Jeśli słyszeliście kiedyś powiedzenie, że “częste mycie skraca życie”, to jest to coś dla Was.
Jeśli słyszeliście kiedyś powiedzenie, że “częste mycie skraca życie”, to jest to coś dla Was.
Część 1: Opowiadanie
– Stefan!
Wołanie było wyraźne, ale nie zamierzał na nie odpowiadać. Nie po to kończył filologię polską, aby tolerować ludzi nie używających wołacza.
– Stefan, baranie jeden! Rzuć okiem na to opowiadanie!
Hmm…, „baranie” to już wołacz. Stefan oderwał wzrok od komputera i spojrzał na kolegę.
– Czym mogę służyć, Januszu?
Janusz już stał przy nim ze smartfonem w ręce (kolejna rzecz, której Stefan nie tolerował). Nauczyciel edukacji zdrowotnej był jednak na wskroś nowoczesny, choć z drugiej strony ośmielał się zadawać uczniom prace domowe wbrew zakazowi ministerstwa. Stefan zastanawiał się czasem, czy wieść o tych niecnych praktykach Janusza nie przyczyniła się do wielkiej fali masowych wypisywań uczniów z tego przedmiotu.
– Spójrz na to, Stefan, co mi przysłał Franek Kowalski z piątej A. Kazałem im napisać krótką rozprawkę o znaczeniu higieny osobistej, a on mi tu jakieś opowiadanie grozy wysmażył. To coś dla ciebie. – Janusz był wyraźnie podekscytowany.
– Naprawdę muszę? – Stefan nie krył zniechęcenia. Na samą myśl, że ma sprawdzać cudze opowiadania robiło mu się niedobrze. W ogóle jakoś niespecjalnie widział się ostatnio w roli nauczyciela. “To chyba wypalenie zawodowe” – myślał sobie czasem.
– Musisz, stary. Mówię ci, że z tym chłopakiem jest coś nie tak. Ma nierówno pod sufitem. – Janusz był nieustępliwy.
– No to daj.
I Stefan zaczął czytać. Opowiadanie miało tytuł „Paszczak”.
Franek miał dziwny zwyczaj rwania gąbek myjek w czasie kąpieli. Rodzice nie nadążali z kupowaniem nowych. Któregoś dnia – a był to deszczowy wtorek – przynieśli mu kolejną. Była nieduża, 8 na 11 cm, żółta i przedstawiała śmiejącą się twarz żółtego sera. Franek nazwał ją Paszczakiem.
Jak tylko wszedł do wanny i zaczął się pluskać, wziął Paszczaka z zamiarem uszczknięcia kawałka gąbki.
– Ani mi się waż! – usłyszał.
Rozejrzał się, czy to nie któryś z rodziców albo starszy brat nie zajrzeli do łazienki. Nie, nie było nikogo. „Musiało mi się przywidzieć” – pomyślał i znów zabrał się do skubania Paszczaka.
– Jeśli mnie tkniesz, za trzy dni umrzesz.
No nie, znów ten głos! Franek rozejrzał się uważnie i krzyknął:
– Hej, jest tam kto za drzwiami? Czy to ty, Bartek?
Nikt mu nie odpowiedział. Zza drzwi dochodził stłumiony głos telewizora. Ojciec jak zwykle oglądał „Jednego z dziesięciu” albo inny teleturniej, który pozwalał mu szydzić z uczestników i podbudowywać swoje ego, nadwerężone mało płatną pracą w miejskiej bibliotece.
Wziął się zatem za gąbkę i wtedy ta przemówiła doń wyraźnie, choć nic w jej wyglądzie się nie zmieniło:
– To ja, Paszczak, mówię do ciebie. Jeśli mnie tkniesz, umrzesz!
“Słyszę głos w głowie – pomyślał Franek – Muszę być chory. Ciekawe, czy dostanę na to zwolnienie ze szkoły?”
Faktycznie, od jakiegoś czasu odczuwał dziwne bóle w głowie i zawirowania, do których jednak nie przyznawał się sądząc, że to od biegania bez czapki. Czuł, że jeśli o nich powie, matka się wkurzy i zacznie prawić mu morały. Ojciec zaś będzie musiał coś pilnie naprawić przy samochodzie i zejdzie mu na tym do późna w nocy, aż matka się wygada, a on z Bartkiem pójdą spać. Nie, zdecydowanie nie miał na to ochoty.
– Czy to ty mówisz do mnie? – zwrócił się do Paszczaka.
– Ja.
– A jak to jest możliwe?
– Słyszysz mnie w swojej głowie. Jestem Gąbką-Która-Mówi.
– Jesteś Gąbką-Którą-Podrę, jeśli się nie zamkniesz.
– Ja cię tylko ostrzegam. Spróbuj zresztą mnie tknąć, to zobaczysz, co się stanie.
– Ano zobaczę. Nie będzie mi tu gąbka grozić!
I Franek złapał za róg gąbki, aby go oderwać. Ta jednak wyślizgnęła mu się z ręki i dała nura w wodę, kryjąc się pod pianą. Franek chciał ją sięgnąć, gdy poczuł, że coś ugryzło go w udo. Wrzasnął. Ból był niesamowity, jakby coś wżerało się w jego ciało. Wyskoczył z wanny jak oparzony i ledwie się nie wywrócił na podłogę. Na udzie miał czerwony ślad wielkości gąbki. Piekło go jak cholera.
