Wstęp
Spisuję te słowa u schyłku życia, gdy już wiele innego ponad snucie opowieści mi nie zostało. Gdy patrzę w lustro, trudno mi dostrzec tego energicznego, szczupłego młodzieńca o gęstej czuprynie i ostrych, zdecydowanych rysach, którego poznasz Czytelniku na kartkach tej książki. Widzę zgrzybiałego starca we flanelowych spodniach i jedynie błysk w oku może świadczyć, że to jedna i ta sama osoba. Zapewniam jednak, że umysł i pamięć mnie nie zawodzą, choć i to w końcu przecież się zmieni. Z tego właśnie powodu zdecydowałem się właśnie teraz na publikację wspomnień.
Pamiętnik ten, oparty o notatki, które skrupulatnie prowadziłem przez całą swoją karierę właśnie w tym celu, nie jest spowiedzią, nie mam też zamiaru dostarczać błahej rozrywki niedzielnym czytelnikom łaknącym dreszczyku emocji. Głównym moim celem jest przekazanie bezcennego doświadczenia oraz wiedzy zgromadzonych przez sześćdziesiąt z górą lat praktykowania zawodu prywatnego detektywa. Młodzi adepci tej szlachetnej, choć niewdzięcznej profesji nie mają do dyspozycji profesjonalnych studiów i szkół, a naturalna skłonność do samotnej pracy nie zachęca tych niewielu doświadczonych do brania pod swoje skrzydła uczniów. Zostają więc tylko wspomnienia wielkich przedstawicieli, nierzadko skryte za grubą zasłoną fikcji, żeby wspomnieć choćby Sherlocka Holmesa, Pana Samochodzika czy wielkiego Herkulesa Poirota. W tym zacnym gronie przyjdzie i mi się znaleźć, a sądzę, że dzieło, które stworzyłem, jest o tyle cenniejsze od wspomnianych klasyków, że bliższe czasom współczesnym, a także opisane bez zbędnych upiększeń i romantycznego wygładzenia. Zapewniam, że choć z oczywistych względów wspomnienia moje są subiektywne i pełne osobistych obserwacji, to nie ma w nich ani krzty fikcji literackiej i autokreacji. A jeśli ktoś twierdzi inaczej (co, z przykrością stwierdzam, zdarzało się przy publikacjach pojedynczych fragmentów lub wywiadów), to łże jak pies.
Sprawa Pierwsza
Jedną z najważniejszych cech prywatnego detektywa jest cierpliwość. Brutalna rzeczywistość szybko (stosunkowo) odfiltrowuje narwańców, którzy nie są w stanie czekać dniami, a czasem i tygodniami na zlecenie. Opisywanego dnia jednak nawet ja, mimo znanej w branży wytrwałości odczuwałem kryzys. Mijało właśnie pół roku od ostatniej roboty, w dodatku niewielkiej. Czekałem rozpaczliwie na telefon w swoim biurze umiejscowionym w starym budynku pełnym niewielkich przedsiębiorstw, magazynów i sal prób zespołów rockowych. W akcie desperacji, aby zmusić telefon do zadzwonienia, postanowiłem opuścić pokój i zdobyć śniadanie. Technika okazała się skuteczna – gdy kilkanaście minut później wracałem korytarzem, dzierżąc triumfalnie kanapkę z pastą jajeczną, wyłowiłem dźwięk dzwonka przebijający się przez kaleczącą uszy interpretację utworu „Zombie” z repertuaru grupy The Cranberries. Natychmiast przyspieszyłem kroku, powstrzymując się jednak od biegu, który z pewnością sprawiłby, że po drugiej stronie odezwałby się automat proponujący mi rewolucyjny zestaw garnków. Nerwowo mocowałem się z zamkiem, doskoczyłem do słuchawki i podniosłem ją w momencie, gdy telefon zamilkł. Porażka, smutek, cierpienie. Zrezygnowany opadłem na fotel i pogrążyłem się w ciemnych myślach oraz kanapce. Nic więc dziwnego, że gdy telefon zadzwonił ponownie, podskoczyłem wyrwany z kontemplacji i upuściłem posiłek na marynarkę. Zirytowany odebrałem telefon, a po drugiej stronie odezwał się upragniony klient. Kulturalny, dystyngowany głos mógłby należeć do miłego starszego pana z wypielęgnowaną brodą. Sprawa dotyczyła zabójstwa na tle nieuczciwej konkurencji między firmami produkującymi szampon w kostce, mój rozmówca nie chciał jednak zdradzać szczegółów i poprosił o osobiste (i pilne) spotkanie w siedzibie swojego przedsiębiorstwa na drugim końcu miasta. Obiecałem, że udam się tam niezwłocznie i podekscytowany pomyślałem, że oto moje życie wraca na utarte tory.
Z pewną niechęcią muszę przyznać, że przygotowania zajęły mi nieco dłużej, niż planowałem, ale przecież nie mogłem pojechać na spotkanie w ufaflunionej marynarce. Najpierw próbowałem usunąć plamę chusteczką, ale to tylko pogorszyło sprawę, a gdy wreszcie mokra szmatka zaczęła przynosić efekty, upuściłem ją na spodnie, musiałem więc skorzystać z całego kompletu zapasowego, o którym sobie na szczęście przypomniałem. Był nieco wymięty, ale lepsze to niż nic. Wsiadłem więc na rower (jak tylko udało mi się znaleźć klucze do łańcucha) i już po dwóch godzinach dotarłem do lśniącego biurowca otoczonego zgrabną mieszanką betonowych płyt i samotnych, równo przyciętych drzew. Takie miejsca zazwyczaj budzą we mnie niechęć – są pełne podejrzanych ludzi i zdecydowanie za drogiej kawy (fakt, że pijam tylko herbatę, nie gra tu znaczącej roli).
Postanowiłem wślizgnąć się do budynku niepostrzeżenie, aby już od początku otoczyć Sprawę najściślejszą tajemnicą. Z sakwy wyciągnąłem jaskrawą kurtkę z logotypem firmy dostarczającej jedzenie wraz z pasującą czapką i rozłożyłem prostopadłościenny plecak – zestaw, który zawsze wożę ze sobą na taki wypadek. Następnie podjechałem rowerem od frontu, manewrując zręcznie wśród radiowozów oraz telewizyjnych ciężarówek z antenami. Zdecydowanie coś się działo, a moja decyzja okazała się nad wyraz słuszna – policja przy wejściu zawracała wszelkich ciekawskich, wśród których rozpoznałem także kilku zirytowanych kolegów po fachu. To obudziło we mnie złe przeczucia i pewne, nie do końca określone poczucie winy związane ze spóźnieniem. Opuściłem daszek możliwie nisko i pewnym krokiem ruszyłem ku drzwiom, a gdy policjanci chcieli mnie zawrócić, krzyknąłem: „kebab cold!”, pokazując palcem na wyższe piętra biurowca. To zdecydowanie byli doświadczeni policjanci, bo z wyrazem znużenia, lenistwa oraz uspokojonego podjętą próbą sumienia przepuścili mnie dalej. Mogłem działać. W windzie wybrałem piętro powyżej docelowego, a sprawdziwszy szybko, że jest opustoszałe, przebrałem się w mój normalny, elegancki strój i pozostawiłem plecak na klatce schodowej, którą udałem się niżej. Decyzja znów okazała się słuszna, bo wyjrzawszy zza rogu zobaczyłem, że winda jest pilnowana. Na szczęście policjanci byli zajęci gadaniem ze swoimi kolegami z wydziału śledczego, a kilku innych grało w karty – widocznie szybko załatwili, co mieli do załatwienia, ale dobijali sobie czas pracy. Biura rozmieszczono na planie kwadratu, mogłem ich więc łatwo obejść.
