- Opowiadanie: Powalinczyk - Wyrwane stronice Avalorii – Sevrak

Wyrwane stronice Avalorii – Sevrak

Na wstępie chcę gorąco podziękować użytkownikowi MichaelBullfinch za zimny kubeł wody pod moim pierwszym opublikowany opowiadaniem. W ramach treningu co dwa tygodnie będę publikował samodzielne opowiadania z mojego autorskiego uniwersum. Co do samego opowiadania, to historia przedstawia los, jaki może spotkać magów elementarii, gdy ci nie korzystają wystarczająco często ze swojej domeny żywiołu, oraz nadejście jednej z najpotężniejszych istot w uniwersum. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wyrwane stronice Avalorii – Sevrak

Góry Ytheron milczały. Sam kamień wstrzymał oddech w oczekiwaniu na katastrofę. Wąwóz, którym przedzierał się samotny wędrowiec, tonął w głębokim cieniu. Dla Sevraka ciemność nie istniała. Dla tego potężnego orka świat płonął. Każdy krok był torturą. Nie od ran – choć ciało pokrywały liczne nacięcia i siniaki – ale dlatego, że własna krew próbowała go ugotować od środka. Oparł dłoń o skalną ścianę. Bazalt zasyczał pod dotykiem. W ułamku sekundy kamień poczerwieniał, a potem sczerniał, krusząc się w drobny pył. Cofnął dłoń, czując mdłości na widok zniszczonego ciała. A jednak nie potrafił oderwać wzroku od makabrycznego zjawiska. Skóra, niegdyś zielona i twarda jak u każdego z braci, teraz przypominała spękaną ziemię w czasie suszy. Pomiędzy pęknięciami na knykciach i przedramionach sączyło się nie osocze, lecz pomarańczowe, pulsujące światło.

– Jeszcze nie… – wycharczał, a z ust, zamiast obłoczka pary na zimnym, górskim powietrzu, wydobył się gęsty, gryzący dym. – Jeszcze nie teraz.

 Czuł jak się zbliżają. Nie musiał ich widzieć ani słyszeć. Inkwizytorzy. Psy gończe, pacyfikujące każdego maga, który nie służy dobru społeczeństwa. Byli blisko. Ich magia smakowała inaczej – chłodna, myląca zmysły. Uciekał od trzech dni. A może od trzech lat? Czas stracił znaczenie w chwili, gdy ogień w żyłach przestał słuchać rozkazów, a zaczął szeptać własne pragnienia. Zacisnął zęby tak mocno, że jeden z kłów pękł z trzaskiem. Inny rodzaj bólu pozwolił na chwilę odzyskać ostrość widzenia. Musiał przeć naprzód. Znaleźć miejsce, gdzie nikogo nie skrzywdzi, gdy nadejdzie koniec. Wiedział, że nie ucieknie przed śmiercią, ale wolał umrzeć w samotności. Bez świadków. Bez ofiar. Ruszył biegiem, ignorując protesty mięśni. Serce biło w rytmie szaleńczego werbla. Uderz – spal. Uderz – spal. Nagle ścieżka rozwidliła się. W lewo prowadziła wąska grań, w prawo – łagodne zejście do doliny. Zawahał się. Instynkt doświadczonego wojownika krzyczał, by wybrać prawą stronę. Ale w głowie odezwał się inny głos. Głos ognia. To kłamstwo – syknął płomień w umyśle. Elementarzysta zamknął oczy. Zamiast polegać za wzroku, skupił się na aurze termicznej otoczenia. Prawa ścieżka wiała martwym chłodem. Stanowiła iluzję. Pułapka, która miała zaprowadzić prosto w objęcia pościgu. Lewa grań, choć niebezpieczna, pulsowała prawdziwym życiem kamienia. Wybrał lewą. Udało mu się dzięki temu zdobyć cenne minuty. Po przejściu kolejnych dziesiątek metrów, z samych cieni nocy wyłoniły się sylwetki. Sześciu inkwizytorów. Ubrani w nierzucające się w oczy szaty, z twarzami skrytymi pod kapturami. Nie dzierżyli żadnej broni. Zamiast tego polegali jedynie na sile własnych umysłów.

