- Opowiadanie: Lunapark11 - Ucieczka Jacka II

Ucieczka Jacka II

Przedstawiam moje opowiadanie pt. “Ucieczka Jacka” – które już wcześniej tutaj opublikowałem. Opowiadanie “Ucieczka Jacka II”  zawiara inną, alternatywną wersję zakończenia. Główny bohater decyduje się na inne rozwiązanie swojej ucieczki z Pierścienia. Ciekaw jestem, czy komuś właśnie ta wersja przypadnie bardziej do gustu. 

A może takie zakończenie zupełnie nie pasuje, może psuje klimat tego krótkiego opowiadania? 

Zapraszam do komentowania. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Ucieczka Jacka II

Jack musiał stąd uciec. To miejsce już od dłuższego czasu nie było dla niego i jemu podobnych – Niepokornych – zbyt przychylne. Ostatnio jednak każdy dzień – ba, każda godzina – spędzone w tym podziemnym więzieniu stawały się nieustanną walką o przetrwanie. Jemu osobiście najbardziej przeszkadzało coraz bardziej dające się we znaki zimno – temperatura w dzień, przy na wpół rozkręconych pompach grzewczych oscylowała w granicach -15 -20 stopni Celsjusza – w nocy było jeszcze gorzej. Pompy pracowały niby na pełnych obrotach, a niedawno wszystkie brygady otrzymały nowocześniejsze kombinezony, jednak to zimno… zwłaszcza w nocy było nie do wytrzymania. Mimo że zapinał swój kombinezon najszczelniej jak tylko było to możliwe, to i tak od kilku miesięcy nie był w stanie zmrużyć oka na dłużej niż dwie, trzy godziny. Zwijał się w pozycję embrionalną – na tyle, na ile pozwalał mu sztywny kombinezon – zamykał oczy, a jego ciało po krótkim czasie zamieniało się w kawał zimnego kamienia. Wtedy najczęściej płakał, wbijając zęby w szorstki i twardy materiał rękawicy. 

Ponadto zarząd Pierścienia wprowadził ostatnio całkowity – całkowity! – a więc tyczył się także chorych, matek z małymi dziećmi oraz starców – zakaz używania w Celach dodatkowych piecyków elektrycznych. Powodem tej decyzji był zbyt duży pobór mocy urządzeń. 

Pierścień potrzebował przede wszystkim energii elektrycznej w tym trudnym okresie, jakim była zima. A zima trwała tu już prawie dwa lata i nie zanosiło się na to, by szybko miałaby się skończyć.

Jack musiał coś wymyślić. Nie siedział tu tak długo jak inni, no chociażby Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch – oni w jego mniemaniu byli tu od zawsze, lecz tych kilka lat spędzonych w Pierścieniu wystarczyło mu, by codziennie budził się z nieodpartym imperatywem jak najszybszego opuszczenia tego miejsca.

W Celi siedział sam, nie przysługiwał mu żaden towarzysz, przede wszystkim z racji tego, że na swoim kombinezonie miał naszyty różowy romb – co oznaczało, że ma przechlapane. Był Niepokornym, w hierarchii Pierścienia praktycznie na końcu łańcucha pokarmowego. A to oznaczało mało jedzenia, zero towarzyszy oraz dużo, naprawdę dużo pracy i zero przydziału na choćby niewielką lampkę elektryczną, rozświetlającą ciemność jego Celi w nocy. W dzień jego Cela, jak i pozostałe, była oświetlona, taki na szczęście był przywilej wszystkich. Z wyjątkiem Hien – nieszczęśników znajdujących się najniżej w hierarchii Pierścienia. A Pierścień bardzo dbał o swoją hierarchię. Wychodził z założenia, że im bardziej jest ona uporządkowana i szczelna, tym pełniejsza kontrola słabszych nad silniejszymi. W Pierścieniu każdy był i tym słabszym, i tym silniejszym – z wyjątkiem Hien, oni nie mieli pod sobą słabszych.

