– Pan Marek Kamiński wraz z osobami towarzyszącymi – zatrzeszczał głośnik na ścianie poczekalni.
Szmer rozmów ucichł jak ucięty nożem. Młodzieniec przełknął ślinę i spojrzał niepewnie na siedzących obok rodziców. Siwiejący mężczyzna nachylił się w jego stronę.
– Nasza kolej, Marku. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – szepnął, poklepując go uspokajająco po ramieniu.
Chłopak wstał i poprawił pognieciony garnitur. Zerknął w stronę sali ceremonialnej, a niewidzialna obręcz na jego piersi zacisnęła się jeszcze mocniej. W tej samej chwili poczuł na policzku wilgotny pocałunek.
– Mamo, przestań… – wymamrotał przez wyschnięte gardło.
Weszli razem do jasno oświetlonego pomieszczenia. Wąska wstęga dywanu prowadziła prosto do dębowego biurka urzędnika stanu cywilnego.
– Szanowni Państwo, witam serdecznie w tym wyjątkowym dniu – odezwał się łysiejący mężczyzna, wskazując miejsca po swojej prawej stronie.
Marek opadł na wyściełane siedzenie i wbił wzrok w kolana. Za jego plecami cicho zaszurały krzesła.
– Panna młoda zaraz się zjawi. Proszę o odrobinę cierpliwości.
Marek przymknął oczy. Serce waliło mu tak, że ledwie mógł złapać oddech.
W pomieszczeniu zapadła cisza, zakłócana jedynie niespokojnym szuraniem butów i miarowym tykaniem zegara na ścianie. Gdzieś za oknem mruczały cicho opony samochodów, a sygnalizacja świetlna pikała jednostajnie.
Wtem zaskrzypiała klamka, a sekundę później rozległ się stłumiony odgłos kroków. Markowi mignęły po prawej dwie kobiece sylwetki.
– Strony są już w komplecie – oznajmił urzędnik, tym razem bardziej formalnym tonem. – Możemy zatem rozpocząć ceremonię.
Zrobił krótką pauzę, podczas gdy nowoprzybyli zajmowali miejsca.
– Gdzie jest ojciec? – wyszeptał głos za plecami Marka, nim uciszyło go ostre syknięcie.
Urzędnik sprawiał jednak wrażenie, jakby niczego nie usłyszał. Zastukał w klawiaturę, po czym uniósł wzrok i spojrzał na zebranych znad plastikowych oprawek.
– Zgromadziliśmy się tutaj, aby być świadkami zawarcia związku małżeńskiego, skojarzonego zgodnie z zapisami ustawy z dnia 17 lipca 2047 roku o szczególnych instrumentach wsparcia rozwoju demograficznego. Do zawarcia rzeczonego związku, po ukończeniu ustawowego wieku osiemnastu lat, system dopasowujący wytypował obywateli: Marka Kamińskiego oraz Annę Kowalczyk – wyrecytował beznamiętnie.
Marek zebrał się w końcu na odwagę i ukradkiem zerknął w bok. Ledwie dwa kroki od niego, sztywno przycupnięta na krawędzi krzesła, siedziała ciemnowłosa dziewczyna.
– Czy wymienieni obywatele wyrażają zgodę na dopasowanie, świadomi, że odmowa wiąże się z konsekwencjami opisanymi w paragrafie 12, punktach 1–8, wspomnianej ustawy?
– Tak – wypaliła Anna. – Zgadzam się!
Marek poczuł, jak ogarnia go fala gorąca. Zacisnął kurczowo dłonie na kolanach.
– Wyrażam zgodę – wydukał.
Urzędnik skinął głową i wstukał coś na klawiaturze.
– Zatem potwierdzam zawarcie małżeństwa. Przystępujemy do losowania przydziału mieszkaniowego.
Obrócił ekran laptopa w stronę sali. Przez kilka długich chwil nic się nie działo.
Wreszcie, w prawym dolnym rogu wyświetlacza zamrugała samotna czarna kropka. Tuż pod nią ukazał się napis:
„Rezydencja wiejska nr 10349”.
– Tak daleko… – W głosie matki Marka pobrzmiewała troska.
Oszołomiony młodzieniec uświadomił sobie, że miała rację. Jego nowy dom znajdował się niemal pięćset kilometrów od miasta.
Tymczasem urzędnik podniósł z biurka błyszczącą teczkę i podał ją Markowi ponad blatem.
– Niniejszym przekazuję głowie rodziny wszystkie niezbędne dokumenty wraz z kartą mieszkańca – oznajmił uroczyście.
Młodzieniec spojrzał na kolorową okładkę. Uśmiechnięta para – przystojny mężczyzna i jasnowłosa kobieta – trzymała się na niej za ręce na tle kwietnego ogrodu. Za nimi wznosił się schludny dom jednorodzinny, otynkowany na biało i najwyraźniej świeżo wybudowany.
– Życzę Państwu Kamińskim, aby dzisiejsza uroczystość okazała się pierwszym krokiem na drodze ku owocnemu i szczęśliwemu życiu rodzinnemu – dodał urzędnik uprzejmie, choć w jego głosie pobrzmiewała już nuta zniecierpliwienia.
Marek wstał i, niepewny, co robić dalej, zerknął w stronę rodziców. W tej samej chwili poczuł, jak ktoś ujmuje jego dłoń. Odwrócił się zaskoczony. Anna mrugnęła do niego psotnie zza gęstwiny kasztanowych włosów.
– A co z ceremonią?! – rzucił ostro ojciec Marka. – Przecież wyraźnie zaznaczaliśmy, że ma być ślub kościelny!
Urzędnik zerknął z ukosa na ekran laptopa.
– Ma Pan rację – przyznał niechętnie. – Ksiądz Robert oczekuje na młodych w kaplicy numer trzy.
Marek ścisnął mocniej dłoń żony i poczuł, że niewidzialna obręcz nieco się rozluźnia. Uśmiechnął się blado i ruszyli w stronę drzwi wyjściowych, stawiając pierwsze, niepewne kroki na drodze ku wspólnej przyszłości.
***
Autonomiczna taksówka odjechała z cichym szmerem, zostawiając ich samych na żwirowym podjeździe.
Ku gorzkiemu rozczarowaniu Marka ich nowy dom w niczym nie przypominał tego z fotografii. Wzniesiony w pośpiechu z prefabrykatów, wyglądał nijako i sprawiał wrażenie, jakby miał już przynajmniej kilku właścicieli. Do metalowych drzwi prowadził chodnik z betonowych płyt, a zarośnięty ogród ze wszystkich stron otaczała ściana lasu.
Anna ujęła się pod boki i zmierzyła wzrokiem zapuszczoną okolicę. Wciągnęła głęboko powietrze.