Na jego krzyk matka wpadła do łazienki i zapytała przerażona:
– Co się stało? Czemu tak krzyczysz?
– Spójrz tutaj, mamo! Boli mnie!
I Franek pokazał miejsce na udzie, gdzie czerwona skóra wskazywała na silne oparzenie.
– Ożeż…! Co to? Coś ty zrobił?
– To nie ja, to Paszczak!
– Jaki znów Paszczak?
– Gąbka!
– Oparzyłeś się gąbką?
– Ona mnie ugryzła.
– Nie gadaj głupstw! Trzeba to przemyć zimną wodą i żelem na oparzenia. Co ja mam z tym chłopakiem! Jerzy!
– Co znowu? – głos ojca dobiegał z salonu.
– Rusz dupę i pomóż mi. Nie widzisz, co się stało?
– A co się miało stać?
– Skaranie z tym chłopem. Nic tylko teleturnieje! Franek oparzył się gąbką.
– Gąbką? Co ty gadasz? Jak to możliwe? – Ojciec już stał w drzwiach łazienki.
– Ano możliwe. Sam popatrz.
– Ożeż ty! – skomentował ojciec. – Bartek! Dawaj no tu! Bratu trzeba pomóc! Przynieś mrożonkę z lodówki, przyłożymy mu do uda.
Po czym rodzina zajęła się Frankiem, a tymczasem matka spuściła wodę z wanny zostawiając w niej gąbkę. „Dziwne, że opadła na dno” – pomyślała. Gąbka zaś uśmiechała się do niej promiennie.
Franek rzucił na nią okiem i zdawało mu się, że Paszczak mrugnął doń porozumiewawczo i jakby rzekł:
– Do jutra! Widzimy się w wieczornej kąpieli.
Ledwie opatrzony, Franek powiedział rodzicom:
– Chcę nową gąbkę!
– Co, znowu? Podarłeś i tę? – odrzekła matka.
– Nie, chcę nową. Ta mnie oparzyła.
– Sameś się oparzył. Nowej gąbki nie będzie, ta jest dobra.
– No to jutro kąpię się bez gąbki.
– Jak chcesz!
Stefan przerwał czytanie i spojrzał na Janusza.
– Głupie opowiadanie – skomentował – gadająca gąbka, też mi coś!
– I w dodatku złośliwa – zauważył Janusz. – Jak jakiś gremlin czy laleczka Chucky.
– Sam chyba tego nie pisał – domyślał się Stefan. – Nie wygląda mi to na robotę ucznia piątej klasy.
– Też tak myślę – zgodził się Janusz. – To sprawka jego starszego brata albo i któregoś z rodziców. Musimy z nimi pogadać o tym przy najbliższej okazji.
Część 2: Wywiadówka
– Bardzo nam przykro z powodu państwa syna. Odszedł tak nagle. – Dyrektorka nie kryła wzruszenia.
– Dziękujemy – odrzekł Jerzy. – Kto by się spodziewał glejaka w tak młodym wieku.
– Był taki uzdolniony! – wzdychała dyrektorka. – Zaledwie dwa dni przed śmiercią przysłał nam świetne opowiadanie. Pan Janusz był zachwycony, a i nasz polonista wyrażał się o nim w samych superlatywach. To był naprawdę zdolny chłopak.
– Dziękujemy – ojciec sam mówił, bo matka wciąż płakała. – Nie mieliśmy czasu nawet go przeczytać. Wie pani, to się stało tak nagle. We wtorek oparzył się w wannie i zostawiliśmy go na kilka dni w domu. A tu w nocy z czwartku na piątek…, przepraszam, nie mogę mówić. – I sam się rozpłakał.
– Proszę być dzielny! Musicie państwo być dzielni! Dla waszego starszego syna! – Dyrektorka sama płakała jak bóbr. – Oczywiście – dodała – to dlatego delegacja szkoły uczestniczyła w pogrzebie.
– Dziękujemy, nie trzeba było – odrzekł ojciec.
– To nasz obowiązek! Byliśmy to winni Frankowi – z naciskiem orzekła dyrektorka.
Po wywiadówce Janusz ze Stefanem podeszli do Kowalskich z kondolencjami. Janusz zapytał, czy czytali ostatnie opowiadanie syna. Odrzekli, że nie – nie było czasu, a on przesłał je prosto do nauczyciela. Zawsze uważał, że wszystko robi najlepiej i nie konsultował swych prac z rodzicami.
– A czy rzeczywiście Franek niszczył gąbki kąpielowe? – zaciekawił się Janusz.
– Tak, miał taki głupi zwyczaj – odpowiedział ojciec.
– Jerzy, jak możesz! – matka oburzyła się na te słowa.
– No co? – zapytał ojciec, ale zaraz się zreflektował – Przepraszam, wymknęło mi się – dodał.
– Pan pozwoli, ale nie pora teraz na rozmowy o zwyczajach kąpielowych naszego syna – powiedziała matka.