– Imponujące, Sevraku – głos dobiegł zewsząd. Odbijał się pod czaszką. Nie należał do żadnego z nich, a jednocześnie do wszystkich. – Wyczułeś osnowę iluzji. Twoja percepcja wyostrzyła się. To znak, że proces postępuje szybciej, niż zakładaliśmy.

Ork odwrócił się powoli. Znajdował się w potrzasku. Grań zakończona ostrym spadkiem nie napawała optymizmem. Na wpół spalone szaty, zaszeleściły cicho pod wpływem nagłej zmiany temperatury.

– Nie chcę z wami walczyć.

– My też nie chcemy walki – jeden z inkwizytorów postąpił krok naprzód. Sylwetka maga migotała, jakby nie w pełni należał do tego wymiaru.

– Chcemy ci pomóc. Widzimy, jak cierpisz. Widzimy, jak cię to trawi – odezwał się inny, stojący teraz za plecami ofiary.

– Pomóc? – Sevrak zaśmiał się gorzko. – Wiem, jak wygląda wasza pomoc. Kajdany z zytotyrenu. Cela głęboko pod ziemią. Powolne konanie w ciemnościach, odciętym od żywiołu.

– To lepsze niż to, co cię czeka – odparł spokojnie inkwizytor. – Lepsze niż stanie się bestią. Nadbudowa świadomości już się zaczęła, prawda? Zapominasz słów. Zapominasz twarzy bliskich. Zostaje tylko głód. Oddaj się w nasze ręce, a zaznasz ulgi. Uciszymy ten ogień raz na zawsze. 

Ork spojrzał na swoje poczerniałe dłonie. Iskry tańczyły między palcami. 

– Nie da się go uciszyć – szepnął. – Można go tylko wypuścić.

– Naprawdę chcesz skrzywdzić tak wielu? – Iluzjoniści nie dali mu szansy na odpowiedź. Uderzyli jednocześnie, prosto w zmysły. Rzeczywistość Sevraka pękła. Nagle zniknęła grań. Zniknęła noc. Stał po pas w lodowatej wodzie. Czuł przeraźliwe zimno, które wbijało się w kości jak tysiące igieł. Woda wlewała się do ust, dławiła go. Iluzja. Wiedział o tym. Umysł krzyczał: „Stoisz na suchej skale!”. Ale ciało reagowało na fałsz. Zęby zaczęły szczękać, płuca kurczyły się w spazmie topielca. Prawdziwa potęga iluzjonistów należących do Inkwizycji – potrafili przekonać ciało ofiary, że umiera, nawet jej nie dotykając. W tej sytuacji liczyli na wywołanie szoku termicznego, który zdusi płomień i wywoła paraliż układu nerwowego. Nie docenili potęgi elementarzysty. Próbowali zamrozić wrzącą lawę. Sevrak ryknął, a iluzja pękła jak lustro uderzone młotem. Woda wyparowała w mgnieniu oka, zamieniając się w chmurę gorącej pary. Ork stał z powrotem w wąwozie, a wokół niego powietrze drżało od gorąca.

– Nie… – wycharczał, padając na kolana. – Nie zmuszajcie mnie…

Niszczycielski żywioł w umyśle ryczał, głodny i wściekły. Spal! Zrób z nich popiół! Zniszcz to kłamstwo!

Dowódca wciągnął gwałtownie powietrze. Pokręcił głową z niedowierzaniem. 

– Raporty mówiły… – głos drżał z zauważalną nutą strachu. – Nie zostawiasz nam innego wyjścia. 

Trzech magów uniosło dłonie. Srebrzyste, niematerialne łańcuchy wystrzeliły w stronę orka, oplatając tors i ramiona. Pęta utkane z czystej woli zacisnęły się. Nienaturalny żar nagle osłabł, brutalnie zduszony. Bólu nie dało się opisać. Czuł, jakby wyrwano mu duszę.