Ciekawe – zastanawiał się Jack - czy podobne przemyślenia na temat Pierścienia i swojej sytuacji mieli chociażby Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch? A może… ich mózgi zostały już dawno doszczętnie wyprane?!

 

Nie pamiętał, jak znalazł się w Pierścieniu. Twierdził, że pewnego dnia po prostu się w nim znalazł. Nie wiedział też, dlaczego przyszyto mu naszywkę z tym różowym rombem, klasyfikującym go jako Niepokornego. Może coś przeskrobał w swoim życiu przed Pierścieniem?! Każdy z tych, którzy się tu znaleźli, kiedyś egzystował poza Pierścieniem. Przecież to było oczywiste, jak to, że wiele lat temu na jego planetę spadła ogromna kometa, która doprowadziła do potwornych anomalii, między innymi do nagłego obniżenia temperatury… a co za tym idzie powolnego wymierania fauny i flory. Na powierzchni planety nie dało się żyć, dlatego powstał Pierścień. Przeczytał o tym w obowiązkowym podręczniku do historii zatytułowanym: „Jedyna i Najprawdziwsza historia naszej planety oraz nas wszystkich” Maksyma Gołkowa.

Uśmiechnął się teraz do siebie. Zaraz po tym, jak tu trafił, musiał wkuć na pamięć całą zawartość tego Jedynego i Słusznego podręcznika do historii. Miał na to 9 dni. 9 dni na opanowanie materiału zawartego na 890 stronach! Prawie 90 stron na dzień. Ale dał radę. Odpowiedział poprawnie na 120 z 200 pytań. To wystarczyło. Ledwo.

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co on. Ci, którzy prania mózgu nie przeszli, dostali pomarańczowe ostrzegawcze naszywki oznaczające Niepewnych. Niepewni zostali zakwaterowani w zbiorczej Celi. Pozostawieni bez jedzenia przez dwa tygodnie. Dwa tygodnie! Przez ten czas byli permanentnie obserwowani, każde ich słowo, każdy ich gest były poddawane analizie. Na podstawie tej analizy niektórzy po prostu zaczęli przepadać. – “Nie przeszli poprawnie weryfikacji i musieli zostać przeniesieni w inne, dogodniejsze oraz bezpiecznijsze dla nich miejsce…” – taka krążyła oficjalna wersja zarządu Pierścienia w sprawie zniknięcia więżniów z pomarańczowymi oznaczeniami.

Jednak Jack znał wersję nieoficjalną – dostał gryps od Kapitana. 

Nieszczęśnicy ci zostali za karę rzuceni do najgorszej i najcięższej roboty w Pierścieniu. Do pracy przy odpadach na jego dnie. Do ohydnej i ciemnej śmierdzącej kloaki, gdzie gromadziły się toksyny, chemikalia oraz wszelkie śmieci pochodzące z procesów metabolicznych wszystkiego, co żyło w Pierścieniu.

W tej kloace żyły i pracowały właśnie Hieny – ci, którzy mieli wszystkich nad sobą, a nikogo pod sobą. Należeli do wszystkich, nie mieli nic – oprócz codziennej, niekończącej się udręki. Żywe trupy…

Przekręcił się na lewy bok. Nie mógł spać. Nocny kombinezon uwierał go w szyję, uciskał uda, utrudniał oddychanie, a poza tym było tak zimno, tak zimno…

– Kaltt! Kaltt! Kaltt! – Szepnął w swoim naturalnym języku, jakby licząc na to, że to nikłe zaakcentowanie regionu, z którego pochodził, sprawi, że zrobi mu się cieplej.

– Niech to szlag! – Zaklął. Te nowe kombinezony nocne były do kitu. Były nie tylko mniej wygodne od starych, to jeszcze nie chroniły tak dobrze przed zimnem. A może… Pomyslał. To nie kwestia kombinezonów, może było po prostu zimniej… Może, w nocy, pompy po prostu coraz gorzej radziły sobie z utrzymywaniem znośnej temperatury wewnątrz Pierścienia?! Czyżby akumulatory…

– Kurwa! – Zaklął nagle, zwijając się raptownie w kłębek. Wysoko amperowa dawka elektryczności przeszyła jego ciało niczym błyskawica, porażając chyba każdy nerw. Wiedział, co to oznacza. To było ostrzeżenie. Drugiego nie będzie. Jeśli nie przestanie, stanie się Hieną.