– Jak tu rześko! I odpadają problemy z sąsiadami. Na dziesięć kilometrów stąd nikt nie mieszka!
Ruszyła w stronę drzwi wejściowych, a Marek poczłapał za nią, ciągnąc terkoczące walizki.
Elektryczny zamek szczęknął cicho, gdy przeciągnęli kartę mieszkańca przez czytnik.
– Przynajmniej to działa – mruknął Marek.
Wnętrze było mocno zaśmiecone, a w powietrzu unosił się ciężki odór, jakby jakieś zwierzę dostało się do środka, zadomowiło i w końcu zdechło, zanim ktokolwiek zdążył to zauważyć.
Usiedli przy kuchennym stole, a Marek wydobył z walizki gruby plik papierów. Zanim jednak zdążył przeczytać choćby słowo, Anna nachyliła się i wyrwała mu z rąk opatrzony godłem dokument.
– Nasz raport dopasowania! Od rana mnie korci, żeby do niego zajrzeć.
W skupieniu przestudiowała pismo.
– Zgodność na poziomie siedemdziesięciu pięciu procent… Czyli całkiem nieźle, co? Tylko… w czym właściwie jesteśmy tacy zgodni? W ogóle o tym nie piszą.
– Zawsze tak jest. Na początku załączali pełny wydruk z systemu, ale szybko dali sobie z tym spokój. Podobno nadmiar informacji miał negatywny wpływ na trwałość jednostki rodzinnej. Nic na to nie poradzimy – wyjaśnił Marek.
Mimo wszystko odkrycie miało gorzki posmak. Wbrew rozsądkowi miał nadzieję, że dowie się czegoś, co choć trochę pomoże mu odnaleźć się w sytuacji.
Tymczasem jego żona prychnęła ze złością i zamknęła teczkę. Wrzuciła ją z powrotem do walizki.
– A ty skąd wiesz takie rzeczy?
Marek poruszył się nerwowo na krześle.
– Sporo czytałem o dopasowaniu. Chciałem wiedzieć, jak to działa. Jaka jest szansa, że… no wiesz… wszystko pójdzie dobrze – wymamrotał.
– A jak ma pójść? Wystarczy, że trochę się postaramy. A w ogóle takich rzeczy nie mówi się żonie w dniu ślubu. Gdzie twoja dusza romantyka? – zaśmiała się Anna i pogroziła mu palcem.
Rozejrzała się energicznie po kuchni.
– Na razie trzeba tu trochę ogarnąć. Koniec filozofowania i do roboty!
– Tak jest, proszę pani! – Marek zerwał się i zasalutował jak żołnierz na warcie.
***
Anna z westchnieniem zarzuciła worek na plecy i powlokła się w kierunku drzwi. Z całej siły cisnęła ładunek na zewnątrz, a śmieci natychmiast zniknęły w gąszczu chwastów porastających ogród.
Ziewnęła przeciągle.
– Dość pracy na dziś. Padam z nóg – poskarżyła się.
W lesie dookoła ptaki wyśpiewywały swój wieczorny koncert.
Przez kilka godzin zdołali uprzątnąć zaledwie część korytarza i pokój gościnny. Marek rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym – poza dwoma plastikowymi krzesłami – nie było żadnych mebli.
– Dobrze, że mamy śpiwory – mruknął pod nosem. – W sypialni chyba zalęgły się kuny. Widziałem, jak włażą przez dziurę w ścianie.
– Sądziłeś, że będziemy spać w jednym łóżku? Tak od razu po ślubie? – zapytała Anna z łobuzerskim uśmiechem.
Marek poczuł, jak krew napływa mu do twarzy.
– Ależ ja… ja wcale nie… – wyjąkał.
Dziewczyna przeciągnęła się leniwie.
– Wyluzuj! Wiem, że jesteś w porządku. Tylko sobie żartuję – Ziewnęła ponownie. – Zmykam pod prysznic. Mam nadzieję, że woda w końcu się nagrzała.
Kiedy po dwóch kwadransach wróciła, ubrana w bawełnianą piżamę i z ręcznikiem na głowie, oba śpiwory leżały już starannie rozłożone na piankowych karimatach.
– Jesteś słodki, dziękuję – szepnęła sennie, wsuwając się w chłodną tkaninę. – Może puszka jednak coś wie. Ale mimo wszystko szkoda, że nie podają szczegółów.
Marek zatrzasnął okno, a głosy ptaków natychmiast umilkły. Gdzieś za ścianą cichutko bulgotała woda w rurach.
– Dobranoc. Ja jeszcze trochę posiedzę.
Przez moment oboje milczeli.
– No to jaka jest ta szansa? – zapytała w końcu Anna z wnętrza śpiwora.
– Szansa? Na co?
– Na trafione dopasowanie, matołku.
Zakłopotany Marek odwrócił wzrok.
– Po roku zapytają nas, czy jesteśmy zadowoleni… I większość odpowiada, że tak. Zwłaszcza jeśli… no, wiesz… w międzyczasie pojawi się dziecko.
Dziewczyna milczała, a w zapadającej szybko ciemności nie dało się już dostrzec wyrazu jej twarzy.
Marek odczekał chwilę, zanim odezwał się ponownie.
– A ty co o tym sądzisz? Myślisz, że wszystko jakoś się ułoży? – spytał.
Odpowiedziała mu tylko cisza i ledwie słyszalny szmer oddechu.
***
– Musiałaś zużyć całą wodę? – poskarżył się Marek. – Prąd włączą dopiero wieczorem. Miną wieki zanim znowu się nagrzeje…
Zatrzymał się w progu i wybałuszył oczy.
Całą powierzchnię kuchennego stołu przykrywały rzędy równo ułożonych karteczek, każda starannie wycięta z większego arkusza i opisana kolorowym flamastrem. Anna siedziała tuż obok, wielce zaaferowana, niczym sprzedawca biletów w dniu długo wyczekiwanej premiery.
Marek nachylił się nad stołem i podniósł jeden ze skrawków papieru.
– Koszenie trawnika – przeczytał na głos. – O co z tym chodzi?
– To chyba jasne? Podzielimy obowiązki domowe – odparła Anna z promiennym uśmiechem.
Wskazała dwa plecione kosze ustawione przy krawędzi blatu.
– Prawy jest twój!
Marek spróbował policzyć karteczki, lecz stracił rachubę po dwudziestu kilku.
– Nie wiedziałem, że mamy aż tyle obowiązków – mruknął.
– Nie musimy wszystkiego przydzielać od razu. Na przykład trawnik może poczekać, aż kupimy kosiarkę. – Delikatnie wyjęła mu notatkę z ręki i odłożyła na miejsce. – Może zaczniemy od… – Sięgnęła na chybił trafił. – O, naprawa umywalki.
Nachyliła się nad koszami i z satysfakcją wrzuciła świstek do tego po prawej.
Marek westchnął i poczłapał w stronę zlewu. Przekręcił kurek. Z kranu kapnęło zaledwie kilka mizernych kropel, lecz gdzieś pod spodem coś zabulgotało, a rozlana na podłodze kałuża powiększyła się odrobinę.
– Hydraulika przecieka. Może wystarczy dokręcić? – zasugerowała Anna, podając mężowi klucz francuski.
Marek schylił się i otworzył drzwiczki serwisowe. Bezradnie przyjrzał się plątaninie miedzianych rurek. W końcu wybrał jedną na chybił trafił i spróbował dokręcić złączkę.
– Może teraz? – zapytał z nadzieją.
Przekręcił kurek ponownie. Krople wody zaperliły się na metalu, po czym spłynęły wzdłuż kolanka.
– Daj to! Trzeba mocniej! – rzuciła zirytowana Anna.
Wyrwała narzędzie z rąk męża i zahaczyła klucz o zardzewiały gwint. Zaparła się nogami o krawędź szafki, po czym szarpnęła z całej siły.
Trzasnęło, a skorodowana rura wygięła się z przeraźliwym zgrzytem i odpadła. Strumień lodowatej wody trysnął dziewczynie prosto w twarz.
Kiedy wreszcie udało się im zakręcić wodę, kuchnia była już całkowicie zalana. Anna odgarnęła oklapłe włosy i rozejrzała się po pobojowisku. Pod jej stopami dryfowały przemoknięte karteczki z obowiązkami domowymi – niczym flota statków rozproszona przez nagły sztorm.
– Trzeba będzie dodać jeszcze jedną – odezwał się Marek gdzieś z tyłu. – Osuszyć dom. Ale ta idzie do ciebie.
Dziewczyna spojrzała na niego i wybuchnęła serdecznym śmiechem.
***
Dron dostawczy wzbił się w powietrze z głośnym bzyczeniem – i zręcznie omijając korony drzew – zniknął w oddali.
Anna odprowadziła go wzrokiem, po czym schyliła się i podniosła mokrą kopertę.
Krajowy Instytut Terapii Systemowej – głosił napis pod logotypem.
Przez chwilę w zamyśleniu wodziła palcami po wodoodpornym tworzywie. Gdzieś zza jej pleców dobiegały głośne zgrzyty i trzaski, jakby ktoś przesuwał ciężkie meble po nierównym betonie.
W końcu otrząsnęła się z zadumy i ruszyła w stronę garażu. Zajrzała przez uchylone drzwi.
– Znalazłeś coś użytecznego?
Wewnątrz piętrzyły się sterty narzędzi i zardzewiałych części samochodowych. Marek klęczał w samym środku tego bałaganu, wyraźnie czymś podekscytowany.
– Elektryczny skuter! I to klasyczny model! Musiał przeleżeć tu całe lata. Nie mogę w to uwierzyć! Chodź, szybko zobacz! – rzucił w stronę wejścia.
Dziewczyna ukryła kopertę za plecami i ostrożnie przecisnęła się przez labirynt rupieci. Przyjrzała się sceptycznie zdezelowanemu pojazdowi.
– Naprawdę sądzisz, że da się go naprawić?
– No jasne! Za tydzień będziemy tym cackiem śmigać po lesie. Zobaczysz!
Anna pośliniła palec i musnęła nim czoło męża, ścierając brudną smugę.
– Nie mogę się doczekać. Ale zanim to nastąpi, chodźmy na spacer. Umieram z nudów. Skoczę tylko do domu się przebrać.
***
Dzień był wilgotny i bardzo wietrzny. Oboje chcieli lepiej poznać okolicę, więc ruszyli szlakiem, który Anna wypatrzyła z okna taksówki.
Okazało się, że ścieżka prowadzi prosto w las i wkrótce znaleźli się w samym środku rozszumianej gęstwiny. Przyjemnie było tak wędrować – przeskakiwać kałuże i chłonąć zapach mokrej ściółki. Wokół nich drzewa rozpościerały szeroko ramiona, a wysoko, hen na skłębionym niebie, unosił się samotny balon obserwacyjny.
– Myślisz, że odeszliśmy za daleko? Wolno nam tylko pięć kilometrów – zamartwiał się Marek, raz po raz zerkając w niebo.
Anna udała, że tego nie słyszy. Podbiegła kilka kroków i znienacka szarpnęła za nisko zwisającą gałąź. Deszcz kropel trafił Marka prosto w nos.
– Wyluzuj! Przecież nie upilnują wszystkich. Młodość jest po to, żeby trochę poszaleć!
Zachichotała, widząc jego oburzoną minę. Złapała męża za rękę i pociągnęła za sobą.
– Może jakoś przeżyjemy bez Internetu. Wspólne spacery też są całkiem, całkiem….
Marek wzruszył ramionami.
– I tak nie ma na to rady. Limity robią się znośne dopiero po drugim dziecku – mruknął.
– Nie chcą, żebyśmy marnowali czas na głupoty, co?
Minęli zakręt ścieżki i nagle stanęli twarzą w twarz z postawnym mężczyzną. U jego boku krążył brunatny owczarek niemiecki.
Na widok nieznajomych zwierzę przywarło do ziemi i zawarczało groźnie.
– Demon, co ty wyprawiasz?! Zostaw!
Skarcony pies uspokoił się natychmiast. Zamerdał ogonem i usiadł posłusznie u nóg właściciela.
– Przepraszam za niego. Rzadko spotykam tu ludzi. Nazywam się Jacek – powiedział mężczyzna pojednawczo.
Wyciągnął rękę i Marek nie miał innego wyjścia, jak ją uścisnąć.
– Jezu! O mały włos nie dostałam zawału! Mam nadzieję, że to bydle nie gryzie – westchnęła Anna, zerkając podejrzliwie na łaszące się zwierzę.
– Gdzie tam! Demon jest łagodny jak baranek. Mieszkamy tu od lat i nigdy nie było z nim problemów.
Anna zmierzyła go bystrym spojrzeniem.
– Mieszkacie… we czwórkę, jak sądzę? – spytała.
Jacek parsknął śmiechem.
– Dobrze zgadujesz, ale pudło! Kartkę na psa dają dopiero po trzecim dziecku. A wy skąd się tu wzięliście?
Marek zacisnął zęby. Bezpośredniość starszego mężczyzny działał mu na nerwy, a do tego nie podobało mu się, jak Jacek patrzył na jego żonę.
– Wylosowaliśmy stary dom przy drodze. A w ogóle to trochę się nam spieszy. Niech pan na przyszłość uważa z tym psem.
Jednak Jacek nie zwrócił uwagi na obcesowy ton. Spojrzał na młodych życzliwie i zagwizdał pod nosem.
– Świeżo dopasowani… Gratuluję. Piękne czasy. Dobrze radzę: cieszcie się nimi, póki trwają. Demon, do nogi!
Skinął na buszującego w zaroślach psa.
– Trzymajcie się! Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.
– Miło było poznać! – zawołała za nim Anna. – Koniecznie musicie nas odwiedzić!
Poczekali, aż Jacek zniknie za zakrętem.
– Myślałam, że tutaj nikt nie mieszka… Gość jest chyba w porządku, ale ten pies… wciąż nie mogę się uspokoić.
– Nie widzisz, że to palant? Po co w ogóle go zaprosiłaś? – fuknął Marek.
Ruszył przed siebie, nie czekając na odpowiedź.
***
Marek wyjrzał przez okno i popatrzył na zachmurzone niebo. Wyraźnie zanosiło się na deszcz.
Zrezygnowany wsypał płatki do plastikowej miski i otworzył lodówkę w poszukiwaniu mleka. Jeśli się rozpada, czeka ich kolejny przeraźliwie nudny dzień. Na jakąkolwiek rozrywkę nie było co liczyć – przez ostatnie dni całkowicie wyczerpali limit Internetu, przeszukując portale aukcyjne. Marek szczerze wątpił, czy w tym tempie umeblują dom przed trzydziestką, jednak dziś mieli dostarczyć ich najpoważniejszy zakup: sofę do salonu, z prawdziwym bawełnianym obiciem.
Westchnął i usiadł przy stole, a jego wzrok mimowolnie powędrował ku koszom na blacie. W prawym z nich, na stercie żółtego papieru leżała pojedyncza czerwona karteczka. Wyłowił ją zaciekawiony.
„Spraw, żebym poczuła się jak dama” – przeczytał.
W tej samej chwili w korytarzu rozległy się kroki. Marek natychmiast zgniótł kartkę i wcisnął ją głęboko do kieszeni.
– Dziś wielki dzień – oznajmiła Anna, wchodząc do kuchni. – Jak myślisz, zdążą przed deszczem?
– Z naszym szczęściem? Lepiej poszukaj kaloszy. – Marek pokręcił głową i pochylił się nad miską.
Do południa rozpadało się na dobre, a kiedy wreszcie wtaszczyli ciężki mebel do salonu, oboje byli już zupełnie przemoczeni.
Anna zrzuciła ociekający wodą płaszcz i z jękiem osunęła się na krzesło. Roztarła obolałe ramiona.
– Trzeba było dopłacić za wniesienie. Na bank skończymy z zapaleniem płuc – westchnęła.
Marek zawahał się przez moment, zanim ukląkł na jedno kolano i ujął delikatnie dłoń żony.
– Co ty wyprawiasz? – spytała zaskoczona.
Jego wargi musnęły lekko wierzch dłoni dziewczyny.
– Moja pani… – wyszeptał, nie podnosząc oczu. – Jak mogę ci służyć?
W oczach Anny zapalił się psotny błysk. Założyła nogę na nogę i zadarła głowę.
– Niech mój sługa pomoże mi zdjąć ubranie – rozkazała.
Marek ostrożnie rozpiął zamek błyskawiczny na prawym bucie. Zsunął cholewkę i odłożył zabłocony trzewik obok krzesła.
– Doskonale – szepnęła zmysłowo dziewczyna. – Kontynuuj!
Powoli opuściła jedną stopę i uniosła drugą.
Marek spróbował rozpiąć zamek, ale ten zaciął się przy samej górze i ani drgnął. Zbity z tropu szarpnął ponownie, a potem jeszcze raz, tym razem znacznie mocniej.
Trzasnęło, a plastikowy uchwyt oderwał się równo przy nasadzie. Marek spojrzał na kawałek plastiku. Potem na twarz żony. Przełknął ślinę.
– Taki niezdarny sługa zasługuje tylko na baty – skwitowała Anna z nadąsaną miną.
***
Sofa okazała się większa niż się spodziewali, topornie wykonana, a miejscami tak poprzecierana, że bez trudu dało się dostrzec pordzewiałe sprężyny. Ktokolwiek zamieszczał ogłoszenie, najwyraźniej potrafił dobrze obrabiać zdjęcia.
– Nic dziwnego, że chcieli się jej pozbyć – zauważył Marek. – Nadaje się tylko na śmietnik. A my właśnie zapłaciliśmy za wywózkę.
Anna zerknęła na niego z ukosa i burknęła coś pod nosem, wciąż naburmuszona.
– Ale na dochodzie podstawowym nie można wybrzydzać – dodał szybko. – Jak się nie ma, co się lubi…
Usiedli oboje i podskoczyli parę razy, zapierając się rękami o siedzisko. Stare sprężyny zaskrzypiały żałośnie.
– Całkiem wygodna. Nada się, póki… nasza sytuacja się nie poprawi – zawahał się. – Przepraszam za tamto.
Anna prychnęła po raz ostatni, jakby w ten sposób pozbywała się resztek złości. Złapała męża za rękę i ścisnęła mocno.
– Ważne, że się starałeś. Następnym razem pójdzie ci lepiej.
Marek zerknął na nią zdziwiony.
– Co się tak gapisz? Myślałeś, że damie wystarczy jednorazowa usługa?
***
– Halo, jest tam kto? Macie gości!
Głos dobiegł od strony drogi i Marek w mgnieniu oka rozpoznał barczystą sylwetkę Jacka. Mężczyzna miał na głowie słomkowy kapelusz, a na plecach pękaty plecak ze stelażem. Dwa kroki za nim dreptała jasnowłosa kobieta – ubrana w kwiecistą sukienkę i wciąż dziewczęco smukła, mimo dawno przekroczonej trzydziestki.
Para skręciła do ogrodu i ruszyła w poprzek świeżo przyciętego trawnika.
– Brawo! Teraz ten dom wreszcie jakoś wygląda! Skąd wziąłeś kosiarkę? Chyba nie dają jej w pakiecie na start, co? – spytał Jacek, ściskając dłoń gospodarza.
Speszony Marek zerknął w kierunku garażu, gdzie oparta drzewcem o ścianę spoczywała pordzewiała kosa.
– Czyli nadal tkwicie w średniowieczu! – zaśmiał się starszy mężczyzna. – Nic się nie martw, coś na to poradzimy. A gdzie ukrywa się twoja śliczna żona? Nie chowaj jej przed nami! Marta nie może się doczekać, żeby ją poznać.
Z trzaskiem upuścił ciężki plecak na ziemię.
– Znajdę sąsiadkę bez niczyjej pomocy, dziękuję bardzo. A wy lepiej weźcie się do roboty. Grill sam się nie rozstawi! – skwitowała Marta i ruszyła w stronę drzwi frontowych.
Jacek już rozsupływał plecak. Okazało się, że jego wnętrze szczelnie wypełniały plastikowe pojemniki na żywność, nabite po brzegi warzywami, marynowanym mięsem i kawałkami drożdżowego ciasta. Markowi ślina napłynęła do ust na sam widok.
– Głodnych nakarmić, oto najważniejsze przykazanie! Mięso upieczemy od razu, a resztę zostawicie sobie na później – powiedział Jacek. – Macie może gdzieś…
Umilkł na widok zaparkowanego na podjeździe skutera.
Powoli podszedł bliżej i, jakby nie dowierzając własnym oczom, pogładził rozgrzane słońcem siodełko. Popatrzył na Marka z nowym zainteresowaniem.
– Niesamowite… Skąd masz to cacko?
– Znalazłem w garażu. Wystarczyło wymienić kilka części i teraz jeździ jak nowy. Nic trudnego – odparł z dumą Marek.
– I nie zorientowali się, że ładujesz?
Młodszy mężczyzna uśmiechnął się chytrze.
– Wystarczy zsynchronizować z cyklem bojlera. W takim starym domu nie mają wyjścia i muszą dać większą tolerancję. A nawet jeśli coś wykryją, po prostu mówisz, że nawaliło ogrzewanie. Jeszcze ci wymienią grzałkę!
– Sprytne – przyznał Jacek z uznaniem. – Powiem ci, że na tym można nieźle zarobić. Dziś mało kto dostaje kartkę na pojazd, a ceny… Nawet z kilkoma dziećmi trzeba odkładać całe lata. A takich gratów wciąż jest wszędzie pełno. Gdyby udało się naprawić choć kilka… Skontaktuję cię z paroma znajomymi. Pogadacie sobie.
Objął Marka ramieniem i poprowadził z powrotem w stronę plecaka.
Tymczasem na trawie stały już dwa plastikowe stoły, na których żona Jacka wraz z Anną pracowicie układały pojemniki z żywnością. Gdy tylko mężczyźni się zbliżyli, Marta spojrzała na męża z ukosa.
– Co tam kombinujesz? – zapytała podejrzliwie. – Mam nadzieję, że nie wciągasz tego chłopca w jakieś swoje machlojki?
Jacek mrugnął porozumiewawczo do Marka i pokręcił głową.
– Gdzieżbym śmiał! To co, rozkładamy grilla?
***
Marek dmuchnął z całej siły do wnętrza metalowej misy, po czym starannie ułożył żelazną kratkę nad żarem. Otarł podrażnione dymem oczy.
– Dzieci? – Marta zaszczebiotała gdzieś za jego plecami. – Są już na tyle duże, że chyba przetrwają bez nas jeden dzień. A poza tym… Demon ich pilnuje.
Odwrócił się i zerknął na żonę. Anna była w swoim żywiole i wyglądała na szczęśliwszą niż kiedykolwiek.
– U nas kiepsko z jedzeniem. Nie możemy znaleźć taniego dostawcy. Na dwóch podstawówkach ciężko utrzymać taki duży dom.
Marta pogładziła ramię młodszej kobiety.
– Nie martw się. Przed pierwszym dzieckiem zawsze jest ciężko. Dlatego nie warto z tym czekać. Potem dom będzie w sam raz.
Marek zerknął w stronę garażu. W jego wnętrzu coś zabrzęczało metalicznie, a chwilę później Jacek stanął w wejściu, unosząc w dłoni pęk żelaznych prętów.
– W sam raz na szaszłyki! Mówiłem wam, że gdzieś tu są.
Podszedł do stołu i ułożył znalezisko na blacie.
– Nabijcie szybciutko mięso na patyczki i pieczemy. Zaraz umrę z głodu – jęknął teatralnie.
Anna sięgnęła po rożen. Spróbowała nawlec kawałek mięsa na ostry szpic, jednak porcja wyślizgnęła się jej z dłoni i z mlaśnięciem wylądowała na blacie.
– Czekaj. Pomogę ci. Do tego trzeba wprawy – stwierdził Jacek.
Stanął za plecami dziewczyny i stanowczo ujął jej nadgarstki.
Anna wzdrygnęła się jak oparzona. Spróbowała wyswobodzić ręce, lecz mężczyzna trzymał ją mocno.
– Stój spokojnie! – zaśmiał się, poprawiając chwyt. – Pokażę ci jak to się robi.
Upuszczony rożen brzęknął o blat, a Anna szarpnęła się ponownie, tym razem dużo gwałtowniej. Jej zwykle pogodna twarz była teraz maską czystego przerażenia.
– Puść mnie! Puść! Puść! Puść! – wrzasnęła histerycznie, miotając się jak osaczone zwierzę.
– Zostaw ją! Ona nie chce!
Głos żony wyrwał Jacka z odrętwienia. Mężczyzna uwolnił dłonie dziewczyny i cofnął się o krok.
– Chciałem tylko pomóc… – wyjąkał.
Anna nie czekała na wyjaśnienia. W ślepej panice popędziła w stronę domu i zatrzasnęła za sobą drzwi.
W ogrodzie zapadła niezręczna cisza.
– Przepraszam… nie wiem, co w nią wstąpiło – wykrztusił wreszcie Marek.
– Nic nie szkodzi, mój drogi – odparła łagodnie Marta. – Idź do niej. My się tu wszystkim zajmiemy.
***
Opony taksówki zazgrzytały na żwirowym podjeździe, a chwilę później rozległo się jednostajne pikanie.
– Już czeka. Na pewno nie chcesz, żebym pojechał z tobą?
Anna pokręciła głową. Wyszli przed dom, a Marek otworzył szeroko drzwi pojazdu. Spojrzał na żonę wyczekująco.
– Martwię się o ciebie. Czy to na pewno nic poważnego?
Dziewczyna zajęła miejsce na tylnej kanapie. W zaciśniętych dłoniach ściskała szarą kopertę z logotypem instytutu.
– To tylko rutynowa wizyta – odparła cicho. – Po prostu… muszę tam jeździć co jakiś czas.
Spróbowała zapiąć pas bezpieczeństwa, ale oporny zatrzask nie chciał zaskoczyć. Ręce wyraźnie jej drżały; od incydentu z Jackiem bardzo niechętnie wychodziła z domu. Wreszcie klamra kliknęła.
– Napisz, czy wszystko w porządku – wyszeptał Marek.
Zatrzasnął drzwi. Za przyciemnioną szybą Anna skinęła głową i przymknęła powieki.
W tej samej chwili umilkł sygnał postojowy, a taksówka ruszyła. Sprawnie wycofała z podjazdu, po czym śmignął naprzód, błyskawicznie znikając pośród drzew.
***
Zanim Anna wróciła z miasta, zrobiło się już całkiem ciemno. Marek czekał na nią w przedsionku, ubrany w białą koszulę z kołnierzykiem i granatowe spodnie od garnituru.
– Czy pani pozwoli?
Pomógł jej zdjąć płaszcz, po czym ostrożnie odwiesił go na haczyku obok drzwi. Następnie ujął żonę pod rękę i poprowadził w stronę krzesła.
Twarz Anny była wciąż blada, ale zdawało się, że poranna nerwowość ustąpiła całkowicie.
Marek opadł na jedno kolano. Zamek błyskawiczny zachrzęścił cichutko, gdy zdejmował mokre trzewiki. Gdy skończył, pocałował delikatnie dłoń dziewczyny.
– Zapraszam na uroczystą kolację.
Na środku salonu, w miejscu, które wcześniej zajmowała ich zdezelowana sofa, stał teraz stolik przykryty białym obrusem. Na jego okrągłym blacie pieczołowicie ułożono dwa plastikowe talerze, pustą szklankę do herbaty oraz wazon pełen polnych kwiatów. Całości dopełniały dwa turystyczne krzesła, flankujące stół niczym wartownicy przy bramie pałacu Buckingham.
Na widok tych luksusów Anna roześmiała się serdecznie.
– Skąd wziąłeś taki mebel? Mam nadzieję, że nas nie zrujnowałeś.
– Znalazłem w garażu… – mruknął Marek, na moment wypadając z roli.
Szybko się jednak zreflektował i szarmanckim gestem odsunął krzesło. Dziewczyna zajęła miejsce z przesadną powagą. Umościła się wygodnie, po czym wykrzywiła twarz w cierpiętniczym grymasie.
– Jestem taka głodna…
Marek skłonił się i bez słowa zniknął w korytarzu.
Anna czekała na niego z przymkniętymi oczami, wsłuchana w szmer wiatru za oknem i dziwnie szczęśliwa.
– Gotowe!
Na kolację były kanapki z pieczywa tostowego. Anna natychmiast zdała sobie sprawę, że Marek musiał przetrząsnąć całe ich mizerne zapasy. Przysłane przez rodziców ogórki kiszone, resztka pieczonych warzyw od Jacka, a nawet odrobina starożytnego miodu, który znaleźli w kuchennej szafce – nie brakowało niczego.
Dziewczyna patrzyła na ten skromny posiłek z rozrzewnieniem.
– Czy… poczęstunek nie przypadł pani do gustu? – zapytał niepewnie jej mąż.
– Jest najcudowniejszy! Spisałeś się doskonale.
Marek poruszył się niespokojnie.
– Czy mogę usiąść? Znaczy… dotrzymać pani towarzystwa przy stole – poprawił się.
Anna zerknęła na puste krzesło i dumnie uniosła czoło.
– Och nie! To byłoby okropnie niestosowne. Damie absolutnie nie wolno spoufalać się ze służbą – oznajmiła z emfazą. – Ale mam lepszy pomysł.
Chwyciła męża za ramię i pociągnęła w dół. Zaskoczony ukląkł na zimnej posadzce, tak blisko niej, że tkanina obrusa musnęła jego policzek.
Otworzył usta, by o coś zapytać, lecz Anna uciszyła go gestem.
– Nic nie mów… Tak jest o wiele lepiej – szepnęła.
Zanurzyła dłoń w jego włosach i przyciągnęła bliżej. Marek westchnął cicho i przymknął powieki, czując, jak palce dziewczyny czule gładzą skórę na rozpalonym policzku.
***
– Czołem, kolego – oznajmił Jacek, wchodząc na żwirowy podjazd.
Marek podniósł głowę znad rozkopanych grządek. Starszy mężczyzna w jednej ręce trzymał elektryczną podkaszarkę, a drugą pchał zdezelowany skuter. Wtoczył pojazd do ogrodu.
– Kosiarka! Tak jak obiecałem – oznajmił, wręczając sąsiadowi podłużne urządzenie. – A to cudeńko mój kumpel znalazł wczoraj w stodole.
Poklepał popękaną skórę na siodełku, po czym zerknął chytrze na rozmówcę.
– Dasz radę sprawdzić, czy coś z tego będzie? Nie musisz się spieszyć. Ja sobie cierpliwie poczekam.
Skinął głową w stronę ławki ogrodowej.
– To może trochę potrwać… Nie chcesz wejść do środka? – zaproponował Marek.
Jacek pokręcił głową.
– Nie przesadzaj z gościnnością. Lepiej będzie, jeśli na jakiś czas zejdę jej z oczu. Nie chcę przywoływać złych wspomnień.
Oparł pojazd o drzwi garażu i wyjął z bagażnika dwunastocalowy tablet. Znacząco stuknął palcem w ekran.
– Kupiłem w zeszłym miesiącu. Ma nawet wyświetlacz antyrefleksowy – dodał z uśmiechem.
Marek ciężko westchnął. Rzucił ostatnie zazdrosne spojrzenie na niemal pełny pasek limitu danych, po czym w milczeniu wtoczył skuter do wnętrza garażu.
– Cholerne limity – mruknął pod nosem. – Ale może przynajmniej uda się złapać coś na krótkich…
Pstryknął włącznik przenośnego radia na baterie. Poprawił antenę i cierpliwie obracał pokrętłem, aż wreszcie wśród szumów i trzasków zabrzmiał głos spikera.
– I właśnie dlatego zaprosiliśmy dziś naszego gościa – światowej sławy eksperta w dziedzinie sztucznej inteligencji – aby pomógł nam rozproszyć opary mitów, czy wręcz, bezczelnych kłamstw szerzonych przez radykałów.
Marek westchnął z rozczarowaniem, ale nie wyłączył urządzenia. Rządowy talk-show mógł się przecież w każdej chwili skończyć, a w przerwach często nadawano muzykę.
Zakrzątnął się po garażu, zbierając narzędzia i odkładając je obok skutera.
– Jeśli redaktor pozwoli, odniosę się po kolei do najczęściej podnoszonych oskarżeń. Pierwszym z nich jest możliwość nadużyć. Ta bzdura jest najłatwiejsza do obalenia. Dopasowań dokonuje się wyłącznie na podstawie profili psychologicznych, wyników badań oraz obserwacji behawioralnych, począwszy od okresu dojrzewania, aż do osiągnięcia pełnoletności. Jedynym celem tego procesu jest zbudowanie stabilnej, szczęśliwej i – co najważniejsze – płodnej jednostki rodzinnej.
Marek z satysfakcją zlustrował rząd kluczy nasadowych. Nie było łatwo zgromadzić cały komplet, ale teraz mógł pracować przy każdym pojeździe.
Kucnął przy skuterze i zabrał się za odkręcanie stalowej osłony baterii.
– Druga kwestia to abstrakcyjna idea wolności. Ale warto zapytać: wolności do czego? Do bycia nieszczęśliwym? Do popełniania katastrofalnych błędów, których skutków nie da się potem naprawić? Do sprowadzenia zagłady narodowej przez egoizm i krótkowzroczność? Takiej wolności z pewnością nie chcemy.
Pokrywa ustąpiła z metalicznym skrzypieniem. Marek zdjął ją i odłożył ostrożnie na bok. Sięgnął po miernik i podłączył przewody do ogniw baterii.
– I jeszcze aspekt tak zwanej „tajemnicy medycznej”, którą system rzekomo narusza. Nawet jeśli w tym oskarżeniu jest jakieś ziarno prawdy, to przecież korzyści po tysiąckroć usprawiedliwiają potencjalne szkody. O tych kwestiach mówi się rzadko, by nie osłabiać skuteczności metody. Ale gdy stawką jest zaufanie do całego systemu…
Marek włączył urządzenie i zanotował liczby z wyświetlacza. Następnie sprawnie odpiął przewody.
Chwycił ponownie klucz nasadowy.
– Weźmy jeden z najtrudniejszych przypadków: ofiarę nadużyć seksualnych. W przeszłości taka osoba miała znikome szanse na szczęśliwe i produktywne życie. Dziś jednak, dzięki regularnej terapii, starannemu przygotowaniu, a także – i nie zawaham się tego powiedzieć – dzięki odpowiedniemu doborowi partnera, mamy niemal pewność, że ta straszna krzywda nie zrujnuje niczyjej przyszłości. Czy naprawdę potrzeba lepszego dowodu, że sprzeciw wobec systemu dopasowującego to w istocie sprzeciw wobec idei ludzkiego szczęścia?
Klucz wyślizgnął się Markowi i z brzękiem potoczył po betonowej posadzce.
Mężczyzna wyprostował się powoli. Serce biło mu jak oszalałe, jak u człowieka dopiero co wyrwanego z koszmarnego snu.
W jego umyśle wirowały strzępy wspomnień: puste krzesło podczas ceremonii ślubnej, tajemnicze wizyty w szpitalu, przerażona twarz Anny, rozpaczliwie próbującej wyrwać się z uścisku Jacka.
– Dobór odpowiedniego partnera – wyszeptał przez ściśnięte gardło.
W jednej chwili wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca. Jak to możliwe, że wcześniej na to nie wpadł? Teraz cała historia wydawała mu się przerażająco oczywista.
– Wszystko u ciebie w porządku? Coś nieźle huknęło.
Jacek zajrzał do środka przez uchylone drzwi garażu.
– Wszystko idzie zgodnie z planem – odparł Marek półprzytomnie.
Czuł, jak w jego piersi pęcznieje balon rozpalonego powietrza. Oparł się dłonią o ścianę, żeby nie upaść.
– Masz na myśli skuter? Czyli da się go naprawić?
– Naprawić skuter? – powtórzył Marek, jakby nie do końca rozumiał.
Jacek położył mu dłoń na ramieniu.
– Dobrze się czujesz? Jesteś blady jak trup.
Marek odetchnął głęboko. Nagła słabość powoli mijała, ustępując miejsca ponurej determinacji.
Nacisnął przycisk na obudowie radia, a głos spikera umilkł natychmiast.
– Nic mi nie jest – odparł, siląc się na swobodny ton. – Da się. Wystarczy zregenerować baterię. Zostaw go u mnie. Jutro z samego rana wezmę się do roboty.
***
Dwudziestowatowa żarówka żarzyła się słabo, przez co sypialnia stale tonęła w miękkim półmroku. Markowi odpowiadała taka atmosfera; lubił przed snem patrzyć na odrapane ściany i słuchać śpiewu ptaków za szybą. Często wracał wtedy myślami do ich pierwszego wspólnego dnia. Czy naprawdę minęły już trzy miesiące?
Pociągnął łyk wody i ostrożnie odłożył szklankę na stary taboret. Następnie sięgnął pod poduszkę.
Wyjął stamtąd parę kajdanek i obrócił je w dłoniach. Tak… to musi być dziś.
Ostrożnie zapiął klamrę wokół nadgarstków i usiadł na łóżku. Oparł bose stopy o podłogę.
– Odpowiedni partner… – szepnął z goryczą.
Popękane linoleum było zimne jak lód.
Minuty płynęły powoli, a gdzieś za ścianą cicho bulgotała woda. Wiedział, że nie będzie musiał długo czekać. Nawet o tej porze prąd kosztował krocie, więc Anna nigdy nie spędzała pod prysznicem więcej niż kwadrans.
Wreszcie szum wody ucichł. Gdzieś na parterze zastukały kroki, a chwilę później skrzypnęła klamka.
Anna stanęła w progu sypialni, ubrana w puszysty szlafrok i stare gumowe pantofle.
– Tutaj się ukryłeś! Szukałam cię po całym domu, trzeba…
Urwała wpół słowa na widok wyrazu twarzy męża. Podeszła do łóżka.
– Marek, co się dzieje? Źle się czujesz?
Usiadła na miękkiej pościeli i dopiero wtedy zauważyła obręcze kajdanek.
– Co ty wyprawiasz? Dlaczego to założyłeś?
Marek wbił wzrok w podłogę. Pod zatroskanym spojrzeniem Anny cała, wcześniej ułożona przemowa uleciała mu z głowy. Musiał jednak spróbować.
– Ja… wiem o wszystkim. Nie czujesz się bezpieczna… To oczywiste, masz do tego pełne prawo… Ale przecież wiesz, że musimy… Tutaj inaczej się nie da… Więc pomyślałem, że może w ten sposób…
Głos mu się załamał.
Anna chwyciła go za skronie i siłą obróciła twarzą do siebie.
– Zawsze czuję się przy tobie bezpieczna! Rozumiesz? Zawsze! – wyszeptała drżącym głosem. – Oni mieli rację. Jesteś dla mnie idealny. Nigdy nie chciałabym nikogo innego. Ja… ja cię kocham!
Przycisnęła policzek do twarzy męża, tak że Marek poczuł na skórze dotyk jej wilgotnych włosów.
– Też cię kocham, Aniu. Ale wiesz, że musimy mieć dziecko. Nie można z tym dłużej czekać. Już i tak patrzą na nas krzywo…
– I będziemy je mieli. Wszystko się ułoży. Zobaczysz!
Trwali tak przez dłuższą chwilę, wtuleni w siebie i wsłuchani w rytm własnych oddechów.
Wreszcie Anna uniosła głowę i uśmiechnęła się lekko.
– Tylko mam nadzieję, że nie zgubiłeś kluczyka. Inaczej będziesz musiał się solidnie tłumaczyć, gdy pójdziesz do Jacka po przecinak!
***
– Proszę zająć miejsce obok pana Tomasza. Przypominam, że program jest na żywo, ale ćwiczyliśmy scenariusz wielokrotnie, więc proszę się nie denerwować. Wszystko pójdzie gładko – poinstruował ich producent.
Marek i Anna posłusznie zajęli miejsca na miękkiej sofie. Wokół nich sala nagraniowa szumiała dziesiątkami głosów, a naprzeciwko, w półkolistym amfiteatrze, znudzona publiczność czekała na koniec przerwy.
Z podwyższenia mogli obserwować krzątaninę telewizyjnych techników, którzy poprawiali ustawienie kamer i pospiesznie zwijali kable mikrofonowe. Ktoś musnął policzek Marka pędzlem, ktoś inny poprawił mikrofon na klapie jego marynarki.
Gospodarz programu podniósł głowę znad pliku kartek.
– Zaraz wchodzimy. Gotowi?
Marek skinął głową i ścisnął mocniej dłoń żony. Nie znosił tych programów niemal tak samo jak dalekich wyjazdów na wywiady prasowe, jednak Annę zdawała się cieszyć ich nieoczekiwana sława.
Wtem lampy na suficie zgasły i pomieszczenie na chwilę pogrążyło się w mroku, nim rozbłysło oświetlenie studyjne. Wysoko nad sceną na wyświetlaczu mrugały kolejne cyfry.
Zabrzmiały pierwsze takty muzyki.
– Witam państwa serdecznie w Okruchach Życia! Nazywam się Tomasz Wierzbicki i dziś zapraszam państwa na wyjątkową rozmowę. Niektórzy z widzów mogli już słyszeć o Annie i Marku – parze młodych małżonków, którzy we wspólnym życiu doświadczyli wyjątkowych wyzwań.
Gospodarz odwrócił się w ich stronę z szerokim uśmiechem.
– Zanim jednak porozmawiamy o trudnościach, powiedzcie proszę, jak funkcjonuje obecnie wasza jednostka rodzinna?
Anna odwzajemniła uśmiech, po czym spojrzała prosto w kamerę.
– Wiosną urodził się nam zdrowy chłopiec – nasze drugie dziecko. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi. Muszę przyznać, że mieliśmy ogromne szczęście w losowaniu. Mieszkamy w pięknej okolicy i mamy uroczych sąsiadów… Jako matka nie mogłam sobie wymarzyć lepszego miejsca.
Z widowni dobiegł cichy szmer aprobaty.
– Wygląda na to, że wszystko idzie znakomicie! Jednak wcześniej napotkaliście pewne trudności. Opowiedzcie nam o nich.
Anna spuściła wzrok. Z dłońmi splecionymi na kolanach wyglądała zupełnie jak Matka Polka z propagandowych plakatów.
– Nawet po latach trudno o tym mówić… W młodości doświadczyłam przemocy na tle seksualnym. Mój ojciec… On…
Zrobiła pauzę. W tej samej chwili producent dał znak i szmery na widowni natychmiast ucichły. W studiu zapadła głucha cisza.
– Oczywiście, natychmiast otrzymałam odpowiednią opiekę terapeutyczną. Ale kiedy skończyłam osiemnaście lat i zostałam dopasowana, mój mąż o niczym nie wiedział.
Nadeszła kolej Marka.
– Byłem przytłoczony. Nie rozumiałem wielu jej reakcji. A potem… gdy przypadkiem poznałem kryteria naszego dopasowania… Świadomość, że Anna przeszła przez coś tak strasznego i że to ja mam jej teraz pomóc, bardzo mi ciążyła.
Gospodarz pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Co się wydarzyło potem?
– Podczas corocznej oceny wspomnieliśmy o naszych trudnościach. Bardziej z obowiązku, bo nie miałem wielkiej nadziei na pomoc; nasłuchałem się już sporo krytyki ze strony radykałów. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy system zadziałał. Nie dość, że specjaliści pomogli nam uporać się z trudnościami, to jeszcze nasz przykład stał się inspiracją do zmiany algorytmu dopasowującego. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale bądźcie pewni, że dziś młodzi nie muszą przechodzić przez wszystko sami.
– To naprawdę świetna wiadomość. Czy słyszą to wszyscy, którzy głoszą, że system jest zimny i bezduszny? Zapamiętajcie: praktyczne korzyści ponad abstrakcyjnymi zasadami to nie pusty slogan.
Prowadzący powiódł surowym wzrokiem po sali, jakby sprawdzając, czy ktoś ośmieli się zaprzeczyć. Następnie zwrócił się ponownie do gości.
– Czy sądzisz, że podobne zmiany pomogłyby ci w pierwszych tygodniach małżeństwa?
Marek zacisnął pięści. Tego fragmentu szczególnie nie znosił.
– Jestem pewien, że tak. Początki były bardzo trudne, szczególnie… w sferze intymnej. Dlatego nasze pierwsze dziecko przyszło na świat tak późno.
Gospodarz uniósł dłonie w geście udawanego oburzenia.
– Hola, hola! Ten program oglądają dzieci. Żadnych pikantnych szczegółów!
Na znak producenta publiczność wybuchnęła głośnym śmiechem. Minęła chwila, nim na sali ponownie zapadła cisza.
– Niestety, zbliżamy się już do końca programu, zatem dodam tylko, że kontakty do Anny i Marka znajdziecie na naszych stronach. W tej sekcji – przypomnę – nie obowiązują limity danych.
W tej samej chwili rozległy się pierwsze dźwięki muzyki.
– Dziękuję za uwagę. Życzę naszym gościom dalszych sukcesów, a państwu – miłego wieczoru. To były Okruchy Życia. Żegna się z państwem Tomasz Wierzbicki.
Światła sceniczne zgasły, a Marek odetchnął głęboko. Mimo wszystko wciąż martwił się, czy dzieci dobrze czują się u Marty i Jacka. Nie było jednak innego wyjścia – nie dało się mieszkać w domu podczas generalnego remontu.
Gdy tylko się skończy, będzie im się żyło lepiej. I te męczące wyjazdy… one również się skończą. W końcu nie będą już potrzebowali pieniędzy.
– Wszystko jakoś się ułoży – wyszeptał w ciemności. – Wystarczy jeszcze chwilę wytrzymać.