– Trzymać go! – wrzeszczał dowódca, podchodząc z prawdziwą, fizyczną obrożą z zytotyrenu. Sevrak szarpał się w niewidzialnych więzach. Mięśnie napięły się do granic możliwości. Siła fizyczna nie mogła się równać z potęgą umysłu. Zbliżali się. Widział ich oczy pod kapturami – zimne, pozbawione litości. Dostrzegł w nich swoje odbicie: potwora, którego trzeba uwięzić. Obroża zbliżała się niebezpiecznie szybko. Wtedy czas zwolnił. Elementarzysta spojrzał w głąb siebie. Zamiast wspomnień o matce, o pierwszym polowaniu, o smaku pieczonego dzika – widział tylko chaotyczne morze ognia. Przez lata budował tamy. Walczył, bo bał się, że jeśli puści wodze, przestanie być Sevrakiem. Ale teraz zrozumiał straszną prawdę. Sevrak już był martwy. Zginął w chwili, gdy inkwizytorzy wreszcie go znaleźli. Teraz miał wybór: umrzeć jako jeniec, zduszony i upokorzony albo umrzeć jako żywioł. Wolny i niszczycielski.

– Jestem ogniem, który oczyści świat! – krzyknął, nie do swoich oprawców, ale do całej Avalorii, która miała stać się jego paleniskiem. Spojrzał na dowódcę. Orcze oczy, dotąd brązowe, zapłonęły czystym, błękitnym ogniem. Każdy skrawek pękniętej skóry, wypełnił się tym samym, niepokojącym blaskiem.

– Co ty… – iluzjonista cofnął się, upuszczając obrożę. Metal brzęknął o kamień.

– Nadchodzi piekło – wyszeptał. Ostatnia blokada w umyśle, trzymająca przy zdrowym rozsądku, puściła. Nastąpiła erupcja nieokiełznanej potęgi. Ciało orka przestało być materią biologiczną. Skóra pękła wzdłuż każdej żyły, każdej arterii, każdego nerwu, uwalniając oślepiający, niebieski blask. Cienie w wąwozie przestały istnieć. Magiczne pęta inkwizytorów nie zerwały się – one zostały spalone. Sama energia, z której były utkane, zajęła się ogniem. Dowódca Inkwizycji wrzasnął, gdy ciało objął błękitny, gorący całun śmierci. 

– Odwrót! – krzyknął ktoś w panice. – To… to już nie jest elementaria…

Iluzjoniści rzucili się do ucieczki. Próbowali mylić tropy, znikać w ścianach, teleportować się. Ale ogień Sevraka nie dbał o iluzje. Ogień był głodny. Wyczuwał ciepło ciał, bicie  serc. Ork – a raczej istota, która nim była – nie ruszył się z miejsca. Nie musiał. Uniósł obie ręce ku niebu i rozwarł palce. Ułamek sekundy później, wszystko wokół zapłonęło błękitnym płomieniem – jego płomieniem – utkanym z czystej potęgi i ogromnego talentu. Bazalt zamienił się w rzekę lawy. Powietrze na grani zapłonęło, wypalając tlen w promieniu mili. Ci, którzy nie zdążyli zniknąć w białym obłoku, przestali istnieć. Zostało trzech, a raczej wypalone cienie, na wrzącej skale. 

Cisza wróciła do Gór Ytheron, które zmieniły się nie do poznania. Skalne ściany lśniły od nowej warstwy szkliwa. Na dnie stygła lawa. Po inkwizytorach nie pozostał żaden ślad. Wszystko strawił ogień. Pośrodku tego piekła stała jedna istota. Magia powoli przygasała, cofając się do wnętrza zniszczonego ciała. Nowego ciała, nowej osobowości. Skóra Sevraka była teraz czarna, twarda jak węgiel. Jeszcze nie koniec – szepnął w głowie zupełnie nowy głos. Jesteśmy wolni, ja jestem wolny. Nie próbował nawet przypomnieć sobie dawnego życia. W jednej chwili wszystkie wspomnienia wyparowały, jak woda w iluzji, jak ciała inkwizytorów, jak… jak wszystko, co do tej pory znaczył. Płomień nie strawił jedynie jego imienia – Sevrak.