Hieną… Nie mieściło mu się to w głowie.

Każdy z nich – Niepokornych – był poddany nieustannemu podsłuchowi. Miniaturowy, wielkości połowy paznokcia małego palca czarny chip wszyto mu bezceremonialnie w małżowinę uszną, po tym jak otrzymał ten nieszczęsny różowy emblemat. Od tego momentu musiał uważać na każde słowo. A także – co dużo gorsze – na każdą myśl, która mogła nie spodobać się Pierścieniowi. Na dłuższą metę nie było to możliwe. Nikt nie był w stanie całkowicie kontrolować swoich myśli. Nawet ci starzy wyjadacze – Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch.

Ale on miał zagłuszacz. Zagłuszacz. To wielka rzecz w Pierścieniu. Ale i bardzo niebezpieczna. Za jego posiadanie był tylko jeden wyrok – wyrok zesłania do najciemniejszego i najniższego poziomu Pierścienia, jego kloaki, ścieku, i zostanie Hieną.

Ostatnio jednak zagłuszacz nie pracował równo. Nie gubił sygnału jak należy. Pracował z przerwami. To stąd te ostatnie ostrzeżenia. Pewnie przyczyn nierównej pracy urządzenia należałoby się doszukiwać w coraz niższych temperaturach panujących we wnętrzu Pierścienia oraz zużycia się izolacji. Na to pierwsze nie mógł nic poradzić, na to drugie też nie za bardzo. Musiałby mieć dojście do polichlorka winylu. Istniała jednak szansa, że ktoś ze starych wyjadaczy jest w posiadaniu tego materiału. A może kawałek taśmy izolacyjnej by wystarczył?

Wstał powoli z lóżka. Starał się nie hałasować. Schylił się. Przez chwilę macał ręką ciemność pod łóżkiem. Wyciągnął spod niego skórzany, mocno już sfatygowany trep roboczy. Zanurzył w nim rękę. Wyciągnął grubą gąbkę.

– Jesteś… – Szepnął do niewielkiego czarnego prostokąta, na środku którego migała czerwona lampka. Pod lampką znajdował się przykryty plastikową szybką potencjometr. Wskazówka potencjometru drgała. – Niedobrze – pomyślał. Czerwona diodka nie powinna migać, wskazówka potencjometru nie powinna drgać. Przyjrzał się uważnie urządzeniu. Odczytał maleńkie cyferki oznaczające napięcie, które wytwarzało – 0,6/1 kv.

– Wychodzi na to, że kawałek dobrej taśmy izolacyjnej powinien wystarczyć. – Stwierdził.

Zmarszczył czoło. Przez chwilę zastanawiał się, skąd mógłby taki materiał zdobyć. Jedynym ratunkiem byli starzy wyjadacze: Stary Joel, Kapitan, Lekkoduch… Może nawet Siwus…

Ale… Nie widział już ich od kilkunastu dobrych miesięcy.

– Kurewsko zimno… – Zaklął pod nosem i otrzepał powierzchnię nocnego kombinezonu ze szronu. Pewnie pompy grzewcze znowu działają na zbyt niskich obrotach. Akumulatory niedługo przestaną działać, jeśli nic z tym nie zrobią. – Przeklęty Pierścień! Zginiemy tu, zginiemy tu wszyscy… Zamarzniemy na kość… – Czarne myśli kłębily mu się w głowie.

Zagryzł rozpaczliwie pięść i przypomniał sobie, że po ostatniej nocy znowu wynieśli kilkoro zamarzniętych dzieci i kilku starców. Przypomniał sobie też, że jedną z matek, która wpadła w szał po śmierci swojego dziecka – i nie mogła się uspokoić, rzucając obelgi w stronę Pierścienia – zapięli w skafander, załadowali do windy, która jeździła tylko na najniższe piętro… – Hiena… taki jej los… – Pomyślał gorzko. – Muszę stąd uciec… Po prostu muszę…

Na chwilę stracił kontrolę. Kiedy to sobie uświadomił, było już za późno. Czerwona diodka na zagłuszaczu przestała świecić. Wskazówka potencjometru spadła prawie do zera.

