ZEGARMISTRZ
Emerytowany nauczyciel 67-letni Alfred H., lokator trzypokojowego mieszkania mieszczącego się na siódmym piętrze wieżowca z nieszczęsnej wielkiej płyty w jednym z tych wielkich miast, w których żyje się szybko a umiera jeszcze szybciej, obudził się jak zwykle zbyt wcześnie i jak zwykle w zbyt złym humorze. Spojrzał na elektroniczny zegarek. Jego usta wykrzywił grymas niezadowolenia. 5:10.
Od ponad 30 lat budził się zawsze o tej cholernej 5:10! Ani minuty wcześniej, ani minuty póżniej. Zawsze musiała to być dokładnie 5:10! Zupełnie nie wiedział dlaczego od ponad 30 lat jego ciało wybudzało się właśnie o tej godzinie. Nie potrzebował budzika. Jego mózg od lat z zegarmistrzowską precyzją odmierzał czas. Jego czas.
Na początku swojej pracy jako pedagog – jak to dumnie brzmiało, Boże… – nastawiał budzik, tyle że na 6:00 rano. Obliczył sobie, że to wystarczy, by na spokojnie, bez nerwów przygotować się do pracy, zjeść małe śniadanie, umyć zęby, przeczesać włosy, spakować książki, zeszyty, włożyć garnitur, bo trzeba wiedzieć, że nasz Alfred był nauczycielem starej daty i miał do swojego pedagogicznego wizerunku bardzo konserwatywne podejście. Okulary w grubych oprawkach, garnitur o nierozpraszającym kolorze czarnym, zawsze z pietyzmem wypastowane buty, czarne skarpetki, przylizane na lewą stronę włosy, zegarek na cienkim skórzanym brązowym pasku. Nic dodać, nic ująć. Czysta nuda do granic możliwości. Czysta nuda niezmiennie każdego cholernego dnia powszedniego od ponad 30 lat!
W szkole, w której pracował, uchodził za starego nudziarza i dziwaka. Grono pedagogiczne miało do naszego Alfreda stosunek, jak by to ująć…, zasadniczo olewatorski, traktowano go jak powietrze, albo nawet jak rozrzedzone powietrze, którym trudno oddychać, bo każdemu, kto miał z naszym Alfredem niewątpliwą nieprzyjemność zamienić, najczęściej po prostu z przymusu, słów kilka, odbierał tlen…
Dzieciaki miały do tego dziwaka w czarnym garniturze stosunek zupełnie odmienny. Wprost uwielbiały go wkurwiać. Wkurwiać i dręczyć. A on, stary dureń, nie potrafił się przed coraz to nowymi pomysłami – i z roku na rok coraz bardziej wyrafinowanymi, bo przecie młodzież dojrzewa – wkurwiania i dręczenia tego młodego obiecującego pokolenia zupełnie obronić.
Chcecie wiedzieć, na co było stać naszego Alfreda, w czasie tych jakże częstych popisów młodzieńczej wybujałej i bezgranicznej fantazji, kiedy nierzadko całe pomieszczenie klasowe chwiało się w posadach od niemożliwych wrzasków, pisków, ryków, udawania odgłosów małp, niedźwiedzi, wilkołaków i różnego innego zwierza, których nie sposób usłyszeć w żadnym z ogrodów zoologicznych całego świata, preriach, sawannach, lasach, kniejach, norach, a nawet tundrach…?
Chcecie wiedzieć, na co było stać naszego biednego, poczciwego, starego nudziarza Alfreda?
Siedział wtedy jakby skulony za wysokim biurkiem, jakby przegrany w jakiejś wielkiej grze, łokciem prawej ręki wsparty o blat, prawa dłoń zwisała bezwładnie, wzrok wpatrzony gdzieś daleko, w jeden punkt, martwo. Lewą ręką raz po raz nerwowo przygładzał swoje rzadkie zaczesane do tyłu i maskujące łysinę włosy, powtarzając monotonnym cichym i drżącym głosem: „A… co dziś będzie na obiad..? A… co dziś będzie na obiad..?
„A… co dziś będzie na obiad…? Na to właśnie było stać naszego starego śmiesznego Alfreda. Dzieciaki go wkurwiały maksymalnie, grono pedagogiczne olewało maksymalnie, to wielkie miasto, w którym żył od urodzenia, maksymalnie wkur…wiało… W ogóle od ponad 30 lat, odkąd zaczął pracę jako PEDAGOG NAUCZYCIEL POLONISTA, miał wrażenie, że wszystko go, no wiecie… wkur… wia… Nawet kamyk, który znalazł się ni stąd ni zowąd na trasie jego niezmiennej marszruty z domu do szkoły, zwyczajny kamyczek… szary, kanciasty, jak to kamyk, wkur… wiał go…
A nasz Alfred, zabierający swoim kolegom i koleżankom tlen, ten śmieszny Alfred, potrafił powiedzieć tylko jedno odklejone od sytuacji zdanie: „A… co dziś będzie na obiad…?
A wiecie, dlaczego? Dlaczego wypowiadał wciąż to zdanie? To jedno żałosne zdanie, które sprawiało, że stawał się jeszcze bardziej samotny?
Bo to żałosne zdanie najpierw jako dzieciak słyszał dzień w dzień wypowiadane przez swojego ojca tyrana do swojej matki – zazwyczaj po wielkich awanturach (ojciec po obiciu mordy matce, najzwyczajniej w świecie robił się głodny…) a potem przez ponad trzydzieści lat słyszał od swojego nierozgarniętego synalka, który nie miał prawa jazdy, nie miał żony, dzieci, dziewczyny, chłopaka, psa, nawet żółwia, i pracy, bo wylali go z pracy z policji za jazdę „po piwku”…
Na szczęście miał mieszkanie, zapuszczoną kawalerkę, którą odziedziczył po babci.
I nasz Alfred każdego cholernego dnia, dokładnie o 14:30, odbierał telefon od swojego synalka i słyszał to wspaniałe zdanie: „A… co dziś będzie na obiad..? Bo musicie wiedzieć, że od czasu, kiedy jego pierworodny stracił pracę w policji, stołował się u ojczulka Alfreda. Również od tego mniej więcej czasu Alfred stał się „słomianym wdowcem”, bo jego żona, mająca już też wszystkiego dość, bowiem Alfred, jak możecie się domyślać, nie należał do ludzi łatwych, zostawiła go z dnia na dzień, znikając z jakimś kapitanem o wyglądzie Ernesta Hemingwaya, który na pewno nie zadawał jej tego nieszczęsnego żałosnego pytania: A… co dziś będzie na obiad..?
Tak więc, tak…
Pewnego słonecznego dnia Alfred kupił sobie rybkę. Rybkę… to nie była rybka… no może bardziej ryba… Jakiś rodzaj sumika karłowatego z Afryki….
Tak doradził mu psychoterapeuta, który po wysłuchaniu historii Alfreda stwierdził, że nie ma zależności między jego dzieciństwem, a tym, że od ponad trzydziestu lat czuje w gardle jakby jakąś gulę, która o mało nie rozsadza go od środka, a bywają dni, że napięcie w jego klatce piersiowej staje się tak wielkie, że zadusiłby własnymi rękami cały świat, albo rozstrzelał. Terapeuta nie przejął się zbytnio historią naszego Alfreda, beznamiętnym tonem stwierdził, że to tylko lekka nerwica, przepisał jakieś tabletki – zaznaczył, że może co prawda w trakcie ich zażywania czuć się nieco zamulony, no i poziom libido może spaść, ale w jego wieku… Jednak dobrze by było, gdyby je brał… „Nie, nie uzależniają…”
Na koniec zaproponował mu kontakt ze sztuką, twierdził, że sztuka ma działanie terapeutyczne.
Za tę poradę zainkasował sobie 350 złotych, no bo przecież w wielkim mieście, wielkie ceny…
Na koniec poklepał po ojcowsku naszego Alfreda po ramieniu: – „Wszystko będzie dobrze, panie Alfredzie, wszystko będzie dobrze… i niech pamięta… sztuka. Sztuka… Tak… Powodzenia…
No i pewnego razu nasz Alfred zupełnie nieświadomie wszedł do sklepu zoologicznego. Jego uwagę przyciągnęły duże akwaria z rybkami, szczególnie zwrócił uwagę na te większe ryby, zauważył, że mimo swojej wielkości poruszają się z taką gracją i lekkością.
– Podobają się panu? – Zagadnął sprzedawca rybek.
– Owszem. Są piękne. Poruszają się tak dostojnie…. Odparł nasz Alfred.
