Dźwięk odbił się od nagich ścian. Na jedną krótką chwilę wypełnił martwe blokowisko namiastką życia. Niczym nuta wybita dziecięcą rączką, uderzającą w zabawkowy bębenek. Delikatne puknięcie, niewiele głośniejsze od oddechu. W ciszy zawieszonej pomiędzy wypalonymi karkasami budynków zabrzmiało to jednak wyraźnie i… obco.
Drapieżca drgnął i uniósł głowę. Przez chwilę nasłuchiwał, nie do końca pewny, czy dźwięk był tylko wytworem wyobraźni. Przez otwór po wybitym oknie wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Zwlókł się ze skołtunionego barłogu wciśniętego w kąt pokoju. Na czworakach, stawiając szeroko nogi i ręce, ostrożnie, by nie potrącić żadnego z przedmiotów, które pieczołowicie rozłożył poprzedniego dnia na zakurzonej podłodze, dopełzł do parapetu. Poprawił postrzępiony koc zsuwający mu się z nagich ramion, zacisnął palce na pokruszonych cegłach i wyjrzał na zewnątrz. Mgła ścieliła się tuż przy ziemi i sprawiała, że ruiny bloków przypominały poszarpane skały wyłaniające się i na powrót niknące w skłębionej, szarej toni. Echo już dawno umilkło. Wypalone blokowisko było tak samo martwe, jak poprzedniego dnia. Dnia, w którym tu przybył, w którym zdecydował, że dom, nawet zimny i na wpół zburzony, jest lepszy. Tak po prostu lepszy. Nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego, ale gdzieś w głębi, w środku, coś podpowiadało mu, że tu przynależy. Że tutaj jest jego miejsce.
A teraz w to miejsce wkroczył ktoś inny. Ktoś obcy.
Drapieżca wysunął głowę daleko poza krawędź ściany. Próbował łowić dźwięki, szmery, niewyraźne widma, płynące ulotną falą, gdzieś od strony zachodniego horyzontu. Słońce już skryło się za ścianą odległego lasu, srebrnej wstęgi rzeki prawie nie było widać spod ciężkiego oparu mgły. Nocne zimne i wilgotne powietrze przykrywało ruiny, jakby układając je do snu. Ale drapieżca nie zamierzał spać. Mrok należał do niego. To też wiedział. Zaparł się dłońmi o mur, podciągnął stopy obute w zniszczone wojskowe trepy i bez wysiłku przykucnął na chybotliwej krawędzi. Cegły zazgrzytały ostrzegawczo. Ta, na której oparł ciężar lewej ręki, obruszyła się w spękanej zaprawie i niebezpiecznie odchyliła w przód, ale drapieżca zaraz złapał równowagę i powoli, bezgłośnie pozwolił jej opaść na miejsce. Sięgnął przez biodro za plecy, do przytroczonej do pasa skorupy. Delikatnie odpiął ją z zaczepu i na wyciągniętej ręce podniósł wysoko nad głowę. Wyglądał teraz niczym wojownik chełpiący się skalpem wroga po zwycięskiej bitwie. Z pokruszonej półsfery zwisały fragmenty pasków i przewodów.
Drapieżca spojrzał w dół, na skłębiony całun okrywający gruzowisko pięć kondygnacji poniżej. Na połamane balkony, najeżone rdzawymi kolcami prętów zbrojeniowych. Na okopcone mury i na płaski dach budynku tonący w gęstniejącym mroku po drugiej stronie osiedlowej uliczki. Przez chwilę trwał w bezruchu, jakby wyczekując na sobie tylko znany sygnał. Niebo pociemniało, a z łuny zachodu został tylko wąziutki pas jaśniejszego granatu. Zaraz miał zapaść zmrok.