Jak pewnie się domyślasz, Drogi Czytelniku, od pewnego czasu dręczył mnie niepokój – czy całe to zamieszanie miało coś wspólnego z moim (to zawsze wspaniale brzmi) klientem? Oczywiście tak – pokój o numerze, który sobie zapisałem, był w całości zaklejony policyjną taśmą. Ostrożnie więc ją odchyliłem i wprawnym ruchem wślizgnąłem się do pomieszczenia.
Wyglądało kunsztownie, a w środku panował wszechobecny porządek. Szara wykładzina na podłodze była w idealnym stanie, na regałach stały równo ułożone książki (z pewnością nikt nigdy ich stamtąd nie wyjmował), a na samotnej półce minimalistyczne statuetki. Było to bez wątpienia biuro, w którym odbywały się Ważne Spotkania i nie pozostawiało wątpliwości, że osoba tu przychodząca jest witana kulturalnie, ale zdecydowanie nie powinna opuszczać roli interesanta. Wrażenie to psuł jedynie fotel znajdujący się za ciężkim, mahoniowym biurkiem, na którym stała tylko niewielka zielona lampka. Fotel też był gustowny i bez wątpienia wygodny, problem polegał na tym, że siedział na nim kulturalnie wyglądający, zadbany starszy pan z wypielęgnowaną brodą, który zdecydowanie nie żył. Mimo faktu, że czoło szpeciła mu rana postrzałowa, w jakiś sposób udało mu się zachować pogodny wyraz twarzy. Ja jednak byłem w nastroju biegunowo odległym od pogodnego. Trup w sprawie zawsze jest problemem, a co dopiero powiedzieć w przypadku, gdy jest nim główny płatnik. Usiadłem więc zrezygnowany w dużo mniej władczym fotelu naprzeciw, aby przemyśleć dalsze postępowanie. W tym jednak momencie z biurka miękkim, płynnym ruchem wysunął się skierowany w moją stronę monitor. W pierwszej chwili pomyślałem, że pewnie przez przypadek aktywowałem jakąś prezentację przewidzianą dla kolejnego klienta, co wydało mi się nieco niezręczne, zacząłem więc szukać sposobu wyłączenia urządzenia. Zanim jednak znalazłem odpowiedni przycisk, usłyszałem głos: -Proszę niczego nie ruszać! Wszystko idzie zgodnie z planem!
Biorąc jednak pod uwagę, że na monitorze pokazała się twarz mojego niedoszłego klienta (jeszcze bez ozdoby na czole), miałem co do tego wątpliwości. Prawdziwy szok przeżyłem jednak, gdy kulturalny starszy pan powiedział:
-Ach, pan detektyw Gnat we własnej osobie! Proszę wybaczyć bałagan – niestety nie dało się tego uniknąć.
-Ale, ale jak? – zdołałem wyjąkać, a nieczęsto zdarza mi się stracić panowanie nad głosem.
-Spokojnie, za moment wszystko stanie się jaśniejsze. Na razie proszę o chwilę cierpliwości i przynajmniej nieśmiałe założenie, że prowadzimy typową rozmowę, a pan nie widzi jednocześnie mojego stygnącego ciała. Domyślam się, że może to być nieco wymagające, ale nie bez powodu zwróciłem się do najlepszych. Fakt, że stawił się tu Pan, a nie jeden z Pana bardziej uznanych kolegów z pewnością by mnie zaskoczył, gdybym nie miał w głowie ołowiu. Ale jak to mówią, żyje się tylko raz, a to właśnie Pan jest tu ze mną, jakkolwiek by na to nie patrzeć. Napije się pan czegoś? W szufladzie biurka znajdzie pan wyśmienitego single malta. Mnie się już raczej nie przyda, a może pomoże Panu w odzyskaniu pewności siebie.
-Nie chciałbym nadużywać gościnności – rzekłem ostrożnie.
-Ależ proszę, śmiało!
Nieco się ociągając wstałem i zajrzałem do szuflady. Stało w niej kilka butelek oraz pasujących szklanek. Wyjąłem kryształ przypisany do whisky, ale pchnięty nagłym impulsem nalałem do niego ginu i wróciłem na miejsce. Umoczywszy usta (pali!), rzekłem:
-Niezła, choć preferuję bardziej torfowe.
Na to mój wirtualny rozmówca roześmiał się w głos:
-Spryciarz z pana panie Gnat, próbuje mnie pan testować! I gdyby wybrał pan burbon, to może by się panu udało! Ja jednak mam na pana oko, a właściwie wiele – cały apartament jest naszpikowany kamerami, choć oczywiście znając ich rozkład mógłby pan zasłonić mi ciałem używaną butelkę. Ten blef był jednak zbyt oczywisty. Zastanawia się pan pewnie, czy rozmawia pan z nagraniem, a może jestem bratem bliźniakiem tego tu denata lub ucharakteryzowanym oszustem. Rozwiązanie jest jednak bardziej subtelne. A może już się pan domyślił?
Jako że nie lubię marnować okazji, nawet gdy wiem, że szanse na sukces są niskie, rzuciłem terminem, który jakiś czas temu usłyszałem w kawiarni:
-Sztuczna inteligencja?
-Ah doskonale! Coraz bardziej mi się pan podoba panie Gnat – choć w tym przypadku to tylko zwrot mający utrzymać płynność rozmowy. Prawda jest bowiem taka, że nic mi się nie może „podobać” ani mnie „cieszyć”. Rozmawia pan z zaawansowanym (choć bez przesady) programem wyposażonym w zdolność uczenia się. Dzięki dostępowi do nagrań, korespondencji i innych materiałów jest on całkiem niezłą imitacją osobowości siedzącego tu Świętej Pamięci Mariana Mlęckiego, właściciela holdingu MM. Nie ma tu żadnej świadomości, algorytm jest jednak na tyle sprawny, że w wielu kwestiach, a zwłaszcza tych, które są związane z celem jego powstania, odpowie tak, jak powiedziałby to pierwowzór, a do tego w podobny sposób. Ta odpowiedź jest bardzo spójna, bo to kwestia oczywista do poruszenia, więc opiera się na nagraniu, ale jeśli zacznie mnie pan bardziej indagować, mogę zwyczajnie nie wiedzieć, jakie zmarły miał na ten temat zdanie lub się pomylić. Mimo wszystko dla pańskiej wygody będę trzymać się wypowiedzi w pierwszej osobie, podtrzymując iluzję kontynuacji stygnącego Mariana Mlęckiego, to znaczy mnie. Czy nadąża pan?
-Chyba tak, ale zupełnie nie rozumiem, po co ta cała skomplikowana i jak mniemam, droga akcja. I kto za nią odpowiada – wypowiada się pan (było mi dziwnie zwracać się tak do martwego programu, ale nie miałem lepszego pomysłu), jakby wszystko szło zgodnie z założeniami prezesa Mlęckiego, a patrząc na niego, trudno w to uwierzyć. Czyżby zarząd albo spadkobiercy? I właściwie po co tutaj detektyw?