Przełknął ślinę. Może jednak zagłuszacz dał radę zgubić sygnał… Poczuł jak mimo przeraźliwego zimna całe jego ciało zaczyna się pocić. Ale to był zimny pot. Pot strachu.

Nie czekał długo. Może dosłownie pół minuty.

Wpadli do jego Celi we czterech. W bojowych szarych skafandrach z czerwonymi naszywkami na piersi w kształcie pierścienia. Uzbrojeni w karabinki automatyczne typu AK– 74. Na głowach mieli założone czerwone hełmy, twarze przysłonięte czarnymi osłonami. Z ich skafandrów wydobywała się para, ciężko dyszeli. Wyglądali jak przyczajone do ataku wielkie buldogi.

– Niepokorny! – Powiedział ten znajdujący się najbliżej. – Idziesz z nami. Złamałeś regulamin. Decyzją Rady Pierścienia zostajesz przetransportowany na najniższy poziom i przydzielony do pracy przy odpadach. Od teraz stajesz się Hieną i nie przysługują ci żadne prawa!

Jack patrzył na nich spokojnie.

– Niepokorny! – Zaczął po chwili ten sam z brygady bojowej. – Odwróć się powoli. Ręce za głowę!

Zrobił to, co od niego wymagali. Powoli się odwrócił. Lecz zanim założył ręce za głowę, zdążył jeszcze zamknąć w dłoni garść kilkumilimetrowych ostrych jak brzytwa opiłków, pociętych w kształt rombów, które wcześniej wyjął ze skórzanego trepa.

– Pora się stąd wydostać… Jack… W drogę…Już czas… Już czas… – Powiedział szeptem, chcąc błyskawicznie wpakować do gardła całą zawartość tego, co trzymał w dłoni.

Jednak w ostatniej chwili zatrzymał rękę. Usłyszał coś. 

Z maleńkiego czipa wszytego w jego małżowinę uszną popłynął spokojny głos:

– Hey, Jack…Jack… Nie rób tego. Oni blefują… Wszystko tu to kłamstwo… Tak naprawdę oni się nas boją, panicznie boją…

– „Stary Joel..?!” – Wyszeptał, marszcząc czoło i skupiając teraz cała swą uwagę na głosie płynącym z miniaturowego urządzenia.

– Niepokorny! Unieś ręce, jak mówiłem! – Powtórzył ostro dowódca brygady bojowej.

– Nie ma żadnych Hien, nie ma żadnej katorżniczej pracy tam dole… – Spokojny głos znowu płynął. – Nie ma nic… Są tylko bajki, które nam wciskają… Na tym polega cały Pierścień. Na bajkach… To jedyna siła Pierścienia…

– Niepokorny! Mówię ostatni raz! – Zagrzmiał dowódca.

Jack zawahał się.

– Im groźniejsze robią miny, tym bardziej się nas boją… – Głos znowu płynął. – Uwierz mi… Wszystko to fikcja. Ich broń to zwykłe atrapy, ich mięśnie są puste, ich surowe twarze tylko maskują to, jacy są słabi… Więc… Proszę… Nie rób tego, Jack…

Zamknął oczy. Przez chwilę słyszał jedynie swój ciężki, zmęczony oddech, który z trudem wydobywał się z przygwożdżonej ciężarem kombinezonu klatki piersiowej.

– Jack… Jesteś tam? Jack…? – Znów usłyszał głos. – Oni tylko czekają, byś to zrobił, byś wpakował sobie to żelastwo do gardła…

Z trudem wciągnął lodowate powietrze do płuc, poczuł w piersi nieznośne ukłucia drobnych igiełek. Po chwili wolno wypuścił powietrze. – Nigdy więcej! – Podjął już decyzję. Otworzył dłoń i niepostrzeżenie wysypał opiłki na podłogę. Uniósł ręce.