Drapieżca przesunął wolną dłonią po łysej głowie. Palce przemknęły po szramach i bliznach i zatrzymały się dopiero u podstawy czaszki. Twarda metalowa płytka wystawała spomiędzy krawędzi dawno zagojonego, nierównego zrostu. Jego poszarpany brzeg poprowadził go dokładnie tam, gdzie chciał trafić. Opuszek wskazującego palca dotknął na wpół spalonego przekaźnika…
Drapieżca drgnął. Przez moment czuł, jak elektryczne wyładowania rozchodzą się po całej czaszce. Jak pod ich dotykiem aktywują się kolejne połączenia naturalnych i sztucznych włókien nerwowych. Jak ciemność przed oczyma rozjarza się jasnymi plamami. Martwą zielenią, zimnym błękitem oraz kilkoma punktami żywej czerwieni i żółci. Mroczny świat zafalował, zatrząsnął się, wreszcie znieruchomiał i… objawił swe sekrety.
Drapieżca ze spokojem czekał, aż dowie się wszystkiego. Cierpliwe wpatrywał się w jeden, jedyny punkt, drgający i kluczący w połowie odległości między zburzonym miastem a linią horyzontu. Tuż przy brzegu szerokiej rzeki. Gdy był już pewien, że to stamtąd dobiegł obcy dźwięk, zamknął oczy, opuścił rękę ze skorupą i pozwolił, by głowa bezwładnie opadła mu na piersi. Elektryczne mrowienie słabło. Kolorowe kształty i symbole zacierały się, bledły z każdą sekundą. Ciało, jeszcze przed chwilą spięte i gotowe do działania, wpadło w letarg.
Drapieżcą wstrząsnął dreszcz. Obluzowana cegła wysunęła się spod jego stopy i z chrzęstem oderwała od ściany. Stracił oparcie i na ułamek sekundy zawisł nad przepaścią. Skorupa wysunęła się z palców i stuknęła o mur. Zanim zdążył ją złapać, poleciała w dół, między pręty zbrojeniowe i złomy betonowych stropów. Cegły z łoskotem runęły na podłogę, a on zawisł na szeroko rozłożonych rękach, z palcami wczepionymi głęboko w szary tynk okiennych ościeży. Ból zerwanych paznokci i zdartej skóry uderzył u podstawy czaszki i rozlał się gorącą, lepką falą po całym ciele.
Drapieżca zajęczał. Wyszarpnął palce z pokruszonego muru i opadł lekko na zaścieloną pyłem podłogę. Podniósł dłonie do oczu i przyjrzał się im w blasku zachodzącego słońca. Fantomowy ból mijał. Tylko jego echo drgało widmowym poblaskiem, gdzieś na skraju świadomości. Opuszki, obrane z grubej warstwy brudu, połyskiwały ceramiczno-tytanowym refleksem. Zgiął i wyprostował po kolei każdy palec. Mechanizmy posłusznie, jeden za drugim, zamieniły je w ostre szpony, po czym na powrót nadały obły, niemal ludzki kształt.
Ludzki!
Drapieżca padł na kolana, między wypaczone drewniane klocki, spleśniałe pluszowe zabawki i zardzewiałe resorowe samochodziki, które z takim pietyzmem rozstawił poprzedniego wieczora. Słowo zakołatało w świadomości, trąciło jakąś dawno zapomnianą strunę. Wybiło zakazany dźwięk, który uleciał skowytem przez ściśnięte gardło. Zagryzł wargi i wciągnął spazmatycznie powietrze. Ręka sama powędrowała ku metalowej płytce u podstawy czaszki.
Drapieżca wyprężył się, znieruchomiał. Elektryczny dreszcz przeszył ciało niczym ostrze. Zacisnął szczęki tak mocno, że aż zachrzęściły zęby. Wreszcie nabrał głęboko powietrza i zamknął oczy. Wewnętrzny głos odezwał się niemym komunikatem. Głos zawsze wiedział co, kiedy i jak należało zrobić. Wystarczyło mu zaufać, iść za nim. Do celu. Do zwycięstwa. Według ustalonej listy priorytetów. Jasnej i klarownej. Opartej na procedurze.
Drapieżca wstał. Sztywnym, mierzonym krokiem podszedł do posłania. Odrzucił skołtunioną, podartą kołdrę i koc z nadrukowanym obliczem dawno zapomnianego komiksowego bohatera. Sięgnął po małą wojskową torbę i przytroczył ją sobie do pasa. Drugą ręką złapał za kanciasty, lśniący tłustą oksydą, masywny pistolet. Zgodnie z procedurą odwiódł zamek i sprawdził, czy w komorze tkwił pocisk. Broń poddała się bez sprzeciwu, a on, uspokojony, wsunął ją do kabury na prawym udzie.
Drapieżca mruknął z zadowoleniem, gdy wewnętrzny głos pochwalił go bezgłośnie. Wykonane polecania zalśniły zielenią i odpłynęły w czerń. Pozostałe nadal połyskiwały czerwienią, gdzieś w kącie świadomości. Drapieżca ruszył ku drzwiom. Plastikowy żołnierzyk chrupnął pod podeszwą buta, ale on nawet tego nie zauważył. Teraz liczyło się tylko zadanie. Zadanie, które przydzielił mu Głos.
<Odzyskać hełm bojowy HP-55>
<Rozpoznać zagrożenie>
<Zneutralizować>
Drapieżca wiedział, że to wszystko. Tylko tyle i aż tyle. Wystarczyło słuchać. Wykonywać. Działać zgodnie z procedurą. Wypadł na zasłaną gruzem klatkę schodową. Przesadził powyginaną poręcz, zeskoczył na betonową platformę dwie kondygnacje poniżej. Chwilę trwał w bezruchu, nasłuchując. Wypalony karkas miasta mógł wydawać się pusty, ale dobrze wiedział, że to nieprawda. Głos pochwalił za ostrożność. To dobrze. Dobrze, kiedy Głos chwali, ale zaraz może przestać i wtedy nie będzie dobrze. Trzeba działać. Działać zgodnie z procedurą.
Drapieżca popędził przez zwały cegieł, góry połamanego betonu, przez cmentarzysko po blokach z wielkiej płyty. Przeskoczył ponad metalowymi kłębowiskiem dźwigarów przemieszanych z arkuszami blachy falistej, które niegdyś stanowiły wejście do ogromnego hipermarketu budowlanego. Złapał za poszarpany kabel zwisający z przekrzywionego dźwigu budowalnego i w kilku ruchach wdrapał się na zardzewiałą, pogiętą kratownicę ramienia maszyny. Tu przystanął. Przez moment nasłuchiwał, łowił dźwięki ruin, które zatopione w nocnym powietrzu oddawały ciepło zgromadzone w ciągu dnia. Bez skorupy był prawie ślepy. Organiczne oczy, ułomność i pozostałość po dawnym życiu, nie radziły sobie zupełnie z gęstniejącą ciemnością.
Drapieżca warknął i zagryzł wargi. Czuł, że skorupa musiała upaść gdzieś niedaleko, że nie mogła stoczyć się w głąb rumowiska. Że powinna leżeć gdzieś na widoku i jeśli dobrze poszuka, to zobaczy błysk, refleks księżycowej poświaty odbitej w resztkach wizjera. Rozejrzał się bezradnie, przeskoczył na drugą stronę kratownicy i zwiesił się z konstrukcji głową w dół w desperackiej próbie zajrzenia pod okap zrujnowanego supermarketu.
Nic! przebiegło mu przez myśl. Nie ma!
Drapieżca już miał podciągnąć się na stalową konstrukcję i ruszyć dalej, gdy jego uwagę przykuł jeden drobny szczegół. Zmrużył oczy i przekrzywił głowę, tak by móc spojrzeć w dół pod nieco innym kątem. Przez chwilę trwał nieruchomo, próbując zrozumieć na co patrzy. Nagle rozwarł palce zaciśnięte na rurze kratownicy, złożył ramiona i runął w dół, prosto w rozpadlinę ziejącą między połamanymi płytami stropowymi. Ciemność na dnie rozpadliny była wilgotna i gęsta. Chłód i zapach zgnilizny. Ale to się nie liczyło. Liczył się tylko:
WRÓG!
Głos wył pod czaszką. Czuł go w głowie, w kościach, w mięśniach, w metalu i kompozycie, każdej cząstce ciała. Nie myślał. Działał. Pięści jak tłoki wbijały się raz po raz w leżący nieruchomo kształt.
WRÓG!
Kość chrupnęła pod uderzeniem. Głuchy do tej pory pogłos łomotania zmienił ton na nieco sztywniejszy, bardziej suchy.
Wróg…
Serce zwalniało. Zmysły ogłuszone nagłym wyrzutem syntetycznych hormonów wracały do normy. Drapieżca wstrzymał cios. Pobłyskująca metalem pięść zawisła na moment w powietrzu, po czym powoli rozwinęła się w dłoń i opadła na ziemię. Zaraz obok szczerzącej pożółkłe zęby, obranej do czysta czaszki okrytej czarnym hełmem z pękniętym wizjerem.
Wróg wyeliminowany.
Drapieżca westchnął głęboko. Komunikat spłynął spokojem na rozjątrzony umysł. Podniósł się na kolana i rozejrzał po rozpadlinie. Pogruchotany szkielet dawno zmarłego lotnika leżał rozciągnięty na stercie gruzu. Resztki spadochronu, zetlałe od mrozu i słońca, rozwleczone przez ścierwojady, zwisały z wystających prętów zbrojeniowych i zaścielały podłogę. Poza tym, nie było tu niczego wartego uwagi. Nie było zagrożenia. Nie było celu, więc po prostu wstał i zaczął się wspinać. Mięśnie ciągnęły bólem. Otarcia na skórze piekły, gdy przesuwał się po szorstkim betonie, ale Głos cały czas podpowiadał, uspokajająco prowadził do celu. Nie warto było się przejmować detalami.
Drapieżca wydostał się na powierzchnię, nabrał haust zimnego, krystalicznego powietrza. Było już zupełnie ciemno. Na czystym, hebanowym niebie lśniły punkciki gwiazd. Księżyc wyglądał sponad poszarpanych ruin połową sierpa. Po zgniłym fetorze rozpadliny, to było wszystko czego teraz potrzebował. Stał tak, z zadartą głową i patrzył w gwiazdy. To kłuło w sercu, ale jednocześnie przynosiło ulgę. Bo niebo było zawsze takie samo. Takie samo jak wtedy…
<Odzyskać hełm bojowy HP-55>, zajaskrawiło się w kąciku świadomości.
Instynkt i powinność. Obowiązek przede wszystkim, więc ruszył posłusznie w stronę wskazaną przez Głos. A Głos go pochwalił. Zgodnie z procedurą. Biegł przez ruiny, stawał, węszył, słuchał. Zaglądał metodycznie pod złomy betonu i sterty desek. Szukał. Szukał. Aż wreszcie znalazł.
Drapieżca drgnął, gdy sygnał skorupy pojawił się niespodziewanie. Hełm nadawał na granicy słyszalności. Transponder milkł i odzywał się rwanymi piknięciami, tylko po to by za chwilę zamilknąć zupełnie. Ale Drapieżca nie zgubił tropu. Szedł, truchtał, a potem ruszył pędem przed siebie. Wyskoczył w górę, odbił się od przechylonej ściany gruzowiska, przesadził jednym skokiem ulicę, zaścieloną gruzem spalonymi wrakami samochodów. Wypadł spomiędzy ostatnich bloków pomiędzy poczerniałe kikuty drzew parku, który niegdyś rósł na obrzeżach osiedla. Pomiędzy nimi był cel. To tam prowadził Głos.
Cel stał na polanie. Mały, ubrany w za dużą zieloną kurtkę. Z dziurawą wełnianą czapką wciśniętą głęboko na uszy, spod której wystawała płowa czupryna. W poplamionych, połatanych spodniach wpuszczonych w cholewy butów nie do pary. Patrzący dużymi, wilgotnymi oczyma. Patrzący sponad zardzewiałej i odrapanej lufy. Patrzący prosto na niego. Dygoczący, uzbrojony i przerażony CEL.
Drapieżca zatrzymał się na skraju polany. Rozgrzane biegiem mięśnie drgały pod skórą, hormony pompowane w krwioobieg paliły żywym ogniem, dłoń sama sięgnęła po zawieszony na biodrze pistolet i wyrwała go z kabury.