Sprzedawca się uśmiechnął. Po czym przybrał zamyślony wyraz twarzy.
– Zupełnie jak aktorzy z teatru tańca.
– Zupełnie jak aktorzy z teatru tańca… Odparł bezwiednie Alfred i przypomniał sobie słowa psychoterapeuty o sztuce.
Kupił więc sobie duże akwarium, kamień, jakieś roślinki i sumika karłowatego z Afryki.
*
Ryba pływała sobie w dużym akwarium, ustawionym na komodzie w sypialni Alfreda. Emerytowany nauczyciel przyglądał się jej przed zaśnięciem. Był oczarowany jej ruchami. Przez dłuższą chwilę siedziała przy żwirowatym dnie, raz po raz poruszając skrzelami i płetwami, po jakimś czasie lekko dostojnie podnosiła się z dna jak podwodny statek, by wpłynąć między roślinki, których nazwy nasz Alfred nie pamiętał. Ciepłe żółte światło lampki nocnej magicznie oświetlało wodę, refleksami przechodząc przez szkło.
Poczuł się senny, senny i odprężony. Tak odprężony jako dawno nie był. Pomyślał, że ten psychiatra miał jednak rację, sztuka – nie ważne w jakiej postaci – potrafi zdziałać cuda. Warto było zapłacić te 350 złotych.
Ryba pływała sobie spokojnie, nawet nie wiedział, kiedy zasnął. Nie potrzebował nawet tabletek nasennych.
*
Następnego dnia tak jak od ponad trzydziestu lat obudził się o tej cholernej 5:10. Poczuł gulę w gardle. Sądził, że jeśli kupił sobie rybkę, by, wedle zalecenia lekarza, mieć kontakt ze sztukę, i zasnął wczorajszego wieczora w niesłychanym błogostanie, którego od wielu lat nie doświadczał, wszystko powinno zmienić się tylko na lepsze i pierwszy raz od ponad trzydziestu lat obudzi się wypoczęty, w dobrym humorze, później niż o tej cholernej 5:10.
Momentalnie poczuł, że wszystko znowu zaczyna go wkur…wiać. Poczuł narastający ucisk w klatce piersiowej. Spojrzał na akwarium. Sumik karłowaty wachlował płetwami przy żwirowatym dnie. Łypał na niego wyłupiastymi martwymi oczami. Gapił się na niego bezczelnie, coś było w tym wzroku, w tym pysku… jakby ta ryba drwiła sobie z niego. Drwiła z Alfreda, emerytowanego pedagoga, nauczyciela polonisty…
Natychmiast powróciły wspomnienia z lat szkolnej udręki, lat upokorzeń, codziennego wyśmiewania, olewatorstwa, lekceważenia… Ten pysk, te wyłupiaste oczy, ten łeb… W pewnym momencie zaczął przypominać Alfredowi tego wiecznie zadowolonego z siebie dyrektora szkoły, Karola Kota., który miał zawsze spocone łapy i rybie oczy, i który traktował Alfreda jak nieudacznika i życiowego przegrywa. Boże… jak dobrze pamiętał ten drwiący uśmieszek, ten udawany pełen zrozumienia i troski ton głosu, te wystudiowane pełne fałszu gesty i pozy oraz frazesy w stylu: „Tak, tak panie Alfredzie kochany, wciąż myślę o tych dodatkowych godzinach dla pana… Tak, tak… ja rozumiem, że ledwie wiąże pan koniec z końcem, że ciężko, ale inni też mają ciężko… No i sam pan rozumie, panie Alfredzie kochany, że wszystkie etaty obsadzone, że nie ma wolnych godzin, ministerstwo, no wie pan, ministerstwo… Ach… Ale obiecuję, obiecuję, gdy tylko pojawią się dodatkowe godziny natychmiast porozmawiamy, będzie pan pierwszy… No a teraz do pracy, panie Alfredzie kochany, 7A czeka… „
„Będzie pan pierwszy…” Bzdura… na samo wspomnienie wykrzywił usta w grymasie głębokiej pogardy. Każdego roku okazywało się, że wszyscy inni poloniści dostawali dodatkowe godziny, jednak nigdy on. I kiedy każdego cholernego roku pojawiał się w gabinecie dyrektora Karola Kota, by jeszcze raz się przypomnieć, ten bezczelny obleśny typ zbywał go tymi samymi frazesami. Rzygać mu się chciało. Ileż to razy miał ochotę udusić go własnymi rękami w tym jego pedalskim gabinecie. Poczuł tę ochotę nawet teraz. Udusić Karola Kota. Udusić Karola Kota. Udusić Karola Kota. Te rybie wyłupiaste oczy, te spocone obślizgłe łapy. Zrobiło mu się słabo z obrzydzenia. 30 lat w tym cyrku z debilami. Jak dał radę to wytrzymać?
Spojrzał w stronę akwarium. Sumik karłowaty łypał na niego podejrzliwie, jakby świdrując go wzrokiem, lekko kołysząc się w toni. Wyglądał na zadowolonego
z siebie. Zupełnie jak ten cymbał Karol Kot.
Próbował się uspokoić, ale nie był w stanie. Obrazy z przeszłości mieszały się z tym podejrzliwym, świdrującym wzrokiem sumika karłowatego, jeszcze intensywniej przypominając mu tego spoconego grubasa.
Czyżby lekarz nie miał racji? Czyżby kontakt ze sztuką zamiast go uspokoić to go jeszcze bardziej wkurwia?
Zupełnie wytrącony z równowagi spojrzał na zegarek. Zbliżała się godzina 12. Przesiedział w łóżku, bezmyślnie gapiąc się na jakąś rybę, ponad sześć godzin. Zaraz zadzwoni do niego jego wiecznie nienażarty synalek i zada to wspaniałe, najważniejsze na świecie pytanie: „A co będzie dzisiaj na obiad?”
A on mu odpowie, pierwszy raz tak, jak zawsze chciał: „Synu, na obiad będzie gówno… gówno…”
*
Miał jeszcze trochę czasu, więc pomyślał, że się ogarnie i wyjdzie na miasto zrobić niezbędne zakupy na obiad dla synalka gamonia. Boże, jak on sam, sam Alfred się zmienił. Pamiętał czasy, kiedy był jeszcze bardzo pogodnym młodym człowiekiem, przyjażnie nastawionym do ludzi, patrzącym z optymizmem w przyszłość. Kiedy dostał się na studia polonistyczne na Uniwersytecie Łódzkim czuł się tak, jakby złapał Pana Boga za nogi. To były piękne czasy. I on sam był piękny, taki szczery, prawdziwy.
Pochodził z małej wioski na kielecczyźnie, wieś się nazywała Dobra, i mieszkali w niej naprawdę – nomen omen – dobrzy ludzie, z wyjątkiem jego ojca, który lał matkę i był skurwielem.
Młody Alfred wierzył, że jeśli dostanie się na studia w dużym mieście, jego życie się odmieni na lepsze, odetnie się od psychopatycznego ojca, zostawi za sobą przeszłość, będzie wiódł dobre i szczęśliwe życie.
Jakże się mylił…
Wszystko zmieniło się po trzecim roku studiów. To wtedy nie zaliczył ważnego egzaminu i musiał powtarzać rok, a brakło mu pół punktu. Pół cholernego punktu. Wtedy tak naprawdę się przekonał o podłej naturze człowieka. Wcześniej – naprawdę w to wierzył – był przekonany, że jedynym złym człowiekiem na świecie jest jego ojciec! Zalazł za skórę jednemu profesorowi, który swój wątpliwy tytuł zdobył zapewne dzięki znajomościom i pieniądzom. Alfred był bardzo bystrym i niezwykle oczytanym studentem, należał do koła naukowego Filio– sofiści, w którym prężnie działał. Pech chciał, że popełnił, zanim rozpoczął wykłady z wątpliwym profesorem, artykuł krytyczny dość boleśnie uderzający w pracę doktorską rzeczonego profesora. Dosłownie skompromitował przyszłego profesorka. Wcześniej profesor pracował na innej uczelni, traf chciał, że w jakiś czas po ukazaniu się artykułu Alfreda, profesor dostał nową posadę na Uniwersytecie Łódzkim. I zaczęły się kłopoty. Coraz poważniejsze. Doszło do tego, że Alfred nie dostał zaliczenia z przedmiotu, którego nauczał skompromitowany przez niego „uczony”.