– Dobra decyzja, Niepokorny. Teraz idziesz z nami! Odwróć się powoli. – Rozkazał stanowczo dowódca brygady.

Jack zobaczył wycelowane w niego karabinki. Wzdrygnął się. Poczuł niepokój.

– Nie bój się, Jack… Niebawem się zobaczymy… – Uspokoił go głos.

Wyszli z nim na korytarz. Zaprowadzili do windy, tej windy, która jeździła na sam dół Pierścienia.

– Właź! – Usłyszał rozkaz.

Wszedł do środka. Po chwili drzwi się zamknęły i pojechał. Sam. 

Winda w końcu się zatrzymała. Zobaczył w rogu czerwone migające światło. Drzwi otworzyły się wolno. Przez chwilę widział tylko ciemność. Zaraz jednak korytarz przed nim rozbłysnął niebieskawym światłem. Korytarz nie był długi, chociaż jemu wędrówka nim wydawała się wiecznością. Był pewien, że lada moment znajdzie się w miejscu, którego tak wszyscy w Pierścieniu panicznie się bali. I zostanie Hieną.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się automatycznie. Buchnęło ostre światło. Odruchowo zmrużył oczy. Nie pamiętał, kiedy widział taką jasność. Może nigdy? Szedł w stronę światła, jak wielka szara ćma lgnąca niestrudzenie do jednej, jedynej lampy pośród niezmierzonego mroku.

Przeszedł przez drzwi. Ostre światło wciąż go oślepiało.

Poczuł na swojej twarzy promienie prawdziwego słońca, pod butami zachrzęścił prawdziwy piasek. Poczuł powiew prawdziwego wiatru. Uniósł głowę, wciąż mrużąc oczy. Łzy ściekały mu po skostniałych policzkach, kapiąc na nocny kombinezon i mieszając się z topniejącymi grudkami lodu z Pierścienia. Było tak ciepło. Tak ciepło… Tak przerażająco ciepło…

Gdy jego wzrok przyzwyczaił się do jasności, w oddali zobaczył sylwetki zmierzających ku niemu ludzi. Nie mógł uwierzyć, ale byli to Stary Joel, Kapitan, Lekkoduch, Siwus i paru jeszcze innych, którym udało się wyzwolić. 

Kiedy się odwrócił, by sprawdzić, czy drzwi, którymi wyszedł, nadal na niego czekają, zobaczył roztaczający się przed nim błękitny bezkres oceanu. Usiadł na mokrym miękkim piasku. Powoli zaczął rozpinać kombinezon nocny.

Ocalał.

Pierścień przestał istnieć.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Przykładowe kwestie techniczne i wynikające z nich sugestie oraz wątpliwości – tylko do przemyślenia:

 

Cały tekst trzeba jeszcze przejrzeć i poprawić, także poprzez wyjustowanie, bo pojawiają się takie oto fragmenty, rozkładające jedną myśl z jednego akapitu i na kilka innych, co utrudnia zrozumienie treści:

„Pierścień bardzo dbał o swoją hierarchię, która była bardzo rozbudowana. Im bardziej rozbudowana i szczelna hierarchia, tym większa kontrola słabszych nad silniejszymi

(z wyjątkiem rzecz jasna Hien). W Pierścieniu każdy był i tym słabszym, i tym silniejszym. Każdy musiał się pilnować”.

 

Tu np. brak spacji:

To miejsce już od dłuższego czasu nie było dla niego i jemu podobnych – Niepokornych – zbyt przychylne, a w ostatnim czasie każdy dzień (TU) – ba, każda godzina – spędzone w tym podziemnym „więzieniu” stawały się walką o przetrwanie.

 

Tutaj widzę literówkę:

Wyszeptał, marszcząc czoło i skupiając teraz cała swą uwagę na głosie płynącym z miniaturowego urządzenia.