Po każdym kroku unosił się dym. Ból zniknął. Nie czuł żalu po zabiciu iluzjonistów, lecz pustkę, którą musiał wypełnić. Wiedział, że inni przyjdą. Inkwizycja nie wybacza. Wyślą legiony. Ale to nie miało znaczenia. Ze zwierzyny stał się czymś gorszym od łowcy. Katastrofą naturalną. Nie interesował się już ośnieżonymi szczytami, gdzie mógłby dokonać żywota. Uwagę przykuły rozległe lasy i ludzkie osady, zdolne nakarmić głodny żywioł. Ork, jakiego znał do tej pory świat, odszedł. Narodziła się istota doskonała – Sevrak, Opiekun Popiołu. Wykrzyczał nowy tytuł, nadany przez żywioł, w noc. Z gardła wystrzelił słup ognia, zwiastując zagładę dla całego świata. Nie wiedział jednak, że w miejscach, do których nie docierał żaden blask, ktoś przyjął ten pokaz siły z uśmiechem, czekając tylko, aż płomień się wypali. 

 

***

 

Minęły miesiące od dnia, w którym góry Ytheron zapłonęły po raz ostatni. Sevrakowi udało się zawędrować do południowego królestwa, zostawiając za sobą tylko zniszczenie. Równiny Ravenol, kraina słynąca z bujnych traw i wiatru niosącego zapach soli z zachodnich mórz, wyglądały teraz jak otwarta, ropiejąca rana na ciele świata. Czarny krater o średnicy mili dało się zauważyć nawet z grzbietów wysoko przelatujących gryfów. To tutaj Inkwizycja dokonała dzieła. Ścigali go długo. Aż w końcu zagonili tutaj, na otwartą przestrzeń, z dala od wiosek i miast, gdzie mogli użyć swojej pełnej siły bez ryzyka ofiar cywilnych. Sprowadzili setki iluzjonistów, by zmylić zmysły oszalałego orka. Bitwa skończyła się szybko, ale jej skutki miały trwać wieki. Sevrak przegrał. Na samym środku wypalonej ziemi, gdzie szkliwo zastąpiło trawę, leżały szczątki. Ogień, który nim władał, a potem iluzjonistyczna potęga, która go zgasiła, nie zostawiły mięsa, skóry ani oczu. Zostały tylko kości. Sczerniałe, popękane od niewyobrażalnych temperatur, sterczące z popiołu jak oskarżycielskie, martwe palce. Czaszka, pozbawiona żuchwy, leżała na boku, wpatrzona pustymi oczodołami w szare niebo. Wiatr hulał między żebrami, które kiedyś chroniły serce potężnego maga, a teraz były jedynie klatką dla pustki. Wydawało się, że to koniec. Natura powoli pochłonie te resztki. Deszcze zmyją sadzę, a trawa w końcu przebije się przez szkło, grzebiąc historię Sevraka w niepamięci. Ale są istoty, które nie pozwalają na zapomnienie.

Ciszę martwego krateru przerwał dźwięk, który nie pasował do świata żywych. Nie był to odgłos kroków, lecz szelest przypominający przesuwanie drogiego jedwabiu po zimnym nagrobku. Temperatura i tak niska przez wiatr, spadła gwałtownie, mrożąc krople rosy na poczerniałych kamieniach. Na krawędzi krateru pojawiła się postać. Widmowa Panna. Pani Utraconych. Najpotężniejsza eidolurgini w całej historii świata. Nie przyszła sama. Za jej plecami, niczym cienie oderwane od właścicieli, znajdowały się trzy inne byty. Legendy, których echa będą służyć aż po kres życia Widmowej Panny. Po prawej stronie trwał Nalthar, zwany za życia Krwawym Ostrzem. W dłoni dzierżył jednoręczny miecz, który zdawał się wciąż ociekać fantomową posoką tysięcy zabitych wrogów. Nie poruszał się, ale emanowała od niego aura nieludzkiej, morderczej precyzji. Po lewej, masywny jak góra, klęczał Thorum, Żelazny Bastion. Ogromna tarcza, jaką trzymał, mogłaby bez problemu zasłonić drzwi wejściowe do bogatszej rezydencji. Powietrze wokół stawało się gęste i trudne do oddychania, jakby grawitacja w jego pobliżu działała ze zdwojoną siłą. Nieco z tyłu, rozmyta jak dym na wietrze, czaiła się Isxari, Księżna Zapomnienia. Zabójczyni, której twarzy nikt nie widział za życia i nie zobaczy w przyszłości. Egzystowała jako sugestia ruchu, morderczy szept w ciemności.

