- Opowiadanie: Lunapark11 - Ucieczka Jacka

Ucieczka Jacka

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ucieczka Jacka

Jack musiał stąd uciec. To miejsce już od dłuższego czasu nie było dla niego i jemu podobnych – niepokornych – zbyt przychylne, a w ostatnim czasie każdy dzień– ba, każda godzina – spędzone w tym podziemnym „więzieniu” stawały się walką o przetrwanie. Jemu osobiście najbardziej przeszkadzały coraz bardziej dające się we znaki zimno – temperatura w dzień, przy na wpół rozkręconych pompach grzewczych oscylowała w granicach -15 -20 stopni Celsjusza – w nocy było jeszcze gorzej. Pompy pracowały niby na pełnych obrotach, niedawno wszystkie brygady otrzymały nowocześniejsze kombinezony, jednak to zimno… zwłaszcza w nocy było nie do wytrzymania. Ponadto zarząd Pierścienia wprowadził ostatnio całkowity – całkowity, a więc tyczył się także chorych oraz matek z małymi dziećmi – zakaz używania w Celach dodatkowych piecyków elektrycznych. Powodem był zbyt duży pobór mocy owych piecyków. Pierścień potrzebował przede wszystkim energii elektrycznej w tym trudnym okresie, jakim była zima. A zima trwała tu już prawie dwa lata i nie zanosiło się na to, by szybko miałaby się skończyć.

Jack musiał coś wymyślić. Nie siedział tu tak długo jak inni, no chociażby Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch – oni w jego mniemaniu byli tu od zawsze, lecz tych kilka lat spędzonych w Pierścieniu wystarczyło mu, by codziennie budził się z nieodpartym imperatywem jak najszybszego opuszczenia tego miejsca.

W Celi siedział sam, nie przysługiwał mu żaden towarzysz, przede wszystkim z racji tego, że na swoim kombinezonie miał naszyty różowy romb – co oznaczało, że ma przechlapane. Był Niepokornym, w hierarchii Pierścienia praktycznie na końcu łańcucha pokarmowego. A to oznaczało mało jedzenia, zero towarzyszy oraz dużo, naprawdę dużo pracy i zero przydziału na choćby niewielką lampkę elektryczną, choćby trochę rozświetlającą mroki jego Celi w nocy. W dzień jego Cela, jak i pozostałe, były oświetlone, taki na szczęście był przywilej wszystkich, wszystkich oprócz Hien – nieszczęśników znajdujących się najniżej w hierarchii Pierścienia. Pierścień bardzo dbał o swoją hierarchię, która była bardzo rozbudowana. Im bardziej rozbudowana i szczelna hierarchia, tym większa kontrola słabszych nad silniejszymi

(z wyjątkiem rzecz jasna Hien). W Pierścieniu każdy był i tym słabszym, i tym silniejszym. Każdy musiał się pilnować.

Ciekawe, czy podobne przemyślenia na temat Pierścienia i swojej sytuacji mieli Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch? A może… Nie mieli już żadnych przemyśleń, żadnych własnych przemyśleń, może ich mózgi zostały już dawno doszczętnie wyprane?!

Nie pamiętał, jak znalazł się w Pierścieniu. Twierdził, że pewnego dnia po prostu się w nim znalazł. Nie wiedział też, dlaczego przyszyto mu naszywkę z tym różowym rombem, klasyfikującym go jako Niepokornego. Może coś przeskrobał w swoim życiu poza Pierścieniem, bo to, że miał inne życie poza Pierścieniem, nie wątpił. Każdy z tych, którzy się tu znaleźli, kiedyś miał swoje życie poza Pierścieniem. Przecież to było oczywiste, jak to, że wiele lat temu na jego planetę spadła ogromna kometa, która doprowadziła do potwornych anomalii, między innymi do nagłego spadku temperatury… a co za tym idzie powolnego wymierania fauny i flory. Na powierzchni planety nie dało się żyć, dlatego powstał Pierścień. Przeczytał o tym w obowiązkowym podręczniku do historii zatytułowanym „Jedyna i Najprawdziwsza historia naszej planety oraz nas wszystkich” Maksyma Gołkowa.

Uśmiechnął się teraz do siebie. Zaraz po tym, jak tu trafił, musiał wkuć na pamięć całą zawartość tego Jedynego i Słusznego podręcznika do historii. Miał na to 9 dni. 9 dni na opanowanie materiału zawartego na 890 stronach! Prawie 90 stron na dzień. Ale dał radę. Odpowiedział poprawnie na 120 z 200 pytań. To wystarczyło. Ledwo. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co on. Ci, którzy prania mózgu nie przeszli, dostali pomarańczowe ostrzegawcze naszywki oznaczające Niepewni. Niepewni zostali zakwaterowani w zbiorczej Celi. Pozostawieni bez jedzenia przez dwa tygodnie. Dwa tygodnie! Przez ten czas byli permanentnie obserwowani, każde ich słowo, każdy ich gest były poddawane analizie. Na podstawie tej analizy przepadali. Nie wszyscy, tylko ci, którzy nie przeszli weryfikacji. Nieszczęśnicy ci, zostali za karę rzuceni do najgorszej i najcięższej roboty w Pierścieniu. Do pracy przy odpadach na jego dnie. Do ohydnej i ciemnej śmierdzącej kloaki, gdzie gromadziły się toksyny, chemikalia oraz wszelkie śmieci pochodzące z procesów metabolicznych wszystkiego, co żyło w Pierścieniu.

W tej kloace żyły i pracowały właśnie Hieny – ci, którzy mieli wszystkich nad sobą, a nikogo pod sobą. Należeli do wszystkich, nie mieli nic – oprócz codziennej, niekończącej się udręki. Żywe trupy…

Przekręcił się na lewy bok. Nie mógł spać. Nocny kombinezon uwierał go w szyję, uciskał uda, utrudniał oddychanie, a poza tym było tak zimno, tak zimno… Kaltt! Kaltt! Kaltt! Szepnął

w swoim naturalnym języku, jakby licząc na to, że to nikłe zaakcentowanie regionu, z którego pochodził, sprawi, że zrobi mu się cieplej.

– Niech to szlag! Zaklął. Te nowe kombinezony nocne były do kitu. Były nie tylko mniej wygodne od starych, to jeszcze nie chroniły tak dobrze przed zimnem. A może… To nie kwestia kombinezonów, może było po prostu zimniej… Może, w nocy, pompy po prostu coraz gorzej radziły sobie z utrzymywaniem znośnej temperatury wewnątrz Pierścienia?! Czyżby akumulatory…

– Kurwa! Zaklął nagle, zwijając się raptownie w kłębek. Wysoko amperowa dawka elektryczności przeszyła jego ciało niczym błyskawica, porażając chyba każdy nerw. Wiedział, co to oznacza. To było ostrzeżenie. Drugiego nie będzie. Jeśli nie przestanie, stanie się Hieną.

Hieną… Nie mieściło mu się to w głowie.

Każdy z nich – Niepokornych – był poddany nieustannemu podsłuchowi. Niewielki – wielkości połowy paznokcia małego palca – czarny chip wszyto mu bezceremonialnie w małżowinę uszną, po tym jak otrzymał ten nieszczęsny różowy emblemat. Od tego momentu musiał uważać na każde słowo. A także – co dużo gorsze – na każdą myśl… Każdą, najmniejszą myśl, która nie podobała się Pierścieniowi. Na dłuższą metę nie było to możliwe. Nikt nie był w stanie całkowicie kontrolować swoich myśli. Nawet ci starzy wyjadacze – Stary Joel, Kapitan czy Lekkoduch.

Ale on miał zagłuszacz. Zagłuszacz. To wielka rzecz w Pierścieniu. Ale i bardzo niebezpieczna. Za jego posiadanie był tylko jeden wyrok – wyrok zesłania do najciemniejszego i najniższego poziomu Pierścienia, jego kloaki, ścieku, i zostanie Hieną.

Ostatnio jednak zagłuszacz nie pracował równo. Nie gubił sygnału jak należy. Pracował

z przerwami. To stąd te ostatnie ostrzeżenia. Pewnie przyczyn nierównej pracy urządzenia należałoby się doszukiwać w coraz niższych temperaturach panujących we wnętrzu Pierścienia oraz zużycia się izolacji. Na to pierwsze nie mógł nic poradzić, na to drugie też nie za bardzo. Musiałby mieć dojście do polichlorka winylu. Istniała jednak szansa, że ktoś ze starych wyjadaczy jest w posiadaniu tego materiału. A może kawałek taśmy izolacyjnej by wystarczył?

Wstał powoli z lóżka. Starał się nie hałasować. Schylił się. Przez chwilę macał ręką ciemność pod łóżkiem. Po chwili wyciągnął spod niego skórzany, mocno już sfatygowany trep roboczy. Zanurzył w nim rękę. Wyciągnął grubą gąbkę.