 

Tu jest powtórzenie i brak przecinka:

Jemu osobiście najbardziej przeszkadzały coraz bardziej dające się we znaki zimno – temperatura w dzień, przy na wpół rozkręconych pompach grzewczych oscylowała w granicach -15 -20 stopni Celsjusza – w nocy było jeszcze gorzej.

 

Tu kolejne powtórzenia, czyli błędy stylistyczne:

Ciekawe, czy podobne przemyślenia na temat Pierścienia i swojej sytuacji mieli Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch? A może… Nie mieli już żadnych przemyśleń, żadnych własnych przemyśleń, może ich mózgi zostały już dawno doszczętnie wyprane?! (…)

Może coś przeskrobał w swoim życiu poza Pierścieniem, bo to, że miał inne życie poza Pierścieniem, nie wątpił. Każdy z tych, którzy się tu znaleźli, kiedyś miał swoje życie poza Pierścieniem. (…)

Przecież to było oczywiste, jak to, że wiele lat temu na jego planetę spadła ogromna kometa, która doprowadziła do potwornych anomalii, między innymi do nagłego spadku temperatury… a co za tym idzie powolnego wymierania fauny i flory.

 

Wypowiedzi bohaterów/dialogi – do generalnej zmiany, np.:

– Kurewsko zimno… Zaklął pod nosem i otrzepał powierzchnię nocnego kombinezonu ze szronu. – Pewnie pompy grzewcze znowu działają na zbyt niskich obrotach. Akumulatory niedługo przestaną działać, jeśli nic z tym nie zrobią. Przeklęty Pierścień! Zginiemy tu, zginiemy tu wszyscy… Zamarzniemy na kość… Pomyślał. – Muszę się stąd wyrwać! Po prostu muszę..! – Krzyknął prawie, zagryzając pięść i przypomniał sobie, że po ostatniej nocy znowu wynieśli kilkoro zamarzniętych dzieci i kilku starców. Przypomniał sobie też, że jedną z matek, która wpadła w szał po śmierci swojego dziecka – i nie mogła się uspokoić, rzucając obelgi w stronę Pierścienia – zapięli w skafander, załadowali do windy, która jeździła tylko na najniższe piętro… Hiena… taki jej los… Stwierdził gorzko.

Muszę stąd uciec… Muszę… (…)

– Niepokorny! – Zaczął po chwili ten sam z brygady bojowej. – Odwróć się powoli. Ręce za głowę! (…)

– Niepokorny! –Powiedział ten znajdujący się najbliżej. (…)

– Pora się stąd wydostać… Jack… W drogę…Już czas… Już czas… – Powiedział szeptem, chcąc błyskawicznie wpakować do gardła całą zawartość tego, co trzymał w dłoni. (…)

– „Stary Joel..?!” – Wyszeptał, marszcząc czoło i skupiając teraz cała swą uwagę na głosie płynącym z miniaturowego urządzenia.

– Niepokorny! Unieś ręce, jak mówiłem! – Powtórzył ostro dowódca brygady bojowej.

– Nie ma żadnych Hien, nie ma żadnej katorżniczej pracy tam dole… Spokojny głos znowu płynął. Nie ma nic… Są tylko bajki, które nam wciskają… Na tym polega cały Pierścień. Na bajkach… To jedyna siła Pierścienia…

 

 

Pomysł na genezę Pierścienia jest naprawdę dobry, ale tekst trzeba starannie poprawić pod kątem usterek językowych. Na razie bardzo trudno skupić się na samej fabule, ciągle wypisując błędy.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

Pecunia non olet

Dziękuję serdecznie za cenne rady oraz wskazówki. Zabieram się więc za poprawę tekstu.

I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Drogi autorze!

Przeczytałem obie wersje Twojego opowiadania i każda ma swoją gamę problemów. Obie mają za to w sobie stanowczo za dużo suchej ekspozycji i prostą historię, niegodną świata, który dla nich kreujesz.