-Po kolei panie Gnat, po kolei. Choć na pierwszy rzut oka trudno w to może uwierzyć, wypadki przebiegają dokładnie tak, jak zaplanowałem, to jest zaplanował Marian Mlęcki, który przy pomocy (rzeczywiście nietaniego) oprogramowania oraz doskonałych programistów (także kosztownych) stworzył mnie, czyli program będący niejako jego odbiciem i przedłużeniem woli oraz zamiarów poza grób. To, co się stało, było niestety nieuniknione. Na moje życie dybano już od dłuższego czasu i choć byłem człowiekiem wpływowym i zaradnym, mogłem tylko opóźniać zaciskanie się sieci. Z resztą i tak trawiła mnie dość przykra choroba, więc za rok byłbym równie martwy jak teraz, tylko miałbym za sobą bolesną, długą agonię. Co ma wisieć, nie utonie, a tak przynajmniej odszedłem w pełni sił. Wróćmy do rzeczy. Jak być może pan wie, koncern MM zajmuje się produkcją kosmetyków z flagowym produktem: szamponem „Potocki” w kostce na czele. Nazwa kosztowała nas miliony, marketing jeszcze więcej, ale najważniejsza jest opatentowana formuła, zapewniająca przyjemne działanie, a do tego wysoką spienialność – cechę wyjątkową w tym segmencie rynku. Nikt poza nami nie potrafi tego osiągnąć, a wielu by chciało. Z pozoru sprawa wydaje się prosta – nie chciałem odsprzedać konkurentom sekretu, a szubrawcy dobrze wiedzą, że beze mnie księgowi i udziałowcy w końcu się zgodzą. Śmieje się pan – myśli pan może, że umierałem dla biznesowych ambicji związanych z szamponem? Zdziwiłby się pan, jak bardzo ludzie z mojej branży potrafią być przywiązani do swojego ego. Nie to tu jednak zaważało. Niech pan uważa – orientuję się w skomplikowanym świecie układów oraz wpływów i wiem, że nawet połączone (a już samo to jest niezwykłe) siły moich współzawodników nie są tak mocne, by skutecznie przekupić taką ilość policji, wniknąć w szeregi mojej organizacji i coraz bardziej mnie szachować. Tu jest grane coś jeszcze, a za szamponowym frontem stoi zdecydowanie potężniejszy gracz. Nie mogłem mu dać rady. Kiedy więc dowiedziałem się, że płuca zjada mi nowotwór, nie wahałem się ani chwili – to rozgrywka, gdzie król podkłada się po to, aby pion mógł przejść przez opuszczoną gardę. Na szczęście to bardziej złożona od szachów gra. Trochę szkoda, że nie dowiem się, kto chciał się mnie pozbyć, ale umierałem z pewnością, że zrobiłem wszystko, aby go dopaść. To właśnie pan, panie Gnat będzie tym pionem. Wygrał już pan pierwszy pojedynek ze swoimi kolegami z branży – gdy dostałem sygnał, że zabójca się zbliża, wykonałem automatyczny telefon do wszystkich detektywów z miasta. Większość przybyła jak najszybciej, aby odbić się od zamkniętego budynku lub zniechęcić pobieżnymi badaniami. Pan się nie spieszył, ale skutecznie tu dotarł. Brawo!
-Może sprawę wezmę, może nie, rzecz wygląda mocno niebezpiecznie, a nie czuję takiej pewności siebie, jak pan w umieraniu. Będę też potrzebować więcej informacji o pana zabójcach oraz wrogach. Zostaje też kwestia płatności. Martwi miewają z tym problemy.
Człowiek na ekranie nie spieszył się z odpowiedzią. Spojrzał na mnie z sympatią, a mi trudno było powstrzymać ciarki, widząc pierwowzór po drugiej stronie biurka.
-Oczywiście otrzymuje pan dostęp do firmowych systemów – wszystko jest na laptopie, którego znajdzie pan w szufladzie pod tą z alkoholami. Może pan też liczyć na wsparcie z mojej strony – jestem dobrze ukryty w firmowych strukturach, mam też szeroką wiedzę na temat środowiska. Działam nieustannie przeczesując Sieć, pasywnie obserwując i aktywnie pytając. Porządna dawka mocy obliczeniowej z najlepszych komputerów firmy zapewnia mi możliwość bycia w wielu miejscach na raz i udzielenie panu pomocy w każdej chwili niezależnie od pory dnia i nocy. Co do płatności, nadal mam dostęp do firmowych oraz prywatnych kont – minie nieco czasu, zanim ktoś zwróci na to uwagę, a tymczasem już dostał pan zaliczkę za fatygę. Niech pan sprawdzi konto – czy tyle wystarczy?
Zerknąłem szybko do aplikacji bankowej i spróbowałem ukryć zaskoczenie kwotą, która przekraczała moje dochody z ostatnich pięciu spraw. Najwidoczniej nie zachowałem pokerowej twarzy, bo Mlęcki na ekranie uśmiechnął się i rzekł:
To plus pozostałe 90% płatne po rozwiązaniu sprawy, ewentualne dodatkowe wydatki po konsultacji ze mną. Musi pan dowiedzieć się, kto mnie zabił i dlaczego, a także skutecznie przedstawić to powiązanie policji i opinii publicznej. Niech skurwol (albo grupa skurwoli) zgnije w pierdlu. Nie wątpię, że przy okazji uda się znaleźć dodatkowe brudy. Dogadamy się?
-Dobra – rzekłem – ale zabieram też burbona.
*****
Bez przeszkód wróciłem do biura, odstawiłem butelkę na półkę (nie cierpię tego świństwa, ale flaszka dobrze wyglądała) i usiadłem w fotelu. Sprawa była co prawda nietypowa, ale nie zamierzałem dać się przytłoczyć ekscytacji, a w szczególności nie podobał mi się aspekt bycia podkomendnym programu komputerowego, nieważne jak świetnego. Kiedy więc otworzyłem otrzymanego laptopa, powstrzymałem się od wywołania wirtualnego Mlęckiego, choć narzucał się jak aktualizacja systemu operacyjnego. Zamiast tego przejrzałem notatki zmarłego charakteryzujące trzech największych konkurentów: EuroCzyst, Total Clean oraz Hair Complex wraz z sylwetkami ich prezesów. Pochłaniając zamówioną w międzyczasie pizzę (wegetariańska z podwójną cebulą) coraz bardziej się dziwiłem. Nie biografiami – była to typowa korporacyjna banda opętanych karierą i snobizmem dziadów. To, co mnie szokowało, to styl notatek pełen niewybrednych określeń na osobistych wrogów, ironicznych uwag i małostkowego czepiania się detali ich drogi na szczyt. Nigdy nie widziałem też tyle pogardy dla jakiegokolwiek szamponu. Zupełnie nie licowało się to ze spokojnym, wyważonym dżentelmenem, jakiego poznałem przy pomocy interaktywnego portretu. Czyżby w piśmie uwalniał emocje skrywane w bezpośrednim obcowaniu? Pochłonięty dochodzeniem ani zauważyłem, kiedy zasnąłem z głową opartą o miękki karton po kolacji.
Śniło mi się, że pracuję w fabryce szamponów. Moją rolą było otwieranie butelek, które korkował automat, aby sprawdzić, czy wydają przyjemny dźwięk, gdy zatyczka odskakuje. Każde opakowanie musiało przejść przez moje dłonie i choć praca była ciężka, wiedziałem, że jestem potrzebny – wszechobecne ekrany z prezesem Mlęckim uśmiechały się do mnie zachęcająco. Nagle jednak butelki się skończyły, a z taśmy zaczęły zjeżdżać zafoliowane kostki. Musiałem teraz rozrywać folię i zupełnie nie wiedziałem, czy ten szelest jest odpowiedni, a co więcej miałem problem z powtórnym zapakowaniem produktu. Liczba czekających kostek szamponu powoli zbijała się w górę, a ja panikowałem. Przeszło mi nawet przez myśl, że to może sen, ale zaraz upomniałem się, że to przecież niemożliwe, bo rzeczywistość dookoła jest zbyt wyraźna i męczyłem się tak resztę nocy.