Stracił stypendium. Na rodzinę nie mógł liczyć wcale, byli bez grosza. Był zmuszony zrezygnować ze studiów dziennych i przenieść się na studia zaoczne Podjął pracę, by utrzymać się w Łodzi i móc opłacać studia oraz kwaterę, bo do Dobrej wracać w żadnym wypadku nie chciał.
W tamtych czasach najłatwiej było znaleźć pracę w podrzędnych knajpach, od których aż roiło się w łódzkich zaułkach. Wtedy po raz drugi przekonał się jak życie i ludzie potrafią być do szpiku kości zepsuci.
To był dzień, w którym odebrał wypłatę. Cieszył się, bo dostał nawet premię. Pomyślał, że kupi szalik dla mamy, a młodszemu bratu tenisówki do kopania w piłkę, który marzył o tym, by zostać drugim Deyną.
Ona nazywała się Andżela. I była uroczą dziewczyną. Siedziała w knajpie, w której pracował, do późna. Była sama. Miała zapłakane oczy, rozmazany makijaż. Wyglądała tak bezradnie i bezbronnie.
Powiedziała przez łzy, że jej chłopiec okazał się draniem, że ją oszukał, i że teraz jest jej bardzo smutno i że się boi, bo musi sama wrócić do domu, a ten drań się odgrażał, że jeszcze go popamięta, gdy nie chciała mu oddać złotego pierścionka.
Alfred próbował ją pocieszać, frazesami w stylu: „Jesteś jeszcze młoda, całe życie przed tobą”. „Zanim się obejrzysz znajdziesz sobie wspaniałego faceta, takiego, który na ciebie zasługuje”. „Zobaczysz, za kilka lat będziesz się z tego wszystkiego śmiała”. „Nie warto tracić czasu na dupków…”. „Żyj chwilą mała, jeszcze czas na poważne związki…”
A Andżela słuchała tego wszystkiego, na co Alfred się tak silił, to od czasu do czasu popłakując, to znów uroczo się uśmiechając.
Przypominała mu wtedy anioła. Taka była zjawiskowa. Był wtedy z siebie taki dumny, dumny z tego, że pomaga aniołowi.
I tak przegadali jeszcze ze dwie godziny, a Alfred ani się obejrzał gdy nadszedł czas zakończenia zmiany.
– Odprowadzisz mnie do domu? Zapytała, przybierając pozę bezradnej dziewczynki.
„Marzę o tym” – odpowiedział w myślach, bowiem ta skrzywdzona dziewczyna bardzo mu się spodobała i miał nadzieję na dalszą znajomość.
– Pewnie – odpowiedział krótko.
I kiedy wyszli, 15 minut później życie i ludzie pokazali swoją skurwysyńską twarz. Bowiem ta biedna, zapłakana, bezbronna mała okazała się cwaną bezczelną kłamczuchą, która wraz ze swoim chłoptasiem ukartowała całe to zdarzenie w knajpie.
Niewiele pamiętał z napadu. Obudził się w jakimś parku, cały obolały, z rozbitym nosem, bluzą uwalaną jego własną krwią i oczywiście pustymi kieszeniami, które stały się lżejsze o wypłatę i premię na szalik dla mamy i tenisówki do kopania w piłkę dla brata, który chciał być jak drugi Deyna.
A potem było już tylko gorzej… Zaraz po ukończeniu studiów – to jedynie, trzeba przyznać, naszemu Alfredowi się udało – umarła jego matka, leczona na nerki przez jakiegoś wioskowego znachora, a jego brat stracił nogę po tym, jak wjechał w niego pijany kierowca. I sport jaki mógł uprawiać to jedynie „piłkarzyki” w wioskowej mordowni.
No a nasz Alfred wziął sobie głęboko do serca śmierć matki i kalectwo brata. Uważał, że gdy nie jego naiwność i wrodzona chęć bezinteresownego niesienia pomocy słabszym, to i matka miałaby szalik – i na pewno by nie przeziębiła nerek– i brat tenisówki do kopania w piłkę – wskutek czego nie musiałby się włóczyć bez celu po okolicy. Miałby zajęcie.
Życie w wielkim mieście go zepsuło. W Dobrej był dobrym chłopakiem, życie tam było proste, ciche, spokojne, zgodne z rytmem natury, może i bywało – ojciec! – surowe, drapieżne, czasami bezwzględne i brutalne – ale tak to już wtedy na wsiach było. A przede wszystkim było przewidywalne i sprawiedliwe – za zło – zło, za dobro – dobro.
Nie tak jak w mieście, gdzie twoje plany mogły się zmienić dwadzieścia razy w ciągu dnia, a twoje dobre i szlachetne intencje bezwzględnie wykorzystane przeciwko tobie. Tutaj nic nie trzymało się kupy. Czasami ciemne, najbardziej zapyziałe i zapijaczone dzielnice mogły stać się twoimi najlepszymi przyjaciółmi, a dobre i spokojne miejsca mogły wciągnąć jak bagno i zniszczyć.
A czasami bywało na odwrót.
*
Więc nasz Alfred naprawdę z chęcią przyrządziłby swojemu synalkowi nieudacznikowi po prostu gówno, tak samo jak obleśnemu Karolowi Kotowi, Andżeli i jej chłopaczkowi, wszystkim swoim uczniom, kolegom i koleżankom z pracy oraz wszystkim tym, którzy byli odpowiedzialni za odebranie mu tej cząstki naturalnego dobra, które nosił w Dobrej.
Lecz wierzył jeszcze w moc ryby, w moc sumika karłowatego, wierzył, że jego lekarz miał rację, że kontakt ze sztuką jest w stanie wyleczyć jego zgnitą duszę.
Naprawdę w to wierzył, dlatego kupił tę rybę. Jednak coś było w jej wyłupiastych oczach, coś w tym bezczelnie spokojnych dostojnych ruchach takiego było, że nie potrafił się uspokoić i obrazy z przeszłości powracały z jeszcze większą siłą. Czuł, że jego wkurwienie zamiast maleć, rośnie.
„Co zrobić dziś na obiad?”
„Co zrobić dziś na obiad?”
Zastanawiał się, kierując się w stronę osiedlowego sklepu spożywczego.
I wtedy zobaczył coś, co przykuło jego uwagę. Zielony szyld z napisem ZEGARMISTRZ i schodki, o oplecionych bluszczem poręczach, prowadzące w dół.
„Zaraz, zaraz…” Pomyślał. Nie przypominał sobie w tym miejscu żadnego zakładu zegarmistrzowskiego, a przecież tę drogę przemierzał przynajmniej raz dziennie od trzydziestu lat. Podszedł bliżej, przetarł okulary i spojrzał raz jeszcze w kierunku szyldu i schodków. No tak, nie przywidziało mu się, ZEGARMISTRZ. Zakład zegarmistrzowski. Przyjrzał się szyldowi i stwierdził, że pod nim jest napisane coś jeszcze. Podszedł jeszcze bliżej. Przeczytał to, co zostało napisane pod szyldem: „Ci, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję…”
– „Dante Alighieri – „Boska komedia”, to cytat z „Boskiej komedii” Dantego… Wyszeptał. Zajrzał przez lekko zaparowane i przyprószone śniegiem okienko. Wewnątrz spostrzegł siedzącą za dużym drewnianym stołem przygarbioną postać, która ze skupieniem wykonywała jakąś precyzyjną pracę. Pomieszczenie rozświetlało ciepłe żółte światło. W pewnym momencie zdało mu się, że siedzący za stołem pracujący mężczyzna spojrzał na niego i uśmiechnął się.
To wszystko wydało się Alfredowi tak nieprawdopodobne i dziwne, że nagle odwrócił się od okienka i pospiesznie ruszył w kierunku wcześniej zamierzonym.
Jednak nie dane mu było dotrzeć do sklepu spożywczego i zrobić zakupy na obiad dla synka nieudacznika. W pewnym momencie stracił równowagę na śliskim chodniku, zakręciło mu się w głowie, przewrócił się, zobaczył mroczki przed oczami, nie był w stanie się podnieść, chociaż żadnego szczególnego bólu nie odczuwał. Ktoś podbiegł do niego. Ktoś wezwał karetkę.
Dziś obiadku dla synka nie było.
*
Stary siwy lekarz o niezwykle długich i kościstych palcach z uwagą przyglądał się zdjęciu rentgenowskiemu. Alfred zwrócił jeszcze uwagę na doskonale kształtną i łysą głowę lekarza, skóra która ją opinała, wydawała się cienka jak pergamin, jak u nieboszczyka.
Alfred czuł się zupełnie dobrze, nic go nie bolało, nie zdziwiłby się, gdyby puszczono go przed południem do domu.
Stary lekarz cały czas kiwał głową i raz po raz zaciągał się papierosem.
Spojrzał teraz na Alfreda. Jego oczy były niebieskie.
– Niestety, panie Alfredzie, nie mam dla pana dobrych wieści – zawiesił głos.
– Coś nie tak z wynikami? Jednak coś złamałem?! Zapytał emerytowany nauczyciel.
– Nie, wszystkie kości są całe. Chodzi o coś innego… Proszę pana… Westchnął, wydmuchując resztki papierosowego dymu. – Pali pan, albo palił? Zapytał po chwili.
Alfred zaprzeczył ruchem głowy.
– No tak, chrząknął lekarz, więc ma pan raka, raka mózgu, w ostatnim stadium. Jakieś trzy miesiące, może ciut więcej… Może mniej… odłożył zdjęcie na stół. Jego palce wydały się mu jeszcze bardziej kościste, a czaszka jeszcze bardziej trupia.
– Rozumiem… Odpowiedział. Mogę już iść? Muszę zrobić obiad dla syna…
– Jasne… Wzruszył ramionami. Niech pan leci… poczekam. Odparł lekarz, jakby chodziło o niewinne wyjście po bułeczki do pobliskiej cukierni.
Kiedy wychodził ze szpitala, w głowie wciąż kotłował mu się cytat umieszczony na szyldzie zakładu zegarmistrzowskiego – „Ci, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję”. Pomyślał, że w dniu, w którym opuścił Dobrą, tą nadzieję odebrało mu to straszne miasto.
*
Kiedy wracał do domu, pomyślał, że pójdzie drogą, przy której dwa dni temu natrafił na ten osobliwy zakład zegarmistrzowski. Był pewien, że był on jedynie wytworem wyobraźni jego zaatakowanego nowotworem mózgu, swoistą halucynacją wywołaną przez chorobę. Czytał już wcześniej o takich przypadkach.
Mylił się. Już z daleka rzuciły mu się w oczy zielonkawy szyld z napisem ZEGRMISTRZ oraz biegnące w dół schodki o oplecionych bluszczem poręczach.
„Ci, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję” – przeczytał pod napisem. Postawił nogę na schodkach. Zdrętwiałymi palcami z zimna objął oplecione bluszczem poręcze. Musiał się przekonać, czy rzeczywiście, to, co widzi, istnieje naprawdę. Złapał za zimną klamkę. Nacisnął. Zgrzytnęło. Drewniane ciężkie drzwi otworzyły się, skrzypiąc.
W środku panował półmrok, żółtawe światło przenikało smugami przez drobinki kurzu oraz kłęby papierosowego dymu. Wytężył wzrok. Tam dalej, za solidnym dużym stołem stał mały człowieczek z monoklem w oku. Zupełnie nie zwracał uwagi na przybysza. Sprawiał wrażenie całkowicie zanurzonego w jakimś zajęciu.
Usłyszał miarowe spokojne tykanie zegarów.
– A więc jest pan wreszcie….
Usłyszał od stołu, przy którym pracował niewysoki człowieczek.
Alfred sądził, że się przesłyszał, może ten rak umieszczony w jego mózgu płatał mu figle?
– Proszę… proszę, niech pan podejdzie… usłyszał ponownie. – Czekałem na pana.
– Czekał… pan…na mnie? Wydusił po dłuższej chwili.
– Wie pan, panie Alfredzie… Zaczął mały człowieczek. Przypatrywałem się panu często z wnętrza mojego zakładu. Nawet pan nie wie, ile razy przechodził pan obok niego, zupełnie go nie zauważając… W końcu się to zmieniło… Ba… przełamał pan swoje niedowiarstwo i wszedł do środka…
– Jak to… nie bardzo rozumiem…. Proszę pana… bąknął. Mam raka mózgu, nic nie da się już zrobić… to zapewne jakaś imaginacja, iluzja, to nie może być…. Nie rozumie pan…
– Niech pan da spokój… Rak… Imaginacja… Iluzja… Każdy z was ma jakiegoś raka, który drąży wasze mózgi. Tak to już jest… Odparł spokojnie, wciąż majstrując coś przy jakimś mechanizmie i wydmuchując dym z papierosa. – Wielu z was, ba, zdecydowana większość, żyje w tym mieście jak zaprogramowane mechanizmy, jak bezwolne kukły zupełnie od siebie niezależne…. Wykonujecie codziennie setki czynności, wypowiadacie setki słów, przemierzacie dziesiątki kilometrów waszymi samochodami… Zupełnie nie wiedząc po co. W środku jesteście puści, chociaż z zewnątrz otoczeni klejnotami i tym całym blichtrem…. A potem na łożu śmierci przyznajecie sami przed sobą, że wasze całe życie przeminęło tak jak mija sekunda… Niekiedy przynosicie do mnie wasze sfatygowane zegary, bym je naprawił i ustawił na nowo… Ale jest już za późno. Umieracie, nie wiedząc, że żyliście… Ja, zegarmistrz, nie mogę cofnąć waszych zegarów nawet o minutę, jeśli wy swój czas zmarnowaliście… I tylko ze strachu przed ostatnią godziną, błagacie, bym coś zrobił… A ja… rozłożył teraz bezradnie ręce – jestem zegarmistrzem, nie cudotwórcą na zawołanie. Zobaczył teraz jak mały człowieczek odłożył teraz swoje zajęcie i podniósł wzrok na niego. Jego kąciki ust uniosły się w dziwnym grymasie, ukazując rząd zaostrzonych na końcach pożółkłych zębów. Dłuższą chwilę zegarmistrz lustrował przybysza wzrokiem.
– Na szczęście dla ciebie, Alfredzie, nie jest jeszcze za późno…. Wypalił.
– Jak to… mam raka, nieoperacyjnego raka mózgu, zostało mi kilka miesięcy życia… Zegarmistrz spostrzegł jego wzburzenie.
– Nie martw się, drogi Alfredzie… Głos brzmiał kojąco. – Jeśli zdecydowałeś się tu wejść, nie zrażony tym, co wyczytałeś na szyldzie, pozostało ci jeszcze dużo czasu… Nawet nie wiesz, ile… Pokaż mi swój zegarek. Pokaż no…
Usłyszał teraz odgłos zbliżających się kroków po drewnianej podłodze.
Zimne kościste palce zaczęły teraz wolno wodzić po cyferblacie zegarka Alfreda. Poczuł nieprzyjemną woń, bijącą od właściciela zakładu. Woń starych ludzi, starych ubrań oraz środka przeciw molom. Zrobiło mu się trochę słabo.
– Więc nie myliłem się– wyszczerzył żółte zęby w grymasie zadowolenia – pozostało ci jeszcze dużo czasu, twój zegar to twarda sztuka, wydaje się tykać w nieskończoność… Bardzo dobrze… bardzo dobrze… A więc w tym zepsutym mieście są jeszcze porządni ludzie. Jest dla ciebie ratunek… jest…
– Chcę żyć, chcę żyć, nie mogę tak po prostu odejść, rozlecieć się jak stary mebel, nie… Ożywił się Alfred, jego słowa płynęły teraz potokiem.
Mały człowieczek wciąż wpatrywał się w niego hipnotycznie.
– Drogi Alfredzie, wiem, wiem to… Nie dokończyłeś… Co chciałeś powiedzieć… To jest warunek… Uśmiechnął się teraz tajemniczo. Powiedz to, a przestawię jeden drobniutki mechanizm w twoim zegarku… I będziesz żył… Będziesz…
Alfred przełknął ślinę.
– No, Alfredzie, śmiało, nie możemy czekać w nieskończoność, nawet mnie obowiązują pewne, że tak powiem, ramy. No… dalej… Dalej… Powiedz to…
– Nie zasmakowawszy zemsty…. Nie zasmakowawszy zemsty… Wypowiedział półprzytomnie – Kurwa… tego chcę! Dodał prawie szeptem.
– W końcu to mamy… Uśmiechnął się promiennie mały człowieczek, klasnąwszy w dłonie. – Zemsta… Od dawna jej chciałeś, ale nie miałeś odwagi wprowadzić jej w czyn. Dopiero teraz, kiedy nie masz nic do stracenia, ona jest na wyciągnięcie ręki.