 

Pierwszą można by uprościć do bohatera, który w obliczu zmiany swoich warunków na gorsze wybiera wyjście z opresji poprzez samobójstwo. Tyle. Jedna decyzja, cała historia. Wszystkie pozostałe opisane przez Ciebie wydarzenia były albo wspomnieniami, albo domysłami, albo plotkami, albo cudzą propagandą. I cały, rozbudowany świat z potencjałem, który dla małego fragmentu w tej formie jest niewiele istotny. Jeśli opowiadasz o człowieku bijącym się z własnymi myślami przez nieokreślony odcinek jednej nocy, to nie potrzebujesz tego całego tła. Możesz w ramach treningu skupić się na emocjach, które w nim buzują i próbować trafić nimi do czytelnika. Wydarzenia, których Twoja widownia nie przeżyła wraz z bohaterem, nie będą tak mocno rezonować. Ostatnią uwagą będzie jeszcze to, że na swoistą ucieczkę bohater wybrał chyba najboleśniejszą i najdłuższą metodę jaka była dostępna. Nie wydaje mi się też, żeby pokaleczony język, policzki, podniebienie, przełyk, niewątpliwie ściśnięte gardło, walczenie o oddech, krztuszenie się i wymiotowanie krwią można było opisać jako wszechogarniające ciepło.

 

Druga opcja, która daje dużo szersze pole do popisu, pobudza wyobraźnię, wykorzystuje wspomniane wcześniej postacie i daje odpowiedź na część pytań, niestety wywołuje też tych pytań więcej. A w tym stanie o satysfakcji z czytania nie ma mowy. W obecnej formie nie wiem, czy zaobserwowane wydarzenia mam potraktować jako majaki głównego bohatera, czy kolejny etap w dłuższej historii. Jeśli to pierwsze, to niewiele się zmieniło względem pierwszej wersji, a jeśli to drugie, to cały misterny świat rozleciał się właśnie w drobny mak.

 

Pamiętaj, że nawet jeśli świat wykreowany jest przez Ciebie, to z perspektywy jego mieszkańców powstawał budowany przez nich, wedle ich planu i wszelkie intencje powinny być widoczne. Zachowania bohaterów też powinny mieć sens. A w tym momencie widzę, że z jakiegoś powodu Stary Joel przemawia do Jacka poprzez czip? Czy to oznacza, że ma on wbudowany głośnik i zawsze można się było tak komunikować? Nie było nic wcześniej wspomniane o głosach prosto w ucho. Dlaczego więc zarząd Pierścienia nie wykorzystywał tego narzędzia do ostrzeżeń, poleceń, czy dalszej propagandy? Dlaczego Stary Joel nie kontaktował się z Jackiem wcześniej, skoro miał dla niego takie dobre wieści? Czekał na dogodniejszy moment? Rozwiązanie wszystkich problemów Jacka było w rękach Joela już od samego początku! Jeśli powiesz mi, że to zagłuszacz do samego końca blokował wcześniejsze próby kontaktu, to świetnie, przybijam piątkę. Tylko słowa Joela wcale tego nie wyrażają. Mało tego. Zdradzając, że strażnicy są słabi i wystraszeni mógł sprowokować Jacka do ataku, a to by była tragedia. Dalej, czy cała ekipa starych wyjadaczy nie miała nic innego do roboty tylko stać przy wyjściu na plażę i machać? Zniknęli w końcu kilkanaście miesięcy wcześniej. Czy czas działa tutaj inaczej? Czy cały Pierścień to jakiś zły sen? Dlaczego najgorsza kara w całym Pierścieniu okazuje się nagrodą? W jakim celu ta cała mistyfikacja? Skoro zagłuszacz chroni przed trafieniem do Hien, a posiadanie zagłuszacza grozi trafieniem do Hien, to dlaczego opisujesz go jako niebezpieczny? Na moje oko to wariant zupełnie bez wad i ryzyka.