Cel załkał. Drobna blada ręka oderwała się od kolby starej strzelby i uniosła w górę w geście poddaństwa. Zardzewiała lufa opadła ku brązowej trawie. Z ogromnych oczu popłynęły łzy.
Drapieżca wyszczerzył zęby i zacisnął mocniej dłoń na rękojeści pistoletu.
WRÓG!
Po plecach przebiegł dreszcz. Elektryczne wyładowania bombardowały mózg rozkazami, nakazami, groźbami.
WRÓG! WRÓG! WRÓÓÓG!
Głos wył w głowie kakofonią nakładających się na siebie komend. Wrzaski i krzyki. Płacz. Lament. Zawodzenie mordowanych. Już nie odległe, już nie stłumione. Znowu i znowu…
Drapieżca zaskomlał. Wymierzony prosto w Cel pistolet lekko zafalował, gdy mięśnie trzymającej go ręki zaczęły wiotczeć. Broń powolnym łukiem opadła najpierw o milimetr, potem następny, aż popłynęła na sam dół. Palce rozwarły się z kurczowego uchwytu i pozwoliły jej opaść na trawę. Głos umilkł. Ten w głowie ucichł zupełnie. Za to ten słyszany rozbrzmiał cichutko. Ledwie było go słychać. Słowa w niezrozumiałym języku, przerywane spazmem. Lękliwe i słabe.
A słabe znaczy złe, prawda?
Cel powolutku schylił się i podniósł z trawy parciany worek. Z wnętrza wyjął pęk powiązanych za łapki upolowanych kruków. Ptaki były małe i chude. Do tego strzelba przerobiła większość z nich na krwawą miazgę, ale mimo to musiały mieć sporą wartość, bo Cel odwiązał jednego i podał na wyciągniętej dłoni.
Drapieżca patrzył na niego nie rozumiejąc. Słowa zachęty jednak sprawiły, że mimowolnie sięgnął po dar. Cel uśmiechnął się nieśmiało i lekko skinął głową. Drapieżca powoli, z namysłem odwzajemnił gest. Przyciągnął dłoń z podarunkiem do siebie i przytulił do poznaczonej bliznami piersi. Nagle westchnął, jakby o czymś sobie przypomniał. Sięgnął do kieszeni na biodrze. Cel wzdrygnął się ze strachu, ale Drapieżca uspokajającym gestem pokazał, że wszystko w porządku. Po chwili wyciągnął metaliczną dłoń. Gdy ją otworzył oczom Celu ukazał się mały, pordzewiały resorak wielkości pudełka zapałek.
Drapieżca podniósł trzymanego w jednej ręce ptaka i zrobił gest ku sobie, potem potrząsnął dłonią z zabawką i podsunął ją Celowi. Ten znowu się uśmiechnął i skinął głową. Delikatnie wziął samochodzik i obejrzał go dokładnie. Pociągnął nosem i znowu się uśmiechnął. Przez chwilę stali tak, w niezręcznej ciszy. W końcu Cel powolutku podniósł z ziemi strzelbę, zabrał worek i zrobił trzy kroki w tył. Drapieżca patrzył na niego wciąż trzymając przy piersi okrwawione truchło kruka. Patrzył, dopóki nie zniknął pomiędzy rachitycznymi zaroślami. Patrzył jeszcze długo po tym jak ostatni potrącone gałązki nie znieruchomiały. Patrzył i nie wiedział co zrobić. Pierwszy raz od dawna nie wiedział co dalej. Mógł odnaleźć Głos. Wystarczyło ruszyć tropem skorupy. To kwestia czasu, kiedy ją odnajdzie, a wtedy odnajdzie i jego. Albo… mógł ruszyć za Celem. Ruszyć nie po to, aby go wyeliminować, unieszkodliwić, zniszczyć, tylko… po to, żeby znaleźć cel u jego boku.
O świcie pierwsze promienie słoneczne rozświetliły polanę. Obmyły złocistym światłem poczerniałe kikuty drzew. Wplotły palce w kłujące ostowate gałązki krzewów. Na koniec zamigotały na tłustej oksydzie szturmowego pistoletu.
Pistoletu, który miał tam pozostać na zawsze.