– Oczywiście, przepraszam państwa za to pytanie. Po prostu byłem ciekaw, czy opowiadanie, jakie nam przysłał, nawiązuje do rzeczywistych zdarzeń.
– Dziękujemy, rozumiemy pana. Teraz jednak musimy już iść. Wie pan, pogrzeb. – Matka znów zaczęła płakać.
– Tak, tak, oczywiście! – Janusz uścisnął dłoń pana Kowalskiego i pożegnał oboje rodziców Franka smutnym uśmiechem. – Niech Bóg was wspiera!
Część 3: Narada
– Nie uważasz, że to co najmniej dziwne? – Janusz siedział ze Stefanem w barze popijając piwo. – Chłopak przysyła nam opowiadanie, w którym opisuje oparzenie gadającą gąbką i zapowiedź śmierci i trzy dni później umiera.
– Akurat w terminie, jaki określił w opowiadaniu – dodał Stefan.
– No właśnie!
– Myślę, że miał zwidy. Glejak dawał już znać o sobie. Bo przecież nie gadał z gąbką naprawdę?
– Jasne, że nie! To musiała być oznaka glejaka.
– Ale, ale – czy zauważyłeś, że w opowiadaniu wspomniał o bólach głowy?
– Oczywiście! – Janusz skinął na barmana. – Drugi raz to samo! – i zwracając się do Stefana – Jak dla mnie sprawa jest tylko z pozoru jasna. Chłopak odczuwa ból głowy, pisze opowiadanie fantastyczne, po czym umiera. Zwykła koincydencja, gdyby nie jeden fakt.
– A mianowicie? – Stefan sięgał po drugie piwo z nadzieją, że będzie choć odrobinę chłodniejsze od temperatury panującej w spelunce, w której właśnie siedzieli. Zachodził w głowę, czemu Janusz wybrał tak nędzną knajpę.
– Mój kum pracuje w szpitalu. Miał dostęp do akt Franka i dowiedział się, co rodzice zeznali policji po śmierci syna. Otóż – Janusz zawiesił głos, a potem nachylił się i ciszej rzekł – gdy Franek wyskoczył z wanny, cały trząsł się z zimna. Woda była lodowata. Za to gąbka tak gorąca, że nie szło jej wziąć w rękę.
– Bredzisz jak poparzony, z przeproszeniem naszego denata – oburzył się Stefan.
– W życiu! Słuchaj – znów ciszej rzekł Janusz – czytałem u Greene`a o czymś podobnym. To się nazywa skrajnie nieprawdopodobny przypadek w entropii, iż wszystkie cząsteczki zamiast rozejść się bezładnie wokół, skupiają się w jednym miejscu.
– Jak bączek w majtach?
– Nie bądź trywialny! Ale tak. Woda powinna być równomiernie ciepła, a tu cała jej ciepłota skupiła się w gąbce i ta oparzyła Franka.
– Głupstwa gadasz!
– Poczytaj sobie fizyków, to przyznasz mi rację. Nieprawdopodobne, ba, zgoła skrajnie nieprawdopodobne, ale nie niemożliwe.
– No dobra, przypuśćmy, że tak było. Jak jednak do tego doszło?
– Mam pewną teorię – Janusz jeszcze bardziej ściszył głos i rozejrzał się bacznie wokół – ta gąbka była, a pewnie i jest nawiedzona.
– Co!? – Stefan parsknął śmiechem, mało nie dławiąc się przy tym piwem. – I ty to mówisz?
– Czego się śmiejesz? Nie słyszałeś o nadzwyczajnych działaniach demonów? Obsesjach, nawiedzeniach i opętaniach?
– Owszem, czytałem i obawiam się, że właśnie rozmawiam z jednym z nawiedzonych. To mi dopiero!
– Śmiej się ile chcesz, ale jak inaczej wytłumaczysz to zjawisko? Cała wanna pełna lodowatej wody, gąbka gorąca niczym ukrop? No i to gadanie, a raczej głosy w głowie, o których pisał Franek? Dla mnie to oczywiste: nie rozmawiał oczywiście z gąbką, ale poprzez nią nawiązał kontakt z demonem. Kto wie, może to właśnie on uśmiercił chłopaka?
– No przecież stwierdzono glejaka.
– Tak, ale może i on został wywołany przez demona?
– Na rany! Zaraz sam napiszę do naszej minister, aby zdjęła cię z funkcji nauczyciela edukacji zdrowotnej. Raczej na katechetę byś się nadał, albo i egzorcystę.
Janusz zasępił się, nie spodziewając się takiego oporu ze strony Stefana. Jako polonista powinien być bardziej oczytany i słyszeć o takich przypadkach. To już raczej on, Janusz, biolog i edukator zdrowotny mógłby pokpiwać z takich teorii. Wreszcie rzekł:
– Zadzwońmy do Mistrzuńka.
– Tego z muzeum techniki?
– Ano.
– A co on nam pomoże?
– Facet jest teologiem, a zarazem technologiem. Myślę, że mógłby nam rozstrzygnąć, co jest bardziej prawdopodobne: nagłe skupienie się całej temperatury w gąbce z przyczyn naturalnych czy metafizycznych?
Stefan nie był przekonany i raczej skłonny byłby uwierzyć, że cała ta gadka o gorejącej gąbce w lodowatej wodzie jest wymysłem rodziców, ale dla świętego spokoju rzekł:
– Dawno się z nim nie widziałem. Masz jego telefon?
– Ba, nawet wśród przyjaciół na fejsie! – Janusz z dumą wyjął smartfon. – Widzisz, jaka przydatna rzecz?
Część 4: Mistrzuniek
Z Mistrzuńkiem spotkali się dwa dni później (hiperpoprawny Stefan powiedziałby „dwa dnia”, postanowił bowiem wskrzesić liczbę podwójną, co nota bene spotkało się z aprobatą Mistrzuńka). Nie pracował już w muzeum techniki, które wskutek różnych zawirowań w świecie polityki i show-biznesu przeniosło swoją działalność do sfery cyfrowej redukując zarazem liczbę pracowników i zastępując ich programami AI. Wiecie, to miał być taki chwyt reklamowy – stara technika prezentowana przez najnowszą. Tak w każdym razie mówiono pracownikom i Mistrzuniek tą wiedzą podzielił się z kolegami. Nie ukrywał przy tym, że jej wiarogodność jest równie wielka, jak dobrowolne zeznania złapanej na gorącym uczynku czarownicy.
– No, co tam macie chłopaki? – zagaił, przywitawszy gości – zapodać wam jakąś muzę?
– A co grasz? – zaciekawił się Stefan.
– Warię Striżak. To na początek, a potem kilka białogwardyjskich. Mam tu nagrania z epoki.
– To może „Kalinkę”? To znamy. – Stefan podjął trudne negocjacje.
– „Kalinka” jest dobra dla początkujących. A tu, panowie, w bywszym Priwisljanskim Kraju, obowiązuje pewien poziom!
– To może muzykę na razie sobie darujemy – zaproponował Janusz – a dopiero po wysłuchaniu naszej historii podasz coś do dezynfekcji i wtedy puścimy Warię czy kogo tam masz.
– Może i tak być – zgodził się Mistrzuniek. – Nawijajcie zatem!
Streścili mu więc opowieść, racząc się tymczasem herbatą z samowaru, którą Mistrzuniek mistrzowsko umiał parzyć (”Może stąd jego przezwisko?” – zastanawiał się Stefan).
– Pyszna herbata! – pochwalił Janusz.
– I pyszna opowieść – odparł Mistrzuniek. – Czego zatem oczekujecie ode mnie?
– No, abyś jako teolog i technolog zarazem rozsądził, czy mamy do czynienia z diabelskim opętaniem…
– Nawiedzeniem – wtrącił Janusz.
– Nawiedzeniem – kontynuował Stefan – czy też ze skrajnie nieprawdopodobnym przypadkiem z zakresu fizyki?
Mistrzuniek zastanowił się przez chwilę, po czym zapytał:
– Byliście kiedyś w magazynie muzeum techniki? Głupie pytanie! Pewnie że nie – sam się poprawił.
– A co? – zapytali obaj.
– A o brutalometrze słyszeliście?
– O brutalo czym? – zapytał Stefan – A cóż to za potworek językowy?
– Nie potworek językowy, tylko urządzenie wojskowe, wymyślone jeszcze przez Francuzów na użytek armii Ludwika XIV. Służyło mierzeniu natężenia przemocy w czasie bitwy.
– Co? A na co to? – teraz zdziwił się Janusz.
– A na to, by móc ocenić, czy skala strat nie jest za duża i czy opłaca się dalej prowadzić walkę.
– Aby nie odnieść Pyrrusowego zwycięstwa? – dopytał Stefan.
– Właśnie – zgodził się Mistrzuniek.
– Ale przecież tym nikt z wojskowych nigdy się nie przejmował! – zaprotestował Stefan.
– Otóż mylicie się panowie i są na to w źródłach dowody. Brutalometr był stosowany aż do drugiej połowy XIX wieku, kiedy to wycofano go po skrajnie krytycznej ocenie wystawionej mu przez Moltkego. Na skutki nie trzeba było długo czekać: prowadzone później wojny pochłaniały tym więcej ofiar, im mniej zawracano sobie głowy eskalacją przemocy. Patrzcie na obie światowe.
– No nie, ale to skutek zastosowania nowych, bardziej zabójczych broni! – protestował Stefan.
– Które zastosowano, ponieważ nie uwzględniano wskazań brutalometru – ripostował Mistrzuniek.
– Bardzo to ciekawe – wtrącił się Janusz – ale jak nam to pomoże w naszej sprawie?
W odpowiedzi Mistrzuniek wyjaśnił kolegom, jak to usunięty ze sztabów wojskowych brutalometr spotkał się z zainteresowaniem sowieckich służb bezpieczeństwa. Już Feliks Dzierżyński dostrzegł potencjał tego urządzenia do monitorowania stopnia represjonowania wrogów władzy ludowej. Udoskonalany z czasem, stał się elementem standardowego wyposażenia sowieckich więzień i łagrów.
– Nie bardzo widzę, jak by nas to miało przybliżyć do rozwiązania zagadki – wtrącił Janusz.