 

Kończąc przytyki, ta koncepcja ma potencjał i warto nad nią pracować. Twój bohater musi jednak koniecznie przeżyć w tym świecie dużo więcej. Nie może tylko powtarzać „zimno mi i nie chcę tu być”. Pozwól mu spróbować piąć się w hierarchii, zamiast tylko płakać, że spadnie w dół. Niech nawiąże nowe relacje, zrealizuje jakiś plan, odkryje spisek, poniesie porażkę, zostanie zdradzony, sam zdradzi i co Ci tylko przyjdzie do głowy. Niech rozwinie się w jakiś sposób, a potem sobie może uciekać, ile tylko zechce.

 

Czytał Mieczysław Gajda

Zamieniłeś, szanowny Autorze, zakończenie tragiczne na zakończenie bajkowe. Co nie wyszło tekstowi na zdrowie.

Wczytaj się uważnie w komentarz P3rshinga.

Jemu osobiście najbardziej przeszkadzało coraz bardziej dające się we znaki zimno – temperatura w dzień, przy na wpół rozkręconych pompach grzewczych oscylowała w granicach -15 -20 stopni Celsjusza – w nocy było jeszcze gorzej.

Zapisałabym: Najbardziej przeszkadzało mu. Bo zwykle przeszkadza nam osobiście, a nie w imieniu znajomych. Poza tym dające się we znaki, to przeszkadzające, więc masło maślane. 

Myślę, że te widełki temperatur są zbędne, bo samo -20, czy -15 daje nam informacje, koło czego była temperatura. Cyfry zapisujemy słownie, zresztą minusy i plusy też.

 

Mimo że zapinał swój kombinezon najszczelniej jak tylko było to możliwe, to i tak od kilku miesięcy nie był w stanie zmrużyć oka na dłużej niż dwie, trzy godziny. 

 

Ponadto zarząd Pierścienia wprowadził ostatnio całkowity – całkowity! – a więc tyczył się także chorych, matek z małymi dziećmi oraz starców – zakaz używania w Celach dodatkowych piecyków elektrycznych. Powodem tej decyzji był zbyt duży pobór mocy urządzeń. 

Wykrzyknik w środku zdania?

Raczej mocy przez urządzenia? Bo to nie urządzeniom pobierano.

 

 

 

Pierścień potrzebował przede wszystkim energii elektrycznej w tym trudnym okresie, jakim była zima. A zima trwała tu już prawie dwa lata i nie zanosiło się na to, by szybko miałaby się skończyć.

Lubisz bliskie powtórzenia, ale czytelnicy ich nie lubią ;)

 

https://sjp.pl/imperatyw

 

W Celi siedział sam, nie przysługiwał mu żaden towarzysz, przede wszystkim z racji tego, że na swoim kombinezonie miał naszyty różowy romb – co oznaczało, że ma przechlapane.

Ja bym tych celi i pierścieni nie pisała z dużej.

 

Był Niepokornym, w hierarchii Pierścienia praktycznie na końcu łańcucha pokarmowego. A to oznaczało mało jedzenia, zero towarzyszy oraz dużo, naprawdę dużo pracy i zero przydziału na choćby niewielką lampkę elektryczną, rozświetlającą ciemność jego Celi w nocy. W dzień jego Cela, jak i pozostałe, była oświetlona, taki na szczęście był przywilej wszystkich. Z wyjątkiem Hien – nieszczęśników znajdujących się najniżej w hierarchii Pierścienia.

Piszesz, że był końcu łańcucha, ale okazuje się, że nie, bo są hieny.

Nadużywasz zaimków. Jeśli drapiemy się po głowie, mamy dziurę w spodniach i dostajemy w gębę, to one są nasze, ale niekoniecznie trzeba to podkreślać.

 

Ciekawe – zastanawiał się Jack - czy podobne przemyślenia na temat Pierścienia i swojej sytuacji mieli chociażby Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch? A może… ich mózgi zostały już dawno doszczętnie wyprane?!

 

Myśli trzeba wydzielać, żeby nie myliły się z narracją.

 

 

 

Nie pamiętał, jak znalazł się w Pierścieniu. Twierdził, że pewnego dnia po prostu się w nim znalazł.

 

Dużo masz powtórzeń, w tym fabularnych, to utrudnia czytanie. 

Przydałoby się betowanie.

delulu managment

Nowa Fantastyka