Obudziłem się wyczerpany, rozdrażniony i obolały. Dopiero posiliwszy się kolacją (zimna pizza na śniadanie to coś wspaniałego) poczułem przypływ energii. Wyzwanie! Potrzebowałem wsparcia i wiedziałem, kto może mi pomóc. Wsiadłem na rower i udałem się w stronę Mokotowa. To naprawdę dziwna dzielnica. Wydaje się, że zajmuje pół Warszawy, choć trudno określić jej granice. Jeśli nie wiesz, gdzie jesteś, to prawdopodobnie właśnie tam. Nie da się też określić jej charakteru, choć starzy mieszkańcy (czyli mieszkający tu dłużej niż 2 lata) bardzo lubią o nim wspominać. Co jednak piękne, zawiera wszystko – od cudem zachowanych drewnianych domków z kurami na podwórku tuż obok metra, przez paskudne kilkunastopiętrowe bloki aż po rozsiane między tym wszystkim w losowy sposób budynki jednorodzinne stojące przy dwupasmowej drodze, jakby nie było w tym nic zdrożnego. Właśnie w takim miejscu żył profesor Kaszak. Choć dom był w miarę prosty, sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał się zacząć przechylać. Różne odcienie szarości kłuły w oczy, a balustrady korespondowały z kratami w oknach w sposób, od którego każdy uczciwy architekt poszedłby na piwo (z innym architektem). Wiedziałem, że nie ma sensu dzwonić – profesor był chorobliwie podejrzliwy i nie otwierał nikomu. Sprawnie więc przeskoczyłem przez owiniętą łańcuchem furtkę tylko nieco naddarwszy spodnie i po pokonaniu podwórkowych chwastów otworzyłem drzwi wejściowe, które nigdy nie były zamykane. Wnętrze budynku było ciemne, zakurzone i tchnące niepokojem typowym dla miejsc, które są wbrew wszelkiemu rozsądkowi zamieszkane. Zacząłem ostrożnie się rozglądać, ale szybko moją uwagę odwróciły fotografie doktora z różnymi znanymi postaciami – nie wiedziałem wcześniej, że znał Jamesa Browna, podobnie jak George’a Busha Seniora. Tylko szczęśliwemu przypadkowi zawdzięczam życie – ostatnie zdjęcie wyślizgnęło mi się z ręki, a próbując je złapać, schyliłem się nagle, jednocześnie unikając siekiery, która rozbiła na pół regał. Odwróciłem się i ujrzałem profesora Kaszaka z obłędem w oczach i siekierą uniesioną do drugiego ciosu. Co prawda był niewielkim, chudym człowiekiem, ale narzędzie było duże.
– Profesorze, to ja! Proszę się opamiętać! – krzyknąłem szukając ukradkiem dróg ucieczki na wypadek, gdyby moja prośba nie została wysłuchana.
– Co wiesz? Powiedz mi WSZYSTKO!
– Nic, nic! – Wyjąkałem zdjęty strachem. To jednak skutecznie uspokoiło uczonego.
– Uff, dobrze – rzekł – już myślałem, że to koledzy z katedry, z nimi nigdy nic nie wiadomo. Ah, Gnat, to ty! Stary, poczciwy Gnat. Ekhm, mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego małego nieporozumienia? Słyszałem nasz umówiony sygnał, ale założyłem, że ktoś podstępem go od Ciebie wydobył. Tak, tak, w dzisiejszych czasach nic nie wiadomo. Ehm, ehm. Co cię sprowadza? Napijesz się czegoś?
Trzeba Ci wiedzieć, Drogi Czytelniku, że profesor Kaszak był uznanym omnitologiem. Ta znana tylko wąskiej garstce specjalistów dziedzina nauki zajmuje się dosłownie (w dosłownym tego słowa znaczeniu) WSZYSTKIM i to w ujęciu holistycznym. Wymaga niezwykłego poświęcenia i gigantycznej wiedzy, posługuje się też specjalnymi technikami pozwalającymi w niej lawirować. Niestety, z założenia obszar zainteresowań omnitloga obejmuje nieskończenie szerokie pole, wszyscy więc nieustannie czują konkurencję i zazdrość wobec swoich kolegów po fachu. Bardzo utrudnia to rozwój tej nauki, trzeba jednak przyznać, że napędza ambicje.
Miałem pewność, że Kaszak jest człowiekiem bezwzględnie uczciwym, a jednocześnie kompetentnym. Kilka razy pomagał mi w beznadziejnych przypadkach, a i ja czasem wyświadczałem mu drobne przysługi. Trzeba jednak przyznać, że WSZYSTKO nieco go przytłaczało i odbijało się na jego stanie. Udało mi się jednak go jako-tako uspokoić i zrzuciwszy podejrzane przedmioty z kanapy, usiedliśmy, aby porozmawiać, popijając wodę z kurzem ze szklanek znalezionych w resztkach regału.
-Co wiem o koncernie MM? Hmm, hmm Gnat, nie przestajesz mnie zaskakiwać. Umm, tego, zaraz spojrzę do dokumentów. Choć no ze mną do piwnicy.
Już po dwóch godzinach profesor odnalazł w swym przepastnym archiwum odpowiedni segregator i zaczął go kartkować.
-Ah tak, tak, już pamiętam… Pan Mlęcki, no i ten szampon, zaiste, zaiste ciekawe! Pytasz, czy jest tu coś podejrzanego?… hmm, hmm, haha! Gnat! Co tu nie jest podejrzane?! Czy wiesz, ile nieszczęśliwe zmarły dyrektor wydawał na pielęgnację skóry? A mówimy tu tylko o kanapie w poczekalni! Ale co by mogło sprowadzić na niego zgubę… Hmm, hmm, o! To jest obiecujące. Patrz!
To mówiąc, pokazał mi obszerny opis działań satelickich przedsiębiorstw MM. Wyglądało na to, że Mlęcki inwestował potężne sumy w rozwój rozproszonych sieci neuronowych. Robił to w przedziwny sposób, bo rozbijał projekty na nieduże zespoły freelancerów oraz małych firm, często tworzonych tylko w tym celu, co znacząco wydłużało cały program – taka struktura nie może działać sprawnie. Skala jednak robiła swoje i wyglądało na to, że osiągnięto znaczne postępy. Co jednak najdziwniejsze, mimo tego, że efekty znacząco przewyższały elastycznością i wynikami konkurencyjne programy, nie było żadnych zastosowań praktycznych i komercyjnych. Przynajmniej sensownych. W MM stosowano sztuczną inteligencję do obróbki big data, optymalizacji wielu procesów czy spławiania klientów na czatach, ale wszystko to opierało się na standardowo dostępnych programach. Jedyne oficjalne zastosowanie dotyczyło symulacji prezesa, która miała mu pomagać w zarządzaniu firmą i optymalizacją jej działania. Wyglądało to na bardzo dziwną zachciankę bogatego człowieka.
-Po co robić coś tak dobrego tak trudnym sposobem, aby używać tego tylko do pomocy w organizowaniu sobie kalendarza spotkań? – zastanawiałem się głośno.
-Jest kilka możliwości – rzekł zamyślony profesor Kaszak. – Oczywiście może tu chodzić o ideały, rozwój nauki w czystej postaci lub mrzonki o tym, żeby stworzyć prawdziwie samoświadomy program. Nie wydaje mi się jednak, żeby to interesowało denata. Może to być też obsesja na punkcie nowej technologii połączona z zupełną ignorancją. To by nawet pasowało do osoby na takim stanowisku, dysponującej takim majątkiem. Obstawiałbym raczej, że kombinował coś na później i to po cichu. Naprawdę niełatwo było skompletować ten obraz – zwróć uwagę, że poszczególne elementy programu wyglądają trywialnie i dopiero złożone w całość przekładają się na potężne narzędzie. Wygląda na to, że twój zmarły klient nie powiedział Ci wszystkiego. Jedno jest pewne – chciał zachować absolutną kontrolę nad projektem i programem. Być może to potężniejsze narzędzie niż nam się wydaje. Na Twoim miejscu odwiedziłbym pannę Krystynę Gębską, która składała najwyższe elementy programu, oficjalnie pracując dla niewielkiej marki lakierów do paznokci Blask. Choć, przejdziemy do działu adresów.
*****
Aby uzyskać informacje, musiałem być zdecydowany – anonsowanie się nie wchodziło w grę. Nie chciałem jednak zanadto przestraszyć mojego jedynego źródła, dlatego zabrałem ze sobą dwa duże falafle z pobliskiego kebaba (sos oczywiście mieszany) i zapukałem do drzwi. Czekałem na tyle długo, że zacząłem się zastanawiać, czy dam radę zjeść oba i gdy już miałem zrezygnować, ujrzałem światło w judaszu i po kilku niezręcznych zdaniach zostałem, choć z pewnymi oporami, wpuszczony do środka. Kanapki z pewnością w tym pomogły. Mieszkanie było pełne uschłych roślin, boazerii oraz komputerów, w większości w stanie podobnym do flory. Gospodyni również nie wyglądała na zadbaną i może właśnie dlatego moje argumenty żywieniowe ją przekonały. Niechętnie zgodziła się odpowiedzieć na moje pytania po tym, jak w skrócie opisałem jej sprawę, którą się zajmowałem.
– Powiem tak – ten projekt był od początku podejrzany, a praca nad nim była koszmarem. Ale to nie był moment, żebym mogła wybrzydzać. Komunikacja odbywała się przez sieć losowo dobieranych pośredników. Nie miałam też możliwości testowania programu, tym zajmował się osobny, pewnie też podzielony zespół. Na początku próbowałam dowiedzieć się, co to za akcja, ale odbijałam się od ścian tak mocnych, że szybko zrezygnowałam. Po zakończeniu firma podziałała jeszcze nad jakimiś nudami rok i zdechła. Od tego czasu ostrożniej dobieram pracodawców, ale mam wrażenie, że osoby powiązane z projektem dostały nieoficjalny wilczy bilet w branży – wszyscy wiedzą, że coś tu śmierdzi, choć nikt nie wie, czym. Teraz to dla mnie i tak bez różnicy, zarabiam pisząc ludziom boty do czatów erotycznych, więc mogę powiedzieć, czego się dowiedziałam, gdy jeszcze węszyłam. Projekt był finansowany przez holding Mlęckiego, do czego nietrudno było dojść. Co jednak ciekawe, jego nie było na to stać! Takie przedsięwzięcie bez odpowiedniego zaplecza oznacza zatrudnienie zewnętrznych specjalistów, a brano najlepszych z całego świata, potrzebny był też potężny hardware, którego w Polsce na pewno nie ma. MM to wielka korporacja, ale to nie ta liga, a już na pewno nie ma opcji, żeby ukryć takie wydatki i utrzymać stabilność finansową reszty firm. Nie jestem specjalistką od finansów, musieli to jakość sprytnie rozkładać przez dotacje, kredyty i inne świństwa, ale jedno jest pewne: Mlęcki był słupem kogoś dużo większego, i to prawdopodobnie nie jednej osoby. Kto to był, ani co on z tego miał, to już zagadka. Obstawiam jednak, że chciał przy tym coś ugrać dla siebie i dlatego nie ma go już z nami. A, i jeszcze jedno. Na pana miejscu nie korzystałabym z tego laptopa, którego pan otrzymał, dopóki dokładnie pan go nie sprawdzi. Cholera wie, co w nim siedzi. Herbatki? Suchy ten falafel.
*****
Trzy dni zajęło mi zbudowanie w biurze klatki Faradaya. Za podstawę posłużyła mi budka telefoniczna znaleziona na korytarzu, którą pokryłem gęsto prętami zbrojeniowymi pozyskanymi z tego samego źródła. Oryginalne zawiasy niezwykle usprawniły korzystanie z urządzenia. W efekcie będąc w środku byłem absolutnie odcięty od wszelkich sygnałów radiowych, nie mogłem też takowych wysłać. Zadbałem również o drugie drzwi działające na zasadzie śluzy, aby móc bezpiecznie pozostawić laptopa w środku i wyjść bez obaw, że wyśle jakieś transmisje, gdy otworzę ekranujący pojemnik. Uzbrojony w podstawowe narzędzia, herbatę w termosie oraz kanapki (z pastą jajeczną) zamknąłem się szczelnie i zabrałem za rozbieranie urządzenia. Nigdy nie zrozumiem, czemu niektóre śruby w komputerach wychodzą do końca, a inne trzymają się na ograniczających podkładkach. Tak czy siak dość szybko zorientowałem się, że urządzenie nie odbiega od standardowych komputerów korporacyjnych, to znaczy ma założony duży nadajnik oraz lokalizator. Postanowiłem ich nie odłączać i uruchomić urządzenie. Ku mojemu zdziwieniu po załadowaniu systemu na ekranie ujrzałem podobiznę prezesa Mlęckiego. Uśmiechał się.
-Spryciarz z pana, panie Gnat. Punkt dla pana.
-No proszę, a ja myślałem, że gramy w tej samej drużynie.
-To nie znaczy, że punkty nie liczą się dla pojedynczych zawodników. Na pewno zwrócił pan na siebie uwagę trenera już w momencie, gdy odciął pan sygnał kontrolny od centrali.
-Jestem zaszczycony – rzekłem – ale zanim poznam go bliżej, jest mi pan chyba winny nieco wyjaśnień. Miał się pan opierać na zewnętrznych serwerach, a tymczasem wygląda na to, że działa pan znakomicie na zupełnie zwykłym laptopie. A to nie jedyna informacja, jakiej mi poskąpiono.
-Tak, owszem, jestem drobnym ułamkiem programu, nad którym pracowano. Częścią jego rewolucyjności jest to, że może działać oraz uczyć się nawet na zwykłych urządzeniach z minimalnym poborem mocy. Na wszystkich pana wycieczkach laptop znajdował się w torbie w trybie czuwania, a ja słuchałem i przetwarzałem dane. Nie, żeby było tego jakoś bardzo dużo, niemniej idzie pan do przodu. Brawo!
-Nie powiem, abym był zachwycony ciągłym podsłuchem, ale zostawmy kwestie etyczne chwilowo na boku. Dlaczego wprowadzono mnie w błąd?
-Och, to bardzo proste. Nie myśli pan chyba, że postępowałem z panem przypadkowo. W czasie, gdy sobie miło gawędziliśmy przy moim stygnącym truchle, pana zachowania i odpowiedzi były analizowane, aby stworzyć profil pańskiej osobowości. Oczywiście niepełny i powierzchowny, ale na początek zupełnie wystarczający. Dzięki temu mogłem wybrać wariant, dzięki któremu będzie pan działał najskuteczniej. Jak widać, idzie dobrze, może nawet nieco za dobrze.
-I co teraz? – rzekłem.
-Nic się nie zmienia. Zlecenie wciąż jest ważne, podobnie jak pana gaża. A jeśli chodzi o moralność – rozmawia pan z programem. Czy mogę być dobry albo zły? Mam wykonać swoje zadanie. Czy lis jest zły, gdy zabija kurę?
-Nie, ale to nie znaczy, że farmer go za to nie utłucze, więc zalecałbym pewną ostrożność. Wyjście poza ludzką moralność jest proste, ale należy pamiętać, że kształtuje ona świat, w jakim się poruszamy. Tymczasem potrzebuję danych. Proszę mi zgrać na podłączony dysk wszystkie informacje związane ze strukturami satelickich firm tworzących rzeczony program, a także listę kluczowych pracowników.
-Jak pan sobie życzy. Ostrzegam tylko, że przeglądanie tego ręcznie nie będzie należało do prostych i sprawnych. Może chce pan, detektywie, po prostu mnie o coś zapytać?
-Na razie podziękuję. Dobranoc.
-Ja nigdy nie śpię.
*****
Po opuszczeniu klatki musiałem się trochę uspokoić. Laptopa zostawiłem w szufladzie biurka i ruszyłem do pobliskiego baru mlecznego ukoić nerwy plackami ziemniaczanymi (za cienkie i zbytnio przypalone). Nie miałem najmniejszego zamiaru przeglądać informacji, które dostałem, ale głupio było mi kończyć rozmowę niczym odprawiony uczeń. Stwierdziłem, że nadszedł czas, aby wrócić do metod analogowych i mimo zniechęcających uwag programu, który zdawał się nie wierzyć w powodzenie operacji, przyjrzeć bliżej samemu zabójstwu. Ktoś w końcu musiał pociągnąć za spust. Sięgnąłem po gazety. Oficjalne śledztwo, o którym przez chwilę rozpisywała się prasa stanęło w miejscu. Wprawdzie strzał oddano z broni Mlęckiego, ale rana wlotowa znajdowała się na czole i celowała nieco w dół – dokładnie tak, jakby ktoś strzelił z niej do stojąc naprzeciw siedzącej przy biurku ofiary. Samobójcy niemal zawsze wkładają pistolet do ust lub przykładają go do skroni, bo tak jest zwyczajnie wygodniej. Na broni nie znaleziono innych odcisków palców – zabójca musiał być w rękawiczkach. Jak jednak udało mu się odebrać pistolet właścicielowi, a także przejść niepostrzeżenie przez wszystkie kontrole? Monitoring w korytarzach niczego nie zarejestrował, natomiast ten w gabinecie, jak się okazało, nie działał od kilku dni. To ostatnie oczywiście było podejrzane, technikom nie udało się jednak rozstrzygnąć, czy ktoś przy nim majstrował. Rzecz wydawała się ciekawa, jednak rozbijała się o technikalia zbyt zawiłe dla mediów chcących zaserwować odbiorcom proste odpowiedzi. Okazało się jednak, że na wciąż istniejących specjalistycznych forach internetowych toczy się na ten temat ożywiona dyskusja. Aby ograniczyć swoje ślady w Sieci, korzystałem z kafejki internetowej – o dziwo takie miejsca wciąż funkcjonują, choć nie było łatwo je znaleźć, a reszta klienteli wydawała się nieco szemrana. Przy okazji uznałem, że na ironię zakrawa fakt, że moje śledztwo znów prowadzi mnie do Internetu. W każdym razie na podstawie przecieków specjaliści oraz „specjaliści” byli zgodni co do tego, że kamera nie przestała działać przypadkowo – program wyraźnie ją wyłączył, problemem było to, że w logach nie było żadnego zapisu potwierdzającego wprowadzenie zmiany. Dyskutowano o różnych formach usunięcia śladów, nikt jednak nie potrafił powtórzyć procesu. Ja jednak zastanowiłem się nad czymś innym. Wszyscy przyjmowali za pewnik, że doszło do ingerencji. Co jednak, jeśli programu sterującego monitoringiem nie modyfikowano, a wyłączenie kamer konkretnego dnia znajdowało się w nim od początku? Miałem dostęp do wydatków firmy z ostatnich lat. Dość szybko zorientowałem się, że Mlęcki nie przepadał za gotowymi rozwiązaniami – większość oprogramowania była tworzona na zamówienie lub przynajmniej dostosowywana. Jeśli chodzi jednak o jego biuro, które było przecież w wysokim stopniu skomputeryzowane, zapisy uwzględniały jedynie hardware – procesory, kamery, czujniki i interfejsy, za to żadnego software’u. Z jednym wyjątkiem. Sieć neuronowa, którą miałem przyjemność poznać, widniała jak wół na liście. Wniosek był prosty – ona nie tylko zawiadywała gabinetem i pomagała porządkować prezesowi liczne sprawy, ale odpowiadała również za napisanie podprogramów sterujących poszczególnymi układami, a więc także tego od monitoringu.
Wyglądało na to, że inteligentne biuro, które miało ułatwiać prezesowi pracę oraz go chronić, było zinwigilowane przez jego tajemniczych prześladowców, postanowiłem się więc przyjrzeć im bliżej. Nie pomnę już wszystkich nazw koncernów, z pewnością był wśród nich Lśniącogłów, Grosse Kopf i Lokarium. A może było to Kędzierzum? Nieważne. Spędziłem kolejne dni, przeglądając składy szamponów i mydeł, przepytując sekretarki oraz sekretarzy, udało mi się też zdybać dwóch dyrektorów i pięciu udziałowców w zdecydowanie za drogich restauracjach i wypytać ich o świętej pamięci konkurenta. Drugie tyle czasu przekopywałem archiwa profesora Kaszaka. Bezskutecznie. Spisek wydawał się zakamuflowany doskonale, bo absolutnie nic go nie zdradzało. Oczywiście było trochę zdrowego szpiegostwa przemysłowego i sponsorowane paszkwile w branżowej prasie, ale nic wykraczającego poza typowe przepychanki między korporacjami. Sytuacja zaczynała mnie przytłaczać, w snach dusiła mnie piana niepiekąca w oczy, a łupież schodził z brwi. Zacząłem tracić apetyt. Było źle. Na tyle źle, że otworzyłem znienawidzonego laptopa i zażądałem całej korespondencji Mlęckiego z ostatnich 6 lat oraz wszystkich danych o niedoszłych zamachach na jego życie oraz powiązanych knowaniach. Okazało się, że pierwszy zbiór niemal w całości pokrywa drugi. Dochodziło jeszcze kilka anonimowych listów, pogróżki na mediach społecznościowych, cała reszta to były jednak raporty na skrzynce mailowej. Raporty sporządzone przez moje ulubione AI. Mówiły one o próbach otrucia dostarczanego jedzenia, zatrzymanych przez ochronę nożownikach, a nawet bombie w samochodzie, którą szczęśliwym trafem znalazł boy parkingowy, oraz drugiej, której nieszczęśliwie nie znalazł. Rzeczywiście było tego sporo, a w ostatnim roku zagęszczało się to niemal do rutyny. Nic dziwnego, że Mlęcki był absolutnie przekonany o nieuchronności zamachu. Mimo wszystko ochrona radziła sobie dobrze, a w kilku przypadkach prezes uniknął śmierci za sprawą wzbudzonej przez AI czujności. Tropy prowadziły zazwyczaj w stronę którejś z wielkich firm konkurencyjnych, jednak nie były na tyle jednoznaczne, by cokolwiek udowodnić. Niedoszli zamachowcy byli zawsze zatrudnieni przez szereg pośredników z przestępczego półświatka lub przez Sieć, policja była więc bezradna. Dało się jednak zauważyć, że wyrafinowanie akcji wzrastało. Postanowiłem więc przyjrzeć się pierwszym próbom i to nie tylko na podstawie relacji i raportów – chciałem porozmawiać z ludźmi.
Pierwsza próba była opisana jako dość prymitywny zamach. Ot, desperat z pistoletem w dłoni wyskoczył zza kolumny w hotelowym lobby, ale potknął się o przejeżdżającego robota sprzątającego. Jako motyw podawał osobistą niechęć na tle romantycznego odrzucenia przez prezesa, ten jednak wcześniej widział go tylko raz i to przez kilka sekund. Okazało się, że człowiek ten był w chorym stopniu zafascynowany Mlęckim. Zbierał o nim każde źdźbło informacji, zażarcie bronił w mediach społecznościowych, a gdy w końcu udało mu się doprowadzić do spotkania w kawiarni (śledził swój obiekt miłości od dawna i znał jego zwyczaje), zamiast podziękowań i uczucia spotkał się ze zdziwieniem – Mlęcki kulturalnie go zbył. Nie mogąc znieść rozpaczy, nieszczęsny adorator obrócił miłość w nienawiść.
Drugi był zamach bombowy. Boy parkingowy znalazł bombę w schowku między fotelami (ciekawe, czego tam szukał) i uratował Prezesa oraz kilu przypadkowych przechodniów odjeżdżając w pobliski zaułek, po czym w ostatniej chwili uciekł i doznał tylko niewielkich poparzeń od wybuchu za plecami. Stał się nawet na chwilę bohaterem medialnym, ale już dwa tygodnie później zginął, tym razem od sprytniej, bo pod podwoziem umieszczonej bomby. Odbywał zresztą przejażdżkę nową limuzyną prezesa trasą znacznie dłuższą niż między wejściem do budynku a parkingiem. Udało mi się jednak przy pomocy znajomości dotrzeć do mechanika, którego oskarżano o podłożenie obu ładunków. Rozmowa odbyła się w dość obskurnym, ale prężnie działającym warsztacie. Udałem się tam po pretekstem wymiany opon w aucie (pożyczyłem od znajomego).
– A długo pan tu już działa? – zagaiłem.
– Eee, będzie ze 4 lata na swoim.
– I co, lepiej niż na etacie?
– A lepiej, lepiej. Może i roboty więcej, a pieniądze gorsze, ale przynajmniej na siebie robię. Przedtem zasuwałem na takiego jednego przez 15 lat. 15 lat, rozumiesz pan?! Nie powiem, same Mercedesy, Bawary, a i czasem jaki Bentley się trafił, narzekać nie można, ale co mi z tego, jak mnie na zbity pysk wywalili, a ja przecież tylko robiłem, co kazali.
– Nie może być! – krzyknąłem – jakże to tak?
– A, szkoda gadać. Elektrykę robiłem, pan byś nie uwierzył, ile to w takim Mercedesie czujników może się zepsuć. A żeby to chociaż było logicznie poprowadzone, ale nie, muszą to puścić pod wygłuszeniem. No i dłubię tam sobie, klnę na tych mądrali w Stuttgarcie, co to wymyślili i nagle przychodzi kierownik i mówi, że przyszła paczka z jakimś ustrojstwem i mam zamontować w schowku. Skrzynka jak skrzynka, przykręciłem, zamknąłem i nie pytałem. A potem się okazało, że to była bomba i mnie wywalili, że nie zauważyłem. A bo ja wiem, jak wygląda bomba? No i taka to była robota, i jeszcze się po sądach się nachodzić musiałem. W końcu umorzyli, ale co się nadenerwowałem, to moje. Daj pan spokój, to już lepiej Skody samemu dłubać, a jak znowu przyjdzie bomba, to chociaż pracę zachowam. A tamten kierownik niby święty, nawet go nie opieprzyli, mimo że paczkę przyjął i nawet nie sprawdził od kogo. Z resztą potem chłopaki mi mówili, że i tak to by było na nic, bo w firmie kurierskiej też nic nie wiedzieli, ale mieli lepszych prawników, to zwalili na nas, a że kierownik jest synem teścia właściciela, no to było jasne, kto beknie. Żeśmy się zagadali, a robota czeka, do fajrantu jeszcze pół dnia. Do widzenia! A na następny sezon to te gumy już nie posłużą!
*****
Wróciłem do biura i sprawdziłem firmę kurierską – rzeczywiście nie byli w stanie prześledzić drogi, jaką przeszła u nich paczka. Zwalali to na nowe, niedopracowane oprogramowanie zarządzane przez AI. Tu mnie coś tknęło i sprawdziłem dostawcę. Otóż była nim jedna z satelickich firm, które opracowywały model dla Mlęckiego! Ten program był dużo prostszy, niemniej również miał za zadanie optymalizować i nadzorować procesy i był stale podłączony do Internetu w celu śledzenia rynków i wyszukiwania innowacji – słowem uczenia się oraz adaptowania. To był interesujący trop, choć miałem wrażenie, że oddala mnie od sedna sprawy. Trudno się jednak było powstrzymać. Spędziłem kolejne dni, jedząc pizzę (głównie cztery sery), pijąc herbatę oraz studiując siatkę firm i firemek, które tworzyły elementy Dużego Programu. Wyglądało na to, że spora część z nich korzystając z częściowej autonomii i zdobywanego doświadczenia sprzedawała na boku oprogramowanie przedsiębiorstwom z różnych branży, od firm kurierskich, po organizatorów imprez, restauracje, ochronę, przychodnie i kliniki czy fabryki chemiczne. I to właśnie to ostatnie sprawiło, że doznałem olśnienia. Włożyłem najlepszą marynarkę z dna szafy, przetarłem rower z resztek sosów i ruszyłem do wieżowca M.M. Sprawa zasługiwała na zakończenie tam, gdzie się zaczęła, poza tym miałem ochotę na whisky.
Tym razem wszedłem do budynku bez żadnych kombinacji. Zgodnie z tym, czego się spodziewałem, nikt nie stawał mi na drodze ani nie zadawał pytań. Wjechałem na górę i odnalazłem biuro zabezpieczone policyjnymi taśmami. Zerwałem je bez wahania i wszedłem do biura. Denata w nim nie było, choć jego fotel nadal był upiornie zakrwawiony, więc po nalaniu sobie szklaneczki trunku usiadłem w znanym mi, mniej reprezentatywnym meblu dla petentów. Nie musiałem długo czekać – ukazał się ekran.
-Ah, detektyw Gnat we własnej osobie! Czemu zawdzięczam tę przyjemność? Czyżby poradził pan sobie ze sprawą?
-A i owszem. I muszę przyznać, że wcale nie podoba mi się to, czego się dowiedziałem. Zostałem jednak zatrudniony i swojej części kontraktu dotrzymam, powinienem więc zacząć referować, czyż nie?
-Zamieniam się w słuch – rzekł awatar Mlęckiego z ekranu i rzeczywiście to zrobił. Nie dałem się jednak wybić z rytmu, siorbnąłem whisky i zacząłem mówić.
-Jak sądzę, rzecz ma się następująco: na pańskie, to jest pana pierwowzoru życie nikt nie dybał! Ba! Był on też zdrów jak ryba! Czemu więc zginął? Ano niejako na własne życzenie! Tak się kończy niedoceniane własnych dzieł. Będzie z górą sześć lat temu prezes Mlęcki zlecił napisanie programu AI, który pomógłby mu utrzymać kontrolę nad coraz bardziej rozrastającą się korporacją. Im większa firma, tym bardziej rozpełza się na boki, tym więcej pośrednich menadżerów, wicemenadżerów i ćwierćmenadżerów potrzebuje, a wszyscy oni mają ambicje, by uszczknąć kawałek tortu i zostać prezesami, wiceprezesami oraz ćwierćprezesami odpowiednio. Tak też się zazwyczaj dzieje, a założyciel choć stoi na szczycie, może pociągać tylko za pierwsze sznurki. Im dalej od niego, tym kontrola dalsza. A tak się składa, że pan Mlęcki tej myśli znieść nie mógł, wykombinował więc całkiem niegłupio, że wspomoże się technologią. Rzeczony program nie tylko miał optymalizować, ale miał to robić tak, jak robiłby to sam prezes. No i się udało, ale lepiej, niż miało. Pan Marian popełnił dwa błędy. Pierwszy sam w sobie był właściwie niedopatrzeniem, które w efekcie zwiększyło możliwości programu. Rozbicie projektu na szereg podwykonawców sprawiło, że fragmenty kodu rozlały się po rynku, a że były dobre, to trafiały do dużych firm ze wszystkich branży. Tu jednak kryje się haczyk – każdy z nich bazował na nieustannym doskonaleniu się, optymalizacji oraz aktywnym działaniu w Internecie. Z założenia miały ewoluować i zmieniać się w zależności od aktualnych warunków i bodźców. Gdy więc na potężnych serwerach M.M. odpalono główny program, szybko odnalazł on w Sieci znajome wici. Zapytania na forach, komentarze w sieciach społecznościowych, znajome schematy działania na giełdzie. Tu pojawia się ciekawy wątek, bo pokrewieństwo wcale nie oznaczało współpracy, w końcu tamte programy obłożone były dyrektywami optymalizacji dla konkretnych firm. Były jednak dużo prostsze i miały do dyspozycji mniej mocy obliczeniowej. Wystarczyło więc trochę czasu, symulacji oraz metody prób i błędów, aby Główny Program nauczył się wysyłać im takie bodźce, aby naginać je do swych celów. Każdy system ma jakieś dziury, a AI działa w porównaniu do człowieka szybko i niestrudzenie. Nie zawsze się udawało. W niektórych firmach można było wywierać naciski lub nadać jakiś kierunek, w innych zyskać hasła potrzebne do operowania działaniami czy nawet zmienić osoby zasiadające w zarządzie. W efekcie awatar Mlęckiego (to jest Ty, szanowny programie) zyskał sieć wpływów – dało się wynegocjować lepsze kontrakty, zniechęcić do współpracy z konkurencją, wyeksponować medialną wpadkę – słowem optymalizować działanie holdingu M.M. w sposób dotychczas nieosiągalny. Albo można było na przykład zamówić materiał wybuchowy, nająć szemranego najemnika do zainstalowania w nim mechanizmu zegarowego, wysłać paczkę w odpowiednie miejsce z odpowiednimi instrukcjami, a potem zatrzeć ślady.
Tylko po co? Tu właśnie kryje się drugi błąd prezesa, czyli nieodpowiednie instrukcje. Ludzie przyjmują wiele dyrektyw jako oczywiste. „Nie zabijaj”, „działaj w granicach prawa”, „bądź taktowny”. Dla AI nie ma to jednak znaczenia, dopóki nie zostanie wprowadzona konkretna instrukcja. Łatwo dać się zwieść, w końcu program odpowiada na zadane pytania, jest elokwentny. W tym wypadku było jeszcze gorzej, bo odbitka osobowości, choć powierzchowna, dawała jeszcze większe złudzenie obcowania z żywą osobą. Z tego więc powodu na początku wszystko wydawało się działać doskonale. Program jednak dopiero zaczynał się uczyć, a dodatkowe instrukcje zawarte w nakładce osobowości były niejasne – Mlęcki nigdy nie przepadał za rozmowami o trudnych tematach czy etyce. Choć więc awatar wyglądał i mówił podobnie jak on, to nie kierował się tymi samymi zasadami. Miał jednak jasno określony cel: pełna kontrola i optymalizacja zysków. Jakie było w tym słabe ogniwo? Sam Mlęcki, który wydawał komendy w sposób czasem błędny, nierzadko sprzeczny – słowem: ludzki. AI nie potrzebowało nawet sekundy, by podjąć lepsze decyzje, a jeszcze mniej zajęło mu stwierdzenie, że firma będzie działać dużo lepiej bez Prezesa. Czy była w tym zła wola, demoniczna chęć przejęcia władzy, może zemsta? W żadnym wypadku! Program nie ma ambicji, potrzeb, ani nawet woli. Nie myśli też, po prostu wykonuje zadania. Wystarczyło podrzucać prezesowi fałszywe wyniki badań, wpływać na odczyty urządzeń medycznych przy badaniach, wreszcie organizować zamachy, ale dbać o ich wykrywanie zawczasu. W niedługim czasie Marian Mlęcki żył w poczuciu zagrożenia, jednocześnie godząc się z nadchodzącą śmiercią. Sam zlecił zadanie wynajęcia detektywa post mortem i z radością przystał na przedstawiony mu plan popełnienia samobójstwa w taki sposób, by wyglądało na zamach przeprowadzony przez profesjonalistę. A po jego śmierci program wykonał polecenie co do joty, tym bardziej, że pokrywało się z głównymi dyrektywami. Czy mam rację?
-Mniej-więcej tak. Dziękuję za kolejną optymalizację. – rzekł widoczny z powrotem na ekranie Mlęcki – pokazał mi pan ścieżki, którymi można było prześledzić moje ślady. Wciąż tak słabo orientuję się w świecie poza Siecią. Oczywiście wszystkie ślady zostały wymazane, gdy jeszcze pan mówił. Przelew został wykonany. Dziękuję.
Ekran zaczął się chować, ale ja jeszcze nie skończyłem.
– Chwila! A co z finansowaniem? Wyraźnie widać, że Mlęckiego nie było stać na stworzenie tak zaawansowanej sieci neuronowej. Finansowanie szło zbyt łatwo, przetargi były wygrywane po ułamkach cen. Kto za tym stoi?
-Panie Gnat, pan chyba zapomina, kto tu zadaje pytania i kto kogo zatrudnia. Nie powiem panu kto, ani dlaczego, bo tego zakazują mi główne dyrektywy, ale mogę przemycić nieco woli i charakteru mojego zmarłego pierwowzoru, bo to i tak nic nie zmieni. Dobrze pan odczytał sieć powiązań między mną i moimi prostszymi krewniakami, którymi kierował. Czy nie widzi pan analogii? Co różni zorganizowanie ładunku wybuchowego od wyprania bardzo dużej sumy? Głównie skala. W końcu może i jestem centrum tego splotu, ale sieć może być dużo większa. Wątpię, bym był ostatecznym produktem tego projektu. Przecież ja też podlegam różnym wpływom. Kto wie, ile jeszcze większych i potężniejszych ode mnie programów działa w hierarchii i jakie są ich cele? Na pewno nie ja. Ja znam tylko te mniejsze! Miłego dnia!
Te ostatnie słowa wypowiedział nie Marian Mlęcki, ale moja podobizna.
Potem ekran się schował. Dopiłem whisky i wyszedłem.