– Dajcie mi skończyć! – Mistrzuniek zwykł się rozgadywać i wnikać w szczegóły i nie lubił, gdy mu przerywano jego wywody. – Otóż już po rozpadzie Związku Radzieckiego, gdy masowo wyprzedawano na czarnym rynku różne ciekawe urządzenia, broni nie wyłączając (à propos, nie potrzebujecie części zamiennych do AK-47? Mam kilka na składzie), pracownik rosyjskiego RGADA, akademik Małowiew kupił jeden z brutalometrów za litr wódki.
– Co to RGADA? – zaciekawił się Janusz.
– Rosyjskij Gosudarstwiennyj Archiw Drewnich Aktow – uprzejmie wyjaśnił Mistrzuniek.
– Na co archiwiście brutalometr? – nie mógł się powstrzymać Stefan.
– Jak to na co? Z pomocą znajomego technika przerobił go na czytnik stopnia natężenia przemocy zawartej w tekstach. Było to już po zastosowaniu skanerów. Wprowadzasz zeskanowany tekst do pamięci brutalometru i on ci wskazuje stopień przemocy. Wtedy decydujesz, czy i komu możesz wypożyczyć zeskanowany materiał. Podobno rosyjskie ministerstwo oświaty chciało wdrożyć to do sprawdzania lektur szkolnych, ale ostatecznie projekt upadł i brutalometr pozostał w posiadaniu Małowiewa.
– Mistrzu, na litość! Zmierzaj do celu!
– Właśnie to robię. W czasie jednej z konferencji w Małojarosławcu gdzieś na początku lat dwutysięcznych nasi historycy weszli w komitywę z Małowiewem i wygrali odeń brutalometr w karty (a może przepili go pod zakład – nie wiem na pewno). W każdym razie przywieźli go do Warszawy, a tu z kolei, nie bardzo wiedząc, co z nim począć, oddali do muzeum techniki. Nie zdążono wciągnąć go do ewidencji przed zamknięciem placówki i do tej pory spoczywa w jej magazynie.
– Jak rozumiem, masz do niego dostęp? – upewnił się Janusz.
– A gadałbym o tym darmo, gdyby było inaczej? Panowie, moja rada brzmi: skołujcie tę gąbkę, a ja ją zbadam brutalometrem. Jeśli istotnie jest nawiedzona, jak twierdzi Janusz, czujnik powinien wskazać wysoki stopień stężenia przemocy.
– Naoglądałeś się „Pogromców duchów”! – zaoponował Stefan.
– A masz jakiś lepszy pomysł? Może od razu zanurzyć gąbkę w wodzie święconej?
– To by była profanacja – tym razem zaoponował Janusz – choć, z drugiej strony…
– Nie, to już lepiej wypróbujmy wynalazek Mistrzuńka.
Część 5: Badanie
– Sam nie wierzę, że to robimy.
Stefan wciąż zastanawiał się nad sensem ich działania. Było jednak za późno na próżne dywagacje. Wizyta u państwa Kowalskich przebiegła w nadzwyczaj miłej atmosferze. Podczas gdy Stefan zabawiał ich rozmową rozwodząc się nad talentem pisarskim nieodżałowanej pamięci Franka, Janusz pod pozorem skorzystania z toalety zawędrował do łazienki i podmienił gąbki. Zdobytego Paszczaka schował do plastikowej torebki i po wyjściu od Kowalskich dodatkowo zabezpieczył torbą termoizolacyjną.
– Na wszelki wypadek – powiedział – gdyby przyszło jej do głowy spalić nas.
Jeszcze tego samego dnia spotkali się z Mistrzuńkiem, który korzystając ze starych znajomości wprowadził ich do coraz bardziej zaniedbywanego magazynu muzealnego.
– Z czasem eksponaty mają być zeskanowane i prezentowane wirtualnie na stronie muzeum – pouczał ich. – To kolejny oszczędnościowy pomysł dyrekcji.
Kierując się niezawodnym zmysłem doświadczonego muzealnika odnalazł pośród regałów pudło z rosyjskim brutalometrem.
– Mam tu trzy identyczne gąbki – oznajmił Janusz – dla porównania wyników.
– A jeśli cała partia była fabrycznie nawiedzona? – Stefan wcale nie ukrywał zgryźliwości.
– No, to wtedy WHO ogłosi kolejną pandemię, ha ha! – Janusza niełatwo było zbić z pantałyku.
– Panowie, trochę powagi! Jesteśmy w świątyni wiedzy i techniki! – zgromił ich Mistrzuniek.
– Raczej w grobowcu wiedzy i techniki – skomentował Stefan.
– O, to by nawet pasowało – podchwycił Janusz. – Gąbka, która sieje zniszczenie i szerzy śmierć w łazience, ma być zbadana w grobowcu.
– Nie tak znów szerzy. To dopiero jeden przypadek, no i powodem był glejak.
– A wy znowu swoje! – Mistrzuniek już oporządzał brutalometr. – Pomóżcie mi lepiej przy badaniu.
Po czym wzięli się do roboty. Janusz przezornie nie powiadomił Mistrzuńka, która gąbka jest podejrzanym o nawiedzenie Paszczakiem. Wszystkie trzy były identyczne. Mistrzuniek skanował i badał je po kolei, sprawdzając wyniki pomiarów.
– I co? – zapytał podekscytowany Janusz.
– Za każdym razem i we wszystkich przypadkach to samo: 0,02 bohuna.
– Ciekawa jednostka miary – zainteresował się Stefan. – Czyżby w nawiązaniu do atamana kozackiego? Tego z Trylogii?
– Powiedzmy – odrzekł Mistrzuniek. Wolał nie wtajemniczać kolegów we wszystkie arkana wiedzy, jakie posiadł czytając w dawniejszych czasach „Legendy Bohuńskie”.
– Dobrze, ale co to znaczy? – niecierpliwił się Janusz.
– To śladowe ilości przemocy, jaka została użyta wobec gąbek do ich wyprodukowania. Wiecie, obróbka materiału itd. itp.
– Chyba nie tego się spodziewaliśmy? – zapytał Stefan.
– Chyba nie – potwierdził Mistrzuniek. – Sądzę, że to zwykłe gąbki.
– A może metoda jest zła? – niepokoił się Janusz.
– Samiście się na nią zgodzili – przypomniał Mistrzuniek.
Po czym wyłożył im, że gdyby gąbkę nawiedził demon, jak sugerował Janusz, jego obecność zostałaby wykryta przez brutalometr. Urządzenie to wszak precyzyjnie skaluje ślady przemocy nawet w celach więziennych, izbach tortur i tym podobnych miejscach. Oczywiście, im więcej czasu mija od ostatniego aktu przemocy, tym jej ślad jest mniejszy, ale wciąż uchwytny.
– Co więcej – wywodził – sam właśnie wpadłem na pomysł, czy by nie zareklamować brutalometru pośrednikom sprzedaży mieszkań na rynku wtórnym. Mogłoby to potencjalnych nabywców uchronić przed odczuwaniem długofalowych skutków historii, jakie działy się w poszczególnych lokalach.
– A pośrednikom zrujnowałoby interes – zauważył Stefan. – Przecież takie zastosowanie brutalometru choćby w gabinetach dentystycznych wskazywałoby na dużą przemoc.
– Racja – zgodził się Mistrzuniek. – O tym nie pomyślałem.
– Panowie! – zapalił się nagle Janusz – mam pomysł! A gdyby tak gąbkę nasączyć wodą?
– Co?
– Wodą! Wszak z opowiadania Kowalskiego wynika jasno, że Paszczak przemówił doń, gdy znalazł się w wannie pełnej wody. Może woda go aktywuje?
– Woda to życie, panie biologu – wtrącił Stefan.
– Otóż to!
– No cóż – westchnął Mistrzuniek – nie zawadzi spróbować. Może nasza paszczakowa gąbka samotrzecia ujawni się właśnie w zetknięciu z H2O?
Jak uradzili, tak i zrobili. Mistrzuniek podszedł do zlewu, zatkał korek i napuścił wody. Wrzucił gąbkę, podaną mu przez Janusza (który pilnował, aby Paszczak znalazł się w wodzie jako ostatni). Badanie brutalometrem wskazało 0,031 bohuna.
– Co to znaczy? – zaciekawili się nauczyciele.
– Woda ma odczynnik 0,011 albo i zlew swoje dodał – skomentował Mistrzuniek.
– Wrzućmy ją do miski!
– Tę samą?
– Tak.
W misce wskazanie brutalometru opiewało na 0,029 bohuna.
– Czekaj, a teraz wleję wodę z butelki! – Janusz nie ustawał w próbach dojścia do prawdy.
– A może inną gąbkę sprawdzimy najpierw?
– Ale też najpierw w zlewie, potem w misce?
– No chyba!
– Zgoda. Mistrzuńku, czyń swoją powinność!
– Mistrzu sprawiedliwości – dodał Stefan – do dzieła!
Wyniki się powtórzyły z niejakim odchyleniem 0,0292 w kranówce nalanej do miski.
– O, ta gąbka więcej wycierpiała podczas produkcji – zauważył Stefan.
– Pewnie napatrzyła się na to, co robimy jej koleżance – podchwycił Mistrzuniek. – Patrzcie, czy mi się zdaje, czy mina ludzika na gąbce zrzedła nieco?
– Tak mówisz? – zaciekawił się Janusz.
Na to Mistrzuniek ze Stefanem wybuchli śmiechem.
– Dobrze, zobaczymy, czy teraz będziecie się śmiać! – odrzekł urażony Janusz, podając Mistrzuńkowi Paszczaka.
Tym razem badaczom zaparło dech. Paszczak zanurzony w zlewie osiągnął 0,73 bohuna, w misce zaś 0,71.
– I co? – zapytał szeptem Janusz.
– Chyba go mamy – rzekł równie cicho Mistrzuniek.
– Dajcie spokój z szeptami – wtrącił się Stefan. – Jeśli Paszczak jest nawiedzony, słyszał nas już wcześniej.
– Ale może spał, a myśmy go obudzili? – nadal szeptem odrzekł Janusz.
– To co robimy?
– Przychodzi mi cytat z „Potopu” – rzekł Stefan – „Jędruś, księdza!”.
Część 6: Ksiądz
Wracali z magazynu muzealnego w milczeniu, trzymając starannie osuszonego Paszczaka w torbie termoizolacyjnej. Wreszcie Mistrzuniek odezwał się:
– Jeszcze dwie setne i sam by się rozerwał na strzępy.
– Co?
– Mówię, że gdyby brutalometr wykazał 0,75 bohuna, siła przemocy drzemiąca w tak delikatnym materiale, jakim jest gąbka, rozerwałaby ją w drobny mak.
– To może byłoby po problemie?
– Albo demon by się uwolnił?
– Tfu, wypluj te słowa! – Janusz nie chciał nawet o tym myśleć.
– To co robimy? Walimy do Tomka?
– Tak w środku nocy?
– No, jest dopiero po 22. Brewiarz już pewnie zmówił, ale jeszcze nie śpi. Jak go znam, ogląda mecz. Ksiądz nie ksiądz, ale piłkę lubi.
– Tylko co mu powiemy? Żeby nam gąbkę wyegzorcyzmował? Wyśmieje nas – martwił się Janusz.
– Może poprosimy, by ją nam poświęcił, bo chcemy w darze szkółce parafialnej przekazać? – jak znów zgryźliwie zaproponował Stefan.
– Przecież możemy sami zaczerpnąć wody święconej z kościoła i nią Paszczaka potraktować – wpadł na pomysł Mistrzuniek.
– Tak, ale jeśli demon się wścieknie? Macie coś przeciw oparzeniom? Jedźmy do apteki!
– To chyba wizyta u księdza Tomka będzie najsensowniejszym rozwiązaniem – zgodził się Stefan.
Ksiądz Tomasz był kapłanem nowoczesnym, wędrował z młodzieżą po górach, grał na gitarze i śledził na bieżąco Ligę Mistrzów. Niemniej, uchodził też za gorliwego księdza i żadnej Mszy ani nakazanych modlitw nie opuszczał. Wszyscy trzej znali go ze szkoły, gdzie uczył katechezy. Osobliwie Mistrzuniek żywił doń duże nabożeństwo, bo swego czasu pomagał mu w dziele nawrócenia. Uznali zatem, że odwiedziny u tego właśnie księdza to dobry pomysł.
Był nieco zdziwiony, widząc ich o tej porze i najpierw sądził, że przyszli na mecz. Gdy jednak z torby zamiast puszek piwa wyciągnęli gąbkę i zaczęli wyjaśniać mu cel swojej wizyty, zdębiał.
– Takiego przypadku jeszcze w naszej parafii nie było. Ba, nawet w diecezji! – orzekł.
– A mógłby nam ksiądz tę gąbkę wyświęcić?
– Albo egzorcyzm odprawić? – Janusz zmierzał do sedna sprawy.
– Egzorcyzmu bez wiedzy i pozwolenia biskupa nie odprawię. Święcenie też wydaje mi się przedwczesne, ale nie zaszkodzi. W końcu święcimy domy, samochody…
– No właśnie! – ucieszył się Janusz.
– Zostawcie ją u mnie, a jutro zapraszam do kościoła. Jeśli – jak mówicie – jest nawiedzona, diabeł się świętego miejsca ulęknie.
– A nie boi się ksiądz trzymać ją u siebie?
– Gąbki myjki? Nie przesadzajcie! Co mi może zrobić?
Umówili się zatem na jutro. Jak łatwo się domyślić, ksiądz Tomasz spał świetnie, nie śniły mu się żadne koszmary, a Paszczak leżał spokojnie tam, gdzie go w przedpokoju zostawiono.
Nazajutrz po porannej Mszy – na której obecność Janusza mocno zdziwiła niezwykle nabożną panią Izę od nauczania początkowego – przystąpili do poświęcenia gąbki.
Ksiądz Tomasz pomodlił się, odmówił wymaganą formułę i pokropił gąbkę wodą święconą, nie żałując jej bynajmniej.
Nic nadzwyczajnego się nie stało.
– Jesteście pewni, że to nawiedzona gąbka?
– A jakże! – zakrzyknął Janusz. I dodał: – Może demon się przyczaił?
– Nie jest to wykluczone – zgodził się ksiądz Tomasz.
– Panowie, proponuję jeszcze raz sprawdzić ją brutalometrem – wtrącił Mistrzuniek.
– Czym? – zaciekawił się ksiądz.
– No, tym urządzeniem, o którym wczoraj żeśmy księdzu wspominali.
– Ach tak, przypominam sobie.
Pożegnali się i wyszli z kościoła. Ledwie wsiedli do samochodu, Janusz sprawdził smartfon (Stefan nie znosił tego uzależnienia).
– Panowie! – krzyknął naraz – magazyn muzeum techniki spłonął dziś o północy!
– Co ty mówisz?! – Mistrzuniek mało nie stracił panowania nad kierownicą.
– Patrzcie. Znalazłem na Onecie.
Zjechali na pobocze i zaczęli czytać wiadomość. Przyczyna pożaru nieustalona, podejrzewa się podpalenie.
– Cholera, byliśmy tam wczoraj! – zaniepokoił się Stefan.
– Zaraz! Coś mi świta – Mistrzuniek zwrócił się do Janusza. – Zabrałeś wszystkie gąbki z magazynu?
– Nie, tylko Paszczaka.
– Jesteś pewien, że to był on?
Cześć, Mehiko
Gratuluję debiutu!
Wciągnęła mnie Twoja opowieść o gąbce. Bardzo dobrze prowadzisz fabułę, każdy wątek jest powiązany, wynika jeden z drugiego. Groza z uśmiechem na twarzy :-) Dialogi są wiarygodne, podobnie jak bohaterowie. Czuć, że są żywi a nie z papieru.
Pozdrawiam
Witaj. :)
Gratuluję debiutu i to już w dniu rejestracji. :)
W dziale Publicystyka znajdziesz pomocne Poradniki, w tym: Drakainy – dla Nowicjuszy, a także: dialogowe, myślowe, interpunkcyjne, ortograficzne itp. :)
Najpierw technikalia: nie zapisujemy już wyrazów: tworzących tytuł, ani też “koniec”.
Publikując zawsze dodaj jeszcze kilka tagów oraz fragment reprezentacyjny.
W dialogach wyrażenia grzecznościowe zapisujemy małymi literami, a wszelkie liczby – słownie. ;)
Częściowo dialogi są jeszcze do poprawy według wskazanego poradnika, np.:
– Panowie! – zapalił się nagle Janusz – Mam pomysł! A gdyby tak gąbkę nasączyć wodą?
– Co więcej, wywodził – sam właśnie wpadłem na pomysł, czy by nie zareklamować brutalometru pośrednikom sprzedaży mieszkań na rynku wtórnym. Mogłoby to potencjalnych nabywców uchronić przed odczuwaniem długofalowych skutków historii, jakie działy się w poszczególnych lokalach.
– Może i tak być. – zgodził się Mistrzuniek – Nawijajcie zatem!
Popraw tekst pod tym kątem, a wtedy łatwiej będzie skupić się tylko na fabule. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Powtórzę słowa już raz tu wypowiedziane, wciągające, nawet bardzo… Gratuluję:)
Ja mam mieszane odczucia z jednej strony niezłe, miejscami dialogi potrafią rozbawić. Z drugiej strony często dialogi to ukryta ekspozycja, co wybija z rytmu. Wprowadzenie księdza i kościoła, przynajmniej dla mnie jest strasznie oklepane. Masz tu lepsze pomysły z brutalometrami, które mogłeś bardziej wyeksponować. Śmierć dziecka to tragedia, którą za szybko zbywasz w kontekście rodziców.
Tymczasowy lakoński król
Bardzo wciągające, nie mogłem się oderwać! Myślę, że za mało pisze się o opętanych gąbkach. Wyszedłeś od absurdalnego pomysłu, a potem poprowadziłeś fabułę dosyć logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Pomysł z brutalotometrem – świetny!
Pewne rzeczy zgrzytały. Jak zauważył OneTwo, tragedia rodzinna trochę się rozmywa, w szczególności trochę dziwna jest obecność rodziców na wywiadówce, choć można się domyślić, że chodzi o wywiadówkę w klasie Bartka. Może lepiej było, gdyby chłopiec przeżył – nie byłoby tak dużego kontrastu między tragedią a humorystycznym charakterem opowiadania?
Postacie są jednak bardzo sympatyczne, każdy ma swoją rolę do odegrania. Nie brak też im naturalności i autentyczności. Historia czyta się sama.
Z kwestii językowych:
Franek Kowalski z Va
Zasadniczo liczby w beletrystyce zapisujemy słownie (choć są wyjątki), a już szczególnie w dialogach.
Mszy
Wydaje mi się, że poza literaturą religijną, gdzie zapisujemy to wielką literą jako wyraz szacunku, powinniśmy używać małej litery, bo to rzeczownik pospolity.
Dziękuję wszystkim za Wasze komentarze i sam fakt przeczytania opowiadania:) Powstało jakiś czas temu w wordzie i zostało przeklejone na stronę w całości razem z tytułem i “Końcem”; darujcie błędy nowicjatu. Inne rady oczywiście do przemyślenia.
Co do księdza, to będę go bronić, bo w sytuacji zagrożenia ze strony siły nadprzyrodzonej trzeba odwołać się do pomocy innej, dobrej siły nadprzyrodzonej; diagnostyczne zabawki rodem z tego świata przydały się do wykluczenia przyczyny naturalnej, ale nie zwalczą demona. Tytułowy Paszczak szczęśliwie dla siebie unika konfrontacji, w której musiałby ulec (tu podwójna rola wody jako aktywatora [woda zwykła] i niszczyciela [woda święcona]).
To chyba tyle na teraz. Z pozdrowieniami!
PS No i chłopak musiał zginąć – choć samemu było mi go szkoda – bo to, co siedziało w Paszczaku, było naprawdę złe i niebezpieczne, mimo że kryło się pod przyjemną i niewinnie wyglądającą osłoną.
Okazuje się, że z pisaniem opowiadania jest jak z budową domu – łatwiej postawić nowy, niż wyremontować stary
Mam nadzieję, że w obecnym kształcie jest do przyjęcia.
A propos Mszy – zostawiłbym wielką literą z uwagi na rangę “wydarzenia”, jeśli tak to można nazwać.
Z pozdrowieniami!