– Jesteś… Szepnął do niewielkiego czarnego prostokąta, na środku którego migała czerwona lampka. Pod lampką znajdował się przykryty plastikową szybką potencjometr. Wskazówka potencjometru drgała. – Niedobrze – pomyślał. Czerwona diodka nie powinna migać, wskazówka potencjometru nie powinna drgać. Przyjrzał się uważnie urządzeniu. Odczytał maleńkie cyferki oznaczające napięcie, które wytwarzało – 0,6/1 kv.

– Wychodzi na to, że kawałek dobrej taśmy izolacyjnej powinien wystarczyć. – Stwierdził.

Zmarszczył czoło. Przez chwilę zastanawiał się, skąd mógłby taki materiał zdobyć. Jedynym ratunkiem byli starzy wyjadacze: Stary Joel, Kapitan, Lekkoduch… Może nawet Siwus…

Ale… Nie widział już ich od kilkunastu dobrych miesięcy.

– Kurewsko zimno… Zaklął pod nosem i otrzepał powierzchnię nocnego kombinezonu ze szronu. – Pewnie pompy grzewcze znowu działają na zbyt niskich obrotach. Akumulatory niedługo przestaną działać, jeśli nic z tym nie zrobią. Przeklęty Pierścień! Zginiemy tu, zginiemy tu wszyscy… Zamarzniemy na kość… Pomyślał. – Muszę się stąd wyrwać! Po prostu muszę..! – Krzyknął prawie, zagryzając pięść i przypomniał sobie, że po ostatniej nocy znowu wynieśli kilkoro zamarzniętych dzieci i kilku starców. Przypomniał sobie też, że jedną z matek, która wpadła w szał po śmierci swojego dziecka – i nie mogła się uspokoić, rzucając obelgi w stronę Pierścienia – zapięli w skafander, załadowali do windy, która jeździła tylko na najniższe piętro… Hiena… taki jej los… Stwierdził gorzko.

Muszę stąd uciec… Muszę…

Na chwilę stracił kontrolę. Kiedy to sobie uświadomił, było już za późno.

Czerwona diodka na zagłuszaczu przestała świecić. Wskazówka potencjometru spadła prawie do zera.

Przełknął ślinę. Może jednak zagłuszacz dał radę zgubić sygnał… Poczuł jak, mimo przeraźliwego zimna, całe jego ciało zaczyna się pocić. Ale to był zimny pot. Pot strachu.

Nie czekał długo. Może dosłownie pół minuty.

Wpadli do jego Celi we czterech. W bojowych szarych skafandrach z czerwonymi naszywkami na piersi w kształcie pierścienia. Uzbrojeni w karabinki automatyczne typu AK– 74. Na głowach mieli założone czerwone hełmy, twarze przysłonięte czarnymi osłonami. Z ich skafandrów wydobywała się para, ciężko dyszeli. Wyglądali jak przyczajone do ataku wielkie buldogi.

– Niepokorny – powiedział ten znajdujący się najbliżej – idziesz z nami. Złamałeś regulamin. Decyzją Rady Pierścienia zostajesz przetransportowany na najniższy poziom i przydzielony do pracy przy odpadach. Od teraz stajesz się Hieną i nie przysługują ci żadne prawa!

Jack patrzył na nich spokojnie.

– Niepokorny! – Zaczął po chwili ten sam z brygady bojowej. – Odwróć się powoli. Ręce za głowę!

Zrobił to, co od niego wymagali. Powoli się odwrócił. Lecz zanim założył ręce za głowę, zdążył jeszcze zamknąć w dłoni garść kilkumilimetrowych ostrych jak brzytwa opiłków, pociętych w kształt rombów – które wcześniej wyjął ze skórzanego trepa.

– Pora się stąd wydostać… Jack… W drogę…Już czas… Powiedział szeptem i błyskawicznym ruchem wpakował sobie całą zawartość dłoni do gardła.

– Jeszcze tylko chwila… Jack… I stąd wyjdziesz… Pomyślał jeszcze, powoli odpływając i poczuł jak po raz pierwszy od kilku lat jego całe ciało ogarnia ciepło. 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć Lunapark11

 

Ależ mi się to opowiadanie podobało. Daję klik a jakbym mógł dałbym nawet kilka klików.

 

Świetne. Czytało się super. Masz smykałkę, naprawdę.

 

Pozdrawiam!!!

Jestem niepełnosprawny...

Dziękuję bardzo za przychylną opinię. Również pozdrawiam.

Nowa Fantastyka