Widmowa Panna spłynęła w dół krateru. Stopy nie dotykały popiołu. Suknia, utkana z mroku tak gęstego, że pochłaniał światło dnia, falowała wokół niej, mimo że wiatr ustał, jakby bał się jej dotknąć. Podeszła do stosu kości z elegancją królowej wchodzącej do sali tronowej.

– Biedni, ograniczeni głupcy – wyszeptała, a głos niósł się echem po pustkowiu. Cichy, aksamitny, a jednocześnie zimny jak lód. – Myślą, że niszcząc ciało, zniszczą potęgę. Myślą, że śmierć biologiczna to koniec równania.

Pochyliła się nad pękniętą czaszką Sevraka. Blada, nieskazitelna dłoń, zawisła nad węglem. Usta zaczęły się poruszać, ale nie padły żadne słowa. Zamiast tego, atmosfera zgęstniała. Palce zacisnęły się w pięść, a w kraterze zaczęły formować się pierwsze echa poległych tu wojowników. Nie byli to tylko iluzjoniści. W tym miejscu, przez wieki, zginęło wielu. Zbyt wielu, aby mogła przywołać pamięć wszystkich. 

– Większość krzyczy, ale najbardziej wartościowi są ci, którzy pozostają w ciszy – lordowie przytaknęli, słysząc te słowa. – Więc gdzie jesteś, Sevraku?

Czarodziejka zaczęła się rozglądać pośród armii przywołańców. Chodziła między eterycznymi kształtami, odsyłając ich dotykiem z powrotem w niebyt. Spojrzała ukradkiem na Nalthara. Usta drgnęły w delikatnym uśmiechu. Lord wpatrywał się w echo, wyróżniające się na tle pozostałych. Fioletowo-czarny kształt nie ruszał się. Nawet nie drgnął, gdy Isxari nagle się przy nim pojawiła i przystawiła widmowy sztylet. Sevrak, Opiekun Popiołu, czekał na rozkazy.

– Echa są przelotne – Widmowa Panna wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Napotkała opór na klatce piersiowej. – Lordowie nie.

Nalthar i Thorum postąpili krok naprzód, jakby wyczuwali nadchodzące narodziny kolejnego im podobnym. Widmowe aury zafalowały. Isxari rozpłynęła się w cieniu rzucanym przez Żelazny Bastion, obserwując rytuał niewidocznymi oczami. Panna zaczęła splatać dłonie. Palce poruszały się precyzyjnie, kreśląc w powietrzu znaki, stanowiące bluźnierczą inkantację dla wszystkiego co żywe. Manipulowała pamięcią świata.

– Ty, który zostałeś wymazany w świecie żywych – oddech eidolurgini stał się nierówny, jakby sama natura wyrywała powietrze z jej płuc. – Otrzymałeś szansę, aby na nowo stąpać po świecie, który próbował cię unicestwić. 

Czarodziejka zamknęła oczy. Fioletowe smugi wirowały wokół widmowej postaci. Skupiały się na kształcie. Dłoń kobiety drżała z wysiłku. Niematerialne ciało orka łączyło się z jej własną egzystencją. Po bladej twarzy pociekła strużka krwi. Przywiązanie echa do jestestwa wymuszało ogromny wysiłek. Jednak opłacało się to robić z tymi najlepszymi. Takie widma, w porównaniu do innych przywołańców, bez problemu mogły opuszczać miejsca swojej pamięci. Nawet jeśli zostały pokonane, to po czasie, zawsze wracały do osoby, która je związała. 

Widmowa Panna przykucnęła na jedno kolano. Otworzyła powoli, ciężkie od zmęczenia oczy. Najpierw zobaczyła stopy – potężne, stabilne, zdolne kruszyć skały. Potem nogi, tors szeroki jak dąb. Ramiona, które mogłyby objąć świat i go zgnieść. Półprzezroczyste, utkane z lodowatego błękitu i najgłębszej czerni ciało górowało na tle niepozornej postaci. Zdziwiła się lekko. Wszystkie echa, również lordowie, mieniły się fioletowymi odcieniami. Najwidoczniej, potęga jaką władał Sevrak za życia, potrafiła nagiąć nawet eidolurgię. Ciało orka oplatała czarna, pochłaniająca wszystkie promienie słoneczne, przypalona szata. Zerknęła wyżej, na twarz. W miejscu gdzie niegdyś widniały oczy, paliły się dwa niebieskie ognie. Każdy, kto by to zobaczył, zacząłby się trząść ze strachu, ale ona… ona uśmiechnęła się szeroko. Wstała z niemałym trudem. 

Byt stał nieruchomo. Nie oddychał. Nie drżał. Nie rozglądał się. Był absolutnie posłuszny, wyprany z woli, z wątpliwości, z chaosu, który zabił pierwowzór. To nie Sevrak, ale Widmowa Panna emanował przy nim prawdziwą potęgą. Wyciągnęła rękę i dotknęła czarnej, w połowie zniszczonej szaty. Palce nie przeniknęły przez niematerialną tkankę. Dzięki eidolurgii, echa stawiały opór równy twardości prawdziwych kości i mięśni. Jednak zawsze to robiła, tylko po to, aby pamiętać, że ona sama nadal należy do świata żywych. 

– Nie jesteś zwykłym echem, jesteś czymś więcej – zrobiła stosowną pauzę, aby spotęgować swoje następne słowa. – Jesteś ideą, która stoi ponad wszystkimi – głos brzmiał z dumną satysfakcją kolekcjonera, który zdobył rzadki okaz. – Nalthar przynosi rzeź i spokój – Krwawe Ostrze skłoniło lekko głowę. – Thorum daje nieustępliwość i ochronę – Żelazny Bastion uderzył widmową tarczą o pierś. – Isxari niesie strach i niewidzialną śmierć – echo zafalowało w aprobacie. – A ty… – spojrzała głęboko w błękitne ognie na orczej twarzy. – Ty będziesz niósł oczyszczenie. Jesteś ogniem, który nie grzeje, lecz wypala do cna. Jesteś popiołem, który pokryje wrogów. 

 Echo trwało w bezruchu. Wsłuchiwało się w głos swojej pani. Eidolurgini odwróciła się plecami do krateru i zachodzącego słońca, które barwiło niebo nad Ravenol na krwistą czerwień.

– Jesteśmy kompletni – stwierdziła, a słowa brzmiały jak wyrok. – Moja gwardia jest gotowa. Czas, aby świat przestał polegać tylko na luminatach. Niech zrozumieją… niech Malakar, który powróci, zrozumie, że ja… że moja magia również stanowi dla niego zagrożenie. 

Ruszyła przed siebie, w stronę mroku, który zaczynał gęstnieć w oddali. Cztery widmowe postacie rozpłynęły się w ciemności, zostawiając jedynie, pokrytą cieniami kobietę. Opuściła krater, a w nim stertę bezużytecznych, zwęglonych kości, o których historia miała wkrótce zapomnieć. Ale echo, które z nich powstało, miało trwać do końca jej własnego życia.

Koniec

Komentarze

Cześć Powalinczyku!

 

Uwagi:

Cofnął dłoń, patrząc na nią z obrzydzeniem i fascynacją.

Czyli jak?

To są sprzeczne odczucia, nie do końca wiem, co miałeś na myśli.

Zamiast patrzeć wzrokiem, spojrzał ciepłem.

Rozumiem ideę ognia spalającego od wewnątrz, ale zbyt częste używanie tego motywu wprowadza efekt przeciwny do zamierzonego. To zdanie brzmi dziwnie.

 

Ork odwrócił się powoli.

To bohater jest orkiem???

Warto taką informację dać na początku, bo później wprowadza zamieszanie.

 

Oddaj się w nasze ręce, a damy ci spokój. Uciszymy ten ogień. 

Może chodziło o:

Oddaj się w nasze ręce, a zaznasz pokoju.

Oddaj się w nasze ręce, a ofiarujemy ci pokój. Uciszymy ten ogień. 

 

Świat Sevraka wywrócił się na drugą stronę.

Świat wywrócony na drugą stronę to świat przenicowany :)

 

Ale popełnili błąd. Zaatakowali zimnem kogoś, kto w środku płonął wrzącą lawą.

Trudno mi uwierzyć, że inkwizytorzy byli tak mało rozgarnięci :)

 

emanowała od niego aura czystej, nieokiełznanej precyzji.

Często wydaje mi się, że słowa stoją w Twoim opowiadaniu nie na miejscu, czy to celowe? Nieokiełznana precyzja jest sprzecznością, trudno mi zdecydować, czy chcesz powiedzieć, że był bardzo precyzyjny, czy że był wybujały i rozbuchany?

 

Nadużywasz słowa efemeryczny, co etymologicznie znaczy jednodniowy, to znaczy krótkotrwały.

 

Napisałeś opowiadanie w stylu podniosłym, do czego pasuje walka na śmierć i życie, temat wiecznego unicestwienia i powstania z martwych. Ładnie opisałeś wewnętrzne bulgotanie ognia w bohaterze, interesujący motyw z przywołaniem wojownika z jego kości.

Do przemyślenia jest, czy zawsze chcesz zostawiać tak szczegółowe kolory na wszystkim :)

Pomysł jest dobry, ale ginie w szczegółach. Opowiadanie by zyskało, jeśli je uprościć, a postaciom nadać głębi. Nawet inkwizytorom.

Pozdrawiam!

 

 

Oparł ciężką dłoń o skalną ścianę. Bazalt zasyczał pod dotykiem

Oparł dłoń o skalną ścianę. Albo Oparł dłoń o skalną ścianę ciężko.  

 

Góry Ytheron milczały. Nienaturalna, ciężka cisza, jakby sam kamień wstrzymał oddech w oczekiwaniu na katastrofę.

Co tak ludzie uwielbiają tą ciszę…

Wystarczy “Cisza, jakby…. po co dopisywać nienaturalna i ciężka, skoro wiemy, że góry milczały?

 

Z uwag:

 

Ogień w głowie Sevraka mówi do niego wprost: "Spal ich! Są słabi! Są z lodu i kłamstwa!".

Trochę łopatologiczne te inwersje :)

 

 

Dobra, teraz podsumowanie.

 

Ogólem przedstawileś dość interesujace, klasyczne Dark Fantasy z motywem potężnego maga który uciekł, stracił kontrolę, klasyczny mroczny szwarcharakter. Za nim, oczywiście zostaje wspaniała drużyna.

Lubię takie sztampy :) 

 

Ale było trochę ale.

 

Moim zdaniem te przekombinowane opisy i wstawki były słabe. Tak samo niektóre teksty zabijanych inkwizytorów jak te:

– Formacja defensywna! – krzyknął dowódca, widząc, że psychiczny atak zawiódł. – On jest silniejszy, niż mówiły raporty! Kajdany!

Jakoś dla mnie też były ala Paolo Coehlo. Ale spokojnie, ja też takie robiłem :) Chodzi o to, żeby dialogi/kwestie przedstawiały i dodawały coś prawdziwego, sensownego. Tymczasem to jest oznajmianie rzeczywistości. Coś, co w sumie domyślić się można z opisow. Sam takie błędy popełniałem na początku niszcząc fajne pomysły :)

 

Natomiast plus za wykreowany świat, klasyczne dark fantasy. Pisz dalej i poprawiaj warsztat :) 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Super! Dziękuję za te wszystkie uwagi. W wolnej chwili wezmę się za poprawki.

Cześć 

Główny mój problem w zrozumieniu fragmentów z Universum piszących jest to, że gubię się w niewyjaśnionych kwestiach, kto lub co się z czego wzięło, co było przed, a co po. 

Rozumiem Szanowny Autorze, że masz swój plan, wizję lub całość już napisaną, ale fajnie by było, gdybyś przedstawił taki urywek, który byłby bardziej zrozumiały, bo to, że wymieniasz bohaterów Universum, na dobrą sprawę tłumaczysz od czego są, to jednak gdzieś konstrukcja fabuły buja się jak Tokyo przy ośmiu w skali Richtera. 

Nie można odmówić Ci dobrego warsztatu, ponieważ czyta się dobrze. 

Pozdrawiam 

 

Hesket

Cześć

Wielkie dzięki za miłe słowa. W tym fragmencie trochę mnie poniosło i faktycznie zaserwowałem za dużo informacji na raz. Na przyszłość postaram się tego unikać.

Co do samego uniwersum. Tak jak wspomniałem w przedmowie, opowiadania będę traktować jak cykliczny trening. Z każdą kolejną publikacją mój świat będzie nabierał coraz więcej sensu.

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka