolników okolicznych i samego gospodarza.
Rzecz jasna książę swe łapsko w interes wcisnął, niby pod suknię niewieścią, danin i podatków się domagając, oraz części od zysków należnych mu z tego tylko powodu, że armię miał silną i bitną. Przydał się jednak miłościwie panujący, wspomniany most fundując, za którego przekraczanie opłaty uiszczać sobie zażyczył i w tym celu w gospodzie na stałe swoich osiłków postawił. Ospałe to były gnoje jak sama Wietrzna, zdolne tylko żreć i srać, i myto pobierać. To, i baczyć, by nikt barką towarów przeprawiać się nie podejmował opłat unikając, interesu książęcego tym samym nie podkopując.
Wszystko to pięknym było, póki śniegi nie spadły. A spadły, jak to miały w swym corocznym zwyczaju. Rzeka zmarzła i zaszła lodem w trzeciej części, zaspy białe w jedną noc urosły wielkie i liczne jak krecie kopczyki. Tym nagłym atakiem uwięziła przy gospodzie barkę spławną oraz handlarza, który z niej towar chciał podjąć i w dalszą drogę ruszyć, a przepędziła ekonoma, co w imieniu księcia wysokość daniny miał określić. Jedno i drugie ku uciesze prowadzącego gospodę Wrzeszcza.
Pora była późna, słonko błyszczało złotem, żółte i czerwone liście z tych, które opuścić gałęzi przed śniegiem nie zdążyły, mieniły się pogodnie. Wicher znad Wietrznej rozpędzał się na gołym polu i walił w mury, telepał zatrzaśniętymi okiennicami i szarpał błonami zwierzęcymi w oknach rozpostartymi. Niósł wilgoć okrutną, zimno wzmagając i wysoką niewygodę zsyłając. Nie dziwota tedy, że strażniki nawet, półgłówki dwa zatracone, do gospody się pochowały.
W cieple wnętrza było przyjemnie. Umieszczone w centrum głównej izby ognisko strzelało wesołym płomieniem, podskakując na brzozowych polanach, a w powietrzu niósł się zapach tłuszczu i zupy grochowej. Dwaj mostowi strażnicy siedzieli w rogu, ponuro spoglądając przez błonę okienną na swój przysypany puchem posterunek, a gospodarz, Wrzeszcz, szczerzył się i nie krył zadowolenia z nieoczekiwanego zarobku. Gość przyjezdny bowiem zawitał niedawno, jadło zamówił, za stajnię opłatę uiścił i niechybnie za nocleg również przyjdzie mu zapłacić. Wrzeszcz tedy żartował i dokazywał.
– A wiadomo, skąd ten przybysz? – spytał Kamil Klemens, jeden z mostowych strażników.
– Z północy – odpowiedział Wrzeszcz. – Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali. Oj, niemrawe to było towarzystwo i ponure. Niespokojne tak wielce, iżem wiary zbytnio nie dał w wieści, jakoby swawolnika Kruczego Cienia ubili.
– Zbój, Kruczym Cieniem zwany, tfu, niechaj sczeźnie razem z tym padalcem cała rodzina jego plugawa, przekręcił się był na nasze szczęście – powiedział Kamil Klemens z całkowitą pewnością, jakby własne zatwardzenie obwieszczał, po czym przez błonę zwierzęcą spojrzał na zewnątrz, na budę strażniczą przy moście widocznym nieopodal. Most drewniany był wykręcony wilgocią i przysypany warstwą śniegu, a drewniane barierki rozchylały się na boki, jakby zerkając na rzekę poniżej.
– Jako że ty człowiekiem jesteś bywałym i obeznanym, co to kursuje między łóżkiem, budą swoją i latryną wyłącznie, z pewnością wiesz, co mówisz, panie Klemens, co? – zakpił Wrzeszcz zza kontuaru, o który opierał się łokciami.
– Takoż powiedział mi Franz! – burknął Klemens, uderzając pięścią w stół i piorunując Wrzeszcza wzrokiem. – Co go Długim przezywają, co z wielebnym arcyjegomością przejeżdżał tędy ledwo dwa dni temu, do Ordenslau się kierując. I chociaż co chyłkiem do miasta śmigali, stanęli byli tu przy rzeczce, żeby zwierzęta napoić. A Franz mi rodziną od lat trzech, kiedy z moją Lynet, siostrą rodzoną, się związał był. Nie od dzisiaj więc go znam i nie zełgałby mi, tego jestem pewien. I tak mi rzekł, że Prawa Ręka zbója ubił.
– Dobrze, toż ja ci kłamu nie zadaję! – powiedział Wrzeszcz, śmiejąc się. – Acz jakoś jednocześnie wiary mi zwyczajnie brakuje. Dlaczegóżby śmigali w takim pośpiechu, na popas nawet nie stając, a?
– A mnie interes bierze, jak to się zdarzyło? – spytał handlarz Oleg Winkler. Przestał opierać się o ścianę, a pochylił nad kończącą życie świecą, ryzykując spalenie futra, którym obszyto spory kołnierz jego żupanu. – Jak doszło? Wszak Kruczy Cień nie byle jakim był zbójem, a zbrojnym wprawionym i z partią sporą, w konie liczną. A sami tam zabijaki i mordercy szubrawi. Jak to więc zaszło?
– Ciekawiście samej wojaczki opisu? Trzeba wam szczegółowiej wystawić, kto i kogo jak patroszył, jak kiszki wywijał? – spytał Klemens. – Dziwny z was człowiek, panie Winkiel.
– Winkler – poprawił go Oleg Winkler. – I nie, nie o to mi się rozchodzi. Co wy w ogóle sugerujecie, panie Klemens? Idzie mi o to jedynie, czy aby na pewno wszystkich zbójów Kruczego Cienia położono, czy się może jeden z drugim ostał, by nas nękać? Szczególnie teraz, kiedy już śnieg spadł, zawzięci wszelkie zbóje będą, bo im głód i ziąb.
– A ja powiedziałem, że Kruczy Cień nie żyje! – burknął Klemens.
Wrzeszcz roześmiał się głośno, aż cały kontuar trząść się zaczął i drżeć.
– Toż przecież ci mówią, panie strażniku, że pytanie tyczy się jego ludzi, nie jego samego! – ryknął, wciąż się śmiejąc. – Oj panie Klemens, nie dziwota mnie, że was zesłali mostu pilnować.
– Tak? A to czemu?
– Boście niezbyt lotnym jest człowiekiem. Ale szczęśliwie nikt jeszcze mostu kraść nie zamierzał, a i most sam z siebie do ucieczki niezbyt ruchawy.
– Nie bądźcie zbyt śmieszni, panie Wrzeszcz – rozsierdził się Klemens. – Tu chodzi o majestat książęcy, który pan obrażasz, próbując strażnika przez samego rządcę mianowanego obrazić.
– Nie bądźcie tacy znowu obraźliwi – odparował Wrzeszcz. – Bo w tej karczmie jam pan i tyle. I kiedy powiem, że masz stąd pójść precz, tedy precz pójdziesz do tej swojej budy przy moście, w połowie już przez śnieg przysypanej.
Klemens skrzywił się i znów spojrzał przez błonę. Śniegu wcale nie nawaliło jeszcze wiele, ale ogromne płaty padały nieustannie, a ostry wiatr miotał nimi zawzięcie. Wokół budy, w której winien siedzieć, przeprawy doglądając i opłaty biorąc, uformowała się spora zaspa. Na sam jej widok Klemens zatrząsnął się z zimna.
– Głupiście wszyscy, jak te pacholęta – powiedział Hans Silbermund. Sapnął, wyprostował się i otarł pobladłe czoło, a siekierkę wbił w pieniek.
– No, odezwał się wielmoża – prychnął Wrzeszcz. – A drwa narąbał, że gębę otwiera, a?
– Grzańca mi zrób, miast dokazywać – nakazał Silbermund. Otrzepał z wiórów hajdawery i koszulę, sięgnął po swój żółtawy, poplamiony żupan i zaczął się w niego odziewać.
– Grzańca! – Wrzeszcz prychnął. – A jak niby stać was na to, panie wielmożo, a? Ja mam tu listę pańskich zobowiązań długą tak, że mnie wzrokiem objąć trudno, a zliczyć nie sposób.
– Dług mój znam. Dopisz tam, com zażądał, co też z resztą za pracę mi się należy oprócz zapłaty.
– Należy, to się jeno micha, jak psu – mruknął Wrzeszcz. – Nie zbytnioście się namachali tą siekierką, drew ledwie coście docięli.
– Zda się – powiedział Silbermund, opierając się o wypaczony kontuar, tuż obok Wrzeszcza. – A głupiście jak mówię, co widać po upodobaniu, jakie znajdujecie w bajaniu po próżnicy. Tym bardziej, że przecież od strony Wolnej Twierdzy konny zjechał. Toć starczy zaczekać, aż konia oporządzi i niebawem zaszczyci własną osobą, jak i opowieścią.
– Znalazł się, wielmoża wielki! – prychnął Wrzeszcz. – Niby jaśnie urodzony, ciemnota na dwie strony, ha! Gdyby taki mądry był, jak prawi, to by nie siedział tutaj, długów odrabiać nie musiał. O! Co nam szkodzi podumać, nim się dziewuszka zjawi, a?
– Dziewuszka? – zdziwił się Oleg Winkler. – A co z konnym podróżnym, o którym pan Silbermund, wielmoża zubożały, napominał?
– Ha! Dziewuszka, a dziewoja ci ona! – krzyknął Wrzeszcz, kładąc na blasze grzejnej garnuszek z winem dla Silbermunda. – Co taką zdziwioną minę robicie, panie Winkiel? Baby na koniu ście nie widzieli, a?
– Winkler – poprawił go Oleg Winkler. – I owszem, widziałem. Niejednom w życiu widział, co nie musi znaczyć, że mam i wierzać. A już na pewno słowa białogłowy nie są w stanie przekonać mnie do niczego. Straciłem na opowieść ochotę! Ma rację pan wielmoża, chociaż, co widać, niezbyt w finansach bystry, to jednak na ludziach się zna. Głupiście jak te od płotu sztachety, jeśli macie zamiar wysłuchiwać, co wam dziewoja naopowiada!
Wrzeszcz podstawił grzańca przed Silbermundem. Ten oparł się o kontuar, aż drewno zaskrzypiało, przygładził sobie włosy i poprawił wąs, żeby go nie zamoczyć. Potem dopiero napił się i uśmiechnął, ukontentowany niezmiernie.
Wrzeszcz oparł się na powrót o blat, tuż obok szlachcica.
– Kto by pomyślał, panie Winkiel, że z pana taki nagle roztropny człek się zrobił. Tylko co to za roztropność, żeby bab nie słuchać? Co to one, gorsze?
– W ich głowach jeno siu-bździu, słoma i twaróg. One winny w gospodzie pilnować, nie za włóczenie po świecie się zabierać. Każda porządna panna o tej porze dnia i roku dźga pod strzechą na drucikach, portki ceruje czy strawę rychtuje.
– Nieporządne panny, jak to nazwaliście, panie handlarz pechowy, też człowiekowi potrzebne – zauważył Silbermund, uśmiechając się znacząco. Wziął kolejny łyk napitku, a policzki naszły mu czerwienią i rozbłysły radością.
– I o tym właśnie mówię – powiedział Winkler. – To i co taka panu powie? W której wsi higiena nowożytna już i się chłop w tygodniu przed mszą opłucze, a w której knury brud od święta jeno zdrapują?
Wrzeszcz ryknął śmiechem, waląc w kontuar tak mocno, że Silbermund zniesmaczony odsunął się, trzymając grzańca przy ustach dla pewności, żeby kropli nie uronić. Dwaj strażnicy jedynie przyglądali się smętnie, zerkając co chwila na most przez zwierzęcą błonę. Nie wyglądali na wesołych, a już na pewno nie Klemens, który w trakcie wymiany zdań kilkukrotnie próbował się wtrącić, ale mu nie wyszło. Naburmuszył się więc i kipiał złością.
– Jest, jak mówię. Więcej wam powiem, panowie! – powiedział Oleg Winkler, unosząc w górę palec.
Nagły trzask przerwał mu wypowiedź. Drzwi z sieni prowadzącej na podwórze rozwarły się, uderzone ramieniem. Do wnętrza weszła czarna postać, rozchlapując błoto, które się tam zebrało. Podeszła do najbliższej ławy i z ramienia zrzuciła spory tobołek. Na to wylądował kawaleryjski młot z nadziakiem, o długim trzonku, kołczan pozbawiony strzał i łuk. Dopiero, gdy zdjęła głęboki kaptur, objawiła się zebranym jako kobieta. Mokre włosy oblepiały zsiniałą z zimna twarz. Biesiadnicy obserwowali ją, jak zrzuca z siebie szeroki pas obciążony sakwami i kilkoma nożami w pochwach, rozdziawiając gęby.
– Mówiłem, panie Winkiel – zarechotał Wrzeszcz. – Żebyś się pan nie zdziwił!
Oleg Winkler nie poprawił go, wpatrując się w niecodzienny dość widok.
Kobieta zrzuciła z siebie gruby, mokry płaszcz, pod którym miała wystrzępioną, czarną pelerynę i brygantynę, zachodzącą powoli rdzą. Długimi krokami przemierzyła klepisko, weszła na część wyłożoną drewnianymi belkami, a miecz o zdobionej rękojeści oraz nóż z drugiej strony obijały jej się o jeździeckie spodnie. Przytuliła się do kamiennego pieca. Gerta, która dokładała polan do ognia, odsunęła się trwożnie. Nie trafiła dorzucaną żerdzią, rozsypując żar i popiół, którego było aż nadto.
Para unosiła się z nowoprzybyłej nie gorzej, niźli z sagana.
– Azali to prawda, panienko? – spytał Oleg, który przemógł się jako pierwszy.
– Co takiego? – mruknęła, obejmując kamienny piec.
– Co ludzie gadają – wybąkał Oleg.
– Nie.
– Nie?
– Nie.
Wrzeszcz zaczął chichotać, czym zaraził Silbermunda. Oleg spiorunował ich wzrokiem.
– Ale nie wystawiłem sprawy jeszcze – powiedział zmieszany handlarz.
– Jak ludzie gadają, co wiem z doświadczenia, to głównie o tym, co im się wydaje – powiedziała kobieta. – Albo o tym, co by chcieli żeby było, a nie ma.
– A i najczęściej o tym, jak to im niedobrze, a? – dodał Wrzeszcz, uśmiechając się za kontuarem.
Kobieta odkleiła policzek od pieca, by wychylić się i spojrzeć na karczmarza.
– Jak potrawka, jest już?
– A jakże! Jako żeście panienko przykazali, takem uczynił. Dochodzi już od dłuższego czasu – powiedział Wrzeszcz, po czym zwrócił się do Gerty: – Nie stój tak. Nałóż i podaj gościowi.
Wszyscy przyglądali się parującej kobiecie. Gerta ustawiła glinianą miskę na ławie, obok jej rzeczy. Dopiero wtedy nieznajoma odkleiła się od piecyka, usiadła i zabrała do jedzenia. Wydawało się, że wpatrzone w nią oczy zgromadzonych zupełnie jej nie przeszkadzają.
Oleg Winkler odchrząknął i podszedł bliżej.
– Oleg Winkler na mnie wołają – przedstawił się. – Zajmuję się handlem. Pewnie widziała pani dwa wozy na zapleczu. Są moje.
– Alfida Jahn – mruknęła kobieta.
Była całkowicie zajęta potrawką, którą szuflowała drewnianą łyżką, zagryzając na przemian serem i chlebem. Nie uniosła oczu na mówcę, ale czego można się było spodziewać po kobiecie?
– Com chciał zapytać, to skoro panienka z północy zdąża, pewnikiem przy Wolnej Twierdzy droga wiodła, czyż nie tak? – spytał Oleg Winkler.
– Nie inaczej – odparła, mlaskając z pełnymi ustami.
– Powiadają, że Kruczy Cień, który swawolił z odległej strażnicy, tak się rozzuchwalił, że na Wolną Twierdzę najechał.
– Tak powiadają?
– W rzeczy samej.
– W takim razie, jako rzekłam wcześniej, bzdury to i kłamstwa, co ludzie gadają. Kruczy Cień bowiem, będzie z dwa księżyce temu, jak ducha wyzionął ze wszystkim, co przy nim stało.
– Ducha wyzionął? – spytał Oleg, jakby zlękniony.
– Ducha wyzionął? – spytał strażnik Klemens, prostując się ze swej półleżącej pozycji.
– Ducha wyzionął – potwierdziła Alfida.
– Jakże to? Skąd panienka wie?
Mruknęła, połknęła i zamachała w powietrzu łyżką, jakby miało to cokolwiek wyjaśniać.
– Bo tam byłam, oczywiście – powiedziała z pełnymi ustami. Żuła przez chwilę, rozglądając się po wnętrzu karczmy.
– Ha! – wykrzyknął siedzący z tyłu Klemens. – A więc jednak! Jak Prawa Ręka Gahbert de Neveau powiedział, takoż uczynił. Chociaż nie spieszyło mu się z robotą zbytnio. I on teraz, pani Alfido, na strażnicy stoi?
– Prawa Ręka to teraz przed strażnicą leży, a tuszą jego pożywia się wszelkie pełzające paskudztwo tamtych lasów – powiedziała Alfida, uśmiechając się. – Ale druga partia poszła, którą poprowadził starosta opolnik spod Wolnej Twierdzy.
– Opo… znaczy ten, tfu! Starosta Romoateaux? – zdziwiony Hans Silbermund prawie zachłysnął się grzańcem. – W to uwierzyć, proszę o wybaczenie, nie sposób. A Vigo Mundsen na to pozwolił?
– Sam starosta to się faktycznie do bitki nie garnął zanadto. Ale wraz z ludźmi pana drużynnika strażnicę zdobyliśmy, całą obsadę wpród zasiekłszy. Tedy wasze zmartwienia panem Kruczym Cieniem są bezpodstawne – wyjaśniła Alfida, po czym wpakowała sobie do ust kolejną porcję potrawki.
– No a Wolna Twierdza? – zdziwił się Kamil Klemens. – Kiedy to Kruczy Cień Wolną Twierdzę najechał? Czy może mi powiesz, panienko, że to również bujda?
– Bujda – odparła, wypluwając kilka okruszków chleba. – Bo Wolną Twierdzę, to naszedł po ciemku wielebny Armen.
Oleg Winkler usiadł naprzeciwko Alfidy, rozwierając ze zdziwienia usta. Ręce opadły mu bezwładnie na ławę. Hans Silbermund zatchnął się zaciąganym grzańcem, po czym rozkaszlał.
– Nie może to być! – krzyknął Kamil Klemens. – Szwagier mój, Franz zwany Długim powiedział, że strażnicę ludzie Kruczego Cienia najechali. Że on sam, wraz z ludźmi drużynnika, pocięli bandytów, jak zboże! Tak powiedział.
– I widzisz pan? Jest tak, jak powiedziałam na wstępie. Ludzie wystarczy, że jadaczkę otworzą, a już z niej wypadają słowa poplątane i fałszywe.
– O nie! Jakem Kamil Klemens, nie mogę tego słuchać. Jeśli jak mąż się pani ubiera i męskim zajęciom oddaje, tedy łatwiej mi powiedzieć, że pani łże i szkaluje! Zwodzi pani tak, jak wcześniej nam obecny tu Oleg sugerował! I nie mam zamiaru tych kalumni wysłuchiwać.
– Tedy uszy połóż – mruknęła Alfida, uśmiechając się złowieszczo – bo prawda tak wygląda, że sam wielebny Armen do Twierdzy wtargnął, w pełną płytową zbroję się odziawszy i zadźgał drużynnika, gdy ten w nocnej koszuli i portkach jeno sterczał, jak ten chwost psi z trawy.
– Nie może to być! – wrzasnął Klemens.
– To nie może być prawdą – wyszeptał Oleg.
– Młoda panna, to się lepiej zastanowi, co mówi i przy kim – powiedział Hans Silbermund. – Po pierwsze nieładnie tak zarzucać wielebnemu przemoc, jeszcze brzydziej wdarcie się gwałtem na Wolną Twierdzę. A grzechem ciężkim i czynem plugawym twierdzić, że wielebny kogoś zabił. Albowiem księża są nie od miecza, a od krzyża. Nie od mordu, a od zbawienia dusz. Tedy się pani lepiej zastanowi i przemyśli, czy warto herezje w świat rozsyłać, czy może…
– O! To właśnie! – wrzasnął Klemens. Wstał ze swojej ławy i postąpił kilka kroków do przodu.
– Pan się tak nie rozsierdzaj – jęknął Silbermund, ale Klemens go zignorował.
– Pani, trzymaj gębę zawartą! Bo zastanawiam się, czyżeś kobietą, czy demonem podstępnym, perfidnie próbującym mą cierpliwość nadwątlić! Teraz, wobec wszystkich, czekam na słowa przeprosin, które zadośćuczynią wysuniętą wobec mojej rodziny zniewagę, a także uniżanie samemu arcywielebnemu! Każdy z zebranych, myślę, zgodzi się, iż pani słowa fałszem podszyte, niegodziwe i niegodne.
– Myślę? – prychnęła Alfida. – Dobrze, że nie za myślenie ci się płaci, panie strażniku Klemens, tylko za ściąganie opłat mostowych. Bo za twoje myślenie płacić, to tak, jakby świni za deszcz dziękować.
– Za utrzymanie porządku też pan bierzesz zapłatę bezpodstawnie, śmiem zauważyć – śmiał zauważyć Hans Silbermund.
– Panowie, czy ja mogłabym zjeść, zanim rozwieję wasze wątpliwości, odpowiadając na pytania, których zadawać nie chcecie, bojąc się odpowiedzi? – spytała Alfida Jahn, mlaszcząc.
– Co? – żachnął się Klemens. Z nagłej wściekłości omal się własną śliną nie zadławił.
– Stańcie w końcu, jak mówię, panie strażniku – wtrącił Hans Silbermund. – I nastawcie uszu, kiedy mądrzejszy mówi. A rzeknę wam, że to kobieta, co samo przez się znaczy, honorowi ona waszemu urągać nie może. Toż baby gadają, zawsze będą gadać i o wszystkim. Tylko głupiec by słuchał. A już idiotą trzeba być skończonym, jak wy, strażniku, żeby na bab słowa reagować nad wyraz.
– Coście gadają? Mnie? Idiotą? Mi się zdaje, żeście już zapomnieli, mości panie już nie wielmożny, żeście postradali majątki i w długach tu siedzicie! Kto tu teraz idiota, ha?
– Ja w długach wiecznie siedział nie będę, jużem połowę odrobił. A szlachcicowi majątek odrobić nie problem, jeśli tylko umysł lotny.
– Akurat, połowę spłacił! – burknął Wrzeszcz. – Ciekawym, kiedy, a?
– Głupca ze mnie nie róbcie, hultaju tam za szynkiem! – powiedział Silbermund, unosząc groźnie palec.
– Głupca ja nie robię, bo i po co miałbym, skoro tak świetnie sobie mości pan sam samoj radzi! – zakpił Wrzeszcz, uśmiechając się szeroko. – I w połowie długu tylko i byście wy i może byli, gdyby nie zaliczki wieczne, które ode mnie bierzecie!
– Zaliczki? – zdziwił się Silbermund. – Jakie znowu zaliczki?
– To wino, na przykład, które w dłoni dzierżycie, to niby co? Nie aby w pożyczkę?
– To? – spytał Hans, potrząsnął naczyniem i upił łyk. – To nie ten sam dług! Pan pojęcia mylisz. Jeden dług spłacam, co mnie prawnie nakazano, a drugi mi pan udzielasz. Toż przecie oczywiste, że dwóm osobom ja dłużny jestem dwoma długami, nie jednym, tak?
– Przeca ja pański dług wykupił, dlategóż dla mnie będziesz drwa rąbał i usługiwał.
– Nie usługiwał, tylko odpracowywał, kmiocie jeden. I dlatego tylko, że mam honor i moje słowo nie łajno. A to, żeś mój dług pan wykupił, to pańska sprawa. Teraz masz pan dwa!
– Oba pańskie!
– Jeden drugiemu podobny, lecz dwa różne, jako półdupki. Niby podobne, a każdy z osobna inszy.
– Ha! – krzyknął Oleg Winkler, po czym zaśmiał się rubasznie, bijąc rękoma o uda. – Takeście to przedstawili, żem prawie wiary dał, choć sam handlem się param i kupiectwem zajmuję! Jakem pan Oleg Winkler, bliżej poezji szwindlu jeszczem nie obcował.
Silbermund chrząknął i skrzywił się z niesmakiem.
– Bliżej, to do chama, niż do pana, Olegu Winkiel! A kupiectwo zajęciem jest niegodnym. Już bliżej mi drwa rąbać. Nieco tężyzny nabyć, muskulaturę odkurzyć i dobru ogółu się przysłużyć w geście dobrej i wielkodusznej woli.
– Winkler – burknął Oleg, niezadowolony z obrotu rozmowy. – Śmiem zauważyć, że mości pan zubożały przewagą brzuch swój trenuje, nieustannie winem go wypełniając do granic jego pojemności.
– Ot, i o tym właśnie mówiłem! Gminne próby obrazy są żałosne i niewiarygodnie w swych założeniach błędne. Ale niechaj będzie, zniżę się, co muszę z resztą ostatnio robić nad wyraz często. Zmierzmy się, panie Winkler!
– Zmierzmy? – zdziwił się Oleg Winkler.
– Pijmy! – wykrzyknął Hans Silbermund. – A kto z nas przez drugiego przepitym zostanie, ten za trunki płaci. Nadto, jeśli wygracie, nie będę podważał waszego ni pochodzenia, ni handlem parania wytykał. Przez jeden dzień!
Nagły rumor z tyłu odwrócił ich uwagę.
– Krew! – ktoś krzyknął.
– Oj – jęknął strażnik Kamil. – O matko!
***
– Stańcie w końcu, jak mówię, panie strażniku – powiedział swym tubalnym głosem Hans Silbermund. – I nastawcie uszu, kiedy mądrzejszy mówi. A rzeknę wam, że to kobieta, co samo przez się znaczy, że honorowi ona waszemu urągać nie może. Toż baby gadają, zawsze będą gadać i o wszystkim. Tylko głupiec y słuchał. A już idiotą trzeba być skończonym, jak wy, strażniku, żeby na bab słowa reagować nad wyraz.
– Coście gadają? Mnie? Idiotą? Mi się zdaje, żeście już zapomnieli, mości panie już nie wielmożny, żeście postradali majątki i w długach tu siedzicie! Kto tu teraz idiota, ha?
– Kimkolwiek jest ów grubas przemądrzały, dobrze powiedział – stwierdziła Alfida, dokańczając potrawkę. Zaczęła wycierać drewnianą miskę resztką chleba. – Gębę zawrzyj, kiedy mądrzejsi przemówić raczyli. A ja wiem, co mówię, bo tam byłam. Byłam w komnacie drużynnika Vigo Mundstena, kiedy wielebny Armen doń zapukał. A bynajmniej nie ręką to zrobił nagą, a pięścią pancerną i głownią miecza.
– Nie! Granic nie znasz, kobieto i za to zapłacisz. Skarcę cię, obaczysz! – warknął Kamil Klemens. To mówiąc, wyjął zza pasa toporek. Ujął go przy obuchu, stylisko wysuwając przed siebie jak pałkę.
– No! – mruknęła Alfida z udawanym podziwem, wkładając sobie chleb w usta. Wyszarpnęła młot o długim trzonku spod góry żelastwa, którą usypała na stole. – Pan jesteś strażnik, mówisz o honorze, a na kobietę kij podnosisz?
– Jak na każdego plugawego szczura, który się w chałupie zalągł! Bo jeśli trzeba rozumu wlać do łba, to kijem właśnie najlepiej!
– Dość słów, któremi jesteś wypełniony, niczym wiadro pomyjami – powiedziała Alfida.
Wstała od stołu, unosząc swój kawaleryjski młot, z obuchem tępym z jednej strony i nadziakiem z drugiej. Zawinęła nim sprawnie, tak jak górale wywijają swoimi wielgachnymi toporami. Potężnie, zamaszyście i bez sensu.
W tym samym momencie stało się wiele rzeczy. Gerta, która skończyła już do ognia dokładać i dłonie obmywała, pisnęła. Kot wskoczył na kontuar, z którego dał nura na zaplecze. Kamil postąpił krok w kierunku Alfidy, a ona przygotowała broń do zastawy. A drugi strażnik, Stoforson, na którego nikt uwagi nie zwracał, przypadł do kobiety od tyłu i objął ją, blokując obie ręce.
Alfida szarpnęła się, ale bezskutecznie. Kamil doskoczył, przerzucił toporek do lewej dłoni, a prawą zdzielił ją w twarz, na zawsze pozbawiając ją pięknej krzywizny lekko zadartego nosa. Krew buchnęła z obu dziurek, nogi się pod nią załamały, ręce opadły. Szarpnęła się raz jeszcze, a trzymający ją Soforson zatoczył się do przodu. Spleceni stracili równowagę. Stoforson upadł na Alfidę, Alfida na swój młot, wbijając sobie nadziak między żebra. Razem padli na deski podłogi z jękiem.
Stoforson uniósł się, przytrzymując kobietę na ziemi, a Kamil kopnął ją w bok. Zgięła się w spazmie bólu.
– Krew! – krzyknął Stoforson.
Kamil oddychał głęboko, nabuzowany przypływem adrenaliny. Zaraz jednak zamrugał, zobaczył juhę na nadziaku i dużo więcej w rozcięciu brygantyny.
– Oj – jęknął. – O matko!
– No i masz! – warknął Stoforson, wstając. – Tak to jest z babami!
– Co wyście tam narobili? – krzyknął Wrzeszcz. – Na łby poupadali? Co wy, chłopy? Rozumu nie macie? Albo umiaru?
– Cyrulika! Balwierz jaki w pobliżu? – spytał Kamil drżącym głosem, cofając się.
– Skąd ja ci tu balwierza wynajdę, a? Spod śniegu może? – spytał Wrzeszcz, obchodząc kontuar. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się Alfidzie, zwiniętej w kłębek i oddychającej z trudem. Potem przeniósł wzrok na strażnika Kamila. – Pod moim dachem są mordercy!
– Hola! To nie tak! Samoś panie widzieli! – krzyknął Kamil, przestraszony.
– Com widzieli, a? – zaperzył się Wrzeszcz. – Jakoście jedną babę we dwóch brali tak, żeby ją na kolec nabić?
– Może wyżyje? – spytał Kamil, nagle pobladły.
– Toście sobie narobili, panowie strażnicy – dodał od siebie Hans Silbermund. – Hołota i swołycz.
Obmacał się po brzuszysku i stwierdził brak pasa, który wraz z mieczem o wielkiej gardzie wisiał na kołku.
Kamil żachnął się, zamachał rękoma, ale opadły mu one bezsilnie.
– Zabiliśmy ją? – spytał trwożnie.
– Jacy my? – burknął Stoforson. Zrobił kilka kroków wstecz i otarł ręce, jakby czyścił je o brzuch z tłuszczu. Albo z przestępstwa.
– Tyś ją złapał i zniewolił! – krzyknął Kamil. Bliski był przy tym płaczu.
– Kat – powiedział Silbermund ponuro.
– Kat? Wypraszam sobie! To… To się stało przez przypadek zupełnie – jęknął Kamil. – Samiście słyszeli, co gadała białogłowa, samiście świadkami, że diabeł z jej ust przemawiał!
– Baby nam trza – stwierdził Wrzeszcz, kompletnie ignorując strażnika. – Starej baby. Ona pomoże.
– Kat. Rymko Prod – znów zaproponował Silbermund.
– Kto? Tylko nie on, niech nas zmarli bronią! – jęknął Stoforson. – Przecież to, no wiecie… Kat.
– Dlategóż i doskonale się nadaje – powiedział Silbermund, po czym przechylił swój garniec z grzańcem. Naczynie okazało się puste. – On równie sprawie tnie, co szyć potrafi.
– A ja wam mówię, że stara baba. Ot i tyle. Jak się da coś zrobić, to ona dokona.
– To pchnijcie, panie oberżysto, pachołka – zasugerował Kamil Klemens.
– A co ja z tego będę miał? – spytał Wrzeszcz. – Płaćcie najpierwej, bo czas mojego pacholaka cenny.
– Co? – zdziwił się Klemens. – Ciekaw jestem, czym takim się zajmuje, oprócz hodowli smarków i wszy wszelakiej, ten wasz kudłaty obibok?
– Spichle trza obaczyć, zliczyć pszenicę, jęczmień i groch. Słoniną i sadłem się zająć. Pracy grom, a zima, jak pewnikiem sam pan zauważyłeś, naszła nas szybciej, niźlim się spodziewali.
– I to ważniejsze od życia tej niewiasty?
– Sam sobie idźcie, panie Kamilu. Jakeście tacy rychli byli babę kłuć żelazem, to i doskakać po pomoc dacie radę – powiedział Wrzeszcz, uśmiechając się ponuro.
– Albo i doskaka jak najdalej i już się w okolicy nie pojawi – mruknął Silbermund. – Znam ja takich oportunistów, z honoru wyzutych jak z wody szmata. Pryśnie i już hulaki nie będzie.
– To nie prawda! – żachnął się Kamil Klemens.
– Akurat. Swawolnik i awanturnik, czemu dowodów szukać nie muszę, bo tu oto jeden leży, pojękując – dodał Silbermund.
– Strażniku, Klemens! Wy broń na klepisko złóżcie. A koleżka, Stoforson, to niechaj go ujmie co żywo, a? – zawołał Wrzeszcz. – Bo jak się panienka przekręci to jeno wyrok!
Kamil Klemens upuścił toporek, rozglądając się trwożnie.
– No co wy? Jam strażnik! Jam człowiek rządcy!
Rozejrzał się wokoło i zbytnio go nie pocieszyło to, co zobaczył. Handlarz Oleg Winkler wcisnął się w róg izby, stapiając się z cieniem. Wrzeszcz trzymał za plecami toporek i otwierał już drzwi na sień i zaplecze, gdzie niechybnie jego pachołek wciąż zajmował się końmi. Klemens dobrze wiedział, że w przedsionku przesiadywał też woźny, niegdyś zapiekły rębajło. Spojrzał na kolegę, Stoforsona. A ten ujął miecz, chociaż nie wyjął go jeszcze z pochwy.
– Zaraz! To nie ja ją nadziałem! – wrzasnął, wskazując kolegę palcem. – To on! To Stoforson obalił ją na nadziak!
Alfida leżąc na klepisku zakasłała z bólem.
Stoforson widząc, co się święci, wyszarpnął miecz.
– Nie uchylaj się od odpowiedzialności! Wszyscy widzieli, cóżeś uczynił!
Wietrzna rzeką była, wbrew nazwie. A ją tak nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił naprzykrzając się ludziom okrutnie.
Te dwa zdania są zawiłe, dziwne i powodują, że nie chce się brnąć dalej.
Jeśli rzeka jest rozlana, płytka i ospała, to ani flisacy, ani barki.
https://sjp.pwn.pl/slowniki/dokazywa%C4%87.html
Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali.
Co smutne?
I tak mi rzekł, że Prawa Ręka zbója ubili.
Kogo/czego prawą rękę.
https://sjp.pwn.pl/sjp/interes;2466578.html
Nie znam fraz z braniem interesu, to znaczy tych obyczajnych nie znam;) Takoż i SJP nie zna, czyli widać nie ma ich.
Biesiadnicy obserwowali ją, jak zrzuca z siebie szeroki pas obciążony sakwami i kilkoma nożami w pochwach, rozdziawiając gęby.
Zrzucał pas rozdziawając gęby, bo miał ich kilka? ;)
Nieco mnie stylizacja męczy, ale wrócę.
delulu managment
Witaj. :)
Już samą Przedmową „nastraszasz”, pisząc: „O tym kto pan, a kto prostak, tym, gdzie miejsce bab jest a i tym, co mówić komu przystoi”.
Czyżby miejsce „chłopów” miało być inne? A skąd niby taki podział? :) Wracamy do dawnych czasów? :)
Sprawy językowe i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
A ją tak nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił (przecinek?) naprzykrzając się ludziom okrutnie.
Ciekła łukami delikatnymi w otoczeniu gęstego drzewia, terenem płaskim niby podpłomyk, czy inszy placek z nielicznymi tylko wzniesieniami, którym do wszelkiej okazałości daleko było. Sama woda była nieruchawa, bez krzty życia spływała szerokim ciekiem, niby ospała. Skorzy ją tedy byli ludzie ujarzmiać i usidlać. – powtórzenia?
Jako, że drewniane konstrukcje zimą wielokrotnie lód miażdżył i tratował, postawiono tam wielkie jak dom cały filary z kamienia, nad którymi rozparto łuki i przęsła drewniane. – powtórzenie?
Nie małym kosztem konstrukcję wzniesiono, a przy brzegu północnym gospoda stanęła ze stajnią i przytułkiem sporym. – ortograficzny?
Piękne to było miejsce, zeszpecone jedynie wieżycą na wzgórku pobliskim, która (przecinek?) piorunem rażona (i tu?) spłonęła doszczętnie i (i tu?) niczym strup paskudny (i tu?) złe skojarzenia budziła.
Roztropni jednak ludzie i ci (i tu?) co światlejsi (i tu?) ochoczo w podobnych miejscach przebywali wiedząc, że budowla okrutna wszelkie złe duchy do siebie ściąga.
A te kreatury, zwiedzione szkaradztwem wieży przeklętej (i tu?) siedzą tam niby kwoki na grzędach zadowolone, i ani myślą się poczciwemu człowiekowi naprzykrzać.
Gospoda kwitła niczym kwiat zimy nie znający, będąc ostatnim postojem tak na drodze lądowej jak i wodnej, na dzień przed Ordenslau. – ortograficzny?
Część targów, chcąc miejskie opłaty ominąć, dobijano tutaj właśnie, przy ważonym na miejscu piwie z rosnącego przy Wietrznej jęczmienia, ku uciesze rolników okolicznych i samego gospodarza. – ortograficzny rażący?
Tym nagłym atakiem uwięziła przy gospodzie barkę spławną oraz handlarza, który z niej towar miał podjąć i w dalszą drogę ruszyć, a przepędziła ekonoma, co w imieniu księcia wysokość daniny miał określić. – powtórzenie?
Nie dziwota tedy, że strażniki nawet, półgłówki dwa zatracone, do gospody się pochowały. W murach gospody było przyjemnie. – i tu?
– A wiadomo (przecinek?) skąd ten przybysz? – spytał Kamil Klemens, jeden z mostowych strażników.
Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali. – składniowy?
– Zbój (przecinek?) Kruczym Cieniem zwany, tfu, niechaj sczeźnie razem z tym padalcem cała rodzina jego plugawa, przekręcił się był na nasze szczęście – powiedział Kamil Klemens z całkowitą pewnością, jakby własne zatwardzenie obwieszczał, po czym przez błonę zwierzęcą spojrzał na zewnątrz, na budę strażniczą przy moście widocznym nieopodal.
– Jako że ty człowiekiem jesteś bywałym i obeznanym, co to kursuje między łóżkiem, budą swoją i latryną wyłącznie, z pewnością wiesz (przecinek?) co mówisz, panie Klemens, co?
– Takoż powiedział mi Franz! – burknął Klemens (przecinek?) uderzając pięścią w stół i piorunując Wrzeszcza wzrokiem.
– Co go Długim przezywają, co z wielebnym arcy jegomością przejeżdżał tędy ledwo dwa dni temu, do Ordenslau się kierując. – ortograficzny?
– Nie bądźcie zbyt śmieszni, panie Wrzeszcz – rozsierdził Klemens. – brak „się”?
Hmmm… Mam problem z nazwiskiem, które wprowadzasz: 23 razy pada, że tytułową gospodę prowadzi „Wrzeszcz”, np.:
„Jedno i drugie ku uciesze prowadzącego gospodę Wrzeszcza”.
A potem nagle, podczas wymiany zdań, pojawia się, nie wiadomo skąd, jakiś „Wrzask”, też prowadzący gospodę; występuje w tekście10 razy i zastępuje poprzedniego „Wrzeszcza”:
„– No, odezwał się wielmoża – prychnął Wrzask. – A drwa narąbał, że gębę otwiera, a?
– Grzańca mi zrób, miast dokazywać – nakazał Silbermund”.
To niepotrzebnie tworzy w sumie 33 błędy rzeczowe. Bo Czytelnik nie wie, jak się ten gospodarz nazywał…
Inne nowe pojęcie: „Wolna Twierdza” też nie jest zapisywane jednolicie, np.: „Tym bardziej, że przecież od strony Wolniej Twierdzy konny zjechał”.
I kolejne błędy rzeczowe.
Wprowadzając nowe nazwy własne trzeba dbać o ich staranny zapis, bo Czytelnicy nie wiedzą, jak zamierzałeś je zapisać, skoro piszesz w sposób różnoraki.
Gdyby taki mądry był, jak prawi, to by nie siedział tutaj (przecinek?) długów odrabiać nie musiał.
A co z konnym podróżnym, o którym pan Silbermund, wielmoża zubożały (i tu?) napominał?
Co to one (przecinek?) gorsze?
– Nieporządne panny, jak to nazwaliście panie handlarz pechowy, też człowiekowi potrzebne – zauważył Silbermund, uśmiechając się znacząco. – przecinek przy Wołaczu?
Nie trafiła dorzucaną żerdzią (przecinek?) rozsypując żar i popiół, którego było aż nadto.
Albo o tym, co by chcieli (i tu?) żeby było, a nie ma.
Kobieta odkleiła policzek od pieca (i tu?) by wychylić się i spojrzeć na karczmarza.
Kruczy Cień bowiem, będzie z dwa księżyce temu, jak ducha wyzionął ze wszystkim, to przy nim stało. – czy tu nie miało być: „co”?
– Prawa Ręka to teraz przed strażnicą leży, a tuszą jego pożywia się wszelkie pełzające paskudztwo tamtych lasów. – powiedziała Alfida, uśmiechając się. – błędny zapis dialogu?
Ale wraz z ludźmi pana drużynnika strażnicę zdobyliśmy, całą obsadę zasiekłwszy w przódy. – kolejny ortograficzny?
Czy może mi powiesz panienko, że to również bujda? – przecinek przy Wołaczu?
– Pani trzymaj gębę zawartą! – i tu?
– Panowie, czy ja mogłabym zjeść, zanim rozwieję wasze wątpliwości (przecinek?) odpowiadając na pytania, których zadawać nie chcecie (i tu?) bojąc się odpowiedzi? – spytała Alfida Jahn, mlaszcząc.
– Ciekawym (przecinek?) kiedy, a?
Ok, reszty usterek już nie wypisuję, skupiając się jedynie na fabule, lecz całość trzeba jeszcze bardzo starannie przejrzeć i poprawić.
Ładna stylizacja języka dodaje klimatu. :)
Dużo brutalności, za to bardzo mało fantastyki.
Całość wydaje się być fragmentem większej całości, jakby brakowało zakończenia. :) Czy to na pewno jest całe opowiadanie?
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Dzień dobry i witam! Dziękuję za wizytę.
Ambush
Tak, zagmatwane te dwa zdania, podobnie zresztą, jak cała dalsza część :-)
Co do flisaków, to się nie zgodzę. Lepiej na leniwej, niż zbyt wartkiej… Głębokość też znaczenia tu nie ma, byle by zbytnich płycizn nie było. Ale… Tam słowa o głębokości Wietrznej nie znalazłem ;-)
“Smutne koledzy” No gadał tak, żeby czytelnikom uszy więdły :-)
Biesiadnicy obserwowali ją rozdziawiając gęby. Skomplikowałem, co?
Nieco mnie stylizacja męczy, ale wrócę.
Jeśli męczy, to nie zachęcam. Oni do samego końca toczą rozmowy w ten sposób. A ma być miło, nie męcząco.
bruce
Już samą Przedmową „nastraszasz”
No cóż, bohaterowie o tym rozmawiają. Więc pewnie i twierdzą, że jakieś konkretne miejsce “bab” jest.
Wracamy do dawnych czasów?
Te czasy nie minęły, ale przynajmniej w naszym kręgu kulturowym sprawa równouprawnienia ma się całkiem dobrze, jak mniemam.
I kolejne błędy rzeczowe.
Oj, to litrówka :(
przecinek przy Wołaczu?
Nie rozumiem…
Ładna stylizacja języka dodaje klimatu. :)
A dziękuję! Starałem się. Nie wszystkim to leży…
Całość wydaje się być fragmentem większej całości, jakby brakowało zakończenia. :) Czy to na pewno jest całe opowiadanie?
Uznałem, że w tym zakresie twór jest względnie kompletny. Nie jestem dobry w opowiadania, niestety. Ani w pisanie generalnie:-) Wrzeszcza i Wrzaska, to już nie skomentuję (dzięki! Wstyd jak diabli). Nie ma tu zbytnio fabuły, ponad charaktery, które miały być osią. To mała kontynuacja serii Ciekawskiego Świata Duszka, którym podzieliłem się w 11 częściach kilka miesięcy temu. Jest tu tyle fantasy, ile: Alfida Jahn umarła jakiś czas temu temu…
Dziękuję, miłe panie, za odwiedziny!
Szanowny Autorze,
Te czasy nie minęły, ale przynajmniej w naszym kręgu kulturowym sprawa równouprawnienia ma się całkiem dobrze, jak mniemam.
Mam nadzieję, że czasy z podziałem (jakimkolwiek) na “my i oni” minęły. :) My, “baby”, i Wy, Panowie, mamy te same miejsca. :)
I kolejne błędy rzeczowe.
Oj, to litrówka :(
Niestety, ale literówki w nazwach własnych powodują błędy rzeczowe, uznawane zazwyczaj za gorsze od ortograficznych. Dlatego z wprowadzaniem nazw własnych trzeba bardzo uważać i pilnować ich każdorazowego prawidłowego zapisu.
przecinek przy Wołaczu?
Nie rozumiem…
Podaję przykładowy link wyjaśniający z netu:
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wolacz-a-przecinek;9258.html
Cytuję:
“wołacze należy oddzielać przecinkami od reszty zdania”.
Twój przykład:
“Czy może mi powiesz panienko, że to również bujda?”
I ja napisałam: “przecinek przy Wołaczu?”.
Wołacz to jeden z przypadków, ten ostatni. Tu, w tym przykładowym zdaniu, jest nim słowo: “panienko”. Jak podaje zasada z podlinkowanego poradnika językowego, Wołacz wymaga oddzielenia go przecinkami od reszty zdania. W Twoim zdaniu słowo “panienka” nie jest tak oddzielone. :)
To mała kontynuacja serii Ciekawskiego Świata Duszka, którym podzieliłem się w 11 częściach kilka miesięcy temu.
To się właśnie czuje, że to raczej fragment. :)
Jest tu tyle fantasy, ile: Alfida Jahn umarła jakiś czas temu temu…
Otóż to. :)
Pozdrawiam i także dzięki. :)
Pecunia non olet
W Twoim zdaniu słowo “panienka” nie jest tak oddzielone
A, takie coś. Płaci człowiek za ignorancję. Przepraszam :/ I dziękuję!
A, takie coś. Płaci człowiek za ignorancję. Przepraszam :/ I dziękuję!
Jeśli mam być szczera, sama do końca nie ogarniam tych Wołaczy, zresztą co pewien czas na Portalu toczą się o nich dyskusje. ;)
Także dziękuję. :) Zdrów! :)
Pecunia non olet
Początek był bardzo ciężki, to realny info dump, który odrzuca. W prakcyce nie potrzebny tak bardzo w opowieści. Opowiadanie jak na ilość treści ciągnie się długo. Sama scena i rozwiązanie dają radę. Stylizacja wydaje się na granicy, na mój gust nieco za dużo.
Tymczasowy lakoński król
Tak, większość tych informacji faktycznie niepotrzebna… Wystarczyłoby rzec, że oto zima przyszła szybciej, a w karczmie byli handlarz, szlachcic i strażnicy – jak w dobrym kawale :-).
Dzięki za wizytę!
Tak, większość tych informacji faktycznie niepotrzebna… Wystarczyłoby rzec, że oto zima przyszła szybciej, a w karczmie byli handlarz, szlachcic i strażnicy – jak w dobrym kawale :-).
Nie zapominajmy jednak o drugiej tytułowej bohaterce – Wietrznej. 

Pozdrawiam. :)
Pecunia non olet