Poniższy tekst stanowi samodzielny fragment powieści dark fantasy. Opowiada historię Delary – ściganej przez prawo czarodziejki, która w poszukiwaniu zakazanej wiedzy zapuszcza się w najbardziej niebezpieczne rejony świata.
Poniższy tekst stanowi samodzielny fragment powieści dark fantasy. Opowiada historię Delary – ściganej przez prawo czarodziejki, która w poszukiwaniu zakazanej wiedzy zapuszcza się w najbardziej niebezpieczne rejony świata.
Zimny, północny wiatr przepływający przez Wąwóz Straceńców kaleczył czerwone od mrozu policzki Delary. Wybieranie się w te rejony, szczególnie zimą, było igraniem ze śmiercią. Z urwisk nad jej głową, zwisały olbrzymie, ostre jak włócznie sople, czekające tylko, by odpaść i przebić ciało wędrowca. Szwaczka nawet nie spoglądała w górę. Nie chciała widzieć kolejnego niebezpieczeństwa. Śnieg sięgający kolan wystarczająco utrudniał przeprawę, choć miał jedną zaletę – zamieć, w którą wpadła rankiem, zasypała jej ślady. Miała nadzieję, że to opóźni ścigających ją gwardzistów z Videranu.
Wszystko stałoby się o wiele łatwiejsze, gdyby znalazła sposób na przebudzenie mocy. Była pewna, że luminacja wypełnia jej żyły. Czuła się jak zamknięta w butelce burza. Gdyby tylko umiała otworzyć korek… mogłaby eksplorować wszystkie luminackie twierdze do woli. Bez pościgów, bez strachu zostania złapaną. Zamiast tego, przedzierała się przez zaspy jak zwykły śmiertelnik. Kierowała się wprost do kolejnej warowni luminatów, z myślą odkrycia tam tajemnic wymarłego zakonu. Każdy krok stawał się coraz cięższy, a ona parła naprzód ostatkiem sił. Coś w jej środku poruszyło się niespokojnie. Kiedy ostatni raz miała coś ciepłego w ustach? Kiedy spała w łóżku? To były luksusy, których wyrzekła się dziesięć lat temu, gdy zwiedziła pierwszy zrujnowany zamek. Od tamtej pory jej domem była droga, a jej wizerunek ozdabiał listy gończe w każdym większym mieście. Musiała trzymać się z dala od cywilizacji. Czasem trafiała do zapomnianych przez bogów wiosek, gdzie ludzie przyjmowali ją z uśmiechem – oczywiście za odpowiednio ciężką sakiewkę złota. Tego akurat miała pod dostatkiem, dzięki przedmiotom, które udawało się jej znaleźć, a za które wszyscy byli gotowi się pokroić. Niestety, często te uśmiechy znikały po zmroku. Miała siedemnaście lat i chociaż wyglądała na kruchą, musiała być ze stali. Krzywiła się na widok lubieżnych spojrzeń wieśniaków. Nieraz budziła się w środku nocy, czując czyjś oddech przy twarzy. Nigdy im się nie udało. Niekiedy była to zasługa jego. Zawsze wychodziła z tych konfrontacji bez szwanku, zostawiając za sobą połamane kończyny i spalony honor. Żal jej było tych głupców. Tak samo jak żal jej było pościgu, który deptał jej po piętach od dwóch tygodni. W pojedynku pokonałaby każdego z nich, ale nie chciała mieć niepotrzebnej krwi na rękach. To była ostateczność.
Słońce chowało się za horyzontem, rzucając długie, fioletowe cienie na ściany wąwozu. Żołądek odezwał się bolesnym skurczem. Ostatnie, skromne zapasy zjadła dwa dni temu. Modliła się do wszystkich znanych sobie bogów o cokolwiek jadalnego. I wtedy dostrzegła ruch w niknącym świetle. Dzik. Wielki, włochaty odyniec ryjący w śniegu. Zbliżyła się najciszej jak potrafiła. Zamknęła oczy, wsłuchując się w wibracje ziemi. Szybkim ruchem dłoni nakazała glebie pod śniegiem utworzyć kolumnę, która wystrzeliła w górę, wyrzucając zwierzę w powietrze. Zanim dzik zdążył zrozumieć, co się dzieje, kolumna rozpadła się na setki kamiennych odłamków, które przebiły go w locie. Padł martwy, zanim dotknął ziemi.
Wichura przybierała na sile. Delara wiedziała, że musi znaleźć schronienie albo zamarznie razem ze swoją zdobyczą. Ciągnęła truchło przez zaspy, upadając i wstając, aż w końcu znalazła niewielką wnękę skalną. Pstryknęła skostniałymi palcami. Nad jej dłonią zapłonął mały płomień – ogień, jej domena jako czarodziejka elementarii. Była to magia, która pochłaniała mnóstwo energii, więc używała jej oszczędnie. Rozpaliła ognisko z uschniętych krzewów, które z trudem wyrwała spod lodu. Wpatrywała się w płomienie, jedząc pospiesznie upieczone mięso. Hipnotyzowały ją, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Po posiłku zwinęła się w kłębek i zapadła w sen czujny jak sen zająca.
Obudziła ją cisza. Wiatr ustał. Chciała dokończyć wczorajszego dzika, ale zastała tylko kości. Uśmiechnęła się lekko.
– Nie mogłeś się oprzeć, prawda? – wypowiedziała, jakby ktoś mógł ją usłyszeć. Poklepała się po brzuchu i ruszyła dalej, a po kilku godzinach zobaczyła cel swojej podróży. Twierdza luminatów. Konstrukcja oszałamiała majestatem, mimo że marmur był już wykruszony, a wieże nadgryzł ząb czasu. Górowała nad wąwozem jak martwy król na tronie. Delara wspięła się po niemal pionowej ścianie, wspomagając się wywołanymi przez siebie podmuchami wiatru i stworzonymi, małymi półkami skalnymi. Strażników nie było – nikt przy zdrowych zmysłach nie pilnował ruin na takim pustkowiu. Stanęła przed olbrzymią, żelazną bramą. Wygrawerowany na niej Gryf w Złotej Koronie – symbol Złotej Gwardii – patrzył na nią martwym wzrokiem. Naparła ramieniem. Brama ustąpiła z przeraźliwym zgrzytem.
Wnętrze twierdzy przeraziło ją. Było tu… pusto. Zbyt pusto. Zeszła niżej, zapalając pochodnię, by oszczędzać magię. Korytarze prowadziły ją głęboko pod ziemię, aż do olbrzymiej biblioteki. Sala zapierała dech w piersiach. Regały sięgały sufitu, a zapach starego papieru i kurzu był dla niej najpiękniejszym perfumem. Zaczęła wertować księgi. „Natura Światła”, „Luminackie Techniki”… Nagle usłyszała stukot. Podkute buty na kamiennej posadzce. Głosy. Serce zamarło. Zgasiła pochodnię i schowała się za regałem.
– Myślisz, że znajdziemy tutaj coś cennego? – zachrypiał męski głos.
– No pewnie. Nikt nie zapuszcza się w te rejony. Musi tu być kupa złomu do przetopienia.
– Oby to było tego warte.
Trzech mężczyzn. Delara miała wrażenie jakby gdzieś już słyszała te podłe głosy. Nie potrafiła sobie przypomnieć gdzie. Wyjrzała ostrożnie. W wejściu jarzyła się pochodnia, oświetlając potężną sylwetkę. Orelf. Hybryda orka i elfa. Rzadkość i koszmar w jednym. Potężna muskulatura i olbrzymi wzrost wywołały u niej ciarki. Jak coś tak paskudnego mogło istnieć w tym świecie? Coś pod jej ubraniem skręciło się brutalnie. Zagryzła zęby, żeby nie wydać dźwięku bólu. Obserwowała olbrzyma. Niósł na plecach dwuręczny topór, który wyglądał jak narzędzie tortur.
– Biblioteka… A może by ją spalić? – mruknął, zacierając dłonie.
Krew w żyłach kobiety zamieniła się w lód. Nie mogła pozwolić na zniszczenie tej wiedzy. Skupiła się. Kamień leżący na gzymsie oderwał się i z cichym świstem uderzył orelfa w tył głowy. Gigant zachwiał się i runął na ziemię jak ścięty dąb. Elementarzystka wezwała wiatr, by zamortyzować upadek, żeby hałas nie zaalarmował reszty. Szybko ułożyła wokół niego sarkofag z kamiennych płyt. Wiedziała, że to go nie zatrzyma na długo, gdy się ocknie. Musiała działać szybko. Zaczęła pakować najcenniejsze woluminy do skórzanego plecaka.
– Kurwa mać! Abolan! – wrzasnął ktoś z korytarza. – Chodź tu szybko! Coś się stało Myghtarowi!
Delara zamarła. Znała te imiona. Abolan, krasnoludzki renegat. Myghtar, orelf, który wyrżnął całe swoje dzikie plemię. I on, ten trzeci głos, przez który budziła się każdej nocy ze strachem w oczach. Imlerkin. Elf. Jeden z dwóch tancerzy wojny, którzy przeżyli rzeź jaka miała miejsce prawie dwadzieścia lat temu. Po tym wydarzeniu, Imlerkin zwątpił w szlachetność i przeszedł na tę ciemniejszą stronę. Cała trójka tworzyła najbardziej poszukiwaną grupę niemal na całym kontynencie. Już raz na nich trafiła, trzy lata temu. Połamała im wtedy nosy i dotkliwie poparzyła, a oni poprzysięgli jej śmierć. Wyszła zza regału. Na jej dłoniach zapłonęły bladoczerwone dyski.
– Znów się spotykamy – rzuciła nonszalancko, choć serce waliło jej jak młot.
– Ty! – syknął elf. Blizna przecinająca jego twarz od skroni po szyję zsiniała z wściekłości. Dobył dwóch bliźniaczych ostrzy. – Zabiję cię!
Rzucił się na nią, ale kamienne kajdany wystrzeliły z posadzki, łapiąc go za kostki. Tancerz wojny runął jak długi. Wtedy wpadł Abolan. Krasnolud jednym ciosem młota bojowego rozbił kamień wiążący wspólnika. Zaczęło się piekło. Imlerkin był szybki. Zbyt szybki. Delara parowała jego ciosy ognistymi dyskami, jednocześnie próbując rozgrzać zbroję krasnoluda. Jedno z ostrzy elfa drasnęło ją w ramię. Ból był ostry, ale otrzeźwiający. Zacisnęła zęby i posłała falę ognia w stronę Abolana. Nizioł zawył, gdy jego pancerz rozgrzał się do czerwoności. Zaczął zdzierać z siebie parzące blachy. W tym czasie, tancerz wojny nacierał z furią szaleńca. Iskry sypały się przy każdym zderzeniu stali z magią. Delara zamarkowała unik w lewo, otoczyła pięść kamienną rękawicą i uderzyła. Trafienie było czyste. Nos elfa eksplodował fontanną krwi. Poprawiła hakiem w szczękę. Wojownik zatoczył się, plując zębami. Miała ich. Cofnęła się o krok, by zadać ostateczny cios… i potknęła się o kamienny sarkofag. Zapomniała o orelfie. Potężne łapsko wystrzeliło spod gruzów i chwyciło ją za gardło. Myghtar wstał, unosząc ją jak szmacianą lalkę. Widząc zwęglone ciało Abolana i zmasakrowaną twarz Imlerkina, ryknął wściekle i docisnął ją do swojej piersi. Żebra trzasnęły, przeszywający ból niemal odebrał jej zdrowe zmysły. Elf podszedł do niej, ocierając krew z twarzy. Uśmiechał się ohydnie. Przejechał ostrzem po jej brzuchu, rozcinając ubranie, ale nie skórę.
– Teraz się zabawimy – wycharczał.
Nim zdążył zrobić cokolwiek więcej, z ziemi wystrzeliły dwa kamienne kolce, uderzając obu napastników w krocze. Uścisk zelżał. Delara upadła na czworaka, łapiąc powietrze. Rzuciła się do ucieczki. Była wyczerpana. Magia w niej gasła.
Wybiegła na dziedziniec, gdzie stały konie przybyłej trójki. Zarzuciła plecak na siodło i już miała wskoczyć na grzbiet, gdy poczuła paraliżujący ból na plecach. Cięcie. Osunęła się na śnieg. Nad nią stanął Imlerkin. Kopnął ją w twarz, przewracając na plecy. Świat zawirował. Ciemność zaczęła zalewać jej oczy. Nie potrafiła przezwyciężyć bólu promieniującego z jej popękanych żeber i świeżej rany na jej plecach. Ostatnie, co widziała, to dwie wyszczerzone gęby pochylające się nad nią z triumfem.
– Koniec biegania, suko – usłyszała. A potem zapadła ciemność.
Ocknęła się w ciszy. Leżała w brudnym od krwi śniegu. Ból w plecach pulsował tępym rytmem, ale nie krwawiła. Ta krew na śniegu, nie była jej krwią… Zebrała się na kolana, rozglądając dookoła. I zwymiotowała. Gdy skończyła, otarła usta rękawiczką. Tam gdzie powinni stać Imlerkin i Myghtar, leżały tylko strzępy. Obgryzione do czysta kości bielały w zniszczonych futrach. Czaszka elfa znajdowała się kilka metrów dalej, pęknięta jak orzech. Miecze były połamane, jakby ktoś zgniótł je w dłoni, a wielki topór orelfa był wbity głęboko w ziemię, wygięty w łuk. Nie było śladów wilków. Nie było śladów niedźwiedzia. W śniegu znajdowały się ogromne wyżłobienia, jakby ktoś lub coś czołgało się. Uśmiechnęła się blado, w ogóle nie czując zmęczenia, jedynie tępy ból po zregenerowanych obrażeniach.
– Dobra robota, przyjacielu. – Zarzuciła na siebie futra, które znalazła w przytwierdzonych do konia jukach. Wskoczyła na niego, złapała wodze dwóch pozostałych wierzchowców i wygalopowała z twierdzy, nie oglądając się za siebie.