Alfred poczuł teraz na swoim ramieniu dotyk zimnych kościstych palców zegarmistrza. – A teraz, daj mi proszę swój zegarek… Zdaję się, że pora przestawić jeden trybik w jego mechanizmie…
Nasz Alfred właściwie to nie pamiętał, jak znalazł się we własnym mieszkaniu. Spojrzał odruchowo na zegarek. Dochodziła czternasta. Pomyślał z niezadowoleniem, że niebawem będzie dzwonił jego syn nieudacznik z niezmiennym pytaniem: „A co dziś będzie na obiad…?” Wkurwiło go to.
Alfred wszedł więc do kuchni. Otworzył lodówkę. Były tam tylko jajka – na które syn miał uczulenie – mleko oraz kilka konserw rybnych. Nie zdążył zrobić zakupów przez ten nieszczęsny upadek. Jego synek, gdy dowiedział się, że jego staruszek jest w szpitalu, zdołał wydobyć z siebie coś w rodzaju pomruku zdziwienia oraz – zgadnijcie o co mógł zapytać – tak, właśnie tak, o rany! – A co dziś będzie na obiad ?”.
Alfred spokojnie i grzecznie odpowiedział mu, że dzisiaj obiadu nie będzie, bo wychodzi dopiero jutro, i że synuś powinien zdobyć się na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych i zrobić sobie jakieś kanapki, z serem, albo kiełbasą lub z czymkolwiek innym, co posiada zdatnego do zjedzenia w swojej lodówce…
Więc nasz Alfred po powrocie ze szpitala i otwarciu lodówki stwierdził, że ciężko będzie coś z takich produktów ugotować. Ale – o dziwo – nie zmartwił się. Bowiem już wiedział, co takiego przyrządzi dziś synowi na obiad. I niezmiernie go to ucieszyło.
Wszedł do sypialni i spojrzał na akwarium z sumikiem karłowatym. Przez dłuższą chwilę przyglądał się powolnym i dostojnym ruchom ryby, która pewnie nawet nie zauważyła, że gospodarza nie było od wczoraj w domu. On – Alfred – dla tej ryby nie istniał. Pływała sobie bezczelnie jakby nigdy nic w tę i z powrotem, zadowolona – dostała właśnie karmę – podczas gdy on miał nieoperacyjnego raka mózgu!
Rany! Jak bardzo przypominała mu tego oślizgłego dyrektorka, jak bardzo przypominała mu o tych wszystkich niepowodzeniach, o tym cholernym mieście, ludziach, bezczelnych uczniach, ogólnej znieczulicy… Pomyślał też o dziwnym małym zegarmistrzu, który w przedziwny sposób jednym dotknięciem kościstego palca uruchomił skryty gdzieś w głębi jego duszy uśpiony dotąd tajemny mechanizm, co sprawiło, że poczuł się dużo, dużo lepiej. Jakby jego życie – mimo śmiertelnej choroby – nabrało nowego sensu!
Bo dotąd nasz Alfred był dobrym, naiwnym, poczciwym Alfredem ze wsi Dobra, ale gdy mały człowieczek przestawił w mechanizmie jego zegara jeden mały trybik, poczciwy Alfred stał się złym Alfredem. To była coś znacznie silniejszego od jego woli. Jakby jakaś potężna tajemnicza siła pchała go w jej tylko znanym kierunku…
*
– Cześć tato, to co dziś będzie na obiad? Zapytał jego synalek, swoim zwyczajem bez zbędnych ceregieli, wchodząc do kuchni w ubłoconych butach i kurtce, zabierając się za zaglądanie do garów.
– Najpierw zdejmij te buciory i kurtkę… Tyle razy ci powtarzam.
– Ojciec… nie przesadzaj, głodny jestem. Wczoraj cały dzień jadłem tylko kanapki z serem.
– Nie zapytasz, jak się czuję? Zapytał lekko zirytowany, widząc, że synuś nic sobie nie robi z jego prośby i otwiera lodówkę.
– Oj ojciec, wszystko będzie dobrze, zawsze tak jest z tobą, wyliżesz się…
– Mam nieoperacyjnego raka mózgu w ostatnim stadium… Powiedział cicho i spokojnie.
– Ee tam, nie przesadzaj, wszystko będzie dobrze… – powtórzył były policjant, robiąc ruch ręką, jakby opędzając się od natrętnej muchy. – Dawaj obiad, głodny jestem…
Alfred stał chwilę w milczeniu, wpatrując się w synalka, który brudnymi paluchami próbował wyciągnąć ze słoika ostatniego ogórka kiszonego.
– No, ojciec…. Ile będę czekał.
Nagle w Alfredzie coś pękło, coś się przestawiło.
Spojrzał w stronę uchylonych drzwi do sypialni i pustego już akwarium.
– A… zagadnął syn, jakby sobie o czymś przypominając. – Miałeś mi pokazać tą rybkę, co sobie niedawno kupiłeś. Gdzie ona jest? Nigdy nie miałem rybki…
Alfred machnął ręką.
– To była ryba. Ryba. Niestety zdechła. Nie wiem, dlaczego… może woda jej nie odpowiadała, albo karma… Ryby już tak mają…. Skwitował, ciesząc się w duchu, że sumik karłowaty przestał go już wkurwiać.
– Hmmm… Zdechła… Zadumał się tamten. – A ja myślę, ojciec, że zdechła z samotności bo zamiast kupić jej towarzyszkę, to tylko ciułasz te pieniądzory i ciułasz, zdechła z twojego skąpstwa… To dlatego matka cię zostawiła… Wypalił, oblizując mokre od octu paluchy.
– Pewnie masz rację… Odpowiedział, jakby wszystko mu było już jedno. Na obiad będzie ryba. Doskonała ryba. Osobiście ją wybierałem. Uśmiechnął się, zacierając ręce, już wiedząc, co będzie później.
– Hmmm… Lubię ryby, lubię, byle by nie miała ości.
*
I kiedy nasz Alfred, lekko zdyszany, opuszczał swoje mieszkanie, w którym w sypialni leżał martwy synuś z głową zanurzoną w akwarium, wiedział, że ten dzień się tak szybko nie skończy i będzie nader ciekawy. Jakiś wewnętrzy impuls kazał mu zabrać kuchenny nóż, ukryć go pod płaszczem, jeszcze zabrać z szafki na buty gaz pieprzowy i ruszyć w stronę, w którą kierował się przez przeszło trzydzieści lat, idąc do swojej ukochanej pracy.
Spojrzał na zegarek. Było 15 po 4. Uśmiechnął się do siebie. – „Na pewno ta obślizgła ryba będzie jeszcze w swoim gabinecie. Tam go dopadnę!”
*
Kiedy wchodził na pierwsze piętro wąskimi schodami z naprzeciwko napatoczył się na niego kudłaty siwy matematyk, który posłał w jego kierunku swój drwiący uśmieszek. Rany! Jaki był z niego fajtłapa, na pewno nasz Alfred rozłożyłby go na łopatki przy najbliższej okazji!. Ten stary fajtłapa był też czystej krwi donosicielem. Wiele razy donosił na Alfreda dyrektorowi Kotowi, że ten zupełnie sobie nie radzi z dyscypliną w klasie, i że to, co dzieje się u niego na lekcjach, to cyrk na kółkach…
Alfred szczerze nienawidził tej łaszącej się do Kota kreatury. Przecież to on, kosztem polonisty, dostawał każdego roku dodatkowe godziny, których przecież zawsze brakowało…
Gdy ten przechodził tuż obok z tym swoim uśmieszkiem wyższości, nasz Alfred bezceremonialnie podstawił mu nogę. Zrobił to idealnie. Tamten runął jak długi na schody, uderzając głową o ich krawędzie. Coś chrupnęło. Matematyk zawył przeraźliwie, na razie bardziej z niedowierzania niż z bólu… Alfred pochylił się nad tą nieszczęsną rozłożoną na schodach kukłą, spojrzał jej w oczy, głęboko, tak jakby chciał w końcu dotrzeć do jego zepsutej sprzedajnej duszy i… prysnął mu prosto w twarz gazem pieprzowym. Matematyk zaczął tarzać się jak opętany, wyć przy tym jeszcze przeraźliwiej, kościstymi palcami chwytając się za opuchniętą twarz.
– Oszalałeś… oszalałeś… Ty idioto… Ty skurwysynie… coś ty zrobił! Wrzeszczał.
– To, co dawno powinienem! Rzucił mu Alfred twardo. – To, co dawno powinienem!
– Halo! Halo! Co tam się dzieje? Usłyszeli kobiecy miękki głos, dochodzący z dyżurki na parterze.
– Wszystko w porządku, pani Basiu – ją akurat Alfred lubił – odpowiedział spokojnie. – Kolega miał mały wypadek. Pomagam mu właśnie wstać.
– Może pomogę? Zapytała kobieta.
– Naprawdę nie trzeba. Poradzimy sobie. Uspokoił ją, jednocześnie przykładając dłoń do ust, wierzgającemu matematykowi. – Cicho… Cisza… Syknął do niego.
Gdy ten wciąż się nie uspokajał, Alfred wyjął ukryty pod płaszczem duży kuchenny nóż. Przystawił tamtemu do gardła. Tamten momentalnie zesztywniał. Przez chwilę mężczyźni wpatrywali się w siebie, jeden z najwyższym lękiem i niedowierzaniem, drugi z poczuciem siły i szaleństwem w oczach.
– Nie, gnido…. Żyj sobie… Wypowiedział jakby martwym gardłowym głosem. – Tylko milcz, bo przyjdę po ciebie i zarżnę… Wyprostował się powoli. Nie spiesząc się, schował nóż pod płaszcz i zostawiając rozłożonego na schodach jak robak matematyka, skierował się w głąb pogrążonego w lekkim półmroku korytarza. Był ciekaw, kogo jeszcze w drodze po swoje upragnione danie główne może napotkać w te piątkowe popołudnie. Okazja pojawiła się dość szybko. Kiedy mijał drzwi z napisem chemia, usłyszał tuż za sobą, że ktoś je otwiera. Obejrzał się. No proszę, z klasy od chemii wychodził jego największy prześladowca – Kacperek z siódmej B.! Był to wysoki, barczysty chłopak, trenował piłkę ręczną. Rany! Pomyślał Alfred. Ileż to razy ten diabeł robił sobie z niego żywą tarczę do rzucania twardą piłką ręczną. To cholernie bolało. Ale najbardziej bolało upokorzenie, przed którym nie potrafił się obronić. Był bezradnym starym polonistą, z którego cała szkoła – łącznie z gronem pedagogicznym – robiła sobie jaja, a on w czasie tych ataków nie potrafił zrobić nic więcej poza słynnym pytaniem: A… co dziś będzie na obiad…?
Pomyślał teraz, że może z tego całego dyrektorka to jednak dobry chłop, skoro zdając sobie sprawę, że z Alfreda pedagog jest naprawdę marny, w końcu nie powiedział mu prosto w twarz: „Panie Alfredzie… no nie widzę w przyszłym roku dla pana miejsca w naszej szkole… pan rozumie… Etaty tną, niż demograficzny… A poza tym…hmmm, myślę, że może powinien pan znaleźć sobie inną pracę, bardziej spokojną…. Szkoła to chaos nie do ujarzmienia… Sam pan wie… „
Zaraz jednak przypomniał sobie te rybie bezczelne oczy, drwiący uśmieszek, poczucie wyższości i ciągłe kłamstwa, że nie ma żadnej puli dodatkowych nadgodzin… Poczuł nagły przypływ gniewu.
Kacperek zamknął drzwi. Spojrzał w jego stronę. Jego twarz wykrzywił bezczelny grymas:
– „Frajerze na emeryturze, co ty tu jeszcze robisz… Porzucamy?! Może się stęskniłeś?! Zrównali się teraz ze sobą. Chłopak ordynarnie bezpardonowo pchnął Alfreda barkiem. Stary nauczyciel zachwiał się, uderzył plecami w ścianę.
„Nie, tak kurwa nie będzie!” Powiedział Alfred do siebie szeptem.
– Co tam mamroczesz, stary chuju? Chcesz wpierdol? Wypalił chłopak.
Alfred już się nie zastanawiał. Wyjął całkiem sprawnie nóż spod płaszcza i z całej siły dziabnął Kacperka w udo. Krew trysnęła momentalnie. Tamten oniemiał.
W jednej sekundzie zrobił się blady jak ściana.
– Co powiedziałeś, chuju…? Zapytał Alfred przez zaciśnięte zęby, twardo wpatrując się w wielkie jak spodki oczy Kacperka. Ten osunął się na podłogę. Obiema rękami trzymał się za udo, jednak rana bardzo krwawiła i tryskała przez palce na posadzkę. Zaczął wyć jak zwierzę, tak samo jak wył Alfred, tymi samotnymi ciemnymi wieczorami, opuszczony przez żonę, torturowany przez szkołę oraz życie.
Drzwi od klasy otworzyły się z rozmachem. Wyjrzała z nich niemłoda już nauczycielka w grubych okularach. Zobaczyła leżącego w kałuży krwi Kacperka. Nikogo innego już tam nie było.
*
– Kogóż moje oczy widzą? Odwrócił głowę znad komputera dyrektor Kot, pośpiesznie zamykając stronę „Zbiornik”, za pośrednictwem której notorycznie zdradzał swoją żonę… zresztą… także i w szkole w swoim gabinecie.
– Panie Alfredzie?! Kogo jak kogo, ale pana to się tutaj nie spodziewałem – powiedział, siląc się na sztuczną uprzejmość. Stary pedagog go wyczuł. Wiedział, że te rybie oczy chciałby spławić niezapowiedzianego gościa jak najszybciej.
Rany… – w głowie dyrektorka się kotłowało – nie dokończył rozmowy z zaniedbywaną przez męża kierowcę żonę o naprawdę imponujących cycuszkach – takie lubił najbardziej – osamotnione, szukające prawdziwych facetów, gotowe na sponiewierane, a on to lubił… Ten beznadziejny starzec naprawdę mu teraz przeszkadzał. Czego tu szukał? Niech wypierdala! – Pomyślał dyrektor szkoły podstawowej, z trudem opanowując chuć.
– Panie Alfredzie, moje urodziny są dopiero w następnym tygodniu, zawsze pan myli trzeci z trzynastym – silił się na beztroski ton.
Alfred – cwana sztuka – wiedział, że tamten jak zwykle chce go spławić jak najszybciej, oczywiście pokazując mu, że jest dla niego tylko robakiem.
Alfred uśmiechnął się tajemniczo. Wiedział też, że nie ma za dużo czasu, za chwilę może się tutaj zrobić naprawdę gorąco.
Sięgnął pod płaszcz.
– I co teraz, łysy pedale? Zapytał spokojnie, prezentując przed oczami oniemiałego dyrektora kuchenny nóż w całej krasie.
Oczy Kota zrobiły się niewyobrażalnie duże.
– Pa..pa…pa.. pa.. nie Alfredzie, o co, o co… chodzi… – Kot momentalnie wpadł
w popłoch i zaczął się ze strachu jąkać. – Czy możemy na spokojnie porozmawiać…?!
– Na spokojne rozmowy, gnido, był już czas, bardzo dużo czasu – odrzekł spokojnie Alfred, wolno podchodząc do kulącego się ze strachu przed swoim komputerkiem dyrektora.
– Ale… ale o co chodzi…. Panie Alfredzie… Zdołał tylko wyjąkać.
– Czy znajdą się dla mnie w końcu jakieś nadgodziny, o które przez tyle lat prosiłem? Zapytał uprzejmie emerytowany nauczyciel, prawi dotykając ostrze, noża podwójnego podbródka Kota.
– Ale… ale… przecież… pan jest już emerytem… już u nas nie…. Jąkał się zdezorientowany dyrektor.
– A jeśli utnę ci te małe jaja… to się znajdą…?! Skierował teraz ostrze w dół.
Tamten prawie podskoczył, uderzając niechcący dłonią w klawiaturę komputera.
Usłyszeli teraz koncert przedziwny. W gabinecie dyrektora kota rozbrzmiewała teraz kakofonia jęków podnieconej kobiety i sapanie jakichś mężczyzn.
Alfred uniósł brwi z zaskoczenia. Tego to się nie spodziewał. Obrócił komputer. Przez chwilę patrzył.
– No ładnie to się zabawiamy po godzinach za państwową pensję… Ciekawe, czy pana żona byłaby zainteresowana….
Kot nagle uczynił ruch, jakby chciał wstać.
Stary nauczyciel nie dał się zaskoczyć. Szybkim ruchem przystawił nóż do podbródka dyrektora.
– Ani się waż….
Tamten posłuchał. Zamarł w bezruchu.
– A teraz, zboczeńcu jeden, weź ten cholerny plan i nanieś na niego pewne poprawki…
– Ale przecież jest już połowa…
– Cisza, powiedziałem! Rób jak mówię! Powiedział twardo Alfred.
– Weź plan, przekreśl nazwisko tego nędznego donosiciela Kowalczyka, co ma 24 godziny – sześć godzin ponad etat! – i wpisz moje… Ja nie żartuję, obetnę ci te twoje małe jajca… przysięgam…
Usłyszeli teraz walenie do drzwi od gabinetu. Dobrze, że był w nich klucz i Alfred mógł je zamknąć.
– Panie dyrektorze… panie dyrektorze?! Jest tam pan? Usłyszeli kobiecy przerażony głos. Proszę otworzyć…! Dudnienie nie ustawało.
Starego nauczyciela nie wyprowadziło to z równowagi. Powtórzył:
– Weź plan i zrób, co mówię…. Rozkazał ponownie. – Tylko bez sztuczek!
Dyrektor otworzył szufladę. Wyjął z niego grafik na obecny rok szkolny. Odnalazł na nim nazwisko Kowalczyk. Spojrzał jeszcze raz na starego pedagoga, jakby chcąc pokazać, że to, co ma zrobić jest absurdalne i nie ma sensu.
Dudnienie przybrało teraz na sile.
– Halo, dyrektorze, dyrektorze! Krzyczało z drugiej strony kilka gardeł. – Straszny wypadek, jakiś szaleniec biega po szkole z nożem! Są ranni…Proszę otworzyć!
Alfred przyłożył palec do ust, jednocześnie kierując ostrze noża ponownie w stronę twarzy Kota. – Cicho ma być! Masz ani pisnąć… Bo rozpłatam ci brzuch! Nakazał gardłowym głosem.
Przez chwilę nasłuchiwali. Dudnienie ustało. Kroki skierowały się w drugą stronę, w kierunku wyjścia na korytarz. Pewnie uznali, że dyrektora na pewno nie ma w gabinecie.
– No, na co czekasz? Za chwilę stracę cierpliwość! Ponaglił go. – Zabieraj się do roboty.
Kot wziął z biurka pióro i trzęsącą się ręką przekreślił nazwisko Kowalczyka, po chwili wpisując Alfreda.
– No! Dało się? Dało? Pamiętaj! Nigdy nie lekceważ starego nauczyciela! I nigdy, przenigdy, nie okłamuj człowieka z czystej satysfakcji! Alfred przerwał na chwilę. Patrzył na skulonego w sobie Kota. Wyglądał teraz jak robak, podobnie jak Alfred, kiedy latami wracał z pracy ze szkoły, siadał w pustej kuchni i płakał z bezradności. – No! Poklepał dyrektorka po plecach. – Dobry chłopiec… Uśmiechnął się triumfalnie. – Od jutra wszystko się zmieni. A teraz słuchaj mnie uważnie, zboczona gnido, bo nie ma czasu. Zaraz tu się zlecą radiowozy i karetki, i chuj wie co jeszcze… Słuchaj mnie więc uważnie! Jutro… no. niech ci będzie – machnął ręką Alfred – pojutrze wrócę do pracy jakby nigdy nic, na etat za Kowalczyka, pracować prawnie mogę, bo sam mi trułeś tyłek o wcześniejszej emeryturze, na co się niestety zgodziłem… Ale zmieniłem zdanie. Rozumiesz? Pojutrze przyjdę tu, do twojej szkoły i będę znowu uczył….
Na twarzy tamtego pojawił się grymas zdziwienia– Nie wiem, co tam na dole nawyrabiałeś – odezwał się cwanie – ale sądzę, że nieźle narozrabiałeś… Więc moim zdaniem pojutrze to będziesz srał pod siebie w jakimś obszczanym areszcie… Uśmiechnął się zjadliwie.
– Ach…Tak myślisz? Uniósł brwi. Myślisz, że jestem naprawdę taki głupi i naiwny za jakiego mnie zawsze miałeś? Ja po prosty byłem spokojny… spokojny o to, co ma się stać… Teraz Alfred uśmiechnął się. Uśmiechnął się triumfalnie.
– Nie poznaję cię, Alfredzie, naprawdę nie poznaję, sądzę, że na tej emeryturce po prostu ci odwaliło!
– Nie sądzę. Nigdy nie czułem się tak dobrze, jak teraz! Odrzekł z zadowoleniem emeryt.
Kot milczał. Sprawiał wrażenie, jakby czegoś nasłuchiwał.
– Już niedługo… Odparł po z lekceważeniem, bo zaczął czuć się dużo pewniej, ponieważ przeczuwał, że są to ostatnie chwile emerytowanego nauczyciela na wolności. – Myślę, że ten wieczór nie skończy się tak, jak to sobie wymyśliłeś w tym swoim suchym starczym łbie….
– Ha! Ha! Ha! Zaśmiał się emeryt i pogroził palcem dyrektorowi. – Mylisz się! To właśnie twój wieczór gnido może się skończyć w taki sposób, w jaki nie mogłeś sobie wyobrazić nawet w najczarniejszym scenariuszu!
– Doprawdy? Uniósł brwi Kot. Na jego twarzy było jednak widać oznaki niepokoju.
– Powiedziałem już, nie lekceważ emeryta. Spojrzał mu głęboko w oczy. Zauważył w nich strach. – Nie, nie zamierzam cię zadźgać… Nie pozwolę ci na drogę na skróty… Musisz odbyć pokutę… Syknął.
– Spierdalaj! Wypalił Kot. Już po ciebie jadą popaprańcu. – Słyszysz? Z oddali rzeczywiście słychać było wycie syren.
-Takie słowa z ust szanowanego dyrektora? No, nie wypada! Pokręcił głową Alfred. – Teraz popatrz, co dla ciebie przygotowałem. Będę się – jeśli pozwolisz dyrektorku – streszczał. Sięgnął teraz pod płaszcz. Wyjął z jego wewnętrznej kieszeni jakąś białą kopertę. Rzucił nonszalancko na biurko. – Radzę zajrzeć. No już… ponaglił ruchem noża.
Kot niechętnie sięgnął po kopertę. Spojrzał do środka. Były w niej zdjęcia.
– No! Pooglądaj sobie.
Kot niedbałym ruchem wyjął pierwsze lepsze zdjęcie. Nagle jego oczy zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki. Zawahał się. Po chwili zaczął oglądać inne zdjęcia. – Ale…jak? Jak…? Zaczął powtarzać histerycznie, patrząc na fotografie. – To niemożliwe… nie… to nie może być prawda…
– A jednak! Zapewnił go spokojnym głosem emerytowany nauczyciel. – Mówiłem ci już, żebyś nie lekceważył emeryta. – Jak widzisz nie próżnowałem. Byłem cierpliwy. Zbierałem dowody. Chodziłem trochę za tobą po mieście… Obserwowałem i oczywiście robiłem zdjęcia…. Doszedłem do wniosku, że gustujesz zdecydowanie w brunetkach… I to bardzo młodziutkich… Czyżby studentki szukające sponsorów?
Odchrząknął – Zbierałem dowody nawet wtedy – uśmiechnął się zawadiacko – gdy zostawiałeś mnie samego w swoim gabinecie, bo rzekomo musiałeś skonsultować kwestię puli nadliczbowych godzin z kadrami – ja przeglądałem twój komputer. Ty naprawdę nie miałeś skrupułów, by w czasie swojej pracy wypisywać takie świństwa na stronach dla niegrzecznych chłopców…?! Alfred skrzywił się z niesmakiem. Wpadłem nawet na twój popisowy numer, no… wiesz… w tym skórzanym ubranku i masce… zupełnie jak nie ty, dyrektorku… Jak to było? „Maszyna” – taki masz artystyczny pseudonim? Ciekawe, czy twoja żona i dzieci, szkoła, do tego kuratorium oświaty…
– Przestań już! Wysyczał Kot. Wyglądał teraz jak przerażony dzieciak. – Czego chcesz?
– O! Bardzo dobre pytanie. W końcu… Więc krótko. Jak przyjedzie policja, karetka, straż pożarna, komandosi… Sam prezydent miasta… Nieważne… Powiesz i powiedzą to ci wszyscy, którzy wiedzą, co się stało tam na dole, że nikt nie potrafi zidentyfikować tego szajbusa, który latał z nożem i ranił dwie osoby, a tobie, dyrektorku, groził… Miał kaptur na głowie i zamaskowaną twarz… Jak będą chcieli nagrania z monitoringu – na pewno będą chcieli – zrobisz tak, żeby nie było… Bo inaczej – zamachał mu przed twarzą nożem – to wszystko, co mam na ciebie, pójdzie w miasto i Polskę… Jeśli zniszczysz fotografie, nie martw się, mam kopie, dobrze ukryte. I… Pojutrze wracam do gry, na miejsce tego zasrańca Kowalczyka. I kurwa… każdy… każdy w tej szkole, łącznie z tobą, dyrektorku, będzie mi mówił:– Dzień dobry, panie profesorze. Miło pana widzieć, profesorze. Do widzenia, panie profesorze. Ależ oczywiście, panie profesorze.. Albo: Dzień dobry Alfredzie. Miło cię widzieć… Jak mija ci dzień? Może wyskoczymy w piątek na piwo..? – Każdy, łącznie z tobą i tymi pozostałymi niedorajdami, łachmyto, będzie mi się kłaniał w pas! Jeśli tak się nie stanie…. Wszyscy dowiedzą się o „Maszynie”… A teraz… – dźwięk syren wskazywał na to, że służby są już tuż.. tuż – grzecznie znikam… Mam nadzieję, że wszystko klarownie wyłożyłem.
– Poczekaj…. Czekaj… Kurwa… Ale… ale… jak ty to sobie wyobrażasz? W głosie dyrektora Kota pojawiła się panika. – Nie jestem w stanie… tego wszystkiego tak nagle… Złapał się obiema rękami za twarz. – Przeceniasz mnie.
Alfred uśmiechnął się z politowaniem.
– A taki był z ciebie jeszcze niedawno pewny siebie gość. Potrafiłeś bez zająknięcia kłamać mi prosto w twarz oraz grać przed żoną kochanego mężusia… Czyż nie? Dlatego myślę, że poradzisz sobie z tym zadaniem. Jeśli jednak nie… to już niebawem skończy się twoja kariera i zostaniesz z niczym, skompromitowany, zmieszany z błotem, opluty… Więc… zastanów się, co wybierasz… Aha, jeszcze jedno… powiedział emeryt jakby od niechcenia. – Ułatwię ci zadanie. Widzisz, bo jednak ze mnie jest pomocny skurkowaniec… A przede wszystkim dużo widzę i wyciągam wnioski. A co za tym idzie – planuję.
W kieszeni Kacperka znajdziesz prochy, ten pierdoła matematyk jest alkoholikiem i leje żonę, a pani Basia i chemiczka Wojcieszko są, cóż, lesbijkami i darzą się sporą sympatią, oczywiście w tajemnicy przed swoimi mężami… Alfred zmrużył teraz oczy. – Widzisz dyrektorku… dobrze się do tego naszego spotkania przygotowałem. A teraz ja się zmywam, a ty działaj, masz same asy w garści. Nie możesz tego spierdolić….
Emerytowany nauczyciel otworzył drzwi, poprawił czapkę z daszkiem i po prostu sobie wyszedł, po raz pierwszy czując się wygranym.
*
– Panie Alfredzie, cóż… – podrapał się po łysej głowie profesor – spójrzmy na to… Powiedział, zupełnie zdziwiony tym, że widzi umierającego pacjenta w tak dobrej kondycji. Wbił przenikliwy wzrok w szereg zdjęć na komputerze. Odchrząknął. Kilka razy zmrużył oczy, po czym raz jeszcze wlepił wzrok w ekran komputera. – Nigdy nie wierzyłem w cuda, ale to przeczy wszystkiemu, co dotychczas opisała nauka w materii nieoperacyjnych guzów mózgu! Niebywałe…. Wpatrywał się w ekran oczarowany. – Niebywałe… Wszelkie zmiany po prostu zniknęły. Nie potrafię tego wyjaśnić…, ale jest pan po prostu zdrowy! To chyba cud! Jeśli wierzy pan w Boga, to powinien pan udać się na pielgrzymkę do Częstochowy. Niebywałe… Jeszcze raz pokręcił głową lekarz. – Czy może korzystał pan z jakiejś alternatywnej metody leczenia… ? Zapytał szeptem lekarz.
Emerytowany nauczyciel pokręcił głową. – Nie. Odpowiedział krótko.
– Może był pan u jakiegoś uzdrowiciela…? No niechże pan, panie Alfredzie, się nie krępuje, to nic złego. Nie dawał za wygraną profesor.
– Jeśli niepozornego zegarmistrza można nazwać uzdrowicielem…. Odrzekł prawie szeptem.
– Nie dosłyszałem. Proszę powtórzyć, panie Alfredzie.
– A nic nic, po prostu za głośno myślę. Nic z tych rzeczy… Po prostu, starałem się żyć normalnie… jakby wszystko było ze mną w porządku. Uśmiechnął się teraz szeroko.
*
Jakiś czas później, kiedy znalazł się na ulicy, przy której powinien być zakład zegarmistrza, zobaczył, że znajduje się tam najgorszego sortu pijalnia piwa. „Niemożliwe…” Powiedział do siebie. – Przecież to było tutaj, na pewno… Zaczął się nerwowo rozglądać. – Przepraszam panią… Zaczepił przechodzącą obok starą siwą kobietę o lasce. – Czy jest tutaj w pobliżu jakiś zegarmistrz? Kobieta uśmiechnęła się. – Panie kochany, był zegarmistrz, był… o! tu! – wskazała chudą trzęsącą się ręką – gdzie teraz jest ta speluna. Ale to było przed wojną… Powiedziała spokojnie i pokuśtykała dalej.
Nagle rozdzwonił się jego telefon. Odebrał. W słuchawce usłyszał głos syna.
– Cześć tato! – powiedział pogodnie – dziś piątek, ty po pracy, ja po pracy, jutro wolne, to może wpadniesz do nas na kolację, a potem wyskoczymy na piwko? Co ty na to? Mam dzisiaj dyspensę… Pogadamy… Bardzo jestem ciekaw, jak ci się uczy. Super, że wróciłeś… zawsze to lubiłeś… Nieźle nas nastraszyłeś z tym… no wiesz… co chodzi wspak… To cud! Cud! Tak się cieszę, tato… W słuchawce usłyszał teraz serdeczny śmiech.
– Cześć synu. Trafiłeś w dziesiątkę. Jestem głodny jak wilk, od dawna chodzi za mną dobre zimne piwko i mam ci dużo do opowiedzenia… To o której… ?
*
Kiedy szedł powoli po schodach do swojego mieszkania, leciutko zawiany, na szczycie półpiętra zauważył niską postać, ubraną w bardzo obszerny czarny płaszcz. Człowiek na górze spoglądał na niego spokojnie. Alfred wiedział, kim jest.
– Długo na ciebie czekałem… Alfredzie. Powiedział chropowatym, starym głosem.
– Czyż to już ? Zapytał emeryt.
– Tak, już.
– Dlaczego? Zapytał szeptem.
– Tak to już jest, mój synu… Powiedział, wzdychając. Jesteśmy jak pociągi – jedne mijają swoje stacje, inne się spóźniają, a jeszcze inne stają przed nimi, bo się psują… ale ostatecznie każdy musi spocząć na swojej stacji końcowej. A teraz chodź już, mój synu… chodź… Już czas…Rozpiął teraz swój obszerny płaszcz i wyglądał teraz, jak wielki czarny kruk z rozpostartymi skrzydłami…
Spojrzał na zegarek. Wskazówki zatrzymały się na 17:10.
Wszystko ma swój początek i swój koniec – pomyślał, rozkładając ręce, jakby witając się z dawno niewidzianym przyjacielem.
Witaj. :)
Gratuluję debiutu i to już nazajutrz po rejestracji. :)
W dziale Publicystyka są pomocne Poradniki, w tym: Drakainy dla Nowicjuszy, a także językowe i dialogowe.
Tutaj na pewno trzeba starannie poprawić dialogi, bo ich zapis jest błędny, np.:
– Poczekaj…. Czekaj… Kurwa… Ale… ale… jak ty to sobie wyobrażasz? W głosie dyrektora Kota pojawiła się panika. – Nie jestem w stanie… tego wszystkiego tak nagle… Złapał się obiema rękami za twarz. – Przeceniasz mnie. (…)
– Doprawdy? Uniósł brwi Kot. Na jego twarzy było jednak widać oznaki niepokoju.
– Powiedziałem już, nie lekceważ emeryta. Spojrzał mu głęboko w oczy. Zauważył w nich strach. – Nie, nie zamierzam cię zadźgać… Nie pozwolę ci na drogę na skróty… Musisz odbyć pokutę… Syknął.
Z innych technikaliów – tytułu już nie powtarzamy, warto też dodać kilak tagów oraz fragment reprezentacyjny. :)
Dzięki poprawkom tekst będzie “czytelniejszy” i pozwoli skupić się tylko na fabule. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet